POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: NIEUSTAJĄCA INNOWACJA

 

W początkach rozwoju japońskiego przemysłu samochodowego liderami branży były koncerny Toyota i Nissan, ale w Roku Pańskim 1960 – pardon, w 35 roku ery Shōwa – na szczycie rankingu niespodziewanie znalazła się firma Toyo Kogyo, szerzej znana jako Mazda. To było spore zaskoczenie, bo ona dopiero debiutowała na rynku aut osobowych.

Firmę Toyo Kogyo założył w 1920r. Jujiro Matsuda z Hiroszimy. Zaczynał od produkcji wyrobów z korka, w tym innowacyjnych, prasowanych płyt z odpadów pozostałych po produkcji korków do butelek. Gdy jednak po pięciu latach jego fabryka spłonęła, postanowił odbudować ją jako zakład produkujący wyroby metalowe. Z pomocą zamówień wojskowych (uzyskanych dzięki kontaktom z czasów produkcji korka) do końca dekady zdołał zaoferować wiele rodzajów narzędzi i maszyn przemysłowych, w tym duże, nowoczesne obrabiarki. W 1929r. firma skonstruowała swój pierwszy silnik spalinowy – dwusuwowy, z pojedynczym cylindrem o pojemności ćwierci litra.

Jujiro Matsuda (1875-1951)

Foto: public domain

W 1930r. Toyo Kogyo wypuściło pierwsze motocykle, w liczbie sześciu sztuk. Rok później gamę poszerzyły trójkołowe wózki towarowe Mazda-Go – od nazwiska założyciela i jednocześnie najważniejszego staroirańskiego bóstwa, bo Jujiro Matsuda głęboko interesował się ludzką duchowością i religiami świata.

W 1931r. wyprodukowano 66 sztuk Mazda-Go, sprzedawanych przez sieć dystrybucyjną Mitsubishi (początkowo nawet metkowanych logo z trzema diamentami). Pojemność chłodzonego powietrzem, jednocylindrowego silnika wynosiła 482 cm³, moc – 9,5 KM, a niespotykanymi u konkurentów elementami były wsteczny bieg i mechanizm różnicowy. Potem powstały większe wersje – z czterosuwowymi silnikami 13-konnymi, o ładowności do 500 kg. Słowo Mazda zostało marką handlową firmy już w 1934r., choć jej oficjalną nazwą – dopiero w 1984.

ŹRÓDŁO

Doświadczalno-promocyjny rajd trójkołowców z 1936r.

Foto: public domain

Jeszcze w latach 30-tych Mazda rozwinęła własną sieć dystrybucji, a także oddziały eksportowe (wielkie zyski przyniosła zwłaszcza sprzedaż maszyn budowlanych do Korei). Jednak najstarszy syn Jujiro Matsudy, imieniem Tsuneji, większe nadzieje wiązał z szeroko pojętą branżą pojazdową.

W 1940r. przygotowany został prototyp samochodu osobowego (na zdjęciu), częściowo wzorowany na Austinie 7, ale produkcję udaremniła wojna.

Foto: materiał producenta

W czasie wojny Toyo Kogyo wytwarzało uzbrojenie – aż do uszkodzenia fabryki w Hiroszimie przez wybuch bomby atomowej 6 sierpnia 1945r. Fabryka stała 5,3 km od epicentrum, więc nie wyparowała, ale straciła wszystkie okna i dachy, a w wybuchu zginął wnuk Jujiro Matsudy (choć on sam i Tsuneji przeżyli). Co ciekawe, jeszcze przed końcem 1945r. produkcję dostawczych trójkołowców udało się wznowić.

W trakcie powojennej odbudowy Japonia potrzebowała przede wszystkim pojazdów użytkowych. Mazda zaprezentowała więc jednotonowe pick-upy serii CA z płóciennym dachem i konstrukcją wzorowaną na amerykańskich Jeepach (choć bez napędu 4×4). Produkcja seryjna ruszyła w 1950r.

Foto: materiał producenta

W 1951r. 76-letni Jujiro Matsuda zmarł, a stanowisko prezesa objął jego syn Tsuneji. To w jego czasach Mazda przekształciła się w jednego z wiodących japońskich producentów samochodów.

***

Auta osobowe – początkowo klasy kei-car – pojawiły się w ofercie w roku 1960, czyli wspomnianym we wstępie 35 roku ery Shōwa (panowania cesarza Hirohito). Odniosły wielki sukces sprzedając się w jeden rok w 23 tys. egz., co wraz ze skalą produkcji modeli użytkowych dało firmie ilościowe pierwszeństwo na młodym japońskim rynku pojazdów mechanicznych.

Pierwszy kei-car nazywał się Mazda R360 coupé. Miał 2+2-miejscowe nadwozie z modną wówczas, panoramiczną szybą tylną i umieszczony z tyłu, czterosuwowy silnik V2 z chłodzeniem powietrzem i rozrządem OHV. Z pojemności 356 cm³ wyciągał moc 16 KM umożliwiającą rozpędzanie się do 85 km/h. Masa wynosiła 380 kg, wymiary – przepisowe dla kei-cars 2.980 x 1.290 mm. Ciekawostkami były elementy napędu wykonane ze stopów lekkich (skrzynia korbowa, miska olejowa, obudowa sprzęgła, pokrywa rozrządu), niezależnie zawieszenie wszystkich kół (na wahaczach wzdłużnych i gumowych elementach resorujących) oraz – uwaga!! – opcjonalna, dwubiegowa przekładnia AUTOMATYCZNA, z konwerterem momentu obrotowego!! Zużycie paliwa mieściło się poniżej czterech litrów na 100 km.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Dystrybucją pojazdów osobowych zajęła się specjalnie utworzona sieć salonów Mazda Auto Store, odrębna od rozprowadzających dostawcze trójkołowce Mazda Stores (dla japońskich klientów wizerunek produktu zależy bardziej od sprzedającego go sklepu niż marki producenta). Dwa lata po R360 coupé przyszła towarowa wersja B360 (z silnikiem przeniesionym do przodu) oraz w pełni czteroosobowa Mazda Carol.

Mazda Carol wciąż spełniała kryteria klasy kei-car, dostała jednak większą kabinę z nietypową, ujemnie pochyloną szybą tylną i chłodzony wodą czterocylindrowy silnik o pięciu łożyskach głównych. Tym razem z 358 cm³ udało się uzyskać aż 20 KM. Resorowanie powierzono już drążkom skrętnym…

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

…a w 1963r. wprowadzono nawet wyjątkową w tej klasie wersję czterodrzwiową. To był prawdziwy hit, który dał Maździe aż 2/3 udziału w rynku kei-cars: do 1970r. nabywców znalazło 265 tys. egzemplarzy.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Taki sukces nie zadowalał jednak kierownictwa, a to z dwóch powodów: po pierwsze, samochody małe przynosiły małe zyski, po drugie zaś – japoński rząd usilnie promował eksport i dawał wiele przywilejów firmom zdolnym generować strumień dewiz, tymczasem za granicą segment kei-cars w ogóle nie istniał. Producenci samochodów zostali urzędowo podzieleni na trzy grupy, zależnie od potencjału eksportowego: Mazda trafiła do tej najniższej, a chcąc myśleć o długofalowym rozwoju należało czym prędzej to zmienić. Tym bardziej, że politycy otwarcie mówili o konieczności konsolidacji, czytaj – przejmowania firm słabszych przez silniejsze. Właśnie w tym czasie marka Hino stała się oddziałem Toyoty, a Prince’a wykupił Nissan. Matsuda-san bardzo nie chciał, by w podobny sposób swe istnienie zakończyło dzieło życia jego ojca.

Pierwszą próbą wyjścia poza granice kraju był model Carol 600 z 1963r. – z 0,6-litrowym silnikiem 28-konnym, ale wciąż tym samym nadwoziem, długości poniżej trzech metrów. Takie samochodziki nie miały racji bytu jako produkt eksportowy (bo popyt poza Japonią był znikomy, a koszty ceł i logistyki bardzo podnosiły ceny), stąd sprzedaż tylko 8.800 sztuk, w większości w kraju.

W 1964r. model Carol 600 zastąpiła poważniejsza, 3,6-metrowa Mazda Familia – występująca jako sedan, kombi, a potem również coupé o pojemnościach 0,8 lub jednego litra

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 1966 doszła 4,3-metrowa Mazda Luce z silnikami 1,5 lub 1,8 litra. Jak na tamte czasy – pełnoprawny segment D.

Foto: materiał producenta

Firma rozwijała się świetnie, ale do prawdziwie mocnego wejścia na rynki międzynarodowe potrzebne było coś efektowniejszego. Najlepiej przełomowego na skalę globalną.

***

Jak każdy prawdziwy Japończyk Tsuneji Matsuda myślał długofalowo. Nie można siadać na laurach, bo świat pędzi naprzód, a nabywcy mikrosamochodzików niedługo będą chcieli przesiąść się na coś porządniejszego. Nie wspominając o rynkach zagranicznych, gdzie 360-centymetrowych toczydełek nie kupował nikt.

Tsuneji Matsuda (1895-1970)

Foto: public domain

Wiecie co oznacza prawdziwa dalekowzroczność? To, że o przełomowe patenty, mające zapewnić przewagę w skali międzynarodowej, Matsuda postarał się już w 1960r. – gdy wcale jeszcze nie wiedział, czy debiutancki model R360 coupé w ogóle się przyjmie. Chcąc budować poważny biznes trzeba planować na całe lata naprzód, bez żadnej pewności co do przyszłych warunków i możliwości realizacji zamiarów. Kto jednak obstawi trafnie, zgarnia ogromną nagrodę.

W 1960r. Matsuda-san nawiązał kontakt z zachodnioniemiecką firmą NSU. NSU produkowało nieduże, dwucylindrowe samochodziki, ale równocześnie współpracowało z niejakim doktorem Felixem Wanklem – pomysłodawcą rewolucyjnego silnika spalinowego z wirującym tłokiem. Silnik Wankla obiecywał zlikwidować większość, jeśli nie wszystkie wady znanych dotąd „wstrząsosuwów” (jak Niemiec prześmiewczo przezywał motory klasyczne, z tłokiem wykonującym ruch posuwisto-zwrotny). W tamtym momencie jego wynalazku nikt jeszcze nie produkował i nikt nie mógł wiedzieć, ile on naprawdę był wart, jednak sprawa wydawała się oczywiście oczywista: sam teoretyczny opis patentu nie pozostawiał wątpliwości, że przyszłość musiała należeć do tłoka wirującego. On na papierze wykazywał wyłącznie zalety.

We własnej firmie Matsuda-san miał silną opozycję, wierzącą raczej w sprawdzone rozwiązania (pamiętajmy – Mazda dopiero przygotowywała swój pierwszy osobowy samochód, więc rozsądniej było ograniczać ryzyko). Jednak dowiedziawszy się, że japoński rząd zachęca gigantów do przejmowania firm nieeksportujących, planuje łagodzić bariery importowe, a równocześnie NSU negocjuje z aż setką chętnych licencjobiorców, postawił na swoim. „Technika to nieustająca innowacja” – przekonywał sceptyków. Ostatecznym argumentem okazała się możliwość poprawy zdolności kredytowej w razie nabycia wartościowych patentów – a Mazda bardzo wówczas potrzebowała kredytów inwestycyjnych.

Japońska delegacja negocjująca umowę (Tsuneji Matsuda drugi od lewej)

Foto: materiał producenta

Umowa została podpisana w lipcu 1960r. Nie była dla Mazdy zbyt korzystna: licencja kosztowała aż 280 milionów jenów, plus opłaty za każdy wyprodukowany silnik, ponadto wszystkie samodzielnie obmyślone udoskonalenia miały zostać bezpłatnie przekazane NSU. Te warunki w Japonii krytykowano, ale ostatecznie zaaprobowano, również na szczeblu rządowym (czego wymagało ówczesne prawo). W końcu nadrabianie technologicznych zapóźnień stało na samym szczycie gospodarczych priorytetów.

***

Był kiedyś taki dowcip: facet zaczyna w domu remont i pyta sąsiada z dołu – „pan ma identyczne mieszkanie, ile rolek tapety pan kupował?” „Trzynaście„. Po remoncie facet przychodzi znowu: „coś się nie zgadza, zostało mi aż pięć nienaruszonych rolek!!” „Owszem – mnie również…

Podobnie było z japońskimi silnikami Wankla. Przysłany z Neckarsulm prototyp zatarł się po 40h pracy, wypuszczając kłęby biało-niebieskiego dymu i generując silne wibracje (których miało przecież nie być!!). Zużycie oleju okazało się ogromne, a w zniszczonym silniku odkryto charakterystyczne uszkodzenia gładzi cylindra, nazwane „pazurami diabła” (na zdjęciu). Na zgłoszoną skargę Niemcy odpowiedzieli jak sąsiad z dowcipu – „zgadza się, mamy ten sam problem„. Przecież takiego silnika nie da się produkować i sprzedawać!! „Prawda, my też go jeszcze nie produkujemy„. To za co wzięliście 280 mln jenów…?

Foto: 160SX, Licencja CC

Kluczowy problem silnika Wankla – uszczelnienie powierzchni współpracy tłoka z cylindrem – Japończycy musieli rozwiązać sami. W kwietniu 1963r. założyli osobny dział zatrudniający 47 osób pod kierownictwem Kenichiego Yamamoto, pracujący wyłącznie nad silnikami z wirującym tłokiem (za które zapłacili grube pieniądze wierząc, że kupują gotowe rozwiązanie). Samo urządzenie laboratorium kosztowało Mazdę 300 mln jenów, zaś projekt i wdrożenie pierwszego wanklowego samochodu – ostatecznie ponad cztery miliardy.

Kenichi Yamamoto (1922-2017) – konstruktor pierwszych japońskich silników Wankla, a od 1984r. prezes Mazdy

Foto: materiał producenta

Zespół Yamamoto pracował bez wytchnienia, szukając skutecznego sposobu uszczelnienia wirujących tłoków. Technicy próbowali wszelkich materiałów, według legendy  – nawet zwierzęcych kości!! Podobno Yamamoto sam wpadł na właściwy trop, gdy tępo wpatrywał się w czubek kreślarskiego ołówka: wtedy pomyślał, że nie testował jeszcze grafitu. Zaraz zwrócił się do przedsiębiorstwa Nippon Carbon, które w 1962r. opracowało pierwsze komercyjnie wykorzystywane włókna węglowe. Niedługo później wspólnie opracowane zostały kompozytowe, aluminiowo-karbonowe listwy uszczelniające, współpracujące z chromowanymi gładziami cylindrów.

Dzięki tej koncepcji w 1963r. na tokijskiej wystawie samochodowej zaprezentowano dwa prototypowe silniki: jedno- i dwuwirnikowy, o pojemnościach 400 i 800 cm³. Do dalszych prac przeznaczono ten drugi, rozwijający na razie około 70 KM.

Foto: Taisyo, Licencja CC

W 1964r. – roku pierwszych igrzysk olimpijskich w Japonii – na Salonie Samochodowym w Tokio stanęło piękne sportowe coupé Mazdy nazwane Cosmo Sports, zaparkowane na podeście w kształcie obrotowego tłoka silnika Wankla. Według legendy do Tokio przyjechał nim na kołach z Hiroszimy sam Tsuneji Matsuda, odwiedzając po drodze samego szefa rządu i kilka największych japońskich banków, by przekonywać o potencjale firmy i zmienić klasyfikację Mazdy jako lokalnego producenta kei-cars, pozbawionego konkurencyjności międzynarodowej.

Foto: materiał producenta

Testy trwały jeszcze trzy lata. Prowadziło je sześćdziesięciu dealerów Mazdy, którzy sześćdziesięcioma prototypami przejechali łącznie ponad trzy miliony kilometrów.

Mazda Cosmo Sports – której nazwa miała się oczywiście kojarzyć z podbojem przestrzeni kosmicznej – zadebiutowała w Japonii 30 maja 1967r. Była drugim w świecie seryjnym samochodem z silnikiem Wankla (po zawodnym i mało praktycznym NSU Spider z 1964r., a przed NSU Ro80), a także pierwszym, który wykorzystywał DWA wirujące tłoki.

Foto: , Licencja CC

***

W formie seryjnej dwuwirnikowy silnik Cosmo, oznaczony symbolem 10A, miał pojemność niecałego litra (2 x 491 cm³), podwójny układ zapłonowy (z dwoma rozdzielaczami i dwiema świecami na każdą komorę spalania) oraz czteroprzelotowy gaźnik Stromberg-Hitachi. Rozwijał moc 110 KM przy 7.000 obrotów i moment 133 Nm przy 3.500, co w połączeniu z czterobiegową, manualną skrzynią dawało maksymalną prędkość 185 km/h i fenomenalne przyspieszenie: 0-100 km/h w 9,3 sekundy, ćwierć mili ze startu zatrzymanego w 16,3 sekundy. Rewelacyjny stosunek mocy do pojemności liczył się zwłaszcza w Japonii, gdzie większe silniki podlegały bardzo wysokim stawkom podatku drogowego, a ten poziom osiągów w najniższej klasie fiskalnej powyżej kei-car (360-1.000 cm³) wydawał się dotąd niemożliwością.

W przeciwieństwie do pierwszych wanklowych NSU, silniki Mazdy nie zacierały się po kilkunastu tysiącach kilometrów, nie miały problemów z przegrzewaniem ani uszczelnieniami, a zachowywały wszystkie zalety wirującego tłoka (doskonała kultura pracy, chętne rozwijanie wysokich obrotów, niewielkie wymiary i masa – w przypadku motoru 10A zaledwie 102 kg). Pozostały jednak mało elastyczne, spalały sporo oleju i wymagały jego wymiany co 6.000 km. Potrzebowały też dużo paliwa – przeciętnie 15-18 litrów na 100 km, co jednak w latach 60-tych nie przerażało, biorąc pod uwagę osiągi porównywalne z Porsche 911 czy co słabszymi amerykańskimi muscle-cars. Względna pozostała trwałość: w ówczesnym świecie kapitalny remont po 100 tys. km był jeszcze do zaakceptowania (zwłaszcza że niemieckie wankle przejeżdżały 25-50% z tego), ale konkurencyjne „wstrząsosuwy” były już zwykle znacznie trwalsze.

Foto: materiał producenta

Reszta techniki pozostała konwencjonalna: klasyczna konfiguracja napędu, podwójne wahacze poprzeczne ze stabilizatorem poprzecznym z przodu, oś de Diona na wzdłużnych resorach z tyłu i mieszane tarczowo-bębnowe hamulce – dwuobwodowe, choć bez wspomagania (średnica tarcz 254 mm, bębnów 201 mm). Dla poprawy rozkładu masy akumulator przeniesiono do bagażnika. Całe auto ważyło 940 kg.

Awangardowy silnik należało awangardowo opakować.

Niektóre artykuły mówią, że dwuosobowe nadwozie Cosmo projektowało studio Bertone, ale w istocie to dzieło własnego stylisty Mazdy, nazwiskiem Heiji Kobayashi. Można się w nim doszukiwać inspiracji Thunderbirdem albo sportowymi autami włoskimi, jednak całość wygląda oryginalnie i bardzo odważnie (częściowo dzięki celowemu wybiegowi pana Matsudy, który zlecał projekt jako concept car, bez planów seryjnej produkcji i sprzedaży – w ten sposób miał nadzieję zachęcić Kobayashiego do większej śmiałości, co też udało się w stu procentach). Konstrukcja była pół-samonośna: bez osobnej ramy, ale z przypominającymi ją podłużnicami i poprzeczkami tworzącymi integralną część płyty podłogowej.

Foto: Morio, Licencja CC

Foto: Morio, Licencja CC

Pierwsza seria miała rozstaw osi 2.200 mm, wymiary 4.140 x 1.595 mm i wysokość zaledwie 1.165 mm, możliwą między innymi dzięki małemu silnikowi pozwalającemu obniżyć linię maski. Kompaktowy motor Kobayashi podkreślił celowo rysując komorę silnika krótszą od bryły bagażnika, wbrew kanonom obowiązującym w świecie aut sportowych.

Charakterystyczny był też brak wymiennych paneli poszycia (poza pokrywami i drzwiami), co z kolei miało stworzyć wrażenie ekskluzywnej, jednostkowej produkcji ręcznej (pamiętajmy – to miał być concept car). Nieco nieproporcjonalnie wypadał tylko bardzo długi zwis tylny.

Foto: , Licencja CC

Ciekawymi szczegółami były lampy: przednie schowane za pleksiglasową osłoną, jak w Jaguarze E-Type

Foto: Iwao, Licencja CC

…i tylne, przedzielone w poziomie zderzakiem.

Foto: Iwao, Licencja CC

Proporcje zostały poprawione w lipcu 1968r., w serii II. Rozstaw osi wydłużono wtedy o aż 15 cm bez zmiany długości auta (dodatkowa przestrzeń powiększyła kabinę). Zmodyfikowano wloty powietrza do komory silnika, powiększono koła z 14 na 15 cali i zaopatrzono je w radialne opony 155-milimetrowe.

Foto: Mytho88, Licencja CC

Foto: , Licencja CC

Foto: , Licencja CC

W drugiej serii dodano też wspomaganie hamulców, trzypunktowe pasy bezpieczeństwa, światła awaryjne, zespolony przełącznik kierunkowskazów, świateł i wycieraczek przy kierownicy, a także opcjonalną klimatyzację: kosztowała ona ponad 1/4 ceny całego auta, zajmowała dużą część bagażnika i mogła powodować przegrzewanie silnika (instrukcja obsługi zalecała korzystać z niższych biegów po jej włączeniu!!), ale była swoistą przepustką do klasy luksusowej. Modele poliftingowe miały też lepsze osiągi: z tych samych dwóch wirników inżynierowie zdołali wykrzesać 128 KM i 142 Nm, a ponadto dołożyli piąty bieg. Wszystko to przełożyło się na prędkość do 200 km/h, 8,7 sekundy do setki i 15,8-sekundowy czas przejazdu ćwierci mili. Nie każde V8 miało wtedy tyle pary.

Seryjnie wszystkie egzemplarze malowano na biało – tylko pojedyncze sztuki dostarczono w innych kolorach, na specjalne zamówienia. Wnętrze wykończano matowo czarnym winylem pokrywającym cały kokpit, z czerwonymi, wełnianymi dywanikami i siedzeniami z wełnianej tkaniny w biało-czarną pepitkę. Kierownica miała seryjnie drewniany wieniec i aluminiowe, perforowane ramiona, według najlepszych wzorców europejskich. 

Foto: 名古屋太郎

Foto: , Licencja CC

Pełny zestaw wskaźników informował o szybkości, obrotach silnika, poziomie paliwa, temperaturze wody, temperaturze i ciśnieniu oleju oraz prądzie ładowania. Wyposażenie obejmowało też elektryczny zegar, system audio Clariona z elektrycznie wysuwaną anteną, dwutonowy klakson, dwubiegowe wycieraczki oraz oświetlenie kabiny, schowka i bagażnika. Dodatkowe miejsce na bagaż, z pasami zabezpieczającymi, przewidziano za fotelami.

Foto: James Joel, Licencja CC

***

Podekscytowany Tsuneji Matsuda mówił, że jazda Mazdą Cosmobardziej przypominała lot samolotem niż jazdę autem” – bo charakterystyczny świdrujący dźwięk i charakter silnika wkręcającego się swobodnie na 7.000 obrotów, bez śladu wibracji, bardzo różniły się od rywali z napędem konwencjonalnym. Nie rozczarowywała też wytrzymałość wankla, której w żaden sposób nie mogli uzyskać tak renomowani producenci jak Daimler-Benz, Citroën czy współpracujące z samym Felixem Wanklem NSU.

Mazda Cosmo odnosiła sukcesy sportowe, ale głównie w Japonii, bo też tylko tam była oficjalnie sprzedawana. Tylko raz, w 1968r., wystartowała i zajęła doskonałe czwarte miejsce w najbardziej morderczych zawodach sportowych ówczesnego świata – w 84-godzinnym wyścigu Marathon de la Route na torze Nürburgring (który zastąpił ostatni drogowy wyścig w dziejach, rozgrywany w jednym etapie z Liège do Sofii i z powrotem). W późniejszych latach Mazdy napędzane silnikami Wankla odniosły jeszcze 200 zwycięstw w różnych imprezach sportowych, z których najważniejsze miało miejsce w 24-godzinnych zawodach w Le Mans w 1991r. 

Foto: materiał producenta

Mazda Cosmo nie była przeznaczona na eksport (nie produkowano nawet wersji z kierownicą po lewej). Miała służyć przede wszystkim jako halo car, czyli pokaz technicznego potencjału producenta, mający skłonić rynki (również finansowe) oraz japoński rząd do poważnego traktowania marki Mazda. Auto początkowo kosztowało 1,48 mln jenów, po liftingu 1,58 mln – odpowiadało to ponad 70 pensjom, ale jeszcze więcej żądano np. za Isuzu 117 coupé (1,72 mln) czy Toyotę 2000 GT (2,38 mln). W ówczesnej Japonii ten segment cieszył się oczywiście znikomą popularnością: pierwotny model L10A w ciągu nieco ponad roku znalazł 343 klientów, późniejszy L10B w cztery lata – 833. Więcej chętnych nie było, choć ograniczeniem była też kosztowna, ręczna technologia produkcji, nie pozwalająca wypuszczać więcej niż jednego samochodu dziennie.

Z powodu tak wysokich kosztów (które oczywiście nigdy się nie zwróciły) nie uruchomiono planowanej produkcji cabrioletu ani eksportu coupé. Do Europy nieoficjalnie trafiło kilka sztuk, do USA dokładnie siedem (jedną z nich testował magazyn „Road & Track„, wyrażając bardzo pozytywne opinie), a do Australii jedna – sprowadzona przez japońskiego dyplomatę, który pragnął promować w ten sposób swój kraj.

Technika to nieustająca innowacja, a biznes to długofalowe planowanie w warunkach permanentnej niepewności jutra. Kto postawi na właściwego konia, zgarnia wielką nagrodę. Czy silnik Wankla był dla Mazdy koniem właściwym?

Z dzisiejszej perspektywy niestety nie. Mimo kilku dekad prac rozwojowych i wypuszczenia wielu wanklowych modeli (z ciężarówkami i autobusem włącznie) Japończycy nie zdołali pokonać największych wad tej koncepcji, to jest wysokiego zużycia paliwa, spalania oleju i przede wszystkim niskiej trwałości, która do dziś nie wyszła ponad maksymalnie 150 tys. km. Wirujący tłok nie spełnił pokładanych w nim nadziei – zwłaszcza po kryzysie naftowym, który w długofalowym ujęciu realnym zmienił niewiele, ale bardzo przewartościował ludzkie podejście do techniki i ogólnie gospodarowania.

Mimo to nie da się jednoznacznie powiedzieć, że Mazda popełniła błąd. Silnik Wankla nie przyniósł spodziewanego przełomu, nie odmienił trwale motoryzacji, ale był (i jest) Jakiś. Każda samochodowa firma, która chce się liczyć na rynku, musi wypracować wyrazisty charakter, jak to dziś mówią – „własne DNA”. Dla Mazdy są nim wirujące tłoki: jedyna w swym rodzaju pamiątka epoki trudnej i piekielnie pracowitej, ale pięknej. Epoki, w której gospodarkę i całą ludzką cywilizację w pocie czoła się budowało, a nie rozmyślnie sabotowało i burzyło, uważając to za postęp.

Jak większość ówczesnych samochodów japońskich, Mazda Cosmo nie zawojowała rynku, ale zajęła ważne miejsce w historii motoryzacji. Na liście najcenniejszych klasyków japońskich zajmuje obecnie drugie miejsce (za Toyotą 2000 GT), zaś wśród najciekawszych jest bezapelacyjnie pierwsza.

Foto: Thesupermat, Licencja CC

Foto tytułowe: public domain, tło wygenerowane przez www.lightxeditor.com

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

38 Comments on “POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: NIEUSTAJĄCA INNOWACJA

  1. Liczę, że kiedyś sporządzisz artykul na temat legendy prywaciarzy lat 80tych czyli Mazdy 626 diesel z generacji z lat 1983-87.

    • To jest samochód, o którym niełatwo coś napisać bez przejażdżki, bo nie wiążą się z nim żadne nietypowe historie. Ale być może kiedyś się trafi okazja.

      Co do „legendy”: w latach 80-tych, ze względu na reglamentację benzyny, każdy Polak, który mógł sobie pozwolić na zachodni samochód, koniecznie chciał jakiegokolwiek diesla. Takimi samymi legendami zostały wtedy stare Mercedesy czy Golfy, jak i powexowskie Mazdy, Corolle, albo nawet Daihatsu Charade (które w polskich warunkach poddawały się bardzo szybko, ale też dało się je tankować bez kartek).

      W ogóle to taką Mazdę widziałem w warsztacie taty, jakoś pod koniec lat 80-tych. Tata specjalnie wziął mnie wtedy do pracy zamiast posłać do szkoły, żebym sobie zobaczył to cudo. Auto miało wiedeńskie tablice (prawdopodobnie ktoś je z Austrii przywiózł, albo po prostu tam pracował). Najbardziej fascynowały mnie elektryczne szyby i lusterka – takiego bajeru nie widziałem nigdy wcześniej 🙂

      • Nie każdy chciał diesla, np. moja mama kupiła w 1987(8?) w Peweksie benzynowego Nissana Sunny. Dlaczego? Z niechęci do zapłonu samoczynnego. Ale zapewne byłą w promilowej mniejszości.

      • Od 1988r. nie było już kartek na benzynę, a jakiś czas wcześniej pojawiła się „benzyna komercyjna”, sprzedawana bez ograniczeń, ale dwa razy drożej i na niewielu stacjach. Może to przez to?

        Inna sprawa, że nikt za bardzo nie wiedział, w jakim kierunku potoczą się sprawy i czy reglamentacja nie wróci. No ale każdy decyzje podejmował sam.

      • @SzK, no właśnie jeśli chodzi o Mazdę to ZTCW w Pewexie były dostępne tylko benzyniaki. Mój dziadek w 84 zamienił Ładę 2106 właśnie na Mazdę 323. Wiem, że zapłacił za nią nieco mniej niż za Poloneza , bo benzynowych nikt nie chiał, a on jako dyrektor kamieniołomu miał dostęp do benzyny, bo pracowały tam ZiŁy jeszcze. W czasach na krótko przedkartkowych wiem, że partię Mazdy 323 sprzedała firma Andrzeja Jaroszewicza.

        W NRD jeździło też sporo Mazd 323 , było to drugie najpopularniejsze po Golfie zachodnie auto.

      • A no tak 626 mogła być z pewexu. Jeśli chodzi o segment D to w ofercie pewexu była też Carina II. Bluebirda z tego co wiem nie było. Swoją drogą szkoda, ze nie ma statystyk co do sprzedaży konkretnych zachodnich pojazdów w pewexie.

        Co do Mazdy to co ciekawe zaraz po 89 otworzyła oficjalne przedstawicielstwo w Polsce, a kilka lat później zamknęła. Na nowo otworzyła jakoś w 2009 roku. W międzyczasie było kilka prywatnych firm które sprzedawały Mazdy na Polskim rynku, niemniej mimo pewnej popularności w PRLu w latach 90 sprzedawały się bardzo słabo w porównaniu do innych japońskich marek. Podobna sytuacja była w przypadku Daihatsu.

  2. Ciekawy wycinek z testu R&T: „The Cosmo body was designed from the ground up for the Wankel application, but styling is not the strong point of the car. We have been seeing the prototype at the annual Tokyo Show for four consecutive years, and there has been little styling change from the first wooden mockup. So it looks dated and its surface development is somehow crude. One cannot help suspecting that the Mazda styling man drew a rough and quick sketch of the car in the late Fifties, gave it to the body shop, then suddenly fell in love with Bertone and while they were busy bringing up the new body for the Mazda Luce sedan, he completely forgot about the Cosmo.”

    • Ja też uważam, że tył dłuższy od przodu jest postawiony na głowie, no ale to miał być szalony concept-car, więc musiał przyciągać uwagę 🙂

    • Akurat proporcje dają tu bardzo fajny efekt odrzutowego samolotu zostawiającego za sobą smugę kondensacyjną – a przynajmniej mnie z tym to się kojarzy. Ale, muszę zgodzić się z krytykami stylu z epoki – dziś tego nie widzimy, ale w tamtym czasie wyglądała staro; można ją postawić obok E-Typa (1961) i Corvetty C2 i będzie wyglądała jak z tej samej opowieści, a łezki nadkoli z daleka wołają nawet Mercedesy SL z lat 50. Tymczasem, w 1967 za rogiem było C3, w produkcji była Lamborghini Miura, a rynek podbijały kanciaste i brutalne muscle-cary.

  3. Ciekawe jak sie prezentuje na żywo, że zdjęć mi się podoba mimo, że coupe z króciutką kabiną „jakos mi nie robią” a i wystający bagażnika a la amerykański sedan to też nie moj gust.

    Wankel na pewno jest „jakiś”. Ma masę wad, ale się wyróżnia. Do „halocara” się nadaje i chyba tyle.
    Waga zaskakuje. 100 kilo to nie tak mało. Słynna aluminiowa v8 Buicka ważyła 150 kg i dawała jakieś 150 koni, a w podkręconej wersji i pod 200.
    Jak zrobimy skok o 30-40 lat wprzód Renesis z RX8 ma ważyć 112 kg. AJP8 z TVR ważył ponoć 123 kg, późniejszy Speed6 ok. 150. 3 cylindrowy silnik z GR Yaris na sucho ma ważyć 109 kg. Wychodzi, że wstrzasosuwy jednak lepsze pod każdym mierzalnym względem.

    Dzisiaj Mazda też robi pewne rzeczy chyba tylko po to, aby pokazać że można inaczej – upsizing w czasach turbo downsizingu, chyba znowu dają wankla do elektryka (a jeszcze nie dawno zapierali się przed elektrykami i hybrydami) – trochę zajmuje niszę po Citroenie.

  4. Sądzę, że awaryjność takich silników może być wadą, owszem, ale chyba wcale nie największą. Nie brakuje silników, które mają podobną żywotność i uchodziły za wtopy; niektóre TFSI (złośliwi piszą, że wszystkie), Boxer – diesle w Subaru, czy choćby Boxer w Toyocie GT86, THP z PSA, niektóre DCi z Renault i pewnie masa innych. Natomiast spalanie… W dzisiejszych czasach auto spalające 15 czy 18 l na setkę można porównać do degustacji bekonu w meczecie – niektórzy wprost tracą głowy.

    Kiedyś byłem zainteresowany RX8, ale poza wysokim spalaniem (mało jeżdżę, nie przeszkadza mi to), awaryjnością (od biedy można by kupić, wyremontować i spokojnie jeździć dalej) dochodziło to, że samochód ponoć kiepsko radził sobie na krótkich dystansach, zwłaszcza w jeździe miejskiej – ponoć miała ona znacząco skracać i tak nie najlepszą żywotność silnika. Pytanie jak to wygląda w Wanklach w ogóle? Czy to przypadłość RX ósemki, czy po prostu każdego Wankla? Bo jeżeli każdego, to cóż – jest to gwóźdź do trumny…

    • 15-18 litrów to było kiedyś, kiedy klasycznym sześciocylindrówkom też zdarzało się tyle spalać. RX-8 jest oszczędniejsza, choć oczywiście dwulitrowe R4 turbo na pewno spali mniej.

      Co do krótkich dystansów: ja o tym nie słyszałem, ale w XX wieku eksploatacja na krótkich dystansach ogólnie bardzo skracała żywotność każdego silnika, ze względu na częste zimne starty. W zimie wskaźnik ciśnienia oleju potrafił tkwić na zerze przez 15-20 sekund, w lecie przynajmniej przez 5. Wszystkie samochody o dużych, kilkusettysięcznych przebiegach były wtedy eksploatowane na długich trasach (tzn. bez zimnych startów – taksówki też się w to wliczały, bo ich silniki rzadko zdążały ostygnąć pomiędzy kursami). Dziś problem jest znacznie mniejszy, bo nowoczesne oleje nie gęstnieją tak bardzo i zaczynają płynąć praktycznie natychmiast po starcie (u mnie w SLu, gdzie mam klasyczny wskaźnik, ciśnienie widać równo z „zagadaniem” silnika, więc praca na sucho w ogóle nie występuje).

      Czy wankle są na to bardziej wrażliwe? Nie mam pojęcia, generalnie one wymagają dobrego smarowania, więc to jest możliwe. Ale nie czytałem nic na ten temat.

      • Inna konstrukcja, raz że (za forum mazdy RX) w wale jest termostat oleju który blokuje na zimnym silniku natrysk oleju na boki rotorów, dwa, że rx7 oraz rx8 miały natrysk oleju na gładzie cylindra (prof chris nagrał o tym kiedyś film). To tylko dwa „quirks” które znalazłem na szybko, bez znajomości działania tych i reszty systemów o których nawet nie wiem, że istnieją, porównywanie do silnika klasycznego może nie mieć sensu.

      • Zawsze uważałem, że ten czas bez smarowania to jest mocno przesadzony mit, bo jednak mamy do czynienia z pompą wyporową a smarowanie jest wystarczające jak tylko dostarczamy olej do łożysk (w silniku zwykle wszystkie łożyska są hydrodynamiczne, czyli tak na prawdę wystarczające cisnienie oleju to takie, że olej do nich po prostu dopływa), ale ten dokument daje jakieś chore czasy:
        https://pics.tdiclub.com/members/drivbiwire/SAE%20Papers/2000-01-2949%20Camshaftwear.pdf
        Chociaż to dotyczy silnika 11 litrowego i nie jestem pewien, co oznacza „flushed” – czy całkiem spuszczali olej z poprzedniej próby z magistrali i filtra czy nie… W każdym razie fajnie, że dzisiaj mamy oleje 0W-20 i „rzadsze” 🙂

        PS. Pamiętajmy, że swój pory udział ma też rozszerzalność cieplna, o której zwykle w takich dyskusjach się zapomina.

      • Inżynierem nie jestem, więc nie będę teoretyzował, ale każdy starszy mechanik chętnie opowie, ile każdej zimy remontował silników z obróconymi panewkami. Mojemu tacie też się to zdarzyło w W115 220D, bodajże w 1989r. dziwnym trafem właśnie w zimie. I równie dziwnym trafem problem znikł po rozpowszechnieniu się dobrych olejów syntetycznych.

  5. Kosmiczny silnik nie wolny od wad i kosmiczny wóz, no kurczę pióro lepszego połączenia jak Mazda Cosmo Sport nie ma (chyba że wliczymy wczesny pomysł na DeLoreana z tą jednostką). Cosmo Sport jak dobrze pamiętam zapoczątkowała erę wozów serii Mazda/Eunos Cosmo – mieli tam modele raczej nie znane jak zachodzie, no i z kolejnymi wersjami Wankla robiącego „brapbrapbrapbrap”. Nawet w Bloku wschodnim próbowano eksperymentować z Wanklem – Łady miały go (coś koło 100 sztuk), do Skód 1000MB zaadaptowano go w ramach testów, Wartburg miał go mieć – no ale wyszło tak że zrezygnowano z tego i skończyło się na „miał”.

    W ogóle sam fakt, że Mazda długo grzebała przy Wanklu próbując go poprawić gdy większość machnęła ręką na to zdumiewa. Chociaż gdzieś widziałem pomysł sprzed kilku lat max na włączenie Wankla w układ hybrydowy, gdzie by pracował jako agregat.

    No cóż – silnik całkiem ciekawy ale mało kto by go chciał mieć pod maską ; )

    • Stoi w salonach MX 30 R-EV. Nawet się tym przejechałem. Trochę pogięta i ciasna, ale największa wada ograniczenie prędkości do 140 km/h, żeby choć dali 15 więcej.

  6. super historia, jak już tu ktoś wspomniał, wolkswagenowskie FSI paliły podobnie oleju i były podobnie nietrwałe i to będąc zwykłymi 4cylindrówkami i to producenta raczej słynącego z niezawodności, zresztą 100-150tyś to w tych latach w FSO szczyt wyrafinowania 🙂 także wszystko jest względne 🙂

    ja niestety nie miałem do czynienia z Wanklem puki co a chętnie bym miał 🙂 może kiedyś się coś trafi

    a co do opisywanej Mazdy no to ten tył jest na prawdę przegięty z długością, połowę krótszy i był by fajnym samochodzikiem, jakoś mi Cappuccino przypomina 🙂

    • Jak Mazda Cosmo debiutowała to FSO była dopiero na etapie Warszawy i Syreny – nawet umowy na Fiata nie mieliśmy jeszcze podpisanej. Mazda a nasza Duma Narodowa to jak porównywać Jetsonów z Flintstonami🙂.

  7. Carol 360 w wersji dwudrzwiowej bardzo przypomina Autobianchi Bianchinę, autko filmowego pechowca Fantozziego. Luce to zupełnie co innego, chociaż również we włoskim stylu. Kawał porządnego samochodu, trochę przywodzący na myśl Quattroporte 1, ale wtedy była widać taka maniera projektantów. Z kolei Cosmo to, zgodnie z nazwą, prawdziwy Kosmos. Wankel, bardzo dobre osiągi, bogate wyposażenie i te linie, zapadające na długo w pamięci. Czy w wersji sprzed, czy po liftingu pojazd ze wszech miar fascynujący.
    PS. Importowane z Zachodu benzyniaki wróciły do oferty Pol-Motu w 1988 roku jako trzydrzwiowe hatchbacki Fiat Uno 0.9 Sting i Nissan Sunny 1.3 LX.

    • Ogólnie w każdej epoce stylistyczn trendy są dość jednolite, choć właśnie w Epoce Chromu różnorodność była relatywnie największa.

      Z tą ofertą Pol-Motu to zrozumiałe – nie wiedziałem, że od 1988r. sprowadzali benzyniaki, ale to oczywiście ma sens.

      • Trochę mnie zastanawia czemu w latach 80 nie oferowano Renault w Polmotach. W latach 60 i wczesnych 70 była to najpopularniejsza obok VW zachodnia marka w PRL. Dauphine i 8/10 oferowano nawet za złotówki.

  8. Paskudne auto. Ta stylizacja z długim zadem jakaś taka „barokowa”

  9. Art jak zwykle klasa sama w sobie i aż by się chciało by się pojawiał taki codziennie.
    Cosmo z Wanklem wiadomo sztos mimo że powstało z 1300 egzemplarzy.

    Mnie ujął inny fragment:
    „Dwa lata po R360 coupé przyszła towarowa wersja B360 (z silnikiem przeniesionym do przodu) ”
    W 1962 i bez problemów pojawiło się to w sprzedaży.
    W Polsce przy dużych zmianach konstrukcyjnych prawie 20 lat później pokazano prototyp „Malucha” z silnikiem z przodu. I tyle.
    Kurtyna.

    • Mazda działała na własną ręke, natomiast FSM było blokowane przez Fiata, któtremu nie było potrzebna powiększona wersja niższowgo produktu

  10. Ten WordPress (tak?) to nie pozwala na wybranie gdzie ma wylądować komentarz, więc wyląduje randomowo. Ale popatrzcie: halo car od mikro-producenta mikro-wózków na zakupy (sorry P.T. Autorze za zniewagę) który totalnie wyrywał d.. zaraz koło głowy vs teraz halo-logo Jaguara jako max tego na co stać. Eeech…

    • Mnie przepraszać nie trzeba, zwłaszcza jeśli się pisze, jak jest 🙂

  11. Mazda taki trochę japoński Citroen, rób wszystko inaczej niż inni, a coś się uda. I tak chyba zostało do dzisiaj.
    Mnie natomiast zastanawia sprawa pana F.Wankla, jaka super propagandę (i lobowanie tego silnika) musiał robić sam F. Wankel ( i pewnie NSU, itd. ) Ze aż tak długo trwało dojście do wniosku ze to ślepa uliczka. Moim zdaniem samo spojrzenie na komory spalania Wankla i skojarzenie tego z doświadczeniami silników tłokowych, dyskwalifikuje tego pierwszego już w przedbiegach. Ja sam miałem okazje tylko raz jechać Wanklem, nie nie była to Mazda.
    (przepraszam za niekonsekwentne używanie Polskich znaków, ale nie mam Polskiej klawiatury, a program korektury robi u mnie co chce 🙁 )

    • Masz rację voss z Citroenem, tylko ostatnio Mazdzie się to lepiej udaje. Nowatorskie rozwiązania, jak sprężarka Comprex w silniku 2.0D i silnik Sky Active X to pomysły dość kontrowersyjne. Ale Mazda ma lokomotywy w postaci modelu 6, choć to już jeden z nielicznych klasycznych sedanów, ciągle ładna oraz CX 60, które ciągną sprzedaż firmy od lat. Nawiasem te modele to ulubione samochody sadowników spod Grójca, nie wiem czy to operatywność lokalnego dilera, czy też kwiat kwitnącej wiśni jest im bliski.
      Co do ślepej uliczki Wankla, to Mazda ciągle w nią brnie nowe RX 7 i RX 9 i zjawiskowa Iconic SP.

  12. Czy w niedalekiej przyszłości będzie kolejna część wpisu o Wanklu w kolejnych modelach Mazdy?

  13. Szczepanie, czy ostatnio były jakieś zmiany w silniku strony? Od kilku-kilkunastu dni strona działa bardzo ociężale, mój 8 letni laptop ma duże problemy z wczytywaniem treści, nie mówiąc o przewijaniu strony. Na mocniejszym komputerze służbowym też wydaje się działać znacznie ciężej niż do niedawna.

    • O niczym takim mi nie wiadomo. WordPress robi automatyczne aktualizacje, na które nie mam żadnego wpływu, ale ostatnio takich nie było. Po którejś aktualizacji był kłopot z szerokością strony i kolorami czcionek, ale kolega poprawił to ręcznie i od dłuższego czasu jest już ok.

  14. Ja tylko króciutko tu postawię się w opozycji do „poprawiania proporcji” w serii 2 – moim oczom bardziej pasuje ekstremalnie wydłużony tylny zwis, robiąc tym jakieś nawiązania do proporcji moparów z tamtego okresu. Po lifcie, pod pewnymi kątami (także że względu na wizualny efekt wywołany przez kształt tylnej szyby), Cosmo sprawia wrażenie jakby była pick-upem. W sumie, to ja i tak lubię japońskie pick-upy 🙂