POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: ROADSTER, CO MA WSZYSTKIE ROADSTERY POD SOBĄ

Czy wyobrażacie sobie motoryzację bez małych roadsterów?
Oczywiście, ogromna większość z nas roadstera nie posiada, a wielu nigdy w takowym nie siedziało. Ja też z zabawkowymi samochodami nie miałem do czynienia bardzo długo. Ale to nie ma znaczenia – chodzi o to, że bez takich pojazdów branża motoryzacyjna niczym nie różniłaby się od AGD.
Jasne, ona z czasem do AGD się upodabnia. Co więcej, dla sporej części kierowców – być może nawet części przeważającej – rodzajem AGD była zawsze. Ale entuzjastów, których powóz bez koni fascynował od dnia swoich narodzin, wciąż są miliony, i to oni przez ponad stulecie decydowali o kierunkach rozwoju motoryzacyjnej techniki. A nawet o trendach kulturowych – bo to dzięki nim samochód stał się na tyle ważną częścią naszej cywilizacji, że zaczął ją diametralnie przemieniać, nawet jeśli nie wszyscy na co dzień go używają. Zupełnie jak dominująca religia, która wyznacza fundamentalne wartości i zasady każdego społeczeństwa, nawet jeśli nie każdy jest jej wyznawcą.
Samochód nie jest zwykłym urządzeniem domowym, jak np. pralka albo odkurzacz. Tych sprzętów używa się wyłącznie z obowiązku, ciężko przy tym wzdychając i zazdroszcząc bliźnim, których ktoś w tym wyręcza. Znacie kogokolwiek, kto cieszyłby się z nadchodzącego prania i prasowania? Natomiast samochód…
O samochodach, radości z jazdy, niewiarygodnej różnorodności motoryzacyjnej, wpływie indywidualnej mobilności na społeczeństwo, gospodarkę i cywilizację sam nagryzmoliłem już ponad 900 artykułów, a mądrzejsi ode mnie zapełnili całe biblioteki. Jeden z nich, mój ulubiony niemiecki dziennikarz Fritz Busch, przez całe życie promował auta ekonomiczne i pragmatyczne, lecz nawet on jeden ze zbiorów swych felietonów zatytułował „Najpiękniejsza Zabawka Stulecia„, a kiedy indziej napisał, że „kto nigdy nie posiadał dwumiejscowego roadstera, ten w ogóle nie wie, czym jest samochód, nawet jeśli wypróbował wszystkie sedany świata„.
Dwumiejscowy roadster to najbardziej niesamowity gatunek pojazdu mechanicznego. A jego prawdopodobnie najdoskonalszą interpretacją jest Mazda MX-5. To roadster, co ma wszystkie roadstery pod sobą.
Foto: materiał producenta
***
Bez dwumiejscowych roadsterów nie byłoby fajnej motoryzacji. A bez Mazdy MX-5 nie byłoby dwumiejscowych roadsterów.
Tzn. dwumiejscowe roadstery istniały od zawsze, w zasadzie już od XIX wieku, choć wtedy jeszcze się tak nie nazywały. Ale po kryzysie naftowym lat 70-tych praktycznie wyginęły. Częściowo odpowiadały za to obawy przed spodziewanym zaostrzeniem norm bezpieczeństwa, czyli obowiązkowym testowaniem otwartych samochodów pod kątem przeżywalności dachowania. Ostatecznie uchwalone przepisy okazały się stosunkowo łagodne, jednak cabriolety i tak stały się cięższe, brzydsze i droższe, a społeczne nastroje nie sprzyjały samochodom rekreacyjnym. Duża część entuzjastów przerzuciła się wtedy na tzw. hot-hatche. Aż tu nagle…
Nie, nieprawda – w motoryzacji nic nie pojawia się nagle. Wszystko dojrzewa przez lata, tylko zazwyczaj w ukryciu, a niespodziankę sprawia dopiero publiczna prezentacja. MX-5 ujrzała światło dnia w roku 1989, lecz pomysł narodził się dziesięć lat wcześniej: wtedy wciąż jeszcze dało się kupić klasyczne MG, Triumphy i włoskie spidery, jednak ich konstrukcje były już bardzo przestarzałe, a jakość i niezawodność słaba, więc sprzedaż pozostawała bardzo niska (co też odstręczało od inwestowania w następców). Rozpacz ogarniała samochodziarzy – takich jak Rob Hall, kalifornijski dziennikarz wychowany w brytyjskich roadsterach swojego ojca, a teraz przypatrujący się agonii ich producentów. W pracy Hall wyspecjalizował się w testach samochodów japońskich, dlatego jego zdanie ceniły japońskie firmy.
Wiosną 1979r. szef działu badawczo-rozwojowego Mazdy, Kenichi Yamamoto, zapytał Halla o właściwy jego zdaniem kierunek rozwoju firmy. „Zróbcie małe, lekkie auto sportowe, jak kiedyś Anglicy, najlepiej na seryjnych mechanizmach 323″ – wypalił rozmówca. Po czym naszkicował sylwetkę wyoblonego roadstera. Yamamoto tylko słuchał i kiwał głową.
Dwa lata później awansował na prezesa koncernu, tymczasem Hall został zatrudniony w jego amerykańskim przedstawicielstwie i… dostał polecenie rozwinięcia pomysłu z roadsterem. „Sam zdążyłem już zapomnieć o tamtym spotkaniu, ale on nie” – wspominał Hall. Oczywiście, jak to w poważnej pracy, zabawkowy model mógł obmyślać wyłącznie poza czasem poświęcanym priorytetowym produktom, czyli pick-upom serii B. To znaczy przed 9.00h, po 17.30h i w czasie przerwy obiadowej…
Hall nie był inżynierem, tylko managerem produktu, więc nie tyle projektował samochód, co ustalał jego założenia, budżet i kalkulował szanse na sukces, rynkowy i finansowy. Rokowania wyglądały marnie: globalna sprzedaż roadsterów spadła do kilku procent liczb z lat 60-tych, mimo że sumaryczna produkcja samochodów wzrosła była o połowę. Po ujrzeniu tych danych sceptykiem został nawet Yamamoto, ale rozochocony Hall nie miał zamiaru się wycofywać. Osobiście poleciał do Japonii i… zorganizował szefowi przejażdżkę Triumphem Spitfire, po krętych drogach górskich. „Ten dzień naprawdę utkwił mi w pamięci” – wspominał Yamamoto, który natychmiast wycofał obiekcje.
A jeśli archaiczny, spartański wózek z Anglii przekonał japońskiego prezesa do zignorowania raportów rynkowych, to znaczy, że Fritz Busch miał sto procent racji
Foto: mojej żony
Mazda stosowała wtedy zasadę konkurencji zespołów inżynierskich. W jej ramach grupa amerykańska, wzorująca się na Lotusie Elan, zaproponowała klasyczny układ napędowy, a japońska – układ FWD lub centralnosilnikowy.
Ostatecznie zwyciężył pomysł pierwszy – nazwany Duo 101 od dwóch rodzajów dachu, miękkiego i twardego. Nadwozie wykonano z włókna szklanego, a pod maską (przednią) pracował 1,4-litrowy silnik Mazdy 323, przekazujący napęd do tyłu. Jak w najlepszych wzorcach brytyjskich i włoskich.
Foto: materiał producenta
Oficjalny bieg sprawie nadano w styczniu 1986r., a ostateczne dopracowanie powierzono jednak zespołowi z Tokio, pod kierownictwem Toshihiko Hirai. Jego dewizą było japońskie pojęcie Jinba Ittai, pierwotnie oznaczające „zjednoczenie jeźdźca z koniem”, a w przypadku Mazdy rozumiane jako następujące pięć punktów: maksymalna lekkość przy zachowaniu standardów bezpieczeństwa, kabina wystarczająca do pomieszczenia dwójki ludzi, ale niczego więcej, klasyczny układ napędowy z rozkładem masy 50/50, niezależne zawieszenie wszystkich kół na podwójnych, trójkątnych wahaczach poprzecznych i wał napędowy w formie sztywnej rury reakcyjnej. Produkt seryjny zachował większość kształtów prototypu, choć… o szczegółach za moment.
Premiera roadstera nastąpiła w Chicago, 10 lutego 1989r. Auto nosiło oznaczenie MX-5 (od Mazda Experimental nr 5), chociaż w USA dodano jeszcze słowo Miata (po starogermańsku „nagroda”), a w Japonii użyto lansowanej właśnie, prestiżowej marki Mazdy – Eunos Roadster (wymawiane yūnosu rōdosutā). Sukces był tak wielki, że podaż długo nie mogła nadążyć za popytem, a w ciągu następnej dekady rynek zalała fala naśladowców – od Fiata Barchetty, MGF i Lotusa Elise, po BMW Z3, Mercedesa SLK i Porsche Boxstera.
Foto: materiał producenta
***
Roadster to narzędzie do sprawiania radości w jej najbardziej pierwotnej formie. Pierwsza MX-5 nie była wcale mikroskopijna (3.970 x 1.675 mm), za to niska (1.235 mm) i bardzo lekka (940 kg!!). Nie zapewniała wygód – wręcz przeciwnie, przeciętny człowiek Zachodu z trudnością mieści się za jej kierownicą. Takie spartańskie roadstery Amerykanie zwą „bugs in teeth„, czyli „komary w zębach”. Na pewno nie każdy je lubi, ale samochodowi puryści daliby się za nie pokroić.
Samonośna konstrukcja nadwozia otwartego to złożona sprawa. Na wysokości drzwi cała sztywność opiera się na progu, który musi być wyjątkowo wytrzymały – dlatego większość cabrioletów sporo waży i nie zapewnia wygodnego wsiadania. Mimowolnie uzyskaną zaletą jest tu natomiast obniżenie środka ciężkości.
Perforowana rama pomocnicza z aluminium, jak w Lotusie Elan, połączyła tylny most z silnikiem. Służyła usztywnieniu konstrukcji, zmniejszeniu wibracji i wyostrzeniu reakcji na gaz.
Foto: materiał producenta
Zespół amerykański obawiał się, że Japończycy całkiem zniszczą ich koncepcję. Na szczęście jedynie „zeskrobali z glinianych modeli zbędną warstwę tłuszczu” – jak wyraził się ich szef, Toshihiko Hirai. Mimo zerowego doświadczenia z autami sportowymi doszlifował on amerykańską koncepcję do perfekcji – głównie poprzez umiejętny dobór współpracowników i ogromną dbałość o szczegóły. Japońskie modyfikacje zmniejszyły ciężar i współczynnik Cx, poprawiły rozkład masy i chłodzenie, nadały też wizualnej dynamiki. W zawieszeniu wprowadziły elastyczne dolne mocowania wahaczy, które w szybkich zakrętach pasywnie skręcały tylne koła w kierunku odwrotnym do przednich, skutecznie redukując podsterowność. „To Hirai-san uczynił MX-5 tym, czym ona się stała” – przyznał skromnie po fakcie sam Hall.
Całe nadwozie stanowiło nowoczesną interpretację klasycznych roadsterów. Design był zwarty, opływowy i dynamiczny, bez żadnych elementów wystających poza główną bryłę. W ten wizerunek wpisywały się też chowane reflektory – jeden z symboli lat 80-tych. Współczynnik Cx wynosił 0,38, z kolei krótki rozstaw osi (2.265 mm), szeroki rozstaw kół i niski środek ciężkości doskonale wpływały na prowadzenie.
Foto: materiał producenta
Właśnie prowadzenie jest w roadsterach najważniejsze. Mazda zastosowała podwójne wahacze poprzeczne i stabilizatory przy obu osiach, do tego opony 185/60 HR14 i prześwit zaledwie 115 mm (nie większy niż w Ferrari, choć mniej uciążliwy dzięki krótkiemu zwisowi przedniemu). Cztery tarcze hamulcowe – w tym dwie wentylowane – początkowo nie były wspomagane przez serwo i ABS: po części ku uciesze purystów, ale przede wszystkim dla zmniejszenia kosztu i masy, bo mały roadster nie może być drogi ani ciężki. Kwestię lekkości – znów naśladując Lotusa – potraktowano bardzo poważnie. Sporo tkanki tłuszczowej wyeliminowały blaszany kolektor wydechowy, wahacze ze stali ciągnionej, a nawet specjalnie zamówione u kooperantów akumulator, opony czy alufelgi (choć w modelu podstawowym zastosowano akurat stalowe koła z Mazdy 323). Każdy kilogram był wrogiem – nawiercono nawet pedały. Z podobną dbałością modelowano rozkład mas: przykładowo przednie zaciski hamulcowe zamontowano za osią, a tylne przed nią. Akumulator powędrował do bagażnika, mimo że zmniejszyło to jego pojemność do zaledwie 135 litrów. Jednak w tej kwestii idea roadstera dopuszcza kompromisy, zaś na polu prowadzenia – absolutnie nie.
Właśnie dla zachowania kompaktowych wymiarów i niskiej masy kabinę MX-5 skrojono bardzo ciasno. Dlatego ja, ze wzrostem 173 cm, w czasie przejażdżki MX-5 musiałem maksymalnie odsunąć fotel – a kolan i tak nie mogłem rozprostować, ponadto na czubku głowy czułem smyranie wiatrem. Co więcej, Mazda MX-5 nie ma żadnego pałąka przeciwkapotażowego, przez co nie gwarantuje przestrzeni przeżycia w razie dachowania. Konstruktorzy postarali się natomiast o aerodynamiczne wymodelowanie kabiny jako strefy bez turbulencji – dzięki czemu jadący mogą spokojnie rozmawiać nawet przy 120 km/h, a amerykańskie powiedzenie o komarach w zębach straciło aktualność.
Foto: , Licencja CC
Odpowiednio skromne było wyposażenie: wspomagania nie miała nie tylko kierownica, ale nawet hamulce, nie było mowy o klimatyzacji, elektrycznych szybach, itp. Niektóre elementy dało się domówić, ale wersja podstawowa musiała być lekka i tania. Bogatsze wyposażenie seryjne zaoferowały dopiero kolejne generacje.
Jedną z opcji był twardy dach – wykonany z tworzywa sztucznego i wyglądający bardzo zgrabnie. Nie zamawiano go jednak często, bo na co dzień wystarczał standardowy dach miękki (składany całkowicie ręcznie, w zaledwie kilka sekund – czyli szybciej niż jakikolwiek elektryczny, przy dużo lżejszej, prostszej i całkowicie niezawodnej konstrukcji). Inaczej niż w klasycznych modelach europejskich, jego szczelności można było zaufać.
Foto:
Pierwotnie zastosowany silnik, oznaczony B6ZE(RS), został opracowany specjalnie dla MX-5. Miał żeliwny blok, ale aluminiową głowicę, 16-zaworowy rozrząd DOHC, a w odróżnieniu od spokojniejszych jednostek serii B dostał specjalnie odelżony wał korbowy i koło zamachowe oraz użebrowanie miski olejowej, dla lepszego odprowadzania ciepła.
Przez moment rozważano użycie silnika Wankla, ale pomysł upadł szybko. Z kolei Amerykanie chcieli dołożyć turbosprężarkę, jednak Hirai stanowczo się sprzeciwił argumentując, że MX-5 nie ma bić rekordów przyspieszeń, tylko zapewniać maksymalnie precyzyjną kontrolę, a w tej dziedzinie lepsze są silniki wolnossące. W tym samym celu kazał wydłużyć skok pedału gazu – jemu naprawdę nie umykały żadne szczegóły.
Ponieważ mówimy o roku 1989, elektroniczny wtrysk paliwa i takiż zapłon, z czujnikiem położenia wału zamiast mechanicznego rozdzielacza, nie były wcale oczywiste – bezpośrednim impulsem był tutaj… brak miejsca pod maską. Z pojemności 1,6 litra udało się uzyskać 115 KM przy 6.500 obrotach i 136 Nm przy 5.500 (odcięcie paliwa następowało dopiero przy 7.200). Później pojawiły się dodatkowe wersje: 90-konna dla Europy i 105-konna, przeznaczona do łączenia z automatycznymi przekładniami (z maksimum momentu obniżonym na 4.000 obrotów). Automat przeczył oczywiście idei purystycznego roadstera, jednak na kluczowym rynku amerykańskim nie dało się z takiej wersji zrezygnować.
Specyfikacja podstawowa dostała oczywiście 5-biegową skrzynię ręczną i dyferencjał o zwiększonym tarciu (przekładnia wywodziła się od stosowanej w starszych Mazdach 929, ostatnich tylnonapędowych modelach marki, miała jednak udoskonalony, lżejszy i bardziej precyzyjny mechanizm wybierania przełożeń). Fabrycznie podawane osiągi to 188 km/h i 8,6 sekundy do setki, przy automacie – 181 km/h i 9,9 sekundy. Prasowe testy dawały wyniki minimalnie gorsze, ale w 1989r. i tak był to poziom dużo droższych modeli.
Mazda MX-5 w wersji europejskiej
Foto: materiał producenta
Jednak istoty tego rodzaju samochodu i jego najważniejszych zalet nie wyrażą żadne liczby. Uczucie poręczności, perfekcyjnej kontroli nad pojazdem reagującym tak szybko i precyzyjnie, jakbyśmy całą jego bryłę trzymali pomiędzy palcami, albo wręcz nawiązali z maszyną kontakt telepatyczny. Jinba Ittai – to może oklepany frazes, ale taki jest właśnie sens istnienia roadsterów. A czy uda się to osiągnąć, zależy nie tylko od nowatorskich rozwiązań technicznych czy katalogowych parametrów, a przede wszystkim od zestrojenia i wyważenia niezliczonej liczby czynników, w toku tysięcy godzin testów i poprawek pod kierunkiem ludzi potrafiących przejechać cały wyścigowy tor driftem, z zamkniętymi oczami.
Jak można się domyślać, pod względem takiego dopracowania japoński koncern w latach 80-tych zaprezentował poziom absolutnie nieosiągalny dla Anglików czy Włochów z głębokiej Epoki Chromu, kiedy powstawały najbardziej legendarne modele MG, Triumpha, Alfy-Romeo i Fiata. Właśnie dlatego szybko utarło się powiedzenie, że najlepszym spośród brytyjskich roadsterów jest Mazda MX-5.
Foto: materiał producenta
Dopracowanie dotyczyło też oczywiście jakości. Po raz pierwszy w historii fani lekkich roadsterów nie musieli obawiać się, czy do garażu wrócą bez pomocy lawety, albo przynajmniej rąk utytłanych w smarze. Na gorszej drodze – nawet szutrowej – nie było już mowy o skrzypieniu i trzeszczeniu, nie mówiąc o samoistnym otwieraniu się drzwi (co było normą w konstrukcjach brytyjskich). Gdy zaskoczyła niespodziewana burza, wystarczyło dwoma ruchami ręki zamknąć miękki dach i odpowiednio ustawić nawiew, by poczuć się równie komfortowo jak w nowoczesnym sedanie – podczas gdy w anglikach nie tylko bankowo pojawiała się powódź, ale często jeszcze wysiadała elektryka, z wycieraczkami na czele (wycieraczki działające tylko przy suchej pogodzie to klasyczny dowcip powtarzany przez brytyjską prasę, ale wymyślony niestety przez życie).
Pierwszą generację MX-5 było mi dane wypróbować – mogę więc potwierdzić wszystko, co piszą dziennikarze. To auto łączy niesamowitą radość z jazdy, wynikającą przede wszystkim z lekkości i go-kartowej precyzji prowadzenia, z japońską jakością i niezawodnością – również przy przebiegach sięgających setek tysięcy kilometrów. Egzemplarz przejażdżkowy miał nakręcone ponad ćwierć miliona, Miata własności amerykańskiego magazynu „Car & Driver” przejechała przynajmniej 325 tys. mil (a pewnie więcej, tylko ja nie znalazłem w Internecie późniejszych informacji), a na amerykańskich forach można przeczytać relacje użytkowników z przebiegami powyżej pół miliona (też mil). To może nie być najważniejszy argument przy zakupie auta zabawkowego, ale trudno go nie docenić – zwłaszcza że w suchych i ciepłych miejscach typu Kalifornia albo Australia roadstery często służą singlom jako jedyne pojazdy.
Na krytykę niskiego poziomu mocy MX-5 Rob Hall odpowiadał: „it is not about the miles per hour, but smiles per hour” („tu nie chodzi o liczbę mil na godzinę, tylko uśmiechów na godzinę). A wielki fan modelu, Jeremy Clarkson, kwitował: „Jeśli chcesz sportowego samochodu, MX-5 jest ideałem. Nic lepszego na świecie nie znajdziesz. Nic nie da ci więcej radości. Jedyną przyczyną, dla której daję pięć gwiazdek, jest to, że nie mogę dać czternastu„.
Foto: materiał producenta
W 1994r. silnik został powiększony do 1,8 litra (moc wynosiła 129, a potem 133 KM), choć w Europie, z przyczyn fiskalnych, zachowano podstawową specyfikację z 90-konną 1,6-tką. W Japonii i USA zaoferowano opcjonalnie nowy dyferencjał typu Torsen, doskonalszy od dotychczasowego wiskotycznego. Pojawiły się pakiety specjalnego wyposażenia i liczne wersje limitowane (ze wspomaganiem kierownicy i jej skórzanym obszyciem, elektrycznymi szybami i lusterkami, klimatyzacją, tempomatem, spojlerami, nierdzewnymi nakładkami na progi itp.).
Przez to wszystko masa wzrosła do całej tony – co dzięki dodatkowej mocy nie odbiło się na osiągach (nie dotyczy osłabionej, europejskiej wersji 1,6), ale odrobinę pogorszyło prowadzenie. Na razie w sposób niezauważalny dla lwiej części użytkowników, jednak proces odchodzenia od pierwotnego puryzmu został zapoczątkowany.
Pierwsza Mazda MX-5, oznaczona NA, miała zostać najpopularniejszym autem sportowym w dziejach. Do 1997r. znalazła 431.506 klientów, z czego w rekordowym 1990r. – aż 95.640 (49,5% trafiła do USA, 27,5% do Japonii). Ważniejsze jednak, że model tchnął nowe życie w cały segment lekkich roadsterów, który wszyscy uważali za wymarły. Tymczasem w dobie coraz wygodniejszych, bezpieczniejszych i niezawodnych samochodów wystarczyło starą, angielską ideę zinterpretować ponownie, na sposób japoński.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
Generacja druga, NB, ukazała się z początkiem 1998r., od razu jako rocznik ’99. Od poprzedniej różniła się głównie szczegółami stylistyki i wnętrza – np. brakiem chowanych reflektorów, które w międzyczasie przestały spełniać normy bezpieczeństwa (chodziło o ochronę pieszych). Wzrosły moce silników 1,8 i wzbogaciło się wyposażenie, jednak zasadnicza konstrukcja pozostała bez zmian.
Do ważniejszych modyfikacji – obok odsłoniętych reflektorów – należały nowe wzory felg (jak dotąd, 14- lub 15-calowych), elementy stylizacji zunifikowane z Mazdą RX-7 z 1995r., ogrzewana tylna szyba ze szkła, rozkładany wiatrochron, grubsze stabilizatory, wydatnie poprawione hamulce i szereg nowych opcji, w tym ABS i sześciobiegowa przekładnia.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
1,6-litrowy silnik, bazowy na rynku europejskim i japońskim, rozwijał teraz 108 KM i 134 Nm, 1,8-litrowy – 140 KM i 161 Nm, co dawało 210 km/h i 7,8 sekundy do setki. Przyrost uzyskano dzięki ostrzejszym wałkom rozrządu, wyższemu sprężaniu i kolektorom dolotowym zmiennej długości, które Mazda nazwała VICS (Variable Inertia Charging System). Co jednak ważne, bazowa specyfikacja NB ważyła teraz już 1.065 kg – czyli na pusto tyle, co NA z dwójką szczupłych ludzi.
W 2001r. nastąpił face-lifting, który łatwo rozpoznać po widocznych osobnych soczewkach projektorowych świateł mijania i klasycznych drogowych, a w kabinie – po nowej konsoli i białych tarczach wskaźników. Wskutek dodania zmiennych faz rozrządu moce wzrosły do 123 i 152 KM. Jedynie wersja amerykańska rozwijała nieco mniej, bo 143 KM, podczas gdy w wydrukowanych początkowo katalogach omyłkowo umieszczono parametry odmiany japońskiej: z powodu niedostarczonych dziewięciu koni Mazda zaproponowała odkupienie samochodów, a użytkownicy, którzy mimo wszystko nie skorzystali z oferty, w ramach przeprosin dostali darmowy serwis do końca gwarancji. To się nazywa szacunek do klienta!!
Poliftingowa Mazda MX-5 NB (2001-2005)
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: , Licencja CC
Specjalnych edycji polegających na doposażeniu krótkiej serii aut, pomalowaniu w specjalne schematy i nadaniu poszczególnym egzemplarzom indywidualnych numerów nie będę tu wymieniał, ale na uwagę zasługują przynajmniej dwie szczególne wersje MX-5 NB.
MX-5 MSP, od Mazda Special Performance, to wersja z turbodoładowanym silnikiem 1,8-litrowym, zmienionym sterownikiem silnika, wydechem, itp. Moc 200 KM i moment obrotowy 280 Nm skróciły przyspieszenie do setki poniżej 6 sekund, ale bez zwiększenia maksymalnej prędkości, z uwagi na seryjne przełożenia i ogranicznik obrotów. Wyprodukowano 101 sztuk.
Foto: materiał producenta
Również turbodoładowana, ale mniej radykalna Mazdaspeed MX-5 oferowała 178 KM, 226 Nm i 6,7 sekundy do setki. Tych aut powstało kilka tysięcy, dlatego można się pokusić o znalezienie używanego egzemplarza na rynku wtórnym (ogromna większość trafiła do USA).
Foto: materiał producenta
Łączna produkcja Mazdy MX-5 NB, w latach 1998-2005, wyniosła 290.123 sztuk – znacznie mniej niż poprzednika, z uwagi na pojawienie się konkurencji. Głównym rynkiem zbytu pozostały Stany Zjednoczone i Japonia. A dla mnie model jest o tyle ważny, że właśnie MX-5 NB dotyczył pierwszy przejażdżkowy artykuł Automobilowni (krótki i mało kreatywny, bo napisany przed założeniem bloga, na potrzeby strony facebookowej – ale po prostu pierwszy w moim życiu).
***
W 2005r. od debiutu MX-5 mijało aż szesnaście lat, dlatego zaprezentowana wówczas generacja NC była całkiem nowym autem, niewykorzystującym żadnych części poprzedników (prócz drobiazgów typu boczne kierunkowskazy). Jak to często bywa, udoskonalanie samochodu poszło w stronę powiększania go, poprawiania komfortu i podnoszenia mocy, co dało liczbowo lepsze parametry, ale wyraźnie stępiło pierwotny, purystyczny charakter roadstera.
Układ jezdny NC upodobnił się do wanklowego modelu RX-8 (wahacze poprzeczne z przodu, układ wielodrążkowy z tyłu). Znów wyraźnie poprawiono hamulce. Dodane zostały elektroniczne układy kontroli przyczepności: ABS, ASR, ESP… Rozstaw osi powiększono do 2.330 mm, a nadwozie – do 4.020 x 1.720 mm (co też wiązało się z podniesieniem japońskiej klasy podatkowej). Podstawowy silnik w Japonii i Stanach miał już pojemność dwóch litrów i moc 170 KM, w Europie i Australii był osłabiony do 158 KM, a dodatkowo Europejczycy dostali opcję 1,8-litrową, o mocy 126 KM (istniały też turbodoładowane edycje limitowane przekraczające 200 KM). Nietrudno się domyślić, że auto utyło – do 1.150 kg, czyli, w stosunku do NA, o aż około 200 – jednak dzięki wyższej mocy przyspieszenie do setki skróciło się i trwało od 6,5 do 9,4 sekundy.
Mazda MX-5 NC zachowała stylistyczną koncepcję poprzedników, wygląda jednak agresywniej, a jeździ wręcz przeciwnie – łagodniej i bardziej komfortowo. To oczywiście kwestia gustu, ale warto pamiętać, że sława modelu i jego pomnikowy status w historii wziął się z własności, które w późniejszych latach stopniowo się rozmywały.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Opcjonalnie zaoferowano zaprojektowany przez firmę Webasto dach z poliwęglanów – sztywny i elektrycznie składany w ciągu 12 sekund, na wzór modnych wówczas w Europie coupé-cabrioletów w rodzaju Peugeotów 206/307 CC albo Opla Tigry II. Nie zabierał przestrzeni bagażowej (mieścił się w całości za fotelami), jednak ważył 36 kg, co wymogło minimalne utwardzenie resorowania. Z drugiej strony jego rozłożenie poprawiało aerodynamikę, podnosząc prędkość maksymalną (z odpowiednio 195 i 210 do 200 i 215 km/h, dla obu wersji silnikowych).
Foto: materiał producenta
MX-5 Roadster Coupé powstało w zaledwie 179 egz., wyłącznie na rynek japoński. Miało nakładany hardtop, który był dostępny jako akcesorium już od czasów NA, ale poza tym strukturę nadwozia zmodyfikowaną tak, by w postaci zamkniętej wydatnie rosła sztywność.
Foto: materiał producenta
Liftingi miały miejsce w 2008…
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
…i 2012r.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Popularność znów spadła: w latach 2005-2014 wypuszczono 231.632 sztuk, przy czym za pogorszenie odpowiadał głównie rynek japoński (szerokość auta o 2 cm przekraczała najwyższy japoński próg podatkowy, co bardzo podrożyło przyjemność posiadania MX-5 i obniżyło tamtejszą sprzedaż nawet poniżej tysiąca sztuk rocznie).
***
Ostatnia jak dotąd Mazda MX-5, oznaczona ND, ukazała się w 2015r., ale to temat na kiedy indziej – wymagający opisu współpracy z Włochami i pochodnych odmian retro wytwarzanych przez firmy zewnętrze, a niniejszy artykuł już jest ponadprzeciętnie długi. Chciałem w nim przedstawić genezę modelu i jego wpływ na sytuację rynkową, w tym przede wszystkim odrodzenie segmentu niedużych roadsterów – a więc przedłużenie istnienia prawdziwie radosnej motoryzacji. Powinniśmy być za to wdzięczni ludziom takim jak Rob Hall, Kenichi Yamamoto i Toshihiko Hirai – bo bez ich pracy nie powstałby nie tylko roadster, który ma wszystkie roadstery pod sobą, ale z dużym prawdopodobieństwem też Fiat Barchetta, MG TF, Lotus Elise, BMW Z3, Mercedes SLK czy Porsche Boxster. Świat bez nich byłby nudnawy, nieprawdaż?

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Foto:
MX5 to bardzo fajny model, choć ostatnio w światku motoryzacyjnym da się zauważyc jakiś dziwny „hype” na wersję NA. Jakieś dziwne przeróbki, czy dziewczyny typu „samochodziary” uznające Miatę jako swoje największe marzenie bo jest „cute”, podczas gdy kilka lat wcześniej nijak nie wiedziały o istnieniu takiego modelu… NA bardzo mi się podoba. Widać tam japońską rękę przy projektowaniu, na dodatek ten samochód jest po prostu zgrabny. NB utrzymała ten fason, do dziś prezentuje się ponadczasowo. Ze stylizacją NC chyba coś nie wyszło. W momencie premiery wydawała mi się spasionym, podniesionym klabzdronem ze zdziwioną twarzą, i to odczucie po latach nie mija. Co do praktyki – miałem okazję pojeździć MX5 NB z silnikiem 1.6. Pozostały mi cztery spostrzeżenia. 1. świetna radość z jazdy w zakrętach. 2. mikroskopijna kabina i bagażnik. 3. bardzo rozczarowująca dynamika na prostej. 4. koszmarne tempo rdzewienia blachy. Samochód który miał lekko ponad 10 lat był doszczętnie zjedzony na większości elementów nadwozia. I to w modelu, którym zimą zazwyczaj się nie jeździ…
Ze spostrzeżeniami całkowicie się zgadzam. Dodam tylko w kwestii przyspieszenia, że roadster, wbrew pozorom, nie ma być połykaczem niemieckich autostrad pozbawionych ograniczeń, tylko zabawką na kręte drogi – a tam jego moc jest całkiem wystarczająca, tzn. można wykorzystywać pełny skok pedału gazu. W autach >200 KM takiej możliwości praktycznie nie ma, a zaangażowana jazda nie powinna polegać na muskaniu gazu czubkiem buta.
Hehe, moja osiemnastoletnia córka też wzdycha do Miaty, ale jednak kupiliśmy jej Alfę. Ona jednak trochę dziwna jest (pewnie po ojcu), bo trochę się tą motoryzacją interesuje. Gust ma inny niż ja (niestety) ale w sumie się cieszę, że w ogóle zrobiła prawo jazdy i generalnie lubi jeździć.
Marzenie o zakupie roadstera, to dla mnie jeden z głównych czynników motywacyjnych, dla którego zacząłem się odchudzać, bo brak miejsca to chyba największa wada tych samochodów 🙂
Miata jest dla mnie przykładem na to, że czasami warto pójść na przekór rynkowym trendom – widać to zwłaszcza obecnie, kiedy większość producentów poszła w SUV-y, ta niewielka liczba producentów, która zachowała „niemodne” auta zdaje się na tym całkiem nieźle wychodzić – jedynie tytułem przykładu: jeżeli chce się sedana segmentu D/E spoza premium, to nie ma innego wyjścia niż Camry albo Superb – mnóstwo ich widuję na ulicach; ostatnio rozmawiałem z kolegą, który ma dużą rodzinę – powiedział mi, że chcąc kupić samochód musiał sprowadzać Pacificę z USA i są firmy specjalizujące się tylko w sprowadzaniu aut dla dużych rodzin, bo w Europie ciężko już jest kupić względnie nowego dużego minivana; jeżeli chce się dwudrzwiowe Coupe, które nie jest Porsche, albo Mercedesem pozostaje Mustang. Zatem jeżeli słyszę o „zmierzchu prawdziwej motoryzacji” zawsze myślę o Miacie i o tym, że tam gdzie jedni widzą zmierzch, za chwilę ktoś inny dostrzeże niezagospodarowany fragment rynku.
to prawda, nasz rynek toczy okropny rak w postaci SUV’ów. Motoryzacja za wielką wodą to dobry kierunek. Na każdym kroku widać tam camry/altimę/malibu i inne podobne wynalazki.
Zgadzam się całkowicie co do wymierania wszystkich nie-SUVów, z tym że wydaje mi się, że tego po prostu chcą klienci. Nie mam przed oczami konkretnych liczb, natomiast wiem, że sprzedaż wszelkich coupe od lat 90-tych leciała na łeb na szyję, sedanów wolniej, ale też. My, zgromadzeni na tym blogu, jesteśmy samochodziarzami i bardzo nad tymi trendami ubolewamy, ale niestety jesteśmy w mniejszości.
No tak sprzedaż spadała, klienci głosowali portfelami, ale jednocześnie spowodowało to, że w pewnych segmentach przestała istnieć konkurencja i ostatecznie ten kto zostanie z ostatnim na rynku dużym sedanem i ostatnim Coupe będzie pewniej bardziej wygrany bardziej niż ten kto przedstawi kolejnego SUV-a segmentu C. Już teraz gdy widzę na ulicach ilość nowych Superbów, myślę sobie, że gdyby Ford zostawił Mondeo, to w obecnych warunkach sprzedałby go pewnie więcej niż Kugi.
I to jest też m. in. tajemnica sukcesu MX-5 – gdyby powstała w latach 70-tych, gdy królowały MG, Spitfire’y i Fiat X 1/9, zapewne nie osiągnęłaby takiego sukcesu.
Zgadza się, wybór dla klienta bardzo na tym cierpi.
Co do samej MX-5 – oczywiście, ona zrobiła furorę na tym, że pojawiła się jako pierwsza po długiej przerwie. W latach 70-tych miałaby szanse konkurować jakością, ale czy to wystarczyłoby w oczach fanów roadsterów, to dzisiaj się nie dowiemy.
@SzK, no ja akurat jestem zdania, że segment coupe to pokonały nie SUVy, a hot-hatche. Nie oszukujmy się, ale taniej jest zrobić sportową wersję kompakta niżli tworzyć coupe nawet na bazie kompakta. Kupa „młodych gniewnych” upala rózne Focusy ST, RS, Golfy GTI , czy R i to się sprzedaje. SUV-y mimo wszystko celują w inny target. Aczkolwiek kurcze co tak naprawdę dzisiaj jest SUVem, należy sobie zadać pytanie czy taka KIA Xceed, czy Yaris Cross ma w ogóle jakiekolwiek właściwości terenowe.
Ale got hatchy też już dziś prawie nie ma. Albo całkiem wycofane, albo dostępne tylko teoretycznie, jak Type R w ostatnich latach przed wycofaniem – bo psują średnią emisję tak bardzo, że się ich po prostu nie sprzedaje.
@SzK, Golf R, Focus ST (fakt, że nie ma RS), Megane RS, Octavia RS, Yarisa GR też by można podpisać pod hot-hatcha, trochę tego się znajdzie jeszcze.
Jasne, można. Ale spróbuj to realnie kupić, a nie tylko oglądać w katalogach. W ostatnim okresie „dostępności” Type Ra na jeden samochód przypadało kilkadziesiąt osób z gotówką w ręce – reszta nie dostała, bo inaczej producent płaciłby ogromne kary od każdego sprzedanego auta (nie od Type Ra, tylko od KAŻDEGO samochodu wprowadzonego na rynek UE, co zniszczyłoby całą konkurencyjność).
Tak że czym innym jest obecność w katalogu, a czym innym możliwość zakupu. I nie, nie ma dziś niestety Pewexu, gdzie można by ominąć kolejkę – teoretycznie można sprowadzić używkę spoza UE, ale teraz to będzie piekielnie utrudnione (oficjalnie z powodu kogoś, kto ponoć omijał sankcję na Rosję i Białoruś sprowadzając ze Wschodu nowe ciągniki jako używki, w praktyce po prostu jest to dalsze dokręcanie śruby).
@SzK, przyznam szczerze, że nie stać mnie na nowe hot-hatche z salonu. O aferze z Civiciem Type R słyszałem , niemniej czy to dotyczy każdego producenta? Trochę Yarisów GR w swoim mieście widuje , jest też kilka Golfów R.
To nie jest żadna afera, tylko obowiązujące prawo. Obowiązuje wszystkich, nie tylko Hondę. Jeśli przekroczysz pewną średnią emisję CO2, płacisz kary od każdego sprzedanego samochodu, w tysiącach euro. Dlatego takie auta może sobie sprzedawać Porsche albo Bentley, ale nie marki popularne, bo ten sposób zrujnują sobie konkurencyjność modeli popularnych.
Gość od którego kupowałem Barchettę właśnie z tego powodu ją sprzedawał – bo przestał się do niej mieścić. Nie ma jednak tego złego. Miał już kupione Volvo C70. Niby z charakteru to jednak trochę co innego, ale jazda bez dachu uzależnia tak, że porzucić to zupełnie jest ciężko 🙂 .
PS: A każdy powód na zrzucenie kilku kilogramów jest dobry. Sam zrzuciłem ponad 20 kg i będę to każdemu polecał, bo samopoczucie poprawia to chyba bardziej niż sam roadster ;-).
@Jerzy, faktycznie rynek minivanów w Europie jest marginalny. Espace quo vadis?
Wspomniany espace zmienił się w Suva, co prawda 7-miejscowego, ale umówmy się co to jest w porównaniu do Espaca IV? Sharany/Alhambry nie ma. Galaxy niet.
Tak realnie z nówek to jest: Multivan family na platofmie MQB i gromadka kombivanów z Grand Kangoo na czele. Z tym, że te kombivany to jednak nie do końca ten sam komfort co samochód osobowy.
Mój szwagier, gdy około dwa lata temu urodziło mu się czwarte dziecko, kupił nowego Forda Galaxy – jeden z ostatnich egzemplarzy dostępnych w wyprzedaży po zakończeniu produkcji. Cena była dobra, więc dłużej nie szukał, ale mówił, że z alternatywami było bardzo słabo.
Mazda Miata NA to jeden z najwspanialszych samochodów wszechczasów. 🙂 Z wyglądu przypomina bardzo retro-style inspirowany Lotusem Elanem z 1963 roku. ND też jest bardzo fajne. Z innych modeli RX-7 FD wygląda przepięknie. Ogólnie Mazda to jedna z bardzo niewielu marek, która do dzisiaj produkuje ładne auta. 😉
O ile dobrze pamiętam, blok z roczników 89-93 jest taki sam co w 323GTX.
Nie słyszałem o tym, ale to bardzo możliwe
Tak jeszcze trawestując powiedzenie, że „najlepszym spośród brytyjskich roadsterów jest Mazda MX-5”, należałoby powiedzieć, że podobno najlepszą Mazdą MX-5 jest Fiat 124 Spider 🙂
Dziś w ogóle świat stoi na głowie – np. Mercedesy mają silniki Dacii 🙂
Ale na znam jeszcze inną wersję – że najlepszym Ferrari w historii była pierwsza Honda NSX. Nie mam doświadczeń, by to potwierdzić, ale szczerze wierzę, znając obydwie firmy 🙂
Mercedes od tego roku (2025) bardzo ograniczył partnerstwo z Renault, także w nowych Mercach już silników od Dacii nie będzie 😀
Od przyszłego roku 1.5 w Mercedesach będą od Chińczyka zamiast od Dacii 😉
Pamiętam, jakie wrażenie zrobiła na mnie, gdy ją po raz pierwszy zobaczyłem i dotknąłem. To był czerwiec 1990, Austria.
Jeździłem NC jako daily przez 4 lata i mam bardzo mieszane uczucia co do tego pojazdu – z jednej strony agresywna rdza i mocno niejapońska niezawodność (dzień dobry panewki), z drugiej bezpośrednie prowadzenie nieporównywalne z żadnym innym autem, choć przez brak szpery granica zabawy była dość nieprzewidywalna. Na koniec naszej wspólnej przygody Mazda odjechała do Rumunii za cenę wyższą niż była wystawiona w ogłoszeniu, chyba po to żeby jednak zostawić po sobie dobre wrażenie
Ta czerwona NA na zdjęciu z hardtopem to z tyłu strasznie mi przypomina Vipera pierwszej generacji w wersji kei-car🙂
Też roadster, tylko na sterydach 😁
Ja miałem takie spostrzeżenie odnośnie NB. Ona naprawdę przypomina kieszonkowego Vipera. Wystarczy postawić obok siebie oba te modele – mogą być i zabawkowe, bo tylko takie mam – i wtedy to widać jak na dłoni.
O MX5 zawsze marzyłem, ale korozja i ewentualna awaryjność, plus fakt, że na jedyny samochód nijak się dla mnie nie nadaje, a drugiego, zabawkowego, kompletnie nie potrzebuję sprawia, że pewnie też nigdy jej nie kupię. Ale doceniam bardzo.
Pod względem stylistyki, moim zdaniem, o które nikt mnie nie pytał, uważam, że NC po pierwszym liftingu była idealna – zarówno z zewnątrz jak i, przede wszystkim, wewnątrz. Owszem – trochę opasła porównując do poprzeników, ale to wciąż filigranowe, małe autko.
Mam jeszcze dygresję: bardzo cieszyłem się, kiedy Toyota zapowiedziała SFRa, bo to miał być odpowiednik MX5, przy podobnej cenie, ale za to z dwoma siedzeniami z tyłu. Koncepcja nie ta sama, ale zbliżona: małe, proste, lekkie, silnik z przodu, napęd na tył, zgrabna stylistyka… Ale nie wprowadzili do produkcji, bo od lat takich fun-carów się nie robi. Jeżeli już powstaje auto „przyjemnościowe” to mówimy o kwotach rzędu ćwierci miliona i wyższych, dużej masie, wielkiej mocy i agresywnym do bólu wyglądzie – Mustangi, Boxstery itp.
Motoryzacja sprawiająca frajdę moim zdaniem odeszła i nie wróci. Zapewne nigdy. Sic (Ford) transit gloria mundi, czy coś.
Przy pierwszej generacji nie przyczepię się absolutnie do niczego. Jak najbardziej była w puli kiedy szukałem swojego roadstera, ale niestety nie udało się znaleźć nic interesującego w pobliżu .Szkoda bo przez to do dzisiaj mam w głowie nieskreślone marzenie na posiadanie samochodu z podnoszonymi światłami 🙂 .
NB właśnie przez to sporo straciła w moich oczach. Stała się trochę nijaka. Pamiętam odcinek specjalny TopGear na bliskim wchodzie gdzie Clarkson jeździł taką i w zasadzie był zadowolony, ale chęć posiadania takiego modelu u mnie spadła (gdzie w przypadku dwóch pozostałych wzrosła).
NC tak jak już przedmówcy zauważyli strasznie się spasła wizualnie. Chyba nawet bardziej niż liczbowo. Z drugiej jednak strony to jest, moim zdaniem jeden z lepszych przykładów udanych liftingów. Pierwotna wersja nie podobała mi się w momencie premiery i o dziwo nic się w tej materii nie zmieniło z czasem, ale bardziej wyrazisty ,,uśmiech” po modyfikacjach zmienił wszystko i takie egzemplarze jak najbardziej rozważałem.
Przedliftową NC to chyba najłatwiej porównać do sylwetki lekko zużytego mydła. 🙂
W środowisku Miatowym zwana jest pontonem 🙂
Jedna mała uwaga do usunięcia później. Przy generacji NB jest zdjęcie wersji NC w wersji ze składanym sztywnym dachem, a przy odpowiednim do niej akapicie jest (wydaje mi się) zwykła odmiana z założonym hardtopem.
Jakoś czas temu będąc na etapie zmiany motocykla na inny , z ciekawości postanowiłem obejrzeć NB. która była na sprzedaż w okolicy ( a nóż, widelec). Niestety jazda po dużym mieście nie pozwoliła poczuć tego co najważniejsze w MX-5 ale to co zaskoczyło mnie na plus , że mimo iż auto bardzo niskie a drzwi malusieńkie udało mi się wsiąść i wysiąść bez żadnych problemów i to z dachem (mam 176 cm wzrostu) a z BMW E36 o dziwo za każdym razem mam problem żeby się z niego wygramolić (o co chodzi !?) Koniec końców – auto fajne ale motocykla nie przebije 😉
Te panujące chamstwo na drogach odbiera całą radość z jazdy samochodem. A co czynności typu sprzątanie czy koszenie trawy to taka aktywność decyduje o naszym zdrowiu. Tak zwany ruch codzienny. W dzisiejszych czasach ludzie są coraz mniej sprawni prze swoje wygodnictwo..
To oczywiście prawda, że ludzie przestali się ruszać, bo pracę fizyczną wykonują za nas maszyny. Ja 3x w tygodniu po dniówce biurowej chodzę biegać i doskonale mi to robi. W otoczeniu znam kilka podobnych osób, ale dominują niestety ludzie traktujący to jako dziwactwo.
Kilka sprostowań – ABS był już w opcji w NA, mój brat ma w swojej ’97.
Czarno-białe zdjęcie z panią siedzącą plecami do aparatu jest dwa razy.
Na zdjęciu Roadster Coupé jest NC z twardym dachem.
Co do samego auta jest naprawdę miodne, polecam każdemu 😀 Bardzo podoba mi się mały promień skrętu połączony z szybkim przełożeniem przekladni, praktycznie nigdy nie trzeba odrywać rąk od kierownicy. Uczucie zwartości 10/10.
Co do innych pomników – planujesz może napisać coś o G-Klasie? Jako mercedesiarz na pewno umiałbyś wytłumaczyć czemu ludzie, którzy mogliby jeździć dowolnym autem płacą krocie za taki kwadratowy kiosk. I czemu tracą na wartości i wiele mniej niż inne Merce.
@Mini Adam, a ja Ci wytłumaczę czemu G-klasa traci na wartości mniej niż inne Merce nawet bez pisania artykułu. Po prostu dlatego, że tego produkuje się o wiele mniej niż Aklasy, Cklasy, czy Eklasy. To samo tak naprawdę dotyczy S klasy. Ile razy widziałeś Sklasę na złomie , a ile razy E? Bo ja Ski nigdy, a okulara widuje całe stosy. Zauważ, że nawet osławione W220 nigdy nie spadło poniżej progu 10 tysięcy choćby nie wiem jak zajeżdżone i zgnite było. W140 jako 15-20 letnie gruzy osiągały jeszcze wyższe ceny. Tymczasem te 8 lat temu za 10 kafli szło wyrwać naprawdę zadbanego okulara. Wiadomo, że dzisiaj te pieniądze mają inną wartość. Dalej patrz na rynek klasycznych Merców. Taką beczkę czy strichachtera w dieslu dorwiesz za 20-30 koła naprawdę ładny egzemplarz , a za ładnego SL-a nawet R129 musisz położyć najmniej z 60 tysięcy
@PstrykEJ9 to bzdura, G-klasy do kwietnia 2023 natłukli pół miliona, potem do sierpnia 2025 kolejne sto tysięcy i tłuką dalej coraz szybciej. Z jakiegoś powodu ludzie wolą to np. od GLSa.
I rzadkość nie ma nic do spadku wartości, jest masa rzadkich, nic nie wartych aut, np. Avantime.
A jeszcze więcej rzadkich, które były popularne, ale ich wartość nigdy nie wzrosła i wygniły, np. Escort.
@Mini Adam nie znam statystyk przyznaję, nie wiem nie przebieram w nowych SUVach Mercedesa to się nie wypowiem. Avantime to już zaczyna rosnąc na wartości, może Ci się pomyliło z Vel Satisem? Faktem powszechnie znanym jest to, że duże limuzyny „plebejskich” marek nigdy się nie ceniły specjalnie jako klasyki z kilkoma wyjątkami. Ale bardziej luksusowe Mercedesy w rzadkich wersjach zawsze były drogie. Kompakty typu Escort? Błagam natłukli tego miliony. Zobacz ile kosztuje taki Escort cosworth.
Wartość każdego towaru wyznacza stosunek popytu do podaży.
W przypadku aut klasycznych podaż jest stale malejąca, od punktu wyznaczonego przez łączną wielkość produkcji (czasem pojawiają się egzemplarze uratowane ze złomu, ale to raczej tylko na naprawdę wysokiej półce). Natomiast popyt jest bardzo chimeryczny. Czasem bardzo trudno wyjaśnić, czemu np. Fordów A zachowały się dziesiątki tysięcy i kolekcjonerzy bardzo je cenią, a równoletnich Chevroletów wcale nie. Ze skrzydlakami z lat 50-tych odwrotnie: Chevrolety stały się kultowe, Fordy mało kto pamięta. To jest kombinacja marketingu i ludzkich emocji, których przewidzieć się nie da.
A ja widziałem na złomie tak G-klasę jak i eSę. Niedaleko obok wrastał Lanos.
@SzK, kiedy Ty masz czas tak to wszystko analizować? 😉 Mi mówią, że mam jobla na tym punkcie , ale nosa poza Europę nie wyściułam, hah. Fordów się zachowało dużo pod postacią Wołgi 21 hahhaa. Ale tak poważnie to nigdy bym nie doszedł do takich wniosków. Sam widywałem Fairlaine’y , Falcony , T-birdy itp. na róznych zlotach.
Tego nie trzeba analizować specjalnie. Fordy A są wszędzie, a Chevrolety z tych czasów gdzieś widziałeś? Falcon, T-Bird to tak, zdarzają się, ale ja mam na myśli masowe modele ze skrzydłami, czyli z lat 50-tych – ówczesne Chevrolety występują w każdym albumie o klasycznych samochodach i kosztują majątek, a Fordy mało kto w ogóle kojarzy jak wyglądają (chyba że grał w „Mafię II”, bo tam był Ford Custom z chyba ’58, dość mocno eksponowany 🙂 ).
A co do analiz, to Ty częściej tutaj prezentujesz konkretne liczby, np. dane sprzedażowe z lat 90-tych, co bardzo zresztą cenię. Ja czasem szukam takich rzeczy do artykułów, ale do komentarzy faktycznie rzadko mam czas 🙂
Wg mnie fenomen G-klasy opiera się dokładnie na tych samych zasadach co fenomen 911-tki, tj.:
1. Wysoka cena zakupu nowego auta i związana z tym elitarność.
2. Niezawodność wynikająca z solidnej konstrukcji z dużym zapasem materiałowym, którą dodatkowo zwiększa utrzymanie odpowiedniego serwisu (jak ktoś wydaje mln na auto, to raczej nie oszczędza na eksploatacji, zatem te auta od początku mają dużo lepszą opiekę niż równoletnia Corolla, a w dodatku jest to często n-ty samochód w rodzinie).
3. Odpowiednio budowana legenda.
4. Praktycznie niezmienna przez lata forma zewnętrzna powodująca, że samochody te mniej moralnie mniej się starzeją.
@SzK, lata 80 , 90 i wczesne 2000, analizuje bo to ma bezpośredni wpływ na nasze życie i jak sam już też wielokrotnie podkreślałeś pozwala nam zobrazować to co ciągle tracimy przez własną głupotę o czym nawet i dzisiaj wspomniałeś w kontekście hot-hatchy.
@Jerzy, trafne porównanie, coś w tym jest. Dodałbym, że 911 też mało który właściciel używa zgodnie z przeznaczeniem. Ich ceny nie przeszkadzają lecieć na mordę wartości Cayenne, Panamer itd., tak jak ceny G-klas na otomoto są zupełnie odklejone od innych merców. I nikt tu nie ma wątpliwości, że 911 na swój artykuł pomnikowy zasłużyło 😛
Dziękuję,
Co do roadstera coupe – zdjęcie jest dobre, tylko wklejone w złym miejscu, bo to była faktycznie wersja NC. Po prostu doklejałem ją później i zrobiłem to nie tam, gdzie trzeba. Już przeniosłem.
W220 dało się kupić za nawet mniejsze grosze, ale były to dziurawe, wyekploatowane beczki na pieniądze. Same S-ki też lądują na złomach, ale z racji, że są to samochody które potrafią wygenerować spory zysk z rozparcelowania na części, to nie są to klasyczne „autozłomy”, lecz dziuple różnych osób, które zajmują się sprzedażą używanych części do drogich modeli. Na własne oczy widziałem takie miejsce, gdzie stał rządek zamęczonych W220 na części, a po skórzanych fotelach chodziły sobie kury. 🙂 A dlaczego te „bogate” modele trzymają wartość? Bo najczęściej ludzie zawsze dążą do czegoś „naj”, toteż nawet po latach zawsze znajdzie się amator na wypierdziane A8/E38/W140 i inne modele tego pokroju.
@D. to też, ale i jak spojrzysz w statystyki produkcji to wyprodukowano ich o wiele mniej niż A6/E39/W210. Zależy jacy ludzie. Za nowe z salonu kompakty ludzie są skłonni płacić o wiele więcej niż jakieś Audi A8 D2.
Gdzieś w treści był fragment o przebiegach, więc wygląda na to, że powinienem się wtrącić 🙂 Jeździłem NB przez 19 lat kupioną prawie nową (demówka 10AE po lekkiej stłuczce), przejechałem nią ponad 600 tys. km. Coś koło 630-650, nie pamiętam już dokładnie. Głównie w trasach, ale przez cały rok – lato, zima, deszcz, śnieg, bez różnicy. To było moje główne auto. Nie jedyne, ale główne. Inne się zmieniały, ale o pozbyciu się Mazdy nawet nie pomyślałem przez moment.
Oczywiście są teoretycznie lepsze roadstery, szybsze, bardziej zaawansowane itp. – ale są też bardziej cywilizowane, żaden nie jest aż tak surowy w obyciu co MX-5. Nawet Lotus Elan (znam z praktyki).
Powiem tak – jeśli ktoś rozumie, z czym się wiąże posiadanie tego auta i mu to pasuje, to powinien je kupić. Obowiązkowo, bo nie ma na rynku absolutnie niczego, co może się równać z wczesną MX-5 pod względem bezpośredniości z jazdy i że to tak określę „prymitywizmu” ale w sensie pozytywnym. I choć auto składa się właściwie wyłącznie z wad (małe, ciasne, głośne, wolne, dużo pali, daleko mu do stereotypowej japońskiej niezawodności, gnije niemożebnie i tak dalej), to jednak jako całość jest absolutnie fenomenalne. Sam osobiście wolę NB od NA, bo w codziennym użytkowaniu jednak klimatyzacja i parę dodatków, jak wspomaganie, czy elektryczne szyby się przydają – ale to kwestia gustu.
Ktoś tam wyżej wspominał o motocyklu. Motocyklami też jeżdżę od bardzo dawna (dłużej niż samochodami) i powiem tak – motocykl też moim zdaniem przegrywa z MX-5 pod względem wrażeń z jazdy. Z prostego powodu, motocyklem jedziesz w kasku, samochodem nie, więc gama bodźców docierających do zmysłów jest nieporównywalnie szersza.
Zapytam z ciekawości: skoro tyle jeździłeś MX5 to jak z komfortem (plecy itp.)? Dlaczego pytam: miałem jako główne auto Celicę VII. Siedziało się w niej bardzo nisko. Auto miało fajne fotele, świetnie trzymały, ale były niewygodne w dłuższej trasie; do tego to siedzenie na ziemi. Po circa 300 – 400 km odczuwało się trasę. A kiedy ją sprzedałem miałem jakieś 34 lata. Czyli byłem młody i w sile wieku, pomimo tego trasy się odbijały negatywnie na samopoczuciu niestety.
Pamiętajmy przy tym, że przy MX5 to Celica była bardzo „cywilizowana”.
Kiedyś względnie na początku wymieniłem oryginalne fotele na takie z wcześniejszych roczników NB, bo uznałem, że są wygodniejsze. Tzn. oryginalnie były takie ze zintegrowanym zagłówkiem, wsadziłem starsze, z zagłówkiem oddzielnym. Ogólnie nie narzekałem, zdarzyło mi się nawet jednego dnia zaliczyć trasę 1200 km z przerwami tylko na tankowanie i nie czułem żadnego dyskomfortu w plecach, czy w tyłku. Wiadomo, że nie są to takie wypasy jak w Volvo 740, czy Citroenie XM, ale jest OK. A miałem wtedy sporo więcej niż 34 lata 😉
Kwestia komfortu jest bardzo indywidualna.
Ja mam np. wrodzoną wadę kręgosłupa – zwężony kanał nerwowy, który powoduje ból przy już niedużych przesunięciach bocznych (czytaj: przy długim siedzeniu). Ale o dziwo, w wieku 45 lat mam z tym mniejszy problem niż 10-15 lat temu, bo zacząłem się regularnie ruszać i dostałem od fizjoterapeuty parę zaleceń, jak się z własnym kręgosłupem obchodzić. Dzisiaj długa trasa w aucie sprawia mi mniejszy kłopot niż kiedyś, ale ciągle w plecach czuję, który fotel jest odpowiedni anatomicznie, a który nie (bo jak plecy „uciekają” do tyłu z braku solidnego podparcia, to czuję to natychmiast). Tak że tego – tutaj więcej do rzeczy mają cechy osobnicze i wypracowana kondycja niż sam fotel, chociaż fotel jak najbardziej może być lepszy lub gorszy.
@Daozi jeśli trasa = autostrady, to MX-5 nie jest zbyt dobrym wyborem. W NA 1.6 na piątce każde 1000 rpm to 30km/h, więc przy 140km/h masz już ponad 4,5 tysiąca. Silnik to znosi, ale przyjemność taka sobie. Można omijać krajówkami. Co do wygody nie mogę narzekać, chyba że akurat jest dzień gorącego lata i nie masz klimy. A jeśli to NA/NB, to pewnie nie masz.
Na dobrą sprawę różnice między NA i NB to duży lifting. Ot, jak Passat B3 i B4 czy B6 i B7.
Układy napędowe i hamulce da się przeszczepiać 1:1 pomiędzy nimi bez żadnych problemów i kombinatoryki.
W NC z kolei dzięki korporacyjnemu zmniejszaniu kosztów można w równie prosty sposób wsadzić 2.5 z CX-5 czy 6.
Kolejna ciekawostka związana z dużą podażą amerykańskiej wersji w Europie jest taka, że ze względu na ówczesny kurs DM względem USD niemieccy dealerzy Mazdy oferowali sprzedaż aut z rynku US ze względu na lepsze wyposażenie. Umawiana była wtedy cena w dolarach, na marki przeliczana po kursie z dnia odbioru.
Zdziwiony byłem koniecznością Autora do aż takiego odsunięcia fotela, ja mając 180cm wzrostu siedzę zdecydowanie bliżej. To pewnie kwestia pozycji za kierownicą, ja siedzę dość blisko żeby nie wciskać fotela udem przy naciśnięciu sprzęgła.
Miałem szczęście w swoim życiu motoryzacyjnym przejść przez wszystkie generacje MX-5 (w sumie 12 lat), zaczynajac od NB, potem doszła NA, NB przeszło w NC i finalnie ND.
I tak jak następne generacje są lepszymi samochodami, tak NA jest najlepszą miatą 😉 NA używałem jako zabawki na trackdaye (trochę pomodzona, betonowe zawieszenie, kubełki) i pomimo, że nie jest to najbardziej skuteczny samochód na tor, najwięcej mnie nauczył o technice jazdy i o tym jak bardzo trzeba szanować prędkość którą się już ma, z racji swojej przewidywalności pozwolił na bezpieczne testowanie granic i dał ekstremalnie dużo funu… i przez ponad 8 lat i i prawie 40 tysięcy kilometrów (głównie torowych) miałem jedną poważną awarię – zabiłem w niej skrzynię biegów, a samochód naprawdę dostawał regularne cięgi i dzielnie znosił moje uczenie się techniki.
Pozostałe generacje miały u mnie podwójne zastosowanie – letnie daily i samochód na roadtripy. Chyba najmniej sentymentu mam do NB, najwięcej funu na alpejskich winklach dała mi NC (fakt faktem, że setup ostateczny zawierał dobre zawieszenie gwintowane i grube stabilizatory), a najlepszym samochodem na codzień była dla mnie ostatnia generacja (jednak ułatwiacze i uprzyjemniacze życia szybko się docenia…).
Z praktycznego punktu widzenia niestety trzeba być brutalnie szczerym, każda generacja ma swoje wady, pierwsze 2 generacje (w sumie trzecia trochę też), przy mechanicznej odporności mają dużą tendencję do biodegradowalności, NC ma niesławne silniki 1.8 (i proste remedium – włożenie silnika 2.5 po tym jak oryginalne 1.8 zacznie palić więcej oleju niż benzyny), ND – skrzynie biegów będące elementem eksploatacyjnym (znam egzemplarze, które miały 4 skrzynie w okresie gwarancji). No i jest jedna wspólna cecha wszystkich – to nie jest samochód dla każdego – trzeba mieć wysoki indeks szympansa, żeby przy wzroście powyżej ~175 cm odnaleźć się komfortowo w kabinie.
Gdybym miał postawić w garażu jedną miatę… paradoksalnie na szczycie listy byłby chyba późny egzemplarz trzeciej generacji (po drugim liftingu) – relatywnie niewielkim kosztem da się zrobić bardzo kompetentnego połykacza zakrętów, który zaskakuje niejednego motocyklistę (nie zliczę ile razy to ja doganiałem moto na serpentynach a nie odwrotnie 😉 ). W ND nigdy nie czułem się tak pewnie jak w NC, czwarta generacja, pomimo różnych eksperymentów z geometrią miała mniej przewidywalności na granicy przyczepności. Jedną nogą na najwyższym stopniu podium jest też NA, z zupełnie innych powodów – prostota, lekkość, bezpośredniość i niezaprzeczalny urok tego samochodu jest po prostu nie do pobicia.
PS. Dla mnie jednym z argumentów „za” MX-5 jest to, że można z niej zrobić wszystko – komuś pasuje seria i używanie jako weekendowej zabawki – nie ma problemu, „show car” – tak, pójście w moc – do zrobienia w skończonych pieniądzach, torówka – jak najbardziej, lift na bezdroża – czemu nie 🙂
Bardzo dziękuję za cenne uzupełnienie. Wszystko to zgadza się z moimi przewidywaniami. Z doświadczeniami też, chociaż dwie przejażdżki w życiu to zdecydowanie za mało, żeby wyrobić sobie rzetelne zdanie.
Co do Pertolheart. Od kilku lat do internetów używam sarkfona. Niestety ich layout jest antyprzyjazny dla czytelnika.
A treści nie są przypadkiem ważniejsze? Dla mnie zdecydowanie tak.