POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: WŁOSKA ARMIA

 

Słowo STRATOS znaczy po grecku „armia”. Stąd w europejskich językach mamy dzisiaj „strategię” i wszystkie wyrazy pokrewne. Używamy ich mówiąc o każdym rodzaju planowania, o ogólnie rozumianych sposobach dążenia do założonych celów, jednak pierwotnie chodziło wyłącznie o wojnę i metody jej wygrywania.

Rywalizację sportową też wymyślili Grecy (nazwali ją ATHLETISMOS, gdyby to kogoś ciekawiło). Jak najbardziej łączyła się ona z wojskiem: szkolne podręczniki uczą, że na czas igrzysk w Olimpii przerywano wszelkie wojny, ale nie dodają, że myślą przewodnią nie było tu umiłowanie pokoju, tylko umożliwienie żołnierzom udziału w Olimpiadach, a publiczności – bezpiecznego dotarcia na miejsce.

XX stulecie przyniosło wiele nowych dyscyplin sportu, na przykład samochodowych. Je również od samego początku porównywano do zmagań militarnych, zwłaszcza że organizowali je arystokraci, czyli potomkowie rycerzy. Samo słowo „rajd” – od francuskiego rallye – pierwotnie oznaczało zbiórkę pospolitego ruszenia, ogłaszaną przez władcę jako początek wojny.

Do rajdów samochodowych przez długi czas używano normalnych pojazdów drogowych. Nawet nie zawsze tuningowanych, bo to nie były wyścigi: próby szybkościowe stanowiły jedynie dodatek do zlotów gwiaździstych, konkursów elegancji i wykazywania, że dany wehikuł ma wartość użytkową (jeszcze do połowy XX wieku w Rajdzie Monte Carlo przyznawano punkty np. za sprawne uruchamianie zimnego silnika albo dodatkowe wyposażenie turystyczne, stąd instalowanie w „rajdówkach” gadżetów typu dodatkowe bagażniki albo ekspresy do kawy, a ponadto dodatkowych reflektorów, szyb grzejnych i większych prądnic, które to wszystko zasilały). Później wszystko się zmieniło: próby sportowe zaczęły dominować, aż w końcu rajdy przepoczwarzyły się w wieloetapowe wyścigi, w których wszystko sprowadza się do jak najkrótszego czasu przejazdu. Nad tym celem pracują całe sztaby ludzi z gigantycznymi budżetami, jako żywo przypominającymi armie z ich techniczno-logistycznym zapleczem i wielkimi koncernami finansującymi cały ten kram dla własnej reklamy. W tym kontekście można powiedzieć, że po latach bycia rozrywką milionerów, gęsto przetykaną „balami komandorskimi”, samochodowe rajdy wróciły do antycznych korzeni sportu jako (przeważnie) bezkrwawej odmiany wojny.

Wraz z tymi przemianami zmieniały się rajdowe samochody. Jeszcze do lat 60-tych seryjny model z salonu mógł śmiało startować w Rallye Monte Carlo prawie bez modyfikacji, jednak w kolejnej dekadzie na odcinkach specjalnych pojawiły się maszyny specjalnie do tego przeznaczone. Chyba nieprzypadkowo zbiegło się to w czasie z ogłoszeniem przez FIA Rajdowych Mistrzostw Świata.

Mistrzostwa rozgrywano od 1973r. Co ciekawe, przez pierwsze cztery sezony rywalizowały w nich wyłącznie zespoły (klasyfikację indywidualną wprowadzono w 1977r.). Natomiast już w 1974r. zadebiutował pierwszy samochód, który od samego początku projektowano wyłącznie do rajdów. Nazywał się bardzo bojowo – Lancia Stratos.

Stratos miał też odmianę drogową, nazwaną po prostu Stradale (wł. „drogowy”), przygotowano ją jednak wyłącznie po to, by uczynić zadość regulaminowi sportowej grupy 4, wymagającemu wyprodukowania 500 egzemplarzy. Tej liczby zresztą prawdopodobnie wcale nie osiągnięto, ale o tym za moment.

Foto: materiał producenta

***

Ładna historyjka z tą armią? Zasadniczo prawdziwa, możecie sprawdzić w greckim słowniku (w dodatku wpisująca się w firmową konwencję, bo od lat 70-tych Lancia wróciła do dawnego zwyczaju oznaczania modeli greckimi literami). Zamysł twórców był jednak inny: zjawiskowy concept car, przedstawiony w 1970r. przez studio Bertone, a projektowany przez Marcello Gandiniego, zwał się Stratos Zero – co jednak nie nawiązywało do wojen i wojsk, tylko do stratosfery. W czasach Concorde’a i programu Apollo było to modne słowo, jak dzisiaj „premium„, „interfejs” albo „ej-aj„. Gandini wcale nie myślał o rajdach, a jedynie – swoim zwyczajem – o zaszokowaniu automobilowego świata.

Jeżeli ówczesny świat szokowało Lamborghini Miura, to jakie reakcje musiał wywołać Stratos Zero…?

Foto: materiał producenta

Wykonany z włókna szklanego prototyp dech w piersiach zapierał tak bardzo, że nikt nie ośmielił się porównać go do Isetty – choć to narzucało się samo przez się, z uwagi na konieczność wsiadania przez odchylaną szybę czołową, naokoło przegubowej kolumny kierownicy. Według szczęśliwców, którzy mieli okazję spróbować, nie da się tego zrobić nie raniąc sobie nóg o przednią, zaostrzoną krawędź karoserii.

Foto: materiał producenta

W owej zaostrzonej krawędzi umieszczono aż dziesięć projektorowych lamp

Foto: materiał producenta

Tylko nieliczne zdjęcia ukazują pojazd z prowizorycznie doklejonym, centralnym lusterkiem wstecznym – szpecącym sylwetkę, ale koniecznym do jazdy po drogach publicznych, a przez stylistę zapewne zapomnianym…

Foto: materiał producenta

Wysokość auta wynosiła zaledwie 84 cm. Dzięki temu Gandini, prezentując auto zarządowi Lancii, na teren zakładu dostał się ponoć omijając kontrolę – przejechał po prostu pod opuszczonym szlabanem!! 

Foto: materiał producenta

Tylne światła były stylistycznie spójne z przednimi. Całe podwozie i napęd pochodziły z seryjnej, skromniutkiej Fulvii 1600, tyle że silnik umieszczono centralnie, a wulgarnie wystający wydech sugerował nieporównanie potężniejszą moc.

Foto: materiał producenta

Wielokrotnie pisałem, że wiek concept carów najłatwiej poznać po wnętrzach – tutaj jednak kabinę narysowano równie futurystycznie jak karoserię

Foto: materiał producenta

Prezentacja Gandiniego odniosła skutek: oto właśnie wtedy Cesare Fiorio, szef rajdowej ekipy Lancii, myślał nad zastąpieniem czymś starzejącej się wyczynowej Fulvii, zbierającej cięgi od Porsche 911 i Alpine A110. Widząc kosmiczny prototyp z centralnym silnikiem pomyślał, że potrzebuje dokładnie czegoś takiego – tyle że z krótszym rozstawem osi, poważniejszym silnikiem i podwoziem nadającym się na każdą nawierzchnię. Zaraz pobiegł do Pier Ugo Gobbato, nowego prezesa Lancii (mianowanego już przez koncern Fiata), który pozwolił złożyć u Bertone stosowne zamówienie – oczywiście od razu na 500 sztuk, do homologacji FIA.

***

Włosi stereotypowo nie słyną z waleczności ani tempa pracy, jednak bojowy bolid nazwany Stratosem był gotowy już po nieco ponad roku – na turyński Salon Samochodowy w listopadzie 1971r. Brakowało mu „tylko” silnika.

Silnik znalazł się wewnętrznie, w ramach koncernu. Zastosowano mianowicie V6-tkę z Ferrari Dino, tyle że jej wynegocjowanie było trudne, trwało długo i kosztowało wypożyczenie do Maranello dwóch najlepszych ludzi Lancii: kierowcy Sandro Munariego (który między innymi wygrał Targa Florio ’72 za sterami Ferrari 312P) i samego Cesare Fiorio jako sportowego managera.

Stratos miał ruszyć do walki od sezonu ’73, lecz przez cały 1972 trwały przepychanki z Ferrari. Dopiero w maju przyszło dziesięć silników do testów, a gdy w listopadzie niehomologowany jeszcze bolid zadebiutował jaki prototyp w Tour de Corse, nie było jeszcze pewności, czy uda się wydębić 500 sztuk. W międzyczasie inżynierowie dopracowywali podwozie, by dało się je ustawić na każde warunki – od fińskich śniegów, przez korsykańskie asfalty, po kenijską sawannę. Z Lancią aktywnie współpracowała firma Pirelli, bo na rynku nie było jeszcze opon o parametrach odpowiednich dla rajdowego Stratosa.

Według krążących w branży plotek upór Enzo Ferrariego złamała dopiero wieść o tym, że zniecierpliwiony Fiore rozpoczął rozmowy o zakupie trzylitrowych silników Maserati Merak – najbardziej znienawidzonego konkurenta wierzgającego konika. Zgoda nadeszła w ostatniej chwili, w grudniu 1972r.

Ostateczna wersja Stratosa miała rozstaw osi 2.180 mm, wymiary 3.710 x 1.750 mm i nadwozie z poszyciem z włókna szklanego – z klasycznymi drzwiami, światłami i wnętrzem.

Prototyp z 1971r. nie dzielił z concept carem z 1970r. ani jednej części: punktami wspólnymi były jedynie nazwa, ideowa inspiracja i centralne umieszczenie silnika. Sylwetka nadal mogła szokować – pamiętajmy, w 1971r. wciąż produkowano Fiata 500 czy Volkswagena „Garbusa”, a standardowym Mercedesem był model W115 – jednak nie wyglądała już jak kosmiczny myśliwiec (à propos: do premiery „Gwiezdnych Wojen” miało minąć jeszcze sześć lat).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Przednią i tylną część karoserii wykonano jako pojedyncze elementy, zdejmowane w całości dla łatwiejszego serwisowania

Foto: materiał producenta

Technikę projektowali inżynierowie Lancii, którym przewodził Gianni Tonti. Stalowa konstrukcja karoserii była równocześnie klatką bezpieczeństwa, do której z obu stron przyspawano pomocnicze ramy niosące zawieszenie i zespół napędowy. Z przodu zastosowano poprzeczne wahacze, z tyłu kolumny McPhersona, do tego sprężyny resorujące i stabilizatory poprzeczne. Za hamowanie odpowiadały cztery wentylowane tarcze, jednak układ nie miał wspomagania, uważanego wtedy za zbędne w zastosowaniach wyczynowych.

Podwozie umożliwiało użycie różnych rozmiarów kół i łatwą regulację wszystkich parametrów, z prześwitem włącznie. Proporcje rozstawu osi i kół wraz z niskim środkiem ciężkości i bardzo precyzyjnym układem kierowniczym czyniły Stratosa najbardziej responsywnym samochodem ówczesnego świata. Niestety tylko w specyfikacji wyczynowej: w drogowej użyto czterech zwykłych silentbloków zamiast połączeń kulowych i identycznych opon na obu osiach (rajdówka miała 205/50 15 z przodu i 295/35 15 z tyłu). Diametralnie zmieniło to charakter auta.

Nuccio Bertone, jeden z twórców bolidu

Foto: public domain

Silnik i pięciobiegowa przekładnia zintegrowana z automatycznie blokowanym mechanizmem różnicowym pochodziły wprost z Dino 246 GT. Siedziały poprzecznie przed tylną osią.

To cudo już znamy: V6 o nietypowym kącie rozwarcia 65º, z żeliwnym blokiem i aluminiowymi głowicami kryjącymi po dwa wałki rozrządu. Pojemność 2.418 cm³, sprężanie 9:1, trzy dwuprzelotowe gaźniki Webera. To wszystko dawało moc 190 KM przy 7.000 obrotów (przy masie własnej auta poniżej tony), moment 230 Nm przy 4.000, prędkość do 230 km/h i przyspieszenie do 100 km/h poniżej 7 sekund. Oczywiście w specyfikacji drogowej.

Foto: 天然ガス, Licencja CC

Produkcja wersji homologacyjnej ruszyła na początku 1973r., ale z uwagi na małe moce produkcyjne Bertone postępowała powoli. Homologację w grupie 4 udało się uzyskać dopiero latem 1974r., po zadeklarowaniu wytworzenia 515 egzemplarzy. Dziś historycy wątpią w prawdziwość tej liczby (najczęściej podają około 490), ale w kolejnym sezonie FIA obniżyło wymagane minimum do 400 sztuk, co uczyniło spór bezprzedmiotowym.

Ten samochód zdaje się szybciej stać, niż konkurenci jadą” – pisała prasa. Ekstremalnie klinowata sylwetka z krótkim rozstawem osi i wyraźnie zaznaczonym, centralnym położeniem silnika nie pozostawia wątpliwości co do swojej natury: to jest maszyna do wyprzedzania każdego, kto ośmieli się znaleźć przed jej zderzakiem.

Foto: materiał producenta

Malkontenci wytkną wykorzystanie tylnych lamp Fiata 850, fani odpowiedzą, że tych samych używał też Ford GT40. Za silnikiem udało się zmieścić mały, 145-litrowy bagażnik.

Foto: materiał producenta

Proporcje wyszły zupełnie inne niż w koncepcyjnym pojeździe Gandiniego, ale wysokość 111 cm pozostała bardzo mała. Kabina swym kształtem przypominał samoloty bojowe, a brak zderzaków czy ozdobnych listew oszczędzały odrobinę czasu w nerwowym procesie przygotowań do startów.

Foto: materiał producenta

To wnętrze w pełni odpowiada latom 70-tym, oczywiście w odniesieniu do wzorców wyczynowych…

Foto: materiał producenta

…a mnie, jak wiele włoskich sportowców tamtych czasów, cieszy widokiem wskaźników wspólnych z Ładą 2103 – samochodem, na którego instrukcji obsługi uczyłem się czytać.

Foto: materiał producenta

Klienci wcale nie rzucili się na taką okazję. Częściowo z powodu kryzysu naftowego, który wybuchł w okolicach połowy realizacji homologacyjnego minimum, a częściowo przez ceny, przekraczające we Włoszech 10 mln lirów. Ponieważ FIA wymagała tylko WYPRODUKOWANIA, a nie sprzedaży 500 (a potem 400) aut, niedobitki znikły z magazynów dopiero pod koniec dekady.

Podobno ostatni klienci płacili ledwie 1/3 oficjalnej ceny. Artykuły niemieckie mówią o 15 tys. DM, czyli kwocie tylko trochę wyższej od żądanej za Golfa GTI. Tymczasem dzisiaj dobrze utrzymany Stratos wart jest ponad pół miliona euro –  o ile ktokolwiek zechce go sprzedać.

Foto: Thesupermat, Licencja CC

***

Jako rajdówka Stratos nie był bez wad. W korsykańskim debiucie urwało się tylne zawieszenie, a w szybkich zakrętach silnik dławił się z braku paliwa, bo gaźniki Ferrari Dino były projektowane do wzdłużnego umieszczenia w nadwoziu. Te wady były sukcesywnie usuwane, nie dało się natomiast poprawić dostępu do skrzyni biegów, więc każda praca przy niej wymagała wyjęcia silnika. W ograniczonym czasie między odcinkami specjalnymi było to często niewykonalne.

Specyfikacje wyczynowe zostały oczywiście wzmocnione: pierwotnie osiągały 280 KM, w późniejszej wersji czterozaworowej – 320 KM, a torowy bolid przygotowany przez znanego tunera i zawodnika, Carlo Facettiego, wyposażony w turbosprężarkę KKK i wtrysk Kugelfischera – niewiarygodne wówczas 560 KM. Przy masie 940 kg oznaczało to stosunek poniżej 1,7 kg / KM !!

Stratos Turbo Silhouette – bo tak nazywało się dzieło Facettiego – występował w najbardziej liberalnej grupie 5, gdzie odniósł zwycięstwo w samochodowym Giro d’Italia ’76. Zdobyte wtedy doświadczenie z turbodoładowaniem zaprocentowało w kolejnej dekadzie, w czasach grupy B.

Foto: public domain

Najważniejszą przewagą Stratosa było fenomenalne prowadzenie, wynikające z przyjęcia odpowiednich założeń przez konstruktorów pracujących od początku nad maszyną rajdową. „W tym samochodzie czujesz się, jak pilot szybowca w kokpicie F-16″ – pisał niemiecki magazyn „hobby„. To nie był rodzinny sedan z dospawaną klatką bezpieczeństwa i sztywniejszymi sprężynami, a bolid do wygrywania OSów: erę sukcesów Lancii rozpoczęło zwycięstwo Sandro Munariego w hiszpańskim Rallye Firestone we wrześniu 1973r., a zakończyło dopiero wygaśnięcie homologacji po sezonie 1982.

Urodzony w 1940r. Sandro Munari zapisał się w historii przede wszystkim wygraniem w 1977r. pierwszych indywidualnych rajdowych mistrzostw świata (zwanych wtedy Pucharem Kierowców). Co jednak ciekawe, w rajdach zaliczanych do mistrzostw wygrywał zaledwie siedmiokrotnie (w tym w 1977r. cały jeden raz, w Monte Carlo). Wszystkie swe sukcesy odniósł na Stratosie – później, pomiędzy 1978-84r., próbował sił na innych samochodach, ale już bez powodzenia.

Foto: public domain

W czerwcu 1974r. Lancia Stratos francuskiej załogi Amilcare Ballestrieri i Gérard Larrousse wygrała sycylijskie Targa Florio. Gdy w drugiej połowie sezonu nadeszła upragniona homologacja grupy 4, zaczęła się szaleńcza pogoń: w październiku Munari wygrał Rajd Sanremo, kilka tygodni później Rajd Rideau Lakes w Kanadzie, a w grudniu francuski kierowca Jean-Claude Andruet okazał się najlepszy w Tour de Corse. Tyle wystarczyło, by Lancia dokonała niemożliwego i zgarnęła mistrzowski tytuł mimo dołączenia do rywalizacji dopiero jesienią (inna sprawa, że część wcześniejszych rajdów została odwołana z powodu kryzysu naftowego, a regulamin punktował tylko wynik najlepszego kierowcy marki w danej imprezie, niezależnie od liczby startujących).

Rzadkie zdjęcie wczesnego Stratosa załogi Munari-Manucci, wyposażonego we wlot powietrza typu snorkel, z którego szybko zrezygnowano

Foto: public domain

Ci sami zawodnicy – już bez snorkela – w drodze po zwycięstwo w Sanremo

Foto: public domain

W 1975r. doszło do niecodziennej sytuacji, bo w rajdowych mistrzostwach świata Lancia Stratos walczyła z Fiatem 124 Spider Abarth – czyli produktem tego samego koncernu. Natychmiast okazało się, że jest bezkonkurencyjna.

Obok Sandro Munariego i Jean-Claude’a Andrueta Lancie prowadzili Björn Waldegård i Raffaele Pinto. Munari wygrał w Monte-Carlo, Waldegård w Szwecji i San Remo, a dodatkowe punkty zapewnił Francuz, Bernard Darniche, wygrywając Tour de Corse za kierownicą Stratosa wystawionego przez lokalnego importera. Oznaczało to drugi tytuł z rzędu.

Sezon ’75 przyniósł też umowę sponsorską z włoskimi liniami lotniczymi Alitalia. Odtąd na karoseriach Lancii pojawiły się kolory włoskiej flagi (na zdjęciu – Björn Waldegård z pilotem Hansem Thorszeliusem)

Foto: public domain

W 1976r. Stratosy zdobyły trzecie mistrzostwo. Szczególnie zapamiętane zostało potrójne zwycięstwo w Rajdzie Monte-Carlo (Munari-Waldegård-Darniche) i poczwórne w Sanremo (Waldegård-Munari-Pinto-Fassina).

Mimo całkowitej przemiany charakteru Rallye Monte-Carlo zachował jeszcze charakter zlotu gwiaździstego – na zdjęciu widzimy Sandro Munariego startującego z Rzymu

Foto: public domain

A to już przed samym finiszem, na sławnej przełęczy Turini

Foto: public domain

W 1977r. nastąpiła rewolucja regulaminowa. Po pierwsze, po raz pierwszy rozegrano Puchar Kierowców. Po drugie, do klasyfikacji zespołowej, prócz punktów najwyżej sklasyfikowanej załogi, doliczano te zdobyte przez wszystkie inne, pod warunkiem znalezienia się w pierwszej ósemce. Co więcej, ostateczna punktacja obejmowała tylko osiem najlepszych wyników w sezonie – co oznaczało, że okazjonalne porażki traciły jakiekolwiek znaczenie.

Mistrzostwo Munariego było oczywiście wielkim sukcesem, jeśli jednak chodzi o zespół, wtrąciła się turyńska centrala: ponieważ marketingowo wyżej ceniła sukcesy Fiata 131 Abarth (jako bardziej kasowego produktu seryjnego), starty Stratosa ograniczyła do tylko czterech imprez – Monte Carlo, Safari, Sanremo i Tour de Corse. Również barwy Alitalii przeniosła na karoserie Fiatów, by przenieść cały splendor i szerzej reklamować sponsora.

W tej sytuacji nie powinno dziwić zespołowe mistrzostwo Fiata, który brał udział we wszystkich eliminacjach, tym bardziej natomiast należy docenić Munariego, że potrafił zdobyć Puchar Kierowców.

Sezon ’78 był ostatnim, w którym Stratosa wystawiał zespół fabryczny. Konkurencyjność stępiły nowe przepisy zmniejszające zakres dozwolonych modyfikacji w grupie 4 – z ich powodu Lancia musiała zrezygnować z czterozaworowej głowicy i dwutarczowego sprzęgła, jako niezgodnych z wersją drogową.

Stratosy dostały nowe, czarno-biało-czerwone malowanie Pirelli, a mistrzostwo indywidualne zdobył Fin, Markku Alen (na zdjęciu) – który rozpoczął sezon na Lancii, ale jego większość zaliczył na Fiatach

Foto: public domain

***

W 1979r. oba rajdowe zespoły FiataAbarth Corse i Lancia HF – połączyły się w jednostkę nazwaną Attività Sportive Automobilistiche (ASA), którą dowodził Cesare Fiore, ale która używała już tylko Fiata 131 Abarth.

Na placu boju pozostały jeszcze zespoły niezależne. Francuz Bernard Darniche zdołał odnieść sensacyjne zwycięstwo w Monte Carlo ’79 (po ciężkim boju z Fordem Escortem Björna Waldegårda) oraz w Tour de Corse ’79 i ’81. Również w 1979r. duet Fassina-Mannini, sponsorowany przez organizację włoskich dealerów Lancii, zdobył rajdowe mistrzostwo kraju (wygrywając między innymi zaliczany do mistrzostw świata Rajd Sanremo), a gruziński książę Georgi de Bagration de Mukharani wyjeździł mistrzostwo Hiszpanii.

Antonio Fassina i Mauro Mannini w Rajdzie Sanremo ’79

Foto: public domain

Ostatnie międzynarodowe zwycięstwo Stratosa odniósł Bernard Darniche w Tour de Corse ’81. Do wygaśnięcia homologacji, które nastąpiło z końcem kolejnego sezonu, zdarzały się jeszcze pomniejsze sukcesy lokalne.

Ostateczny bilans rajdowej kariery modelu to trzy mistrzostwa świata, trzy mistrzostwa Europy, trzy mistrzostwa Włoch i kilka w innych krajach. Zwyciężał on też w prawie wszystkich czołowych imprezach międzynarodowych, z wyjątkiem jedynie rajdu RAC i Safari (gdzie zdobywał miejsca na podium). Jego historyczne znaczenie nie zasadza się jednak na skali odniesionych sukcesów, a na wywołanym przełomie – Stratos to bowiem pierwszy w dziejach samochód zaprojektowany specjalnie do wygrywania rajdów. To właśnie on zakończył erę zwycięstw dżentelmenów w skórkowych mokasynach i garniturowych spodniach zaprasowanych w kantkę, powożących skrzydlatymi Mercedesami z drewnianą boazerią w kokpicie, hydropneumatycznymi Citroënami albo wręcz dolnozaworowymi Warszawami. Odtąd rajdowy sport nabrał nieziemskiej wręcz dynamiki.

Foto: public domain

***

W 1978r. studio Bertone przedstawiło prototyp Stratos Sibilo – z mechaniką Stratosa Stradale i rozstawem osi wydłużonym o 10 cm, pomyślany jako „monolityczna rzeźba” – z geometrycznymi, kanciastymi liniami i szybami z poliwęglanu wtopionymi w sylwetkę.

Pierwotna postać Stratosa Sibilo

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Wnętrze odzwierciedlało ponoć anatomię człowieka, z kierownicą umożliwiającą zastosowanie naturalnego chwytu dłoni

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W późniejszym czasie karoseria została przemalowana na jaśniejszy odcień

Foto: Edvvc, Licencja CC

W 2005r. w Genewie wystawiony został concept car Fenomenon Stratos, który zaprojektował Chris Hrabalek ze studia Fenomenon Holistic Design – wielki fan i posiadacz aż dziewięciu egzemplarzy oryginalnego Stratosa. Nowa interpretacja również opierała się na mechanice podstawowego aktualnego Ferrari (konkretnie – modelu 360 Modena). Auto miało być wytwarzane we współpracy z firmą Prodrive, dla zamożnych klientów z krajów pozbawionych dobrych dróg, a więc nieprzyjaznych „normalnym” samochodom supersportowym. Produkcja nigdy nie ruszyła.

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

Foto: Wouter Melissen, https://www.ultimatecarpage.com/

W 2010r. kolejną próbę wskrzeszenia Stratosa podjął niemiecki miliarder Michael Stoschek, właściciel firmy Brose Fahrzeugteile dostarczającej komponentów koncernom samochodowym. Nie dostał jednak zgody ani Lancii ani Ferrari (którego technikę chciał wykorzystać).

Cztery lata później wszystkie wymagane zgody otrzymał były pracownik Pininfariny i założyciel firmy MAT, Paolo Garella. Jego prototyp ujrzał światło dzienne w 2018r. Za projekt nadwozia odpowiadało studio Pininfarina, techniki użyczyło nieprodukowane już wtedy Ferrari 430. Nowy Stratos może się pochwalić niedużym bagażnikiem w przedniej części nadwozia.

Ten projekt trafił ostatecznie na rynek, w ściśle limitowanej serii 25 egzemplarzy. Tutaj widzimy go w klasycznym kolorze cywilnych Lancii

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

…i w historycznym malowaniu Alitalii.

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

***

Prasowych testów Lancii Stratos nie ukazało się wiele, bo przy niecałych 500 wyprodukowanych egzemplarzach nawet dziennikarzom nie było łatwo dorwać się do kierownicy. Ale ci, którym się udało, pisali nadzwyczaj emocjonalnie. Wbrew zwyczajom epoki nakazującym podawać mnóstwo liczb i wykresów, oni ograniczali się do opisywania scenek rodzajowych: panny młodej, która przyjmując przed kościołem życzenia w momencie przejazdu Stratosa wypuściła z ręki bukiet, kierowcy Mercedesa, który z piskiem zahamował na środku skrzyżowania, po czym cofnął tylko po to, by przyjrzeć się Stratosowi oczekującemu na możliwość skrętu w lewo, albo francuskiego celnika, który oddając dziennikarzowi podbity paszport wydał mu polecenie dania pełnego ognia, bo nigdy jeszcze nie widział rajdówki na żywo.

Sam ze Stratosem nie miałem żadnej styczności, choć raz niewiele brakło: wypożyczalnia klasyków w Nicei, z której usług korzystałem w 2016r., miała w ofercie takie cacko, ale niedługo przed moją wizytą sprzedała je klientowi, który uparł się, że auta im nie odda, a cena nie gra roli. Właściciele wyznali, że zrobili wtedy interes życia, ale zaraz pożałowali. Podobnie jak ja, bo wyjazd Stratosem na Col de Turini, nawet w moim tempie emerytowanego szachisty, byłby niesamowitym przeżyciem. Okazja przeszła jednak koło nosa i pewnie już nie wróci, trudno.

Dawno temu obywatele Austro-Węgier dowcipkowali, że Włochy utrzymują armię chyba tylko po to, żeby c.k. żołnierze też czasem mogli komuś dowalić – bo to był jedyny przeciwnik, którego (z rzadka) potrafiły pokonać legendarnie nieskuteczne wojska naddunajskiej monarchii. Dopiero ponad pół wieku później Włochom udało się wystawić „armię”, która naprawdę okazała się niezwyciężona – tyle że nie na polu bitwy, a na rajdowych OSach. To zdecydowanie lepszy wariant: bezpieczniejszy, tańszy i bardziej ekologiczny. Czyż nie chwalebniej byłoby zastąpić nim klasyczne armie i wojny…?

Foto: materiał producenta

Foto tytułowe: Pierre-Jean Vidal, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

75 Comments on “POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: WŁOSKA ARMIA

  1. Trzeba dodać, że w Stratosie startował Andrzej Jaroszewicz. Zdobył nawet mistrzostwo Polski, po czym rozbił maszynę. Więcej sukcesów nie pamiętam. Silnik ocalał i obudowali go nadwoziem Poloneza. Tak powstał Stratopolonez. Podawano jego moc – 170KM. Może ją obniżono, bo nawet na zmodyfikowane zawieszenie Poloneza była i tak astronomiczna. A Lancia do tej pory mi się podoba.

    • Stratopolonez miał mechanikę żywcem wziętą ze Stratosa, podczas wypadku karoseria najbardziej ucierpiała, ale podwozie z silnikiem i skrzynią biegów już nie – aż mi się przypomina pewne literackie Ferrari ; ). Z Poloneza została goła buda plus światła i część deski rozdzielczej, reszta rzeczy jak większa chłodnica czy inne pierdółki to Star chociażby jak @Krecik pisze

    • Prawda – Stratopoloneza widziałem osobiście, w tymczasowym muzeum w Warszawie na Filtrowej (kiedy ono jeszcze działało).

      Przepraszam, że nie napomknąłem o tym wynalazku, ale jakoś zafiksowałem się na światowej karierze rajdowej Stratosów. A Stratopolonez to epizod dziejów polskiej motoryzacji – być może kiedyś coś na ten temat skrobnę, jak będzie dobra okazja, ale na razie o Polsce piszę mało, bo w sieci można łatwo znaleźć bardzo dobre opracowania o każdym detalu tych historii.

  2. Przyznam się że zdarzyło mi się popełnić jakiś czas temu wpis o Stratosie, więc wóz sam w sobie nie był dla mnie zaskoczeniem. Chyba jedyna Lancia z ostatnich 56 lat co mi się podoba. Sam koncept Stratos Zero też niczego sobie, no ale lubię klinowe wozy i mi ich stylistyka po prostu „siada”. Gdzieś mignęło mi, że w pewnym mieście, na pewnym rajdzie niepodbitych przeglądów i rdzy ktoś taką przyjechał – nie wiem po co, chyba żeby zaszpanować ; )

    Trochę się zdziwiłem brakiem wzmianki o Stratopolonezie, co zresztą Czytelnicy wyżej wspomnieli – wszak on też w rajdach brał udział i ścigał się nim nieżyjący Marian Bublewicz. No i jest pewnym kawałkiem historii Stratosa – w zamkniętym ale nie odizolowanym biednym kraju składają rajdowe auto z rozbitej wyścigówki i czego popadnie : D

    • Bądź co bądź, klęskę Jaroszewicza kowale z OBR FSO przekuli w sukces konstruując pierwszy (i chyba jedyny) polski samochód z centralnym silnikiem.

    • Startował tylko w wyścigach. Stratopolonez nie byl używany w rajdach. Lamcie Jaroszewicz skasował na Rajdzie Polski 1977. Co ciekawe wygrał wtedy Darniche… na Stratosie. Potem w latach 1978 i 79 wygrał Hiszpan Antonio Zanini na Fiacie 131, zaś w 1980 r. wygrał na Porsche 911.

      • Faktycznie, nie rajdy a wyścigi. Zresztą Stratopolonez był początkowo biały, obecny kolor uzyskał później

  3. Czułe struny poruszone! Zgłębiam właśnie polskie rajdy lat 70. (o których mało wiem) do kolejnej książki sensacyjno-kryminalnej. Katastrofę polskiego Stratosa można sobie obejrzeć na filmie krótkometrażowym Piotra Studzińskiego „Rajd” (1977) – https://www.youtube.com/watch?v=NBE2v6Q2Lu8 – mniej więcej od minuty 4.02. Podobno wypadek zdarzył się z następującego powodu: Andrzej Jaroszewicz był uznawany przez świadków z epoki za niezwykle utalentowanego zawodnika o wyjątkowym instynkcie, według wielu – najlepszego w Polsce. Niestety miał też jedną wadę – był dość leniwy i nie traktował rajdów jako swojego głównego życiowego przeznaczenia. W związku z tym zamiast samemu przetrenować i opisać rajdowe odcinki często zlecał to zadanie wyłącznie swoim pilotom (potwierdzał to w wywiadach Janusz Wojtyna). Ten fragment był właśnie tak opracowany, ale niestety pomiędzy treningiem a właściwym rajdem w Lancii Stratos na życzenie Jaroszewicza zmieniono przełożenia na szybsze. W związku z czym dyktando pilota „dwójka pełny” zaczęło oznaczać niestety coś zupełnie innego niż na treningu. Stąd przeszarżowanie (zaznaczam, że to może być legenda – ale ciekawa).
    Świat polskich rajdów był z dzisiejszego punktu widzenia ze wszech miar egzotyczny – dla zainteresowanych polecę jeszcze nieco surowy dokument Krzysztofa Kieślowskiego „Przed rajdem” z 1971 roku (14 minut), gdzie bodajże Błażej Krupa i Krzysztof Komornicki wykłócają się przez telefon o kluczowe części z różnymi decydentami fabrycznymi: https://www.youtube.com/watch?v=lZt6lLado4U

    • Mnie też zainteresował temat – wiesz może coś więcej o Stratosie Jaroszewicza? – zastanawia mnie w szczególności, czy to była przemalowana wersja drogowa, czy typowo wyczynowa – ta pierwsza bez wątpienia byłaby dużo tańsza (co w braku dewiz miało duże znaczenie), a w warunkach PRL-u i tak byłaby przecież bezkonkurencyjna.

      • Wg mojego rozpoznania – pełna wersja wyczynowa, identyczna z włoskimi. Drogowy Stratos wobec blisko dwustukonnego rajdowego Fiata 124 Abarth Rally, którym wcześniej jeździł Jaroszewicz mógł nie być wcale aż tak konkurencyjny.

      • Kiedyś, chyba ze 20 lat temu był na ten temat artykuł w takim piśmie Auto Classic, i o ile mnie pamięć nie myli, tych Stratosów było trzy, z czego jedna to była na pewno wersja drogowa. Poszukam w domu w biblioteczce, może jeszcze się ostało to pismo, to napiszę coś więcej.

    • Będzie następna książka z wątkami samochodowymi? Już się nie mogę doczekać!!

    • @Fabrykant, Jaroszewicz nie był nie wiadomo jak utalentowany, tylko miał nieograniczony dostęp do ultradrogich i ultraszybkich aut. Jego życiowe „przeznaczenie” to były liczne romanse 😉

      • To jest zdanie wielu rajdowców, które słyszałem osobiście – że on był mega-utalentowany, tylko że mu się kompletnie nie chciało, właśnie ze względu na to że nie musiał się o nic starać i dlatego ten talent w dużej części zmarnował. Ludzki sukces to naprawdę jest 80% motywacji i pracy, a u niego ponoć tego zabrakło. Podkreślam – zdanie nie jest moje, tylko zasłyszane od rajdowców znających go osobiście.

      • Tak samo jak wielu słynnych kierowców rajdowych przed nim – zanim powstały fabryczne zespoły to był przede wszystkim sport dla bogatych Playboyów, zatem Jaroszewicz dość dobrze wpisywał się w schemat – jedynie w PRL-owskiej rzeczywistości było to tak rażące, bo jeździł jak wielu za pieniądze taty, tyle, że one były państwowe.
        Swoją drogą ta jego Lancia musiała dostać strzał w wyjątkowo wrażliwe miejsce skoro nie dało się jej odbudować, bo na filmie nie wygląda na mocno uszkodzoną (czytając wcześniej o tym wypadku byłem przekonany, że z samochodu została miazga).

      • Bardzo dobrze ujęte – to był przykład „gentleman driver”, tyle że za pieniądze całego narodu

      • @Jerzy, naprawdę w tym sporcie „jeździł za pieniądze taty” to pojęcie względne. Zaczynając w wieku 19-20 lat naprawdę nawet dzisiaj ciężko jest wysłupać 20-30 tysięcy na auto które nadaje się nawet do KJS-ów , a co dopiero mówić o mistrzach Polski. Oczywiście są wyjątki które zaczęły jeździć jak już się dorobiły w średnim wieku jak np. Habaj, Sołowow , ale umówmy się po 40ce już obniża się czas reakcji i wiele innych sensu stricte psychosomatycznych czynników i siłą rzeczy ciężko jest rywalizować z młodszymi zawodnikami. Te „jeździł w PRL-u za pieniądze taty” to zwykle oznaczało, że ojciec oddał/pożyczył na pierwsze starty jakieś stare auto jak np. Trabanta w przypadku Goduli czy przedwojenne BMW w przypadku Zasady w 1952 roku, albo Fiata 125p w przypadku Bublewicza. Niemniej tacy ludzie mieli później kupe sponsorów i kontaktów. Poza Jaroszewiczem to żadnego ojca nie było stać na Stratosa. Niemniej fakt w tamtych latach dla 20latka nawet dostać Trabanta to niekiedy było coś. Niemniej topka polskich rajdowców zwykle jeździła za pieniądze FSO, a nie rodziców. Oczywiście wyjątki takie jak Zasada miały kontakty na Zachodzie.

    • Errata – nie Pinininfarina tylko Lancia-Stellantis.

    • Trochę to smutne, że eksploatuje się stare nazwy w sposób mający niewiele wspólnego z ich dziedzictwem. Junak, Borgward, Mustang Mach-E, wspominany tu ostatnio w komentarzach Zelmer – ja uwielbiam kontynuowanie dawnych tradycji, ale mam wrażenie, że w tych przypadkach chodzi wyłącznie o podpięcie się pod cudze dokonania, bez zachowywania dawnego charakteru.

      • Ja czytałem dyskusję w podobnym kontekście przy okazji premiery nowego Forda Capri. Który z pierwowzorem ma wspólne logo i może jeszcze to, że posiada cztery koła i kierownicę. Właściwie to starego Capri kojarzy dziś może garstka pasjonatów motoryzacji, którzy niekoniecznie będą zainteresowani tą nową itineracją. Po co więc w ogóle wracać do zapomnianej z dawna nazwy, o której nie pamięta 99% potencjalnych nabywców? Może po prostu ładnie brzmi, nie trzeba wymyślać niczego nowego, no i prawa do nazwy nie kosztują, bo w końcu to ten sam koncern?
        Podobnie z Mustangiem, Eclipse i licznymi innymi – choćby nawet nową Pumą. To trochę jak napis na niektórych ubraniach: „since – wstawić starą datę”. To, że szyte są w Chinach, a firma już dawno ma innych właścicieli, materiały nie te same, jakość nie ta sama – co tam. Czysty marketing.
        W niektórych zaś przypadkach to gra na emocjach, sentymencie, nostalgii – to świetnie pomaga sprzedać choćby najgorszy bubel.

      • @Daozi Zgadzam się z Tobą na 100%. Czy tylko ja uważam, że nowe Capri to parodia samochodu sportowego tak jak nowy Eclipse? Moim zdaniem jest obrzydliwy jak każdy inny SUV kupę a nawet jeszcze bardziej. Wygląda jak waleń i jest zbyt powolny jak na nazwę. Tak samo uważam o BMW XM. To są dwa z najbrzydszych aut świata. Te pojazdy to kopie P*****ca A***ka, S*******ga R****sa, Daewoo Tacumy i wielu innych aut z lat 2000 uważanych za najbrzydsze i po których wszyscy kiedyś jechali. Ale spokojnie. I tak najbrzydszym samochodem świata jest teraz Tesla Cybertruck. Taki Tarpan naszych czasów. Tego chłamu się nie da przebić!
        Przepraszam, musiałem.

      • @D. Jeśli Cię rozczarowałem, to bardzo przepraszam. Myślałem, że wszyscy się domyślą. Chodziło mi o Azteka i Rodiusa, po których wszyscy kiedyś jechali, ale te dwa pojazdy to jeszcze nic przy Malaise Erze 2.0, czyli Cybertrucku i „SUVocoupowych” parodiach samochodu sportowego typu nowy Eclipse/Capri i BMW XM.

      • Nie czuję żadnego rozczarowania, ale myślę że nie ma sensu gwiazdkować nazw tych wynalazków, bo robi się tylko lekki chaos. 🙂 Też nie jestem ich fanem swoją drogą

    • Kratownicowa stalowa rama – już mi się podoba, mimo, że prądu starczy tylko na jakieś 20 minut „ognia”.
      W sumie ciekawe czy w przyszłości ludzie będą się podniecać detalami baterii i falowników tak jak kiedyś gaźnikami, wtryskami i sprężarkami.

  4. Startował tylko w wyścigach. Stratopolonez nie byl używany w rajdach. Lamcie Jaroszewicz skasował na Rajdzie Polski 1977. Co ciekawe wygrał wtedy Darniche… na Stratosie. Potem w latach 1978 i 79 wygrał Hiszpan Antonio Zanini na Fiacie 131, zaś w 1980 r. wygrał na Porsche 911.

    • Czytałem kiedyś wywiad z Jaroszewiczem, gdzie on mówił, że Stratopolonez prowadził się tragicznie, był nie do opanowania przy wyższym tempie jazdy. W sumie nic dziwnego, bo skonstruowanie wyścigowego podwozia to są tysiące godzin obliczeń i testów, a tutaj skręcili z sobą na czuja to, co mieli pod ręką. Ale historia na pewno romantyczna.

  5. Jak patrzę na Stratosa Zero, to mam wrażenie, że to jeden z niewielu prototypów sprzed lat, który aż się prosi o proste dostosowanie i wystawienie na współczesnym salonie – wystarczyłoby raptem zamienić tą tablicę wskaźników na tablet, reflektory projektorowe na ledy, a zamiast tego sterczącego lusterka dać kamerę i można by twierdzić, że powstał współcześnie.

    • To jest właśnie ciekawe, że bieżąca moda zmienia się co chwilę, natomiast idea futuryzmu pozostaje bardzo podobna od dziesiątków lat. Właśnie w dziedzinie concept carów widać to dobrze.

    • Ja myślę, że w tym właśnie tkwi geniusz niektórych projektantów, ewentualnie przebłysk geniuszu w niektórych z ich dzieł.
      Stratosa wystarczyłoby minimalnie zmodyfikować (vide ten nowy z 2018) i voila – dalej znakomicie wygląda.
      A Fiat 500 (ten nowy, ale sprzed elektryfikacji i kiepskich zmian)? Przecież to jest arcydzieło designu! Nie wyobrażam sobie bardziej ponadczasowego samochodu.
      Przychodzi mi na myśl jeszcze kilka podobnych aut, ale może nie aż tak ponadczasowych – Civic VIII (tylko hatchback), Celica VII, Toyota Century, E-Type (ale dwuosobowy), może pierwsze Camaro, może BMW E24 (6), Mazda MX5 NC (zwłaszcza po liftingu)… Trochę by się jeszcze znalazło podobnie pięknych, wiecznie żywych pojazdów.
      To są moim zdaniem przykłady na to, że dobry projekt, choćby i użytkowy, ma znamiona sztuki. Sam projekt, bo ciężko dziełem sztuki nazwać kopiowany w dziesiątkach czy setkach tysięcy egzemplarzy ten sam finalny produkt.

      • Celica? Jakoś nijak mi nie pasuje do pojęcia ponadczasowości, jest bardzo, bardzo wyraźnie projektem swoich czasów. Reszta mniej lub bardziej pasuje, ale Celica to nie bardzo wiem, co robi w tym towarzystwie.

      • 500 jest ponadczasowa niczym Żuk. Albo Trabant. Albo inne wynalazki klepane przez dziesieciolecia bez większych zmian. 😉
        I jak wzornictwo przemysłowe jest nauką (są pewne zasady, czy wzorce jak kształty wpływają na odczucia), jest wykładanie na ASP tak mam wrazenie, ze coraz częściej sie odgrzewa kotlety w postaci np. 500, czy innego Mini albo R5.

        Chociaz wszechświat jeszcze nie zamarzł i zdarza sie coś nowego, co przykuwa wzrok i wygląda ładnie. Ostatnio widziałem przez chwilę jakies chinskie elektryczne AUDI i wyglądało fajnie. Zresztą nowe Capri widziane przez ułamek sekundy od tyłu tez nie bylo brzydkie.

      • Tu się nie zgodzę. 500 jest ponadczasowa nie dlatego, że produkują ją – w pewnym sensie cały czas, tylko dlatego, że nie jest autem narysowanym wg krótkotrwałej mody. Jest uniwersalna. Ma dobre poporcje, jest bardzo spójna stylistycznie; zarówno wnętrze jak i zewnętrze. Nie jest agresywna, ale też nie przypomina nijakiego mydła; zdecydowanie ma swój charakter. Nie jest przy tym kiczowata czy zbyt cukierkowa (sprawdzić czy nie limitowana edycja Barbie).
        To trochę jak niektóre produkty kuchenne typu SMEG. Chodzi o pewien język designu.

        A dlaczego Celica? To może kwestia subiektywna. Jednak uważam, że ten samochód można by postawić w salonie i wciąż wyglądałby dobrze. Znowu – jest bardzo spójny stylistycznie. Wystarczy porównać go np. z konkurencyjnymi Audi TT czy Hyundaiem Coupe albo Peugeotem 406 coupe. Po tamtych widać wyraźnie, że są dość stare; były bardziej zachowawcze. A z kolei Celica nie przegięła tak jak np. Hyundai Genesis, który był jednak zbyt dziwaczny (podobnie jak Veloster).

      • Rzecz gustu. Mi 500 „nie robi” i mimo opatrzenia wciąż bardziej kojarzy mi się z cukierkowym kolorowym dodatkiem do torebki niż samochodem.

        Mozna polemizować, czy nie powstała zgodnie z trendami epoki. W koncu to nie jedyny przedstawiciel mody na odgrzewane retro kotlety. Był PT Cruiser, New Beetle, Mini…

        No i porownywanie nowej nowej 500 z nową 500 z lat 50 to jak porównanie Leo DiCaprio z Titanica i Django. Wymagania rynku i przepisów spowodowały rozrost i stepienie detali.

        Pierwsze TT uważam za samochod stylistycznie bardzo ciekawy, cały projekt jest formalny, dopracowany i spójny. Kolejne generację wyglądały na rozciągnięte w photoshopie. Projekty Audi przez lata miały swoj charakter pozwalający określić markę na pierwszy rzut oka – ale nie jestem pewien, czy to juz nie czas przeszły, obecna A6 brzydka nie jest, ale chyba mniej „audiowata”.

  6. „Słowo STRATOS znaczy po grecku „armia”. Stąd w europejskich językach mamy dzisiaj „strategię” i wszystkie wyrazy pokrewne.”

    Dodam, że sformułowanie „prawdziwy facet” wzięło się od Facettiego. Tak myślę.
    W każdym razie miałoby to sens 😉

  7. No w sumie nie spodziewałem się , że Stratosów powstało tak mało. Fajną marką była Lancia. Taką o dwóch skrajnych twarzach. Z jednej strony ultrakonserwatywna i ultraelegancka Thema , a z drugiej ultraszybka Delta Integrale.

    Na jednym ze zdjęć widzimy Stratosa w barwach firmy Chardonnet, importera FSO i Zastavy na Francję. Dzięki tej firmie Polska zyskała bardzo dużo dewiz hah. Był on też dealerem Lancii.

  8. Cóż, Ferrari opękał jednym silnikiem najpierw lekceważonego Fiata Dino (bo to było takie o mało co Ferrari), potem formułę II, później Ferrari Dino 206 GT, wreszcie Lancię Stratos, w końcu Stratopoloneza. Chyba żaden ich silnik nie napędzał tylu różnych samochodów.

  9. Mam takie prezmyślenie: Stratos Stradale był ładny, owszem, ale naprawdę pięknie wyglądały dopiero pooklejane egzemplarze, z poszerzeniami, spoilerami, obniżone itp. – dokładnie takie jak na pierwszym zdjęciu.
    Podobnie rzecz się miała z pojazdami startującymi w BTCC, DTM czy JTCC – oryginalne Primery, Laguny, Sierry itp. itd., które były raczej przeciętnie atrakcyjne dla oka, ot, zwykłe sedany, znacznie piękniały, kiedy je obniżano, zakładano spore felgi i dokładano lekkie zmiany w postaci progów, lotek, spojlerów i pięknych kolorów. Mówię tu raczej o erze końca lat 80 początku lat 90, bo późniejsze modyfikacje już bardzo zaburzały proporcje i pojazdy wyglądały różnie – czasem bardzo agresywnie (Alfa 155 DTM chociażby), czasem wręcz karykaturalnie, a w każdym razie całkowicie wyczynowo. Obecnie większość rajdówek / wyścigówek ma się do cywilnych samochodów nijak, wiadomo, że silniki i zawieszenia od lat się znacznie różniły, ale chociaż z zewnątrz zachowywano pozory (w WRC nawet do wczesnych lat dwutysięcznych), a teraz…

    • Dla mnie Stratos, czerwony jak Ferrari z przyciemnianymi szybami, został w pamięci na plakacie z angielskiego „Motoru” do którego śliniłem się parę lat bo wisiał w moim pokoju. Teraz zastanawiam się po co w konstruowanym do rajdów samochodzie zaprojektowali chowane reflektory. Dodatkowy mechanizm przecież waży, komplikuje produkcję i drży na wykrotach. Późniejsze rajdowe Stratosy miały już rampę z mocowaną na sztywno baterią reflektorów. Swoją drogą ciekawe ile z 500 powstało w specyfikacji rajdowej i wyścigowej.

      • @Szymon B: Stylówa też ważna! Zwłaszcza we Włoszech. Ale jakieś znaczenie mogło to mieć – po schowaniu były np mniej narażone na uszkodzenia od kamieni.

      • Tylko zgaduję: po ich schowaniu auto miało pewnie ciut lepszy CX; w przeciwnym wypadku albo mogłoby być jak Porsche 911 z wyłupiastymi oczami (okropne moim zdaniem), albo mieć sylwetkę jak Fiat 131 – pudełkowatą.
        A przecież w wielu rajdach startowano bez włączania świateł – w dzień. Nie znano jeszcze ledów czy ksenonów i lampy były spore. Więc może dlatego się na to zdecydowano?

      • @Szymon B
        „po co w konstruowanym do rajdów samochodzie zaprojektowali chowane reflektory.”

        Bo w wymogach homologacyjnych dla aut przeznaczonych do jazdy po normalnych drogach jest wyszczególniona minimalna odległość reflektora od nawierzchni.

  10. Zastanawiam się czy można użyć w tym przypadku stwierdzenia że z tyłu są kolumny MacPhersona. Polska wikipedia określa że jest to „rodzaj zawieszenia w którym amortyzator pełni rolę elementu tłumiącego i prowadzącego”. Teoretycznie się zgadza bo nie ma żadnego wahacza górnego więc koło bez kolumny latało by luźno w negatyw/pozytyw. Z kolei angielska wikipedia określa że „Macpherson strut is a system that uses the top of telescopic damper as the upper steering pivot” czyli według tej definicji Macpherson może być tak nazwany tylko na osi skrętnej.

  11. Nie Macpersony a kolumny chapmana. Ogulnie zwykło się mówić że Macpersony są na osi kierowanej, problem się robi kiedy wkłada się cały układ napędowy z przodu do tyłu…

    • Idea Chapmana była taka, że zamiast drążka poprzecznego była półoś. I poza tym kolumna, drążek wzdłużny i dodatkowy drążek poprzeczny – gdyby był podłączony do przekładni pozwalałby na aktywne kierowanie koła.
      Zresztą to co się powszechnie stosuje też nie jest czystym MacPhersonem – w patencie zamiast wahacza trójkątnego mieliśmy drążek poprzeczny połączonym z drążkiem wzdłużnym będącym przedłużeniem stabilizatora.
      Dzisiaj zdarza się albo osobna zwrotnica, albo zamiast wahacza mamy dwa drążki z wirtualnym przegubem jak w BMW albo Porsche.

      Generalnie nie widzę problemu z wrzuceniem wszystkich układów gdzie kolumna jest sztywno połączona z piastą do jednego wora MacPhersonopochodnego.

      No i zwykle tylna oś też jest kierowana – tylko, że nie aktywnie. W klasycznym układzie wielowahaczowym (5 drążków jak w Mercedesie) odpowiednio dobierając sztywność przegubów gumowych uzyskuje się skręt koła pod wpływem sił bocznych – zwykle w stronę zakrętu, żeby zmniejszyć nadsterowność.

  12. Miałem kiedyś to szczęście usiąść w jednym z Stratosów Stradale… a w zasadzie próbować usiąść. Tam nie ma miejsca na głowę, w ogóle. Mam 183 cm wzrostu i nie mam pojęcia jakim cudem kierowcy w kaskach się tam mieścili, chyba, że faktycznie wszyscy nie przekraczali 170 cm… Co ciekawe do rajdowego A110 wszedłem jak do swojego Chargera, bez żadnego problemu. Siedziałem w wielu innych autach projektowanych przez Gandiniego – Pantera, Urraco, Lele, DIablo, Jalpa, Espada, etc. – i w żadnym z nich nie miałem problemu się zmieścić.

  13. Jakoś nigdy nie zwróciłem uwagi na to, dopiero zdjęcia w tym artykule mnie uświadomiły – i jestem w szoku, że o ile z profilu z tyłu ten samochód jest piękny, tak patrząc zupełnie z boku – cóż za nieproporcjonalna paskuda!!

    • Nauczony podziwiać Lancie Stratos też stwierdzam, że na zdjęciach zależnie od kąta potrafi wyglądać paskudnie.
      Ciekawe jak na żywo, chociaż tonchyba nie do konca był samochód do podziwiania na żywo.

  14. Mój osobisty problem ze Stratosem jest taki, że wywołuje we mnie samochodowy efekt doliny niesamowitości. Za krótki mi się wydaje. Niczym jakiś resorak albo autko kreskówkowe, z zaburzonymi proporcjami. Ale od przodu, czy od tyłu, auto piękne. 037 już nie miała tej elegancji (ale niewiedzieć czemu ujmuje mnie swą paskudnością, obrzydliwością wręcz. Tak brzydka że aż fascynująca).

    • Owszem, rozstaw osi jest krótki, bo tego wymaga dobre prowadzenie. To nie miało być dzieło sztuki, tylko maszyna do wygrywania rajdów. W aucie zaprojektowanym wyłącznie do wyczynu głównym wyznacznikiem jest skuteczność.

  15. Moim zdaniem Lancia Stratos to jedno z najpiękniejszych aut lat 70 obok BMW E9 i M1 E26, Lamborghini Countach, Ferrari 308 GTB, Plymoutha Barracudy i Pontiaca Trans Am z 1970-73. W czasach kryzysu paliwowego też czasem powstawały całkiem niezłe auta. Marcello Gandini to był bardzo dobry projektant. A Paul Bracq to jeden z najgenialniejszych projektantów wszechcasów. Wszystkie projekty Paula Bracqa są piękne. Zarówno Mercedesa jak i BMW. Ten człowiek był, jest i zawsze będzie wielki. Wspaniały artysta. 🙂

  16. Można mnożyć ponadczasowe samochody – de gustibus non est disputandum. Ciekaw jestem tylko, kiedy kultową zostanie Alfa Romeo z na platformie i z silnikiem Leapmotora, co ma się niebawem wydarzyć.

    • Zgaduję, że nigdy. Ileż powstało aut, o których nikt nigdy nie pamięta. Jakieś tam np. Aly Romeo Arny, Nissany Bluebirdy czy Daewoo Nexie (poza Polską pewnie garstka ludzi na świecie je kojarzy).
      Zresztą na łamach tego bloga były opisywane takie właśnie trochę zapomniane, zupełnie zwyczajne pojazdy.
      Mam taką myśl, że w tworzeniu podobnych aut celuje Opel – od lat ich produkty wyglądały dobrze w chwili premiery, były na czasie i chwalono je nierzadko za design. Po to, by po kilkunastu latach wyglądać przestarzale i nijako i uchodzić za motoryzacyjny odpowiednik jedzenia ziemniaków albo chodzenia w kalesonach.

      • Przepraszam bardzo, ale Alfa Romeo Arna jest w pewnych kręgach modelem kultowym 🙂

      • Arny nie znałem. Wybaczcie, ale wygląda jak bękart Kadeta D i Samary. A bogatym wujkiem z Ameryki był De Lorean. Nie dziwię się, że „jest w pewnych kręgach modelem kultowym”. Też uwielbiam niszowe, karkołomne stylizacje. Alfasud była moim marzeniem.

      • Z Arną chodzi o to, że jest efektem jedynej w świecie współpracy Włosko-Japońskiej. Wydawałoby się, że to generalnie swietny pomysl, tyle, że paradoksalnie Japończycy wzięli się za design, a Włosi za mechanikę i niezawodność – w efekcie powstało auto, które w prawdzie było koszmarnie brzydkie, ale za to bez przerwy się psuło 🙂

      • dobre z tą Arną, do projektu brakowało jeszcze Rosjan od nowinek technicznych oraz Amerykanów od ekonomiki jazdy….

      • Chciałem zauważyć, że Tavria też już powoli uchodzi w pewnych kręgach za auto kultowe. Że nie wspomnę o Syrenie. Ale umówmy się – były też kulty sił ciemności i zła, bóstw chtonicznych itp., więc jest w tym jakaś logika.

      • Po prostu każdy człowiek lubi coś innego – najbardziej oczywista rzecz pod słońcem

      • @Jerzy @Daozi @SzK Wydaje mi się, że Yugo, które uważam za najbardziej depresyjne auto po Tavrii stało się cenione i ma wielu fanów nawet w USA. 😉

  17. Ja czekam na Alfę Romeo Montreal, która wygląda z przodu szybciej niż moja stara mazda miała v max.. Stratos ciekawa ale tylko w ospojlerowaniu rajdowym i nie z widoku bocznego.

  18. ciekawa tas Stratos pod względem technicznym, bo wizualnie to paskudna 😉

    natomiast wyżej wymieniona Arna superowa!!! przerobił bym i przemalował delikatnie i udawał że to AE86 😀