POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: ZBYT SZYBKI, BY SIĘ ŚCIGAĆ

 

W historii sportów motorowych nieraz zdarzało się, że jakieś nowe rozwiązanie – zazwyczaj zastosowane przez pojedynczego producenta w pojedynczym bolidzie – dawało taką przewagę, że po burzliwej dyskusji zostawało zakazane, albo wywoływało rewolucję w regulacjach technicznych. Jednakże tylko jeden raz zdarzyło się, że konkretny model samochodu został imiennie wykluczony ze sportu, ponieważ… był zbyt szybki. Spełniając wszystkie obowiązujące przepisy i ograniczenia zostawiał swych konkurentów tak daleko w tyle, że wszelkie zawody przestały mieć sens, dlatego kilka organizacji – z brytyjskim Automobilklubem Królewskim na czele – uznało, że najprościej będzie po prostu pozbyć się go całkowicie. Co oczywiście natychmiast podchwycił producent, lansując reklamowe hasło „Too Fast To Race!!„.

Sam model szczęśliwie nie został wycofany. Po pierwsze, zakaz ścigania nie obowiązywał globalnie (dotyczył konkretnych automobilklubów), po drugie – rzeczony pojazd miał też homologację drogową. Był projektowany tak, żeby dało się nim dojechać na tor, wygrać wyścig i wrócić do domu bez użycia lawety. Oczywiście o ile danej imprezy nie dotyczył zakaz, bo wtedy na torze można było najwyżej pokibicować.

***

Samochód, o którym mowa, nazywał się Lotus Seven. Zadebiutował w 1957r. jako rozwinięcie pięć lat starszego Lotusa Mark VI – pierwszego produkcyjnego pojazdu marki (wcześniejsze pięć było tworami jednostkowymi). Był pomyślany jako przystępny cenowo sposób startu w tzw. classic trials, czyli rozgrywanych w Wielkiej Brytanii sportowych próbach drogowo-terenowych – najtańszej formie ścigania, popularnej zwłaszcza niedługo po II wojnie światowej.

Tak wyglądał samochodowy sport i używany w nim sprzęt w powojennej Wielkiej Brytanii

Foto: public domain

W celu uniknięcia podatku sprzedażowego Lotus Mark VI był oferowany jako kit-car, czyli zestaw do samodzielnego montażu: pozwalało to sklasyfikować towar jako samochodowe części, a nie gotowy pojazd – cena spadała wtedy o aż 40%, ponieważ od 1952r. stawka podatku wynosiła 66% ceny netto (na szczęście w 1953r. obniżono ją łaskawie do 50%). Prócz oszczędności taka forma sprzedaży pozwalała łatwo podmieniać komponenty – przede wszystkim silniki i skrzynie biegów – a więc dostosowywać auto do różnych regulaminów sportowych.

O takim samochodzie marzyłem już w szkole, ale dopiero teraz mam możliwość go zbudować. To miał być najprostszy i najlżejszy wóz z możliwych. Pojazd studenta, jeśli tak można powiedzieć, albo czterokołowy motocykl” – mówił założyciel firmy Lotus, Colin Chapman.

Foto: materiał producenta

Chapman nie należał do opiewanych w legendach konstruktorów, którzy zawsze intuicyjnie znajdują optimum. Lekkość i efektywność jego dzieł wynikały ze żmudnych analiz matematycznych, które w tym przypadku kazały stworzyć przestrzenną ramę spawaną ze stalowych rurek, ważącą zaledwie 25 kg i pokrytą cienką blachą aluminiową, ręcznie klepaną i nitowaną w firmie Williams & Pritchard. Poszycie – w tym blacha podłogi z wyprofilowanym tunelem wału napędowego – częściowo przenosiło obciążenia i usztywniało konstrukcję, stanowiąc jej integralną część. Dzięki temu nie dodawało bezproduktywnie masy, a gotowy do jazdy bolid ważył niewiele ponad 400 kg!!

W kwestii napędu klient miał wybór pomiędzy prostą techniką Forda Prefect (1,2-litrowy, 30-konny dolniak z trzybiegową skrzynią), półtoralitrówką MG TF (63 KM) i różnymi wyścigowymi jednostkami Coventry Climax. Do 1955r. powstało około 110 sztuk.

Mark VI wyglądał jak warsztatowa prowizorka, jednak w istocie był konstrukcją głęboko przemyślaną i zabójczo efektywną, choć niepozbawioną wad. Bagażnika nie przewidziano w ogóle, karoseria rdzewiała w punktach styku stalowego szkieletu z aluminiowym poszyciem, fatalna była też aerodynamika: współczynnik Cx wynosił aż 0,7 (choć poniekąd kompensowała go niewielka powierzchnia czołowa – poniżej 1,9 m²), a kształt przednich błotników generował znaczącą siłę nośną przy większych prędkościach. To jednak rzadko dawało się we znaki, bo Lotusów używano głównie na krętych torach, gdzie i tak nie dało się zbytnio rozpędzić. 

Foto: Vauxford, Licencja CC

Foto: Vauxford, Licencja CC

***

Nazwa Lotus Seven była początkowo przeznaczona dla jednomiejscowego bolidu Formuły 2 – jednak z jego budowy Chapman zrezygnował na rzecz rozwinięcia modelu Mark VI. Struktura nośna była tu inna – złożona z rurek o średnicy 3/4 lub 1 cala. Ważyła niewiarygodne 21 kg, zaś całe auto – od 410 (współczesne artykuły podkreślają, że użycie XXI-wiecznych materiałów typu włókna węglowe najprawdopodobniej nie dałoby zauważalnego zmniejszenia tej masy). W tej sytuacji nie dziwi, że słabowity, dolnozaworowy silnik Forda – w międzyczasie wzmocniony do całych 36 KM – mógł mu zapewnić maksymalną prędkość 80 mph i przyspieszenie do 60-tki w 15 sekund. Niekoniecznie imponujące dziś, ale wtedy doskonałe w relacji do ceny auta, która dzięki usunięciu podatku i kosztu prac monterskich wynosiła niewiele powyżej 500 funtów (dokładnie 399 za części Lotusa, 27 za tylną oś BMC i 100 za dolnozaworowy silnik Forda). Podobnie kosztowało wycenione poniżej kosztów produkcji Mini (od 1959), natomiast Austin A35, Ford Anglia albo importowany Fiat 500 zbliżały się do 600 funtów.

Za odpowiednią dopłatą Lotus dostarczał „Siódemkę” z silnikiem BMC A-Series (950 cm³, 37-43 KM, czterobiegowa skrzynia z Austina-Healeya Sprite, cena 610 funtów) albo z profesjonalnym wyścigowym Coventry Climax FWA (1,1 litra OHC z aluminiowym blokiem i głowicą, dwa gaźniki SU, 75 KM, 700 funtów). Ten ostatni, ze względu na krótkie przełożenia i słaby współczynnik Cx, nie osiągał oszałamiających prędkości maksymalnych (100-105 mph), ale dzięki stosunkowi 4,5 kg / KM  do 60 mph przyspieszał w niewiarygodne 7 sekund – należał więc do najdynamiczniejszych samochodów świata, przy cenie co fajniejszego kompaktu. Oczywiście wszystkie dostępne silniki dawały się łatwo tuningować, co użytkownicy skwapliwie wykorzystywali.

Typowo dla dawnych bolidów wyczynowych kierowca siedział niemal przy tylnej osi równoważąc ciężar silnika, a niewielki bak łagodził problem przesuwania środka masy w miarę wypalania paliwa. Pierwsze pięć sztuk dostało tylne osie de Diona (o czym wspominają tylko nieliczne źródła), ale w produkcji seryjnej zastąpiła ją oś sztywna – zawieszona na wzdłużnych wahaczach i dodatkowej belce skośnej, ustalającej położenie w osi poprzecznej (ten wybór krytykowano jako zwiększający masę nieresorowaną, ale w tamtych czasach nie istniała na rynku przystępna cenowo alternatywa). Z przodu były podwójne wahacze poprzeczne nierównej długości i stabilizator poprzeczny, za resorowanie odpowiadały sprężyny śrubowe przy wszystkich kołach. Nieduże, 9-calowe hamulce bębnowe nie miały problemów z zatrzymaniem tak małej masy, a o precyzję kierowania dbał bardzo bezpośredni układ zębatkowy, naonczas jeszcze rzadki w samochodach.

Części pochodziły z produkcji seryjnej – od firm Standard, Triumph, a nawet od amerykańskiego Nasha, z tym że Chapman składał je po swojemu, optymalizując geometrię pod kątem własności jezdnych

materiał producenta

ON ZAPROJEKTOWAŁ – TY BUDUJESZ„: Tylko 60 godzin pracy w domu, bez specjalistycznych narzędzi, wszystkie części nowe (sic!!), korzystny kredyt z 10-procentowym wkładem własnym – to były główne atuty oferty. Ponieważ fiskus już wtedy uważał, że połowa doli należy mu się również za sprzedaż kompletu części z instrukcją montażu, Chapman przechytrzył urzędników dołączając… instrukcję demontażu, którą należało czytać i wykonywać od tyłu. Oczywiście, klienci skłonni opłacić podatek, robociznę fabrycznego montera i transport nieporęcznego produktu finalnego mogli dostać „Siódemkę” w całości, ale wtedy z nieco ponad 500 funtów robiło się aż 1.050.

materiał producenta

Auto pozostało dwuosobowe, choć kształtem przypominało wyścigówki monoposto (minimalistyczne błotniki, szyba czołowa i reflektory służyły wyłącznie zadośćuczynieniu przepisom drogowym – przed wyścigiem dawały się szybko zdjąć). Poszycie było aluminiowe. Nie istniała żadna ochrona przed złą pogodą, żadne drzwi ani wyposażenie z dziedziny komfortu czy bezpieczeństwa (o pałąkach przeciwkapotażowych nikomu się wówczas nie śniło). Auto mierzyło 3.124 x 1.346 mm, przy rozstawie osi 2.235 mm. Najwyższy punkt karoserii znajdował się ledwie 900 mm nad ziemią. Fabryczne ogumienie diagonalne miało wymiar 5,2-15 lub 5,5-15.

Foto: materiał producenta

W dzisiejszych czasach „Siódemek” nadal używa się w sporcie, szczególnie w ich ojczyźnie – można więc spotkać egzemplarze z pałąkami, kubełkowymi fotelami i minimalistycznymi szybami czołowymi. Przy czym te ostatnie – według praktyków – działają lepiej od fabrycznych, tzn. skuteczniej chronią od pędu powietrza, bo nie generują huraganowych zawirowań na krawędziach.

Foto: Sicnag, Licencja CC

Foto: Nightflyer, Licencja CC

Do 1960r. Lotus Seven serii I znalazł 243 klientów (ponad dwukrotnie więcej niż Mark VI), a jako wersja najrzadsza, najbardziej purystyczna i najlepiej przystosowana do ścigania jest dzisiaj warta najwięcej – szczególnie z najmocniejszymi silnikami Coventry Climax.

Lotus był jednak prawie nieznany poza Wielką Brytanią. W 1959r. reporter niemieckiego magazynu „Auto Motor & Sport” donosił z Londynu, że takie zabawki nie mają szans na rejestrację w RFN – choćby ze względu na emitowany hałas. On, a także wibracje (wynikające np. ze sztywnego mocowania silnika i przekładni), brak jakiegokolwiek dachu, skrajnie spartański kokpit i zawieszenie, subiektywnie pozbawione funkcji resorowania, nie przysporzyłyby mu entuzjastów na kontynencie, mimo że osiągi i prowadzenie były wręcz nadprzyrodzone.

To właśnie w ówczesnej motoryzacji było piękne: współistnienie wielu skrajnie różnych koncepcji, z których niektóre były całkowicie nieakceptowalne dla szerokich mas, a jednak zdobywały nie tylko zadowolonych użytkowników, ale wręcz fanatycznych entuzjastów. Nie tylko dzięki samej swojej dziwaczności: Lotus Seven, mimo bycia zlepkiem przypadkowych i bardzo tanich części mechanicznych – w tym sztywnej osi tylnej i małego dolnozaworowca przedwojennej konstrukcji – okazał się piekielnie skuteczny na wyścigowych torach. Pełnił rolę roadstera jeszcze bardziej pierwotnego i spartańskiego od MG Midgeta i Austina-Healeya Sprite – takiego przy którym Mazda MX-5 wydaje się ociekać tłuszczem niczym zapaśnik sumo. Amatorzy jak najbardziej się znajdowali, a ich pieniądze wystarczyły Colinowi Chapmanowi do rozwinięcia skrzydeł.

Dodanie mocy pomaga tylko na prostej, odjęcie masy pomaga wszędzie” – mawiał twórca Lotusa Seven

Foto: Sicnag, Licencja CC

***

Seria druga, z lat 1960-68, była produkowana najdłużej i osiągnęła największą liczebność – 1.310 egz.

Zmiany polegały na uproszczeniu struktury nośnej i częściowej zamianie poszycia aluminiowego na włókno szklane – by zapobiec korozji, poprawić aerodynamikę (z uwagi na wykonanie dokładniejsze od ręcznego klepania blach) oraz obniżyć koszty produkcji. 1,2-litrowy silnik dolnozaworowy pozostał w ofercie do 1962r., ale większość egzemplarzy zamawiano z jednostkami OHV Forda: litrowymi z modelu Anglia albo 1,3- lub 1,5-litrowymi serii Kent z Consula. Najmniejsze oferowały od 39 KM, większe – od 54 i 64 KM w postaci fabrycznej do 85 i 125 KM po tuningu Coswortha: te najmocniejsze auta nazywały się Super Seven i autentycznie fruwały – rozpędzając się do 60 mph w 6 sekund, a maksymalnie osiągając 110. Zwłaszcza ta pierwsza wartość odpowiadała wtedy wyścigowym Ferrari.

Zawieszenie pozostało niezmienione, natomiast układ hamulcowy zyskał przednie tarcze zamiast bębnów. Jak to zwykle bywa, w miarę upływu czasu masa rosła – w serii II określano ją na 480 kg, czyli 20% więcej niż w serii I, ale z podobną lub lepszą relacją do mocy.

Takim przeciążeniom – wzdłużnym i bocznym – nie zawsze potrafiły sprostać tylne mosty firmy Standard. Ten problem rozwiązano dopiero w serii III.

Z włókna szklanego wykonywano przede wszystkim nos i błotniki, których formę zoptymalizowano pod kątem zredukowania siły nośnej. „Siódemki” drugiej serii uchodzą za odpowiedniejsze do jazdy w ruchu drogowym, dlatego entuzjaści ścigania cenią je niżej. 

Foto: Herranderssvensson, Licencja CC

Jako ukłon w stronę mniej zdesperowanych użytkowników zaoferowano proste formy udoskonalenia ergonomii oraz ochrony przed wiatrem i deszczem

Foto: Brian Snelson, Licencja CC

Brezentowy, czteroczęściowy dach był dość trudny w obsłudze i kompletnie nie spełniał swej funkcji, za to w lecie zamieniał kabinę w saunę – bo blokował cyrkulację powietrza, którego jedyny nawiew przechodził przez komorę silnika, jako niewyłączalny substytut nagrzewnicy. W angielskim klimacie, praktycznie pozbawionym prawdziwego lata, mogło to mieć sens, ale w cieplejszych krajach już niekoniecznie (między innymi z tego powodu oferowany równolegle hardtop nie sprzedawał się praktycznie wcale).

Foto: Valder137, Licencja CC

Foto: Valder137, Licencja CC

Otwieranych drzwi nadal nie było, a pojęcie „komfortu jazdy” wciąż kompletnie do Lotusa nie pasowało. „W cenie Volkswagena zawarta jest tutaj szybkość 100 mil na godzinę, straszliwe wstrząsy, wieczne przeciągi, zapalenia płuc, zwichnięcia kończyn i nieprawdopodobny huk” – pisał ironicznie szwajcarski redaktor dodając, że to „ekscytujący samochód dla mężczyzn o stalowych nerwach, doceniających pierwotną przyjemność z jazdy„.

Foto: Valder137, Licencja CC

Siedzenia nie zapewniają żadnego trzymania, ale to bez znaczenia, bo kabina jest tak ciasna, że nie ma możliwości gdziekolwiek się przemieścić” – opiniował tester. Dodam, że owe „siedzenia” nie do końca zasługiwały na swą nazwę, składały się bowiem z przymocowanej do podłogi poduszki i drugiej, oddzielnej, pełniącej rolę oparcia – oczywiście bez możliwości przesuwania i ustawiania w jakiejkolwiek płaszczyźnie któregokolwiek elementu (siedziska, oparcia, kierownicy czy pedałów). Nie pasujesz do Lotusa – przykro nam, szukaj innego auta.

Problemy sprawiała zmiana biegów (precyzyjna, ale grożąca skaleczeniem dłoni o deskę rozdzielczą) oraz położenie pedału sprzęgła zmuszające do ciągłego trzymania na nim lewej stopy (w celu ochrony przed nadmiernym zużyciem sprzęgło dostało bardzo twardą sprężynę, która z kolei utrudniała jego wciskanie). „Powyżej 100 km/h zaczynasz się zastanawiać, jakim cudem wiatr jeszcze cię nie wydmuchał z kabiny” – pisał redaktor. Do takich samochodów naprawdę nie wsiada się bez pilotki z goglami.

Jeśli chodzi o własności jezdne, one silnie zależały od warunków: na suchej, równej drodze „Siódemki” nie dało się w żaden sposób wyprowadzić z równowagi, jednak w deszczu lub na zniszczonej nawierzchni tył zaczynał żyć swoim życiem i dla utrzymania kontroli wymagał błyskawicznych, precyzyjnych kontr. Puryści oczywiście to uwielbiali.

***

Trzecia seria Lotusa Seven pojawiła się we wrześniu 1968r. Najważniejszą zmianą była mocniejsza oś tylna – wzięta z Forda Escorta Mexico, ale z obudową i wahaczami zmodyfikowanymi przez Chapmana. Rozwiązało to problem wytrzymałości, zwłaszcza w zastosowaniach wyczynowych.

Silniki również pochodziły z koncernu Forda. Cennik otwierała 1,3-litrowa jednostka Kent o mocy 72 KM, ale najliczniejszych zwolenników miał 1,6-litrowy, 84-konny Kent crossflow z zaworami ssącymi i wydechowymi rozmieszczonymi po przeciwnych stronach głowicy (wcześniejsze silniki Kent miały wszystkie zawory po tej samej stronie). Opcjonalny tuning firmy Holbay Engineering podnosił jego moc na 120 KM.

Natomiast propozycją topową był 1,6-litrowy, dwuwałkowy Lotus-Ford Twin Cam – ten sam, który pracował pod maską Lotusa Cortiny, tyle że w bardzo ostrej specyfikacji wyścigowej (moc 125 KM). Powstało tylko 13 sztuk, dziś oczywiście ogromnie poszukiwanych.

Foto: Lothar Spurzem, Licencja CC

Wszystkie silniki łączono z czterobiegową przekładnią Forda o charakterystyce torowej, tzw. close-ratio – z bardzo długą jedynką i ciasno zestopniowanymi pozostałymi biegami (w Lotusie Cortina utrudniało to jazdę miejską, ale tutaj, dzięki bardzo niskiej masie, ruszanie i przyspieszenie z niskich obrotów nie sprawiało problemów). Cały zespół napędowy dopiero teraz zamocowano w nadwoziu na poduszkach gumowych – by złagodzić wibracje, na które narzekali użytkownicy wcześniejszych wersji.

Zmiany zewnętrzne sprowadzały się do nieco szerszego nosa, trudnego do zauważenia bez bezpośredniego porównania. Poprawiła się też jakość, tzn. dokładność obróbki poszczególnych paneli. Ostateczny montaż należał zazwyczaj do klienta, jednak lepiej spasowane elementy umożliwiły dalszą poprawę aerodynamiki i zmniejszenie hałasu.

Foto: materiał producenta

Tu można rozróżnić elementy aluminiowe i z włókna szklanego. Pałąk przeciwkapotażowy i boczne owiewki są późniejszymi dodatkami.

Foto: public domain

Seria III pozostała w produkcji tylko do stycznia 1970r. i powstała w niedużej liczbie 340 egz., jednak wśród entuzjastów uchodzi za najlepsze wypośrodkowanie pomiędzy lekkością, prowadzeniem, używalnością na drogach publicznych i niezawodnością. Aż do czasów ukazania się Lotusa Elise stanowiła najdoskonalszą realizację ideałów Colina Chapmana.

Przednie zawieszenie Lotusa Seven

Foto: Lothar Spurzem, Licencja CC

***

Czwarta i ostatnia seria modelu weszła na rynek w marcu 1970r. Technika i opcje napędu pozostały niezmienione, natomiast modyfikacje nadwozia szły dalej. Gruntownie przeprojektowana struktura nośna została całkowicie obudowana panelami z włókna szklanego – z korzyścią dla aerodynamiki, ochrony przed warunkami atmosferycznymi i łatwości produkcji, ale na szkodę charakteru auta oraz niestety masy, która wzrosła już do prawie 600 kg. Niemal 50% w stosunku do serii I.

Tę wersję najłatwiej odróżnić od pozostałych – nadwozie jest szersze i całkowicie okrywające mechanizmy…

Foto: Liftarn, Licencja CC

Foto: Liftarn, Licencja CC

…w pewnym sensie również najłatwiej nią jeździć, choć na wielkie wygody dalej nie ma co liczyć.

Foto: Liftarn, Licencja CC

W 1973r. Wielka Brytania wstąpiła do EWG. Wiązało się to z całkowitą przebudową systemu fiskalnego, w tym zastąpieniem podatku od nowych samochodów podatkiem VAT – naliczanym od wszystkich bez wyjątku towarów i usług sprzedawanych przez firmy konsumentom, a więc również od zestawów samochodowych części. Oferowanie kit-carów straciło sens – między innymi dlatego Lotus wycofał z oferty model Seven. Do tego czasu zdążył sprzedać 664 egzemplarze serii IV i 2.557 wszystkich „Siódemek”. W kolejnych latach skoncentrował się na modelach bardziej wyrafinowanych, jak Esprit, Europa i Elite.

 ***

Lotus z kit-carów zrezygnował, jednak inni ludzie wciąż wierzyli w potencjał „Siódemki”. Jeszcze w 1973r. prawa do niej zakupiły nowozelandzka firma Steel Brothers i angielska Caterham Cars. Ta pierwsza wytwarzała modele serii czwartej do 1979r., pod licencjonowaną marką Lotus – i to były ostatnie oficjalnie oferowane wersje. Ta druga zaś wytwarza je do dzisiaj – tyle że pod własnym szyldem, z ładniejszym nadwoziem serii III i wieloma modyfikacjami, w tym nowoczesnymi silnikami o mocach setek koni mechanicznych. To oczywiście osobny temat na kiedy indziej.

Najciekawsze – i być może najsmutniejsze – w całej historii jest to, że maszyny zbudowane jako ideał samochodu wyścigowego w praktyce nie bardzo mogły się ścigać: większość władz sportowych, z brytyjskim klubem RAC na czele, wykluczyła je z zawodów jeszcze w okresie produkcji, ze względu na skalę przewagi nad całą konkurencją. To decyzja całkowicie niesportowa – bo przecież w sporcie chodzi właśnie o to, by w ramach jakiegoś regulaminu osiągać jak najlepsze wyniki. Colin Chapman odsadził rywali tak mocno, że ci mogli jedynie tupnąć nogą i burknąć „tak się nie bawimy”. Nie widzieli innego sposobu na Lotusa Seven niż wyproszenie go z piaskownicy.

Zbyt szybki, by się ścigać” – to hasło reklamowe spadło Lotusowi z nieba i rozsławiło go jeszcze bardziej. Nie oznacza ono, że auta nie warto kupić: w Anglii wciąż działają kluby urządzające we własnym zakresie wyścigi samych „Siódemek”, a unikatowy charakter samochodu daje się całkiem skutecznie wykorzystać na krętych drogach publicznych. To nie jest Ferrari Testarossa, które legalne prędkości pozaautostradowe przekracza na jedynce – „Siódemka”, a zwłaszcza jej wczesne egzemplarze, potrafią dać mnóstwo radości przy zachowaniu zdrowego rozsądku. O ile oczywiście ktoś akceptuje ekstremalnie spartańskie warunki za kierownicą.

Lotus Seven był kiedyś samochodem dającym najsilniejsze w świecie wrażenia za cenę miejskich toczydełek. Dziś kosztuje więcej, do kilkudziesięciu tysięcy funtów, ale to wciąż niewiele zważywszy na rzadkość występowania, a prosta, wielkoseryjna technika nie sprawia żadnych problemów w utrzymaniu. Dla samochodziarzy brytyjskich to wciąż idealny sposób na amatorskie wyścigi, a dla całego świata – na zniszczenie żonie fryzury w najbardziej spektakularny sposób 😉 

Foto: Alexander Migl, Licencja CC

Foto tytułowe: Ken Lane, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

35 Comments on “POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: ZBYT SZYBKI, BY SIĘ ŚCIGAĆ

  1. Super wóz, moje marzenie z lat młodzieńczych.
    Ciekawym jest, że korozja galwaniczna na styku stal / aluminium zaskoczyła konstruktora. Aluminium przecież nie było jakimś nowum, stosowano je przecież w czasie WW2. Ale może te wyroby nie były eksploatowane tak długo, żeby zaobserwować ten fenomen?
    P.S. Classic trails są do dzisiaj organizowane, kilka fotek dostępnych tu: https://www.actc.org.uk

    • raczej nie było to zaskoczenie, tylko świadome uproszczenia konstrukcyjne (jedno z bardzo wielu), już bardziej mnie dziwi brak poduszek silnika, które wszystkie 4 ważyły by z kilogram a znacząco zmniejszają wibracje, no ale wiadomo – łatwiej przykręcić na sztywno i przynajmniej się nic nie urwie 🙂

      • Nie urwie tylko pęknie zmęczeniowo. Pewnie im chodziło o kolejny punkt spięcia ramy – z 20 kilo rurek stalowych to choćby skały s***y nie zrobimy sztywnej konstrukcji auta, dla porównania rama ducati 916 (bez wspornika siodła) to niecałe 10 kg a spina tylko główkę ramy z wahaczem gdzie silnik ja dodatkowo usztywnia.Poza tym w aucie bez drzwi dachu wygłuszenia i nagrzewnicy z wibracji czterocylindrowej litrowej rzędówki nie warto chyba robić zagadnienia, to nie S-312C

    • W takich garażowych wydumkach nie bierze się pod uwagę wszystkiego, bo nie ma takiej możliwości. Nawet w ówczesnych supersamochodach było mnóstwo niedoróbek na poziomie szkolnym, bo jeśli cały samochód projektuje jedna czy dwie osoby w jeden rok, to nie da się uwzględnić wszystkiego.

  2. fajne samochody 🙂
    ale do prawdy nie wiem jak się tym ścigali z 30 konnym dolniakiem albo Kentem 1.1 😉
    Kenta 1.1 miałem w Fieście mk3, która też jest dość lekka (no… 800kg to w sumie 2x więcej) ale absolutnie nie jest to sportowy silnik 😉 ale przynajmniej ciężki, bo cały żeliwny 😉

    Natomiast z kolejnymi, mocniejszymi silnikami to już musiało latać niesamowicie 🙂

    • No tak się ścigali, że wtedy niewyścigowe samochody setkę osiągały w 45 sekund, albo wręcz w ogóle nigdy. Dlatego 15 sekund to był taki sam kosmos, jak dzisiaj 3 sekundy. A prowadzenie w zakrętach odstawało jeszcze bardziej.

  3. Jaka szkoda, że już nie można u nas rejestrować Kit-Carów – możliwość skręcenia sobie takiego auta w garażu, wg instrukcji, z gotowych nowych części, stanowiłaby w dzisiejszych czasach wartość samą w sobie.

      • Nie sądziłem, że tam można – obiło mi się w jakiejś publikacji, że twórca „Kozmo” musiał przechodzić jakieś straszne korowody z dopuszczeniem do ruchu i rejestracją i ostatecznie rejestrował auto w Wielkiej Brytanii, a od strony rejestracji taki Kit-Car to przecież nic innego niż samochód typu „SAM”.

      • To nie jest SAM, tylko składak – fabryczne części złożone poza fabryką. SAM to całkowicie autorska konstrukcja.

      • Składaków tym bardzie nie można u nas rejestrować i to od końca lat 90-tych. Przy czym mam wątpliwości czy to by było u nas traktowane jako składak, bo o ile silnik, skrzynia i szereg innych podzespołów są od producentów wielkoseryjnych, to żeby mówić o składaku samochód jako całość-konkretny model musiałby być wcześniej u nas homologowany, a przy obecnych przepisach nigdy homologacji by nie przeszedł. Jednocześnie w UK cały czas istnieje szereg firm produkujących Kit-Cary i tam jakoś je rejestrują, nie bacząc na to, że nie mają ABS-u, poduszek itp.

      • Tak tak, oczywiście że składaków u nas nie rejestrują, ja tylko chciałem wyprostować terminologię.

        Czysty zamordyzm, że pojazd spełniający wszelkie normy nie może wyjechać na drogi tylko dlatego, że śrubki przykręcił w nim człowiek bez umowy o pracę z korporacją, no ale cóż, w takim świecie żyjemy. Brytyjczycy pod tym względem mają lepiej, za to pod innymi niekoniecznie.

      • OIDP w Czechach i na Słowacji ustawodawca przewidział opcje jednostkowej homologacji (jak najbardziej przewidzianej unijna dyrektywa) i jest to do załatwienia. W Polsce natomiast lud głosuje przeciw a nie za i takie są efekty.

      • Ja się pobawię w adwokata diabła, ale trochę rozumiem utrudnienia w konstrukcjach SAMów itp. wynalazków. W fabryce mają normy po sufit i raczej nie przykręcą kilku śrubek tak, żeby coś się rozleciało. A tutaj nie ma kompletnie żadnej gwarancji. No i takie tonowe, metalowe coś rozpędzone do, powiedzmy 140 km/h mogłoby sobie radośnie jeździć.
        Jakie realnie byłoby zagrożenie? Pewnie bliskie zeru (mimo wszystko ktoś składający to do kupy, w trosce o własne zdrowie, zadbałby zapewne o szczegóły). Ale mimo wszystko; „a co gdyby tędy przechodziła wasza matka…”?
        Nie wiem czy zakazy nie wzięły się z dzikiego importu „składaków” w latach 90-tych, więc może wcale nie chodzić o bezpieczeństwo a o, niespodzianka, pieniądze.

        Natomiast co do homologacji… to w ogóle trochę bez sensu. W moim 36-letnim aucie nie mam poduszek, bo wtedy ich nie było. No ale legalnie jeżdżę. W nowszym, dwudziestoletnim, mam 4 czy więcej. Czy jest między nimi różnica? No realnie nie. (a gdyby tu było przedszkole, w przyszłości? 😉 ) Oba mogą jeździć. A jakby ten starszy był później produkowany to by nie mógł. Taki paradoks.

      • @Daozi. No ale przed rejestracją jest badanie techniczne z tego co pamietam? Więc diagnosta powinien ocenić czy to się kupy trzyma czy nie. I ja mam świadomość, że to 100-kę nie będzie kosztować, ale to nie jest powód aby blokować całkowicie taką procedurę. W PL to wszsytkie unijne dyrektywy upstrokaca się, aby smycz krótszą zrobić i lud mocniej gnębić pod pozorem „unia kazuje”.
        To samo ze strefami czystego transportu. Żyjemy w kulturze zachodniej, gdzie podobno „Lex retro non agit”. Skoro auta były homologowane i mogły jeździć na tych zasadach, to jeśli je spełniają to powinny móc nadal jeździć. I tu znów przegląd roczny się kłania.

      • Oczywiście, że od tego jest badanie techniczne, jak w całym normalnym świecie. A co do zasad prawa i podstaw cywilizacyjnych, to władza zawsze je łamie, każda jedna. To do nas należy jej pilnowanie.

        Tzw. Ojcowie Założyciele Stanów Zjednoczonych (polecam poczytać ich myśli) mawiali między innymi, że „ceną wolności jest wieczysta czujność” („eternal vigilance”) – bo każda władza jest tyranią na tyle, na ile rządzeni na to pozwalają. Jeśli na moment opuścimy gardę, zaraz odbierają nam kolejną cząstkę praw, które powinny być niezbywalne, a po krótkiej chwili wszyscy uważają, że „tak być musi, bo tak było zawsze”.

        Amerykańska wojna o niepodległość wybuchła z powodu 3-procentowego podatku od herbaty – nie dlatego, że tego podatku nie dało się przeżyć, tylko że ludzie wiedzieli, że jeśli będą cicho siedzieć, to z 3% na herbatę zaraz zrobi się 30 albo i 300% na wszystko (aktualnie w Polce mamy 23%). Z tym chcieli walczyć z bronią w ręku – i wygrali wolność dla wielu pokoleń. Tyle że kiedy nastał dobrobyt, ludzie i tam zaczęli woleć święty spokój od walki o swoje i dlatego również tam od kilku dekad robi się to samo co wszędzie.

    • Z tego słyszałem to SAM-y w Polsce umarły m.in dlatego,że jakiś januszex zaczął produkować przyczepy (naczepy?) typu lora pod rejestracje SAM, ale za ostro przydziadował i się te przyczepy składały podczas jazdy.Nie pamiętam gdzie to słyszałem i nie mogę tego zweryfikować.Nawet jeśli to była miejska legenda, to warto mieć na uwadze, że pewnie na jednego maniaka składającego „projekt” w garażu przypadało 1000 dziwnych mokrych snów właściciela firmy „dziadtrans” co diagnosta płakał jak podbijał a „krokodyle” łapały się za głowę podczas kontroli.

  4. Artykuł jak zwykle na niezwykle wysokim poziomie, daje naprawdę przyjemność obcowania z tematem. Jestem wciąż pod wrażeniem, ile pracy wkładasz w swoje publikacje.
    Jak widać, nie tylko w PRL były rejestrowane samochody „własnej produkcji” – w sumie to trochę taki pojazd kategorii SAM…

  5. Za czasów studenckich kolega przewiózł mnie Caterhamem po obwodnicy Trójmiasta i okolicach.
    Siedzisz nisko i gdy widzisz jakąś przeszkodę na drodze (kamień, truchło) zastanawiasz się czy na grubość wystarczy blachy i gąbki na której siedzisz aby osłonić przed ewentualnym uderzeniem. Przy dużych prędkościach wiatr jest tak uciążliwy, że ciężko nie mrużyć oczu nawet przy założonych okularach. Jechaliśmy ok. 110 km/h nie więcej – a ja cały czas miałem przymknięte oczy (a może to było ze strachu?) Przyśpieszenie wciska w karoserię, siedzisz trochę jak w kajaku i myślisz sobie, że właściwie chciałbyś już wysiąść. Jak to się stało, że nie mieliśmy przewianych oczu i uszu, nie wiem. Wspomniana MX-5 to przy tym wehikule Rolls-Royce.

    Krewniak kolegi, który udostępnił mu to auto stwierdził, że w sumie wozu nie lubi, ale zawsze chciał mieć choć przez chwilę w swoim garażu. Jeśli cieszy oko i raduje ducha – to mi nic do tego 😉

    Jeśli sprawdzicie sobie w „Internetach” ile jest firm i firemek produkujących kopie Lotusa 7 to będzie to całkiem okazała lista. Widocznie produkcja dla purystów jest opłacalna, bo nikt nie robi tego dla idei.

  6. Uwielbiam koncepcję tego samochodu. Jestem natomiast ciekaw czy i o ile bardziej komfortowy jest Caterham, Donkervoort czy inne itineracje Lotusa, produkowane dużo później. Słowo komfortowy to może nadużycie semantyczne, ale powiedzmy: nadający się do jazdy i nie zostawiający po tym traumy. Te nowsze mają jednak jakieś zawieszenie i amortyzację o ile się nie mylę.
    Bo przyznaję, że zawsze chciałem coś takiego poprowadzić, żeby zobaczyć jak jedzie się silnikiem z kołami i prowizoryczną obudową.
    Ciekaw też jestem, czy ten samodzielny montaż w 60 godzin byłby w zakresie moich możliwości – czyli człowieka, który wymienia co najwyżej żarówki w aucie i może naprawić podstawowe rzeczy, typu podnośnik szyby (to szczyt moich technicznych osiągnięć)? Pamiętajmy, że jeszcze w drugiej połowie XX w. ludzie pod blokami wymieniali świece czy rozrządy; raz że to było prostsze, dwa, że często nie mieli wyjścia, trzy, że czasu mieli więcej a i bieda robiła swoje.

    • Też się zastanawiałem nad trudnością montażu, ale myślę, że paradoksalnie może to być prostsze niż serwisowanie i samodzielne naprawy „grata”, gdzie trzeba walczyć z brakiem części, dostępu, zapieczonymi śrubami itp.
      Jeżeli wszystkie części są nowe i dobrze spasowane, a instrukcja „łopatologiczna” – na wzór instrukcji z Ikei, to przeciętny człowiek dysponujący miejscem i narzędziami powinien sobie chyba z tym poradzić. Z ciekawości wszedłem na stronę firmy sprzedającej takie Kit-Cary w UK i z tego co wyczytałem nadwozie i rama przychodzą fabrycznie pomalowane i „uzbrojone” w instalację elektryczną i hydrauliczną, nie trzeba nic spawać ani malować, a poszczególne części do dokręcenia, przychodzą w określonych odstępach czasu, pogrupowane etapami, trochę jak w gazetowych modelach do składania.

      • Łącznie ok. 155 tys. PLN (nie wiem co z podatkami). Jak to dobrze, że jestem biedny, bo już bym zaczął zamawiać. Zawsze lubiłem modelarstwo.
        Inna sprawa, że to wcale nie jest mało biorąc pod uwagę to, że musimy sobie wszystko zmontować a sam samochód praktycznie nie ma dodatkowego wyposażenia, systemów bezpieczeństwa ani dachu nawet. No i nie wiem ile sobie doliczy fiskus a nie sprawdziłem też jak wyglądają koszty transportu i czy są tu wliczone.

      • A co gdyby zarejestrować to ustrojstwo w UK i sprowadzić jako używkę? Czy wtedy też sprawdzają, kto i gdzie składał?

        Sprowadzając auto z UK musisz zapłacić standardowo akcyzę, tłumaczenia, badanie techniczne i rejestrację, a od czasu Brexitu dodatkowo VAT (23%). Cło jest zerowe, o ile auto zostało wyprodukowane w UE bądź UK.

      • przynajmniej z 10x taniej wyjdzie jak by kupić sobie tylko panele poszycia, ramę sobie samemu uspawać zwymiarowując sobie jakiegoś porządnie na jakimś zlocie i podpytując właścicieli od czego są zwrotnice, wahacze, most, i różne drobne części, a zespół napędowy założyć sobie od czego się chce 🙂

      • Jasne, zespawać można wszystko, tylko coś takiego będzie się prowadziło jak Esiok, a nie Lotus.

        Na tym polegał geniusz Chapmana, że każda belka, każdy drążek i śrubka są idealnie zwymiarowane i połączone pod idealnym kątem. Dlatego na torze można wyprzedzić Ferrari po zewnętrznej zakrętu, przy 1/5 jego mocy. Chapman liczył wszystko długie miesiące, bardzo precyzyjnie. Tam nic nie jest przypadkowe – może poza doborem napędu, który naprawdę jest drugorzędny. Ale podwozie o takich własnościach jezdnych to mechanizm precyzyjny jak szwajcarski zegarek.

      • wiadomo, najlepiej było by kupić taką gołą ramę i ją skopiować 😉 bez przesady, to nie NASA, wystarczy dobrze połapać wymiary punktów mocowania wszelkich elementów zawieszenia, reszta nie jest krytyczna 🙂 skoro przynajmniej kilka firm robi „podróbki” zgodne z orginałem, to nie jest to niewiadomo co 🙂 zresztą, może niedługo takie karoserie będą sprzedawać Chińczycy, tak jak robią nowe karoserie AE86, Bronco, Defendera, Mini morrisa…

      • Benny dobrze (choć trochę nieświadomie) napisał że da się zrobić tańszą kopię Lotusa bo istnieje coś takiego jak Locost. Nie wiem jak taka samoróbka wygląda w porównaniu z oryginalnym Lotusem 7 albo Caterhamem.
        Zainteresowanych odsyłam do angielskiej wikipedii (hasło: „Locost:) i na Anna’s Archive, tam można znaleźć książkę opisującą budowę takiego auta (w wyszukiwarce wpisać „build your own sports car”).

        Co do samego bohatera wpisu, to po młodzieńczym okresie fascynacji szybkimi limuzynami i supersamochodami, to jednak Lotusa (a raczej jego współczesne kopie) uważam jako najlepszą opcję na samochód do zabawy/amatorskiego sportu, koszt części, napraw, paliwa itp. jest niski, modyfikacje są proste a frajda duża.

      • Benny, jak doliczyczysz swój czas to na pewno nie będzie 10x taniej. Jakby to uczciwie policzyć to wynik może być zgoła inny, nawet tak że taniej jednak kupić gotowy zestaw. Oczywiście jeśli liczyć netto, bo fiskalizmy niestety pogarszają proporcje.

      • @Michał Też tak uważam. Do zabawy na torze potrzeba silnika, który przekłada moc na koła, czegoś co połączy jedno z drugim oraz aparatury, którą tym sterujemy i najlepiej siedzenia, z którego tą czynność możemy wykonać. Reszta jest co najwyżej opcjonalna.
        Może kiedyś się wreszcie przejadę czymś w stylu KTM Bowa, Caterhama czy Ariela Atoma – bo to właśnie wynalazki spełniające powyższe kryteria.
        Niestety pomimo teoretycznej prostoty konstrukcji są to zabawki i to zabawki bardzo drogie. Sprawne, choć stare auto spokojnie kupimy i za 10 tys. A takie jak wyżej to tak od półtorej setki za używane i potem wysoko wzwyż. No i właściwie tylko na torze mają sens. Szkoda.

        @Szk Czyli otrzymujemy kwotę rzędu 200 tys. Ładne używane Lotusy 7 i ich itineracje startują od ok. 120 tys. (przeglądam co jakiś czas ogłoszenia, nie wiem po co). One są symbolicznie używane i zazwyczaj mają niskie przebiegi z przyczyn oczywistych. „Trzeba mieć fantazję i pieniądze…”

  7. Miałem do czynienia z kopiami Lotusa, więc mogę się wypowiedzieć. Jedna z nich była polska, Tiger się toto zwało i bazowało na Sierrze. Trochę tym pojeździłem, było to na tyle fajne i dobrze zrobione, że zacząłem się nosić z myślą sprawienia sobie takiej zabawki (nie była jakoś specjalnie droga, o ile pamiętam, wychodziła w cenie salonowego Poloneza), ale zanim zamieniłem myśli na czyny, okazało się, że nie da się tego już zarejestrować i sprawa się rypła. Drugim autem była kopia ze wschodu, bodajże Estonii (albo Łotwy? Nie pamiętam) – bazą była Łada i tu już widać było poradziecką myśl techniczną oraz jakość wykonania. W sensie grzechocząca tandeta i chałupnicze rękodzieło, krzywe poszycie, osmarkane spawy itp. – ale też cenowo było lepiej niż dobrze. Trzecim był prawdziwy Caterham w Wielkiej Brytanii – w tym jedynie siedziałem, nie jeździłem, ale trzeba uczciwie powiedzieć, że auto od pierwszego kontaktu sprawiało nieporównywalnie lepsze wrażenie i ogólnie „czuć było piniondz”, w sensie jakości odpowiadającej żądanej cenie.

  8. Bardzo dobry wpis. Moim zdaniem Lotus Seven to wspaniały samochód. 🙂 Klasyczny Elan (ten z lat 60) i Elise S1 też są piękne i bym te dwa modele tak samo zaliczył do pomników motoryzacji. Szkoda, że pierwszy Elan jest tak mało znany, bo moim zdaniem wyglada prawie tan samo słodko jak Mazda Miata NA. Ogólnie dwuosobowe roadstery to jedne z najfajniejszych aut, jakie istnieją. 😍

  9. Najbliższe Formuły 1/2/3/4 co dostaniemy na drogi publiczne. I nie ważne że Mercedes wypuścił ważącego 1700 kilo, 1000 konnego potwora z silnikiem z F1. Koła na wierzchu, brak dachu, waga w okolicach 500 kilo, to jest esencja klasycznej Formuły. Uwielbiam takie autka, pod warunkiem rozsądnego dawkowania

  10. Ogromnie lubię ten pojazd, choć nie miałem możliwości się nim przejechać
    Jednak jeśli już podnosimy sprawy związane z kosztami, to chciałbym uświadomić szanownym kolegom, że można na pieniądze niższe niż koszt takiego Lotusa rzeczywiście się pościgac, kupując sobie rallycrosowke, rajdowke czy trackdayowa wyścigówkę .
    Kwota rzędu 50-80tys starcza na przyzwoity wóz, w sensie kompetnego wyposażenia bezpieczeństwa i przygotowania, niekoniecznie najszybszy, na poziomie mistrzostw Polski. Koszty startów, gdy sporo się zrobi samemu a tylko część zleci to kilka tysięcy na zawody. A przecież to tam są emocje dostarczane na bieżąco, zakup i patrzenie się niestety dość szybko nudzi. Także polecam rozważyć 🙂

Comments are closed.