PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: BRATSTVO I STOJADINSTVO

Gdy przekraczamy południową granicę Polski, początkowo czujemy się swojsko, bo mowę tubylców rozumiemy dobrze. Sprawy komplikują się dopiero dalej – gdy wjedziemy do Austrii (język niemiecki nawet nazwaliśmy od słowa „niemy”, z powodu jego niezrozumiałości) albo na Węgry (węgierski nie należy nawet do rodziny indoeuropejskiej, więc dla Polaków brzmi równie obco jak chiński czy arabski). Jednak kolejna granica przynosi niespodziankę, bo nagle wracamy na Słowiańszczyznę: rozmawiać po polsku nie da się tak swobodnie jak z Czechami, Słowakami czy Ukraińcami, ale porozumienie jest możliwe.
Słowianie najprawdopodobniej wywodzą się z terenów dzisiejszej Polski i krajów ościennych, jednak część z nich w trakcie wędrówki ludów wyemigrowała na Bałkany. Tam nasi pobratymcy zostali najemnikami Cesarstwa Bizantyjskiego i pokochali łagodny klimat Południa, zadamawiając się na terenach pomiędzy Morzem Czarnym i Alpami. Słowiańska kultura, zazwyczaj mało poważana w świecie, potrafiła zdominować ten obszar: słowiański język przejęli wtedy Bułgarzy, a przejściowo nawet część Greków, po sam Peloponez (co dziś pamięta mało kto, a Grecy w ogóle).
Jednakże wspólny język nie zawsze oznacza wspólne wartości. Bałkany już w starożytności przecięła granica pomiędzy wschodnią i zachodnią częścią Cesarstwa, będąca w istocie granicą cywilizacji. Łacina i greka, pojmowanie elegancji jako prostoty lub przepychu, obywatela jako podmiotu lub przedmiotu władzy, a później również katolicyzm i prawosławie – te dwa światy od piętnastu stuleci ścierają się na terytorium południowych Słowian. Terytorium to zresztą z czasem się skurczyło (pierwotnie obejmowało fragmenty dzisiejszych Włoch, Austrii, Węgier, Rumunii i większość Grecji), a sam lud podzielił na kilka narodów, które silnie się zantagonizowały.
Dokładniej rzecz biorąc zantagonizowały się nie tyle narody, ale wspomniane obozy, wschodni i zachodni, z których pierwszy ukształtowały imperia bizantyjskie i osmańskie, a drugi Rzym, Republika Wenecka i c.k. Austro-Węgry. Żeby było trudniej, poszczególne narody wymieszały się tworząc piekielnie rozdrobnioną mozaikę, z dodatkiem przybyłego w średniowieczu elementu turecko-muzułmańskiego. Tak powstała niezwykle silna mieszanka wybuchowa.
Gdyby starożytna granica pozostała ostra, postawiłoby się tam kilka twierdz i byłoby pewnie jak wszędzie na świecie. Niestety, z czasem cywilizacyjny rozłam zaczął przecinać rodzinne stoły i małżeńskie łoża…
Wybuchowości w takich sytuacjach trudno uniknąć. Niektórzy winią za nią religie, ale to tylko jedna z form głębszego podziału cywilizacyjnego. O tym wspominałem już wielokrotnie: jeśli coś dla nas chwalebnego sąsiad uważa za zbrodnię i vice versa, do porozumienia nie dojdziemy. Przykład? W sprawcach sarajewskiego zamachu z 28 czerwca 1914r. łacińska część południowych Słowian widzi terrorystów i podżegaczy wojennych, część bizantyjska – bohaterów i wyzwolicieli (ostatni z żyjących zamachowców, Vaso Čubrilović, po II wojnie światowej dwukrotnie pełnił nawet funkcję ministra rządu w Belgradzie). Niewiele znaczy tu fakt, że 3/4 tych wszystkich ludzi mówi identycznym językiem – do niedawna zwanym serbsko-chorwackim, a współcześnie sztucznie rozbijanym na cztery osobne byty (najśmieszniejsze, że one wszystkie bazują na jednym dialekcie, zwanym sztokawskim – dlatego lingwiści żartują, że w całym świecie języki dzielą się na dialekty, a na Bałkanach jeden dialekt podzielono na cztery języki).
Całej historii regionu oczywiście nie opowiem. Nadmienię tylko, że krótkim i interesującym epizodem pokojowego współistnienia Słowian Południowych była federacyjna Jugosławia marszałka Josipa Broz Tity.
Tito to postać kontrowersyjna: przywódca komunistycznej partyzantki i twardy dyktator, którego polityczna policja UDBA wzbudzała podobny strach jak nasze UB, ale który dzięki samodzielnemu pokonaniu hitlerowców, bez pomocy mocarstw zachodnich czy wschodnich, zdobył ogromne poważanie. To oraz ogromna polityczna zręczność Tity pozwoliło załagodzić etniczne animozje w kraju („BRATSTVO I JEDINSTVO” – brzmiała niewymagająca tłumaczenia państwowa dewiza Jugosławii), a także otwarcie sprzeciwić się ZSRR i sprytnie lawirować pomiędzy orbitami obu supermocarstw, czerpiąc profity od obu stron bez podporządkowywania się żadnej. Z czasem Tito został nawet przywódcą tzw. ruchu państw niezaangażowanych, zyskując międzynarodową pozycję dalece przewyższającą jugosłowiański potencjał militarny i gospodarczy, który de facto był żaden.
Tito oficjalnie wyznawał idee komunistyczne, ale… niezupełnie. Świadomy wszystkiego, co działo się w ZSRR, nigdy nie przeprowadził kolektywizacji ani nie wdrożył najważniejszego postulatu komunistów, to jest centralnego planowania gospodarczego. Większe zakłady były państwowe, ale zarządzały nimi wewnętrzne „rady robotnicze”, gospodarujące autonomicznie i zgodnie z rachunkiem ekonomicznym, bez ingerencji władz. Kraj otwarł się też na świat: jugosłowiańska waluta była zasadniczo wymienialna (z pewnymi ograniczeniami), a obywatele mieli paszporty pozwalające swobodnie podróżować zarówno na Wschód jak i Zachód – to ewenement w skali całego ówczesnego świata. Tamtejszych turystów często spotykano w Polsce (gdzie szastali twardą walutą nie gorzej od Niemców czy Skandynawów), na plażach Włoch albo narciarskich stokach Austrii. Jugosłowianie masowo wyjeżdżali też do pracy w RFN, przysyłając do kraju potężny strumień dewiz. Za granicą nikt ich nie dzielił – Polacy potocznie mówili po prostu „jugole” i nie rozmyślali nad niuansami.
Poziom życia w federacji był zróżnicowany: w „łacińskiej” Słowenii znacznie przewyższał kraje RWPG, w „bizantyjskiej” Macedonii przeciwnie (kwestie kulturowe są naprawdę kluczowe dla gospodarki, żadna polityczna poprawność tego nie zmieni). Natomiast dla nas, Polaków, Jugosławia była namiastką Zachodu. Wyjechać tam dało się relatywnie łatwo, a uprawiany przy okazji pokątny handel przynosił wielkie profity – np. mój tata w latach 70-tych na trzytygodniowych wakacjach w Jugosławii zarabiał tyle, co w państwowej szkole przez rok (również w Polsce nieraz sprzedawał jugosłowiańskim kierowcom autokarów złotówkowe paliwo za dewizy, ale to osobna historia).
Politycznie Jugosławia była czystą dyktaturą (Tito urząd prezydenta sprawował dożywotnio, zamykając potencjalnych przeciwników w obozach), a na poły socjalistyczna gospodarka po okresie żywiołowego rozwoju okazała się równie niewydolna jak w RWPG. Dzięki nieregulowanym cenom w sklepach nie zabrakło towarów, w zamian inflacja z czasem doszła do wartości czterocyfrowych. Rozkład przyspieszyła śmierć Tity w 1980r.: odtąd kraj pogrążył się w głębokim kryzysie, a na powierzchnię powróciły dławione dotąd zaszłości narodowo-religijno-cywilizacyjne. Zaprowadzane siłą BRATSTVO I JEDINSTVO okazały się fikcją i przerodziły w szereg wieloletnich, niezwykle okrutnych wojen.
***
Jednym z sukcesów epoki Tity była industrializacja kraju, przed wojną uboższego nawet od Polski i niemal całkowicie rolniczego. Jednym z jej symboli stał się postęp masowej motoryzacji.
W latach 70-tych w Jugosławii funkcjonowały montownie Renault, Citroënów i Volkswagenów, a zbrojeniowa fabryka Crvena Zastava od 1955r. produkowała licencyjne Fiaty – modele 1400 (Zastava 1400BJ, 1954-61), 1300/1500 (Zastava 1300/1500, 1961-1979), lokalną odmianę naszego 125p (Zastava 125pz, 1970-83) oraz najbardziej znane 600 (Zastava 600/750/850, 1955-85) i 128 (Zastava 128/101/1100/1300/Skala, 1971-2008).
Warto tu podkreślić dwie rzeczy. Po pierwsze – że samochód prawdziwie popularny Jugosłowianie dostali już w 1955r., dzięki czemu na przestrzeni lat 60-tych liczba pojazdów na 1.000 mieszkańców wzrosła z 12 do 82, wyprzedzając wynik Hiszpanii i dorównując Japonii. A po drugie – zakłady Crvena Zastava – których nazwa oznacza skądinąd „czerwoną flagę”, dokładnie jak chińskie Hongqi – produkcję kolejnych modeli Fiata podejmowały niemal równocześnie z Turynem. Jugosłowianie jeździli więc aktualnymi samochodami zachodnimi. Uwagę przykuwa zwłaszcza model 128 – najnowocześniejsza motoryzacyjna licencji dla Europy Wschodniej, wyprzedzająca 125p i Ładę o całą epokę. Jako przednionapędowy hatchback z poprzecznym silnikiem nie tylko zadebiutowała kilka lat przed Volkswagenem Golfem – jej włoska konstrukcja była wręcz wzorcem dla inżynierów z Wolfsburga.
Dzisiejszym bohaterem będzie właśnie ona: Zastava 1100p Mediteran, czyli montowana w Polsce trzydrzwiowa wersja Fiata 128. Z przekręcenia jej fabrycznego kodu 101 pochodziło potoczne, żartobliwe określenie Stojadin (będące imieniem męskim, bo liczba 101 to dosłownie „sto i jedan„). Stąd też tytuł artykułu – BRATSTVO I STOJADINSTVO.
Foto: praca własna
Z perspektywy czasu można powiedzieć, że owo BRATSTVO lepiej niż w kraju wychodziło Jugosłowianom za granicą. Świetnie szła współpraca z Fiatem, a także z naszą FSO: oni składali Fiaty 125p jako Zastavy 125pz (potoczna nazwa „pejezac„), a my Zastavy 1100p. Prowadzono wymianę komponentów (każdy fan FSO zna okrągłe tylne mosty zwane „jugolami”), domieszkę polskich genów ma za to trzydrzwiowa Zastava Mediteran.
***
Włoski Fiat 128 był zwykłym sedanem, bo producent bał się odrzucenia awangardowej wtedy formy pięciodrzwiowej.
Fiat 128 (1969-85)
Foto: materiał producenta
Zblokowanie napędu z przodu zostało uznane za wystarczający skok praktyczności…
materiał producenta
…choć chyba nie przez wszystkich: włoskie źródła mówią, że hatchback powstał równolegle z sedanem, tylko szefostwo go nie zaakceptowało, jugosłowiańskie – że piąte drzwi zawnioskował dyrektor zakładów Zastavy, Prvoslav Raković. Co ciekawe, Zastavę sprzedawano obok oryginalnej 128-mki w większości Europy (choć z wyjątkiem Włoch), jako dodatkową wersję nadwoziową.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W Polsce Zastavę składano w latach 1973-83, w starej FSO-wskiej hali opustoszałej po wyeksmitowaniu Syreny do Bielska-Białej. Przypominało to „montaż” Fiatów 127p, 128p, 131p Mirafiori i 132p – tzn. prawie gotowym samochodom przykręcano zderzaki, koła, akumulatory itp., przyczepiając polskie tabliczki znamionowe i znaczki z literką „p”.
Te wszystkie auta uchodziły za namiastkę zachodnich, bo tak naprawdę zachodnie były: miały nowoczesne konstrukcje i przyzwoitą jakość, ale też… największą wadę produktów zza Żelaznej Kurtyny, tzn. dostępność wyłącznie za dewizy (co automatycznie oznaczało też bardzo drogie części). Dotyczyło to też Zastav – jedynie w 1982 i 83r. pewną ich liczbę przydzielono klientom złotówkowym, ale głównie posiadającym przedpłaty na Polonezy, z których FSO nie potrafiła się wywiązać.
Przy takich relacjach cenowych Zastava byłaby świetną ofertą – gdyby tylko samochody dało się normalnie wybierać i kupować

Trzydrzwiowy Mediteran to mała zagadka. Włosi produkowali sportową wersję 128-mki, jednak Jugosłowianom nie opłacało się organizowanie osobnej tłoczni i spawalni, więc poszli mocno na skróty. Trzydrzwiowa „Stojadin” ma tylko dwa zmienione elementy, dłuższe drzwi i tylny panel boczny – technika pozostała identyczna, a wyposażenie pochodzi z modelu 1100 Comfort (ogrzewana szyba tylna, ładniejsza tapicerka, a dodatkowo odchylane fotele i sportowa kierownica z Fiata 128 Sport Coupé).
Mediterana przedstawiono w 1979r. w Splicie, przy okazji Igrzysk Śródziemnomorskich (stąd nazwa) – podobno jako bazę dla planowanej rajdówki, z której jednak zrezygnowano w obliczu zaostrzającego się kryzysu gospodarczego. Jako mniej praktyczny Mediteran nie cieszył się wzięciem, mimo odrobinę niższej ceny.
Foto: materiał producenta
Gdzieniegdzie można przeczytać, że Mediteran był opracowany i wytwarzany w Polsce, to jednak nieprawda – w Polsce zamówione zostały tylko tłoczniki dwóch specyficznych blach, bo było taniej niż u Włochów. Trzydrzwiowe Zastavy z literką „p” powstawały tak samo jak pięciodrzwiowe – importowano je prawie w całości.
Szczegóły historii marki i modelu opiszę innym razem. W każdym razie w Serbii hatchbacki produkowano do 2008r., pick-upy jeszcze dwa lata dłużej (prawie jak w Rosji Łady 2107). Łącznie wypuszczono 1.273.532 sztuk.
***
Żółtą Zastavę 1100p Mediteran z 1980r. udostępnił mi Artur Szafran z firmy Szafran Inwestycje. Ten egzemplarz gości tam już drugi raz, bo poprzedni nabywca, nacieszywszy się autem przez cztery lata, zechciał wymienić je znów u Artura.
W Polsce Zastavę często uważano za najlepszy pojazd bloku wschodniego (pomijając kwestię jugosłowiańskiej przynależności do tegoż). Po przejażdżce mogę to potwierdzić, choć raczej ex aequo z Ładą 2106.
Łada jest większa i pakowniejsza, ale bazuje na dość topornym, tylnonapędowym Fiacie 124. Zastava ma mniejsze nadwozie, lecz nowocześniejszy przedni napęd, oszczędniejszy silnik i całkowicie niezależne zawieszenie (z przodu McPhersony ze stabilizatorem, z tyłu poprzeczne wahacze i poprzeczny resor). Skutkiem tego mniej waży, mniej pali i ma gorętszy temperament, choć obiektywnie jeździ wolniej.
Sylwetka jest bardzo zgrabna, ma udane proporcje i poniekąd przypomina moją ulubioną Alfę-Romeo 105. Wymiary 3.836 x 1.590 mm ustępują Ładzie o 28 i 2 cm, lecz 2.440-milimetrowy rozstaw osi już ją przewyższa. W kwestii masy Zastava wręcz nokautuje rywalkę – 835 do aż 1.050 kg.
Foto: praca własna
Hatchback zachował formę trójbryłową, a także niebezpieczne umieszczenie baku za tylną osią – w latach 60-tych rzadko bywało inaczej. Typowo dla czasów PRL dolne partie nadwozia zostały zabezpieczone czarnym „barankiem”.
Foto: praca własna
Metalową atrapę chłodnicy w 1978r. zastąpiła plastikowa, ale zderzaki, lusterko i klamki pozostały srebrzyste. Ciekawym smaczkiem jest „narożny” kierunkowskaz przedni – o dziwo, zdublowany dalej na błotniku.
Foto: praca własna
Łamana linia tyłu wygląda dość oryginalnie (choć nie unikatowo – Simca 1100 albo Renault 12 były podobne). Całkowity brak ozdób wpisuje się w ducha czasu, a marna jakość wykonania – w standardy naszej części świata. Duże i nierówne szpary między blachami przypominają testowanego w grudniu Wartburga.
Foto: praca własna
No dobrze, Wartburg był gorszy, ale tu też miejscami opadają ręce
Foto: praca własna
Z tyłu najciekawszy jest kształt lamp i sama tylna klapa – która jednak kończy się wcześnie tworząc wysoki próg załadunku. Lata 60-te kłaniają się po raz kolejny.
Foto: praca własna
Sprawę dodatkowo pogarsza półka – niepodnoszona wraz z klapą, więc zostawiająca wąski otwór załadunkowy (półkę można wysunąć w tył, ale to komplikacja). Mimo umieszczenia koła zapasowego w komorze silnika pojemność kufra wynosi tylko 270 litrów – wobec 350 w 125p i 400 w Ładzie. Przy takiej różnicy gabarytów cudów nie będzie.
Foto: praca własna
Mimo wszystko hatchback to jednak postęp
Foto: praca własna
Jakość wnętrza jest lepsza od widocznej z zewnątrz, zwłaszcza na tle wartburgowskiej czy FSO-wskiej
Foto: praca własna
Przestrzeń z tyłu nie imponuje…
Foto: praca własna
…bo i faktycznie, nawet przy mojej posturze głową dotykam sufitu, a nogami prawie nie mogę ruszyć.
Foto: praca własna
Tylne szyby są nieruchome, nie ma zagłówków ani tylnych pasów…
Foto: praca własna
…a pasy przednie, oczywiście niezwijane, trzeba wpiąć w metalową klamrę. Wypięcie może chwilę potrwać, więc poniekąd nie dziwię się ludziom, którzy bali się pasów ze względu na ryzyko pożaru (to oczywiście nieuzasadnione statystycznie, ale psychologia rządzi się swoimi prawami).
Foto: praca własna
Pod pokrowcami widać efektowną tkaninę w pepitkę – wyróżnik wersji Mediteran (oraz pięciodrzwiowej Comfort)
Foto: praca własna
Wnętrze to typowy Fiat, z większością elementów znanych z modeli włoskich lub klonów z Polski i ZSRR. Wygląda jednak bardziej rasowo za sprawą sportowej kierownicy i dwóch dużych, okrągłych zegarów. Nie ma natomiast zamykanego schowka ani środkowej konsoli, występujących już w 125p i Ładzie.
Foto: praca własna
Ergonomia też jest fiatowska: pochylona kierownica, wnęka koła wcinająca się w kabinę i wymuszająca przesunięcie pedałów w prawo, ale z drugiej strony też dobra widoczność i poręczność lekkiego auta.
Foto: praca własna
Zastava nie ma oczywiście tunelu wału napędowego. Płaska, dość krótka maska silnika lekko opada ku przodowi, ale pozostaje widoczna, co wzmaga wrażenie dynamiki. Z czterech okrągłych nawiewów dwa dają się ustawiać na szybę. Pośrodku umieszczono popielniczkę, włączniki świateł (również awaryjnych), cięgło ssania i suwaki systemu ogrzewania/wentylacji.
Foto: praca własna
Nostalgiczny akcent polski wprowadza kultowe radio Safari…
Foto: praca własna
…a kolejny – akcesoryjny obrotomierz MERA-LUMEL. Brakuje obecnego w Ładzie wskaźnika ciśnienia oleju, natomiast krótka skala szybkości potęguje sportowe doznania, bo wskazówka – świetnie zresztą widoczna, dzięki kontrastowej barwie – wędruje wyżej niż w porównywalnych autach.
Foto: praca własna
Brakujące wskaźniki zastępują alarmowe kontrolki
Foto: praca własna
***
Wszystkie klasyczne Fiaty – zwłaszcza projektowane przez szatański duet Dante Giacosa & Aurelio Lampredi – mają podobnie zadziorny charakter, jednak odrobinę się różnią. 128 jest praktyczny, jak na swój rozmiar, jednak właśnie ów rozmiar, mniejszy niż stawianych w tym samym rzędzie 125p i Łady, przekłada się na dużo mniejszy bagażnik i ciaśniejsze wnętrze, zwłaszcza z tyłu. Pedały są po fiatowsku przesunięte w prawo i w głąb kabiny, a cała karoseria – filigranowa i giętka. W zamian zapewnia świetną widoczność i niezłą zwrotność: 10-metrowa średnica skrętu bije „Kanciaka” o prawie metr, mimo że przedni napęd powinien ją pogarszać. Manewry ułatwia też mały opór kierownicy – tu nie przeszkadza brak wspomagania, choć spory w tym udział ma powolne przełożenie.
To właśnie odrobinę mnie zaskoczyło: po uchwyceniu sportowej kierownicy i uruchomieniu dość głośnego, wysokoobrotowego silnika spodziewałem się odpowiednio zwartego podwozia. „Stojadin” to jednak nie Autobianchi Abarth: kierownicą trzeba kręcić intensywniej, a resorowanie jest dużo miększe. W zakrętach auto mocno się przechyla, a kanapowate wrażenie wzmacniają opony piszczące już w umiarkowanie szybkich zakrętach. Pełen obaw spytałem Artura, czy gumy przypadkiem nie pamiętają czasów bratstva i jedinstva bałkańskich narodów, ale nie – to ledwie kilkuletnie Hankooki, co trochę mnie zdziwiło. Nie zrozumcie mnie źle: cięższy 125p ze sztywną osią na resorach na pewno prowadzi się gorzej i bardziej kładzie na boki, tylko być może po ostatnich przejażdżkach i zawadiackim wnętrzu Zastavy spodziewałem się zbyt wiele, jak na możliwości zawieszenia z lat 60-tych, nawet w pełni niezależnego. Pochwalić trzeba natomiast komfort: nawet na najbardziej dziurawym odcinku, intensywnie łatanym na odwal się (na którym w Triumphie Spitfire moja żona głośno lamentowała, że torturuję jej kości), Zastava doskonale tłumi wstrząsy, bez krzty stukania i trzeszczenia. Myślę więc, że niedosyt wynika z nieadekwatności moich oczekiwań do wieku konstrukcji, znacznie starszego od rocznika egzemplarza. Inaczej ma się sprawa napędu.
Po otwarciu maski uderza obfite zabezpieczenie antykorozyjne…
Foto: praca własna
…oraz mały rozmiar samej jednostki napędowej, której niemalże trzeba szukać. Silnik Lamprediego, opracowany specjalnie dla 128, jest krókoskokowy (80 x 55,5 mm), ma wałek w głowicy i zasilanie jednym gaźnikiem Webera. Rozwija 55 KM przy 6.000 obr/min i 79 Nm przy 3.000, co przekłada się na 137 km/h i 0-100 km/h w około 20 sekund, choć subiektywnie wrażenia są lepsze.
Foto: praca własna
Pojemność 1.100 wydaje się skromna, ale to przecież Fiat, w dodatku ważący ledwie ponad 800 kg. Motor ochoczo reaguje na gaz i łatwo wkręca się nawet na 5.000 obrotów – zupełnie nieporównywalnie ze 125p, który najdalej od 4.000 wyje, łomocze i rzęzi. Zastava też brzmi donośnie, ale nie wzbudza strachu, że zaraz korbowód wyfrunie przez błotnik. Ona z całego serca zachęca do zaangażowanej, dynamicznej jazdy – jak auto prawdziwie włoskie, a nie komunistyczny klon.
Przy 100 km/h sterczący z kokpitu obrotomierz pokazuje nieco ponad 4.000 – tyle samo co w Ładzie i „Kanciaku”, oczywiście czterobiegowym. Piątki w tym roczniku nie ma (podobnie jak dostępnego później, 65-konnego silnika 1300), ale naonczas trzycyfrowe prędkości osiągało się tylko wyjątkowo. Zwłaszcza w górzystej Jugosławii, gdzie jedyna droga zwana autostradą – łącząca granicę włoską z grecką, przez Lublanę, Zagrzeb i Belgrad – była w większości jednojezdniowa, z setkami skrzyżowań w jednym poziomie (nosiła imię – nie uwierzycie – Bratstva i Jedinstva). Podwozie zapewnia pełną stabilność przynajmniej do 110 km/h (szybciej nie jechałem), trzeba tylko pamiętać o przełożeniu kierownicy wymagającym dość głębokiego skrętu na nawet łagodnych łukach czy przy zmianie pasa.
Na bocznych, krętych drogach silnik jest bardzo przyjemny – subiektywnie żwawszy od polskiego, choć liczby tego nie potwierdzają (czasy przyspieszenia 0-100 km/h w obu przypadkach oscylują wokół 20 sekund, jedynie Łada 2106 faktycznie jest szybsza, ale ma aż pół litra większą pojemność). Jedynie na naprawdę stromych podjazdach trochę brakuje pary, to jednak nic dziwnego w starym, gaźnikowym 1,1. By zachować dobrą dynamikę trzeba oczywiście mieszać biegami – co jak pewnie się domyślacie, tak bardzo przyjemne już nie jest, bo jakkolwiek Fiaty potrafią sprawiać radość, to ich przekładnie z tzw. lizakiem są jakąś patologią. Owszem, w Autobianchi było gorzej, ale to pewnie kwestia stanu, bo konstrukcje są podobne.
By skończyć pozytywnym akcentem, wspomnę jeszcze o hamulcach. Lepszych niż się spodziewałem: można na nie liczyć nawet na mocnych zjazdach, bez przykładania wielkiej siły, bo tarczowo-bębnowy układ ma wspomaganie, a masa do zatrzymania jest mniejsza niż w 125p czy Ładzie. Tutaj należy się plus.
***
Czy Zastava była najlepszym samochodem bloku wschodniego?
Najpierw trzeba by się zastanowić, czy produkt o całkowicie zachodniej konstrukcji i dostępny praktycznie wyłącznie za dewizy należało w ogóle nazywać „wschodnim”. A nawet jeśli tak, to sprawa pozostaje niejednoznaczna, bo jako mniejsza od 125p czy Łady Zastava oferuje mniejszą kabinę i bagażnik (w tym względzie bezkonkurencyjny był Wartburg, ale ramowego dwusuwa nie będziemy porównywać z najnowocześniejszym kompaktem ówczesnej Europy). Dynamika plasuje się pomiędzy „Kanciakiem” i Ładą, niezależne zawieszenie jest najbardziej komfortowe, hamulce bardzo dobre, a zużycie paliwa – zdecydowanie najniższe, dzięki lekkości i mniejszemu litrażowi (w czasach reglamentacji benzyny było to szalenie istotne: pojemność >900 cm³ dawała większy przydział kartek, a w tej kategorii najoszczędniejsze były Škody i właśnie Zastavy). Pozytywne wrażenie robi też jakość: karoseria testowanego egzemplarza nie bryluje tu zbytnio, ale wnętrzu nie można wiele zarzucić, a silnik pracuje gładko niczym zachodni.
Oczywiście, 40 lat temu nikt nie zadawał sobie większości powyższych pytań. Myślę, że jeśli ktokolwiek miał jakiś wybór, to musiał przede wszystkim zdecydować, czy woli większą kabinę i bagażnik, czy nowocześniejszą konstrukcję, lepszy montaż i niższe spalanie. W pierwszej kategorii wygrywa Łada, w drugiej zdecydowanie Zastava („Kanciak” odpada, bo w niczym nie jest lepszy od Łady). Każdy inny kandydat – Polonez, Wołga, Moskwicz, Wartburg, Škoda – mógł pobić ten duet w jakimś pojedynczym względzie, ale jako całokształt zdecydowanie przegrywał. Nie wypowiadam się tylko na temat Dacii, bo z nią nie miałem nic do czynienia (z Moskwiczem też nie, ale po nim nie spodziewam się wiele).
Na koniec jeszcze przypomnę, że na Fiacie 128 wzorowali się konstruktorzy Golfa i że ów Golf był od 1976r. wytwarzany w Jugosławii (w fabryce TAS w Sarajewie). Z jakiegoś dziwnego powodu poważano go bardziej – choć kosztował połowę więcej, a był bardzo podobną konstrukcją, bardzo podobnej wielkości i mocy, podobnież produkowaną lokalnie na zachodniej licencji.
Co jednak ważne, również „Stojadin” jako używany kosztował więcej niż nowy – tyle że wyłącznie w pierwszym roku, podczas gdy Golf jeszcze nawet w trzecim. Bliższe omówienie jugosłowiańskiego rynku samochodowego zostawię na kiedy indziej, jednak warto pamiętać, że i tam za auta przepłacano na giełdach. Co oznacza, że prawdziwy Zachód to jednak nie był.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)


Jedna uwaga:
chyba zamiast „marna jakość wychowania” – powinna byc „marna jakość wykonania”
hehehe
Pozdrawiam
Oczywiście, już poprawione, dziękuję
W kontekście jakości wykonania i szpar w nadwoziu ciekawie byłoby zestawić taką Zastavę z Fiatem 128 żeby stwierdzić na ile to rzeczywiście brakoróbstwo, a na ile było to niejako wpisane w projekt – w końcu prasy i automaty spawalnicze w obydwu fabrykach powinny być z grubsza takie same.
Z jakiegoś artykułu pamiętam, że pod koniec produkcji Zastava była najtańszym nowy samochodem w Europie – kosztując w przeliczeniu ok. 13.000 zł – zapadło mi to w pamięć, bo w tym samym czasie wprowadzano do produkcji Tatę Nano, która nie dość, że droższa, to w zestawieniu z Zastavą nie była „prawdziwym” samochodem.
Nie jestem technologiem, ale Wartburg też miał zachodnią tłocznię i lakiernię, a tak tragicznej karoserii nie widziałem nigdy w życiu. Myślę, że sprzęt to nie wszystko i że trzeba go jeszcze odpowiednio eksploatować i kontrolować jakość. Ale tutaj może niech się wypowiedzą fachowcy.
A że Fiat też z wybitnej jakości nie słynął, to osobna sprawa.
Te 13000 to pewnie bez uwzględnienia podatków w kraju docelowym. Tak czy inaczej byłaby to świetna oferta za fabrycznie nowego youngtimera, gdyby to była wersja pierwotna stylistycznie z unowocześnioną mechaniką i o jakości wykonania z początku produkcji a nie końca, kiedy to raczej nie odbiegała na plus od ostatnich roczników FSO 1500 (a chyba czytałem gdzieś, że była jeszcze gorsza).
w sumie niewiele się różni ostatnia seria od pierwszych, jak by wymienić zderzaki, lampy, atrapę i wnętrze na stare to by się miało nową-starą Zastavę 🙂
https://olx.ba/artikal/46079588/zastava-101-2005-godiste-u-odlicnom-stanju/
Opiszę to kiedyś bliżej
13000 to chyba w Serbii i nigdzie indziej. Zapewne te auta nie spełniały wtedy europejskich norm. Zresztą przy takiej cenie nawet koszt transportu na Zachód i utrzymania tam paru salonów już mógł mocno wpłynąć na rachunek.
piękna Zastava, ja w ogóle uwielbiam Zastavy 1100 bo mój Dziadek miał taką jak byłem mały, znaczy się miał ją dużo wcześniej, jeszcze jak mój ojciec był dzieckiem i jeździli nią właśnie do Jugosławii i wszelkich krajów do których się jeździło w celach turystyczno-handlowych, Dziadek opowiadał że odpowiednio się przygotowując (t.j. zabierając odpowiedni poszukiwany tam towar) wczasy wychodziły za darmo i przywoziło się jeszcze rzeczy poszukiwane u nas, i jako że jeździli tak rok w rok, to Dziadek 3 razy przekręcił licznik, czyli sam zrobił ponad 300tyś bez remontu silnika, no i Zastavy nie miał od nowości, więc nie wiadomo ile już ona miała, mimo to silnik w latach 90 wciąż był w na prawdę dobrym stanie, Zastava zawsze odpalała bez problemu, jedynie biegi wchodziły coraz gorzej no i najgorsza była oczywiście blacharka, jednakże dla mnie – wtedy dziecka był to samochód prześliczny i wymarzony, uwielbiałem jeździć gdziekolwiek z Dziadkiem, mimo, że aby się przejechać trzeba było iść z 1.5km na parking strzeżony na którym stacjonowała i tamteż ją odprowadzić, no i w zimie Zastavka jeździła tylko jak była bezpośrednia konieczność, a tak to sobie tam stała żeby nie zgniła dokumentnie.
No i miała być dla mnie jak będę miał 18 lat, ale jak miałem z 15 to ojciec namówił Dziadka żeby ją sprzedał jakiemuś jego koledze za 600zł no i tyle widziałem swoją ukochaną Zastavę, wycia było z tydzień, ojca znienawidziłem do reszty, a po Zastavie zostały mi aby orginalne kluczyki, radio Safari 2A (które odbierało tylko na postoju, bo po odpaleniu silnika jedynie „pierdziało”), kserokopia dowodu rejestracyjnego i jedna nowa kwadratowa tablica LUD 3692 którą znam na pamięć (Dziadek założył dwie prostokątne).
po latach trafiła mi się niemalże identyczna Zastava za 900zł, też oczywiście bez progów i z dziurawą podłogą ale o dziwo z dobrymi tylnymi podłużnicami w miejscach łączenia z poprzecznicą tylnego resora (te łączenia tam bardzo lubią gnić co potem powoduje „bujanie się” tylnej belki z resorem i dziwne prowadzenie)
a trafiła się tak, że jeden znajomy coś tam wspominał że ma Zastavę do sprzedania ale nic konkretnego nie mówił a że to nie był bliski kolega to kontaktu za bardzo nie miałem, aż tu kiedyś byłem na zaprzyjaźnionym złomowisku, coś tam powykręcałem i kupowałem, i na biurku w biurze zobaczyłem karteczkę Zastava i nr telefonu, zaraz więc sobie ten numer przepisałem do telefonu i po wyjściu zadzwoniłem, okazało się że to właśnie ten znajomy dowiadywał się ile mu dadzą na złomie, a że tam dawali niewiele, to na szczęście „się zastanowi” no i nie czekając dłużej kupiłem ją od niego za 900zł, progi pospawałem i pojechałem do Dziadka żeby się przejechał po latach 🙂 i choć Dziadek już w zasadzie nie jeździ bo ma ponad 90 lat, to z chęcią się przejechał Zastavą po osiedlu 🙂
@benny_pl , a także SzK tak mnie zastanawia co Wasi ojcowie/dziadkowie sprzedawali w YU w latach 80. Przeciez w PRLu były puste półki, a w YU sklepy pełne zachodnich towarów.
Cena-cena-cena. Mój tata sprzedawał tonami polskie znaczki pocztowe dla filatelistów, przebitka kilkudziesięciokrotna. Albo wodę kolońską „Prastara” – dostępną w każdym kiosku za grosze, a w YU albo jeszcze lepiej Austrii do sprzedania za dolara, czyli naszą dniówkę. Na takich sprawach robiło się kokosy, tylko trzeba było najpierw przemycić towar, a potem walutę lub złoto w drugą stronę.
Po prostu, przy takich przelicznikach walut opłacało się cokolwiek. W Berlinie Zach Polacy jajka wiejskie sprzedawali na sztuki i z tego był wspaniały biznes. Jeśli jeden dolar oznacza dla Ciebie cały dzień pracy, to nie trzeba nie wiadomo jakiej oferty mieć, żeby się dorobić. Nawet szyby myć na skrzyżowaniach – chociaż to raczej młodzież w latach 90tych robiła, żeby zarobić na podróżowanie autostopem.
Jeden znajomy mojego Taty, szanowany lekarz, robił jednorazowe wakacyjne intreresy na nieco większą skalę – przed wyjazdem kupował na giełdzie, albo załatwiał w Niewiadowie przyczepę N126 i jechał z nią do Jugosławii. Tam przyczepa była po wakacjach sprzedawana z dużym przebiciem. Najważniejsze było to, czy celnik wpisał ją do deklaracji.
Sprzedawały się też doskonale na jugosłowiańskiej prowincji wszystkie modniejsze ciuchy, dżinsy, koszule, bluzki – widać brakowało ich w YU. To już wspomnienie mojej ówcześnie nastoletniej Żony z końcówki lat 80 – jej prywatny bagaż został niemal rozszarpany przez przekupki na jugosłowiańskim targu z dużą wypłatą w wymienialnych dinarach. Została nieomal w tym co miała na sobie.
Dobrym towarem do wywiezienia na jugosłowiański „zachód” były np. enerdowskie aparaty i obiektywy fotograficzne Zeiss Jena. U nas od biedy dostępne, a dla Jugosłowian tanie.
Dziadek mówił głównie o dżinsach właśnie, ale mówił że ogólnie ubrania, to chyba było najłatwiej przewieźć po prostu, bo to naturalne że na wakacje każdy zabiera walizkę ubrań,
bo jak mieli jakieś radyjko turystyczne to im wpisali je na granicy i bali się je sprzedać, choć niby można by się tłumaczyć że ukradli, no ale Dziadek to najuczciwsza osoba jaką znam więc pewnie by tak nie zrobił
Korekta obywatelska: Bułgarzy raczej nie są ludem pochodzenia tureckiego. Obraziliby się wielce za takie stwierdzenie. Rzecz co prawda jest sporna, bo to wiek IV i V naszej ery, ale są potomkami Hunów, ewentualnie Traków, nie Turków. Język słowiański przyjęli około VI – VII wieku.
Jasne, przepraszam, Trakowie zostali podbici przez przybyszy ze środkowej Azji, czyli Protobułgarów, których klasyfikacja jest sporna. Już to usunąłem.
Ja kojarzę wersję, że Bulgarzy byli właśnie ludem tureckim. W sumie ludy tureckie to było zdaje sie dość sporo koczowniczych i pół koczowniczych grup nie mających nic wspólnego z dzisiejszymi Turkami. Coś jak z Białymi Chorwatami nie mającego nic wspólnego z dzisiejszymi Chorwatami czy Serbami Łużyckimi których z Serbia nic nie łączy.
Wędrówki ludów to musiał być bardzo „ciekawy okres”.
Z Protobułgarami Fabrykant ma rację, moja kulpa: https://pl.wikipedia.org/wiki/Protobu%C5%82garzy
Co do „Białych Chorwatów” i Serbów Łużyckich – wszyscy Słowianie są sobie bardzo bliscy, a tysiąc lat temu rozmawiali jak dziś warszawiak z krakusem, więc te samy nazwy ludów nie dziwią. Zwłaszcza że południowi Słowianie naprawdę wywędrowali z naszych ziem i dlatego do dziś nazywają je „białą Chorwacją”.
A co do wędrówek ludów – to było ogromnie ciekawe, ale niewiele o tym wiemy. Kiedyś dyskutowaliśmy o łacinie, że wiadomo o nich zaskakująco dużo, ale o tzw. barbarzyńcach nie bardzo, o oni pisać nie umieli, a Rzymianie ich nie poważali i nie opisywali obiektywnie (a raczej bardzo pobieżnie i tak, by wzbudzać strach i odrazę). Z języka Hunów znamy kilka imion, i to niepewnych. Lepiej znany jest tylko gocki, najwcześniejszy zapisany język germański, bo niejaki biskup Wulfila przełożył nań Biblię i z niej zachowało się sporo.
Wg niektórych źródeł Zastava 101 została hatchbackiem za sprawą Dantego Giacosy, który bardzo hołubił swoją koncepcję auta z tylną klapą, ale nie pozwolono mu zrealizować tej idei w macierzystych Włoszech. Wspomógł Jugosłowian w staraniach o licencję na 128 hatchback, zwłaszcza, że bardzo lubił przyjeżdżać na wakacje i polowania do Jugosławii.
A to bardzo prawdopodobne. Giacosa był bardzo ważną personą w Turynie.
A co do relacji Jugosławii z Włochami to niestety nie były idealne, z powodu sporu o Triest i Istrię. Ostatecznie z Istrii większość Włochów wysiedlono, o czym też wspominałem w biografii Mario Andrettiego. Ale później jakoś się już dogadywali.
No ja bym mimo wszystko nie uważał, że Zastava to pojazd z bloku komunistycznego. Moim zdaniem Jugosławia była państwem niezaangażowanym i tego się trzymam, sam kiedyś podziwiałem Tito, obecnie mam o nim neutralne zdanie jednak. Bałkany to złożony temat i żadna nacja tam nie jest święta, niemniej pomysł jedności był conajmniej chory.
Nie jeździłem nigdy Zastavą, niemniej przyjaciel dziadka miał kiedyś taką , jeden z bardzo wczesnych egzemplarzy jeszcze na numerach z systemu 56-76. Niestety miał w niej wypadek śmiertelny. Kupioną oczywiscie za dolary. Szkoda, że nie wspomniałeś, że Zastav zmontowano o wiele więcej niż włoskich Fiatów w FSO. Nie chcę teraz szukać oficjalnych statystyk, ale coś około 60 tysięcy, drugiego w kolejności Fiata 132 bodajże 6 tysięcy, więc było to jednak dość popularne auto. Jeszcze na początku lat 00 dało się je zauważyć.
No cóż Volkswagen zawsze miał większy prestiż niż Fiat hehe. Mam kolegę który podróżuje po Bałkanach to mówił mi, że Zastavy juz praktycznie wyginęły, za to Volkswageny-TAS da się jeszcze spotkać na ichniejszych drogach. Co ciekawego w czasach wojny zdarzał się proceder importu jugolskich VW do Polski, gdzie kosztowały taniej niż ich niemieckie odpowiedniki.
Z zagranicznych firm działał jeszcze Opel i coś z British Leyland chyba Morris w Jugosławii. Ogólnie działało to na takiej zasadzie jak w Chinach np. Volkswagen-FAW , w sensie zachodnia firma łączyła się z jugolskim przedsiębiorstwem państwowym.
Zgadza, się, YU Zachodem nie była, ale RWPG też nie, no i rozliczała się tylko w walutach wymienialnych, stąd moja uwaga.
Nic tak nie łączy jak wspólny wróg. Później o wojnie się zapomina i animozje odżywają.
to jeszcze ja wrzucę zdjęcia najbardziej zgnitej Zastavy jaką widziałem na złomie:
https://zapodaj.net/images/534e517d64909.jpg
https://zapodaj.net/images/610cd40495e73.jpg
https://zapodaj.net/images/f07ead714cca2.jpg
https://zapodaj.net/images/f8dc3de69f05e.jpg
a wieczorem mogę jeszcze dodać zdjęcia Dziadkowej Zastavy i mojej bo mam na laptoku w domu
Jak zobaczyłem to ostatnie zdjęcie z wyrwanym przodem to aż mi się przypomniała próba odpalenia czegoś podobnego🙂 https://www.youtube.com/watch?v=3Vv04GwVemY
ee to już można było dospawać ze 3 kątowniki i jakąkolwiek ośkę z tyłu i się przejechać 🙂
a to u mnie masz odpalanie samego zespołu napędowego bez reszty auta:
https://www.youtube.com/watch?v=4gJF9Dd2KKg
Ja jakoś nie rozumiem tego sentymentu/tęsknoty za autami z tzw. demoludów. Choć doceniam np. taką odrestaurowaną Stojadinkę, to jednak jakieś chore ceny pojawiające się za auta z PRL-u to dla mnie zwykła spekulacja.
Nie rozumiem tego trendu – pewnie dlatego, że jednak coś tam z tego okresu pamiętam. Bardzo lubię stare auta, ale to nie jest dla mnie obiekt kultu.
Każdy stary samochód jest niezrozumiały, jeśli postrzegać go jako przedmiot użytkowy. Nawet Rolls-Royce albo Ferrari. Starego nie kupuje się po to, żeby był super, tylko żeby wrócić o swojej młodości, jeśli mamy z danym modelem związane wspomnienia, albo żeby poznać historię, jeżeli wspomnień akurat nie mamy. Traktowanie zabytku jako substytutu przedmiotu nowego zawsze będzie nieporozumieniem.
@Cham w Audi, tylko, że od pandemii ceny aut socjalistycznych stoją w miejscu.
Generalnie dotyczy to prawie wszystkich klasyków, nie tylko z krajów socjalistycznych. Wzrosty z poprzedniej dekady były niebotyczne, więc nie mogły się długo utrzymać.
Najgorsze jest to, że samochody demoludów przyciągają handlarzy-prostaków. Widać to mocno na facebookowych grupkach sprzedażowych. Najczęściej niezbyt piśmienni, nie potrafią zupełnie nic powiedzieć o sprzedawanym samochodzie, ale pytanie „ile mogę za niego dostać” zawsze musi paść…
@Cham w Audi Ja też nie rozumiem ogromnej popularności i wysokich cen wyrobów samochodopodobnych z bloku wschodniego. Nawet ich malutka ilość przypomina smutne czasy i depresję (szczególnie antysamochody marki ZAZ). Już wolałbym oglądać ogromną ilość starych Mercedesów, bo one przynajmniej kojarzą mi się z radością.
Po prostu ludzie mają wspomnienia i lubią do nich wracać. To cecha występująca u większości ludzi, choć faktycznie nie każdy to rozumie. Nie ma to nic wspólnego z parametrami czy niezawodnością samochodów. Po prostu większość z nas ma sentyment do własnej przeszłości.
Dlatego robimy sobie zdjęcia pod piramidami, chociaż w Internecie można znaleźć milion takich zdjęć, o wiele lepszych – ale nie naszych. Samochody też bywały lepsze od 125p – ale my ich wtedy nie mieliśmy, więc nas nie ruszają.
Niemcy płacą po 25k€ za Isettę – czyli połówkę Malucha. A za sportową wersję Messerchmitta Tiger nawet po 100k. Jak za Pagodę albo Porsche 911 – a to coś w rodzaju Velorexa z półlitrowym silnikiem. Sto tysięcy euro!! Po prostu, na pewnym etapie życia pieniądze tracą jakiekolwiek znaczenie, a wspomnienia z młodości to jedyna przyjemna rzecz, która pozostaje.
Z tego co pamiętam to ta jedyna droga w Jugosławii mająca charakter autostrady łączyła raczej granice austriacką z grecką – potwierdzają to mapy. To była zresztą droga śmierci, nosiła nazwę „Auto Put” („put”, to po ichniemu „droga”), a często ją zwano „auto kaput” ze względu na gigantyczną ilość śmiertelnych wypadków powodowanych często przez tzw. gastarbeiterów z Bliskiego Wschodu, którzy tamtędy kursowali między krajami zachodnimi gdzie pracowali, a krajami wschodnimi, gdzie mieli swoje rodziny – czołowe zderzenia z busami, czy ciężarówkami przy wyprzedzaniu i inne historie zdarzały się tam bardzo często. Nie zmienia to faktu, że trasa ta doczekała się własnej piosenki znanej po prostu jako „Autoput” grupy Leb i Sol.🙂
Nie jestem pewien czemu to Golfy uchodziły za te lepsze samochody, ale mam wrażenie, że chodziło po prostu o jakość wykonania i dopracowanie konstrukcji – u nas też bardziej poważano Mercedesy od Polskich Fiatów czy Ład mimo, że wszystko to tylnonapędowe sedany, więc po co przepłacać. Sarajewskie Golfy dwójki zresztą do dziś jeżdżą po tamtejszych drogach a najmłodsze egzemplarze mają przecież już 33 lata, nie mam pewności ile Zastavek z tamtych lat do dziś jest sprawnych.
Swoją drogą nie wiedziałem, że „Stojadin” to zwykłe imię w tamtych okolicach, wreszcie mi się wyjaśniło czemu w „Jak rozpętałem II wojnę światową” kapitan jugosłowiańskiego statku miał na nazwisko „Stojadinović”🙂.
A jeszcze jedno mam pytanie: jak Zastava wypada w porównaniu ze Skodą Favorit? Wiem, że to różne epoki, ale z drugiej strony jedno i drugie jest jednoznacznie kojarzone z krajami komunistycznymi, poza tym reprezentują ten sam segment kompaktowych fwd hatchbacków, poza tym w naszych rejonach i w tamtych czasach nierzadko na rynku konkurowały ze sobą auta, które były opracowywane w zupełnie od siebie różnych dekadach XX wieku. No i jedno i drugie stoi na szczycie hierarchii najlepszych aut zza żelaznej kurtyny.
Sprawdziłem w ich Wiki – faktycznie, od pewnego momentu droga biegła od tunelu Karawanken na granicy z Austrią, ale przed jego wybudowaniem zaczynała się od Włoch. Co do nazwy: ci od alfabetu łacińskiego mówią AUTOCESTA, ci od cyrylicy – AUTOPUT. Drugi człon oznacza każdorazowo po prostu drogę.
Favoritka ro zdecydowanie inna epoka, bardziej przypomina lekko uproszczonego Golfa II. Na pewno nowocześniejsza, chociaż nie ma nawet połowy fiatowskiego temperamentu – subiektywnie, nie w kwestii wyniku na stoperze, bo tu oczywiście będzie lepsza 🙂
Favoritka raczej nie wytrzyma 300tyś bez remontu (Felicja jako-tako to wytrzymuje ale ma wtrysk),ale to stare OHV z mokrymi tulejami rodem z 1000MB a może i nawet wcześniejszych skód które nienawidzi choćby jednego przegrzania.
osobiście wolę Zastavę, Favoritki nie miałem ale miałem Felicję, i Zastava o wiele fajniejsza
@Projektor , Zastavek jest już naprawdę mało, głównie nowsze egzemplarze jak np. Florida. Za to Golfów całe hordy.
wrzucam więc jeszcze zdjęcia Dziadkowej Zastavy oraz mojej 🙂
Dziadkowa i mały ja 🙂
https://zapodaj.net/images/1a41f27f24c7a.jpg
https://zapodaj.net/images/d3be7b74b1198.jpg
moja:
https://zapodaj.net/images/9621e75bfeb20.jpg
O specyfice trasy „auto(ka)put” można przeczytać na przykład tutaj: https://40ton.net/jugoslowianska-droga-autoput-i-jej-historia-z-gastarbeiterami-oraz-ciezarowkami-w-roli-glownej/
Bardzo dziękuję!!
Jak to było? Jugoslawie trzymają do kupy trzy rzeczy – Tito, Partia i Armią. Bez Josefa partia sie rozpadła, a armią słuchała partii…
Co do rozpadu Jugoslawii słyszałem jeszcze dwie ciekawostki, w sumie wymagające weryfikacji.
Pierwsza to tanie kredyty udzielane przez „zachód” w ramach wojny hybrydowej z Sojuzem. Dopóki ten sie nie zaczął walić kwestie wypłacalności w sumie schodziły na dalszy plan.
A dwa to w ramach radzenia sobie z kryzysem socjalistycznej gospodarki Jugoslowianom miały doradzać te same osoby co polskim elitom przełomu lat 80/90. Jednak Polska na Balcerowiczu wyszła lepiej niż Jugoslawia na serii jednych z najbardziej pojebanych wojen w historii. Znowu wychodzi na to, że lokalne warunki maja znaczenie i sukces to nie tylko zasługa codziennego wstawanie o 5, pracy po 14 godzin i drugiego etatu…
5 drzwiowe zastawy jeszcze pamiętam z ulic – czy to znaczy, że jestem juz starym grzybem? Generalnie samochod całkiem ładny, ale Polonez sprawiał dla mnie wrażenie solidniejszego wozu.
Nie wiem jaki był sens robienia 3 drzwiowki. Sportowosci od tego nie przybyło, a zmian troche musiało być.
Poza poszyciem ćwiartki i drzwiami trzeba było przesunąć słupek, więc pewnie inne progi i krawedz dachu, możliwe że dodatkowe elementy wewnętrzne… Jaką dla mnie ćwiczenie bez sensu.
O obu tych ciekawostkach słyszałem i to ze źródeł sprawiających wrażenie rzetelnych, ale to wielka polityka, nie dojdziesz już jak było naprawdę – dla coraz większej ilości osób główną przyczyną wojen na Bałkanach był incydent z Đorđe Martinoviciem i pewną butelką, a przecież temat tej bratobójczej rzezi ciągnącej się przez całe lata 90. to sprawa na grubą książkę. Konkretnie to ci doradcy mieli namawiać Słoweńców i Chorwatów do odłączenia się od Jugosławii.
5-drzwiowe Zastavy to ja widywałem u siebie regularnie jeszcze 15 lat temu, ostatnie sztuki wyginęły mniej więcej lat temu dziesięć, także jeszcze nie tak dawno.🙂
Właśnie słuchałem podcast „Po wojnie” na ten temat. Dużo ciekawych wniosków, zwlaszcza w zakresie gospodarki, duzo mowa o zapomnianej inflacji, której skutkiem było przejście w Słowenii i Chorwacji na rozliczenia w markach RFN, choć najważniejszego aktu onanizmu w historii nie wskazano
Atuty przedniego zblokowanego napedu sa bezsporne. Gdybym to ja byl Tadeuszem Wrzaszczykiem badz kims innym ze stajni gierkowskich technokratow obok licencji na Malucha staralbym sie wydebic od Wlochow za wszelka cene licencji na cjocby Autobianchi Primule. Najlepiej z oprzyrzadowaniem, bo koniec jej produkcji przypadl na rok 1970. To by byla inwestycja w przyszlosc. Wdrozenie przednionapedowego auta tej klasy. Mimo ze generacyjnie krok za 128 (chocby resor piorowy takze z przodu, tylna sztywna os tez na zwyklych resorach) bylby to idealny punkt wyjscia do dalszego ewentualnego rozwoju. Bo nawet produkcji przegubow kulowych PRL nie opanowal do konca swego istnienia. A jednoczesnie ludzie w kraju otrzymaliby pelnowartosciowy, uzyteczny pojazd
Chyba większe znaczenie miała ilość wypitej wódy niż jakiekolwiek względy techniczne.
Że Berliet był niedopracowany i miał poważne wady wiadomo. W internecie można było znaleźć (pewniebdalej gdzieś wisi) protokół oceny technicznej ciągników. Najwyżej oceniono ofertę Deutza, najgorzej Massey Fergusona i oczywiście kupiono MFa.
Bagażnik miał 325 litrów i był większy niż w Polonezie. Dzięki przedniemu napędowi i dużemu rozstawowi osi miejsca w środku wcale nie było sporo mniej niż w np. w Ładzie
a co do wojny w Jugosławii to nawet była ona w filmie „MacGyver i skarb Atlantydy” gdzie to MacGyver z profesorem Artikusem w podziemnych tunelach w Jugosławii znaleźli Arkę Solona w której miała być „pochodnia prawdy” a otwierana była magnetycznym zamkiem dzięki medalionowi 🙂
potem zostali tam złapani przez wojsko generała Petrovića, a uciekli Defenderem bez silnika dzięki zamontowaniu napędu z 2 rakiet i wysadzając przy okazji magazyn broni aby zatrzymać trochę czystek etnicznych
polecam obejrzeć, to jeden z moich ulubionych filmów 🙂
https://www.cda.pl/video/2402682797
I tak jeśli chodzi o tamtejszą wojnę to najlepiej obejrzeć filmy powstałe u źródła – „Piękna wieś pięknie płonie” z 1996, czyli jeszcze z czasów kiedy ta wojna dogasała, nakręcony przez filmowców jugosłowiańskich/serbskich na ziemi, która za moment znalazła się na terenie Bośni i Hercegowiny i jest na nim do dziś, a drugi to „Ziemia niczyja” z 2001 nakręcona przez Bośniaków. Podejście ludzi z Bałkanów do materii jaką jest film jest nie do podrobienia – kto oglądał filmy Kusturicy ten wie o czym mówię.🙂