PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DOROŚLEJSZY MALUCH

Dzisiejszy artykuł otwiera pierwsze na Automobilowni przejażdżkowe zdjęcie zrobione z drona. Właściciel przedstawianego auta, Arek, jest związany z lotnictwem, zawodowo, naukowo i hobbystycznie – dlatego na spotkanie zabrał swój własny aparat latający, z którego fotografował mnie i Anię fotografujących z kolei samochód. Takiej atrakcji jeszcze na blogu nie było.
Przedstawiany wóz to Zastava 750. Według dokumentów z 1980r., a w praktyce – jak to w naszej tragikomicznej części świata – sprawa jest bardziej złożona. Choć sama konstrukcja auta raczej prosta.
***
O Giannim Agnellim piszą bardzo różnie. Sam czytałem już trzy książki o nim i jego rodzie: jedną utrzymaną w tonie niemal hagiograficznym, przedstawiającą bohatera w świetlistej aureoli, drugą – wręcz przeciwnie, ukazującą bezwzględną, wręcz krwiożerczą bestię bliską bycia mafijnym bossem (są tam nawet oskarżenia o spowodowanie śmierci dwóch członków rodziny, którzy według oficjalnej wersji popełnili samobójstwa), zaś trzecia obrazuje kogoś potężnego, ale w sposób dość neutralny. Po tak różnych lekturach niełatwo wyrobić sobie jednoznaczne zdanie, jednak jedno jest pewne: dzięki przyjętej przez Agnellego strategii miliony mieszkańców krajów autorytarnych lub wręcz totalitarnych dostały szansę na własny samochód.
Oczywiście, szef Fiata nie działał jako filantrop, a biznesmen prowadzący globalną ekspansję – tyle że nie przez inwestowanie na rynkach wolnych, a przez zmawianie się z mało sympatycznymi dyktatorami II i III Świata. Być może zdawał sobie sprawę, że w Świecie I nie pokonałby całej konkurencji, więc wolał iść na skróty i wkroczyć tam, gdzie konkurowanie z nim byłoby prawnie zabronione. Jak by jednak nie było, każdy biznes polega na dostarczaniu ludziom pożądanych przez nich dóbr. W krajach wolnych decyzje zakupowe każdy podejmuje za siebie, w pozostałych – niezupełnie, ale w tych z nich, gdzie Agnelli dogadywał się z lokalnym reżimem, samochody były dostępne łatwiej niż w pozostałych. A już na pewno znacznie łatwiej niż przed jego dogadaniem się.
Jednym z pierwszych niedemokratycznych krajów, w których pojawiły się licencyjne Fiaty, była Jugosławia. Stało się to już w 1955r., a ten sam model, z relatywnie niewielkimi zmianami, pozostał w produkcji aż 30 lat.
Foto: materiał producenta
***
Małe Fiaty nigdy nie były konstrukcjami wybitnymi. Nigdy nie przebijały konkurentów swą praktycznością, solidnością ani żadnymi cechami kluczowymi dla niezamożnych użytkowników rozpoczynających dopiero swą przygodę z automobilizmem. Jednak to one zmotoryzowały zdumiewająco wielu obywateli krajów mniej lub bardziej zniewolonych – właśnie dlatego, że z ich rządami interesy robił Gianni Agnelli. Owe umowy trudno oceniać pozytywnie, jednak perspektywa szarych obywateli Hiszpanii epoki Franco, Polski epoki Gierka czy Jugosławii epoki Tity była taka, że pierwszy cień szansy na własny samochód – choćby ułomny – pojawiał się właśnie w momencie zawarcia kontraktu z Fiatem.
Historię Fiata 600 i jego klonów opisywał kiedyś dogłębnie Fabrykant, autor między innymi bloga Motodinoza (LINK1 LINK2 LINK3 LINK4). On też w gościnnym wpisie na Automobilowni wyczerpująco przedstawił dzieje najlepiej znanej w Polsce wersji tego auta – Zastavy 750. Najważniejsze fakty przypomnę więc tylko w skrócie.
Fiat 600 wszedł do produkcji w 1955r. jako następca modelu 500 Topolino. To właśnie on, a nie kultowa 500-tka z 1957r., przejął pałeczkę po pierwszym masowo produkowanym samochodzie włoskim. Podobnie jak Topolino 600-tka miała nieduże, dwudrzwiowe nadwozie i maleńki, czterocylindrowy silnik chłodzony wodą, ale dzięki zmianie formy na dwubryłową i zblokowaniu napędu z tyłu oferowała przestrzeń dla czterech dorosłych osób. Wciąż brakowało drugiej pary drzwi oraz – jak w niemal każdym tylnosilnikowcu – porządnego bagażnika, jednak postęp był duży.
Zaprojektowana przez Dantego Giacosę 600-tka była pierwszym tylnosilnikowym Fiatem i prekursorem koncepcji dzielonej potem przez modele 500 Nuova, 850 czy 126. Z wymiarami 3.213 x 1.391 mm i dwumetrowym rozstawem osi była o 13 cm krótsza od poprzednika, ale znacznie przestronniejsza i praktyczniejsza od niego, a także od późniejszej 500-tki i 126-tki. Obrazu dojrzałości dopełniał czterocylindrowy silnik chłodzony wodą, którego moc 21,5 KM przy masie zaledwie 590 kg zapewniała prędkość 95 km/h. Całość była czymś nieporównywalnym z 500-tką, choć też dużo droższym: w 1959r. kosztowała 625 tys. lirów, czyli aż prawie 60% więcej!! Podobna była relacja stawek corocznego podatku drogowego – odpowiednio 6.805 i 9.720 lirów.
materiał producenta
W pełni niezależne zawieszenie z poprzecznym resorem z przodu oraz wahaczami skośnymi i sprężynami z tyłu przypominało maluchowskie, zupełnie inny był natomiast silnik. Oznaczony jako Seria 100 przetrwał w produkcji do… 2002r. (!!), napędzając w międzyczasie, jak policzył Fabrykant, 115 modeli pojazdów (włącznie z jednym motocyklem!!). Była to jednostka OHV z żeliwnym blokiem, aluminiową głowicą i trzema łożyskami głównymi, która swoje życie rozpoczęła z pojemnością 633 cm³, mocą 21,5 KM przy 4600 obr/min i momentem 45 Nm przy 3.250, a zakończyła – z 899 cm³, 39 KM przy 5.500 obr/min i 65 Nm przy 3.000 (po drodze istniały też wersje 1,05-litrowe, oferujące całe 70 KM – w Autobianchi A112 Abarth).
Ewolucja 600-tki to temat na osobny wpis pomnikowy. Najważniejszą modernizacją była ta z września 1960r., która powiększyła silnik do 767 cm³, co dało 29 KM przy 4.800 obrotach, 46 Nm przy 2.500 i 110 km/h. Ta wersja dostała wewnętrzny kod 600D, choć oznaczenie handlowe pozostało niezmienione. Cztery lata później kierunek otwierania drzwi zmienił się na „bezpieczny” – tę modyfikację najlepiej widać z zewnątrz.
Wszystkich 600-tek powstało aż 4.939.642 (o 44% więcej niż 500-tek), z tym że sama produkcja włoska, trwająca do 1969r., wyniosła 2.695.197 sztuk (54,5%). Montownia chilijska wypuściła około 12 tys., zachodnioniemiecka spółka Fiat-Neckar – 171.355 (3,4%), argentyńska filia Fiata – 304.016 (6,1%), hiszpański SEAT – 814.926 (16,5%)…
,,,zaś jugosłowiański zakład Crvena Zastava – najwięcej, bo 923.487 (18,6%). On też produkował to auto najdłużej – do listopada 1985r.
Foto: public domain
Model jugosłowiański w 100% odpowiadał włoskiemu, również modernizacje przechodził równolegle – bo warunki obu krajów były bardzo podobne. Różniła się tylko nazwa (Fiat do końca nosił oznaczenie 600, Zastava zmieniała je wraz z pojemnością silnika), język napisów, a także brak zwijanego dachu (który we Włoszech oferowano opcjonalnie).
Fiatowi 600D z 1960r. odpowiadała więc Zastava 750, a dziewięć lat później, gdy Włosi wymienili model na 850-tkę, w serbskim Kragujevcu samodzielnie kontynuowano rozwój licencyjnej konstrukcji. Modyfikacje były jednak skromne: w 1969r. pojawiły się większe reflektory, w 1975r. nowa deska rozdzielcza, kierownica od Fiata 126 i pasy bezpieczeństwa, w 1978r. odrobinę wzmocniony silnik dający prędkość 120 km/h, a w międzyczasie stopniowo znikały chromowane ozdoby. W 1980r. ukazała się Zastava 850 z dwuobwodowymi hamulcami, a także większym, 32-konnym silnikiem Fiata 850 rozpędzającym auto do 125 km/h (i obracającym się w przeciwną stronę). Jej produkcja trwała jeszcze do listopada 1985r.
Zastava 600/750/850 była w swej ojczyźnie potocznie nazywana Fićo: jedni mówią, że od imienia komiksowego bohatera, inni – że to niestandardowe zdrobnienie marki Fiat. Pełniła tę samą rolę, co u nas „Maluch”: pomiędzy 1960-70r. jej produkcja wzrosła z 13 do ponad 100 tys. sztuk rocznie, a liczba samochodów na 1.000 mieszkańców – z 12 do 82 (co przewyższało ówczesny wskaźnik Hiszpanii, Japonii albo jakiegokolwiek kraju RWPG, ale nie osiągało nawet połowy wyniku Włoch i 1/3 Francji czy RFN). Po 1970r., gdy na rynku pojawiły się alternatywy, 750-tka grała już mniejszą rolę, jednak pozostała pojazdem najtańszym.
Inaczej niż w bloku radzieckim, w Jugosławii rząd nie praktykował centralnego planowania gospodarczego. Przedsiębiorstwa – również państwowe – pracowały na własny rachunek, dlatego decyzję o nabyciu licencji Fiata podjęli nie politycy, a sam dyrektor fabryki Crvena Zastava, Prvoslav Raković. Zrazu spadła na niego krytyka władz, które nie uważały indywidualnej motoryzacji za gospodarczy priorytet, jednak zakazać niczego nie mogły. Oficjalnie ostatnie słowo należało do „kolektywu robotniczego” fabryki – a gdy ten produkcję aut poparł miażdżącą większością 96% głosów, sprawa została przesądzona.
Samodzielność przedsiębiorstw oznaczała też jednak samofinansowanie działalności i inwestycji. Crvena Zastava zaciągnęła więc kredyt w Międzynarodowym Banku Odbudowy i Rozwoju, a ponadto pozyskała środki od krajowych zakładów-kooperantów, żywo zainteresowanych własną ekspansją. Każdy z nich musiał sam na siebie zarobić – dlatego każdy chętnie inwestował, a w rezultacie towary, w tym samochody, były po prostu dostępne. W Jugosławii nie było mowy o „talonach” na samochody, równoległej sprzedaży dewizowej czy przepłacaniu za egzemplarze używane. Wprawdzie odbiór aut rzadko następował natychmiast, a ich cenowa przystępność przypominała raczej polską niż zachodnią (w 1965r. Fićo kosztował około 30 średnich pensji), nikt jednak nie czekał latami, a co najwyżej miesiącami, a zakup ratalny był w zasięgu co lepiej zarabiającego obywatela. Warto podkreślić, że mówimy o wczesnej epoce: Jugosłowianie popularny samochód dostali jeszcze zanim w Polsce rządy objął Władysław Gomułka – i choć na zauważalną podaż Fića trzeba było poczekać do 1960r., to i tak wyprzedziła ona naszego „Malucha” o dobre 15 lat.
Pierwszym eksportowym rynkiem dla Zastav była… Polska: w latach 1965-70 nad Wisłę trafiło 15 tys. egz., po oficjalnej cenie 85 tys. zł – plasującej się powyżej Trabanta (65 tys.) i Syreny 104 (74 tys.), ale poniżej Škody 1000 MB (95 tys.), Wartburga 353 (102 tys.), Warszawy (120 tys.) czy Moskwicza (125 tys.).
Później podjęto eksport do innych demoludów i Ameryki Łacińskiej, bo umowa z Fiatem zabraniała Jugosłowianom bezpośredniego konkurowania z licencjodawcą. Po zakończeniu produkcji rozważano sprzedaż wyposażenia fabryki tureckim zakładom Tofaş, co jednak nie doszło do skutku.
Foto: public domain
***
Arek, właściciel przedstawianego auta, jest pracownikiem krakowskiego lotniska, pasjonatem samolotów i motocykli. Samochody nigdy nie kręciły go zbytnio: dopiero podjęte kilka lat temu motocyklowe wojaże po Bałkanach zwróciły jego uwagę właśnie na Fića, którego resztkowa populacja wciąż jeździ po drogach Serbii i Macedonii. Trzy dni po uzyskaniu pozwolenia Żony Arek wyruszył więc lawetą nad Jezioro Ochrydzkie, skąd wrócił z czerwoną Zastavką.
Rocznik 1980 ma 750-centymetrowy silnik o mocy 29 KM i komplet modernizacji, włącznie z pasami bezpieczeństwa
Foto: Arek
„Auto kupiłem raczej oczami” – mówi dzisiaj Arek. Do zrobienia było wiele: całkowity remont silnika, wymiana skrzyni biegów (udało się znaleźć fiatowską z 1968r.), wydechu, zderzaków, układu zapłonowego i większości elementów układu chłodzenia, regeneracja gaźnika, hamulców i zbiornika paliwa oraz wydrukowanie 3D kilku trudnych do znalezienia drobiazgów. Lakier i tapicerka zostały odnowione jeszcze w Macedonii, ale dość niechlujnie (powodem m. in. problemów z gaźnikiem były złogi lakieru w jego wnętrzu). W aucie wciąż brakuje wycieraczek szyby (dlatego musieliśmy wybrać termin z pewną pogodą), a linka szybkościomierza działa, jak chce (przez większość czasu nie chce, do czego jeszcze wrócę). Wszystko będzie sukcesywnie naprawiane.
Sylwetka z wczesnych latach 50-tych w czwartej dekadzie produkcji była już żywą skamieliną, jednak w swoim czasie 600-tka stanowiła bardzo przyzwoitą propozycję w najtańszym segmencie rodzinnym, dużo dojrzalszą i wygodniejszą od Fiata 500.
Foto: praca własna
Projekt Włochów nie wygląda bynajmniej tanio – ta nacja jak żadna inna potrafiła tworzyć Piękno w każdym przedziale cenowym. Oszczędnościowych kroków (typu płaska szyba czołowa) prawie się tu nie zauważa, pierwotnie było też więcej ozdób, które później stopniowo uznawano za zbędne koszty. Większą wadą jest ciasny bagażnik – rzecz nie do uniknięcia przy układzie tylnosilnikowym.
Foto: praca własna
Firmowy znaczek z czasem się upraszczał
Foto: praca własna
Wymiar 145/70 R12 jest o centymetr szerszy od fabrycznego z „Malucha”. W najstarszych rocznikach występowały oczywiście opony diagonalne, 5,20 x 12.
Foto: praca własna
W małych Fiatach – podobnie jak w Volkswagenach – nie dało się marzyć o drugiej parze drzwi (taki luksus zorganizowali sobie tylko Hiszpanie, pod postacią SEATA 800), za to od 1960r. zawiasy przeniesiono na przód i dodano eleganckie fletnerki. Dwubryłowe nadwozie nieźle wykorzystuje przestrzeń: w tym względzie wiele poprawiłaby zamiana miejscami komór silnika i bagażnika, ale w ówczesnym segmencie popularnym królowały tylnosilnikowce, a postęp w stosunku do wyposażonego w wał napędowy Topolino i tak był wielki.
Foto: praca własna
Tylne okna boczne wklejono na stałe, a błotniki zachowały relikty przedwojennych, bufiastych kształtów – chyba rekordowo długo, bo aż do 1985r.
Foto: praca własna
Klapę silnika trzymają zewnętrzne zawiasy, a otwiera zwykła klamka, bez blokady zwalnianej z wnętrza. Wersję 750-centymetrową wyróżnia większa liczba szpar wypuszczających powietrze – 36 zamiast wcześniejszych 30 (ażurowa klapa może robić mylne wrażenie chłodzenia silnika powietrzem, ale chłodnica też potrzebuje „oddychać”: u dołu komory silnika jest nawet termostatycznie otwierany wlot, który wspomaga cyrkulację powietrza pod klapą).
Foto: praca własna
Znaczek YU to oczywiście element sentymentalny: zjawisko zwane „jugonostalgią” wciąż jeszcze na Bałkanach występuje, choć poważnie traktuje je wyłącznie nieduża część najstarszego pokolenia Serbów i Bośniaków, których losy po 1990r. potoczyły się najgorzej. W zamożniejszej Chorwacji i Słowenii słowo „jugonostalgik” jest wręcz obraźliwe, jak u nas „komuch” (choć chyba nie dla wszystkich, bo organizację pt. Związek Jugosłowian założono w 2010r. nigdzie indziej jak w Zagrzebiu). Na szczęście w Polsce litery YU można potraktować neutralnie, jako smaczek wystroju zabytkowego auta.
Foto: praca własna
Przestrzeń pod przednią klapą ma tylko 70 litrów, a producent ograniczył jej ładowność do zaledwie 40 kg – ze względu na obecność akumulatora, koła zapasowego i zbiornika paliwa. Umiejscowienie baku nie jest zbyt wygodne ani bezpieczne, jednak układ wyposażono w pompę – to nie jest system grawitacyjny, nie trzeba więc bawić się w otwieranie i zamykanie kranika. Co by poza tym nie powiedzieć – takiego kufra właściciele „Maluchów” (tudzież Fiatów 500) i tak mogliby pozazdrościć.
Foto: praca własna
Tu widać, że mamy do czynienia z samochodem prostym i tanim, ale funkcjonalnym (pikowane obicie drzwi i siedzeń nie jest oryginalnego wzoru). Fletnerki z charakterystycznym fiatowskim rygielkiem pomagają w przewietrzaniu kabiny.
Foto: praca własna
Szału tu nie ma, choć jak na 3,2 metra długości narzekać nie wypada. W porównaniu do Fiacików dwucylindrowych to wręcz rewelacja – dwie dorosłe osoby mogą spokojnie usiąść. Przy tylnej kanapie znajduje się też dźwigienka otwierająca przepływ ciepłego powietrza z komory silnika do kabiny, z tym że prawdziwej nagrzewnicy Fiat 600 nie ma, więc wodne chłodzenie nie daje mu w tym względzie przewagi nad 500-tką/126-tką.
Foto: praca własna
Ania ma 165 cm wzrostu, ale mierzący 187 cm Arek też daje radę – o ile przednie fotele nie są odsunięte. Maluchowcy po raz drugi mają czego zazdrościć. Tym bardziej, że za kanapą znajduje się dodatkowa przestrzeń załadunkowa, a oparcie daje się rozkładać dając płaską przestrzeń…
Foto: praca własna
…czego niestety zapomniałem sfotografować, ale w zamian pokażę materiał fabryczny.
materiał producenta
Z przodu taniość kłuje ciut mocniej, za sprawą ubogiego, blaszanego kokpitu i typowej bolączki najmniejszych samochodów – wnęk kół wcinających się w kabinę i zabierających nogom połowę przestrzeni. Estetyka jest jednak bez zarzutu – zupełnie inaczej niż np. w Trabancie.
Foto: praca własna
Nie ma tu oczywiście konsoli ani zbyt wielu schowków, a pedały są wyraźnie przesunięte w prawo, z powodów czysto przestrzennych. Kierownica pochodzi wprost z „Malucha” – z wyjątkiem przycisku klaksonu ozdobionego literą Z.
Foto: praca własna
Przesunięcie to jeszcze pół biedy – najgorsze, że stopa spoczywająca na pedale gazu wbija się automatycznie pod hamulec, co wydatnie utrudnia jej szybkie przesunięcie w sytuacji podbramkowej. Na zdjęciu moje pięty prawie się dotykają – a noszę wcale nieduże buty, nr 41.
Foto: praca własna
Egzemplarz Arka to zlepek części z różnych roczników, ma jednak pod kokpitem półkę na drobiazgi (wyróżnik droższej wersji L), radio (aktualnie marki Safari 5) i światła awaryjne (włączane jednym z klawiszy w centrum). Z ciekawostek pod deską rozdzielczą znajdziemy jeszcze cięgło ręcznego gazu.
Foto: praca własna
Pomiędzy fotelami możemy położyć tylko coś naprawdę drobnego. Mała dźwigienka steruje oczywiście ssaniem – tę drugą, od rozrusznika, zastępuje kluczyk stacyjki.
Foto: praca własna
Trzy wskaźniki i cztery lampki (z opisami po serbochorwacku) – w tym segmencie to wręcz szaleństwo 🙂
Foto: praca własna
***
Liczby 500 i 600 różnią się tylko o 20%, ale oznaczone tak Fiaty to zupełnie inne samochody. Tzn. konstrukcyjnie i stylistycznie podobne (laicy notorycznie je mylą), lecz naprawdę należące do innych klas, co widać, słychać i czuć (cytat).
Jasna sprawa, że 70 lat temu każdy mały samochód był konstrukcją kompromisową, stąd w 600-tce mamy wciąż przyciasną kabinę z kiepskim przewietrzaniem i ogrzewaniem, zbiornik paliwa i koło zapasowe zajmujące większość przestrzeni bagażowej czy silnik z tyłu, który początkowo zapewniał maksymalnie 95 km/h i często grzał się z powodu nieefektywnego umieszczenia chłodnicy. To jednak zupełnie nie ta skala uciążliwości, co w Fiatach najmniejszych.
Zajęcie miejsca i spędzenie w aucie kilkudziesięciu minut nie wiąże się z bólem. Nie ma też właściwego „Maluchowi” uczucia klaustrofobii i obaw związanych z niepewnym prowadzeniem, podskakującym i myszkującym przodem, itp. Być może pomaga tu wspomniane dociążenie przedniej osi, a może po prostu większy rozmiar i masa całego auta? Za tym pierwszym wytłumaczeniem przemawia nadspodziewany opór kierownicy: na postoju kręcić nią dość ciężko, choć wynagradza to fantastyczna zwrotność (8,7-metrowa średnica zawracania!!).
W praniu 600-tka okazuje się typowym małym Fiatem, tyle że dojrzalszym. Kończyny mają tu więcej swobody, podwozie zapewnia lepszą stabilność i płynniej połyka nierówności, tak że na wyboistych, krętych drogach stres jest mniejszy (choć w pewnym stopniu nadal występuje). Najciekawsze wrażenia pochodzą jednak od silnika.
Przeskok pomiędzy dwucylindrówką ze „spiętymi” tłokami, a normalną rzędową czwórką jest ogromny. Zastavy nikt nie nazwie „kaszlakiem” – bo ona nie trzęsie się stojąc na światłach, a brzmi jak zupełnie dorosły samochód. Z punktu widzenia kierowcy nie jest też przesadnie głośna, bo silnik znajduje się z tyłu – bardziej dokucza więc pasażerom drugiej klasy. Zresztą wystarczy przejechać się przedstawianymi niedawno P70 albo Moskwiczem 408, by narzekania na głośność Zastavki wyśmiać.
Blok, głowica, obudowa skrzyni biegów i mechanizmu różnicowego są tutaj odlane z aluminium – cały zespół napędowy waży więc tylko 108 kg. Chłodnica z wentylatorem siedzą tuż obok – nie sprzyja to efektywności chłodzenia, zwłaszcza że brakuje naturalnego pędu powietrza i trzeba polegać na samym wentylatorze (stąd wspomniany już dodatkowy wlot pod silnikiem, otwierany automatycznie termostatem). Uwagę zwraca jednak niewielki rozmiar chłodnicy: w P70 – aucie o tej samej wielkości, pojemności i mocy, wypuszczonym na rynek w tym samym roku – chłodnica była na oko ponad dwa razy większa. Świadczy to o różnicy sprawności obu silników.
Foto: praca własna
P70 to oczywiście nie najlepszy punkt odniesienia, bo jego konstrukcja pochodziła sprzed wojny, ale w NRD prymitywna technika dwusuwowa przetrwała kolejne ponad 30 lat. Włosi tymczasem opracowali coś, co przy drewnianym rozwinięciu „Dekawki” wyglądało jak 125p przy Warszawie, pod każdym jednym względem. I to mimo całkiem zbliżonych parametrów liczbowych.
Fiat, jak to Fiat – jedzie bardzo ochoczo. Charakter ma nieco mniej szybkoobrotowy od dwucylindrówek, ale można go cisnąć bez obaw. Przyspiesza wtedy żwawo i nie boi się gór: „niepotrzebnie co chwilę redukujesz” – powiedział mi w pewnym momencie Arek – „on sobie poradzi bez tego„. No i faktycznie, bez tego też sobie radził – aż dokąd nie zmierzyliśmy prędkości.
Pisałem już, że szybkościomierz Zastavki ma swoje humory: wskazówka często opada na zero, a przez resztę czasu pokazuje sporo więcej niż powinna, dlatego dopiero użycie GPSu na dwupasmówce wyjaśniło, że faktyczna prędkość jest dobre 20 km/h niższa od subiektywnie postrzeganej. Fićo najlepiej czuje się przy 70-80 km/h: 90 to już dużo, a przy uzyskanych chwilowo 100 wrażenie dobrego prowadzenia znikło nawet na prostej. Podobnie z hamulcami: do 60-70 km/h są w porządku, przy pełnej prędkości przestają wystarczać do utrzymania poczucia bezpieczeństwa. To jednak normalne w maluchu z lat 50-tych, a w ówczesnej skali odniesienia, w rodzaju wspomnianego P70 czy Moskwicza (1,4-litrowego!!) dynamika jest tu nieporównanie lepsza. Nie mówiąc o radości z jazdy.
600-tka naprawdę chce jechać, prawdziwie po włosku. Ma też cztery biegi, w tym trzy synchronizowane – co mimo słabej, typowo fiatowskiej precyzji działania dźwigni i tak deklasuje P70. We Włoszech istniało nawet wiele ofert tuningu, a także opisanych przez Fabrykanta niefabrycznych (nomen omen) nadwozi sportowych – i trudno się temu dziwić. W dzisiejszym ruchu autko zostaje oczywiście w tyle: na wspomnianej dwupasmówce wyraźnie spowalnialiśmy ruch, ale po pierwsze, w mniejszym stopniu niż na tej samej trasie Moskwiczem albo w Lublinie P70, a po drugie – tamte auta robiły korki w każdych okolicznościach. Zastavka nie: na ulicach Krakowa i okolicznych drogach wiejskich można nią jechać w tempie mniej więcej współczesnym – o ile nie pożałujemy gazu, włożymy w jazdę trochę zaangażowania i minimum szoferskiej zręczności (np. w kwestii doboru biegów, ich sprawnej zmiany i niewytracania pędu tam, gdzie nie jest to bezwzględnie konieczne).
A przecież to takie warunki – miasto oraz kręte, pagórkowate i nie zawsze asfaltowe dróżki prowincji włoskiej, hiszpańskiej czy jugosłowiańskiej – były naturalnym środowiskiem tego samochodu. Dlatego za wrażenia z jazdy na tle historycznych konkurentów bezapelacyjnie należy się komplet punktów.
Foto: praca własna
***
O Giannim Agnellim i najmniejszych produktach jego koncernu można mieć różne opinie, jednak mało kto w całej historii tak bardzo przyczynił się do zmotoryzowania szerokich mas – również w krajach, gdzie wcześniej ludzie nawet o tym nie marzyli. Małe Fiaty nie zachwycały inżynierów, jak swego czasu 2CV albo Mini, samych użytkowników też nieraz inspirowały do kreatywności w przeklinaniu, ale… istniały i ogromnie cieszyły ludzi, którzy innych szans na własne cztery kółka nie mieli. Nie zawsze potrafiły obronić się przed rywalami z krajów zachodnioeuropejskich, lecz cokolwiek (choćby z trudem) dostępnego poza nimi naprawdę biły na głowę. A poza tym – jak to Fiaty – umiały wyginać usta kierowcy w kształt banana. W dodatku umieją to nadal, po z górą 70 latach.
Gdyby ktoś chciał się o tym przekonać, podam namiary na Arka, z którym można dogadać się w sprawie wynajmu Zastavki: INSTAGRAM, e-mail czerwonefico@gmail.com oraz telefon widoczny na poniższym zdjęciu. Polecam!!
Foto: praca własna
Foto tytułowe: Arek
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Tak dla odniesienia czy te 108 kg to dużo czy mało – zespół napędowy 1.2TSI EA111 + skrzynia biegów MQ200 ważyły razem 125 kg (90+35).
Porównanie z epoki, znalezione na szybko – zespół napędowy skrzynia+ silnik z Morrisa Mini waży ok 150 kg (tam jest żeliwny blok i obudowa skrzyni). Na tym tle 108 kg to dość mało. Ale za to większy silnik Garbusa ze skrzynią waży 135-145 kg w zależności od pojemności. Też dość niewiele.
kpl zespół napędowy Citroena 1.9D ze skrzynią to równe 200kg, wiem, bo wyciągałem i kupowałem na wagę na złomie 🙂
a silnik Opla 1.6 8V kpl bez skrzyni 110kg
więcej wag nie pamiętam 😉 ale np boxera Subaru z automatem to w ogóle podnieść nie można, strasznie ciężkie cholerstwo, sama skrzynia bodajże z 80kg waży, a niby wszystko aluminiowe, tyle że w Subaru jest to nisko i płasko więc wręcz pomaga w dobrym prowadzeniu
Jasne, ale to całkiem inna epoka
To jeszcze napiszę, że silnik V12 i skrzynia TH400 Jaguara XJ-S ważą razem około 450 kg. 😀
Pod koniec lat sześćdziesiątych pan z mojej kamienicy miał Zastawkę , kurołapkę , w wersji inwalidzkiej . Wszystkim sterował ręcznie , taką dużą dźwignią z prawej strony kierownicy .
Parę razy z nim jechałem , ale nic sensownego nie pamiętam , no to przecież tak dawno było .
Pamiętam takie auta z dawnych lat. Nie wyobrażam sobie jazdy autem z ręczą skrzynią przy pomocy samych rąk. Niepełnosprawnym ogromnie ułatwiła życie skrzynia automatyczna, nawet automatyczne sprzęgło już robiło wielką różnicę (patrz Trabant Hycomat, pomyślany właśnie dla niepełnosprawnych).
sprzęgło się „wciska” bodajże pociągając tą dźwignię, a hamuje popychając, gazu się dodaje kręcąc manetką jak w motorze, także da się kierować samymi rękami, choć z ręczną skrzynią musi to być dość straszne, no chyba że w ręcznej skrzyni dźwignia jest po lewej stronie?
w mojej Astrze była zamontowana ta dźwignia, ale poprzednik ją zdemontował. mam ją, zostały też elementy do jej zamocowania więc na dobrą sprawę dało by się to przywrócić pewnie, ale Asterka oczywiście na szczęście w automacie 🙂
Wskaźnik poziomu goriva został zamontowany do góry nogami.
4/4 czyli pełny zbiornik jest na dole, natomiast pusty bak i brak goriva jest na górze. Goran czy inny Radowan, który montował wskaźniki wytrąbił za dużo rakiji.
Tylko jak wtedy wytłumaczyć prawidłowe położenie liter?
W Zastavie faktycznie pełny stan goriva było na dole (w Fiacie 600D zresztą też):
https://www.oldtimer-shop.eu/en/zastava-750-instruments-cluster-tacho-speedometer-interior-3?srsltid=AfmBOorrFSaXdl7VaclCKVmTvPifVpTGVRkIy_jXi4gXqC4TDF0ngnrz
Początkowo nie było też termometru wody, tylko lampka sygnalizująca przegrzanie, ale to osobna sprawa.
np to pewnie po prosu ten sam wskaźnik co temperatury wody, a że z drugiej strony no to musiał być założony odwrotnie, żeby było symetrycznie 😉
*bo to…. miało być
a lampka z powrotem wróciła w unach i sejakach, NIESTETY, ale można wymienić czujnik temperatury na cieniasowy i przełącznik benzyna/temperatura zrobić i działa 🙂 przerobiłem tak koledze w seju
inna sprawa, że tego silnika w zasadzie nie da się zagotować jeśli tylko wentylator i układ go załączający jest sprawny
Podałbyś tytuły tych książek o Agnellim? Jedna z nich to obecnie dostępne w księgarniach „Imperium Agnellich”?
Tak, to ta trzecia, neutralna. Dwie pozostałe są włoskie, mam je jako ebooki na Rakutenie.
Jako ciekawostkę filmową dodam, że Fiatem 600 porusza się główny bohater serialu „Znaki szczególne” grany przez Bronisława Cieślaka – m. in. ten serial sprawił, że Cieślak zagrał porucznika Borewicza. Z przymrużeniem oka dodam, że serial „większy”, to i Fiat większy – w kilku początkowych odcinkach Borewicz jeździ Polskim Fiatem 125p w kolorze brąz.
Żeby było śmieszniej to numer WAE 2263 z pierwszego Poloneza jaki pojawił się w serialu w rzeczywistości jeździł właśnie na Fiacie 600 (choć możliwe, że mogła być to Zastava).
Z tego co pamiętam, na początku lat 90-tych dawało się je jeszcze u nas spotkać w normalnym ruchu, obecnie gdy zauważyłem jedną na ulicy, to uderzyło mnie jak strasznie urosły samochody na przestrzeni lat – co większy SUV mógłby obecnie taką Zastawkę spokojnie zmieścić w bagażniku.
Owszem. Kiedyś wrzucałem na blogowego Facebooka zdjęcie dwóch Mini, pierwotnego i współczesnego, stojących obok siebie (zdjęcie zrobione od tyłu). Kilka osób skomentowało, że to fotomontaż albo ten stary jest dziecięcą zabawką, bo przecież samochody tak nie urosły – ale prawda jest taka, że właśnie tak urosły.
W sieci można znaleźć całe galerie zdjęć z porównaniami np. Fiatów 500, Porsche 911 czy właśnie Mini. Ten ostatni, zwłaszcza w wersjach Countryman, to już średnio spełnia kryteria „mini”. Cóż – w czasach, w których odsetek ludzi z nadwagą (w krajach pierwszego świata) rzadko spada poniżej 55 – 60% jest w tym jakaś logika…
Kiedy po raz pierwszy miałem okazję obejrzeć 500 z bliska, odniosłem wrażenie, że to auto można wnieść do domu po schodach w deszczowy dzień (tę Zastavę widziałem na żywo i ona nie robiła wrażenia aż tak malutkiej). 500 postawione obok jakiegokolwiek współczesnego faktycznie robi wrażenie zabawki dla dziecka. Ale np. 2CV a nawet Mini już nie moim zdaniem; nie wiem czemu tak jest.
O 500-tce zawsze mówiłem, że to segment mikrosamochodu premium, a nie normalny A 🙂
Chyba tu kiedyś wspominałem jak zobaczyłem kanciaka obok golfa 4-ego. Szok i niedowierzanie. Jakoś za Bajtka zapamiętałem to jako większe auto. A seriale PRL oglądane w powtórkach utwierdzały to przekonanie. Ale mm nie kłamią
O fiacie 600 się nie wypowiem bo mnie ni ziębi ni parzy, ale zastava wzbudza we mnie zainteresowanie, nawet jako turyński wóz z innym znaczkiem ; ) Patrząc na „750” czy naszego rodzimego „malacza” widać jednak, że był jakiś postęp – fakt, dalej ta sama przedwojenna filozofia z silnikiem w zadzie, ale zbiornik paliwa w bezpieczniejszym miejscu, ciut bardziej cywilizowane wymiary (chociaż dalej mikroskopijne) czy nawet sama sylwetka – malacz do końca swoich dni nie wyglądał tak archaicznie jak fiat 600/zastava 750 w latach 80. A co do patentu z kanapą, to jak pamiętam niektóre „kaszlaki” także go miały – jak dobrze pamiętam, na Zachodzie tylnej kanapy używano w ostateczności i po prostu składano oparcie i kładziono tam zakupy. (A, no i prototypy 126p Napęd Przedni/Ryjek miały składaną kanapę niezależnie od zastosowanej klapy – standardowej maluchowej czy otwieranej razem z szybą.)
W kwestii Zastavy 750 i filmów z nią polecam film „Lepa sela lepo gore” (Piękna wieś pięknie płonie po polsku), gdzie przewijała się gdzieniegdzie właśnie zastava 750. Dobry i mocny film, kręcony krótko po wojnie na Bałkanach.
Oczywiście, że 126 to był wielki postęp w stosunku do 500/600. To widać już na pierwszy rzut oka, a porównanie wrażeń z jazdy całkowicie to potwierdza.
Na przełomie lat 70/80 działałem a Akademickim Klubie samochodowym. Organizowaliśmy m. in. rajdy studenckie. Jeden odbył się na trasie Łódź – Soczewka. Poza klasyfikacją odbyło się nocne Grand Prix Soczewki dla chętnych. Wygrał kierowca Zastawy 750, Którą złożył od podstaw w warsztacie ojca. Leśna pętla miała ok. 2 km. Wtedy można było wjeżdżać do lasu, wszystko szło na żywioł, gajowy pojawił się dopiero rano, ale został obłaskawiony. Zastawa zostawiła w tyle Maluchy i większe też. Co prawda najlepszy czas wykręcił klubowy kolega Fiatem 125p, ale jako organizator starował poza konkursem, bo myśmy wcześniej przygotowując trasę przejechali ją ze sześć razy każdy różnymi samochodami, a zawodnicy mieli tylko jeden przejazd w kolumnie, aby zapoznać się z trasą.
Jeszcze co do zmotoryzowania Jugosławii to warty odnotowania jest fakt, iż przed wojną stopień zmotoryzowania tego kraju był jeszcze niższy niż II RP, chyba obok Albanii najniższy w Europie. Więc Jugosłowianie mają za co kochać Tito, fakt, że dużo tych samochodów było kupowane za marki zarobione w RFN. W ogóle to słyszałem, że Zastavy dominowały w Serbskiej republice , w Chorwackiej , słoweńskiej i bośniackiej więcej było Renault i Golfów. No ale wiadomo, że Serbia była największa. Ciekawe czy do samego końca produkcji Fico była najlepiej sprzedającym się samochodem Jugosławii, niestety internet milczy na ten temat. Natomiast fakt, że różnorodność tam była większa.
piękna mała Zastawka! mój dziadek taką miał, zjeździł nią wszystkie turystyczno-handlowe kierunki za komuny bez żadnych większych awarii, potem w wielkiej ulewie babcia nią dachowała zjeżdżając za bardzo na pobocze z powodu braku widoczności. Oczywiście babci nic się nie stało, a jak się trochę rozpogodziło milicja przewróciła autko z powrotem na koła i babcia wróciła nią do domu, potem się jakoś udało załatwić nowe nadwozie, już z normalnymi, nie kurołapkowymi drzwiami i Zastavka jeździła dalej.
Ja niestety pamiętam ją tylko z opowieści i zdjęć, bo jak byłem mały to już Dziadkowie mieli „dużą” Zastavę 1100p która równie dzielnie służyła bardzo wiele lat, nawet nowy Duży Fiat którego odbioru w między czasie doczekali się Dziadkowie nie przekonał ich wcale, i go od razu sprzedali na giełdzie, bo woleli Zastavę (zupełnie słusznie)
z małej Zastavki mam jedynie komplet uszczelek silnika od Dziadka, z tym że to w sumie żaden unikat, bo to w zasadzie taki sam komplet jak od seja chociażby, może inna uszczelka głowicy, ale nie pamiętam czy tam ona jest…
ps: zbiornik w maluchu jest akurat w bezpieczniejszym miejscu bo pod tylnym fotelem a nie na grodzi
od ilu mniej-więcej da się kupić małą Zastavkę w b.Jugosławii?? tak z ciekawości, taką tanią no ale nie trup zgnity
kilka lat temu mogłem taką Zastavkę kupić za 1500zł i do dziś żałuję że nie kupiłem 🙁 była już nawet wyspawana (z użyciem np dużych kątowników hutniczych zamiast progów itp, więc waga pewnie z 200kg wzrosła, no i nie było za pięknie, ale za to było to zrobione przepancernie), tylko że jak to zwykle bywa, nie skończone i nie złożone
@benny_pl Że znajdziesz takową w jakimś sensownym stanie w Słowenii i Chorwacji które są w UE to szczerze wątpie. Od ich końca produkcji mija już 40 lat. Tam stojadin jest mało , a co dopiero Fici. Natomiast import z Sebii wiąże się z zapłatą cła , jak i przejściem całej procedury celnej. Niemniej jednak internet zna reeksportowane stamtąd Zastavy 125pz czyli nasze duże fiaty. Więc jest to do przejścia.
Jak sie na zabytka rejestruje to mozna olac cla bo rownie dobrze moze byc po prostu bez papierow 🙂
Nie wywieziesz tak łatwo samochodu z takiego kraju jak Serbia. To nie jest trasa z wiejskiego złomowiska do własnej zagrody, tylko pół Europy do przejechania i zewnętrzna granica UE po drodze (plus wyjazdowa kontrola serbska i być może też macedońska).
@benny_pl Ja bym na Twoim miejscu poszukał oryginalnego Fiata 600. Spokojnie znajdziesz takiego po renowacji. Wyprodukowano ich o wiele więcej, czasami zdarzają się na mobile.de te montowane przez austriackiego Steyra.
@SzK wtrącę taką małą dygresję związaną z Jugosławią i importem aut stamtąd do Polski. Otóż w czasach wojny w Jugosławii , jak i w okresie tuż powojennym, nie był wcale totalnie marginalnym zjawiskiem import bośniackich Volkswagenów przez polskich żołnierzy stacjonujących w Chorwacji i Bośnii. Nie wiem dokładnie jak to działało pod względem sensu stricte formalnym i kosztowym, ale na pewno co najmniej kilkaset Golfów trafiło tak do Polski. Na giełdach były tańsze niż te niemieckie , zupełnie moim zdaniem niesłusznie. Opowiadał mi o tym mój wujek , były wojskowy, który co prawda nie był w YU, ale miał tam sporo znajomych w tych kontyngentach. Parę lat takim Golfem jeździł znajomy mojego ojca, właściciel sklepu rowerowego. Zaś około 2003 roku kiedy oni się trochę odbudowali szala przewróciła się w drugą stronę , to Chrowaci i Bośniacy zaczęli masowo przywozić tanie golfy z krajów zachodniej Europy. Niemniej jakby ktoś wiedział jak to wyglądało dokładnie pod względem formalnym to może podzielić się wiedzą, bo wiem, że na pewno te Golfy nie wjeżdżały do nas jako składaki, najczęściej przyjeżdżały na kołach, ale jak wyglądała kwestia cła to nie wiem.
Fajne zdjecie tytuowe 🙂 wyglada jak z GTA1 albo w sumie 2 bardziej, bo tam byly same takie zabytki rozne 🙂
Widzę, że jest dużo komunistycznych pojazdów ostatnio na tym blogu. Muszę przyznać, że w latach 50 i 60 jeszcze te auta nie wyglądały tragicznie. Moim zdaniem po ok. 1970 roku (poza Ładą 2101/3/6 i Zastavą 101) to była stylistyczna depresja. One wyglądały tak samo paskudnie jak pojazdy BLMC (poza Range Roverem Classic, Jaguarem XJ i Triumphem TR6). Jak Wam się podobają jakiekolwiek auta z bloku wschodniego lub z BLMC i jak Was stać, to sobie kupujcie i cieszcie się z posiadania jakiegokolwiek klasyka. Ja Wam wcale nie zabraniam! 🙂
Bardzo przepraszam, takie się akurat trafiają 🙂 Przy czym Zastavę 750 postrzegam jednak mało komunistycznie, bo to jest wierna kopia Fiata 600. Inaczej niż np. 125p albo Łada, które nie występowały na Zachodzie w tej samej postaci.
Na pocieszenie dodam, że za 45 minut mam spotkanie z właścicielem pojazdu zupełnie niekomunistycznego i bardzo w Polsce nietypowego. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, to następna przejażdżka będzie zupełnie inna 🙂
@SzK Nie ma problemu! Do testów rzeczywiście dostaje się to, co się trafi. 😉
Zgadzam się z Tobą na 100%, że Zastava jest mało komunistyczna i jest wierną kopią Fiata 600. Mnie chodziło tylko o to, że w latach 50 i 60 komunistyczne auta nie były takie złe. O wiele gorzej było w latach 70 i 80.
A to oczywiście prawda. Dopóki do skonstruowania dobrej maszyny wystarczał dobry konstruktor i przybory kreślarskie, dobre maszyny powstawały gdziekolwiek. Problem zaczął się wtedy, gdy zaczęły być potrzebne miliardowe inwestycje i wolna komunikacja pomiędzy setkami ludzi z różnych ośrodków.
PS Przejażdżka zaliczona – jako następny artykuł będziesz mógł tutaj przeczytać wrażenia z jazdy Sumbeamem Rapier Fastback 🙂 Pierwsze zdjęcia wrzuciłem już nawet na FB, można zobaczyć. Tylko nie wiem, czy się wyrobię do wtorku, bo czasu okrutnie mało – być może będę musiał opóźnić publikację o dzień.
Śmiem twierdzić, że w latach 50 tych i 60-tych ze wszystkich komunistycznych krajów najlepsze auta jeździły na Kubie 😉
Hahahaha, bardzo dobre 🙂 Z tym że rewolucja kubańska to 1959r., więc raczej lata 60-te bym powiedział 🙂
Chciałbym napisać, że nie samą Zastavą Jugosłowianie żyli, bo mieli tam przecież do wyboru lokalnie wytwarzane Citroeny, Renault, Volkswageny, a nawet NSU, tylko… no nie da się. Tam jednak symbolem auta dla ludu zawsze był Fićo. Fajnie było to ukazane w filmie „Piękna wieś pięknie płonie”, gdzie było to praktycznie jedyne auto osobowe odgrywające jakąkolwiek rolę: małą Zastavką jeździli główni bohaterowie słuchając po drodze hitów grupy Električni Orgazam, prowadzili warsztat specjalizujący się w tych autkach, zresztą ich sąsiedzi również używali tego modelu do ewakuacji… no i podczas tytułowego pięknego płonięcia wsi płonie również Zastava 750.
Świetny wóz, fajnie utrzymany i z miszmaszem części w duchu tamtej epoki i miejsca, zazdroszczę przejażdżki wozem z Bałkanów, na które od dawna już planuję się kiedyś wybrać, szkoda jedynie, że drugovi od Makedonija odnawiając tapicerkę postawili na taki współczesny wzór, który nie należy do najbardziej estetycznych na świecie, no i ja na miejscu właściciela spróbowałbym poszukać jakiegoś lokalnego radia, ewentualnie zachodni sprzęt z epoki (jak najbardziej się zdarzały w Jugosławii) w miejsce tej abominacji z Unitry z nieczynnym pasmem, ale nie mój wóz, więc nikogo do niczego nie zmuszam🙂. A bagażnik? No cóż, nie wiem czy mam czego zazdrościć, skoro maluch pojemności bagażnika miał całe 30 litrów więcej, tu pewnie też zazwyczaj całość zajmowały narzędzia i zapasowe części.🙂 Przynajmniej o tyle dobrze, że jest jeszcze ten schowek za kanapą jak w Skodach. Kibicuję właścicielowi w dalszej walce o doprowadzenie samochodu do perfekcji!
Swoją drogą do Jugosławii może i nie ma większego sentymentu poza Serbią i Bośnią, ale do tamtejszej popkultury jak najbardziej. Czytałem trochę na ten temat i muzyka z tamtych lat nadal jest znana i uwielbiana praktycznie wszędzie z grupą Bijelo Dugme niejakiego Gorana Bregovicia na czele, która pod względem popularności była jugosłowiańskim odpowiednikiem Beatlesów. Mało tego, 5 lat temu świętowano tam 40-lecie wybuchu jugosłowiańskiej nowej fali, czyli zdecydowanej odpowiedzi na zachodnią muzykę new wave czy post-punk i w obchodach tych dużą rolę odegrał obecny właściciel katalogu nagrań z wytwórni Jugoton, czyli Croatia Records z Zagrzebia: odnowione teledyski, reedycje płyt i to często grup pochodzących z Belgradu, także jest porozumienie ponad podziałami.🙂
@Projektor to już było parę razy przytaczane na blogu praktycznie w każdym artykule zahaczającym o Jugosławie. Sam wspominasz, że akcja dzieje się na serbskiej wiosce. Fico była w YU samochodem najtańszym, faktycznie realnie dostępnym dla prostego chłopa , czy robotnika , a nie np. inżyniera takiego jak Karwowski w czterdziestolatku. Natomiast Golfami, Kadettami, czy nawet Zastavami ale 132 i 1300/1500 jeździli np. ludzie którzy jeździli na zmywak do RFN, właśnie inżynierowie , prawnicy etc. Podobno największym symbolem statusu był jednak mimo wszystko Golf.
Sztuka to coś zupełnie odrębnego od sytuacji w kraju. Cała nasza cywilizacja przeżywała artystyczny szczyt właśnie w II połowie XX wieku. Od początku epoki powojennej niedługo minie 100 lat, a ogromna większość hitów wszech czasów w muzyce, filmie, literaturze itp. pochodzi z tamtej epoki.
Co do popkultury, to warto mieć na uwadze (o ile kogoś w ogóle to interesuje), że w Jugosławii powstał jeden z pierwszych zespołów black metalowych – jeśli w ogóle nie pierwszy – Zla Krv, bodajże w 1982 lub 1983. O ile zwykle Venom uważa się za pioniera BM, o tyle wczesne płyty Venom są tak średnio blackmetalowe, ale Zla Krv to już zupełnie co innego – coś jak Hellhammer, ale znacznie ostrzejszy. Oczywiście na 99% chłopaki nie chcieli tworzyć nowego gatunku, a ich muzyka wynikała z tego, że chcieli grać agresywnie i szybko, ale nie umieli i nie mieli na czym. Liczy się jednak efekt, no nie? 🙂
Słuchało się Białego Guzika w liceum. Dziś już nie ma tyle czasu na muzykę niestety…
Swoją drogą jak na wsiach mieli tyle aut to tam był dobrobyt pod tym względem porównując do RWPG.
Samochodów na 1000 mieszkańców w Jugosławii było mniej niż 50% wyniku Włoch i 25 albo 30% wyniku krajów germańskich, tyle że u nas było jeszcze mniej, więc oni relatywnie wypadali lepiej. .
W latach *80 na moim podwórku był sobie taki garaż z zarośniętym drzwiami, stał tyle czasu nie dotykany aż się te drzwi rozeszły w szwach i oczom gawiedzi ukazała się zastawa 750 w kolorze szarym w stanie „lalunia” tylko do umycia. Wdowa po właścicielu sprzedała garaż a zastawę jako niepotrzebnego starego grata wywaliła na zewnątrz i tak dokonała swojego żywota zdemolowana i wywieziona na złom bo wtedy to był stary grat nikomu nie potrzebny…
No niestety, wtedy tak właśnie było. Z jednej strony szkoda wielka, a z drugiej trudno się dziwić ludziom z tamtej epoki. To zupełnie naturalna reakcja. „Każdy przedmiot stanie się kiedyś zabytkiem, o ile ktoś wcześniej nie wyrzuci go do śmieci” – to najlepsze podsumowanie ewolucji gratów, jakie znam.
Mnie to zastanawia to że w czasach motoryzacyjnego głodu byli ludzie ,którzy ot tak sobie albo „gnili” sobie samochody albo pozbywali się ich ot tak sobie jak by to był bezwartościowy śmieć w stylu papierek po batonie. W tych latach nawet taki zastany okaz miał jeszcze wymierna wartość i byli ludzie ,którzy by to z chęcią kupili i ożywili, mój kumpel wtedy taką prawie rozsypaną zastawkę reanimował i jeździł nią bo takie były czasy…
To zależy od dokładnego momentu. Do pewnego czasu faktycznie, każdy grat miał wartość, później już niekoniecznie, bo reanimowanie stawało się trudniejsze. Pytanie, o którym roku mowa.
mnie też dziwi, KAŻDY samochód w bdb stanie ma wartość ZAWSZE, nawet jak jest starym gratem a nie zabytkiem, to z samego faktu że jest w bdb stanie znajdzie się chętny, nie da dużo, ale o wiele więcej niż na złomie i będzie zadowolony jeździł nim kilka/kilkanaście lat – np ja 🙂
a w latach 2005-15 sam będąc młody kupowałem takie różne wrosty za kilka stówek i je ożywiałem, pojeździłem i sprzedawałem, niewiele drożej, ale liczyła się głównie frajda pojeżdżenia jakimś innym „gratem” no i samo uratowanie go od porzucenia, zwykle kupowałem poprzez włożenie kartki za szybę, ale nie „skup aut” czy „kupię”, tylko zawsze pisałem że jestem miłośnikiem starych samochodów i jeśli jest nie potrzebny to kupię, aby się nie zmarnował, sporo z tych samochodów było od różnych „dziadków” którym było z jednej strony smutno pozbywać się samochodu który mieli pewnie z 20 lat, ale z drugiej strony cieszyli się że nie trafi na zniszczenie, często dorzucali sporo różnych części z piwnicy, widząc że mają do czynienia faktycznie ze świrem który to lubi 🙂
Ja Cię doskonale rozumiem, ale takich jak Ty jest w społeczeństwie dosłownie promil, a gratów na świecie – tyle ile produkuje się aut, tyle że z przesunięciem o kilkanaście czy dwadzieścia parę lat. Czyli dziesiątki milionów rocznie.
grat gratem, jak jest zgnity i ogólnie zmęczony no to trudno, jego czas już po prostu się skończył, ale jak jest to starocie ale zadbane, pewnie to było oczko w głowie tego zmarłego dziadka, to tak się wręcz nie godzi żeby na zniszczenie zostawić…
no ale są różne skrajności, w Lublinie wrasta tez kompletnie zgnity Fiat 127, tak zgnity, że drzwi już odpadły od słupków, no trup z którego już może jedynie drobiazgi by się mogły przydać, ale jeszcze 20 lat temu był to taki „grat do uratowania” ale babcia uparcie twierdziła że niema mowy, nie sprzeda, bo to jej pamiątka po mężu, no i z pamiątki w sumie nie za wiele zostało, choć z dwojga złego fajnie że tak sobie wrasta a nie już dawno jest w hucie
@benny nie każdy ma umiejętności, narzędzia miejsce i czas na naprawy. Jak w starym aucie dostanie od warsztatu kosztorys na kilka koła to wynik jest jeden – na szrot. Tak to działa niestety albo stety (ktoś musi dostarczać nowe furki do puli każda z nich po zakupie jest już używana). Do tego dochodzą przekonania nt. bezpieczeństwa ekologii itp. to może być nawet silniejsze niż ekonomia.
Benny, Ty jesteś inny, a może to złe określenie bo dwuznaczne , Ty jesteś człowiekiem , który z niczego jest w stanie zmontować coś co działa i zadowala Ciebie i dodatkowo innych ludzi np tych „dziadków” od których kupowalłeś te graty. W tym przypadku zabrakło właśnie tego „dziadka” od tej zastawki, pozostała „babcia” , która miała to auto w nosie i się go pozbyła tak jak umiała czyli tak jak to większość kobiet pozbywa się rzeczy im zbędnych lub „starych” i to też niejednokrotnie jest super źródło do pozyskiwania ciekawych sprzętów za bezcen a niekiedy za freee.
Ciekawy wpis, wstyd się przyznać ale kiepsko znam historię Czerwonej Flagi i jej produktów motoryzacyjnych.