PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DZIKI KOT KONTRA JASTRZĄB

 

Jak nazwać nowy model samochodu?

W historii istniało wiele szkół. Niektórzy już samą nazwą próbowali przekonać nabywców, że są najlepsi. U zarania dziejów motoryzacji nie brakowało takich marek jak Protos (gr. „pierwszy”), Excelsior (łac. „lepszy”) albo Invicta (łac. „niezwyciężona”). Czasami używano pojęć związanych z ruchem i podróżowaniem (łacińskie słowo Volvo znaczy „toczę się”, angielski Rover czy niemiecki Wanderer to „wędrowiec”), albo starano się budzić najprostsze miłe skojarzenia (Sunbeam to „promień słońca”, Trabant to „towarzysz podróży”, Triumpha tłumaczyć nie trzeba). W USA popularne było sięganie do historii kraju (Plymouth, Lincoln, Cadillac, deSoto). Najczęściej jednak – oczywiście nie tylko w motoryzacji – firmy przyjmowały nazwiska swych założycieli.

Ciekawiej wygląda nazewnictwo poszczególnych modeli – bo ich jest więcej, więcej więc trzeba kreatywności. Oczywiście można się kłócić, czy na pewno, bo wielu najbardziej prestiżowych producentów używa zwykłych kodów alfanumerycznych (Mercedes, BMW, Audi, Volvo, Saab, Lexus, Infiniti), jednak wielu innych ]wysila się na oryginalniejsze pomysły (Lamborghini, Rolls-Royce, Lancia). Niektórzy zdają się nie przywiązywać do tej kwestii żadnej wagi, mieszając na przestrzeni historii najróżniejsze koncepcje (Fiat, Renault), inni wydają miliony na poszukiwania odpowiednich nazw (np. Ford, kiedy lansował markę Edsel). To wszystko pokazuje, że nazwa produktu ma ograniczony wpływ na jego sprzedaż, mimo to pewne koncepcje cieszą się niesłabnącym powodzeniem: do takich należą np. gatunki dzikich zwierząt, najczęściej drapieżnych.

Drapieżniki szczególnie nadają się na „patronów” aut sportowych, kojarzących się z szybkością, zwinnością i walecznością. Mustang, Viper, Pantera, Puma, Cobra, Barracuda, a nawet cała marka Jaguar – one nie pozostawiają wątpliwości co do swego charakteru (choć z drugiej strony „drapieżność” aut takich jak Scorpio, Falcon czy Lupo budzi głównie śmiech).

Niedawno jeden z Czytelników zorganizował mi okazję do porównania dwóch dzikich zwierząt z USA – Dzikiego Kota i Jastrzębia. Tym pierwszym był Buick Wildcat ’64, tym drugim – Studebaker Hawk ’60. Czteroletni odstęp wydaje się spory, jednak w 1964r. Hawk wciąż był dostępny w bardzo podobnej formie (różniły się głównie detale stylistyki), więc porównanie jest uprawnione.

Wildcat to produkt drugiej najdroższej marki General Motors, kierowanej do ludzi ceniących życiowy komfort i święty spokój (choć ten konkretny model to akurat dwudrzwiowy hardtop, o wyraźnie dynamicznym charakterze). Jak każdy ówczesny produkt Wielkiej Trójki, Wildcat olśniewał blaskiem chromu i miażdżył swą mocą przynajmniej 325 koni mechanicznych.

Foto: materiał producenta

Z kolei Hawk, wyprodukowany przez dogorywającą już wówczas firmę tradycyjnie skupioną na solidności, nie mógł nadążyć za konkurentami, mimo intensywnego pudrowania i prób podążania za modą. Był więc adresowany do ludzi starszych, pamiętających markę Studebaker z jej złotych czasów.

Foto: materiał producenta

O Wielkiej Trójce i zepchnięciu na margines wszystkich pozostałych producentów aut tym razem pisał nie będę. Skoncentruję się na porównaniu dwóch eleganckich coupé, które w pierwszej połowie lat 60-tych dało się w Stanach kupić za około 3.000 dolarów. Wybierając się na spotkanie z Piotrkiem, właścicielem obydwu aut, miałem nadzieję zbadać, czy cokolwiek mogło przemawiać za opcją „niezależną”?

Samochody nie są niestety zarejestrowane, dlatego jeździliśmy wyłącznie po zamkniętym terenie. Mimo to przejażdżka pokazała wystarczająco dużo, by jakieś ostrożne wnioski wyciągnąć.

***

Wildcat to model „pełnowymiarowy” – ze 123-calowym rozstawem osi (3,12 metra), długością 5,48 metra i masą własną 1,8 tony. Nazwa ta pojawiła się w 1962r. jako wyróżnik najmocniejszej wersji Buicka Invicty z nadwoziem 2d hardtop, rok później awansowała do rangi osobnego modelu z pełną gamą nadwozi. W omawianym 1964r. silnik pozostał ten sam (6,6 litra, 325 KM – jak w znanym nam już sedanie z 1960r.), ale zmieniły się skrzynie biegów: zamiast jedynej dotąd przekładni Dynaflow (działającej de facto z niezmiennym przełożeniem mechanicznym) producent zaoferował trzy- lub czterobiegowy manual oraz trzybiegowy automat Super Turbine 400. Wzmocniło to ducha Dzikiego Kota – najdynamiczniejszego z Buicków.

W 1964r. Wildcat kosztował od 3.164$ i znalazł 84.245 klientów, z czego 23 tys. wybrało dwudrzwiowego hardtopa

Foto: materiał producenta

Hawk to zupełnie inna historia. Zaprezentowany w 1955r. przez słabującą od lat firmę, która nie była w stanie corocznie aktualizować modeli, po pięciu latach wyglądał jak relikt przeszłości. Początkowo występował w wielu wariantach (Flight Hawk, Power Hawk, Sky Hawk, Silver Hawk, Golden Hawk), z których z czasem pozostał tylko jeden – w 1960 i 61r. bezprzymiotnikowy, później, do 1964r., noszący dumne miano Hawk Gran Turismo. Rozstaw osi wynosił 120,5 cala (3,06 metra), długość – 5,18 metra, zaś gama silników zaczynała się od antycznej, dolnozaworowej sześciocylindrówki (2,8 litra, 90 KM), a kończyła na 4,7-litrowym V8 osiągającym 225 KM. Te parametry zbliżały Jastrzębia do młodzieżowego Mustanga, jednak przestarzałość stylizacji i konstrukcji mogli zignorować głównie ludzie świadomie pamiętający XIX stulecie.

W 1964r. Studebaker Hawk kosztował od 2.966$ i przekonał jedynie 1.767 osób – mimo że ówczesna wersja, Hawk GT, była gruntownie restylizowana (miała nowocześniejszą, bardziej regularną sylwetkę i grill wzorowany na Mercedesach, z uwagi na handlową kooperację tych firm na rynku amerykańskim).

Foto: materiał producenta

Te dwa auta były produkowane równocześnie, miały podobnej wielkości nadwozia i silniki oraz zbliżone ceny. Jednak z jakiegoś powodu jeden z nich osiągał kilkanaście razy wyższą sprzedaż.

***

Przedstawiane samochody należą do firmy Old Gold Garage, gdzie można je wynajmować albo kupić. Wraz z Piotrkiem, jednym ze wspólników firmy, zaczęliśmy od Buicka, którego przebieg 52 tys. mil od nowości jest całkowicie oryginalny.

To typowy amerykański krążownik ze szczytowej fazy Epoki Chromu. Wydał mi się on częściowo znajomy, bo wiele założeń – w tym 401-calowy silnik Nailhead V8 – dzielił z cztery lata starszą Electrą 225, którą już opisywałem. Ten sam jest też buickowy charakter, ponad wszystko stawiający komfort, gładkość i płynność. Smoothness – to u tej marki słowo klucz.

Foto: praca własna

Wildcat przypomina Electrę, nie ma jednak tylnych drzwi i reprezentuje odmienną designerską filozofię. W 1960r. Detroit wciąż tworzyło „jeżdżący rzeźby”, w których detale można się wpatrywać bez końca, jednakże właśnie wtedy nastąpiło przesilenie: dzikie ekscesy wieloletniego głównego stylisty GM, Harleya Earla, zostały w kilka lat zniwelowane przez jego następcę, Billa Mitchella. 

Foto: praca własna

Wymyślne, barokowe formy ustąpiły miejsca płaskim blachom, a kopalnie rud chromu musiały chyba wdrożyć programy restrukturyzacyjne. Pomiędzy 1960-64r. 123-calowy rozstaw osi standardowych Buicków nie zmienił się, a nadwozie Wildcata jest wręcz krótsze niż najmniejszego w 1960r. modelu LeSabre – jednak jego dwudrzwiowa kabina bez słupków środkowych optycznie wydłuża bryły komory silnika i bagażnika. Efektowny samochód musi być długi, szeroki, niski i nisko zawieszony: tego jednego paradygmatu Harleya Earla Bill Mitchell nie odważył się zmienić, dlatego Wildcat – wysoki na tylko 143 cm i sunący ledwie 14 cm nad ziemią – wciąż przytłacza swym ogromem, nawet w jesiennej scenerii rodem z filmów o Gangu Olsena.

Foto: praca własna

Ogrom auta potęguje 80-calowa szerokość (2.032 mm), choć rezygnacja z podniesionych skrzydeł błotników czy panoramicznej szyby czołowej pozostawia niedosyt. Taka forma jest oczywiście praktyczniejsza, ale w pojeździe kolekcjonerskim chciałoby się iść na całość.

Foto: praca własna

Seledynowa karoseria ma trochę naturalnej patyny i pojedyncze brakujące detale, jednak trójkolorowe logo – zwane tri-shield i symbolizujące trzy serie Buicków – przetrwało w pełnej okazałości

Foto: praca własna

Szczątkowe skrzydlate błotniki zostały zachowane: większość źródeł podaje, że właśnie rocznik ’64 miał je po raz ostatni, jednak ich echa pojawiały się jeszcze ponad dwadzieścia lat później. Charakterystyczne dla lat 60-tych są natomiast tylne światła w formie poziomych pasów.

Foto: praca własna

Bagażnik ma tylko 456 litrów pojemności, choć subiektywnie wygląda na więcej. Za takie odczucia odpowiada zapewne wielka klapa, duża głębokość kufra i jego bardzo regularny kształt, którego praktyczności – inaczej niż w wielu podobnych krążownikach – nie rujnuje położone na środku koło zapasowe.

Foto: praca własna

Nailhead V8 – nazwany od zaworów przypominających kształtem gwoździe, z długimi trzonkami i małą średnicą – nie różni się od rocznika ’60, również wizualnie. Mamy tu wysokie sprężanie (10,25:1), ostry wałek rozrządu, pojemność 401 c.i. (6,6 litra), moc 325 KM i kolosalny moment 605 Nm. Osiągi mierzono oczywiście według normy SAE, ale one w dalszym ciągu przewyższały bolidy mistrzów świata Formuły 1

Foto: praca własna

…natomiast oznaczenie silnika – Wildcat 445 – jest starsze od samego modelu, bo stosowane od 1959r. (polecam sprawdzić zdjęcia Electry ’60 – jest tam ten sam napis, tylko słabiej widoczny). Liczba oznacza moment obrotowy w stopofuntach, z tym że o ile w 1960r. była to opcja topowa, to cztery lata później stała się podstawową, bo ponad nią pojawiły się Wildcat 465 i Super Wildcat, o mocach 340 i 360 KM.

Foto: praca własna

Wildcat nie ma już tapicerki ze szlachetnego sukna o gwiaździstym deseniu, jednak tworzywa i ich spasowanie nie pozostawiają wiele do życzenia, a stan zachowania jest lepszy niż lakieru. Idealnie pracuje zamek: stosowana przez GM forma obrotowej zębatki zapewnia wyjątkowo lekkie i ciche zatrzaskiwanie, a przy tym jest praktycznie niezniszczalna. Ponad podłokietnikiem znajdziemy mały emblemat dzikiego kota…

Foto: praca własna

…taki sam jak na białym poszyciu dachu.

Foto: praca własna

W Ameryce nawet coupé oferowały pełny komfort pasażerom drugiej klasy. Z wyjątkiem oczywiście wsiadania, a zwłaszcza wysiadania: wprawdzie odchylane po skosie oparcia zostawiają relatywnie szerokie przejście, jednak przy wysiadaniu paskudnie uderzyłem łydką o tylną krawędź siedziska kierowcy – która mimo estetycznego obicia okazała się twarda i ostra.  

Foto: praca własna

Przynajmniej miejsca – jak na dwudrzwiówkę – w Buicku nie brakuje

Foto: praca własna

Na progu widzimy znajome logo „karoseryjnej firmy” Fisher (ha, ha, ha!!), a obok – ciekawy mechanizm pasa bezpieczeństwa, ze sprężynowym zwijaniem

Foto: praca własna

Pierwszy właściciel nie zamówił mocniejszego silnika, opcjonalnej klimatyzacji, elektrycznych szyb czy nawet radia, zdecydował się natomiast na wspomaganie kierownicy i hamulców, przednie tarcze hamulcowe w miejsce bębnów i trzybiegową skrzynię automatyczną. To wszystko były płatne opcje, tyle że zamawiane przez gros klientów. Nożny hamulec postojowy działa jak w Mercedesie.

Foto: praca własna

Kokpit jest mniej efektowny niż w roczniku ’60, ale wygodniejszy w obsłudze. Aha – indywidualne fotele przednie to też opcja… 

Foto: praca własna

…dostarczana w pakiecie z „lotniczą” dźwignią przekładni w podłodze, dodatkowymi schowkami…

Foto: praca własna

…i obrotomierzem z ręcznie ustawianym limitem (oczywiście tylko wizualnym).

Foto: praca własna

Wildcat był modelem „dynamicznym” – i choć dziś tego kokpitu nie skojarzylibyśmy ze sportem, to warto pamiętać o Electrze z jej jednolitą kanapą, poziomym szybkościomierzem i jednobiegowym automatem Dynaflow, będącym jedyną dostępną przekładnią. 

Foto: praca własna

Tutaj też odczytamy jedynie szybkość, poziom paliwa i aktualną godzinę (pozostałe „wskaźniki” to tylko lampki kontrolne), a wszelkie gałki nadal wymagają wykręcania rąk, ale mamy już okrągłe zegary, a między fotelami dodatkowo obrotomierz

Foto: praca własna

Drążek przekładni też wygląda bardziej bojowo

Foto: praca własna

Buick, choć nazywa się Dzikim Kotem, dzikości w sobie nie ma. Tzn. nie w naszym rozumieniu: jest olbrzymi, kanapowaty, jego wnętrze przypomina pokój gościnny, a układ jezdny – miejski autobus.

Jak pewnie widać na zdjęciach, jeździliśmy trochę po wyboistym szutrze, a trochę po starym, zniszczonym asfalcie (przypominającym technologiczną drogę na wielkim placu budowy). Dziki Kot, mimo niskiego prześwitu, wszelkie wertepy wygładza tak, że pasażerowie mogą ich nie zauważyć. Oczywiście nieco przy tym buja, ale na lepszej drodze zapewne zachowywałby się jak latający dywan.

Dla kierowcy najważniejszym wrażeniem jest lekkość działania wszystkich elementów. O zamykaniu drzwi już mówiłem, a podobnie pracuje wszystko. Kierownica nie stawia żadnego oporu (choć przecież jakiś powinna), hamulec wręcz nerwowo łapie na dotknięcie pedału – co nie oznacza dzisiejszej skuteczności, tylko po prostu łatwe blokowanie. Przy małych prędkościach jego dozowanie wymaga wyczucia, większych nie miałem możliwości spróbować, jednak sądzę, że też wymagałyby delikatności (a jednocześnie przewidywania konieczności użycia). Amerykańskie krążowniki ogólnie prowadzi się dwoma palcami, ale Buicki w szczególności – na tym właśnie (między innymi) polegała ich smoothness.

Ponieważ do dyspozycji był kawałek pustego placu, zabawiłem się w tani film akcji i wykręciłem parę ciasnych, szybkich kółek. Zgodnie z oczekiwaniami Dziki Kot okazał się podsterowny już przy całkiem niedużej szybkości – z okręgu wyjeżdża przodem, co dość łatwo kontroluje się gazem (miękkie zawieszenie potęguje efekt przesuwania środka masy pomiędzy osiami). Niestety, kierownica nie przekazuje żadnych informacji: kręci się bez oporu, jak gdyby nic nie łączyło jej z kołami i jezdnią. Stan drogi i wektor ruchu auta możemy jedynie obserwować wzrokowo.

Dynamiczny jest za to rzecz jasna silnik. Dużo bardziej niż w granatowej Electrze: częściowo pewnie dlatego, że na zamkniętym terenie cisnąłem go odważniej niż na wąskiej, publicznej drodze przez wioskę, ale głównie dzięki przekładni – z wciąż silnym poślizgiem konwertera, ale za to trzema, a nie jednym przełożeniem. Biegi zmieniają się szybko i niepostrzeżenie, a wciśnięcie gazu budzi… Dziki Kot to złe porównanie, bo Buick ma zbyt dużą bezwładność, ale koń zrywający się do galopu jest chyba tym właściwym. Dziób podnosi się, oparcie fotela uderza w plecy, a spod maski dochodzi stłumiony, bardzo przyjemny bulgot. Ta jedna reakcja – wciąż gładka, ale szybka i spontaniczna – rzeczywiście ukazuje drapieżność. Przynajmniej w porównaniu z cztery lata starszą, skrzydlatą limuzyną.

Dzikie zwierzę pasuje do dzikiej scenerii 

Foto: praca własna

***

Studebaker to trochę inny świat.

Ówczesny koncerny Wielkiej Trójki do perfekcji opanowały wydajną produkcję milionowych serii produktów, które wyglądały na znacznie droższe niż w rzeczywistości były. Ich samochody porażały wielkością, mocą, komfortem i stylistycznym rozmachem, a do tego zmieniały się każdej jesieni, by robić wrażenie jeszcze wspanialszych. Konkurencyjnych firm nie było na to stać. Ich kierownictwa walczyły dzielnie, ale na dłuższą metę nie miały szans, dlatego przykładowo Kaiser przeniósł się do Argentyny, Nash z Hudsonem utworzyły koncern American Motors i  utrzymały zadziwiająco długo, wyszukując niezagospodarowane nisze, z kolei Studebaker – niegdysiejszy pierwszy wybór wojska, policji, taksówkarzy, przemytników i wszystkich Amerykanów żyjących z niezawodności swego samochodu – zrobił zasadniczo niewiele.

Studebaker nowe modele wprowadzał nieśmiało, z braku efektu skali nie mógł obniżyć cen do poziomów Chevroleta i Forda, a niegdysiejszą przewagę niezawodności stracił za sprawą powszechnej dostępności lepszych materiałów i technologii. W 1954r. powstała spółka Studebaker-Packard, która trzy lata później udostępniła swą (przetrzebioną w międzyczasie) dealerską sieć Mercedesowi. Umowa przyniosła trochę pieniędzy, ale nie powstrzymała równi pochyłej.

Coupé nazwane Jastrzębiem usiłowało uszczknąć kawałek wyższego segmentu rynku, jednak gros jego ceny zjadały koszty, wyraźnie wyższe niż u rywali, a technika do końca pochodziła z modelu Commander, rocznik ’53. Była sukcesywnie uzupełniana o różne modne gadżety, ale z każdym dniem coraz bardziej odstawała od amerykańskiego mainstreamu.

Amerykańskim mainstreamem Hawka nazwać się nie da – jego sylwetka bardziej przypomina Europę. W momencie swej premiery, w 1955r., model wyglądał oryginalnie, ale u progu lat 60-tych – zwyczajnie nieświeżo. Misterne, barokowe formy z doklejonymi na siłę skrzydłami były już passé (tzn. tak orzekł Bill Mitchell), a kształt ramy i proporcje nadwozia uniemożliwiały wygospodarowanie obszernej kabiny. Gdyby na masce znajdował się znaczek BMW, Rovera, Peugeota albo Lancii, moglibyśmy mówić o kolejnym wspaniałym grand tourerze, ale w Stanach, stojąc przy najnowszych Buickach czy Chryslerach Hemi, Studebaker trącił naftaliną. 

Foto: praca własna

Tak, Jastrząb jest jak europejskie GT – w 1962r. przyjął nawet taką nazwę. Z wymiarami 5,18 x 1,83 metra wygląda zgrabniej od Dzikiego Kota, a jego płynne linie, pastelowy lakier i opony z białym bokiem przywodzą na myśl epokę największego rozmachu w historii automobilowej stylistyki. 

Foto: praca własna

Malutkie, uchylne okienko pokazuje, że i kabina przypomina europejskie coupé 2+2

Foto: praca własna

Ogromna powierzchnia maski, finezyjny kształt zderzaka ze zintegrowanymi wlotami powietrza i grill celowo upodabniany do Mercedesów (auta obu marek stały obok siebie w salonach) robią dziś wrażenie ciekawsze niż Buick, choć w tamtych czasach było pewnie odwrotnie. Nieco przeszkadza brak panoramicznej szyby – z tyłu taka jest, więc dlaczego nie z przodu…?

Foto: praca własna

Samochody Epoki Chromu można oglądać i fotografować wielokrotnie, z różnych perspektyw – tu każde ujęcie może fascynować

Foto: praca własna

Skrzydła błotników, które z boku wyglądają na doklejone, z tyłu są już bardziej harmonijne, a zarazem potężniejsze. Całokształt przypomina Cadillaki z lat 1957-58.

Foto: praca własna

Wildcat miał na słupku Dzikiego Kota, Hawk ma na błotniku Jastrzębia

Foto: praca własna

Starszy rodowód konstrukcji oznacza gorsze wykorzystanie przestrzeni, natomiast na plus trzeba zaliczyć niższą krawędź załadunku

Foto: praca własna

Maska otwiera się tylko na tyle, trzeba więc uważać na głowę i mieć zdrowy kręgosłup

Foto: praca własna

Pod maską w oczy rzuca się ogromny tunel wentylatora chłodnicy, ale ważniejsze jest 4,7-litrowe V8 o mocy 210 lub 225 KM. W segmencie popularnym czy średnim tyle wystarczało, natomiast w klasie Buicka wypadało pochwalić się trójką z przodu – zapewne dlatego w 1960r. z cennika Studebakera znikły słabowite odmiany sześciocylindrowe.

Foto: praca własna

225-konny silnik można rozpoznać po podwójnym wydechu i czteroprzelotowym gaźniku (w miejsce dwuprzelotowego). U Piotrka ten pierwszy element jest, drugiego nie ma – być może gaźnik został w międzyczasie podmieniony na łatwiej dostępny?

Foto: praca własna

Większy dystans widać we wnętrzu. Tapicerka wygląda schludnie, ale ubogo naprzeciw Wildcata.

Foto: praca własna

Jeszcze uboższy jest tylny przedział. Oparcie odsłania wąziutkie przejście…

Foto: praca własna

…a archaiczna rama wymusza bardzo niewygodny kształt podłogi, z zagłębieniem tylko przy samym tunelu: konieczność trzymania tam nóg to problem większy niż wyraźnie pomniejszona przestrzeń.  

Foto: praca własna

Wnętrze Jastrzębia, podobnie jak sylwetka nadwozia, zdradza swój wiek – o równą dekadę wyższy niż Dzikiego Kota. Podłoga z przodu ma korzystniejszy kształt, brakuje jednak konsoli, a dźwignia ręcznej, trzybiegowej przekładni tkwi przy kierownicy.

Foto: praca własna

Studebaker pedały ma trzy, hamulec postojowy zaciąga się ręką, a ponad sprzęgłem widać cięgło opcjonalnego overdrive’u, pełniącego funkcję czwartego biegu (Hawk oferował aż cztery rodzaje przekładni: trzybiegową, trzybiegową z overdrive’em, czterobiegową i trzybiegowy automat Flight-O-Matic). 

Foto: praca własna

Kabina jest węższa i ciaśniejsza niż w Buicku, a deska rozdzielcza prostsza i mniej efektowna… 

Foto: praca własna

…choć zestaw wskaźników bogatszy. Jak to w GT

Foto: praca własna

Tu pierwszy właściciel zamówił radio – marki Motorola Golden Voice. Poza tym dopłacił za tarczowe hamulce i ich wspomaganie, wspomaganie kierownicy, nadbieg, indywidualne fotele i (prawdopodobnie) 225-konny silnik – a być może jeszcze coś, czego nie zdołałem zidentyfikować.

Foto: praca własna

Taki kluczyk wygląda dziś śmiesznie, ale przez długie dekady innych w świecie nie było. Pod kluczykiem – cięgło overdrive’u.

Foto: praca własna

Ze Studebakerem sprawa jest ciekawa.

Obiektywnie trudno wskazać jakiekolwiek jego przewagi nad Buickiem. W każdym szczególe widać, że to konstrukcja starsza, z wcześniejszej epoki – począwszy od gorszego wykorzystania przestrzeni, niepraktycznego kształtu ramy i ciasnego przedziału tylnego, poprzez skromniejszy wystrój i komfort, aż po słabszy silnik i znacznie gorzej tłumiące zawieszenie. Jednak mimo wszystko… ja wybrałbym Studebakera.

Nie, nie dlatego, że jestem masochistą, nie żywię też negatywnych uczuć do General Motors. Po przejażdżkach oboma modelami świetnie rozumiem, że Amerykanie epoki Beach Boysów po stokroć woleli odrzutowo-atomowo-ponaddźwiękowe krążowniki Wielkiej Trójki, przy których produkty „niezależne” wyglądały i jeździły po prostu geriatrycznie. Tyle że ja nie jestem Amerykaninem i nie żyję w latach 60-tych – uwielbiam za to styl wielkoturystyczny, a z perspektywy ponad 60 lat skrzydlaty design Raymonda Loewy’ego przyciąga wzrok o wiele skuteczniej niż pudełkowate dzieła Billa Mitchella, a prowadzenie można opisać jako… po prostu europejskie.

Jastrząb jest oczywiście ciaśniejszy, również z przodu. Jego drzwi zamykają się ciężej, a silnik hałasuje donośniej. Przyspieszenie jest bardzo żwawe, bo 60 lat temu ręczna skrzynia robiła wielką różnicę: ćwierć mili Wildcat na pewno przejechałby szybciej, jednak i Hawk po wciśnięciu gazu pokazuje drapieżną naturę. Przekładnia pracuje gładko – choć umieszczenie dźwigni i jej długi skok wydłużają proces zmiany biegów, to elastyczność silnika nie zmusza to jej częstego przeprowadzania. Overdrive’u niestety nie wypróbowałem, bo nie było gdzie dostatecznie się rozpędzić.

Największą różnicą w stosunku do Buicka jest zawieszenie. Tam – ekstremalnie miękkie i bezużyteczne jako kanał przekazywania informacji, tutaj – znacznie sztywniejsze i pozwalające poczuć, co dzieje się pod kołami. To kolejny przykład na to, że w skrajnie rozlazłych podwoziach Amerykanie zakochali się dopiero w drugiej połowie lat 50-tych: ponieważ Cadillac ’49 prowadzi się znacznie lepiej niż jego dziesięć lat młodszy odpowiednik, nie zdziwił mnie podobny rozdźwięk pomiędzy Wildcatem i Hawkiem.

Studebaker jest mniejszy, a więc poręczniejszy. Dla dwóch osób z bagażem miejsca w nim dosyć, zawieszenie chętnie rozmawia z kierowcą (oczywiście kosztem przenoszenia wstrząsów na większych wybojach), a bulgot V8-mki ekscytuje nawet bardziej niż w Buicku (bo nie jest tak wytłumiony). Mocy tu mamy wręcz nadmiar, automatyczną skrzynię dało się za parę baksów domówić, jeśli ktoś wolał. Wnętrze – owszem, pozostawia niedosyt, bo w tej klasie chciałoby się czegoś wykwintniejszego, na miarę klasycznego Maserati czy Mercedesa, za to patrząc na Jastrzębia z zewnątrz wręcz trudno oderwać wzrok.

Nadany późnemu Hawkowi przydomek Gran Turismo był całkowicie uprawniony, jednak i on nie uratował sprzedaży modelu wtedy już przestarzałego, no i słabo trafiającego w gusta klientów rozpieszczanych przez Wielką Trójkę corocznymi festiwalami cali sześciennych i elektromotorków.  

Foto: praca własna

***

Studebaker jako grand tourer – nigdy w życiu nie przypuszczałem, że można by tak powiedzieć, aż do momentu przejażdżki. To po raz kolejny pokazuje, że dane liczbowe czy stereotypy niewiele mówią o charakterze auta. To świetne auto, dokładnie takie jak lubię, tyle że ja poznałem go jako zabytek: dla przedmiotu kolekcjonerskiego nie ma znaczenia, że daty debiutu i produkcji egzemplarza dzieli cała dekada, gdy jednak trzeba walczyć o klienta w salonach, przestarzałość bywa czynnikiem decydującym.

Buick reprezentuje styl, jaki uwielbiali ówcześni Amerykanie. Ja dzisiaj również widzę jego przewagi: dużo większe nadwozie, dużo lepszy komfort i wyposażenie, aż sto koni wyższą moc. Myślę, że w tamtym środowisku, w codziennej eksploatacji, sprawdziły się lepiej, tzn. lepiej dojeżdżałoby się nim do pracy, a w szczególności – lepiej pokonywało długie, międzystanowe trasy. Buick jest nowocześniejszy i dojrzalszy, tyle że w zabytku ważniejszą rolę gra styl i osobiste preferencje. Studebaker wygląda niesamowicie, a ja sam zdecydowanie wolę europejski charakter – dlatego wybrałbym właśnie jego.

W Old Gold Garage nie mają takiego dylematu, bo posiadają oba przedstawiane auta, które być może niedługo wyjadą na drogi. A w kolejce czekają następne, które mam nadzieję przedstawić tu w swoim czasie.

 

Foto tytułowe i końcowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

44 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DZIKI KOT KONTRA JASTRZĄB

  1. Świetny wpis, fajne porównanie i auta z fajną patyną – mam nadzieję że nie staną się ofiarami polerki jak wiele starych wozów w naszym kraju ; ) mam wrażenie że przełom lat 50. i 60. to może nie ostateczny ale jednak pewien koniec niezależnych producentów – bo poza Wielką Trójką kilkoro mniejszych też się połączyło i stworzyło później AMC (mające epizod mezaliansowy z Renault) wchłonięte przez MOPAR – chyba tylko ze względu na Jeepa w sumie. I gdzieś jeszcze był tam Checker Motors w swojej niszy, który jakoś działał do lat 80. i się zwinął ostatecznie z ładnych parę lat temu jak pamiętam.

  2. Bardzo ciekawe porównanie czym był produkt Wielkiej Trójki oraz konkurencji spoza tego kręgu, moim zdaniem dobrze ukazujące czemu te wszystkie marki typu Packard, Studebaker, czy Hudson zwyczajnie nie miały szans z GM, Fordem, i Chryslerem. Po co kupować coś co trąci myszką zarówno pod maską jak i z zewnątrz skoro można mieć za podobne pieniądze auto sporo nowocześniejsze i zgrabniejsze. Pamiętam, że byłem w szoku, gdy na kanale Curious Cars na youtube zobaczyłem Ramblera American rocznik 1960. Ten wóz w ogóle nie wyglądał na przełom lat 50. i 60. Mało tego, on nawet na drugą połowę lat 50. nie wyglądał, bliżej mu było pontonów z okolic rocznika, powiedzmy, 1953.
    W dodatku samochody spoza Big Three nierzadko wyglądają po prostu brzydko na tle najsilniejszych konkurentów – nie ma tych proporcji, czy odpowiedniego umiejscowienia detali. Moim zdaniem wyglądają one dużo bardziej chaotycznie i mniej harmonijnie – jeden mój znajomy dość trafnie określił, że samochody te wyglądają jak nielicencyjne samochody z gier komputerowych: niby widać jaką epokę reprezentują, ale ewidentnie coś jest z nimi nie tak i moim zdaniem również „Sztudebeker” tu zaprezentowany jest trapiony przez tę przypadłość. Wystarczy postawić go obok pierwszego Thunderbirda, żeby nie mieć wątpliwości, który wóz to dziecko Wielkiej Trójki, a który… tych pozostałych.
    Co do kluczyka to przypominam, że amerykańskie wozy do końca lat 80. były otwierane i odpalane czymś w ten deseń. Wątpię, żeby Chevrolety Caprice były jedynymi amerykańskimi autami w rocznikach 1989 czy 1990, którym wystarczał pojedynczy słabo wycięty grot w kluczyku.🙂
    A jeśli chodzi o nazewnictwo to zawsze w tym temacie przypominają mi się takie kwiatki jak niezwykle skromny Bentley Dominator, czy mój ulubiony Dodge Demon, który w tłumaczeniu na polski brzmi jeszcze zabawniej.🙂 Były też dość ciekawe wpadki o perwersyjnych powiązaniach jak Mitsubishi Pajero i Mazda Laputa w krajach hiszpańskojęzycznych, czy też Honda Fitta w Skandynawii (ostatecznie Japończycy wycofali się z tej nazwy i wrócili do słowa Jazz), a liczby też przecież nie są wolne od złych skojarzeń o czym wiemy dzięki historii Alfy Romeo 164 na rynkach dalekowschodnich.😉

    • Skoro o nazwach mowa, to nie padła jeszcze historia Toyoty MR2, którą to nazwę we Francji czytano mniej więcej „em er deux” – czyli podobnie do emmerdu (obesrany). Ponoć sprzedawała się tam słabo.
      Zawsze żałowałem natomiast, że Lamborghini po modelu Egoista, nie wprowadziło modelu Onanista – wpisałoby się znakomicie.
      Innym smaczkiem były nazwy Toyot z lat 80/90 masowo nawiązujące do rozmaitych koron (Corona, Cressida, Cresta, Camry, Corolla itd.), a jak już nie, to chociaż utrzymane w podobnej tonacji (Celica, Celsior). Ewentualnie pomysł VW by nazywać modele od nazw wiatrów (Passat, Scirocco, Corrado, Bora, brakowało niestety modelu „Fart” / „Furz”).
      No i zastanawiam się, kiedy pojawią się na rynku samochody typu „Massacrator”, „God”, „Mauler” albo „Panzerkampfwagen” wpisujące się znakomicie w obecne trendy designerskie, które sprawiają, że samochody stają się tak agresywne, że zapewne niedługo ich detale będą przypominały broń albo ciała pokonanych wrogów.

      • Nazewnictwo to temat rzeka. Bardzo znana jest historia o Chevrolecie Nova – „no va” to po hiszpańsku „nie jedzie”, ale hiszpańskojęzyczni wymawiają to inaczej, tak jakby akcentując obie sylaby, więc słowo napisane razem nie jest tak kojarzone 🙂 A propos „onanisty” to była sprawa z Mitsubishi Pajero – bo znów po hiszpańsku „pajero” znaczy dokładnie to, tym razem już bez fonetycznych niuansów. Dlatego tam Pajero nazywało się Montero.

  3. Gdyby nie te przeogromne skrzydełka z tyłu byłbym za Hawkiem. A do zoomorficznych nazw amerykańskich samochodów można dorzucić jeszcze: Coguar, Stingray, Firebird, Thungerbird.
    Pedały hamulca w wielu amerykańskich klasykach mają dużo większy skok w porównaniu z pojazdami europejskimi (szczególnie z Citroenami z hydrauliką). Żeby się zatrzymać, pedał trzeba wcisnąć 10-15 cm w podłogę. Aż się noga w kolanie prostuje. Ale bywają zasadzki; w moim Blazerze nerwowe, gwałtowne puknięcie hamulca powoduje zadziałanie jakiegoś zaworu wspomagającego i już w 1/3 skoku pedału samochód staje dęba i piszczy oponami albo włącza ułomny ABS (przód hamuje, tył blokuje – bo tam go nie ma).
    Podobnie ze stacyjką, Niepozorny kluczyk (jak od małej kłódki) wkłada się między ramiona pokrętła stacyjki i nimi przekręca się stacyjkę. Po zatrzymaniu silnika, w zerowej pozycji kluczyk można wyjąć i dalej zapalać i gasić silnik. Żeby skutecznie uniemożliwić odpalenie trzeba cofnąć stacyjkę w położenie blokady kierownicy.

    • No fakt – jak ktoś nie lubi skrzydeł, to Studebaker odpada. Ale w latach 50-tych nie było opcji bez skrzydeł:-)

      Amerykańskie stacyjki ze skrzydełkami oczywiście znam, ale w przedstawianych autach ich akurat nie ma, bo to trochę późniejszy patent.

  4. Ciekawe porównanie, tylko niezbyt uczciwe, tzn wcale mnie nie dziwi, że Amerykanie woleli Wildcata jak już on był, no ale jednak Hawk był sporo wcześniej i jedynie okresy produkcji się jeszcze zazębiały, żeby było uczciwie, trzeba by porównywać nowości z tego samego roku premierowego, a i tak się może okazać że któryś zaorał całą konkurencję (jak np DS) i reszta już nawet nie miała szans nic zmienić.

    Dla mnie Hawk tak czy siak i tak wygląda „dziwnie” i to już kwestia właśnie nie wiem czego… może jakiś dziwnych proporcji, no ale wygląda jak by ktoś miał pomysł ale z wykonaniem wyszło jakoś tak sobie i machnęli ręką a niech idzie do produkcji

    choć w Wildcacie też te 3 listewki/wloty na błotniku przednim nijak stylistycznie nie pasują do niczego, a z tą naklejką na drzwiach to już w ogóle wygląda jak by drzwi ktoś wziął od jakiejś innej wersji bidniejszej bez listewek, albo błotnik założył od wersji z listewkami bo taki akurat był (oczywiście ja bym tak zrobił jak by taki błotnik był tańszy na szrocie hehe)

    no i najgorsze z tymi dźwigniami biegów – automat powinien mieć przy kierownicy bo jest to fajne i wygodne w automacie, a z kolei manual jest wygodniejszy w podłodze, więc zupełnie na odwrót 🙂

    ale sceneria faktycznie jak z Gangu Olsena 🙂 co prawda „bunkrów niema, ale i tak jest zajebiście” 🙂

    • Oczywiście, że Studebaker pod koniec produkcji był już przestarzały tylko że cała reszta zmieniała się co roku głównie stylistycznie. Technika pozostawała podobna całymi latami. Inna sprawa, że właśnie wygląd był często decydujący, ludzie kupowali oczami i Wielka Trójka świetnie to wykorzystywała.

      Te trzy wloty powietrza na błotniku to prawdopodobnie pozostałość po tzw. ventiports, które kiedyś, przed wojną, oznaczały 6 lub 8 cylindrów (a było ich odpowiednio 3 lub 4). Później zostały zredukowane, a ponieważ wszystkie Buicki dostały V8, liczba wlotów oznaczała już tylko tańsze lub droższe specyfikacje.

      Co do dźwigni: Amerykanie postrzegali to tak, że w podłodze to jest „na sportowo”, a przy kierownicy – „niesportowo”. Nie łączyli tego w ogóle z rodzajem skrzyni (manual/automat), tylko z charakterem auta. Również dlatego, że dźwignia przy kierownicy umożliwia zastosowanie trzyosobowej kanapy z przodu, a sportowe auto musi mieć indywidualne fotele.

      Fajnie, że jako specjalista od Gangu Olsena też widzisz w tych zdjęciach odpowiednią scenerię 😀

      • Przed odpaleniem Piotrek tankował – za darmo, bo z własnego kanistra, hahaha 🙂

      • Chevrolety montowane pod koniec XX w. w Szwajcarii na Europę miały, w odróżnieniu od amerykańskich, lewarki standardowo montowane w podłodze ( może poza Camaro C 2 Suisse Racer, jedyny Chevrolet, który śladowo trafiał z Europy do Sanów). Ale historia lubi się toczyć w koło; W Hyundaiu Santa Fe (trochę proamerykańska stylizacja) manetka zmiany biegów wróciła na kolumnę kierownicy

      • Ja nie jestem przeciwnikiem wajchy przy kierownicy. Oczywiście wszystko zależy od konkretnej konstrukcji: w Trabancie ona była bardzo niewygodnie umieszczona, Studebaker też pod tym względem jest taki sobie (dźwignia ma bardzo długi skok). Ale już np. taki Wartburg, Fiat 1100 albo nawet nasz 125p we wczesnych rocznikach są dużo lepsze.

      • Kiedyś czytałem, ze pierwsze Camaro i Mustang występowało przez chwilę w wersji z wajchą przy kierownicy i kanapą.
        Ale nabywcy woleli sportowy wizerunek niż komfort spędzania czasu w kinie samochodowym…

        Dla mnie jako współczesnego średniego europejczyka kanapa z wajchą pod fajerą byłaby fajną opcją.

      • Tak, oczywiście – podstawowa przekładnia to było tzw. „three on the tree” – trzybiegowa z wajchą przy kierownicy. Za dopłatą – „four on the floor”, cztery biegi w podłodze, albo oczywiście automat.

        Podstawowa wersja była tania, ale mało atrakcyjna, więc ludzie skuszeni niską ceną bazową przychodzili do salonu, ślinili się i dobierali kolejne opcje – bo za to tylko 30 baksów, za to 15, za to 22… i w ten sposób zostawiali w salonie 150% ceny bazowej.

      • a dla mnie akurat w Trabancie wajcha była bardzo wygodna, jak była porządnie usmarowana towotem na wszystkich połączeniach/przepustach to przełączały się biegi 2 palcami, bez odrywania ręki od kierownicy 🙂 oczywiście wymagało to z miesiąca nauki ale potem bajka, coś nieporównywalnego z ucelowywaniem biegów w maluchu

      • Ja mówię o położeniu tej wajchy, trzeba dziwne ruchy robić. Jechałem tylko kilkadziesiąt minut, więc może faktycznie bym się przyzwyczaił po miesiącu, ale np. w starych Fiatach abo Wartburgach ten rych jest dużo mniejszy i dźwignia całkiem pod ręką.

      • niestety nie jechałem żadnym Fiatem który by miał wajchę przy kierownicy a Warczyburgiem jechałem tylko 1.3 więc miał wajchę w podłodze, i strasznie mi się podobała jazda nim, był super mięciutki (ale się normalnie prowadził), Xantia przy nim to zwykłe auto

      • Bo Xantia to było zwykłe auto, w odróżnieniu od Wartburga.

  5. Ja w kryzysie tankowałem FSO za dwie stare stówy, starczało na 80 km. To właśnie mniej więcej 5 DKK. Tylko Olsen większą bryką jeździł.

    • większą, pewnie z V8-mką, a paliła pewnie też z 15 tak jak DF 😉

  6. W momencie debiutu Hawk w tej najwyższej wersji „Golden” to był prawdziwy mocarz – 275 koni i stosunkowo lekkie, zgrabne nadwozie. Wyposażenie standardowe też miał topowe. Prawdziwe GT, szybsze niż Corvette. Dopiero po jakimś czasie wszystko to zaczeło dziadzieć, a po kryzysie z 1958 to już padło na pysk. Mi osobiście podobają się te bardziej kanciaste klasyki, pewnie jak Bennemu, ale jazda przypominająca ubijanie masła, to chyba jednak nie ten typ doznań.

    • Krążowniki z lat mniej więcej po 1955 są zupełnie jak stara gra komputerowa, z kierownicą bez oporu i bez force feedbacku. Ja czuję się w nich całkiem zdezorientowany. Te wcześniejsze – jak Cadillac ’49 albo właśnie Studebaker – prowadzą się dużo przyjemniej, o dziwo.

      • ja bym bardzo chciał się czymś takim przejechać, bo z Twojego opisu i tak niemam pojęcia jak to się właśnie prowadzi, no ale na pewno nie gorzej od Żuka/Lublina/Kaczki, bo tymi to strach 60 przekraczać, bo się na własnym pasie nie da utrzymać i luz na pół kierownicy

      • Mówisz o Buicku?

        Przede wszystkim, to nic nie czujesz. Kierownica obraca się jednym palcem w każdej sytuacji, niezależnie o wszystkiego. Jakbyś ją na patyk włożył i luźno obracał. A zawieszenie jest takie miękkie, jakbyś jechał po grubym materacu położonym na asfalcie: odrobinę buja w zależności od wielkości dziur, ale to jest ogromnie stłumione i przefiltrowane, tak jak właśnie przez gruby materac.

      • no ok rozumiem, ale czy z tego wynika też to, że wszystko jest takie rozlazłe i nie dające się prowadzić jak taki Żuk np? czy normalnie jedzie prosto, bez luzów, tylko tak wszystko leciutko? no bo jak tak to ciut dziwne uczucie ale nic złego, ogólnie ja mam takie wspomaganie w Zafirze bo przełożyłem z nowszej i z diesla i tam pompa była na 3 kabelki sterowania a u mnie na dwa więc podłączyłem tylko zasilanie i załączanie po kluczyku i tyle i działa na maxa, niema sterowania utwardzającego wraz ze wzrostem prędkości i w czasie jazdy działa bardzo lekko ale to nic złego, dość nietypowe ale w sumie fajne 🙂

      • Z samego braku czucia już wynika rozlazłość, bo kompletnie nie wiesz, co się dzieje – czy przejedziesz ten zakręt, czy może z niego wylecisz. W normalnym aucie czujesz coś na kierownicy, w klasycznych Amerykanach nie (chociaż w różnym stopniu – z moich skromnych doświadczeń Cadillac ’59 był najgorszy).

      • Czy ten brak czucia kierownicy i drogi zakłóca trochę relaks z kanapowej jazdy? W sensie, ze jak nie masz pewności, czy auto zmieści się w pasie podczas skręcania, to się trochę stresujesz, co powinno być wykluczone w samochodzie nastawionym na komfort?

      • Do tego trzeba by pojeździć więcej po drogach. Ja jeździłem innymi podobnymi modelami – po prostu trzeba przywyknąć do innej skali odniesienia. Nam to przeszkadza, że przy skręcie w przecznicę koła piszczą przy 25 km/h, ale Amerykanie po prostu wiedzieli, że trzeba wyhamować do 15 i tyle. Nie znali innych aut, więc im to nie wadziło. W takim Buicku jedzie się bardzo fajnie, tylko po prostu trzeba dostosować styl jazdy do sprzętu, jak zresztą zawsze.

  7. Z obecnej perspektywy wygrywa Studebaker Hawk – wygląda jak auto od Coachbuildera. A co do nazewnictwa, to mam wrażenie, że Amerykański przemył motoryzacyjny przeważnie recypuje nazewnictwo od Indian – te wszystkie Cherokee, Thunderbirdy, Firebirdy, Mustangi, Pathfindery, Apache, czy Pontiacki. Swoją drogą ciekawe co by było, gdyby obecnie jakiś Południowoafrykański producent wypuścił flagowe GT o nazwie „Masaj”, uzupełniony miejskim samochodzikiem segmentu A o nazwie „Pigmej”.

    • Masajowie to Kenia-Tanzania, Pigmeje to Afryka środkowo-zachodnia 🙂 W RPA żyją przykładowo Zulusi (między innymi) – którzy podbili ten teren bardzo brutalnie, niedługo przed przybyciem kolonistów z Europy, ale to tylko na marginesie 🙂

      Fakt, że Amerykanie często odwołują się do indiańskiej symboliki.

      • Amerykanie też pokojowo nie zdobywali terytoriów Indian 😉

      • Oczywiście – nikt nigdy nie twierdził, że pokojowo. Mnie tylko chodzi o to, że np. podbój Meksyku, Peru albo dzisiejszej RPA przez Europejczyków był po prostu pokonaniem jednego imperium przez drugie, na zasadzie „trafiła kosa na kamień” – a dziś mówi się, że okrutni najeźdźcy wybili miłujących pokój hippisów. Nie – okrutni najeźdźcy podbili poprzednich okrutnych najeźdźców. Nie zmniejsza to ich okrucieństwa, ale jednak zasadniczo zmienia postać rzeczy.

      • Z tą postacią rzeczy to byłbym ostrożny. W końcu słowianie zajmują obecnie tereny, których wcześniejszych mieszkańców uznaje się raczej za germanów.
        Ot, podboje są po prostu częścią natury (i to nie tylko ludzkiej)

      • Mnie właśnie o to chodzi, że wszyscy podbijali wszystkich – tymczasem dziś kładzie się ludziom do głów, że agresywni byli tylko Europejczycy, a wszyscy inni to święci.

        PS Z Germanami jest odwrotnie – mniej więcej całe terytorium NRD, po Łabę, było słowiańskie aż do średniowiecza. Wieleci, Obodrzyce, Serbołużyczanie – tak nazywały się tamtejsze plemiona, z których tylko to ostatnie dotrwało do dziś (w bardzo szczątkowej formie, w zasadzie to już czas przeszły). Wiele miejscowości i nawet dzielnic Berlina ma słowiańskie nazwy, typu Pankow, Treptow, Koepenick (czyli Kopienice po naszemu). Ziemia Lubuska to też nazwa pochodząca od miasta Lubusz, które dziś nazywa się Lebus i leży w Niemczech. Ale oczywiście to prawda, że te ziemie przechodziły z rąk do rąk – najlepszy przykład do Śląsk i Pomorze.

      • Słowianie na arenie dziejów pojawiają sie gdzieś koło V w. n.e. Wcześniej na terenach dzisiejszej Polski żyli Goci, których zalicza sie do German.

        Europejczycy byli po prostu skuteczni. „Grali wyjazdowo” i przede wszystkim potrafili podgrzewać lokalne konflikty. Ekspansja jest chyba podstawowym prawem przyrody, nawet wszechświat się ciągle rozszerza zbliżając się do nieuchronnego końca.

      • Otóż to!! Zgoda w 100%, że Europejczycy po prostu byli skuteczni. Chyba że akurat przyszedł Dżyngis-chan albo pierwsi następcy Mahometa, ale to tylko krótkie epizody
        😉

        Goci tak, oczywiście, w czasie wędrówki ludów byli tu u nas, a krakowskie kopce Wandy i Kraka prawdopodobnie usypali Celtowie (bo są zorientowane na linię wschodu-zachodu słońca w dniu najważniejszego celtyckiego święta). Ale tamte czasy są ogólnie mało znane, znamy je tylko z archeologii.

      • hehehe te kopce to śmiechu warte 😉 jakieś 3tyś lat po piramidach na naszych ziemiach max co udało się zbudować 😉 no ale jaki kraj takie piramidy 😉

  8. @SzK racja, filmy wbiły nam do głów bambinizm i pocahontakizm, a jak ostatnio słuchałem historycznego podcastu, to w prekolumbijskich Stanach to była jedna wielka wojna domowa, niszczenie wiosek, zabijanie cywili i tortury jeńców tak dla zasady, honoru i rytuału. Masakra jednym słowem

    • Prawda jest taka, że dokładnie to samo można by powiedzieć o Europie – w zasadzie ciężko znaleźć okres historyczny, gdzie na naszym kontynencie nie toczyła się gdzieś akurat jakaś wojna, często połączona z ludobójstwem sąsiadów. Wyszliśmy natomiast od nazw samochodów, w których nazwach Amerykanie chętnie odwołują się do dziedzictwa Indian, nazywając samochody nazwami plemion (Cherokee), imionami wodzów (Pontiac stał na czele powstania Indian), bądź odwołując się do ich mitologii (Thunderbird), chociaż gdy owe plamiona i wodzowie istnieli, to byli przez nich dosyć skutecznie zwalczani. Z tej perspektywy jest to trochę niecodzienne – trochę tak jakby w Państwie położonym w Palestynie, po dokonaniu ostatecznego podboju tamtejszych ziem, zaczęli nazywać produkowane przez siebie samochody „Arafat”, „Hamas” itp.

      • Tak, ja rozumiem o czym mówisz i zgadzam się, że to nietypowe zachowanie. Ale tak się utarło, że Amerykanie indiańskie dziedzictwo w jakimś tam stopniu przyswoili, jak by to dziwnie nie wyglądało.

      • Największy swego czasu producent motocykli w Stanach (i chyba na świecie) nazywa się Indian – rok założenia 1901. Któraś drużyna NFL do niedawna nazywała się Redskins. Nie mówiąc już o tym ze jakieś 80% toponimów w Stanach pochodzi z języków indiańskich.

    • Hahaha, dobre 🙂 Chodzi oczywiście o siłę, szybkość i wykorzystanie przez ludzi, a nie o nawyki żywieniowe 😉