PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DZIŚ JUŻ TAKICH NIE ROBIO

 

„DZIŚ JUŻ TAKICH NIE ROBIO” – uwielbiają powtarzać samochodziarze. Sam też tak powtarzam, bardzo często. Ale chyba jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się skomentować tak modelu, który w salonie stał jeszcze w tym samym roku.

Lexus LC. Jeszcze kilka miesięcy temu mogliśmy składać zamówienia na nowe egzemplarze, ale teraz już nie możemy. To jest już „model historyczny”. Resztki zapasów gdzieś jeszcze może się znajdą, natomiast skonfigurować nowego auta już się nie da. Fabryczna linia stanęła w sierpniu, więc czas narzekań, że „już takich nie robio”, można uznać za otwarty.

A dlaczego to takie istotne? Bo to ostatni samochód tego typu. Ostatni klasyczny grand tourer z tylnym napędem i wolnossącym silnikiem V8. Owszem, jest jeszcze Mustang GT, ale z niego taki GT, jak z „Malucha” coupé. No bo co – nie wygląda „Maluch” jak coupé…?

Co jeszcze zostało? Bentley Continental – biturbo 4×4. Podobnie BMW M8 i M850i, Mercedes SL, AMG GT oraz… nie, nie ma już żadnego oraz. Lexus LC był ostatni. Żył długo, prawie dekadę. Dla samochodów to dużo, nawet w tym segmencie. Jak przystało na pełnokrwiste GT, miał wersję zamkniętą i otwartą, jak przystało na Lexusa – również odmianę hybrydową, w dodatku taką ulepszoną, specjalnie na potrzeby tego modelu. LC miał być wyjątkowy i taki był. Niestety już w czasie przeszłym.

Z przejażdżką też wyszło wyjątkowo: odbyłem ją 26 września, miesiąc po wycofaniu modelu z produkcji, ale też dokładnie w szóstą rocznicę publikacji wpisu o Porsche 928 – auta należącego do tego samego gatunku i… tego samego człowieka, kolegi Marcina. Dokładnie rzecz biorąc, Porsche Marcin posiada dalej, aktualnie już nawet kilka sztuk (jedną z nich ściga się nawet po torach), tyle że jego żona, Hania, postawiła warunek: też chciała mieć fajnego GT-ka. Wybór padł na Lexusa LC, w konkretnej specyfikacji. Poszukiwania trwały pół roku, ale się udały, a na przejażdżkę umówiliśmy się w szóstą rocznicę artykułu o 928. To czysty przypadek, który Marcin zauważył po fakcie – napisał mi SMSa dokładnie w chwili, gdy zabierałem się do gryzmolenia niniejszego akapitu. Tak załatwił mi sprawę wstępu.

***

Oznaczenie Lexus LC (w wymowie japońskiej REKUSASU ERU SHĪ) rozwija się jako Luxury Coupé (w wymowie japońskiej RAGUJUARĪ KŪPE). Mało oryginalnie, ale historycznie spójnie, bo pierwszy model marki nazywał się (L)uxury (S)edan, drugi – (S)port (C)oupé, i tak dalej.

Pierwszą zapowiedzią LC był prototyp LF-LC Concept pokazany w styczniu 2012r. w Detroit, a zaprojektowany w ośrodku Calty Design Research w Kalifornii. Tak, koncern Toyoty zatrudnia inżynierów w USA – i to już od lat 70-tych, choć ostateczne słowo należy do Japończyków. Również w tym przypadku za doprowadzenie modelu koncepcyjnego do stadium produkcji seryjnej odpowiadało Toyota Technical Centre działające przy siedzibie firmy, w prefekturze Aichi.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Premiera rynkowa nastąpiła cztery lata później, w styczniu 2016r., również w Detroit. Początkowo przedstawiono tylko wersję LC 500, zamkniętą i czysto spalinową: z pięciolitrową V8-mką 2UR-GSE wywodzącą się z modeli RC-F i GS-F, ale wzmocnioną do 464 KM i połączoną z automatyczną skrzynią o aż dziesięciu przełożeniach.

Design został złagodzony, ale tylko nieznacznie. Wymiary 4.760 x 1.920 mm przy rozstawie osi 2.870 mm były słuszne, lecz porównywalne z Mercedesem AMG GT czy BMW M850i.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Miesiąc później doszła hybrydowa wersja LC 500h, oparta na 3,5-litrowej, 300-konnej V6-tce (8GR-FXS) i elektrycznym silniku 180-konnym, co dało systemową moc 360 KM. Zastosowano tu nowy rodzaj układu nazwany Multi Stage Hybrid System, który obok toyotowskiej przekładni obiegowej posiada również czterostopniową skrzynię automatyczną, optymalizującą wykorzystanie mocy i zbliżającą doświadczenie kierowcy do samochodów klasycznych.

Osiągi obu odmian były podobne: przyspieszenie do 100 km/h w odpowiednio 4,7 i 5 sekund, prędkości maksymalne 270 i 250 km/h (obie sztucznie ograniczone), z tym że hybryda spalała o aż prawie połowę mniej (średnio 6,4 zamiast 11,6 litra na 100 km, oczywiście czysto teoretycznie).

Cabriolet zadebiutował prawie cztery lata później – w listopadzie 2019r., na wystawie w Los Angeles. Występował wyłącznie jako V8, bo karoseria nie mieściła równocześnie układu hybrydowego i złożonego dachu wraz z mechanizmem.

Foto: materiał producenta

Gdzieniegdzie można przeczytać, że Lexus LC był produkowany ręcznie. To niezupełnie tak: auto wyjeżdżało z fabryki Motomachi, która używa bardzo zaawansowanych technologii i maszyn, ale wcześniej montowała model LF-A w sposób faktycznie rzemieślniczy, a doświadczonych przy nim fachowców – tzw. mistrzów Takumi – oddelegowała do pracy przy LC. Dzięki małej skali produkcji wyselekcjonowani fachowcy mogli spędzać aż do 20 minut na pojedynczej czynności, której czas w branży liczy się zwykle w sekundach. Wszystkie ściany fabryki pomalowano na śnieżnobiało, by nie umykały żadne zabrudzenia, a najwięcej czasu przeznaczano na kontrolę jakości.

Główny inżynier Motomachi, Haruhiko Tanahashi

Foto: Bertel Schmitt, Licencja CC

Mimo takich nakładów i małoskalowej produkcji Lexus LC pozostał tańszy od konkurentów. W 2021r. w USA V8-ka kosztowała od 93.050 dolarów, podczas gdy Jaguar F-Type R Coupé od 103.200, BMW M850i xDrive Coupé od 111.900, a Mercedes-AMG GT Coupé od 118.600. W Polsce było oczywiście drożej o prawie 2/3 (!!), bo wiadomo – 10% cła, 18,6% akcyzy, 23% VAT, unijne grzywny za CO2, itp. Relacje polskich cen były trochę inne, ale Lexus pozostał najtańszy: kosztował od 584 tys. zł, podczas gdy BMW 635 tys., Mercedes 642 tys., a Jaguar aż 754 tys.

Klienci niekoniecznie to docenili. Do sierpnia 2026r. powstało tylko około 15 tys. Lexusów LC, czyli mniej niż 1,5 tys. rocznie. Do Europy trafiał średnio mniej niż jeden egzemplarz dziennie. Dla porównania: Porsche 911 znajduje około 50 tys. klientów na rok, Mercedes AMG GT i Bentley Continental GT – po 4-5 tys.

Foto: materiał producenta

***

Lexus Marcina – a dokładniej to Hani – miał mieć otwarte nadwozie, ciemnozielony lakier i beżową skórę. Popieram – dokładnie tak wyobrażam sobie swój najbardziej wymarzony samochód, czyli Mercedesa „Pagodę” (tam chciałbym jeszcze kierownicę w kolorze kości słoniowej, ale w Lexusie nie ma takiej opcji). Auto pochodzi z rocznika 2020, a jego przebieg to ledwie 21 tkm. Ja dodałem do tego około 60 ciągle zastanawiając się, czy najwspanialszy gatunek samochodu, jakim jest grand tourer, obecnie ma jeszcze sens?

Najważniejszym wyróżnikiem GT jest oczywiście Styl. Lexusa uważam za majstersztyk designu: on prezentuje się zjawiskowo, przecząc poglądowi jakoby „wszystko już było” i pozostało nam wyłącznie remiksowanie dawno zgranych kawałków. Sylwetka jest nieoczywista, jednocześnie dynamiczna i szykowna, a przy tym jednoznacznie identyfikująca tożsamość auta. Druga, jeszcze istotniejsza sprawa to Jakość: każdy, kogo zniesmaczyły zdjęcia ISO Rivolty S4, nie pomylił segmentu, tylko epokę i kraj.

Foto: praca własna

Ile różnych kształtów grilla można jeszcze wymyślić? Stylista Lexusa, Katsuhiko Inatomi, udowodnił, że ludzka kreatywność nie na granic i połączył dwa wloty powietrza w pojedynczy kształt klepsydry.

Foto: praca własna

Jedni piszą „klepsydra”, inni „wrzeciono”. Mnie bardziej fascynuje misterne, niejednolite wypełnienie grilla. Poza tym pierwszy raz w życiu jechałem Lexusem bez niebieskiej poświaty wokół logo – czyli bez napędu hybrydowego.

Foto: praca własna

Reflektory, jak większość LEDów, nie przypominają ludzkich oczu, więc nie nadają autu przyjaznego wyrazu twarzy. Ale dziś już raczej tak będzie.

Foto: praca własna

Duże gabaryty dają nadzieję na dobrą użytkowość – niestety to mylne wrażenie. Dwie osoby nie znajdą powodów do narzekań, jednak z tyłu usiąść praktycznie się nie da, a większość przestrzeni bagażowej zajmuje złożony dach wraz z mechanizmem. Chociaż tyle, że sylwetka naprawdę potrafi zachwycić. Podobnie jak Jakość: lakier każdego egzemplarza kontrolerzy sprawdzali w szklanej kabinie zalanej ledowym światłem o ogromnym natężeniu, wyłuskującym każdą niedoskonałość. W aucie już sześcioletnim efekt wciąż poraża. Polecam pod tym kątem pooglądać zdjęcia – zwłaszcza to tytułowe.

Foto: praca własna

Pokażę to od razu i nie będę już wracał: tutaj naprawdę nie ma gdzie wejść, nawet gdyby zdjąć wiatrochron. Grand tourer to po prostu samochód dla dwojga.

Foto: praca własna

Z boku widać nietuzinkowość koncepcji stylisty. Linia sugeruje pokaźną różnicę rozstawu kół obu osi – i znowu pudło: różnica wynosi tylko 5 mm, a złudzenie tworzy specyficzny profil drzwi wcinających się w głąb progu. 

Foto: praca własna

21-calowe opony mają rozmiar 245/40 z przodu i 275/35 z tyłu – mimo to potrafią świetnie tłumić nierówności. Na marginesie jeszcze raz powtórzę, że różne opony obu osi to cecha każdej mocnej tylnonapędówki, a nie żadne „szwabskie zboczenie”, jak utrzymują niektórzy. Po prostu wielu ludzi nie zna innych mocnych tylnonapędówek niż szwabskie.

Foto: praca własna

Średnica tarcz hamulcowych to 380 mm, prawie dokładnie 15 cali – opisywane ostatnio ISO miało tej wielkości felgi!! Przy mocy prawie 500 KM i masie własnej ponad dwóch ton hamulce wymagają porządnego chłodzenia, stąd wloty powietrza w przednim zderzaku…

Foto: praca własna

…oraz z tyłu za drzwiami. Te tłumaczą przy okazji specyficzny kształt drzwi. 

Foto: praca własna

Tył jest wysoki, pełny oryginalnych przetłoczeń. Smakowicie wygląda podwójny wydech.

Foto: praca własna

Tylne lampy, gdy nie świecą, odbijają światło jak lustro…

Foto: praca własna

…i w ciekawy sposób zachodzą na boki.

Foto: praca własna

Bez skali odniesienia bagażnik wygląda nieźle (ma nawet pasy zabezpieczające, na wypadek wystąpienia większych przeciążeń), jednak w rzeczywistości to tylko 146 litrów. „Dwie kabinówki i laptop” – mówi Marcin. Ciut więcej oferuje coupé: 172 litry w odmianie hybrydowej, 200 w V8. Tam wchodzą już walizki pełnowymiarowe.

Foto: praca własna

Pod wykładziną znajdziemy akumulator i miejsce na narzędzia (w większości puste, bo Lexusy się nie psują). O kole zapasowym nie ma co marzyć – to dziś taki sam archaizm jak korba rozruchowa.

Foto: praca własna

Czterowarstwowy miękki dach składa się w 15 sekund, nawet w czasie jazdy (byle poniżej 50 km/h). Jego zamknięcie wycisza wnętrze do poziomu coupé (tak twierdzi producent i jestem skłonny mu wierzyć), natomiast w środku robi się trochę ponuro, bo powierzchnie okien są małe. Widoczność w przód i na boki pozostaje akceptowalna, a do tyłu… do parkowania i tak służy kamera.

Foto: praca własna

W cabrioletach czasem fotografuję kokpit z zewnątrz, ale tutaj to niemożliwe. Uwagę zwraca podwójny wiatrochron: gdyby zdjąć ten główny, z przezroczystych poliwęglanów, zostanie jeszcze miniaturowy szklany. To nie jest bajer – w aerodynamice takie drobiazgi miewają ogromne znaczenie.

Foto: praca własna

Jakość tapicerki, podobnie jak lakieru, po prostu powala

Foto: praca własna

Podobno Azjaci nie mają polotu

Foto: praca własna

Karbonowy próg

Foto: praca własna

Fotele oczywiście wspaniałe: podpierają ciało tak, że w ogóle ich nie czuć, a wentylacja skutecznie zapobiega poceniu. Niektórzy wytykają brak funkcji masażu i regulacji wysokości boczków, ale to trochę tak jak ze starymi Mercedesami i ich stałą kolumną kierownicy: konkurenci mieli regulowaną, a i tak zbierali słabsze noty za komfort i pozycję za kółkiem.

Foto: praca własna

Tak wygląda nowoczesny odpowiednik kokpitu Maserati 3500 GT albo ISO Rivolty, tyle że fenomenalny jakościowo i ergonomicznie. Siedzimy głęboko, ciepła lub chłodna bryza wiucha nie tylko na twarz i nogi, ale też z wnętrza fotela i spod zagłówka, byśmy nie przeziębili sobie gardła. Tak grube dywaniki i obicie całego wnętrza skórą lub alcantarą to poziom zarezerwowany do niedawna dla Rolls-Royce’a i Bentleya.

Foto: praca własna

Mnie, przyzwyczajonemu do starszych aut, odrobinę przeszkadza schowanie w pudle nadwozia (tak, fotel można podnieść, ale wrażenie pozostaje) oraz odczucie przebodźcowania ilością dostępnych gadżetów i informacji. Do tego jednak pewnie bym się przyzwyczaił.

Foto: praca własna

Pasy bezpieczeństwa nie podjeżdżają do ręki, za to specjalne zatrzaski przypinają je do oparcia. Tak jest prościej i bardziej niezawodnie.

Foto: praca własna

Przedliftinogwy Lexus LC nie ma ekranów dotykowych. W ten sposób udowadnia tezę, że dziś jednak trudno się bez nich obejść, bo fizycznych przycisków jest zbyt wiele, a do nich dochodzi jeszcze touchpad.

Foto: praca własna

Touchpad nie grzeszy wygodą nawet na biurowym laptopie, a co dopiero w jadącym aucie, dlatego w ramach liftingu producent zastąpił go dotykowym ekranem. Z przyjemniejszych spraw – czy mówiłem już o lexusowej jakości…? Przeszycia tapicerki to mistrzostwo świata, zresztą nie tylko w tym modelu.

Foto: praca własna

Pod klapką znajdują się… kolejne przyciski, w tym otwieranie dachu 

Foto: praca własna

A dalej jedyny w aucie sensowny schowek, z gniazdami do ładowarek 

Foto: praca własna

Fragment kokpitu przed pasażerem…

Foto: praca własna

…z eleganckim ukłonem w stronę Tradycji. 

Foto: praca własna

***

Przerwę na chwilę pokaz zdjęć, bo pewnie macie ich dość, ale spokojnie – jeszcze będą. Na razie powtórzę wymienione już wady: brak prawdziwych tylnych siedzeń, porządnego bagażnika, a nawet schowków, po zamknięciu dachu średnio przyjemne uczucie siedzenia w bunkrze, a także skomplikowana, nieintuicyjna obsługa wyposażenia. Mój niesmak to oczywiście subiektywne zdanie dinozaura mentalnie tkwiącego w poprzednim stuleciu, ale chyba nie jestem w nim odosobniony, skoro producent przeprojektował cały system sterowania dodając dotykowy ekran.

WŁĄCZONY ZAPŁON. Tak – „ZAPŁON”, nie „SAMOCHÓD”. Lexus jest super-nowoczesny, ale prawdziwie samochodziarski, jak dawniej.

Foto: praca własna

Obudzona V8-mka rozpala najpierwotniejsze emocje: nie jest tak wulgarna jak dawne muscle-cars, ale podobnie przyspiesza tętno. Kręci się do 7.300 obrotów, jednak nie od razu: na zimno czerwone pole zaczyna się od 4.500 i dopiero w miarę rozgrzewania silnika stopniowo wędruje w lewo.

To aluminiowa konstrukcja Yamahy z dwoma ruchomymi wałkami rozrządu na głowicę, czterema tytanowymi zaworami na cylinder, bezpośrednim wtryskiem i zmienną długością kolektorów ssących. Wymiary są lekko nadkwadratowe (94 x 89,5 mm), a 471 KM przy 7100 obr/min i 558 Nm przy 4.800 sprawiają, że samochód wydaje się nie mieć masy.

Foto: praca własna

Ruszając odrobinę zestresowałem się wyjazdem z wąskiej uliczki pod domem Marcina i Hani, bo szerokość Lexusa i niska pozycja fotela wcale go nie ułatwiały. Pomogła jednak średnica zawracania (10,8 metra), nie ustępująca ćwierć metra krótszemu Mercedesowi R129.

Auto okazało się bardziej nastawione na komfort niż ściganie – i to bardzo mnie cieszy. W czasach utwardzania każdego samochodu do granic możliwości miło jest spotkać model zaprojektowany według starej szkoły: z wolnossącym V8, tylnym napędem, hydrokinetyczną przekładnią i naprawdę wygodnym podwoziem. Dla amatorów mocnych wrażeń istniała wersja Superturismo wyposażona w twardsze zawieszenie, skrętną oś tylną, szperę i zmienne przełożenie układu kierowniczego, natomiast wersja bazowa jeździ jak dawniej. I taka chyba lepiej oddaje ducha tego modelu.

„Jak dawniej” nie oznacza, że kanapowato. Nadwozie jest wyjątkowo sztywne (zbudowane z super-wytrzymałych gatunków stali, częściowo też aluminium i kompozytów węglowych), a konstruktorzy szczególnie zadbali o rozkład masy. Dzięki temu – a także dużej mocy i świetnym hamulcom – w ogóle nie czuć, że auto waży ponad dwie tony. Każde polecenie, ręką czy nogą, wykonuje bezzwłocznie. Na postoju kierownica prawie nie stawia oporu, w czasie jazdy już tak, proporcjonalnie do szybkości. Lexus potrafi jeździć jak auto sportowe, jednak nie męczy przy tym jadących. Na każde zawołanie pokazuje lwi pazur, ale się z tym nie narzuca, tylko spokojnie czeka, aż kierowca tego zażąda. Zaawansowane, wielowahaczowe zawieszenie skutecznie wygładza wyboje, a o uszy dba system ANC (Active Noise Control), który wyłapuje nieprzyjemne hałasy i generuje w głośnikach przeciwfale (w cabriolecie mikrofon systemu umieszczono w zagłówku kierowcy, by najlepiej służył jemu). Podkreślę, że tłumione są NIEPRZYJEMNE hałasy – bo drapieżny gang V8-mki towarzyszy nam cały czas, zawsze w pożądanej dawce – zależnej od obrotów i wybranego trybu jazdy. Dzięki temu możemy zdecydować, czy słuchamy silnika, czy Luciano Pavarottiego z 13 głośników systemu Mark Levinson. Lexus LC to jedyny znany mi dotąd cabriolet, w którym harmoniczne niuanse muzyki słychać przy otwartym dachu na autostradzie.

Tryb NORMAL aktywuje przycisk na boku gałki, ECO i COMFORT – przekręcenie jej w dół, SPORT i SPORT+ przekręcenie w górę (mówiłem coś o nieinstynktownej obsłudze?). Zmieniają się reakcje na gaz, praca przekładni, sztywność adaptacyjnego zawieszenia, siła wspomagania kierownicy, wygląd zegarów, ale też dźwięk silnika (dzięki ruchomym klapkom w wydechu). Siedem tysięcy obrotów na SPORT+ to coś, co trudno zapomnieć, choć trudno też znaleźć odcinek drogi, gdzie można tego doświadczyć. Na marginesie: popatrzcie raz jeszcze na te przeszycia…

Foto: praca własna

Podobna gałka z drugiej strony zawiaduje elektronicznym aniołem stróżem, a małe przyciski ściemniają zegary, otwierają bagażnik i wlew paliwa, włączają HUD (bardzo wygodny), itp.

Foto: praca własna

Przycisków nie brakuje też na kierownicy (Lexus zatrudniał osobnego kierowcę testowego wyłącznie w celu optymalizacji wyprofilowania kierownicy i jej leżenia w rękach). Łopatki biegów są wykonane z magnezu, ale we współczesnych, super-inteligentych przekładniach uważam je za zbędne (chyba że chcemy się ścigać po torach, ale to niekoniecznie tym autem). Reszta guzików obsługuje telefon, multimedia, aktywny tempomat, wyświetlacz na zestawie wskaźników, a także srebrzysty pierścień obrotomierza.  

Foto: praca własna

Jaki pierścień? Otóż jeśli ktoś słabo widzi menu i komunikaty, może zrobić im więcej miejsca. To raczej bajer, ale też nawiązanie do supersportowego modelu LF-A.

Foto: praca własna

Foto: praca własna

W trybie Sport+ obrotomierz zmienia wygląd. Niezależnie od tego wyświetlacz na dole może pokazywać chwilowe zużycie paliwa, ciśnienia w oponach (przed jazdą Marcin dopompował mi do 3,1 z przodu i 2,8 z tyłu – podobno tyle ma być), albo akcelerometr (na zdjęciu). 

Foto: praca własna

Środkowy ekran może pokazywać mapę nawigacji…

Foto: praca własna

…albo menu ze wspominaną już, niefajną obsługą touchpadem. To zdecydowanie najsłabszy punkt samochodu, zresztą usunięty po liftingu.

Foto: praca własna

Trzeba jednak przyznać, że niełatwo wymyślić proste sterowanie taką wielością funkcji. Np. klimatyzacja ma osobne ustawienia nawiewów w kokpicie, w fotelu i zagłówkach, a także funkcję concierge’a – automatycznego „asystenta” samodzielnie dbającego o termiczny komfort (concierge potrafi np. wykrywać pasażera, w zimie grzać tylko elektrycznie, przez kierownicę i fotel, póki płyn chłodzący nie nabierze temperatury, itp.).

Foto: praca własna

Lexusem – podobnie jak starszymi Mercedesami – można rozkoszować się jadąc całkiem leniwie, bo obcowanie z nim daje mnóstwo doznań niesprowadzających się do pisku opon. Wystrój wnętrza wręcz onieśmiela jakością, muskając gaz słyszymy stłumiony bulgot potężnej V8-mki kręcącej się np. 1.250 razy na minutę – i tylko rzut oka na szybkościomierz ujawnia, że właśnie łamiemy granicę 100 km/h. Tak – przy dwustu byłoby 2.500, tak długi jest ostatni bieg.

Sprint od zera do setki trwa całe pięć sekund, ale wszechogarniający komfort osłabia percepcję przeciążeń. Lexus nie ryczy, nie pali gumy, nie rzuca budą ani pasażerami (nawet na gorszej drodze), dlatego prędkości nabiera zupełnie nie wiadomo kiedy. Niemal dowolne przyspieszenie zdaje się tutaj być nie fizycznym procesem, tylko decyzją wykonywaną natychmiast: przejście z 50 na 90 albo włączenie się z pasa rozbiegowego w autostradowy tłum odbywa się całkowicie niepostrzeżenie, w czasie, który wręcz trudno zmierzyć.

Czy z 1.250 obrotów da się płynnie przyspieszać? Niestety nie wiem, bo każde muśnięcie gazu powoduje redukcję, i to o kilka stopni. Kick-down jeszcze przy 140 km/h zrzuca aż pięć biegów na raz – z dziesiątego na piąty. Takie ekscesy pięknie słychać, ale łagodne zmiany, np. w trakcie ruszania spod świateł w tłumie, widzimy głównie na wyświetlaczu (o ile wybierzemy odpowiedni tryb). Przełożenia rozłożone są bardzo ciasno, dlatego spokojna, acz wcale nie ślamazarna jazda w trybie komfortowym nie podniesie obrotów ponad zakres 1.200-1.800. Ta górna wartość może już oznaczać ryzyko mandatu nawet na autostradzie.

Foto: praca własna

Jak więc podelektować się dynamiką i soczystym nabieraniem obrotów? Najpierw trzeba znaleźć kawałek odpowiedniej drogi. A potem – nie, nie trzeba popełniać przestępstw, tylko przełączyć tryb jazdy na SPORT lub SPORT+. Silnik zmieni swe brzmienie, skrzynia biegów pozwoli mu wkręcić się w rejony maksymalnego momentu przy dużo niższych prędkościach, a zawieszenie i układ kierowniczy dostosują się do nowego poziomu bodźców. Taka możliwość istnieje, tyle że do tego modelu lepiej pasują jednak ustawienia komfortowe: to bardzo miłe, bo choć zapewne nigdy nie kupię sobie Lexusa LC, to fajnie wiedzieć, że nie jestem w swych preferencjach odosobniony. Że nawet w 2026r. takie pojazdy jeszcze produkowano i ktoś je nawet kupował – nie patrząc na czas przejazdu Nordschleife, tylko licząc na radość z jazdy i życia na co dzień.

Jako że nie jestem kierowcą wyścigowym, w zakrętach nie przekraczałem 0,6 g – jednak taka jazda wydawała mi się całkiem luzacka, niemalże relaksowa. Dla porównania: w Civicu Type-R miałem podobne wyniki (z jednorazowym rekordem 0,7 g), ale przy większym skupieniu i przede wszystkim dotkliwym obciążeniu całego układu kostno-szkieletowego, podczas gdy w Lexusie siedziało się jak w bujanym fotelu babci. Uprzedzając pytania – tak, oba auta testowałem na dokładnie tej samej drodze.

W LC-ku moje ciało tylko raz powiedziało dość – ale nie ma zakręcie, a przy próbie pełnego hamowania. Zatrzymawszy się z 80-90 km/h z opóźnieniem 1,2 g poczułem lekkie mdłości – bo Lexus na tyle rozpieszcza zmysły, że mózg nie spodziewa się takich sił i odbiera je jako dysonans. Nie przeżyłem tego nigdy w żadnym bezkompromisowo twardym samochodzie – co można interpretować różnie, niekoniecznie na korzyść Lexusa, ale królewski komfort przy doganianiu Type-Ra naprawdę można docenić.

Foto: praca własna

Gdyby ktoś spytał o spalanie: jak każdy duży benzyniak LC pali tyle, ile pozwoli mu kierowca. W niespiesznej trasie można uzyskać 8,5 litra na 100 km, ale czytałem artykuł, w którym dziennikarz chwalił się 34 litrami. Mnie na 60 km bardzo zróżnicowanej trasy przejechanej w bardzo zróżnicowanym stylu wyszło 14 litrów, Marcin mówi o 16 litrach w mieście i niemal dowolnych wynikach poza nim, zależnie od nastroju kierowcy.

***

Kiedyś najdroższe auta reprezentowały to wszystko, o czym automobiliści marzyli: żeby za kółkiem nie mieć zgniecionego kręgosłupa i poskręcanych stawów, żeby na autostradzie nie ogłuchnąć ani nie stanąć nagle z zatartym silnikiem, żeby w górach nie gotowały się na przemian woda w chłodnicy i płyn hamulcowy, żeby naciskanie prawego pedału powodowało odczuwalne przyspieszenie, a środkowego – sprawne zatrzymanie (najlepiej przed najbliższą przeszkodą). Jednym słowem – żeby podróżować bezstresowo i po dłuższej trasie wysiadać z uśmiechem, czego nie mogły zapewnić samochody tanie. Gatunek GT znajdował się na szczycie hierarchii marzeń, bo dodawał do listy Piękno i Styl – choć i on nie gwarantował porządnej ergonomii czy choćby z grubsza wyrównanych blach poszycia.

Dziś wszystko to oferuje praktycznie każdy samochód. Techniczny i gospodarczy postęp sprawił, że transkontynentalne wakacje można wygodnie odbywać hatchbackiem segmentu B – klimatyzowanym, wyposażonym lepiej, a przyspieszającym podobnie jak niejeden grand tourer z Epoki Chromu. Czy w związku z tym nie ma sensu kupować nic lepszego? To oczywiście względne. Każdy z nas ma inne gusta i oczekiwania, ale niezależnie od możliwości współczesnych aut popularnych Lexus LC wciąż odstaje od nich tak samo jak Mercedes SLC albo Porsche 928 od VW „Garbusa” lub Renault 4.

Dokładnie sześć lat temu pisałem o Marcinowym 928 – projektowanym w czasach, kiedy cywilizacji próbowali przeszkadzać źli ludzie. Kiedy sam Ferry Porsche obmyślał przebranżowienie na produkcję sprzętu rolniczego lub biurowego, bo w przyszłość sportowych aut nie wierzył nawet on. Na szczęście wszystko się odrodziło natychmiast po tym, jak źli ludzie przeszkadzać przestali.

Foto: praca własna

Pół wieku później Porsche 911 znajduje w jeden rok prawie tylu klientów, ilu 928 znalazło w lat osiemnaście. Niestety, grand tourery naprawdę wymierają. Lexus LC 500 – znów udostępniony przez Marcina i obfotografowany przeze mnie na tej samej miedzy – wyszedł właśnie z produkcji bez zapowiedzi następcy. Czy wielki powrót pięknego automobilizmu jeszcze się powtórzy? Czy też automobilowe klejnoty o tym poziomie prezencji, osiągów, komfortu i jakości pozostaną ozdobą muzeów i hobbystycznych blogów…?

Foto: praca własna

Foto tytułowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

53 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: DZIŚ JUŻ TAKICH NIE ROBIO”

  1. Prawda jest brutalna. Na takie auto stać tylko garstkę. A i pojeździć nie ma gdzie, dysponując taką mocą. Mi osobiście szkoda jest że opel ostatnie coupe zakończył na modelu J

    • BMW, Mercedes, Porsche, a nawet Bentley sprzedają wielokrotnie więcej, ale to już nie to, bo silniki doładowane.

      Z popularniejszych marek masz Preludę, Toyotę GR, Mazdę MX-5, Mustanga. Są też BMW 2 i Mercedes CLE, ale z wyjątkiem Mustanga i topowej Toyoty wszędzie silniki 4-cylindrowe.

      • Świetne auto i świetny artykuł, jak zawsze. Wydaje mi się, że Lexus nie uniósł tego auta marketingowo, „nie sprzedał go”. LC został zaprojektowany i zrobiony według starej, dobrej receptury klasycznego grand tourera. To nie jest auto do ulicznych wyścigów, nie jest to auto na tor, żaden muscle car, nie miał być to nośnik najnowszych technologii w wyścigu zbrojeń producentów – to auto dla koneserów. Myślę, że to, co napisał Szczepan, mianowicie że tu chodzi o STYL – najlepiej oddaje sens i filozofię tego auta. Czytałem o tym samochodzie same pozytywne recenzje. Wśród miłośników aut, także redaktorów różnych portali i gazet motoryzacyjnych, przejawia się sentyment do silników wolnossących, tylnego napędu, tęsknota za dawną „analogowością” motoryzacji, jakością wykonania, a Lexus LC wszystko to ma. Mimo to odniósł rynkową porażkę. Czy to tylko kwestia braku rynku na auta klasy GT? Bentley Continental GT, będąc autem przynajmniej dwu-, a najczęściej prawie trzy razy droższym, sprzedawał się trzy razy lepiej… to chyba wiele mówi. To raczej Lexus, będąc o tyle tańszym, powinien się sprzedawać w liczbie trzy razy wyższej niż superluksusowy Benek.
        Niemniej auto piękne, wyrafinowane, eleganckie, gustowne i w moim ulubionym, starym, dobrym stylu klasycznych gieteków z lat 60. Przedstawiciel szlachetnego, acz niestety wymierającego gatunku motoryzacyjnych dzieł sztuki. Dziś już nikt nie odbywa samochodem weekendowych, transeuropejskich podróży na trasie: Londyn–Nicea czy Rzym–Sztokholm. Osiągi i komfort się zdemokratyzowały, a auta stały się czymś na kształt sprzętu AGD, a nie emanacją stylu życia. Typ ludzi, którzy kiedyś kupowali auta klasy Gran Turismo, dziś kupuje prywatne samoloty lub śmigłowce.

      • Ja myślę, że porównywanie Lexusa do Bentleya to jednak trochę porównywanie gruszek do jabłek. Bentley po pierwsze przywodzi na myśl brytyjską klasę (to nic, że jest bardziej niemiecki od dawna) wygląda zachowawczo i, pomimo olbrzymich rozmiarów, o wiele bardziej dyskretnie niż każdy obecnie Lexus, który… No niestety ma estetykę króla remizy w marynarce z poliestru, z fryzurą na żelu i złotym łańcuchem. Piszę „niestety” bo bardzo podobały mi się wczesne Lexusy oraz filozofia i przede wszystkim jakość marki, no ale tej estetyki moje oczy nie wytrzymują. Z tej przyczyny nie zdecydowałem się na RC, ale LC (to już nie mój zakres cenowy) wcale piękniejszy nie jest.
        Sądzę, że wygląd całości, a zwłaszcza przodu, odstraszył naprawdę znaczną część potencjalnej klienteli.
        Nie wiem też, czy Bentley nie jest pozycjonowany tak jak Aston Martin – powyżej Lexusa, który ma i miał „tanie” samochody w ofercie, podczas gdy powyższe marki właściwie nigdy. A że ludzie są próżni, żeby nie powiedzieć, że czasami głupi i na logo oraz markę patrzą, tak jakby ona miała jakiekolwiek znaczenie…
        Lexus LC ma elegancki napęd, elegancki styl (filozofię), elegancką jakość ale opakowane w coś, co przypomina samochodziki Hot Wheels. A to się niestety gryzie. Może gdyby całość stylistycznie przypominała Toyotę Century (chodzi o dyskretny styl), to i klientów byłoby więcej?
        Co do następcy – nie ma, aczkolwiek Toyota GR GT ma mieć V8 i być takim gigantycznym gran turismo, więc w pewnym sensie, o ile będą ją produkować, to będzie to następca.

        Przy okazji zaskoczyło mnie to, że LC powstało tak mało. Na ulicy nieopodal mnie parkował jeden, w bloku 100 m dalej w garażach są dwa (to wszystko z pewnością różne egzemplarze). Ot – błąd poznawczy.

        Tak czy siak to zabawka dla ultra bogatych, tacy nierzadko wybierają teraz ciche bateriowozy, bo przecież chcą być „eko”, to modne (znam taki przypadek), bo motoryzacja, zwłaszcza budząca emocje, staje się coraz bardziej passé. I – wsadzę kij w mrowisko – kto wie czy nie słusznie.

      • ,,Niestety ma estetykę króla remizy w marynarce z poliestru, z fryzurą na żelu i złotym łańcuchem” – to zdanie czytałem myśląc, że masz na myśli wspomnianego Bentleya, a nie opisywanego Lexusa, bo nowe Bentleye mi właśnie z tym się kojarzą (tudzież piłkarzem czy arabskim księciem). Stylistyka LC jest faktycznie odważna, ale moim zdaniem ma być po prostu oryginalna i niekoniecznie wołać światu ,,patrzcie ile kosztowałem” co bez wątpienia jest celem każdego Bentleya.

        I to właśnie moim zdaniem tłumaczy częściowo niską sprzedaż. Nowy bogaty kupi Bentleya, Range’a, Mercedesa Maybacha czy nowe, straszne BMW 7. Bogaci od pokoleń będą szukać czegoś dyskretniejszego tak jak piszesz. A Lexus? No właśnie jest gdzieś pomiędzy tymi grupami, gdzie jak widać wielu klientów nie ma.

      • No właśnie ja też początkowo zrozumiałem, że miało chodzić o Bentleya, bo jakość Lexusa jest po prostu z innej planety.

      • Panowie! Nie odbierajcie Królestwa Remizy BMW E36/46. To ciągle księcia. Królestwo objął M5 Pierwszy. Tylko integracji w remizach coraz mniej, częściej jest na stacjach benzynowych i na drogach, niestety. Lexus to nie te klimaty.

  2. Stylistyka jest na pewno kontrowersyjna, czy – jak to teraz mówią marketingowcy – polaryzująca. Ale mi się akurat podoba, bo ma to, co w każdym samochodowym projekcie jest dla mnie najważniejsze – dobre proporcje. Może o to nietrudno w segmencie GT, ale są przykłady, że nawet tu nie zawsze się udaje (żeby nie szukać daleko – Lexus SC 2 gen.).

    Najbardziej w tym samochodzie podoba mi się to, że do niczego się nie odwołuje, ale tworzy własną historię. Nie jest współczesną interpretacją modelu reprezentującego chwalebne dziedzictwo marki, nie nawiązuje też do przeszłości w sensie bardziej ogólnym. Jest w pozytywnym sensie samochodem nowoczesnym. A to w obecnych czasach rzadkość – prawie wszystko co w dzisiejszym automobilizmie ma wzbudzać emocje opiera się na nostalgii za przeszłością (może poza hipersamochodami, ale one też ostatnio są jakieś nudne).

  3. Piękny samochód. Znacznie, znacznie ładniejszy od drugiego coupe w ofercie – RC. Ten drugi wygląda straszliwie przyciężko i w detalach po prostu nie robi wrażenia. Tu mimo sporych rozmiarów i agresywnych liniach widać elegancję, a nawet (odważę się zaryzykować) trochę lekkości linii.

    Drugi plus to brak wystającego ekranu – najgorszego elementu każdego dzisiejszego samochodu. Niestety wspomniany przez Ciebie lifting wprowadził taki ekran (choć jeszcze nie tak gargantuiczny). Ja rozumiem, że tak jest wygodniej, ale powiedzcie mi, bo może się mylę, jak często z tego wszystkiego korzystacie
    W jednym z moich aut ekran jest chowany i zazwyczaj w tej formie pozostaje. Jak trzeba coś zmienić podnosi się po naciśnięciu przycisku. Czemu dzisiaj tego się tak nie robi?

    • Całkowicie zgadzam się z Tobą w sprawie ekranu – polift wygląda trochę, jakby go ktoś zamontował 'na wierzchu deski. I zadałeś dobre pytanie: oczywiście że dotykowy jest łatwiejszy w obsłudze, niż touchpad, ale z drugiej strony: jak często NAPRAWDĘ MUSISZ sięgać do tego ekranu?

      • Roman zadał dobre pytanie, nad którym chwilę się zastanowiłem: jak często NAPRAWDĘ MUSISZ sięgać do tego ekranu?
        ​Robię rocznie pewnie ze cztery okrążenia Ziemi za kółkiem i praktycznie nie używam ekranów w autach. Ostatni raz, gdy coś zmieniałem w ustawieniach, to kilka miesięcy temu przy wymianie opon – zablokowałem wtedy zawieszenie, bo mam pneumatykę. Poza tym używam wyłącznie panelu klimatyzacji do regulacji temperatury, puszczam muzykę z telefonu i ewentualnie wybieram adres w nawigacji. Nic więcej. Do zmiany twardości zawieszenia mam fizyczne przyciski, ale i tak 99% trasy pokonuję w trybie komfortowym. Do zmiany trybu pracy skrzyni wystarczy centymetrowy ruch lewarka, ale nawet nie pamiętam, kiedy ostatni raz to robiłem.
        ​W drugim aucie przed ruszeniem klikam tylko przyciski wyłączające asystentów prędkości i zmęczenia. Reszta dokładnie tak samo: radio i panel nawiewu.
        ​Mówi się, że dzisiejsze samochody mają tyle funkcji, że bez wielkich wyświetlaczy nie dałoby się ich obsłużyć. Pewnie jest w tym trochę racji. Niemniej raz ustawionych parametrów nie dotykam przez dziesiątki tysięcy kilometrów, a gdyby centralny ekran miał wielkość zwykłego telefonu, w niczym by mi to nie przeszkadzało.

      • Tak, coś w tym jest: w Lexusie chciałem różne funkcje wypróbować, ale na co dzień nie zmieniałbym ich co 5 minut. Natomiast wszystko zależy tu od konkretnego auta, ilości jego funkcji i konkretnego rozwiązania jego systemu. Najczęściej potrzebne funkcje powinno mieć fizyczne przyciski, tutaj się zgadzam w 100%.

    • Ekran na środku mam i w sumie lubię, chociaż przez większość czasu wyświetla mapę z komórki albo kamerę cofania.
      Niby można żyć bez jednego i drugiego, ale mapa w polu widzenia sprawdza sie w trasie a kamerka cofania to genialny wynalazek na parkingach.

      • Zgadzam się całkowicie – nawigacja na ekranie jest dużo wygodniejsza, tyle że dobrze jakby jednak były to Google Maps z telefonu, bo są aktualizowane za darmo i mają najlepszy system informowania o zakłóceniach, itp.

    • Ten chowany ekran ma taką wadę, że po iluś tysiącach ruchów się niestety psuje. Ale z drugiej strony mam taki w C-Klasie – po 17 latach i 194 tkm ciągle działa, więc może te opinie są przesadzone.

  4. Odwołam się do akapitu o fotelach i tego jak dobrze podtrzymują ciało, kiedyś jechałem Lexusem GS300 (tym z 2JZ) przez kilkaset kilometrów autostrada, i siedzisko fotela było tak bajecznie miękkie że (przyzwyczajony do twardych foteli) mózg co chwilę powodował brak czucia w lewej nodze z braku jakichkolwiek bodźców, dopiero poruszanie palcami powodowało że noga z powrotem była częścią ciała, strasznie nietypowe uczucie, do tej pory doświadczyłem go tylko w starym Lexusie.

    Ciekawym uczuciem jest także taka moc silnika, że właściwie to wydaje się jakby masa reszty samochodu nie istniała – i co ciekawe doświadczyłem jej także w wolnossącej V8 – w starej Audi S6 z silnikiem 4.2.

    • Jeśli chodzi o ostatni akapit, to sugeruję przejechać Maserati Granturismo. Niby „tylko” 405 KM, ale wrażenia takie, jakby do silnika przykręcony był szajowóz, a nie dwutonowy samochód. Podkreślam: „wrażenia”, bo na papierze szału nie ma – ale odczucia zza kierownicy zupełnie temu nie odpowiadają 🙂

  5. Wspaniały samochód, jak tylko się pojawił było czuć, że to „jedyny taki” i trochę dinozaur na tle konkurencji. Bentley obecnie Continentala produkuje jako plug in, BMW wycofało z sprzedaży serię 8 (która i tak zawsze była z turbo), Mercedes coś jeszcze robi, ale też od dawna wywalił wolnossący silnik. Jaguar przestał istnieć, Aston tylko turbo. Właściwie to z GT bez turbo i innych „wspomagaczy” to kojarzę obecnie tylko Ferrari. Bo Porsche z GT3 ciężko nazwać gran turismo 😉

    Czy taki samochód jest współcześnie potrzebny? Oczywiście! Tylko nie jak 50 lat temu do super szybkiej jazdy autostradą z stolicy na wybrzeże (czy to Francja, Niemcy, Włochy czy Polska) tylko dla bardziej świadomego kierowcy. Dla czystej radości i przyjemności z obcowania z takim autem, przyjemności z pokonanej trasy. Trochę jak posiłek w restauracji i posiłek w fast food. Po obu będziemy najedzeni, ale jednak uczucie i smak trochę inny.

    • Oczywiście że tak. Z wszystkiego można zrezygnować, ale bycie człowiekiem polega na tym, żeby starać się do czegoś dążyć, a piękno jest właśnie jednym z celów, który może nas motywować. Tym się różnimy od krowy w oborze, której wystarcza, że gospodarz przyniesie codziennie siana i wody.

  6. Z tym porównaniem do Bentleya naturalnie chodziło mi o zestawienie wolumenu sprzedaży między autem klasy GT (stosunkowo dostępnym) a egzotycznym benchmarkiem w tej kategorii. Klasa GT jest obecnie tak nielicznie reprezentowana, że samochody wewnątrz tego segmentu (szeroko rozumianego) dość trudno ze sobą zestawić. Bentley gra we własnej lidze. Jeżeli chodzi o konkurenta, to najbliżej było mu do Mercedesa S Coupé, ale to też już pieśń przeszłości.
    ​Lexusowi chyba najbliżej do SL i BMW 8 (też już nieprodukowanego, a następcy nie ma w planach). Trochę pod względem koncepcji i gabarytów przypomina Ferrari Roma, ale to zupełnie nie ta półka cenowa. Może trochę 911, jeżeli na siłę wciśniemy Porsche do tego segmentu – pod względem użytkowym 911 to jeden z najlepszych samochodów tej klasy, choć pod względem architektury stanowi jej całkowite zaprzeczenie. Aston Martin to już bardziej coś w stylu Maserati GranTurismo. Jaguar już nie robi aut typu GT.
    ​Co do stylistyki – o gustach się nie dyskutuje. Mnie się Lexus podoba: jest „jakiś”, wpisuje się w identyfikację wizualną marki i wzbudza raczej pozytywne reakcje. Mam słabość do luksusowych coupé i podobają mi się chyba wszystkie. Osobiście najbliżej mi do klasycznej linii: Ferrari 250 GT, Ferrari 550 Maranello, Jaguara XK8, Continentala GT, Romy czy Maserati 3500 GT.

  7. Jestem wielbicielem Lexusów, ale tych starszych. Nie mogę się przekonać do tej klepsydry… Te samochody są dla mnie zbyt ostentacyjne.
    Dwa lata temu szukaliśmy SUV-a (dla żony, nie dla mnie). Tak się trafiło, że akurat ktoś mi zarysował zderzak w moim aucie i jako zastępczy dostałem Lexusa RX. Zdjęcia Szczepana idealnie mi go przypomniały. To był absolutnie wspaniały jakościowo samochód. Wszystko, czego się dotykało miało w sobie taki posmak wysokiej jakości. Niestety źle się w nim czułem. Jakoś tak nie na miejscu. Żonie się spodobał, ale dla mnie był zbyt ostentacyjny, jakiś taki „nowobogacki”. Był też ogromny – pierwszy raz w życiu czułem, że ten samochód jest dla mnie za duży. Przymierzaliśmy się więc do mniejszego modelu – NX – ale chemii też nie było…
    Ten LC jest bardzo fajny, kolorystycznie genialny, ale jednak ja już wiem, że nie jestem targetem 🙂
    Mam jakieś zdjęcia tego RX-a, szczególne we wnętrzu widać wspólny „język stylistyczny” z LC, choć to zupełnie inne światy.
    https://zapodaj.net/plik-AGeMI2DV9S
    https://zapodaj.net/plik-MEwxB745MZ
    https://zapodaj.net/plik-T3GIVLvHPT
    https://zapodaj.net/plik-StIlgQxLfM

  8. Fajny artykuł, zresztą jak zawsze. : ) Tak myślę że tytuł „takich już nie robią” idealnie pasuje do obecnej gamy Lexusa – sedanów poza ESem nie robią (wycofali nawet LSa czyli jakby nie było ich model historyczny i flagowy*), a reszta gamy to crossovery wyglądające jak przemetkowane KOMODY czy JAJCO. Gdybym był fanem „rekusasu” to nie tego bym oczekiwał od swojej marki… Gdy były „klepsydry” na zderzaku aut Lexusa, to oferta modelowa była „jakaś”, jakaś zróżnicowana – a teraz nic, tylko znaczek elki w kółku i tyle.

    Swoją drogą ciekawi mnie jak wyglądałoby porównanie na żywo tego LC ze starszym Lexem pokroju pierwszego LSa, SC czy GSa (ciekawostka skrót rozwijano jako Grand Sedan albo Grand Sport) – który by jednak bardziej sprawiał wrażenie komfortowego czy wytrzymałego. Jak wspominałem w komentarzu na fejsbuku to zdarzyło mi się przejechać i opisać pierwszego GSa, i powiem tak – kwestia dynamiki czy komfortu pasuje idealnie do „japońskiej leganzy” czy do opisanego LC. Chyba w tym tkwił sukces Lexusa jako marki – nie tylko trwałe auta, ale i komfortowe, które w razie potrzeby pokazują że mają osiągi.

    *do tego idealnie pasuje cytat z „Psów” Pasikowskiego: „wie Pan co, i to jest (k-) >motyla noga< skandal" – nie wiem kto stał za tym ale IMO bardzo złą decyzję podjął

    • Czyli to nie tylko ja tak czytam te dwie popularne chińskie marki 😉 .

      Prawda też, że zwłaszcza najmniejszy z nowych SUV’ów Lexusa wygląda bardzo chińsko. Zresztą nie tylko on. Najnowszy Macan to ta sama historia.

      Ja to nawet rozumiem, że rynek chiński jest ogromny i chłonny i trzeba coś specjalnego mieć dla nich przygotowane, ale zawsze to były oddzielne modele.

      • A to nie jest tak, że to chińskie samochody wyglądają bardziej „europejsko”? W dobie globalizacji wszystkie auta na świecie projektują ludzie ze wszystkich krajów świata. Znam człowieka, który projektował dla VAGa a potem Geely (Volvo). Pracował z ludźmi zewsząd praktycznie. A potem większość z nich pozwalniali i poprzenosili wszystko do Chin.
        Co ciekawe mówił mi, że projektanci mają bardzo ściśle wytyczone założenia i praktycznie nie ma miejsca na oryginalne pomysły – wszystko ma się mieścić w „genach marki” i odgórnych założeniach oraz budżetach, rzecz jasna. Nie ma jakiegoś wizjonera a la Giugiaro / Pininfarina / Michelotti tylko sztaby ludzi, normy, reguły, deadline’y itd.
        Globalizacja, standaryzacja, cięcie kosztów, optymalizacja fiskalna / ekonomiczna. Motoryzacja robi się nudniejsza i mniej emocjonująca co wynika z czystej ekonomii. I nie wierzę, żeby ten trend się odwrócił. To absolutnie nie tak, że się starzeję i narzekam, że kiedyś to było. Po prostu czasy się zmieniły. Takich już nie robią i nigdy nie będą.
        Wisienka na torcie jest taka, że motoryzacja staje się coraz mniej dostępna – poziom komplikacji pojazdów rośnie a ich ceny w relacji do przychodów wcale nie maleją, wręcz przeciwnie. Mało tego – koszt serwisowania i utrzymania również jest coraz większy bo nie wystarczy już zwykły warsztat z panem Heniem. Rosną za to gargantuiczne zyski coraz bardziej potężnych oligopoli; co zresztą dotyczy wszystkich (?) branż – nie tylko motoryzacyjnej.

      • Akurat zyski to są w wielu przypadkach ujemne, a w pozostałych o wiele niższe niż kilkadziesiąt lat temu. Oczywiście mówię o Europie i USA, gdzie z dawnych motoryzacyjnych potęg zostały resztki. Rozwija się przede wszystkim Azja, jakoś funkcjonuje też kilka europejskich firm z wyższej półki, ale i one opierają się głównie na rynkach azjatyckich, skąd stopniowo wypierają ich azjatyckie firmy.

      • @Carman No jest też Dżili, Boil Your Dog czy inny Sedes, chociaż ten ostatni wycofany z Polski jak pamiętam. No właśnie tej „hinolskości” nowych wozów nie kojarzę, chociaż z drugiej strony jak większość to suv/crossover w mniejszej czy większej budzie…

        @Daozi właśnie z tym wyglądem to mam wrażenie że różnie bywa – chociaż przyznam że się nie przyglądam bo nie chce mi się patrzeć ciągle na pseudoterenówki XD A z wizjonerstwem Dżiordżio czy Pininfariny to bym nie przesadzał, ci drudzy najlepiej rysowali Ferrari (w sumie jakby byli stworzeni tylko do tworzenia aut jednej marki), zaś Giugiaro robił mniejsze i większe własne autoplagiaty – no chyba że o takim wizjonerstwie mówisz, to się bym zgodził; teraz chyba wszyscy zrzynają od siebie nawzajem.

        @SzK mam wrażenie że jeszcze kilka-kilkanaście lat i z europejskich marek zostaną same wozy wyższej klasy i premium sportowe czy dla bogaczy. A resztę koncernów (Renault, koncern na S czy inne VW) to mniej lub bardziej Chińczycy wykupią – a potem większość firm zamkną albo będą sprzedawać swoje „przemetkowane” modele.

  9. Moim zdaniem Lexus LC wygląda całkiem nieźle. 😉 Za to moim ulubionym Lexusem wszechczasów jest LFA. Prawdziwy majstersztyk i jeden z najwspanialszych supersamochodów czasów współczesnych.
    Pozdrawiam i cieszę się, że wielu ludzi zarówno w Polsce jak i w Norwegii zachwyca się czymś innym niż SUVami i crossoverami, które wszędzie widać na ulicach. 🙂

  10. LC jest piękny i wspaniały, szczególnie wnętrze, dopiero na fotach Szczepana uderzyło mnie jego zjawiskowość, ale osobiście bardziej mi leży RC. Jakoś tak bardziej „zwyczajnie” wygląda.
    A w sumie właśnie czy Maserati Gran Turismo ze swoim wolnossącym V8 nie jest jakoś alternatywne dla LC? No, niekoniecznie w kwestii jakości 🙂
    Z pozostałymi Lexami mam nie po drodze, jak już ktoś napisał – nijakie generyki. Podobny problem mam z Nissanem choćby, gdzie są kapitalne GTR, zetki czy Patrole, potem długo, długo nic i dopiero reszta, której kijem nie chciałbym trącić.

    I jeszcze refleksja – jak to powiedział znajomy kilka ładnych lat już sprzedający w salonach różnych marek – współcześnie samochody nie potrzebują więcej jak 200 koni do efektywnej jazdy, bo i tak nie ma gdzie ich używać. Smutne czasy nastały 😔

    • Rzeczywiście tyle koni nie jest potrzebne do człapania w korku lub jazdy z prędkośćią 30km/h zwężoną Marszałkowska za „ekodriverem” w Priusie. Celowo w cudzysłowie, bo gamoń (to też nie jest obraźliwe tylko pieszczotliwe 😉 ) nie wie że snując się na baterii i tak zmusza silnik spalinowy do doładowywania baterii. W dodatku wprowadzenie SCT zmusiło mnie do zmiany mojego V6 na zwykłego 4 cylindrowca. O tempora, o mores!

  11. Ostatnio zastanawiałem się nad zmianą mojej 23-letniej E12, na coś nowszego – może jakaś Mazda bądź Honda. No, coś innego niż Toyota. A tu @SzK zapodaje materiał o LC. Po przeczytaniu nabrałem smaka na (znowuż ta Toyota) Lexusa. Nie na LC, ale taki 10-12 letni CT albo IS byłby jak znalazł 😀

    • LC to niestety półka zbliżona do Bentleya, ja nawet o niej nie myślę. Ale np. RC jest jak najbardziej godny rozważenia – hybryda, 2,0 turbo albo V6 z USA.

      CT opisywałem jakiś czas temu – to jest w zasadzie Corolla z odrobinę lepszymi materiałami i detalami, IS – to samo na bazie Avensisa (dopiero GS/ES/LS są odrębnymi konstrukcjami). Niestety obu tych modeli już nie ma, a szkoda wielka. U Lexusa, jak wszędzie, zostały praktycznie same SUVy.

      • ES z tego co mi wiadomo przez lata opierał się na Camry; niektóre (wszystkie?) generacje były wręcz przemetkowanymi Camry. IS pierwszej generacji to Toyota Altezza, nie wiem jak było z kolejną, to byłoby zaskakujące gdyby bazowała na Avensisie biorąc pod uwagę fakt, że to były auta z RWD i 6 cylindrami (pomijam nieudanego IS 220 d – jedynego diesla), podczas gdy Avensis to FWD z R4. Ale nigdy nie sprawdzałem detali, skoro tak piszesz…
        CT był chyba moim największym rozczarowaniem motoryzacyjnym. Auto w środku wygląda jak zwykły, tani kompakt. Plastiki są okrutnie koszmarne a samo auto nie sprawia wrażenia ani luksusowego, ani nie jest komfortowe ani – to już kwestia subiektywna – nie jest ładne. Nie posiadałem, tylko jechałem, może po jakimś czasie bym się przyzwyczaił. Ale chyba wymieniłbym znaczki Lexusa bo to auto nijak na nie nie zasługuje moim zdaniem. Zresztą to był właściwie hybrydowy Auris w innym kapeluszu i z wyższą ceną, więc czego tu oczekiwać.

      • a co nieudanego jest w IS220 ? bo to zapewne ten sam silnik 2.2 D4D który mam w Avensisie T25, który to już ma ponad milion i dalej jeździ, no co prawda silnik już wymieniony, ale przy prawie 700-set tysiącach, więc ciężko na niego narzekać

  12. Piękne auto, a to, że się nie sprzedawało, to wg kombinacja obecnego wizerunku marki i kiepskiego marketingu. Mam wrażenie, że aktualnie przeciętny klient Lexusa, to taki klient Mercedesa z przed 30 lat, tj. człowiek w średnim wieku i starszy, któremu bardziej niż na fajerwerkach technicznych i stylistycznych zależy na tym żeby po prostu było dobrze i solidnie. LC nie wpisywał się w ten wizerunek dlatego tradycyjny klient go nie kupował (tzn. 30 lat temu kupiłby sobie w prezencie na 70 urodziny, tak jak kiedyś kupowali Mercedesa Coupe, ale dziś przychodząc do salonu na jazdę próbną ma alternatywę w postaci RX-a, gdzie nie będzie bolał kręgosłup przy wsiadaniu i który będzie bardziej stonowany stylistycznie). Oczywiście pozostają jeszcze młodsi klienci w rodzaju piłkarzy, właścicieli giełd kryptowalut itp, ale oni nie chodzą do salonu Lexusa, bo swoją karierę motoryzacyjną zaczynają od Mercedesa CLA, a sam Lexus LC był tak reklamowany, że nawet ja interesujący się motoryzacją średnio pamiętałem o jego istnieniu.

    • Brzmi bardzo logicznie. Nie studiowałem profili klientów Lexusa, ale jako fan starych Mercedesów (nowych już absolutnie nie) potwierdzam, że Lexusy można uznać za ich kontynuatorów i że sam łypię okiem w kierunku używanych egzemplarzy, na wypadek konieczności wymiany C-Klasy. Ale na razie – odpukać!! C-Klasa jeździ bezawaryjnie, więc zamierzam ją trzymać, ile się będzie dało.

      • To tak jak ja – od pewnego czasu łakomym okiem patrzę na ES-a, chociaż zmartwiło mnie, że nowy model jest za mało „grzybowy”.

      • Dołączę się: od wielu lat chodzi mi po głowie IS 250, który teraz już jest starym autem właściwie. Jeszcze RWD, jeszcze z V6 pod maską, jeszcze trochę „analogowy”, jeszcze bez koszmarnego przodu a la kombajn do przyprawy z Diuny. Ale trzeciego auta nie potrzebuję, a póki Camry żyje – zabytek to jednak zabytek.
        ES to tak naprawdę Camry z innym znaczkiem, jeździł ktoś nimi oboma? Jestem ciekaw na ile się różnią; czy faktycznie coś uzasadnia większą cenę Lexusa w tym przypadku?

  13. Pamiętam lata temu artykuł o SUVach w wydaniu specjalnym MotoMagazynu, gdzie autor przewidywał zdominowanie rynku przez ten typ aut. Niestety.

  14. ładny kolor. to na pewno 🙂
    na pewno technicznie bardzo porządny
    ale z wyglądu mi się nie podoba, tak jak tu już ktoś pisał wyżej – zbyt burżujski/nowobogacki i myślę że temu się źle sprzedawał, wygląda jak wściekła wyścigówka i będąc taką pewnie miał by klientów (w cenie i jakości wykonania wnętrza (a co za tym idzie kosztów) amerykańskich muscle-carów)
    za drogie dla „nowych ruskich”
    za tanie dla burżujów
    za ekstrawagancki wygląd dla ceniących jakość i spokój
    więc i ja nie widzę grupy docelowej
    szkoda o tyle że znów zmniejszyła się różnorodność, choć ja za tym nawet bym się nie obejrzał na ulicy, ale ja się za gratami oglądam 🙂
    ale niejednego właściciela na pewno on bardzo cieszy, no i o to chodzi 🙂

  15. @Księgowy – rok temu sprzedałem Corollę E12 TS, do tej pory za nią tęsknię 😉 w zamian obecnie do floty domowej trafiła lizingowa yariska w hybrydzie, i… straszny paździerz z niej. Stara Karola była wykonana znacznie lepiej. Nie wspominając już, że człowiek przyzwyczajony do prymitywnych aut, a tu ciągle coś piszczy, mruga, brzęczy, rozprasza🙄
    Do niedawna Lexus w Stanach oferował bardzo fajny model – IS500 – czyli IS z tym pięciolitrowym V8. Jeszcze z klepsydrą, nie golarką na froncie😉
    @Daozi – red. Szary z Petrolhearta gdzieś kiedyś pisał, jak to w salonie gdzie pracował, stały obok siebie schodzący GS i wchodzący ES, no i w tym pierwszym było czuć premium, w drugim niekoniecznie.

    Dżizas, co ja robię ze swoim życiem, że się tu produkuję o tej porze🙃

    • Oj, TS to już jest kosmos! Kiedyś chodziły opinie, że to wewnętrzna konkurencja dla Celiki VVTL. Osobiście też nie pozbywałbym się E12, ale miałem nią 10 lat temu stłuczkę i pomimo naprawy straszenie ruda weszła. Zwłaszcza w progi i nadkole. A jeśli chodzi o brzęczki to fakt – te nowe auta potrafią ostrzegać przed byle pierdołem, choć… czasem dobrze jak ostrzega przed fotopułpkami.
      IS500 przywodzi na myśl dawnego IS-F, którego jakieś sztuki czasem trafiają na rynek. Rozmarzyłem się 😀 Ale ceny ok. 120-180k cebulionów. Budżet nie dźwignie ani zakupu ani późniejszego utrzymania.

      • Tak, też to czytałem, że niby dlatego podawali fałszywie zawyżony czas przyspieszenia Karoli🙂 moja bez stłuczki zaczęła rdzewieć na tylnych błotnikach
        W ogóle u mnie na rejonie jezdzi zwykła E12 w pakiecie TS, szczególnie fajnie wyglądają felgi 15″ we wzorze jaki na 17 miał kompresor😁

    • Miałem zwykłą Celicę (specjalnie nie TS) a Corollą E12 jechałem. Dwa światy. Celica była super niska, opływowa i bardzo lekka, Corolla TS to był zwyczajny kompakt, tyle, że z mocniejszym silnikiem. Bezsensownie wysokoobrotowym (tym samym co w Celice TS rzecz jasna). Różnice w przyspieszeniu mogły wynikać chociażby z aerodynamiki (chociaż nie porównywałem CX).
      W tamtym czasie powstało kilka podobnych pojazdów: średniej pojemności silnik (1,8 – 2) a mocy około 100 KM z litra. Za to cholernie wysokoobrotowe (Celica TS, Integra, S2000 itp.). No i to zniknęło, bo turbo jest wygodniejsze: moc dostępna przy niższych obrotach, a moment większy, zapewne zbyt mało było chętnych na kręcenie do 7500 obrotów, żeby poczuć moc.

      • Chętnych na kręcenie wysoko trochę jest, ale niekoniecznie wśród grupy docelowej Corolli 🙂

      • Turbo chyba łatwiej skalibrować pod procedury laboratoryjne zwane testami spalania/emisji CO2.

      • Oczywiście. Silniki po tzw. downsizingu osiągają absurdalnie niskie wyniki spalania w testach, podczas gdy w praktyce palą całkiem podobnie do wolnossących o tej samej mocy.

  16. Chyba każda japońska czy koreańska marka miała lub ma nadal centrum projektowe czy techniczne w USA. Nawet Daewoo je miało.

    Widać, że te dźwigienki wystające jak czułki z daszka zegarów to była ślepa, choć oryginalna i interesująca uliczka, bo Lexus we wszyskich modelach się z tego wycofał.

  17. Ciekawy pojazd. Lexusa zawsze postrzegalem jako ciut dopieszczoną Toyote, jak wyglaskany VW – Audi. Być moze wynilalo to znajomosci tylko dolnnych segmentow gamy modelowej.
    Natomoast ten to jest niesanowita jakosc na kolach. Parafrazujac slynne powiedzenie – Mercedes wsrod samochodow.
    Powloka lakiernicza jest niesanowita, jednak ciekaw jestem czy podwozie tez tak jest dopracowane jak nadwozie?

    • Słusznie interpretujesz: tańsze Lexusy to dopieszczone Toyoty, te droższe to jednak coś innego. Jakość autentycznie porażająca.

  18. Kolejny samochód, w którym czytelność zegarów jest bardzo marna, przez przeładowanie wszelkimi informacjami. Zastanawiam się czy ten trend już taki zostanie, i czy kierowca koniecznie musi widzieć te wszystkie informacje przed sobą?
    Zegary dawniej wyglądały o wiele czytelniej gdy miały tylko najpotrzebniejsze 4 wskaźniki + miniaturowy wyświetlacz przebiegu. A dziś, brakuje tam tylko baby i dziada. Przecież większość informacji można przenieść na ekran centralny.

    • Tak, prawda, przebodźcowanie – to pierwsze wrażenie dinozaura, takiego jak ja, po wejściu do zaawansowanego współczesnego samochodu.

      Ale warto pamiętać, że w Lexusie mamy HUD: prędkość, jej aktualne ograniczenie ze znaków, obroty i wskazówkę najbliższego skrętu z nawigacji widzisz cały czas na szybie, bez konieczności przesuwania wzroku i akomodacji soczewki. Tam nie ma żadnego nadmiaru. To naprawdę fajny wynalazek.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.