PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: EXTRA JAZDA

Jaguar – zwłaszcza taki w brytyjskiej wyścigowej zieleni – to esencja brytyjskości, jednak ten konkretny egzemplarz pochodzi z Austrii. Wiemy to na pewno, bo zachowała się faktura.
Wiedeń, 16 marca 1970r.
Faktura nr 87,
Jaguar XJ6 2,8 z overdrive’em, kierownica z lewej, wyposażenie kontynentalne,
lakier British Racing Green,
tapicerka beżowa,
[Numer nadwozia, silnika]
Cena franco Wiedeń po ocleniu: 144.200 szylingów, plus 6.950 serwo kierownicy, minus 16.150 rabatu, razem 135.000 szylingów.
Płatne gotówką przy odbiorze„
Pieczątka ERWIN JANKO GMBH, JAGUAR-DAIMLER-TRIUMPH,
Adres centrali, salonu, serwisu, numer konta bankowego (z zaledwie sześcioma cyframi!!).
Nabywca jest wymieniony z nazwiska i adresu. Pan dwojga tytułów: prokurent inżynier. Nie ma wątpliwości – to naprawdę musiała być Austria.

Austriacy maniakalnie uprawiają kult tytułów: do dziś mówią do siebie „panie magistrze” albo nawet „panie Bachelor” (osoba po studiach licencjackich – u nas nie ma nawet takiego rzeczownika). W moich stronach starsi ludzie do dziś nie zwrócą się do aptekarki inaczej niż „pani magister”, a do nauczyciela – choćby z podstawówki – „panie profesorze”. To zwyczaj z czasów galicyjskich, który najciekawiej wygląda na starych cmentarzach. W Krakowie trudno to już zobaczyć, bo niewiele pozostało XIX-wiecznych grobów, ale byłem kiedyś na starym cmentarzu w Tarnowie i z zaciekawienia aż zacząłem fotografować: „Właściciel Ziemski, Oficer Wojsk Polskich Napoleona I„, „Kontroler Miejskiej Kasy Oszczędności„, „C. K. Nadstrażnik Skarbowy Tarnowski„, „C. K. Radca Budownictwa i kawaler Orderu Franciszka Józefa„, „Fotografik-dokumentalista i Redaktor tygodnika„, a nawet „Radca i Zastępca Prezesa C. K. Sądu Szlacheckiego Tarnowskiego„.
By nie być gołosłownym…
Foto: praca własna
A jeśli ktoś nieszczególnie miał czym się pochwalić przed potomnością? Wtedy pisali np. „Kupiec Długoletni„, albo po prostu „Obywatel C. K. Miasta Tarnowa„. W smutniejszych przypadkach – „Uczeń VII Klasy I Gimnazjum w Tarnowie„. Im więcej słów, tym lepiej. Kobietom, które wówczas rzadko robiły kariery, wyliczano godności męża.
Kultura austriacka ma trochę więcej polotu od niemieckiej, dlatego w Austro-Węgrzech krążyły autoironiczne dowcipy na temat tytułomanii, przede wszystkim właśnie nagrobnej. Np. o wdowcu, który awansowawszy w pracy nakazał wymienić epitafium małżonki na takie z własnym aktualnym stanowiskiem (w innej wersji – polecił zaklajstrować drugie słowo w „Żona Zastępcy Dyrektora C. K. Wodociągów„). Tudzież o plebejuszu, który bardzo pragnąc dorównać elitom zamówił napis „Żona Prenumeratora Pism Ilustrowanych„. Byle coś przed nazwiskiem stało i robiło wrażenie doniosłości.
Na takim tle nasz wiedeński Herr Prokurist Ingenieur był w swej tytulaturze skromny, choć głowę zapewne miał tęgą. Musiał znać się jednocześnie na prowadzeniu firmy, na sprawach prawnych oraz technicznych. W dodatku musiał być w tym skuteczny, jeśli mógł sobie pozwolić na Jaguara…
…a sam wybór modelu świadczy też dobrze o jego guście. Nie kupił banalnego Mercedesa W108 ani 911-tki, tylko coś bardziej zaawansowanego i przede wszystkim nietuzinkowego.
Foto: praca własna
Foto: praca własna
***
„Rolls-Royce budzi podziw, Ferrari entuzjazm, Lamborghini ciekawość, Porsche nikogo już dziś nie rusza, Mercedes rozpala specyficzną tęsknotę, natomiast Jaguar – powszechne uznanie„. Tak o XJu pisał w 1969r. szwajcarski magazyn „Automobil Revue„. „To złoty środek pomiędzy upodobaniami poważnego przemysłowca i playboya, pomiędzy dynamiką i luksusem„. Trudno ująć to lepiej.
Model ukazał się w 1968r. Według deklaracji założyciela firmy, Sir Williama Lyonsa, miał to być „the finest Jaguar ever„. Mocne słowa, zwłaszcza że w produkcji znajdowały się wtedy Mark II, S-Type oraz najlepsza, druga seria legendarnego E-Type’a. Wszystkie te auta dostały już na Automobilowni artykuły pomnikowe (LINK1 LINK2), a XJ-owi też się to bez wątpienia należy.
Foto: materiał producenta
W swym pierwszym wydaniu Jaguar XJ pozostał na rynku 24 lata – podobnie jak Fiat 125p, Polonez, Warszawa albo dowolny RWPG-owski evergreen. Występował w trzech kolejnych seriach, jako limuzyna o dwóch długościach, przejściowo też wielkoturystyczne coupé, z rzędowymi silnikami sześciocylindrowymi i widlastymi dwunastkami. Dziś interesować nas będzie seria pierwsza.
Skrót XJ miał oznaczać Experimental Jaguar: było to zwykłe wewnętrzne oznaczenie każdego nowego projektu, tyle że tutaj, po raz pierwszy, stało się nazwą handlową. Trochę mylącą, bo samochód nie wprowadzał żadnych technicznych rewolucji. Wykorzystywał przesławny silnik R6 serii XK (obecny na rynku od 1949r.) i równie znane zawieszenie: przednie, na podwójnych wahaczach poprzecznych mocowanych w ramie pomocniczej, dostało tylko zmodyfikowaną geometrię zmniejszającą przechyły wzdłużne, tylne – autorskiej konstrukcji Jaguara – zostało wzięte wprost z magazynowej półki, gdzie leżało od 1961r. i debiutu E-Type’a. Wszystko to nawet dziś zapowiada, że skrót XJ można będzie rozwinąć jako EXTRA JAZDA.
W latach 60-tych tylne zawieszenie niezależne było rzadkością, zwłaszcza w Anglii. Jaguar opracował nowatorską konstrukcję, umieszczoną wraz z tylnym mostem i tylnymi hamulcami wewnątrz stalowej belki poprzecznej. Belka jest osadzona w nadwoziu za pomocą czterech gumowych poduszek. Każde z kół jest prowadzone przez półoś napędową oraz wahacz dolny, połączony z belką oraz dodatkowo z długim wahaczem wzdłużnym (wleczonym), zamocowanym na obu końcach w gumowych tulejach (inżynierowie byli tak staranni, że zastosowali siedem różnych rodzajów gumy, o dokładnie dobranych właściwościach). Za resorowanie odpowiada zespół sprężyna-amortyzator łączący dolny wahacz z belką. Do czasu wynalezienia układów wielowahaczowych było to najbardziej zaawansowane rozwiązanie w całym motoryzacyjnym świecie.
Foto: , Licencja CC
Foto:
Podstawowa wersja XJ6 była napędzana 2,8-litrową odmianą silnika XK (140 KM, 192 Nm), wyższa – odmianą 4,2-litrową (186 KM, 313 Nm).
W 1972r. ofertę wzbogaciła wersja LWB z rozstawem osi wydłużonym o cztery cale (całość przyrostu przeznaczono oczywiście na nogi pasażerów tylnej kanapy), a także 5,3-litrowy silnik 12-cylindrowy (250 KM, 408 Nm), oznaczony XJ12: w tamtym czasie był to najszybszy w świecie samochód czterodrzwiowy (240 km/h, 7,5 sekundy do setki) oraz jedyna czterodrzwiówka z silnikiem V12.
Wszystkie silniki mogły być łączone z trzybiegową automatyczną skrzynią Borg-Warner, a sześciocylindrowce również z czterobiegową ręczną z opcjonalnym overdrive’em. Najdroższe wersje wyposażeniowe były nazwane Daimler Sovereign.
Karoseria mierzyła 4.813 x 1.772 mm przy rozstawie osi 2.762 mm (+100 mm w wersji LWB). Zastąpiła aż cztery wcześniejsze limuzyny Jaguara: Mark 2, S-Type, 420 / Daimler Sovereign oraz (w 1970r.) Mark X. Jej design kontynuował dotychczasowy styl marki, ale to on ustalił jej wizerunek aż do początków XXI wieku.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
„Pokój gościnny na kołach” – mówią na eleganckie limuzyny Niemcy. W przypadku Jaguara właściwszym porównaniem byłoby lordowskie zamczysko – ale nie na kołach, a z doprawionymi skrzydłami, usterzeniem i silnikiem odrzutowym.
Foto: praca własna
Foto: praca własna
***
Przejażdżkowy egzemplarz pochodzi z rocznika ’69 (choć sprzedany został 16 marca 1970), ma 2,8-litrowy silnik, manualną przekładnię z overdrive’em i bazową specyfikację Standard (kosztując 1.836 funtów była ona o 102 funty tańsza od najpowszechniejszej DeLuxe, ale też ledwie 6 funtów droższa od Rovera P6 3500).
Auto należy do Roberta i Agnieszki – wielkich entuzjastów klasycznej motoryzacji, współorganizatorów małopolskich Rajdów 1000 Minut i 1000 Liści. W ich rękach znajduje się od ponad dwóch lat, jednak większość tego czasu zajęła odbudowa blacharsko-mechaniczna. Jaguar wyjechał na drogi ledwie dwa miesiące temu i jest jeszcze praktycznie niedotarty.
Dostawa do nowego domu
Foto: Agnieszka
Stylistycznie i technicznie model dość nieznacznie różni się od wcześniejszego Mark X (od 1966r. przemianowanego na 420G), jest jednak mniejszy, lżejszy i bardziej dynamiczny, również wizualnie. Wprowadzenie do skostniałego segmentu luksusowego smukłości i wigoru jest najważniejszą zasługą XJ-a. To było potrzebne, bo docelowa grupa ekskluzywnych limuzyn bardzo się wówczas zmieniała: miejsce stetryczałych arystokratów zajmowali ludzie aktywni, spędzający życie w ciągłym ruchu i pośpiechu. To odbijało się na ich poczuciu estetyki, na oczekiwaniach i preferencjach zakupowych.
Gdy chcemy wyobrazić sobie klasycznego Jaguara, oczami duszy widzimy dokładnie to: sylwetkę silnie trójbryłową, o łukowatym profilu bocznym i stosunkowo krótkiej kabinie. Kto chciał królewskich warunków na tylnej kanapie, kupował raczej inne auto – klasyczny Jag to przede wszystkim radość kierowcy.
Foto: praca własna
Pierwsza seria, z at 1968-73, reprezentuje jeszcze rozbuchany barok. Obfitość chromu i starodawny profil wielkiej maski silnika przechodzącej w wysoki grill (podobnie jak w Mercedesach) łączą się tu z podwójnymi reflektorami – ówczesnym symbolem mocy i szybkości.
Foto: praca własna
Samochody z Epoki Chromu można sto razy fotografować ze stu różnych kątów. Na każdym ujęciu zobaczymy coś nowego, kunsztownego i fascynującego.
Foto: praca własna
Mercedes W108 przypomina gotycką katedrę, Jaguar XJ – raczej pędzącą strzałę. Krzywizny opadającego dachu, bryły bagażnika i linii bocznej tworzą wrażenie dynamizmu i żywotności…
Foto: praca własna
…którego nie można pomylić z niczym innym. Mnie w tym nadwoziu uderza to, że ono wcale nie wyprzedzało swoich czasów. Wręcz przeciwnie: ten poziom ozdobności, ilość misternych przetłoczeń i kwiecistych detali przypomina wręcz lata 50-te, tymczasem całość aż kipi energią.
Foto: praca własna
Na tylnych błotnikach znajdują się dwa wlewy paliwa: niskie nadwozie i rozbudowane tylne zawieszenie nie pozostawiły miejsca na tradycyjny bak, więc konstruktorzy zastosowali dwa osobne, 50-litrowe, rozmieszczone po bokach, osobno napełniane i przełączane klawiszem na desce rozdzielczej (wskaźnik poziomu jest tylko jeden, pokazuje stan w aktualnie aktywnym zbiorniku).
Foto: praca własna
Z tej perspektywy Jaguara oglądała (nomen omen) lwia część współuczestników ruchu. Lampy są jeszcze nieduże (choć trzeba do nich dodać powierzchnię poziomych świateł wstecznych połączonych z odblaskami), ale ich oryginalny kształt przechodzący w relikty skrzydlatych błotników, opadająca klapa bagażnika i wyeksponowany podwójny wydech dobitnie pokazują, że właśnie wyprzedził nas nie byle kto.
Foto: praca własna
15-calowe koła XJa szwajcarski redaktor „Automobil Revue” określił jako olbrzymie: fabryka zakładała kultowe w Wielkiej Brytanii, sportowo-deszczowe opony Dunlop SP Sport Aquajet o szerokości 202 mm, dziś stosuje się rozmiar 205/70 15. Uwagę zwraca emblemat atakującego kota na błotniku…
Foto: praca własna
…podobny do figurki z maski silnika…
Foto: praca własna
…z kolei kołpaki stalowych felg pokazują kota ryczącego – podobnego do lwa filmowej wytwórni Metro-Goldwyn-Meyer, tyle że bez grzywy.
Foto: praca własna
Wielkość bagażnika ogranicza wspomniana już tylna oś i pochowane po bokach zbiorniki paliwa, jednak dzięki temu kształt kufra jest dość regularny, a pojemność 481 litrów pozostaje przyzwoita. Klapa otwiera się wraz z tylnym pasem, do samego zderzaka.
Foto: praca własna
Beżowa tapicerka dumnie pokazuje ponad półwieczną patynę. W stosunku do DeLuxe’a specyfikacja Standard została pozbawiona wspomagania kierownicy (tutaj domówionego za dopłatą), tylnego podłokietnika, osobnych nawiewów dla pasażerów tylnej kanapy, schowka pomiędzy fotelami i kieszeni w drzwiach. Elektryczne szyby i radio były opcjami nawet w DeLuxe’ie, zaś klimatyzację dało się domówić wyłącznie od silnika 4,2 wzwyż.
Foto: praca własna
Jaguary nigdy nie słynęły z obszernych kabin: jak na najwyższy segment rynku faktycznie szału nie ma, choć mówienie o ciasnocie byłoby chyba przesadą
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Wnętrze Jaguara to klasa sama dla siebie. Ono jest jak James Bond: na pierwszy rzut oka wiktoriański gentleman we fraku, a w razie potrzeby – komandos Royal Marines, pilot RAFu i detektyw Scotland Yardu w jednym.
Foto: praca własna
Kokpit prezentuje się jeszcze bardziej staroświecko niż barokowa ornamentacja karoserii. Tu przepych jest iście bizantyjski, mało przypominający driver’s car – dopiero w praniu okazuje się, że to najprawdziwszy Jaguar.
Foto: praca własna
Gdyby z deski rozdzielczej odłupać całą lakierowaną boazerię, a kierownicę wymienić na taką z drewnianym wieńcem i trzema ramionami z perforowanego aluminium, XJ-a trudno byłoby odróżnić od E-Type’a – jednego z najwspanialszych aut sportowych, nie tylko swojej epoki. Najważniejsze różnice – grubo tapicerowane ranty i miękka piasta kierownicy – wynikają ze względów bezpieczeństwa.
Foto: praca własna
Pokrywa schowka od środka wygląda równie szlachetnie jak z zewnątrz, a jej otwarcie odsłania też lusterko do makijażu
Foto: praca własna
Konsola mieści radio oraz sterowanie wentylacją i ogrzewaniem. Dźwignia zmiany biegów jest krótka, jak na lata 60-te, a jej praca wyprzedza tamtą odległą epokę.
Foto: praca własna
Zestaw wskaźników i klawiszy z centrum kokpitu wygląda ogromnie smakowicie, choć z ergonomią nie ma wiele wspólnego: to, co najczęściej potrzebne, zostało umieszczone najdalej od oczu i palców kierowcy (chyba że przyjmiemy, że awarie w Jaguarze zdarzają się częściej niż opady deszczu 😉 ). Z ciekawostek wspomnę o dwustopniowych włącznikach oświetlenia zegarów (słabsze/mocniejsze) oraz wycieraczek (wolne/szybkie, bez trybu przerywanego), a także o dwóch zbiornikach paliwa: przełącznik ich elektrycznych pomp (i zarazem wskazań poziomu) to ten skrajny prawy.
Foto: praca własna
Z piasty kierownicy swe kły szczerzy kolejny kot…
Foto: praca własna
…a dalej znajdują się najważniejsze wskaźniki. One też bardzo przypominają E-Type’a, poza tym, że szybkościomierz ma krótszą skalę, a kontrolki (prócz jednej, od długich świateł)…
Foto: praca własna
…zostały wyprowadzone poza jego tarczę.
Foto: praca własna
Klasyczne Jaguary to jedne z tych samochodów, w których lotnicze metafory są czymś więcej niż oklepanymi frazesami
Foto: Agnieszka
***
Jaguar to marka premium. To określenie rozpowszechniło się w naszym stuleciu, jednak paradoksalnie właśnie we wcześniejszych epokach miałoby znacznie więcej sensu. Dziś mianowicie o statusie premium decyduje głównie logo, pod którym nader często oferuje się masowo produkowaną tandetę, kiedyś natomiast chodziło o autentyczną wartość produktu. Jaguara kupowało się po to, by cieszyć się EXTRA JAZDĄ.
Dużo pisze się o ciasnych wnętrzach Jaguarów i coś w tym na pewno jest (warto pamiętać, że drogie samochody sprzedawały się wówczas głównie w USA, były więc porównywane do Cadillaców i Lincolnów). Tyle że wszystko w świecie jest względne: często krytykowana „skromna przestrzeń na tylnej kanapie” wynika tu ze specyficznej formy nadwozia, to jest niskiego dachu i długiej bryły bagażnika, nie oznacza jednak podkurczonych nóg i uderzania głową o sufit, tylko po prostu swobodę odrobinę mniejszą niż w Mercedesach albo autach amerykańskich. Z przodu takiego problemu nie ma, a fotele świetnie pasują do ludzkiego ciała, choć spora kierownica może ocierać o uda, a pedały wydają się odrobinę przesunięte w lewo.
Silnik odzywa się dyskretnie. Brzmi i pracuje dokładnie tak, jak spodziewamy się po rzędowej szóstce: to niekoniecznie jest dziki drapieżnik, zachowuje się elegancko i działa niezauważenie, jak mówią informatycy – w tle.
W komorze silnika uwagę zwraca fabryczna rozpórka. Sam motor to wyjątkowo długowieczna konstrukcja, produkowana przez aż 43 lata (1949-92), w wersjach od 2,4 do 4,2 litra pojemności. Są tutaj żeliwny blok, półkuliste komory spalania, siedem łożysk głównych, aluminiowa głowica z dwoma dużymi zaworami na cylinder i dwa wałki rozrządu.
Foto: praca własna
Wersja 2,8-litrowa została opracowana specjalnie dla bazowego XJa serii I (nie występowała nigdzie indziej, a w 1975r. ustąpiła miejsca 3,4-litrowej). Zasilana dwoma specyficznymi, stałociśnieniowymi gaźnikami SU rozwija 140 KM przy 5.500 obrotach i 203 Nm przy 4.250. Przy ręcznej przekładni oznaczało to 190 km/h i 11 sekund do setki.
Foto: praca własna
Dziś takie parametry nie przekonują, ale ja po raz kolejny przypomnę, że ówczesny Mercedes-Benz 280 S oferował dokładnie taką samą moc, Lancia Flaminia w większości wersji mniejszą (102-147 KM), a Porsche 911 tylko w topowej specyfikacji S było cokolwiek mocniejsze (osiągało 110, 130 lub 160 KM). Dodam też, że większość użytkowników XJa zamawiała 186-konny silnik 4,2-litrowy: do 1973r. powstało 71,5 tys. aut 4,2-litrowych i 22,5 tys. 2,8-litrowych (a poza tym nieco ponad 4 tys. V12-tek).
Silnik 2,8-litrowy do dzisiaj z powodzeniem wystarcza do normalnej jazdy, choć w niektórych sytuacjach drogowych trzeba go troszkę zmobilizować. Ja z tym nie przesadzałem, bo przejażdżkowy egzemplarz nie jest jeszcze w pełni dotarty, jednak nawet delikatnie traktowany silnik – w kontekście tamtej epoki oznacza to 2.000-4.000 obrotów – doskonale radzi sobie z pojazdem ważącym ponad 1,6 tony. O ile oczywiście rozumiemy upływ czasu i ewolucję automobilowych standardów – czytaj, jeśli nie oczekujemy, że 57-letnia limuzyna będzie wyścigowym bolidem. Owszem, 4,2-litrowy E-Type wciąż może uchodzić za auto sportowe, ale tam mocy jest prawie DWUKROTNIE więcej (265 KM zamiast 140).
Każdy spalinowy silnik samochodu trzeba rozpatrywać wraz ze skrzynią biegów. W przypadku Jaguara XJ 2,8-Litre klient mógł zdecydować, czy woli pompować sprzęgłem, czy dostać więcej komfortu w zamian za dwusekundowe wydłużenie sprintu do setki. Pan prokurent inżynier wolał tę pierwszą opcję, ale z dodatkowo płatnym overdrive’em – elektromagnetycznym nadbiegiem firmy Laycock de Normanville, działającym tylko na czwórce i aktywowanym przełącznikiem na gałce zmiany biegów.
Foto: Agnieszka
2,8-litrowa szóstka kojarzy się zwykle z leniwymi przełożeniami, ale w XJu na „normalnym” czwartym biegu przy 100 km/h wał kręci się 3.700 razy na minutę – dopiero po przesunięciu palcem suwaczka zwalnia do 2.800, zbliżając się do wyobrażeń o wygodnej limuzynie podróżnej. Takie obroty wciąż nijak nie mają się do amerykańskich V8-mek, ale różnica jest spora. W razie konieczności sprawnego przyspieszenia wystarczy cofnąć suwaczek do pozycji wyjściowej.
Autostrada w Jaguarze to czysta przyjemność: zarówno kierowca, jak i pasażerowie naprawdę czują się jak w mobilnym pokoju gościnnym – dzięki wystrojowi wnętrza, cicho i bezwysiłkowo pracującemu silnikowi, ale też podwoziu
Foto: mojej żony
Podwozie to drugi po stylistyce mocny punkt tego auta. Jest nowocześniejsze i sprawniejsze niż w W108, tzn. sztywniejsze i bardziej responsywne, wyraźnie nastawione na zadowolenie kierowcy-entuzjasty, a przy tym wcale nie idące na kompromis w dziedzinie komfortu. Na tym właśnie polega rozwój.
Być może starszy człowiek, z mocno zmęczonym układem kostno-szkieletowym, na gorszej drodze wolałby Mercedesa, ale Jaguar podobnie niepostrzeżenie połyka progi zwalniające, a w zakrętach daje lepsze poczucie panowania nad żelazem. Wspomaganie kierownicy w obu autach należało do wyposażenia dodatkowego (choć tylko w niższych wersjach silnikowych) i w obu jest bardzo silne, ale niekoniecznie przeszkadza w wyczuciu sytuacji. Przy czym zębatkowy układ Jaguara działa bardziej bezpośrednio niż śrubowo-kulkowy Mercedesa.
Podobnie skuteczne są natomiast hamulce: w swoim czasie oba auta należały pod tym względem do światowej czołówki, a i dzisiaj przy rozsądnej jeździe nie wymagają brania poprawki na wiek. Oba mają po cztery tarcze, z tym że tylko w angliku tarcze tylne siedzą przy tylnym moście, po resorowanej stronie zawieszenia, a przednie zaciski mają po trzy tłoczki.
Podsumowując: najmocniejszym punktem Jaguara XJ jest w moim odczuciu niezwykle oryginalna stylistyka, która łączy luksus z dynamizmem w sposób niespotykany w latach 60-tych. Na drugim miejscu postawiłbym doskonałe podwozie, to jest najbardziej zaawansowane zawieszenie ówczesnego świata oraz świetne hamulce. W napędzie można pochwalić kulturę pracy, a z dzisiejszej perspektywy również ciekawy smaczek w postaci overdrive’u, jednak do charakteru auta i budzonych przez nie oczekiwań na pewno lepiej pasowałaby jednostka 4,2-litrowa (być może z automatem – choć to kwestia indywidualnych upodobań, bo tylko trzy biegi i straty na konwerterze są sporymi kompromisami). Relatywnie najsłabiej wypada przestronność wnętrza, choć podkreślić należy tu słowo RELATYWNIE, tzn. jak na segment F. To zmienia wiele. W XJu na pewno nikt nie poczuje się skrępowany, tyle że po prostu rywale byli tu lepsi.
W sprawach eksploatacyjnych Robert niewiele może powiedzieć, bo samochód nie jest jeszcze dotarty ani nawet ostatecznie dostrojony (gaźniki najprawdopodobniej podają zbyt bogatą mieszankę, bo ciepły silnik rusza niemrawo, a zużycie paliwa sięga 17 litrów). Doświadczenie całych dekad wskazuje jednak, że cnota niezawodności nie należała raczej do zalet dzikich kotów z Coventry – co nie dziwi biorąc pod uwagę ówczesną sytuację BLMC.
***
Firma ERWIN JANKO GMBH, w której wiosną 1970r. swego Jaguara kupił Herr Prokurist Ingenieur, rozwijała się świetnie i niemal dokładnie dziewięć lat po rzeczonej transakcji przejęła aktywa British Leyland Austria KG zostając samodzielnym importerem brytyjskich pojazdów. Funkcjonowała jeszcze przez dwie dekady – do listopada 1999r., kiedy wiedeński sąd ogłosił jej upadłość.
Tzn. dokładnie rzecz biorąc sąd ogłosił upadłość CV Autohandel- und Reparatur GmbH, bo taką nazwę przyjęła spółka w swych ostatnich chwilach. To też austriacki zwyczaj: w ten sposób przedsiębiorca, któremu nie wyszło, unika eksponowania swego nazwiska w przykrym kontekście upadłości, a przy odrobinie szczęścia uratuje nawet parę groszy – bo a nuż jakiś zagoniony wierzyciel przegapi zmianę nazwy i nie skojarzy, że sąd właśnie jego wzywa do zgłaszania niespłaconych długów…? Kto ma pieniądze u Erwina Janko, może nie śledzić obwieszczeń na temat jakiegoś CV Autohandel i nie skojarzyć, że one dotyczą jego żywotnych interesów…
Na temat samego klienta, pierwszego właściciela Jaguara, Internet milczy. Pozostał papierowy dokument z jego tytułami, nazwiskiem i adresem (pod którym wciąż stoi okazały dom, widoczny na Street View), a także specyfikacją samochodu i jego ceną – wspaniałe świadectwo epoki, w której za luksusowe limuzyny płaciło się gotówką przy odbiorze, franco Wiedeń po ocleniu. Istnieje też oczywiście sam samochód: on, pieczołowicie odrestaurowany przez Roberta i Agnieszkę, wciąż robi wrażenie nie gorsze niż w 1970r. i wciąż zapewnia EXTRA JAZDĘ.
„Stat rosa pristina nomine, nomina nuda tenemus” – pisał w XII wieku Bernard z Cluny. W wolnym przekładzie: „Dawna róża żyje już tylko w swym imieniu, jedynie imiona zachowujemy przez wieki”. W tym względzie ludzie mają przewagę nad kwiatami: po nas zostają nie tylko imiona (oraz tytuły), ale też cały życiowy dorobek, duchowy i materialny. Jego pielęgnacja to jedna z niewielu spraw odróżniających homo sapiens od pozostałych żywych istot – warto być tego świadomym.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

XJ bardzo mi się podoba.
I kusi, bo jest troche egzemplarzy serii 3 na rynku za stosunkowo strawne kwoty rzędu ~30 tys. zł (pytanie ile jeszcze trzeba przeznaczyć na doprowadzenie do stanu używalności). I jak z częściami – z oldtimwrowych gazet sprzed nastu lat pamiętam, ze części były raczej łatwo dostępne, niezbyt drogie i raczej gównianej jakości – pytanie jak dzisiaj.
Tylne zawieszenie to legenda. Dopiero Mercedes w latach 80. pokazal cos lepszego. Niby podwójne wahacze byly znane, ale występowały tylko w samochodach sportowych, Fiat (i Lotus) coś kombinował z kolumnami, tak poza tym najmniej złe z powszechnych rozwiazan byly skośne wahacze.
Gdy patrzę na ogłoszenia mam ten sam dylemat i niestety boję się, że jako dyletant w kwestiach technicznych, po zakupie musiałbym włożyć 3-krotność wyłożonej kwoty w doprowadzenia auta do porządku, albo co gorsza zamieniłoby się w „nieruchomość” zajmującą miejsce garażowe. Jaguar jest piękny i egzotyczny, ale dla osoby pracującej zza biurka i mieszkającej w bloku Mercedes jest chyba bezpieczniejszym wyborem na oldtimera.
Z oldtimerami niestety często tak jest. One są jak człowiek w podeszłym wieku: jeśli są zadbane, to potrafią wyjechać z garażu, objechać nawet zagraniczne wakacje na kilka tys. km, ale generalnie co chwilę coś w nich wyskakuje do zrobienia, powrót do domu lawetą może się zdarzyć w każdej chwili i nie nie jest wtopą producenta, tylko czymś zupełnie normalnym, a naprawy i zdobywanie części to sztuka, którą mało kto ma dziś opanowane.
Co do Mercedesów – tak, one słyną z bezproblemowości w wieku zabytkowym, tylko że to też jest względne. O szczegółach będzie można przeczytać tutaj niedługo, w raporcie z eksploatacji SLa 🙂
@SzK, ja to widzę w trochę inny sposób. Mam wrażenie , że od około 2021-22 rynek klasyków dość mocno się nasycił. Na zlotach widać ciągle te same twarze, a nowi właściciele klasyków to raczej ludzie dość młodzi przed 30. Ceny legend PRL-u jak i starych Merców od tego czasu stoją praktycznie w miejscu. Nikt już nie da 60 tysięcy za zwykłego Poloneza. Rosną ceny starych BMW i japońców, ale pytanie czy one też osiągną pułap.
@Pstryk z tym nasyceniem rynku się zgadzam – jak przeglądam od czasu do czasu oferty sprzedaży, to praktycznie cały czas wystawione są te same auta. Myślę, że przyczyn jak zwykle jest kilka:
1. ze starszego pokolenia kto chciał kupić klasyka, to już sobie kupił, a u młodszego obserwuję generalnie mniejszy pociąg do motoryzacji;
2. ceny dobrych egzemplarzy tak poszły w górę, że zakupy „inwestycyjno-spekulacyjne” raczej nie wchodzą w grę, bo już nie ma dużego potencjału na wzrost cen, zatem kupują tylko ci co po prostu lubią stare auta;
3. zakup klasyka, to nie jest pierwsza potrzeba, a ogólnie sytuacja na świecie (wojny, upadek europejskiej gospodarki, rozwój AI, który mocno przeorze rynek pracy) nie sprzyja temu żeby wydawać pieniądze na „fanaberie”.
Rynek oldtimerów jest płytki, tzn. mamy relatywnie mało ofert sprzedaży i mało kupców. To oznacza, że proces wyrównywania cen porównywalnych produktów jest mniej efektywne niż np. w przypadku kilkuletnich Golfów, gdzie chętnego szukają tysiące sprzedających, a dobrej okazji – tysiące chętnych. Dlatego może się zdarzyć, że tani samochód będzie dobry albo drogi okaże się miną.
Nie mniej jednak doświadczenie wskazuje, że cuda zdarzają się rzadko i chcąc uniknąć problemów trzeba celować w górną półkę, a jeśli brakuje budżetu – to zmienić model na taki, gdzie budżet na tą górną półkę wystarczy. Szczególnie że samochód w wieku, w którym nawet człowiek myśli o emeryturze, eksploatuje się zupełnie inaczej niż kilkuletni, a i „bezproblemowość” oznacza coś zupełnie innego.
Jakość współczesnych części jest kiepska nie tylko u Anglików. Będę o tym pisał niedługo, w raporcie z 10 lat eksploatacji SLa.
Piękny pojazd. Faktycznie detale bardziej sugerowałyby lata 50-te, ale dopóki tego nie napisałeś to kompletnie bym tego nie skojarzył. Myślę, że to proporcje i linia nadwozia pozycjonują go na przełomie lat 60-tych i 70tych.
Swoją drogą przypomina mi to moje pierwszą styczność z tym pojazdem… w grze Driver. W moich okolicach na żywo można było z rzadka spotkać XJ generacji piątej (czyli wtedy aktualnej). Wcześniejszy poznałem właśnie dzięki ww. grze. Tam jego linia była nawet jeszcze bardziej przerysowanym łukiem, co mocno go wyróżniało.
PS: Czy XJ to faktycznie segment F? Ja go zawsze identyfikowałem jako ,,executive car” czyli E. Może przedłużony XJ12 by pasował, ale standardowy moim zdaniem nie.
Oczzywiście że segment F. Długość 4,8 metra, trzycyfrowa moc, całe wnętrze w drewnie i skórze… Segmentem E był wtedy Mercedes W115 albo Peugeot 504. Bardzo polecam porównać wymiary, moce, zdjęcia wnętrza.
To on ma 4,8 m? W takim razie jeszcze raz chylę czoła nad projektantem, bo wymiary maskuje świetnie. Ledwo tydzień temu widziałem takiego w jeszcze piękniejszej wersji coupe i przy zaparkowanym obok W124 wyglądał na mniejszego:
https://drive.google.com/file/d/1fahaO0NhhPDQsYYV0Vz19JlMQRfe_tyG/view
PS: Z trzycyfrową mocą trochę bym dyskutował, bo może podstawowe wersje W115 czy 504 miały lekko poniżej tej setki (diesle pomijam), to BMW 5 czy Alfa 2600 już zdecydowanie ponad.
4.813 x 1.772 mm, to jest w tekście. Tak, Jaguar jest wielki, zdecydowanie jak klasa luksusowa. Silnik 2,8 – 4,2 – 5,3 to nawet więcej niż miała większość konkurentów w tej klasie.
Tak, tak ja się zgadzam, że to przeoczyłem. Prawdą jest również, że XJ był zdecydowanie w grupie najmocniejszych pojazdów zarówno segmentu E jak i F. Jedynie trzycyfrowość mocy jako wskaźnik odróżniający te dwa segmenty jest dla mnie dyskusyjny.
O, akurat mam na warsztacie XF Anglika 🙂
To już nie ten Jag co te dawne, ale jednak zawsze to Jag 😉
Te starsze mają swój charakter, a nawet te farbowane Fordy też lubię.
W sumie szkoda że marka już praktycznie upadła.
Naszło mnie pytanie co do overdrive, jedyny raz kiedy miałem z tym do czynienia było w motocyklu, 6 bieg był właśnie zapisany nie jako 6, tylko overdrive, z tym że włączało się go normalnie, czyli de facto jak 6 bieg. Czy jadąc samochodem na 4 biegu, włączając nadbieg trzeba wcisnąć sprzęgło bo skrzynia traktuje to jako osobny bieg czy po prostu robimy to jadąc i nie odejmując gazu?
Producenci różnie piszą, ale overdrive to powinna być planetarna przekładnia za skrzynią biegów, włączana guziczkiem bez żadnego wysprząglania ani innych zabiegów. Tak jest tutaj i we wszystkich samochodach, jakie znam z tym patentem.
Czasami Amerykanie nazywali „overdrive’em” ostatni bieg automatycznej przekładni, ale tam też z definicji sprzęgła nie było 🙂
A ja mam pytanie techniczne – czy idea overdrive’u czyli przekładnia za skrzynią biegów, pozwala go zastosować na każdym biegu, wydłużając przełożenie, czy źle to rozumiem? Ciekawy patent swoją drogą.
W Jaguarze overdrive działa tylko na czwórce, w przedstawianym niedawno Subeamie albo w MGB – również na trójce, a były auta, gdzie działał na każdym biegu. Różne zdarzały się szkoły.
Poza korzyścią związaną z produkcją tej samej skrzyni biegów zaletą była łatwiejsza obsługa, bo wciśnięcie guzika to nie to samo co wysprzęglenie (czasem podwójne z przegażówką, bo patent pochodzi z czasów sprzed rozpowszechnienia się skrzyń synchronizowanych).
Dodam jeszcze przykład Chevroleta Corvette C4 ze skrzynią „4+3” – jak można spodziewać się po nazwie, nadbieg działał na trzech najwyższych biegach.
Dokładnie tak, planetarka ze sprzęgłem hydraulicznym. Można by ją załączyć na niższych biegach teoretycznie, jednak wtedy narażona by była na większy moment obrotowy, a do tego nie była zaprojektowana.
Pamiętam z dawnych lat Volvo 244 D6 z taką skrzynia mojego taty. Magia 🙂
Szwedzi stosowali to chyba najdłużej – jeszcze w serii 700 (chociaż chyba tylko wczesnej).
Oznaczenia oznaczeniami, zdaje się, że w 2cv też czwarty bieg nie był oznaczony jako 4, tylko nadbieg czy jeszcze inaczej.
W czesci rozwiazan dodatkowy nadbieg był jeszcze połączony z pedałem gazu, wiec mozna go było zostawić w pozycji aktywnej, pon wciśnięciu gazu sam się redukował o połówkę i aktywował gdy nogę z gazu się podniosło.
Generalnie lekkim absurdem byla Corvette C4, gdzie zamiast skrzyni 5 była skrzynia 4 z nadbiegiem, chyba działającym na 3 i 4.
Po co takie komplikacje? Produkujemy skrzynie 4 (albo 3), dodanie kolejnego biegu wymaga nowego korpusu, nowej „choinki”, wiec moze nowych maszyn a nadbieg weźmiemy od firmy z zewnątrz… (chociaż chyba akurat w czasach Jaguara skrzynie byly robione przez zewnętrzne firmy)
co do przełączników, i środkowych zegarów, to pamiętajmy, że to orginalnie Anglik, więc pewnie projektowane dla kierownicy po prawej, temu te ważniejsze są po prawej stronie, bo konsoli środkowej się raczej nie rusza robiąc (nawet fabryczną) przekładkę, bo to też koszta, no i zamieszanie na produkcji (znając angoli to brali by losowo szyldziki i podłączali na pamięć przełączniki, które potem by nie pasowały do opisów)
A to słuszna uwaga 🙂 Ciekaw jestem, czy w angielskich egzemplarzach klawisze były inaczej ułożone – ale znowuż najbliżej kierowcy byłoby przełączanie zbiorników paliwa 🙂
Piękne auto i moja ulubiona marka – przy klasycznym XJ-cie współczesne marki premium wydają się jakieś takie „plebejskie”.
kot na kierownicy wygląda niesamowicie śmiesznie, wygląda na strasznie przerażonego (kierowcą?), a nie na groźnego, jak te na kołpakach 🙂
Nie jestem pewien, jak u jaguarów, ale np. u tygrysów – popularny obraz z otwartym pyskiem i demonstracją kłów to mina niepewności i strachu. Prawdziwy atak to opuszczony łeb, zamknięty pysk i uszy obrócone do tyłu z widocznymi na nich białymi plamami.
Ale ta postawa nie wygląda groźnie dla ludzi więc się nie przyjęła.
Dobrze wiedzieć, dziękuję 🙂
Tak jest u znakomitej większości kotowatych, również u naszych dachowców. Polowanie to skupienie i szeroko otwarte oczy, nastawione do przodu uszy. Podczas samego skoku/ataku uszy są kładzione, by potencjalna ofiara broniąc się nie uszkodziła małżowin (gryzonie/ kopytne chcą ugryźć cokolwiek odstającego).
Otwarty pysk i okazywanie zębów sprawia, że oczy są przymknięte. Tak jak przedmówca wskazał, oznaka niepewności, strachu + pokazówka w trakcie walk między osobnikami tego samego gatunku.
Ależ ten XJ jest piękny 🙂
A odnośnie tytułów wymienianych na nagrobkach, to przypominam sobie, że jak byłem na Wileńskim cmentarzu na Rossie, to inskrypcje na nagrobkach również wymieniały tytuły i zasługi.
Cudowny wóz, dynamizm sylwetki przekonuje nawet dzisiaj.
przepraszam, że tak pod sobą, ale przypomniałem sobię, że jedna rodzinka podwozi swoje dzieci na zajęcia sportowe 5 albo 6 generacj (jednak 5, bo tam jest emblemat V12). Lubię wtedy pooglądać ten wóz i dumam nad tym, jak się sprawuje jako wóz rodzinny.
Piękny wóz, wyrafinowanie widać w każdym miejscu. Szkoda, że „zamki na kołach” to już przeszłość w tej marce.
Ogółem ta marka to przeszłość. 🙂
Zdaje się, że pozostała z CK Monarchii Austria, po traktacie z St.Germain-En Laye (1919, to samo co Trianon dla Węgier, ale chyba mniej bolesne w narodowym odczuciu Austriaków, tzn. Niemców Austriackich), jako związkowa republika, zniosła i zakazała stosowania wszystkich dawnych tytułów. Tych wszystkich rang urzędniczych, dworskich, administracyjnych, krajowych, cechowych, szlacheckich, wojskowych. Ale te, ciężko często zapracowane, opłacone, wychodzone czy wyproszone, tytuły były dla tych ludzi ważne, stąd z kolei na cmentarzach w Austrii, nawet jeszcze po II WŚ, zdarzają się groby z nazwiskami pozbawionymi już „von” czy „von und zu”, albo „de”, ale już np. „freiherr” to jak najbardziej się pojawia…
Ponieważ carska Rosja kopiowała ogólnie rzecz biorąc pruski/niemiecki system urzędów czy rang, to z kolei w dawnym zaborze rosyjskim na cmentarzach również spotkamy jak najbardziej tytulatury, między innymi, o których Autor wspomina.
Tytularyzm jest niezwykle popularny do dziś w średniowiecznym skansenie na wyspie Wielka Brytania. Swoją drogą jestem pod wrażeniem jak oni mają tę grę (tytularną i ogólnie klasizm) opanowaną.
Czy tą tytularność możnaby podciągnąć pod samochody? A raczej ich oznaczenia? Na przykład mojego kolegi (dawne czasy) Mondeo MK3 z Anglii miało na tylnej klapie oznaczenie Trend X (jak dobrze pamiętam), a innego kolegi Vectra C miała dodatkowy emblemat Elite. Podobnie jest w innych Vauxhall, kiedyś widziałem oznaczenie SRi na zdaje się Zafirze, jako Vauxhall Zafira SRi. Takich oznaczeń nie widziałem na naszych egzemplarzach krajowych
Wersje wyposażenia na różne kraje potrafiły mieć różne standardy a co za tym idzie oznaczenia – w zależności od lokalnych preferencji. Ople SRI są typowo na UK.
Zgadza się, Austria po I wojnie św. zabroniła posługiwania się tytułami, a rodzinie Habsburgów zabroniła nawet pojawiać się w swoich granicach, co obowiązuje ich do dzisiaj (!!). Jedynym wyjątkiem był pewien deputowany do Parlamentu Europejskiego, z rodziny Habsburgów właśnie, który na mocy immunitetu do Austrii przyjeżdżał.
Co do stosunku Austriaków do wydarzeń po 1918r. – sam zakaz przyjazdu Habsburgów wiele tutaj mówi. Austriacy nieszczególnie odnoszą się do monarchii, z wielu powodów. Dla Galicjan i austro-węgierskiej części Jugosławii to nie były złe czasy, bo alternatywą była niewola w Rosji (jak dla nas) albo znacznie większa bieda (jak dla Chorwacji/Słowenii). Natomiast sami Austriacy uważają, że to nie było żadne mocarstwo, a wręcz przeciwnie – bardzo ociężały, skostniały twór, który militarnie przegrywał ze wszystkimi, a wewnętrznie sami Austriacy byli zakładnikami ludów rzekomo ujarzmionych (bo stanowili ledwie 10%, więc nie mogli niczego narzucić siłą – nawet armia by się zbuntowała, gdyby spróbowali, bo Austriakami byli głównie dowódcy, a żołnierze nie).
Węgrzy po Trianon stracili mnóstwo terenów uważanych za swoje, a duża część narodu znalazła się w obcych krajach. Austriacy w ogóle nie mieli takiego problemu – im raczej odpadł ciężar, no i znikła znienawidzona monarchia. Dlatego u nich sentyment do czasów Cesarstwa jest zerowy.
Dokładnie to miałem na myśli, wspominając o tych traktatach po I WŚ. Można jeszcze dodać, że nawet czytając o przygodach wojaka Szwejka, już dostajemy jakiś obraz (wykrzywiony nieco, tak!), jak to państwo (a za czym też armia) funkcjonowało – oparte na dynastii, a nie na kryterium narodowym w XX wieku! Chocby tylko tam, przy formalnie panującym katolicyzmie (cesarz miał nawet tzw. prawo eksluzywy, tzn. weta wobec wyboru papieża, z czego, za pośrednictwem polskiego kardynała z Krakowa raz Franciszek Józef nawet skorzystał), mogła zrodzić się dekadencja, liberalizm, mógł działać i pisać Freud i jego uczniowie.
Gdyby ktoś chciał trochę lepiej poznać schyłkową CK Monarchię, ale już nie przez krzywe zwierciadło Haška (Szwejk), to polecam „Sól ziemi” Józefa Wittlina czy „Marsz Radetzky’ego” Josepha Rotha.
A i wczesny Twardoch zabawił się trochę i w powieści „Sternberg” pokazał, co by było, gdyby to w Austrii, a nie we Francji wybuchła rewolucja🙃
Austriaków 🙂
W „CK dezerterzy opisano scenkę, jak oficer „sortuje” podleglych mu żołnierzy po narodowości, mniej wiecej tak to leciało:
” -Austriacy wystąp! – nikt
– Niemcy wystąp! – kilku
Węgrzy wystąp – paru
(to samo z Czechami, Polakami itd.)
– Pięknie, dowodze austriacką armią, w której nie ma ani jednego Austriaka!
– Wszyscy jesteśmy Austriakami-
-Austriacy wystąp! – nikt”
Chyba najładniejsza limuzyna ze sportowym zacięciem jaką kiedykolwiek stworzono.
Przepiękny Jaguar. 🙂 To jest jedyny samochód osobowy koncernu BL, które mi się naprawdę podoba. Uwielbiam go z tych samych powodów, co Mercedesa W108 – klasa i szyk.
*który mi się naprawdę podoba
W poruszanej kwestii nadbiegów – poza pięknie niedzisiejszą nazwą – to czasem można było tak osiągnąć całkiem wiele. Kombinacja Chryslerowska – nadbiegu Borg-Warner oraz Fluid Drive – działała niemal jak automat, to znaczy po zapięciu biegu sama, niezależnie od przełożenia, zmieniała tryb OD/non-OD zależnie od prędkości, pozwalając właściwie na zapięcie dwójki i zapomnienie o skrzyni oraz wrzucenie trójki, wyjeżdżając na trasę.
Same Jaguary… obecnie kończę remont E-Typa, rocznik zbliżony. Wniosek mam jeden – to nie mogło być dobrej jakości. To są bardzo nowoczesne auta, produkowane wedle przedwojennej technologii. Zakładam, że XJ jest podobny.
Samochód w konstrukcji sprawia wrażenie poskładanego z elementów różnych pojazdów, różnych producentów, stosujących inne normalia. Zwykle jest tak, że gdy w aucie używa się śrub z łbem 14 albo 16 to 13 i 15 w zasadzie nie występują, ewentualnie sporadycznie. Tutaj? Ten sam gwint może mieć łeb 12, 13, 14 – w zależności od fantazji wytwórcy i komponentu na którym go umieszczono. Zwykle dany element da się zamontować tylko w jeden sposób – nie w Jaguarze, tutaj regularnie coś będzie pasowało na cztery różne sposoby. Najczęściej z resztą z pomocą jakiejś blaszki – adaptera, wyglądającej jak dzieło ucznia szóstej klasy szkoły podstawowej, wykonane na zajęciach praktyczno – technicznych.
Idziemy dalej – instalacja elektryczna. Koncepcja kostki z wieloma stykami była najwyraźniej Jaguarowi obca. Tak jak i konektor męski i żeński. Wszystkie kable kończą się „bullet connectors” – wtykami męskimi. Pasujące do siebie elementy instalacji łączy się ze sobą mosiężnymi rurkami owiniętymi kawałkiem gumy. Taki przełącznik kierunkowskazów to około 15 kabli, łączonych jeden po drugim, sztuka za sztuką. Dodajmy też, że miejsca łączenia wiązek też są dość przypadkowe – to, że wiązka komory silnika łączy się z deską w jednym miejscu wcale nie oznacza, że dwa kable z tej samej wiązki nie będą łączyły się ze sobą pół metra dalej. Albo że w połowie wiązki nie będzie sterczał jeden samotny kabel, który łączy się z dwoma innymi, przy pomocy podwójnej mosiężnej rurki. Do tego absolutny brak masy na nadwoziu – praktycznie każdy odbiornik ma własne połączenie masowe, które łączy się z elementem wiązki, zbierającym masy z trzech różnych odbiorników i przykręconym do nadwozia w dość przypadkowym miejscu.
Ale jakby tego było mało, kodowanie kolorystyczne również było obce konstruktorom. Cała wiązka potrafi składać się z kabli w dwóch, maksymalnie trzech kolorach. Który idzie gdzie? Ganiaj, szanowny panie, ze śrubokrętem kontrolką, sprawdzając kabelek po kabelku. Dobre choć tyle, że kable pogrupowano kategoriami – to znaczy – brązowe są stale pod napięciem, białe pod napięciem po przekręceniu stacyjki, zielone zasilają odbiorniki i czujniki, czerwone są od rzeczy związanych z hamowaniem, fioletowe od oświetlenia wnętrza, czarne są masowe. Przykład praktyczny: wiązka tylnej lampy kończy się trzema zielonymi kablami. Wiązka lampy również kończy się trzema zielonymi kablami. Sposób połączenia? Losowy. Więcej kolorów nie przewidziano, chyba że akurat komponent od zewnętrznego dostawcy (np. klimatyzacja) ma własny kawałek wiązki.
Nie wyobrażam sobie żeby nawet najbardziej staranni robotnicy łączący to na taśmie produkcyjnej mieli szansę na połączenie tego dobrze za pierwszym razem. Z resztą… w moim egzemplarzu fabryczny przekaźnik podgrzewania tylnej szyby był nie tego typu co trzeba – zamiast normalnie otwarty, to zamontowano normalnie zamknięty, więc szyba grzała na okrągło, chyba, że ktoś ją akurat włączył.
Inne elementy? Montaż szyb odbywa się dokładnie odwrotnie – kiedy cały świat wkładał szybę w uszczelkę, a potem przeciągał sznurek i szyba siedziała, to nie Jaguar. Tutaj uszczelkę osadza się w nadwoziu, najlepiej na klej, bo odpadnie; potem wsuwa się w nią szybę i centymetr po centymetrze wywija rancik. Uszczelki drzwiowe? Na klej? Na rant? A gdzie tam. Do nadwozia nituje się rynienki. Dobrze pomiędzy jedno i drugie dać silikon, bo będzie ciekło, a potem w rynienkę wpycha się uszczelkę, milimetr po milimetrze.
Koncepcja modułowości również nie istniała – deska rozdzielcza, która w równoletnim „amerykanie” może być uzbrojona przy stole, przykręcona sześcioma śrubami i wpięta wtyczką – tutaj składa się z wielu kawałków, mocowanych feerią śrubek, blaszek i wkrętów, możliwa jest do uzbrojenia dopiero na aucie.
Sumując – gdyby kazali mi coś takiego składać w pracy dzień w dzień, to też poszedłbym strajkować.
A kończąc już narzekanie na Jaguarową inżynierię produkcji, kwestia jakości nowych części do starych samochodów. Moje dotychczasowe doświadczenia.
– Motocykl M72. Jakość części absolutnie podła. Tłoki, które fabrycznie puchną i się zacierają. Zawory złej długości. Linki zbyt grube, zbyt długie, zbyt krótkie albo pękające. Gaźniki które fabrycznie ciekną. Albo z dziurawymi pływakami. Czy też niepozwalające na ustawienie mieszanki w żaden sposób. Aparat zapłonowy który nie pasuje na otwory w bloku.
– Wołga M21. Części tanie, brzydkie, ale solidne. Przed wojną mechanicznie dostępne wszystko. Odlewy nieogradowane, gwinty o które można się skaleczyć, plastiki fabrycznie lekko krzywe, nitowanie w sposób przypadkowy, gumki absolutnie paskudne. Każda rzecz pasuje od razu, nic nigdy się nie zepsuło.
– Packard 120 – komponenty mechaniczne drogie, ewidentnie rzemieślnicza robota. Inne elementy właściwie nie występują.
– Mercury Cougar – części dość tanie, dość dobrze dostępne. Jakość współczesnych zamienników, materiały zauważalnie gorsze od fabrycznych. Również ostatecznie bezproblemowe.
– Plymouth P15 – ceny umiarkowane, dostępność niezła, jakość dość mocno zróżnicowana. Niektóre elementy znakomite i plug & play, inne absolutnie fatalne i nadające się najwyżej jako składowa do zrobienia komponentu z części nowych i starych. W ostatecznym rozrachunku również bezproblemowe.
– Jaguar – części dobrze dostępne, cenowo akceptowalne, jakość zbliżona do oryginałów, sporadycznie lepsza, gorsza raczej rzadko (fabryka po prostu poprzeczkę zawiesiła nisko), bez problemów z pasowaniem
– VW Garbus – części znakomicie dostępne i bardzo tanie. Jakość zdecydowanie niższa niż oryginały – wykonane z tańszych materiałów, cieńszych blach, ze zmniejszoną ilością punktów mocowania, zatrzasków etc. Pasowanie zróżnicowane – nowe błotniki potrafią zupełnie mijać się z otworami nadwozia.
świetne podsumowanie, współczuję rycia w takiej instalacji, Citroen też potrafił mieć kable w zasadzie tylko zielone i żółte, no ale chociaż złączki znali, i puszki bezpiecznikowe jak z RTV – w C15stkach jest taka instalacja, a te puszki to jeszcze z 2CV pochodzą 🙂
Bardzo ciekawe informacje. Wyjaśniają sporo w kwestii konkurencyjności brytyjskiej motoryzacji i jej późniejszych losów.
Bardzo ciekawe uwagi na temat konstrukcji i jakości angielskich pojazdów Jak się doda do tego calowe normatywy gwintów, to zabawa przy rekonstrukcji gwarantowana. Sam to przerabiałem przy Dodge’u, bo niby wszystkie calowe śruby da się kupić bądź sprowadzić, ale w starym gracie trzeba ich wymienić dziesiątki, a z tego robią się poważne pieniądze. Na kilogramy w żelaznym się tego nie kupi.
Jedną ciekawostkę z XJ-em też miałem. Kiedyś dorabiałem znajomemu urwaną szpilkę od koła. Pierwsze podejście spaliłem. Utoczyłem z obu stron gwinty calowe, jak w urwanym kawałku, a okazało się, że od strony piasty był metryczny gwint drobnozwojowy, pod nakrętkę koła calowy.
Ta mimochodem. Klucz 13 pod łeb śruby M8 pojawił się u nas chyba z licencją na PF 125p. Wcześniej takie śruby miały powszechnie łeb 14 mm.
Co do komentarza o instalacji elektrycznej dodam, że w 1991 roku mój kolega uczący się w technikum samochodowym oniemał podczas praktyk – do warsztatu szkolnego przyjechał ktoś „maluchem”, w którym cała instalacja elektryczna wykonana była (fabrycznie!) z jasnobłękitnych kabelków… to bije Jaguara nie tylko na głowę, ale i na całą długość basenu 😉
Piękny wóz w jakże klasycznej zieleni. Na szczęście wyposażony w skrzynię manualną, ponieważ automat wydłużał przyspieszenie do 100 km/h o ponad 5 sekund, wg testu z epoki, zamieszczonego na łamach AMS 😉
https://fiat130.nl/auto-motor-und-sport-18-1970/
https://fiat130.nl/auto-motor-und-sport-19-1970/
Coś 6-8 lat temu miałem propozycję od jednego klienta zapłaty Jagiem XJ, w wersji Daimler, generacja z początku lat 90tych w zamian za wyremontowanie 3 bedroom house. To było chyba 2.8 z automatem, prostokątnymi przednimi lampami i milusią kremową tapicerką. Propozycję odrzuciłem, jako nie ekwiwalentną. Chyba dziś i teraz żałuję. Szczepanie, gratuluję przejażdżki, nawet tutaj gdy taki lord jedzie drogą to większość kierowców za nim się ogląda. Jag jest na drugim miejscu w moim garażu marzeń. Sorry, na pierwszym miejscu jest Volvo 850 (ten wzmocniony i ten żółty, he, he).
A co do tytułologii, raczej dotyczy to całej Polski, nie tylko byłej CK monarchii. Sam pochodzę z Wrocławia. Do dziś pamiętam sposób zwracania się moich rodziców, członków mojej rodziny, bądź rodziców moich kolegów we wczesnych latach 70tych do pań w aptece, osób na ulicy, lub nauczycieli podczas wywiadówki. Raczej nie była to metoda pompowania własnego ego, ale właśnie takie obyczaje i sposób zwracania się do siebie wtedy obowiązywały. Dziś wydaje się to być teatralne, jednak kilkadziesiąt, czy sto lat wstecz taki był sposób komunikacji międzyludzkiej. Właśnie taki, bardzo kastowy.
pozdrawiam
Piotr
Piotrze, sporo mieszkańców Wrocławia pochodziło właśnie z Galicji jak granice nam pozmieniali. Być może stąd się to wzięło. A być może PRL nas zegalitaryzował i mało kto pamięta jak było wcześniej.
Czytając ten blog, niezwykle pieczołowicie prowadzony i na niespotykanie wysokim poziomie merytorycznym i językowym, za każdym razem mam ucztę intelektualną i wizualną. Jestem od lat pod wrażeniem!
Wzbudziłeś we mnie, drogi autorze, bardzo przyjemne wspomnienia – otóż do ślubu (w zeszłym tysiącleciu) byliśmy wiezieni Jaguarem XJ III generacji (w tym kolorze co przejażdżkowy), co wzbudziło małą sensację. Dla przypomnienia – wtedy jeździło się do ślubu najczęściej Mercedesem „beczką”.
CK tytułomania:
Była na dworze stara panna, jakaś księżniczka Schwarzenberżanka czy Lichtensteinówna, której przykro było, iż, nie posiadając żadnego urzędowego tytułu, miała, na uroczystościach dworskich, krok dopiero po wszystkich żonach ministrów, tajnych radców, często zgoła mieszczańskiego pochodzenia. Otóż, dobry cesarz Franciszek Józef, pragnąc usunąć ten szkopuł, nadał jej, ogłaszając to w urzędowym dzienniku, „tytuł i charakter wdowy po tajnym radcy” (Titel und Charakter einer Geheimratswitwe).
O tym nie słyszałem, ale znając wiele anegdotek z życia Cysorza jestem skłonny uwierzyć 🙂
Chyba że je wszystkie zmyślił ten sam bałwochwalca 🙂
„Cena franco Wiedeń po ocleniu: 144.200 szylingów, plus 6.950 serwo kierownicy, minus 16.150 rabatu, razem 135.000 szylingów.”
Byłem w Wiedniu w 1972 roku. Bilet tramwajowy kosztował wtedy 6 szylingów.
Ciekawostka: dziś w Krakowie bilet tramwajowy kosztuje 6 zł (jednoprzejazdowy lub godzinny z przesiadkami).
Ciekawe, czy za 135 tys. zł da się kupić XJa? Muszę zadzwonić do salonu Jaguara i zapytać 😀
Zachodniopomorskie, grób w okolicy grobu dziadków – ś. p. Gajowy-Technolog X. X.
@wojluk. Jako rodowity wrocławiak nie zgodzę się z Tobą. Po 1945 nowi osadnicy z Galicji stanowili co najwyżej kilkanaście procent (12-15?) ludności Wrocławia. Około 80% polskich mieszkańców po ’45 wywodziło się z dawnej Kongresówki, czyli dawnego zaboru rosyjskiego. Nieprawdziwy jest mit o lwowiakach we Wrocławiu, jaka głównej grupie ludności, jednak był po cichu popierany przez ówczesne władze. Miał wtedy dowodzić ciągłości państwa polskiego pomimo zmiany granic po 2WW. Faktem jest, że wtedy podwaliny polskich uczelni (Uniwersytet Wrocławski, a od jesieni 1945 Politechnika) tworzyli ludzie wykształceni we Lwowie, zwłaszcza młodsza kadra naukowa, związani z Uniwersytetem Jana Kazimierza. Oni byli wtedy bardzo widoczni w przestrzeni publicznej. Dziś powiedzielibyśmy, byli bardzo medialni. Nawet wzmianki o przeniesieniu lwowskiej (galicyjskiej!) szkoły złodziei do Wrocławia to też historie które należy między bajki włożyć. Procent może dwa mieszkańców to polscy bądź niemieccy autochtoni o mniej lub bardziej skomplikowanych korzeniach etnicznych (pani z mojej kamienicy, którą wszyscy nazywali babcią W……, lub mój kolega z klasy ze szkoły średniej, Darek zawsze z uśmiechem na twarzy poprawiał wymowę swojego nazwiska z polskiego sposobu wymowy na niemiecki), lub dość popularny we Wrocławiu w latach 80tych Lothar Herbst, redaktor PR. Kilka procent nie przyznawało się do swojego pochodzenia. Ułamek populacji to Ukraińcy i Łemkowie wysiedleni ze wschodu podczas akcji Wisła.
Przepraszam za przydługi wstęp o Galicji, po prostu tutyłomania jest znacznie szersza niż tradycja CK monarchii i dotyczy wszystkich i wszędzie. To nie wzięło się z hierarchicznych tradycji CK imperium austriackiego, to samo było w dawnej Kongresówce, czy dawnym zaborze pruskim. Ale.. te nawyki są do dziś widoczne, pomimo Uni, nowoczesności i rowerów na każdym kroku (-:)). Dalej mają się dobrze. Widocznie ludzie w swojej masie populacji tego potrzebują.
Co do średniowiecznego skansenu obyczajów i tytularyzmu w UK o którym pisałeś wcześniej w komentarzach, to się z Tobą zgodzę. To może było jeszcze bardziej widoczne w latach 80tych czy 90tych. Na dziś relacje międzyludzkie w UK są bardziej egalitarne. Mieszkam w tym kraju od 20 lat i pracuję na własny rachunek. Ale jeśli już, to tylko ci naprawdę bardziej zamożni, którzy mają dwie lewe ręce do zrobienia czegokolwiek mogą mieć takie inklinacje. Ale pomimo tego dwukrotnie w mojej karierze miałem sytuacje, gdy po usłyszeniu warunków brzegowych ewentualnego kontraktu po prostu wzruszyłem ramionami, wsiadłem w auto i pojechałem. I dwa razy gonili mnie naprawdę fajnymi furmankami! A wystarczyło być grzecznym podczas rozmowy. Dość tylko znać język i obyczaje tego kraju by obejść/olać tego rodzaju zachowania się innych osób. To robi kompletnie inną perspektywę wydarzeń, oraz zmienia sposób komunikacji. Ale rzeczywiście poczucie przynależności do klasy społecznej i związana z tym tytułomania/tytułologia w tym kraju nadal jest silnie zakorzeniona.
Na dziś w tym kraju jest, przynajmniej oficjalnie, większy eglitaryzm niż mieliśmy w PRlu.
pzdr
Wydaje się, że tytułomania była obecna też szeroko w „moim” zaborze rosyjskim i jej relikty nadal wszędzie trwają. Na starych łódzkich cmentarzach znaczna część pomników jest opisana tytułami zmarłych np. „nauczyciel dyplomowany” lub „sędzia sądu takiego i takiego”. Do nauczyciela w liceum nie mówi się inaczej, niż „panie profesorze” (chyba w Polsce nie ma regionu w którym się tego nie kultywuje?), do konstruktora-budowlańca na budowach nie inaczej niż „panie inżynierze”, choćby był technikiem albo studentem, a do sprzedawczyni w aptece „pani magister”.
Ale to w drugą stronę też to działało. W przemyśle „panie inżynierze” mówiono zarówno do inżyniera. jak mgr. inżyniera, a często nawet do dr. inżyniera.
Mieszkałem w Czechach kilka lat. Mam licencjat – odpowiednik czeski to tytuł „bakalář” (bakałarz). Dziwili się strasznie dlaczego na mojej pieczątce nie ma skrótu „Bc”
ooo opowiadaj jak się mieszka w Czechach! strasznie mi się ten kraj podoba! ponoć ludzie bardzo otwarci i ogólnie tam cenią technikę i historię techniki, a nie jakieś durne kościelne głupoty, prawda to? jak tam się żyło?
Muszę Cię zmartwić Benny, mieszkańcy Rep. Czeskiej są tak samo religijni jak i reszta Europejczyków. Jest taki kanał na YTB – Czechostacja się nazywa, jest tam jedną audycja n/t temat. Co więcej, na Morawach występują nawet katolicy co sam naocznie obserwowałem wielokrotnie w różnych miasteczkach.
Ludzie spoko jak i wszędzie, zależy też wiele od mojego podejścia. Jak się jest bucem i mrukiem to druga strona też będzie zdystansowana. Technicznie jest rozwinięty kraj, przemysl maszynowy zdecydowanie bardziej rozwinięty niż w PL. Rodziny mają więcej dzieci. Dumni są ze swoich wyrobów i ogólnie zdają się być zadowoleni z tego jak jest. Domy nie są tak odremontowane jak w PL. Angielski mniej powszechny niż w PL, przynajmniej tam gdzie ja bywam. Może niemiecki, ale nie próbuje, bo dawno nie używałem a pozatym… (Na Śląsku morawskim) moim miksem gwary i selekcji znanych czeskich słówek idzie się porozumieć w miarę komfortowo. W Czechach już jest zdecydowanie trudniej, a czasem nie możliwym dla mnie.
Dla Polaków łatwiej jest że Słowakami się dogadać, zresztą oni zdają się być bardziej otwarci.
Od Ciebie to faktycznie jest tam kawałek drogi, ja mam blisko i ci ludzie są bardziej realni.
Dobrze, się żyło w Czechach. Nie mają presji na wykształcenie czy pokazanie się sąsiadowi. Ludzie generalnie otwarci i sympatyczni
Ps. Nie dotyczy Pragi. To wedlug samych Czechów inny świat.
No właśnie. Czy pani magister coś może polecić na kaszel? Ale naprawdę w mojej wrocławskiej rzeczywistości za dzieciaka w latach 70tych, babeczki za kasą to naprawdę pompowało. A z kolei w UK normalnym jest tytułowanie osoby od naprawy kabli lub rurek panem inżynierem.