PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: GEST KOZAKIEWICZA

„Przypadek? Nie sądzę!!” – tak internauci komentują każde spostrzeżenie liczby 69. Nie wiem, czy pół wieku temu ludzie kojarzyli podobnie, ale 6,9-litrowa pojemność topowego silnika Mercedesa W116 faktycznie przypadkiem nie była. Tym autem Daimler-Benz pokazywał światu gest Kozakiewicza – pięć lat przez człowiekiem, który ów gest rozsławił.
Historii gestu Kozakiewicza młodsi mogą nie znać, więc pokrótce przypomnę. Organizowane w Moskwie letnie Igrzyska Olimpijskie ’80 bojkotowała większość państw zachodnich (z powodu radzieckiej inwazji na Afganistan). Wściekła publiczność z rozpędu wygwizdywała wszystkich cudzoziemców, również „sprzymierzonych”. A polski tyczkarz, Władysław Kozakiewicz, był szczególnie cięty na ZSRR, bo urodził się w 1953r. na radzieckiej Litwie i wychowywał wśród dokwaterowanych do rodzinnego domu czerwonoarmistów. Jako kilkulatek przeniósł się z rodzicami do Gdyni, ale traumatyczne wspomnienia pozostały.
Na moskiewskiej olimpiadzie Kozakiewicz zdobył złoty medal bijąc dwa rekordy świata (5,72 i 5,78 metra), a na gwizdy z trybun dwukrotnie reagował zgięciem prawej ręki z jednoczesnym złapaniem jej lewą. W kraju był za to szykanowany (ambasador ZSRR żądał nawet odebrania medali i dożywotniej dyskwalifikacji), więc w końcu wyemigrował do RFN, ale jego występ komentowano w całym świecie.
Jak to się ma do W116? Otóż w 1975r., pośród energetycznej paniki, Mercedes klasy S nie był najmodniejszym z aut. Tymczasem, mimo wszechobecnej nagonki antysamochodowej i antycywilizacyjnej, Daimler-Benz zachował się podobnie jak pięć lat później Władysław Kozakiewicz: swemu najbardziej luksusowemu modelowi zafundował silnik o obłąkanej jak na Europę pojemności 6,9 litra. Tym samym jasno oznajmił, co sądzi o oficjalnej, polityczno-medialnej narracji – i jak Kozakiewicz wygrał, bo Mercedes-Benz 450 SEL 6,9, jak oficjalnie zwała się specyfikacja, sprzedał się w niebagatelnej liczbie 7.380 egzemplarzy. Jeden z nich udostępnił mi do przejażdżki Adam z Giełdy Klasyków.
***
„Klasa S” – już sama ta nazwa budzi respekt. Litera S już od 1951r. zdobiła tylne klapy najdroższych limuzyn Mercedesa, ale dopiero W116-tkę reklamowe materiały po raz pierwszy nazwały S-Klasse. To brzmiało dumnie, wynosiło model i jego nabywców wysoko ponad marności tego świata. Wprawdzie tylko na dwie dekady, bo w 1993r. wszystkie Mercedesy zostały nazwane „-klasami” i splendor litery S nieco zbladł, jednak w czasach W116 błyszczał bardzo jaskrawo.
W116 zadebiutował w 1972r., jeszcze przed kryzysem naftowym – i zrobił takie wrażenie, że został Samochodem Roku ’74, jako jedyny w historii przedstawiciel segmentu luksusowego i jedyny Mercedes (wróć: aktualnym Samochodem Roku jest CLA, ale obecnie mało kogo to obchodzi).
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Auto mierzyło 4.960 x 1.870 mm, przy rozstawie osi 2.860 mm – dziś byłoby więc ledwie Klasą E (tylko przedłużona o 10 cm szoferska wersja L przekraczała granicę pięciu metrów). Mocno przypominało zaprezentowany rok wcześniej typoszereg 107 (SL/SLC), z którym dzieliło większość koncepcji technicznych i stylistycznych.
Największy nacisk położono na bezpieczeństwo – nad którym Daimler-Benz pracował od dwudziestu lat, ale którym dopiero teraz zaczynał interesować się świat. Producenci nieśmiało zaczynali pokazywać wraki zmasakrowane w crash-testach i podkreślać dbałość o ochronę jadących: w W116 – oprócz znanych już wcześniej stref kontrolowanego zgniotu, łamanej kolumny kierowniczej i bezwładnościowych pasów – pojawiły się zbiornik paliwa schowany za tylną kanapę, zabezpieczenie tylnych drzwi przed przypadkowym otwarciem przez dzieci, wzmocnienia boczne, miękkie obicia kierownicy czy kokpit bez ostrych, wystających elementów.
O bezpieczeństwo czynne dbały rynienki kierujące wodę z dala od okien, wycieraczki spoczywające poza polem widzenia kierowcy, kierunkowskazy zawinięte na boki nadwozia i karbowane klosze tylnych lamp, mające spowalniać brudzenie.
Najważniejsza była jednak nowa konstrukcja przedniego zawieszenia: na klasycznych wahaczach poprzecznych, ale z zerowym promieniem zataczania i geometrią przeciwdziałającą nurkowaniu podczas hamowania (przejęta później przez W123).
Foto: materiał producenta
Niezmienione pozostało tylne zawieszenie na wahaczach wleczonych, a także hamulce, bo naonczas nie istniało nic lepszego od czterech tarcz ze wspomaganiem…
…aż do 1978r., kiedy właśnie w W116 światową premierę święcił układ ABS Boscha – naonczas technika iście kosmiczna.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Gama silników zaczynała się od M110 – rzędowej, 2,8-litrowej szóstki DOHC zasilanej gaźnikiem (160 KM, 190 km/h, 11,5 sekundy do setki) lub wtryskiem (185 KM, 200 km/h, 10,5 sekundy). Powyżej znajdowały się wtryskowe V8-mki OHC M116/M117, o pojemnościach 3,5 i 4,5 litra (200/225 KM, 205/210 km/h, 9,5/9,3 sekundy – mała różnica osiągów wynika z seryjnej skrzyni automatycznej w 450-tce). W późniejszych latach moce wahały się z powodu nowych norm ekologicznych i przejścia w 1975r. z elektronicznego wtrysku D-Jetronic na mechaniczny K-Jetronic. Równocześnie V8-mki dostały tranzystorowy zapłon i hydrauliczne popychacze rozrządu.
Wszystkie silniki łączono ze skrzyniami automatycznymi (w R6 cztero-, a w V8 trzybiegowymi), a 2,8- i 3,5-litrówki również z ręcznymi (standardowo czterobiegowymi, w R6 dostępny był bieg piąty, choć prawie nikt go nie zamawiał).
Nie można pominąć trzylitrowego turbodiesla 300 SD, który od maja 1978r. trafiał do USA (by zmniejszyć „średnie flotowe zużycie paliwa”) i stanowił pierwszy taki silnik auta osobowego w historii. Była to pięciocylindrowa jednostka OM617, znana z modeli W115 i W123, ale tutaj dzięki doładowaniu rozwijająca 115 KM, co przy seryjnej skrzyni automatycznej dawało 165 km/h i 17 sekund do setki.
Foto: materiał producenta
Pierwsza generacja S-Klasy nie przechodziła liftingu nadwozia. Do 1980r. powstało 473.035 sztuk – o 90 tys. więcej niż równie długo produkowanego poprzednika (co znowuż potwierdza, że „naftowa panika” była bardziej zjawiskiem medialno-psychologicznym niż realnym). Sprzedaż rozkładała się następująco:
280 S 122.848
280 SE 150.593
280 SEL 7.032
350 SE 51.100
350 SEL 4.266
450 SE 41.604
450 SEL 59.578
300 SD 28.634 (tylko USA)
Z powyższej puli 292 egzemplarze zostały opancerzone (wersje silnikowe nieudokumentowane), natomiast brakujące 7.380 sztuk…
…to właśnie te, co pokazywały światu gest Kozakiewicza.
Foto: materiał producenta
***
450 SEL 6,9 ukazał się w maju 1975r. – półtora roku po osławionych niemieckich „niedzielach bez samochodu”, kiedy na jezdniach głównych dróg dzieciaki grały w klasy. Żeby przedstawić wówczas coś tak wyzywającego, trzeba było mieć tupet.
Daimler-Benz tupet miał. Gargantuicznej, 6,9-litrowej pojemności nie wybrał przypadkowo: powiększył 6,3-litrową jednostkę królewskiego Mercedesa 600, ponieważ Rolls-Royce rozwiercił swoją sztandarową V8-mkę z 6¼ na 6¾ litra. Stuttgart nie mógł być gorszy.
Oznaczenie 6,9 wybrano na wyrost, bo zaokrąglenie 6.834 cm³ powinno brzmieć 6,8. Czyżby internetowe śmieszkowanie było starsze od Internetu? Bardziej prawdopodobne, że przewaga 0,05 litra wypadałaby zbyt blado.
Przewag było jednak więcej: zamiast gaźnika Niemcy zastosowali mechaniczny wtrysk, do tego kute tłoki i korbowody, zawory wypełnione sodem i suchą miskę olejową – bo miska tradycyjna zwyczajnie się nie zmieściła. Skok tłoka był krótszy od średnicy cylindra (105 x 95 mm). Każdy silnik składano ręcznie i testowano przez 265 minut, w tym 40 przy pełnym obciążeniu. Inaczej niż Rolls-Royce, Daimler-Benz podawał osiągi: 286 KM przy 4.250 obrotach i 550 Nm przy 3.000. W połączeniu z trzybiegowym automatem dawało to 225 km/h i 7,4 sekundy do setki, choć w tym segmencie mało kto mierzył sprinty stoperem.
Foto: materiał producenta
Zużycie paliwa? Producent mówił o 16 litrach na 100 km – według starej normy DIN, podającej 110% wyniku zmierzonego na płaskiej drodze, przy 3/4 prędkości maksymalnej, ale nie więcej niż 110 km/h. Instrukcja wspominała też o „realnym spalaniu 14-24 litrów w rzeczywistych warunkach„, chociaż nabywców interesowało to pewnie jeszcze mniej niż czasy przyspieszenia.
Drugim wyróżnikiem topowego wariantu było hydropneumatyczne zawieszenie, oparte na licencji Citroëna, choć nie identyczne: tutaj zielone sfery zastąpiły tylko sprężyny, pozostała natomiast klasyczna konstrukcja reszty podwozia, łącznie ze stabilizatorami. Pompę napędzał łańcuch rozrządu, a nie gumowy pasek, prześwit dawał się podnieść tylko o 5 cm, a w razie utraty ciśnienia auto jechało dalej, spoczywając na awaryjnych elementach gumowych. Daimler-Benz potraktował hydropneumatykę jako dodatkowy system samopoziomujący i poprawiający komfort, a nie kompleksową koncepcję zaprojektowania całego auta.
450 SEL 6,9 miał w standardzie wiele gadżetów opcjonalnych w niższych wersjach (klimatyzację, tempomat, wycieraczki ze spryskiwaczami reflektorów, obrotomierz, większy akumulator i alternator, welurową tapicerkę, zagłówki i bezwładnościowe pasy z tyłu, cztery elektryczne podnośniki szyb, itp.), jednak wciąż należało dopłacać np. za radio z anteną i głośnikami, szyberdach, alufelgi, metalizowany lakier, a nawet prawe lusterko (!!). A także za samochodowy telefon: ten wynalazek opisywałem w jednym z najstarszych wpisów, dodam więc tylko, że w 1979r. kosztował on aż 14 tys. DM – więcej niż Golf GTI albo połowa podstawowej 280-tki S!! Ten wynalazek kupowali ludzie, których czas był naprawdę bezcenny – tyle że wśród użytkowników S-Klasy było takowych wielu.
Foto: materiał producenta
Z zewnątrz 6,9-tki nie dało się rozpoznać – jeśli pominąć opony 215/70 VR 14 (ledwie centymetr szersze niż w 350/450 SE/SEL) i dyskretny symbol „6,9” na tylnej klapie (z oznaczeń modeli Mercedesów dało się bezpłatnie zrezygnować i wielu nabywców naprawdę to robiło).
450 SEL 6,9 kosztował 69.930 DM: to prawie 2,5-krotność ceny podstawowego 280 S (28.848 DM) i 1,6-krotność 450 SEL (44.444 DM). Za dopłatę do najbliższego cenowo wariantu dało się kupić topowego Mercedesa W114 (280 E, 25.463 DM) albo dorzucić marne 3 tys. i mieć drugą S-kę w wersji bazowej…!!
Foto: materiał producenta
***
Tak, moim pierwszym samochodem było W116, ale… na przejażdżce sentymentu nie czułem. Po pierwsze, 6,9-litrowe V8 ma się do cherlawego, klekoczącego diesla jak Hispano-Suiza do chłopskiej furmanki, a po drugie – egzemplarz Adama jest jak spod igły, a w moim musiałem w deszczu zakładać kalosze. Nawet gwiazda na masce była plastikowa i pokrzywiona (kupiona za 10 zł w osiedlowym sklepie motoryzacyjnym, zwichrowała się już przy zakładaniu).
Z powrotem w W116, pierwszy raz od 1999r.
Foto: Adam Piotrowski / gieldaklasykow.pl
Spotkanie z topowym Mercedesem lat 70-tych zacząłem od podniesienia maski, bo po reszcie mimo wszystko nie spodziewałem się zaskoczeń.
W komorze silnika jest bardzo ciasno. Olbrzymi motor budzi respekt – w przeciwieństwie do V8-mek amerykańskich, zazwyczaj wyglądających na mniejsze niż są.
Foto: praca własna
Przy prawym błotniku znajduje się korek zbiornika oleju…
Foto: praca własna
…ze zintegrowanym bagnetem. Układ mieści aż 12 litrów, a stan sprawdza się przy silniku rozgrzanym i pracującym.
Foto: praca własna
Naprzeciwko siedzi zbiornik płynu hydraulicznego z cięgłem regulatora o trzech pozycjach: wysokość normalna, podniesiona o 5 cm i blokada samopoziomowania (przydatna przy podnoszeniu samochodu, żeby układ nie zgłupiał).
Foto: praca własna
„Siadaj i pal” – powiedział Adam, co też uczyniłem. I wtedy opadła mi szczęka…
Zdarzało mi się już jechać mercedesowskimi V8-mkami, ale huk odpalanej 6,9-tki nie mieści się w tych kategoriach. To czystej wody muscle-car: bulgocząco-dudniący, jak gdyby chciał rozsadzić nadwozie. Każde muśnięcie gazu wyzwala torque twist – moment reakcyjny wirującej masy. Posłuchajcie sami: taki ryk słyszy się zwykle na zlotach am-carów, a W116 ma przecież być wytwornym Mercedesem S…!!
Oczywiście, ten potwór jest w środku solidnie wygłuszony. Maniery ma więc lepsze od prostackich mięśniaków z Detroit, ale naturę identyczną. W klasycznym Mercedesie, po którym spodziewamy się kindersztuby i bon-tonu, takie łobuzerstwo jednocześnie oburza i fascynuje.
Foto: praca własna
***
Nikogo chyba nie zdziwię mówiąc, że monstrualny silnik całkowicie zdominował wrażenia z jazdy. Nie tylko akustyczne: to auto ma ponad pięć metrów długości, a z samym kierowcą na pokładzie – wystarczy takie chuchro jak ja – przekracza masę dwóch ton, tymczasem przy lekkim muśnięciu gazu sprawia wrażenie, jak gdyby nie ważyło nic. Wydaje się przyspieszać tak szybko, jak szybko wciskamy pedał, na każdym biegu i od każdej szybkości wyjściowej, pozornie bez granic. Nie wyobrażam sobie, jakie wrażenie musiało to robić na nieograniczonych autostradach niemieckich, w epoce kiedy wciąż produkowano 34-konnego „Garbusa”, a podstawowy Mercedes rozwijał 55 KM i przekraczając 100 km/h wył jak zarzynany wieprz.
6,9-tka wgniata jadących w fotel na każde żądanie – tak samo przy 40 i 140 km/h, w dodatku bez redukcji, która jest jej zupełnie zbędna. Nic dziwnego, jeśli od startu do 4.500 obrotów krzywa momentu obrotowego nie schodzi poniżej 500 Nm, a wyżej prawie nie da się wyjść (tzn. da się, ale trzeba celowo zablokować zmianę biegów, zresztą i wtedy do dyspozycji pozostaje przynajmniej 400 Nm!!).
materiał producenta
Przed półwieczem dziennikarze pisali o „niewiarygodnie długich przełożeniach„: fakt, że dyfer 2,65:1 spotyka się rzadko, ale sumaryczne przełożenie trójki jest identyczne jak piątki w moim SLu – 100 km/h odpowiada 2.200 obrotom. Z tą tylko różnicą, że 6,9 na tej samej trójce schodzi do czterdziestki, a potem w mgnieniu oka przyspiesza z powrotem, praktycznie jak elektryk (jeśli pominąć ścieżkę dźwiękową). Połączenie ogromu auta z uczuciem błyskawicznego, bezwysiłkowego nabierania szybkości bez względu na sytuację tworzy dysonans równie hipnotyzujący, jak donośne dudnienie niemal siedmiolitrowego big blocka odzianego w szaty dostojnego Mercedesa.
100 km/h w 7,4 sekundy nie robi dziś szału, jednak warto dodać, że przyspieszenie jest całkowicie liniowe i nieprzerwane zmianami biegów – bo maksymalna prędkość jedynki przekracza setkę…!! O ile pedał wbijemy w podłogę, wduszając w nią wyraźnie wyczuwalny przycisk kick-downu – w przeciwnym wypadku jeszcze przed osiągnięciem miejskiej 50-tki włączy się bieg najwyższy, zresztą bez szkody dla dynamiki.
***
Wyobrażam sobie, że w atmosferze roku 1975 taka bestia musiała się jawić cokolwiek kontrowersyjnie. Zapewne dlatego większość reklamowego katalogu ośmiocylindrowych W116 (bo 280-tki miały odrębne katalogi, z innym przekazem) skupiała się na wyjaśnianiu, po co w ogóle istnieją luksusowe auta i przekonywaniu, że zainteresowania nimi nie trzeba się wstydzić. W tym duchu utrzymane są hasła otwierające kolejne strony prospektu.
„Kto więcej jeździ, potrzebuje więcej samochodu„: Mercedesy S kupowali ludzie przemieszczający się bezustannie, robiący ogromne przebiegi – i oni zauważali różnicę. „Komfort i odprężenie NIE SĄ zbytkiem!!„: wygodny, dopracowany samochód odciąża umysł i ciało poprawiając bezpieczeństwo jazdy i oszczędzając siły kierowcy na bardziej produktywne zadania. „Punktem odniesienia jest Człowiek„: jego dobrostan, izolacja od wstrząsów i hałasu, relaks zamiast stresu, skupienie na drodze zamiast walki z mechanizmami. „Perfekcja w każdym detalu„: 50 lat temu przepaść pomiędzy pojazdami najtańszymi i najdroższymi była olbrzymia i naprawdę dawała się przedstawić jako rozsądna inwestycja we własne bezpieczeństwo, spokój ducha i wydajność działania. Oraz w Jakość: katalog przytaczał statystyki, według których Mercedesy pokonywały największe roczne przebiegi spośród wszystkich samochodów na rynku, a mimo to dożywały najwyższego wieku – i radził wkalkulować te fakty w rachunek.
„Pokonuję rocznie 50.000 km i widzę wielką różnicę pomiędzy byle samochodem i Mercedesem S” – wyznaje w reklamie „anonimowy klient”. „A kiedy przeliczę koszty na przebieg, komfort i moc, jazda S-Klasą wychodzi bezkonkurencyjnie tanio (…) Teraz jeżdżę inaczej, spokojniej – bo kto ma porządny samochód, rzadziej się denerwuje„. Ach, gdyby dzisiejsze koncerny potrafiły tak pięknie bronić siebie i nas przed zalewem politycznej poprawności, miast wzajemnie prześcigać się w jej schlebianiu…
Foto: praca własna
Naszym oczom dawne samochody jawią się jako łagodne i niewinne, ale to tylko kwestia kontrastu ze współczesnym tłem. Podwójne poziome reflektory z wycieraczkami, podwójne chromowane zderzaki i potężny, lśniący grill z gwiazdą – pół wieku temu taki obraz w lusterku wstecznym wyglądał nie mniej agresywnie niż dziś BMW X7 i nie mniej skutecznie skłaniał do zjechania na prawo. Nie wolniej przemykał też lewym pasem i znikał w oddali…
Foto: praca własna
Ogromna maska, ogromna kabina z przedłużonymi tylnymi drzwiami, ogromny bagażnik. Rozcinający powietrze grill. Felgi wyglądające jak dzieło jubilera…
Foto: praca własna
Wysmakowanej krzywizny tylnej szyby nie zakłócają druty grzejne: w W116 po raz pierwszy zastosowano przewody przezroczyste, widoczne dopiero z centymetrowej odległości i też przedstawiane jako detal poprawiający bezpieczeństwo. Podobnie jak umieszczenie wlewu 96-litrowego baku, świadczące o jego bezpiecznej lokalizacji. Mercedes S nie był Fordem Pinto.
Foto: praca własna
Ogromne tylne lampy dostały formę mającą utrudniać brudzenie (w praktyce utrudniającą raczej mycie), a podwójne zderzaki, podwójny wydech i podwójny napis na klapie nie pozostawiały wyprzedzanym żadnych wątpliwości.
Foto: praca własna
Zdjęcia zrobiliśmy na polnej drodze, testując przy okazji hydropneumatyczne zawieszenie. Stąd jego podniesiona pozycja, przydatna w takich okolicznościach. Po miedzach można komfortowo śmigać 50-60 km/h: jak w Citroënach, tyle że bez strachu o awarię (bo mercedesowskie łańcuchy rozrządu nie pękają, a w najgorszym razie, po utracie ciśnienia, auto normalnie pojedzie dalej). No i bez czekania, aż buda wstanie po odpaleniu – bo ona nie opada nigdy, nawet po roku postoju.
Na zawieszenie zwróciłem uwagę dopiero pod koniec przejażdżki, gdy już zdołałem przywyknąć do miażdżącego momentu obrotowego. Dopiero wtedy zauważyłem, że cały czas jeździmy po podniszczonych dróżkach wiejskich, czego w tym aucie wcale nie czuć.
60 km/h przez pola? Citroëniarze tylko wzruszą ramionami, wielbiciele gwiazdy muszą wykosztować się na najrzadszą, topową wersję klasyka. Chociaż tyle, że taka istnieje. Ale uwaga, znalazłem jedną wadę – średnicę skrętu. W przedłużanym W116 przekracza ona 12 metrów, co nie przypomina standardów marki. Ja miałem wersję krótką, więc ten jeden aspekt u mnie wypadał lepiej 😉
Foto: Adam Piotrowski / gieldaklasykow.pl
Nadwozie oczywiście się nie przechyla: ani przy hamowaniu, ani przy licznikowych 130 km/h na łuku ekspresówki. Nie ma tu oczywiście XXI-wiecznej pewności i precyzji prowadzenia, ale jeśli jakiekolwiek 50-letnie auto może się do niej zbliżyć, to w pierwszej kolejności to. Podobnie z hamulcami: dwukrotnie użyłem ich pełnej siły i… dwukrotnie się zdziwiłem. Raz – gdy nasz polny plener zauważyliśmy ciut późno, więc konkretnie nadepnąłem na pedał i obaj polecieliśmy na przednią szybę. Drugi raz – gdy na dwupasmówce przed nosem zapaliło się nam czerwone światło: tuż po rozpoczęciu hamowania usłyszałem pisk opon – ale nie naszych, tylko auta za nami. Specjalnie na sekundę odpuściłem, żeby zrobić trochę miejsca i ocalić piękne chromy (w tym unikatowy napis 6,9, dzisiaj zapewne nie do dostania). W roczniku ’76 nie ma jeszcze ABSu, ale wentylowane, 278-milimetrowe tarcze i 215-milimetrowe opony Michelina robią robotę. Ci, którzy pisali o uzasadnionej inwestycji w bezpieczeństwo, mieli całkowitą rację, bo wtedy takiego hamulca naprawdę nie miał prawie nikt.
Moja zdezelowana S-ka nie hamowała w połowie tak skutecznie, ale egzemplarz przejażdżkowy jest w doskonałym stanie. Pochodzi z rynku francuskiego (gdzie stanowił podwójny gest Kozakiewicza, ze względu na stawki podatkowe). Ma już drugą powłokę lakierniczą, ale też oryginalne, idealnie zachowane wnętrze i oryginalny przebieg 136 tys. km, który pomiędzy 2019-23r. wzrósł o 22 tys. Faktury serwisowe za sam ten okres opiewają na 38 tys. € – i warto o tym pamiętać komentując ceny zabytkowych aut. Wóz pięćdziesięcioletni to coś zupełnie innego niż pięcio- czy dziesięciolatek: tu każdy element kilkukrotnie przekroczył zakładany resurs, dlatego dwa wizualnie identyczne egzemplarze mogą dzielić nawet nie dziesiątki, a setki tysięcy złotych włożonych w nowe części i naprawy. Jeśli nie zapłacimy tych kwot przy zakupie, życie zmusi nas do tego w warsztatach, co dodatkowo pochłonie mnóstwo czasu i nerwów, bez pewności wyniku.
Niebieska, welurowa tapicerka wygląda jak z fabryki. Wewnętrzna regulacja lusterka była wtedy luksusem (o elektrycznej się nawet nie śniło)…
Foto: praca własna
…podobnież przyciski elektrycznych szyb. Charakterystycznym detalem W116 jest łukowaty kształt obicia drzwi, a autorskim patentem Mercedesa – zamki ze zwężającym się bolcem, które wprawdzie ułatwiały zadanie złodziejom, za to uniemożliwiały zakleszczenie w takcie wypadku (mowa o zamku, nie o całych drzwiach, które zawsze mogą ulec zgnieceniu). Suma takich detali składała się na autentyczną przewagę Mercedesów – oraz na ich cenę.
Foto: praca własna
Tak w latach 70-tych podróżowała światowa elita. 450 SEL 6,9 kupili np. szach Reza Pahlavi, Roman Polański, Frank Sinatra, Jack Nicholson, Telly Savalas, Ringo Starr, Alain Delon, Mireille Mathieu, Juan Manuel Fangio, Niki Lauda czy James Hunt. Większość nie korzystała z usług szofera, jednak silnik 6,9 oferowano wyłącznie z długim rozstawem osi, więc wyjścia nie było.
Foto: Adam Piotrowski / gieldaklasykow.pl
Zagłówki, bezwładnościowe pasy, rozkładany podłokietnik, lampka do czytania, siatki na drobiazgi w oparciach – to wszystko były przejawy luksusu
Foto: Adam Piotrowski / gieldaklasykow.pl
Fotele – jak lusterka – są ustawiane ręcznie, za to wyglądają jak nowe, a ich kształt doskonale odwzorowuje ludzką anatomię (przed wynalezieniem pompowanych podparć lędźwiowych nie było w świecie niczego lepszego). Z przodu też przewidziano podłokietnik – który miał i mój egzemplarz, mimo że poza wersją 6,9 należało za niego dopłacić.
Foto: praca własna
Kierowców taksówkarskich Mercedesów zaskoczy tutaj niewiele: wyraźnie większa przestronność (zwłaszcza wszerz), większa maska silnika i kanał dostarczający ciepłe powietrze do wnętrza drzwi, by okna się nie parowały. Jadący siedzą daleko od siebie, daleko znajduje się szyba czołowa, a stercząca na masce gwiazda zdaje się znajdować w sąsiednim powiecie. Tak wielka przestrzeń nie jest oczywiście konieczna, jednakże – jak podkreślał prospekt – różnicę w samopoczuciu robi. Sam zauważyłem to przy przesiadce na 280 CE.
Foto: praca własna
Taka przestrzeń, taki design i takie materiały musiały wręcz zwalać z nóg. Zwalają zresztą i dzisiaj, jeśli są tak zachowane jak tutaj (u mnie były wyblakłe i popękane, mimo że miały 25, a nie 50 lat – co pokazuje wagę odpowiedniej dbałości).
Foto: praca własna
Z kokpitu faktycznie nic nie wystaje. Nawiewy na twarze można regulować pojedynczo, a duża wydajność tego środkowego przydaje się w egzemplarzach bez klimatyzacji. Z kolei pod nawiewami bocznymi widać wkomponowane głośniki.
Foto: praca własna
Zespolonego zestawu wskaźników W116 jeszcze nie ma, ma za to seryjny obrotomierz i szokujące znaczniki na skali szybkości: jedynka do 105 km/h, dwójka do 170 (trójki nie zaznaczono, sięgała do 225 – bez szału, bo silnik M100 kręci się tylko do 5.300 obr/min). Wersję 6,9 wyróżnia też kontrolka hydropneumatyki (sygnalizująca tryb wysokiego prześwitu lub spadek ciśnienia przy prześwicie standardowym) oraz cięgło wybieraka wysokości (tu zastąpione grzybkiem świateł awaryjnych z W115 – prostokątny oryginał jest od lat niedostępny, a ułamuje się łatwo).
Foto: praca własna
Warto wspomnieć o kontrolce zużycia klocków hamulcowych: W116 dostał ją jako pierwszy w świecie, bo jako pierwszy pozwalał wymieniać olej co aż 15 tys. km. W aucie tak ciężkim i szybkim klocki mogły nie dotrwać do kolejnego serwisu, więc konstruktorzy zadbali, by kierowca się o tym dowiedział. Również za taką dbałość płaciło się mercedesowskie ceny.
Tempomat 6,9-tka oferowała seryjnie. Włączamy go pierwszym popchnięciem górnej dźwigienki w górę lub dół. Każde następne popchnięcie zmienia prędkość o 1 km/h, dłuższe przytrzymanie powoduje łagodne przyspieszanie lub zwalnianie, odepchnięcie (lub użycie hamulca) wyłącza tempomat, a przyciągnięcie – przywraca ostatnią ustawioną szybkość. Dolna dźwigienka oprócz migaczy włącza długie światła (od siebie), sygnał świetlny (do siebie), trzy tryby wycieraczek (obrót rękojeści) i spryskiwacz (wciśnięcie wzdłużne). Ten układ krytykowano jako skomplikowany, choć w istocie jest bardzo wygodny.
Foto: praca własna
Fabryczny radioodtwarzacz Becker Mexico to fetysz wielu kolekcjonerów. Rzadsze jest jednak niebieskie pokrętło mocy chłodzenia – tutaj seryjne, natomiast w pozostałych Mercedesach kosztujące 1/3 ceny nowego Golfa.
Foto: praca własna
Nietypowe oznaczenia trybów przekładni – S i L – to skróty niemieckich słów Steigung i Last („Stromizna” i „Obciążenie”). Te pozycje dezaktywują odpowiednio trójkę i dwójkę, więc mogłyby nazywać się 2 i 1, tyle że S dodatkowo podnosi próg zmiany 1-2, ułatwiając jazdę górską. Czy to potrzebne? W słabszych modelach tak, w 6,9-tce niekoniecznie – bo ona na biegu najwyższym pokonuje wzniesienia 22-procentowe (czyli praktycznie wszystkie występujące na drogach publicznych. Dla porównania: Fiat 125p 1500 powinien pokonywać 23-procentowe, ale na dwójce). Tryb L przydaje się też do podciągania w korkach, by uniknąć wielokrotnego przeskakiwania 1-2.
Foto: praca własna
***
Na zakończenie mógłbym napomknąć o roli brązowego 450 SEL 6,9 w thrillerze „Ronin„ albo ośmiominutowym filmie „C’etait un rendez-vous„, który prezentowałem kiedyś TUTAJ. Mógłbym też rozwinąć temat kontrastu pomiędzy moim pierwszym samochodem, który w żadnym cywilizowanym kraju nie przeszedłby badania technicznego, a egzemplarzem Giełdy Klasyków, wyglądającym i jeżdżącym jak nowy. Ale to byłyby banały, dlatego jeszcze na moment wrócę do gestu Kozakiewicza.
Ów gest pokazał nie tylko Daimler-Benz prezentując w 1975r. 6,9-litrową S-Klasę, ale i klienci, którzy kupili aż 7.380 sztuk. Co więcej, największą część – 1.839 sztuk – zamówili w 1979r., kiedy islamska rewolucja w Iranie wywołała drugi naftowy szok i energetyczny kryzys. Ale oni się nie przejęli – bo ludzie z dachu świata dobrze rozumieją, że kryzysy i ideologie przemijają, a Wielkie Dzieła są wieczne.
Foto tytułowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)


Szkoda, że dzisiaj brakuje Mercedesowi, takiej odwagi jak 50 lat temu.
Dziś Mercedes podobnej wielkości (czyli EQS) ma oczywiście napęd elektryczny i reklamowany jest przez niebinarną wyjątkowo brzydką postać (zapewne leworęczną) o nieokreślonej płci o bardzo postępowym kolorze skóry i wyjątkowo
Skutek? Żenująco niski poziom sprzedaży i katastrofalne wyniki finansowe. Podobnie bylo z Jaguarem, którego reklama postawiła na krawędzi bankructwa (oba przypadki temat na osobny wpis)
Zaznaczam od razu, że absolutnie nie mam nic przeciwko osobom o takim a nie innym kolorze skóry czy leworęcznym. (sam jestem leworęczny)
A ja myślę, że odwagi mu nie brakuje i mamy właśnie do czynienia z podobną sytuacją co w 1975 – Mercedes dosłownie kilka tygodni temu ogłosił, że w AMG rezygnuje z 2-litrowych hybryd R4 w topowych wersjach na rzecz 4-litrowego podwójnie doładowanego V8.
EQS to jest katastrofa jak chodzi o obcowanie z nim w rzeczywistości – zarówno jazda, jak i wnętrze. Stąd wyniki rynkowe i rabaty 200 tysięcy złotych. Mercedes próbował wmówić światu, że to elektryczna wersja S-klasy, ale na szczęście klienci nie okazali się tak głupi, jak sobie producent wymarzył 🙂
„ciekawe” podejscie. jesli chodzi o binarnosc to mam przypuszczenie ze klienci sa b binarni – wola wozy niezawodne od tych slabych. Jaguar z zalet mial „aure”. MB dawno przestal okupowac podium rankingow niezawodnosci – nawet wg TUV. klienci co wielkorotnie wykazywal Szczepan uzywaja wiedzy kupujac samochody, reklamy bedace majsterszykami miewaja wplyw na sprzedaz (np VW „Garbus” w USA) ale najczesciej idzie to w parze z przyzwoita jakoscia reklamowanych samochodow i tzw „value for money”
Jak nie lubię W116 (jest dla mnie nieproporcjonalny) to takiego mógłbym mieć.
A co do nowego CLA: o wypraszam sobie. Czekam na dostawę dla małżonki. I o ile poprzednie wersję mają u mnie krechę – choć głównie za to, że znam dwie bardzo nieprzyjemne osoby jeżdżące nimi – co aktualna wersja jest jak najbardziej OK.
Ależ ja nie mam nic przeciwko CLA – pisałem tylko, że dziś nikt nie zwraca uwagi na wyniki konkursu COTY. Kiedyś wygrana q nim naprawdę budziła respekt i podnosiła sprzedaż, dziś mało kto w ogóle pamięta, że ten konkurs jest jeszcze rozgrywany.
Ten samochód to świetny przykład na postęp w motoryzacji. Obecnie najtańsza na rynku Dacia czy Fiat oferują sporo wyposażenia niedostępnego w tamtym samochodzie z dachu świata, nawet opcjonalnie. Ba! Mój 36-letni samochód ma kilka elementów, których tu nie było (choćby wspomniane pompowanie odcinka lędźwiowego czy elektryczne szyby i lusterka). A dzieli je raptem kilkanaście lat.
Tylko właśnie – postęp idzie powoli, powoli i ciężko to wyłapać na pierwszy rzut oka.
Natomiast klienci kupujący takie samochody zazwyczaj się nie przejmują kryzysami, bo po pierwsze – to oni na nich zyskują, a po trugie: bo mając miliony czy wrecz dziesiątki milionów ciężko stracić taką fortunę – trzeba być wyjątkowym głupcem lub pechowcem, żeby się odpowiednio nie zabezpieczyć i tak skończyć.
Żeby nie brzmieć zbyt krytycznie – stan zachowania egzemplarza, zwłaszcza wnętrza, robi wrażenie. Podobnie jak niski przebieg, który trochę zaskakuje: ktoś kupił auto, z którego można prawie nie wysiadać i… rzadko do niego w ogóle wsiadał.
Ostatnia refleksja to pewne porównanie: Niemcy ze swoją butą tworzyli auta takie jak powyższe: o polocie stylistycznym Panzerkampfwagenów i podobnej aparycji. Japończycy tworzyli za to dużo skromniej i wychodziły LSy400 czy może raczej Toyoty Century. Nie wiem na ile kiedyś, ale myślę, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu pewien „charakter narodowy” dało się naprawdę świetnie wychwycić w produktach motoryzacyjnych (inny przykład – włoska sprezzatura – piękne auta, dolce vita, wykonane ze specyficzną dbałością, albo francuskie z nonkonformistycznymi rozwiązaniami, inne niż wszystko itp.).
Ja myślę, że ten postęp dotyczy wszystkiego – robiąc po pracy zakupy w pobliskich delikatesach, możemy kupić produkty z całego świata, o których nie mógł marzyć nawet Ludwik XIV, a kupując tanią wycieczkę „last minute” polecieć do krajów, które 50 lat temu odwiedzali jedynie bohaterowie książek podróżniczych, nie dostrzegamy tego bo tak bardzo nam spowszedniało. O elektronice to już w ogóle nie ma co mówić – pamiętam jak próbowałem wyjaśnić mojej kilkuletniej wówczas córce, że jak byłem w jej wieku, to nie było komórek, ani komputerów, na co popatrzyła na mnie z niepokojem i zapytała „a czy wtedy były już samochody?”.
U Mercedesa zwyczajem była indywidualizacja – chciałeś wypas, płaciłeś za wypas i go dostawałeś. Natomiast wiele osób w podeszłym wieku wzbraniało się przed gadżetami – tak jak my (w znacznie młodszym wieku) wzbraniamy się przed autonomiczną jazdą i „asystentami” kierowcy. Dlatego elektrycznych dodatków nie wciskano na siłę każdemu, a tylko sprzedawano chętnym.
Co do fortun – podobno 3/4 firm przejętych przez latorośl założycieli upada w ciągu dwóch lat. Tak że nie powiedziałbym, że rodowy dorobek trudno stracić. Ze wszystkim na świecie trzeba się umieć obchodzić, a z pieniędzmi szczególnie. Ale oczywiście to prawda, że pewnymi rzeczami nasiąkamy w domu i przejmujemy umiejętności rodziców.
Co do niskiego przebiegu – to zapewne nie był jedyny pojazd pierwszego właściciela, ani kolejnych też nie. Tak jak z Twoim Camry – też nim dużo nie jeździsz, bo to auto weekendowe, do delektowania się. 6,9-tka też pewnie wielu właścicielom służyła do celów reprezentacyjnych i do smakowania życia, a nie do stania w korkach codziennie o 7.00h.
Natomiast niegdysiejszą różnorodność w motoryzacji i jej stopniowy zanik opisuję w co drugim artykule, więc zgadzam się w 100% z tym, co piszesz na ten temat.
23-letni Maybach 62, o którym wspomniałem w swoim komentarzu, jest od nowości w jednych rękach i ma dziś 85 tysięcy kilometrów przebiegu. Po prostu to samochód na specjalne okazje i być może tak samo traktowany był opisywany 6,9. Tego nie wiemy – być może jego właścicel na codzień jeździł beczką, a może wręcz przeciwnie – Pagodą, późniejszym SL-em lub Porsche 911.
Co do „zaniku różnorodności” patrząc na ofertę z ChRL mam odmienne spostrzeżenia
Dużo identycznych crossoverów to nie jest żadna różnorodność
Dzisiaj jest dużo identycznych CUVów, kiedyś było dużo identycznych sedanów.
Prawda odnośnie ostatniego akapitu. Dziś wszystko jest tak rozmydlone, rozmemłane, uśrednione i podobne do siebie, że jakiekolwiek charaktery pojazdów są mocno zatarte.
Co do samochodu, kojarzy mi się tylko z jednym – a mianowicie Kapitanem Nemo i jego wściekle żółtym AMG 🙂
Wspaniały pomnik inżynierii, jednak w tym nadwoziu typowe auto dla konesera – o ile W100 był monumentalny, o tyle dla przeciętnego odbiorcy w Polsce W116 bez względu na silnik to zawsze będzie tylko „taka dziwna beczka”. Pamiętam, że na początku lat 90-tych na mojej ulicy stało mocno zmęczone życiem W116 – byłem święcie przekonany, że to taka starsza wersja beczki, na co mój ojciec mówił – „nie to wersja na rynek amerykański – zwróć uwagę na automatyczną skrzynię biegów i zderzaki”.
Tak, prawda – moje W116 też wielu ludzi nazywało „amerykańską Beczką”. Fakt, że dużo tych aut sprzedawało się w USA, może to przez to. Ale to był osobny, wyższy model, tyle że stylistycznie podobny, bo przez całą drugą połowę XX wieku obowiązywała u Mercedesa zasada, że każdy ich model ma wyglądać podobnie.
Luksusowy Mercedes klasy S z czterobiegową skrzynią biegów, bez prawego lusterka, elektrycznych szyb, centralnego zamka i klimatyzacji. Takie rzeczy jeździły w latach 70.
Dziś nawet najtańsze auta na polskim rynku posiadają wyżej wymienione seryjnie.
To się nazywa Postęp.
Powiem więcej – jeszcze w 90-tych latach jeździły. W140 też miało seryjne stalowe felgi, tapicerkę materiałową i brak klimy, tyle że wtedy jednak prawie wszyscy już za takie rzeczy dopłacali.
Za to w W126 szyby na korbkę, itp. były powszechne.
ja niedawno kupiłem zgnitą Zafirę w automacie z 2000r za 1500zł , bo mam dwie takie w ciągłym użytkowaniu, więc ta jest na części, i trafił się nietypowy model, normalnie jak bym to ja zamówił jak bym kupił ją jako nową – czyli ma automat i wspomaganie i nic więcej, bez klimy, 4 szyby na korbki (nawet nie wiedziałem że były Zafiry z korbkami z przodu!) bez świateł przeciwmgielnych, szyberdachu i stalowe felgi.
Dziś również nawet najtańsze auta posiadają ekrany dotykowe i przynajmniej kilka akustycznych ,,przypominaczy” o niewyjętym kluczyku, niezaciągniętym ręcznym itp.
To się nazywa postęp.
Imponujący samochód, faktycznie zwala z nóg jak to wspomniałeś Szczepanie w tekście. Zdjęcia wnętrza cudowne i przypomniały mi jak tęsknie za welurowymi tapicerkami. Miałem je oczywiście w dużo tańszych samochodach, ale i tak są dużo lepsze niż te nowe cerato-eko-skury („u” celowo). Nawet zwykła tkana tapicerka staje się coraz rzadsza.
Mercedesowe V8 (przynajmniej w GLSie) nie będzie już tak bulgotać, bo ma być używany wał płaski, a nie przestrzenny. Tak jak w Ferrari, albo tak jak w zdublowanym R4, gdybym był złośliwy.
I jeszcze uwaga do przełącznika świateł. Kojarzy mi się, że w autach VW też to tak działa, światła drogowe od siebie, a „mrugnięcie” do siebie. Wymaga do chwili przyzwyczajenia, bo zwykle spotykam się z dwupozycyjnym włącznikiem do siebie – mrugnięcie i drogowe. To chyba jakiś niemiecki standard.
Co do V8: tak, wiem o co chodzi z wałem przestrzennym, ale np. M119 go miał, a i tak brzmi dużo spokojniej niż M100 (6,9) albo jakikolwiek amerykaniec. Stąd moje zaskoczenie.
PS. M119 to pięciolitrówka z R129 i W140
Co mnie zaskoczyło to jak dobrze zestarzał się projekt wnętrza. Nie samo wykonanie, a projekt. Gdyby nie suwaki, które prawie zawsze wyglądają kiepsko i jednak niedzisiejsze fotele to uszłoby jako nieanachroniczne może nawet dzisiaj. Elegancja w najlepszym wydaniu czyli wtedy kiedy nie można już nic ująć, a jednocześnie nie do końca banalnie. Boczki drzwi są fantastyczne.
To, że turbodiesla oferowali tylko w Stanach pokazuje też, że trend wciskania czegoś klientom nie dlatego, że tego chcą/potrzebują tylko wymagają tego ci wyżej jest starszy niż się nam wydaje. W Europie przecież już wtedy paliwo było znacznie droższe niż w USA, a jednak tutaj ich nie oferowali, bo Ci co kupowali S-ki i tu i tam nie liczyli każdego grosza.
No i wielkość. Nawet już zmniejszony zwykły Ford LTD był praktycznie tak samo długi jak przedłużane W116. Niemała część tej długości została ,,zmarnowana” na nadmiernie długą komorę silnika, więc i V8’ki wyglądają tam na mniejsze.
Nawet W126 był w dieslu wyłącznie na USA. Dopiero W140 sprzedawali dieslowskie w Europie.
Amerykanskie V8 były dość małe – tam powszechne było OHV a klawiatura wymaga znacznie mniejszej głowicy niż nawet dwuzaworowe OHC.
Bardzo chętnie przyjąłbym 450 SEL 6.9 na stalowych felgach, z akrylowym lakierem i bez prawego lusterka! 😀
Myślę, że nic trudnego do znalezienia 🙂 Ale klimę i elektryczne szyby niestety musisz mieć 🙂
One mi akurat nie przeszkadzają. 🙂
No i żeby był w jakimś fajnym kolorze, czyli nie biały/czarny/szary/srebrny.
spokojnie, klima i tak zawsze jest „do nabicia” 😉
Nie – w tym z artykułu działa doskonale. I w wielu innych klasylach, które testowałem, również. Bywała i „do nabicia”, jasne, ale to właśnie jedna z różnic między ofertami o cenach rosnących się o jedno zero.
@benny_pl
Nabitą i działającą spotykałem już w klasykach z „nisko pięciocyfrową” ceną. 🙂
Czekałem na ten artykuł od pierwszej zajawki na fb i się doczekałem, było warto 🙂
Kiedyś sobie robiłem mały eksperyment myślowy czy istnieje model samochodu, który łączy w sobie to, co lubię najbardziej i doszedłem do wniosku, że jest to właśnie W116 450SEL 6.9. Forma klasycznie stylizowanego sedana o ponadczasowej elegancji, citroenowski komfort, wielkie V8 na dokładkę i to wszystko w samochodzie marki, w której czuję się najbardziej „jak w domu”. Do ideału brakuje tylko by występował również w krótkiej wersji bo wolę sam prowadzić, ale zupełnie nie dziwi mnie, że Mercedes oferował go tylko w wersji długiej. Bardzo spodobały mi się słowa anonimowego klienta z prospektu: „Teraz jeżdżę inaczej, spokojniej – bo kto ma porządny samochód, rzadziej się denerwuje”. Dokładnie tak samo się czułem kiedy kilka lat temu byłem właścicielem W124 280E – był to jak dotychczas najmocniejszy (choć nie najszybszy) samochód jaki posiadałem, a jednocześnie jeździłem nim najspokojniej.
Mercedesy mają w sobie coś takiego, że człowiek się uspokaja – nawet jeśli ma pod nogą V8. W BMW czy Audi czegoś takiego nie ma, nie wiem czemu.
niestety, ale „dziś prawdziwych dresiarzy już nieeeeemaaaaa”
już nawet Beemkami wleką się jak łajzy, większość objeżdżam moją 70 konną Astrą F w automacie… kilka lat temu nie do pomyślenia…
Myślę że to raczej kwestia ludzkiej psychiki, lat marketingu i zakodowanych w umyśle stereotypów niż faktycznie charakteru produktu. W końcu jaki charakter może mieć 2000 kg stali?
A jaki charakter może mieć 75 kg wody wymieszanej z białkami i związkami wapnia? Też żaden?
Tym się człowiek różni od kamieni albo zwierząt, że ma umysł i emocje. Dlatego każdą rzecz postrzega zupełnie inaczej niż jako zlepek pewnej liczby cząstek elementarnych. Zupełnie inaczej postrzega nawet dwa pozornie identyczne zlepki, albo i ten sam zlepek w różnych momentach swojego życia. Na tym właśnie polega człowieczeństwo i cywilizacja.
To że Mercedesem jeździ się inaczej niż BMW, to nie podlega dyskusji. A czy to nazwiesz charakterem czy właściwościami produktu, to jedynie semantyka. To że te samochody inaczej oddziałowują na kierowców, wynika głównie z silnika, zawieszenia i układu kierowniczego – jeśli silnik chętniej się wkręca na obroty, ma sporo mocy, brzmi w określony sposób, a układ jezdny jest bezpośredni i responsywny, to taki samochód „zachęca” kierowcę do szybkiej jazdy w stopniu o wiele większym niż auto, które ma słaby silnik czy miękkie zawieszenie.
Samochody jak najbardziej mają określony charakter, a nawet duszę. Kiedyś słuchałem świetnego audiobooka pt. „Motocyklizm, droga do mindfulnes”. W książce stary motocyklista uczył życia młodego motocyklistę poprzez zadawanie mu pytań. Zapytał, czy motocykl ma duszę, a potem dopytywał, gdzie ta dusza się znajduje. W silniku, ramie, kierownicy? Okazało się, że dusza motocyklisty jest w głowie motocyklisty. I tak samo jest z samochodami – jeden to czuje, drugi tego nie czuje. I obaj mają rację, jeden drugiemu nie udowodni swoich racji, ani nie nauczy drugiemu.
No właśnie, „charakter” produktu istnieje tylko w ludzkim umyśle. A ten dość łatwo zaprogramować. Sam znaczek ma gigantyczny wpływ. Gdyby pokazać dane produkty ludziom, ktorzy w ogole marek nie kojarzą mogliby mieć zupełnie inne odczucia.
Różne produkty przyciągają zupełnie różnych ludzi. Mercedesa i BMW wszyscy uznają za konkurentów, ale ludzi przesiadających się z jednej z tych marek na drugą jest bardzo niewielu – nie dlatego, że zostali zaprogramowani, tylko że większość z nich odrzuca „charakter” (albo też styl) tej drugiej marki. I niezupełnie jest tak, że to kwestia reklam, bo takie cechy jak poziom agresji czy elegancji większość z nas odkodowuje zgodnie z intencją projektanta nawet nie znając jego nazwiska ani pracodawcy.
Oczywiście, że to leży w ludzkim umyśle, ale my jesteśmy ludźmi i członkami jakiejś cywilizacji. Wiele sygnałów jest zakodowanych kulturowo, ale wiele też mamy zapisane genetycznie, na bardzo niskim poziomie funkcjonowania mózgu. Np. odczytywanie emocji i intencji innych istot dokonuje się instynktownie i to postrzeganie przenosimy na przedmioty, a designerzy świetnie umieją tym operować.
Charakter jest w głowie odbiorcy, ale bynajmniej nie wynika głównie z marketingu, tylko z konkretnych i rzeczywistych cech samochodu.
W dzisiejszych czasach klienci znacznie częściej migrują pomiędzy Mercedesem a BMW, a moim zdaniem wynika to stąd, że przeciętnie ludzie coraz mniej interesują się samochodami, przez co za bardzo nie wiedzą czego chcą i próbują różnych.
Wszystko zaczyna się od ludzkich potrzeb i oczekiwań. Zadaniem przedsiębiorcy jest odpowiedzieć na nie i w ten sposób zarobić pieniądze.
Kiedyś tak to właśnie wyglądało – różne firmy celowały w różnych klientów i do nich się dostosowywały. Tu na tym forum nieraz czytamy,że ten W124 to dziadostwo i nie wiadomo skąd ten kult – po prostu pewne osoby mają inne oczekiwania i nie należą do grupy docelowej ówczesnego koncernu DB, a te, które należą, do dziś dałyby się pokroić za tamte auta. To się nazywa różnorodność i dbałość o zadowolenie klientów.
Dziś jest inaczej – każdy chce sprzedawać wszystkim, więc zadowolonych klientów nie będzie – poza tymi, którym faktycznie wystarczy drogie logo i wielki ekran, a na resztę nie patrzą, bo nic o niej nie wiedzą. Już dobre 20 lat temu czytałem w którejś niemieckiej gazecie, że W203vjest twardszy od E46 – i że to oznacza, że obie firmy zawiodły swoich klientów i w przyszłości mogą stracić ich lojalność. I tak się właśnie stało – nawet ja, który od 28 lat jeżdżę Mercedesami, przy następnym zakupie auta prawdopodobnie nawet nie rozważę żadnego Mercedesa, bo ja szukam nie gwiazdy na masce, tylko konkretnego charakteru. Dziś pewnie nie znajdę go nigdzie, ale w takim razie nie mam ochoty płacić za logo i wszystkie aktualnie występujące problemy.
W114 czy e12? Ktory bedzie relaksować, a który zachęcać do szybkiej jazdy?
W testach porównaniach z lat 70 ten twardy, bezpośredni, ostro reagujemy na gaz to był raczej Mercedes. BMW były chwalone za komfortowe zawieszenie.
Ale pozycja Mercedesa była już ustalona – kupowali je ludzie, ktorzy już się zdążyli dorobić, albo taksowkarze, którzy szukali przede wszystkim niezawodnego narzędzia.
Nie znam się na E12 czy W114, więc musiałem szybko zweryfikować i okazuje się, że E12 było krytykowane za miękkie zawieszenie. Prawdopodobnie to jeden taki model, wyjątek który nie przekreśla reguły, a zarówno wcześniej, jak i później, BMW były bardziej sportowe od Mercedesów. Na przykładach które ja znam z autopsji: E30 vs W201, E36 vs W202, E46 vs W203, E90 vs W204, E34 vs W124, E39 vs W210, E60 vs W211, E63 vs C219, F10 vs W212, F01 vs W221, G11 vs W222 czg G70 vs W223, to dosłownie w każdym przypadku BMW były o wiele bardziej sportowe, tu nawet nie ma co porównywać. Dwie uwagi: w wspomnianym wyżej E46 opcjonalne zawieszenie M było niskie i twarde (producent dawał wybór klientowi), a E39 z silnikami V8 miało kiepskie układy kierownicze, ale i tak w kwestii całokształtu powyższe modele BMW od Mercedesów dzieli przepaść. Nawet współcześnie te samochody mocno się różnią: w BMW da się w pełni wyłączyć ESP, w Mercedesie najczęściej się nie da. xDrive też działa zupełnie inaczej niż 4Matic.
Inna refleksja: zacząłem sprawdzać co mówili w latach 70-tych i przyszło mi do głowy, że co za różnica, co pisali dziennikarze. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę, że to przecież było 50 lat temu, wtedy dziennikarz motoryzacyjny to był szanowany i uczciwy zawód 😉 A dziś na każdego prawdziwego dziennikarza przypada kilkudziesięciu influencerów, którzy równie dobrze mogliby opowiadać o hodowli jedwabników i dlatego ciężko się dziś dowiedzieć czegoś sensownego, jeśli się samemu nie pojeździ.
Jak przeszedłem z 1.6 na v6 to miałem tak samo. Już nie było potrzeby zapier…
Dzisiaj mięsny artykuł, a samochód tak imponujący, że aż napiszę długi komentarz, zwłaszcza że dawno nic nie pisałem 😉
Co do pojemności 6,9, to Mercedes również dekady później „oszukiwał” – XXI-wieczne modele 63 AMG, choć na błotnikach mają oznaczenie 6,3, w rzeczywistości mają 6,2 litra – Niemcy, nomen omen, szwabią klientów 😉
Jak chodzi o przejażdżki z sentymentu, to ja w przeszłości kilka lat jeździłem Fordem Galaxy mk3. Parę lat później przejechałem się z ciekawości Galaxy mk3 kolegi z redakcji petrolheart.pl i ze zdziwieniem odkryłem, że żadne wspomnienia nie wróciły. Ja jeździłem najniższą linią wyposażenia, dieslem z PowerShiftem, a Piotrek – topową wersją z benzynowym silnikiem i ręczną skrzynią. Widocznie inna konfiguracja wystarczy, żeby człowiek odbierał samochód inaczej, a co dopiero kiedy porównamy zgruzowane 280S do konkursowego 6,9…
Zdziwiły mnie potężne doznania dźwiękowe w 6,9 i gdybym sam znalazł ten film na YT, to bym zakładał, że egzemplarz poddany został tuningowi. Mam przyjemność regularnie jeździć Maybachem 62 i tam w pewnym sensie jest podobnie – przy zamkniętych szybach jest znacznie ciszej niz we współczesnych samochodach, ale po otwarciu okien słychać potęgę tej maszyny – V12 pracuje zaskakująco donośnie, do tego czasem słychać powietrze z zawieszenia, wyraźnie też świszczą turbiny.
W niemieckich markach premium do dzisiaj można za darmo zrezygnować z oznaczeń wersji silnika i moim zdaniem to bardzo fajna tradycja. Gdybym miał takie 6,9 jako klasyka, to bym chciał mieć ten znaczek, bo dodaktowo podkreśla wyjątkowość modelu. Moje wszystkie prywatne samochody były używane, więc nie ja decydowałem. W BMW E30 325i nie miałem oznaczenia, w E85 Z4 3.0i też nie, za to w E63 M6 znaczek był i co ciekawe w każdym przypadku było to zgodne z VIN-em. Z jednej strony bez znaczków jest ładnie, bo „czysto”, ale z drugiej strony, to ten wielki, trójkolorowy znaczek M ma coś w sobie, o ile nie przykleja się go samemu na jakiegoś cherlawego diesla 😉 Teraz zamówiłem Mercedesa V300 do wożenia klientów i celowo zostawiłem znaczek – niech wszyscy widzą, że to nie V220d, żaden diesel ani nie Vito 😉 To takie dyskretne podkreślenie, że nie ma klekotu czy wibracji, czyli trochę wyższy poziom usługi.
Czytanie powyższego artykułu przypomina, czego brakuje nie tylko we współczesnej motoryzacji, ale i we współczesnym zachodnim świecie. Brakuje wielkich osiągnięć, niestrudzonego parcia do przodu i dumy z tego wszystkiego. Ten artykuł przeczytałem, a komentarz napisałem w… nowej S-klasie, S580e L. W pewnym sensie to współczesny odpowiednik testowanego 450 SEL i wiecie co? Ten samochód w żaden sposób nie jest imponujący, nie jest dopracowany do granic możliwości, w wielu dziedzinach jest gorszy od poprzedników. Irytujący w obsłudze przez wszechobecne ekrany i przyciski dotykowe zamiast osobnych, fizycznych. Miejscami niewygodny w użytkowaniu, ergonomia kuleje w kilku miejscach. Do tego wnętrze miejscami brzydkie stylistycznie. W223 jeżdżę na codzień od ponad dwóch lat i do wielu rozwiązań się nie przyzwyczaiłem. W internecie jak powiesz coś złego o ekranach, to prędzej czy później ktoś napisze, że hejtujesz, bo cię nie stać. To tak nie działa, mnóstwo współczesnych rozwiązań w motoryzacji to zwykłe dziadostwo, które należy piętnować.
Kiedy pierwszy raz oglądałem W223 w salonie, to sprzedawca zachwalał same pierdoły, typu „największy HUD na rynku”. Pamiętam jak dziś:
-Elektrycznie domykane drzwi w standardzie.
-To świetnie, w W222 domykanie drzwi kierowcy zepsuło mi się po trzech latach…
A gdybym zapytał takiego sprzedawcę, co ten nowy model ma lepszego do zaoferowania mi, jako kierowcy, lub moim klientom, dzięki którym ten samochód generuje zysk, to wiadomo, że ten nie miałby nic do powiedzenia. Bo samochód nie oferuje nic lepszego, za to w wielu dziedzinach nastąpił regres, co moim zdaniem w czasach W116 byłoby nie do pomyślenia.
z tymi wspomnieniami to wielkie mi rzeczy 😉 FSO tą sztukę znało już na etapie produkcji, taki Duży Fiat to każdy był inny, każdym się inaczej jeździło mimo że niby wszystkie były takie same, tylko że w każdym co innego było złożone na odwal i całość dawała inne odczucia 😉
Z tymi przechwałkami kto ma większego HUD-a 😉, to co ma biedak w salonie powiedzieć, jak cesarz jest nagi i nic nowego/lepszego nie ma do zaoferowania?
Zdarzylo mi sie przejechac W116 z silnikiem diesla-tylko to byla wersja europejska z dodanym dieslem 3.0.Co ciekawe byl to oryginalnie wolnossak do ktorego wlasciciel dodal turbo od ktorejs polskiej ciezarowki-juz nie pamietam dokladnie.Ogolnie pan stal sie w swoim czasie lokalnym specem od tego modelu w Malopolsce-zwlaszcza w naprawach ASB.
Właśnie dokładnie takie było moje pierwsze auto: W116 zeswapowane na 300D (OM617), tyle że bez turbo. Jako 17-latek ogromnie się cieszyłem 🙂 Całość była w stanie agonalnym, ale jak to ówczesny Mercedes, mimo ubytku znacznej części masy karoserii i niedziałania połowy wyposażenia jeździła niezawodnie. Zrobiłem tym wynalazkiem 33 tys. km, włącznie z wyprawą z Krakowa nad Bałtyk i niezliczonymi wyjazdami w góry, w lecie i zimie. Piękne wspomnienia – jak to zwykle w temacie pierwszego w życiu pojazdu samochodziarza 🙂
całe szczęście że przynajmniej nie było zeswapowane na 200D 🙂
Takie też widziałem – np. W108 pana Y.Y., czyli pierwszy Mercedes, jakim byłem w życiu wieziony, w wieku 6 lat. Opisywałem to 🙂
Wspomnianego W116 kolega kupil od wlasciciela domu ktory remontowal w Niemczech pod sam koniec lat 70-tych.Mial na liczniku nieco powyzej 50kkm i bodajze 5 lat.Po powrocie do Polski zaczal nim jezdzic na taryfie oczywiscie-w malym miasteczku w polowie lat 80-tych to byl szok kulturowy.Pamietam ze chodzac z kolegami z technikum na piwo wybieralismy to auto powodujac wkurzenie wlasciciela bo piwiarnia byla blisko a on tracil kolejke 🙂 Oczywiscie wtedy jeszcze go nie znalem.W116 zrobilo u niego kilkaset tysiecy km i dopiero na przelomie wiekow wymienil je na BMW 735 LPG.
niezły ten moduł ABS-u, 100Watowe tranzystory mocy, można by z niego zrobić niezły wzmacniacz 😉 jak taki gdzieś będę widzieć na złomie to sobie wezmę na części 😉
a Mercedes fajny, ładny, fajne fotele, no i fajnie musi iść
kilka lat temu kolega z pracy miał takiego białego, tylko 280E 6 cylindrowego i z ręczną skrzynią, ale też w takim pięknym stanie jak nowy, też takie ładne niebieskie welury, ściągnął go skądś z zagranicy, i sprzedał za coś koło 15tyś zł
Gesty gestami, a niecałe 42 konie z litra to jednak czysta malaise era 😛 Na stronie fastestlaps są skany starych testów, przyspieszenia, spalania, głośności, w tym porównanie z RR Silver Shadow. 450 SEL 6.9 robi ćwierć mili w 15,4s, sprint do 200 km/h zajmuje niecałe 36s – teraz są to mniej więcej osiągi Civica 1,5.
Link: https://fastestlaps.com/models/mercedes-benz-450-sel-6-9
Zupełnie normalny wskaźnik w tamtych czasach. 200-tka miała 95 KM, 250-tka – 129. Duży silnik miał być elastyczny, nie szybkoobrotowy.
Dziś 7,5 sekundy do setki nie robi wrażenia, a wtedy to był poziom mniejszych Ferrari. To normalne, że w ciągu 50 lat jest postęp. Ówczesny Fiat 126 też jechał podobnie jak Mercedesy z 1925r. Coś w końcu ci inżynierowie robią przez całe pokolenia.
Co do tych nagród COTY itp, to pamiętajmy, że puretech dostał kilka nagród silnika roku, więc ten tego…
Bo oceniają nowe modele wchodzące na rynek, a nie kilkulatki – dzięki temu laureatami nagrody było mnóstwo samochodów słynących później z awaryjności, by przytoczyć tylko Rovera SD-1, Simcę 1307, czy NSU RO80.
6,9 litra u progu plastykowej ery w samochodzie z Europy – to jak za oceanem
Moim zdaniem Mercedes W116 wygląda całkiem nieźle, ale W108/W109 to już jest stylistyczny majstersztyk. Uwielbiam ten model, szczególnie 300SEL 6.3 z tego samego powodu, co Pagodę. Oba zostały zaprojekowanego przez jednego z najwspanialszych projektantów wszechczasów, czyli Paula Bracqa. Nie było, nie ma i nigdy nie będzie drugiego takiego stylisty jak Bracq. Do dzisiaj jego projekty Mercedesa wyglądają przepięknie, szczególnie W108 i Pagoda. 🙂
Ahhh… Co za tekst i zdjęcia… oraz egzemplarz…
To i ja dodam coś od siebie:
1) @SzK, często w tekście wspominasz o kraju eksportu oraz kupującym ten model w tej wersji – Iran oraz były szach;
mam rozumieć, że nagranie soczystego (medium rare, niczym w Big Kahuna w Pulp Fiction) dźwięku mercedesa akurat na irańskich/perskich blaszkach z yt to czysty przypadek? 😉
2) prócz wspomnianego „Ronina”, Mercedes-Benz 450 SEL 6.9 był ważnym składnikiem „Zagubionej autostrady” Davida Lyncha: https://pics.imcdb.org/0is706/losthighwaymercedes450s.6175.jpg
3) taki Mercedes-Benz zagrał również (mój nick zobowiązuje 🙂 ) w odcinku nr 14 seria 1 serialu Miami Vice – Golden Triangle.
4) w pościgu w „Roninie” ścigający poruszają się niemieckimi autami w wersjach V8 (Audi S8 D2 to równie zacna wersja samochodu luksusowego), ścigani francuskimi modelami V6….
Ad 1) Nagranie wyskoczyło na YT jako pierwsze, nie patrzyłem w ogóle na rejestrację, tylko słuchałem czy odpowiada temu, co ja usłyszałem 🙂
(Nie)Dyskretny urok mercedesowskiej burżuazji sprzed pół wieku. Wspaniały przykład topowego modelu W116 w europejskim wydaniu, pozbawionego zderzaków wykonanych z podkładów kolejowych, wyłupiastych reflektorów, nie grzeszącego niezawodnością układu Climate Control i zupełnie nie pasujących do całości białych pasów na oponach. Posiadający za to welurową tapicerkę we wspaniałym kolorze, „kultowy radioodtwarzacz” i przede wszystkim elegancję, której nie mają już współczesne Mercedesy.
Nawiązując do nieprzyjemnych odgłosów wydawanych przez podstawowowe diesle spod znaku gwiazdy, to odcinkek „Rozkład jazdy” serialu „07 zgłoś się” zawiera scenę, w której beżowy W115 wydaje dźwięki godne startującego, sowieckiego sputnika 😉
Amerykańskie wersje Mercedesów zawsze wyglądały okropnie. Niestety na rynku klasyków dominują, bo w USA sprzedaż była bardzo duża, ale ich ceny są najniższe, z powodu brzydoty i zazwyczaj kiepskiego stanu (w Stanach nie ma technicznej kultury utrzymywania oryginalności auta, w zamian drutuje się tak, żeby po prostu działało, a rynek klasyków nie ceni ulepów).
Stare diesle są powolne i brzmią jak traktory, ale dla mnie ten dźwięk ma w sobie coś uspokajającego, budzącego zaufanie. Być może to kwestia wspomnień z dzieciństwa (na tej samej zasadzie człowiek uspokaja się w pozycji embrionalnej 🙂 ), ale to nie tylko moje zdanie. To jest brzmienie traktora, ale wyjątkowo solidnego i niezawodnego 🙂
Miałem okazję widzieć (i słyszeć) na żywo traktory napędzane płaskogłową v8 Forda i 12v71.
Zresztą stare ciągniki generalnie fajnie brzmią – stosunkowo niskie obroty i prosta konstrukcja wydechu „robią robotę”. Moim zdaniem zdecydowanie lepiej niż wyjące R6 w beemkach czy inne sportowo pierdzące po odjęciu gazu wydechy.
Ja także mam pozytywne skojarzenia związane z brzmieniem starego diesla. Z racji tego, że w latach PRL-u praktycznie wszystkie sprowadzane do nas „zachodnie” samochody napędzane były dieslami, jako dziecko byłem przekonany, że tak brzmią wszystkie „zachodnie” auta i charakterystyczny terkot budził we mnie skojarzenie z autem „wyższej” klasy.
Coś w tym jest – mój znajomy wiózł mnie „piątką” BMW z pierwszym 3.0d pod maską, brzmiało to twardo ale mocarnie. I jechało bardzo przyjemnie.
Taka jest niestety smutna prawda o paskudach z rynku amerykańskiego.
Natomiast dźwięki dieslowskich „traktorów”, chociaż niezbyt przyjemne dla ucha, były swoistym gwarantem tego, że pojazd je wydający dowiezie pasażerów tam, gdzie chcą, bez większych problemów, zwłaszcza w porównaniu z wyrobami demoludowymi;-)
Archetyp limuzyny. Tutaj jeszcze w nieźle odpychającej się wersji. Tu jusz nie ma co dodawać. Nie miałbym nic przeciwko jeżdżeniu takim mercem, mimo, że podwójne zderzaki są paskudne. Gdzieś się spotkałem z informacją, że Rolls Royce Silver Spirit z 1980 był pod względem kształtu inspirowany S klasą.
Ja starych samochodów nie uważam za „łagodne i niewinne”. Próby podkreślenia „dynamizmu” są stare jak świat. Nawet GAZ M20 z linią fastbacka i dziobatą maską czy niski Citroen TA nie robią wrażenia łagodnych, podcięty front 125 czy poszerzenia nadkoli Golfa też nie sprawiają wrażenia łagodności. W116 ma masę płaszczyzn sprawiających imponujące wrażenie, porównywalne z łagodnością architektury socrealizmu czy brutalizmu. Miałem okazję widzieć kiedyś na żywo czarną W112. Ta wyglądała równie łagodnie co facet w fedorze i czarnych skórzanych rękawiczkach celujący do człowieka z rewolweru.
Mercedes dość długo się trzymał 4 biegowych automatów ze sprzęgłem hydrokinetycznym – ponieważ sprzęgło w przeciwieństwie do przekładni nie wzmacnia momentu potrzebował krótkiej 1 do ruszania. Podejrzewam, że to był 4 biegowy automat ze słabszych odmian, w mocniejszych szarpnęli się na przekładnię i można było zrezygnować z problematycznego dodatkowego biegu.
Nie bardzo widzę w jaki sposób konstrukcja zamka miałaby ułatwiać otwarcie samochodu bez kluczyków. Stożkowy kołek tylko ustala pozycję, występ na rygiel jest od spodu tej tulei… Możliwe, że dało się to otworzyć wkładając drut przy szybie, ale to tak jakby mówić, że silnik jest kiepski bo się ukręcają półosie…
A na deser amerykańskie porównanie mniejszej S-ki z amerykańskim „średniakiem” (USA wtedy to jednak inny świat):
https://www.curbsideclassic.com/vintage-reviews/vintage-review-1973-oldsmobile-cutlass-salon-versus-1973-mercedes-450se-no-joke-car-and-driver-compares-a-colonnade-to-an-s-class/
Co do Rollsa – sam pisałem o tym, że on był inspirowany W116 🙂 Przyznawał się do tego otwarcie projektant.
Z oceną poziomu agresji przewagę mają ludzie starsi, którzy oldtimery pamiętają z czasów ich nowości. Ja świetnie pamiętam, jak 190-tki i W124 wręcz onieśmielały wyglądem, jak dzisiaj mega-SUVy. No ale wtedy po ulicach jeździły zupełnie inne auta niż dziś.
Skrzynie ze sprzęgłem hydrokinetycznym i z konwerterem to odrębne konstrukcje. Lista znajduje się tutaj, niestety bez wymienionych modeli aut, które z nich korzystały: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_Mercedes-Benz_transmissions. Krótka jedynka istniałą też w skrzyniach z konwerterem, ale w słabszych modelach (tzn. 4-6 cylindrowych, trzy biegi miały V8).
Miałem taką skrzynię 3+1-biegową w C123. Ta jedynka trochę zagmatwała sterowanie, bo auto normalnie ruszało z dwójki (czyli było trzybiegowe), z wyjątkiem ruszania z kick-downu lub z trybu L. Tryb L w czasie jazdy blokował dwójkę i jedynie po pełnym zatrzymaniu wrzucał jedynkę, którą z kolei po ruszeniu trzymał do maksymalnych obrotów bez względu na wszystko (chcąc wrzucić wcześniej dwójkę trzeba było ręcznie zmienić na S i ewentualnie potem z powrotem na L). Ot, uroki bezmózgowych skrzyń automatycznych, sterowanych wyłącznie podciśnieniem i linką gazu 🙂 Ale na co dzień nie trzeba było się tym martwić, bo tryb D nadawał się do jazdy przez 90% czasu (tylko w wysokich górach, zwłaszcza na zjazdach, wrzucałem S dla przyhamowania silnikiem).
Co do zamka – nie znam się na włamywaniu do aut, więc nie wiem, dlaczego zamki MB to ułatwiały, ale tak czytałem już dawno: że wielu właścicieli straciło przez to swoje auta, ale niejednemu uratowało to życie. Mercedesy były ponoć łatwym łupem dla złodziei, ale nie wiem dokładnie dlaczego.
„Podejrzewam, że to był 4 biegowy automat ze słabszych odmian, w mocniejszych szarpnęli się na przekładnię i można było” dorzucę moje 4 grosze- W 116 miał wszystkie automaty na Wandlerze ( tak samo jak W123). Slabsze ver. W4B 025 , mocniejsze z 6.9 włącznie W3A 050. Era sprzęgieł hyd. skończyła się dla Mercedesa w 1972 na /8. nigdy nie kręciły mnie Automaty i dlatego nie wiele o nich mogę powiedzieć. Wiem tylko ze stare K – automaty to aktualnie poszukiwany towar, o ile jest sprawny.
Pamiętam kiedyś przy okazji premiery W221 Jeremy Clarskon w Top Gear powiedział, „jak chcesz zobaczyć co będzie standardem za kilkanaście lat w każdym samochodzie to zobacz co jest dzisiaj standardem w S-klasie”. I czytając ten artykuł dobitnie się zgadzam. Z tym, że to czy postęp idzie „powoli” czy szybko to jest kwestia względna. Obecny tutaj tempomat stał się standardem w klasie kompaktów jakieś 30 lat później. Natomiast o czujnikach parkowania nikt jeszcze nie myślał. W pierwszych W140 pojawiły się słynne antenki , bodajże od 1995 oferowano już ultradźwiękowe czujniki, które już od 2005 około są standardem w segmencie D. Wszystko tak naprawdę zależy od kosztu produkcji danego gadżetu. Jeszcze Golfy mkIV , Civici VI i Corolle E11 z przełomu wieków mogły mieć szyby na korbę. Co do braku wyraźnej różnicy między w222, a w223, to wydaje mi się, że jest to kwestia tego że motoryzacja osiągnęła już swój peak. Tak naprawdę w222 jest już samochodem półautonomicznym. Bajki o latających samochodach pozostaną bajkami. Kto by kiedyś pomyślał , że samochody będą same hamować przed przeszkodą, czy same parkować. Czego można więcej wymagac od auta? Przy czym w hybrydowych wersjach limuzyny te spalają wiadomo o wiele mniej paliwa niż poprzednich. Reasumując uważam, iż każda S-klasa była symbolem nowoczesności w swoje epoce i z pewnością każda będzie wyznaczać nowe standardy.
SzK wspominałeś, że niektórzy piszą, że W124 to gówno etc etc. Kurcze ja mam wrażenie, że ty patrzysz na to auto z pozycji sentymentu. Ja osobiście testowałem i W124 i Audi 100 C3 i BMW E34. I szczerze mówiąc to najbardziej mi podeszło E34 pomimo iż po swoich przygodach z E46 raczej już się nie zdecyduje na żadną współczesną BMW. Niemniej silniki serii M50 są w stanie zrobić przebiegi porównywalne i wyższe z mercedesowkim OM617. Ogólnie tamte lata to była taka epoka. Od samochodów oczekiwano prostoty konstrukcji i trwałości przy czym osiągi się zdecydowanie polepszyły względem poprzednich lat. Na youtube spokojnie znajdziesz Hondy Accord i Toyoty Camry z tamtych lat co przejechały ponad milion mil. Oczywiście wpadki się zdarzały jak np. pierwszy diesel BMW tj. M21d24. Niemniej szczerze W124 jest jednym z wielu aut z tamtej epoki które jest w stanie zrobić gigantyczne przebiegi bez większych awarii i nie ma co się oszukiwać. Mi osobiście totalnie nie podchodzi wnętrze w124, no ale co kto lubi. Jak najbardziej cenię ten model. Na plus w W124 można uznać tak szeroką gamę nadwozi i silników. e34 i 100 c3 występowało tylko jako sedan i kombi, no, ale od odmian sportowych była 80ka i seria 3. A co do polskiego kultu W124 jak najbardziej zgodzę się, że jest przesadzony, jest to następstwo kultu w115 i w123 (który był tak naprawdę głebokim liftingiem strichachtera). W latach 80 czasach kartkowej benzyny był to stosunkowo łatwo dostępny diesel , bo podaż zajeżdżonych i porozbijanych egzemplarzy w RFN była ogromna, o wiele większa niż konkurencji. Jakieś tam możliwości importu wiadomo były. Pewnie gdybyśmy graniczyli z Francją to taki sam kult roztaczał by się na postojach taksówek wobec Peugeota 504 i 505. Reasumując W124 nie jest „gównem” , ale jego kult w pewnych kręgach uważam za zdecydowanie przesadzony.
Co do nowych Mercedesów to mój ojciec od 2 lat jeździ GLA 250 z 2015 , zrobił już ponad 40 tysięcy kilometrów i poza eksploatacją absolutnie nic się nie działo. Marka ta nie straciła charakteru, tylko po prostu dostosowała go do epoki. I szczerze to Mercedesy po 2010 są o wiele trwalsze niż konkurencja. Zobacz jakie problemy mają ludzie z F10 , czy g11. Zobacz jak awaryjne są skrzynie Audi Stronic, Mercedes po serii wpadek z klasą V, W210 , w211, w203 naprawdę się poprawił. Ze współczesnych samochodów marek premium wybrałbym zdecydowanie Mercedesa. To jak chcesz zrezygnować z Mercedesa to na co chcesz się przesiąść Szczepanie? 😉
Nie mam pojęcia na co. Na razie nie przesiadam się na nic, jeżdżę W204, dokąd się da. A potem się zastanowię, zależnie od sytuacji.
@SzK, jeździj póki go SCT nie wyruguje z miasta hahha.
To jest Euro 5, czyli dla benzyny to samo co Euro VI. Strefa ma bezterminowe zwolnienie dla mieszkańców, a co do wyrugowywania, to prędzej my zrobimy to z prezydentem i SCT niż oni z nami. Referendum jest za 4 tygodnie.
I z całego serca życzę Wam wysokiej frekwencji na referendum w Krakowie. Jako Warszawiak obserwuję sytuację na bieżąco z zapartym tchem i życzę sobie by i u nas pojawił się taki zryw społeczny. Niestety, mało prawdopodobne ponieważ opcja polityczna rządząca w Warszawie wciąż bez problemu osiąga poparcie powyżej 60%. My również mamy dość konsekwentnego niszczenia miasta i utrudniania życia mieszkańców w imię ideologii oraz niegospodarnego zarządzania miejskim budżetem.