PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: GURAN TSURISUMO

Ten tytuł jest trochę tani, jak każda transliteracja japońskiej wymowy niejapońskich słów. Ale wolałem tak niż maszynowo tłumaczyć frazę Gran Turismo, bo nie znając w ogóle japońskiego nie potrafię stwierdzić, czy to, co wypluje komputer, nie znaczy np. „Otyły Jeździec” albo coś w tym rodzaju. Sztuczna inteligencja, mimo dużego postępu w ostatnich czasach, wciąż regularnie płodzi takie kwiatki, lepiej więc nie ryzykować i pozostać przy pewniku. A w to, że Lexus SC300 jest prawdziwym grand tourerem, wątpić nie można.
W Lexusa początkowo wątpili wszyscy, choć w głębi duszy równocześnie się obawiali. To był taki specyficzny rodzaj uczuć ambiwalentnych, jakie np. w Polsce żywimy do naszych zachodnich sąsiadów: równocześnie podziwiamy ich i nimi gardzimy. Czujemy kompleksy niższości i zarazem wyższości. Tego nie da się zrozumieć bez zgłębienia wielowiekowej historii wzajemnych relacji. Podobnie było w Stanach z motoryzacją japońską: z jednej strony wszyscy parskali śmiechem, stawiając mikroskopijne Toyotki obok skrzydlatych Chevroletów, ale z drugiej – głośno nawoływali do „zakupowego patriotyzmu”, bo argumentów merytorycznych nie znajdowali. Już w latach 80-tych Amerykanie musieli się uciec do narzucenia Japonii „dobrowolnych” ograniczeń eksportu aut, które ich własne produkty zjadały na śniadanie – ani na chwilę nie przestając dowcipkować, że golarka elektryczna tym różni się od Hondy, że ma wyższy moment obrotowy, a gaźnik Dodge’a kichnął, bo przypadkowo wessał jakąś Toyotę.
Pod koniec lat 80-tych nie pomagały już „dobrowolne” limity ani nawet nawoływania do ratowania miejsc pracy, bo producenci japońscy po prostu otwarli w Stanach fabryki. A kawały o ich samochodach straciły sens najpóźniej po wylansowaniu japońskich marek premium – Acury, Infiniti i Lexusa. Ten ostatni przeraził zresztą nie tylko Detroit, ale nawet Stuttgart. Już w 1989r. sam prezes Daimler-Benz, dr Werner Niefer, powiedział, że nie obawia się konkurencji rodzimej – nawet BMW V12 – natomiast tym, co nie pozwala mu spać po nocach, jest Lexus. Gawiedź wciąż jeszcze szydziła z „azjatyckich jednorazówek”, jednak fachowcy potrafili rozpoznać potencjał japońskich firm.
Luksusowe auto z Japonii – to w tamtych czasach nie mieściło się w głowach. Ale podobnie nie mieściła się górnopółkowa marka nieoferująca żadnego coupé: dlatego właśnie, wiosną 1991r., na amerykańskim rynku pojawił się Lexus SC400.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Alfanumeryczne oznaczenie wpisywało się w schematy narzucone przez Niemców i oznaczało pojemność silnika poprzedzoną skrótem od Sport Coupé (tak jak wcześniejszy LS pochodził od Luxury Sedan, a ES od Executive Sedan). W ten sposób żółtodziób w ciągu zaledwie półtora roku dorobił się pełnej gamy produktów premium.
Foto: materiał producenta
***
„Wielka Turystyka”. Czy do niej potrzebne jest coupé? Oczywiście że nie. Na urlopowy wyjazd hatchback albo kombi będą nawet lepsze. Nazwa wzięła się stąd, że w zamierzchłych czasach, kiedy szlachta bawiła się nowym wynalazkiem automobilu, najmocniejsze czterokołowe pociski występowały z dwoma rodzajami nadwozi: wyścigowymi lub „turystycznymi”, czyli po prostu nieprzeznaczonymi do udziału w zawodach. Te drugie mogły być nawet wieloosobowe, ale najlepiej wyglądały te dla tylko dwójki ludzi. Zwłaszcza że najprzyjemniejsze wyprawy to te odbywane we dwoje.
Te eskapady wcale nie muszą kończyć się na skraju kontynentu – trasa może też wieść do najbliższego teatru albo wykwintnej restauracji (i później z powrotem). Dlatego Amerykanie wymyślili inne określenie: personal luxury car. Osobisty samochód luksusowy. To bardziej odpowiadało ich obyczajom, praktycznie nieznającym dalekich wyjazdów turystycznych, za to przewidującym załatwianie wszystkich życiowych spraw niemalże bez wysiadania z samochodu.
Japończycy, jak to Japończycy – swojego gatunku nie wymyślili, za to skrzętnie kopiowali dorobek obu centrów światowej motoryzacji. Przykładowo w 1981r. przedstawili Toyotę Soarer: trójbryłowe coupé z tylnym napędem, rzędowymi silnikami sześciocylindrowymi i luksusowym wyposażeniem (automatyczna klimatyzacja, cyfrowe wskaźniki, pokładowy komputer diagnostyczny, itp.). Soarer był pierwszym modelem Toyoty oferującym ABS i elektronicznie sterowane, adaptacyjne zawieszenie TEMS.
Nawet tak ekskluzywny model został dostosowany do japońskich przepisów podatkowych – tzn. jego wymiary mieściły się w przedziale „kompaktowym” (4.655 x 1.695 mm, kluczowe jest tu zmieszczenie się w 1,7 metra szerokości), a bazowe silniki nie przekraczały pojemności dwóch litrów. Istniały też jednak wersje 2,8- i trzylitrowe, a także dwulitrówki z doładowaniem. Moce zawierały się pomiędzy 125-190 KM.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Druga generacja, z lat 1986-91, wyglądała podobnie, ale była zestrojona bardziej dynamicznie, z wykorzystaniem elementów zawieszenia Supry. Dzięki trzylitrowemu silnikowi turbo zakres mocy sięgał już 240 KM (topowe wersje zostały poszerzone do 1.725 mm, bo producent założył, że ich nabywcom nie zależy na niższym podatku).
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Osobliwością była limitowana do 500 egz. seria Aerocabin – ze składanym dachem i doładowaną trzylitrówką
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Generacja trzecia przetrwała dłużej – od 1991 do 2000r. A dla nas ważniejsze, że stanowiła japoński klon wprowadzanego właśnie w USA Lexusa SC.
Lexus SC był produkowany wyłącznie w Japonii, ale skonstruowany został dla Ameryki, w kalifornijskim centrum Calty Design Research Inc. założonym przez Toyotę w 1973r. Jak bowiem wiemy, jednym z ważniejszych elementów filozofii Toyoty jest genchi genbutsu – „obecność na miejscu” podczas rozwiązywania każdego problemu. Marka Lexus miała służyć podbojowi USA, więc właśnie w USA należało opracowywać i testować jej produkty (z tego samego powodu centrum Calty równocześnie projektowało salony nowo tworzonej marki i szkoliło ich załogi). Produkcja ruszyła w kwietniu 1991r. – równocześnie pod nazwami Lexus SC i Toyota Soarer.
Z rozstawem osi 2.690 mm i wymiarami 4.859 x 1.791 mm auto należało do segmentu full-size. Stopień unifikacji z Suprą… Inaczej: Lexus zadebiutował pierwszy, więc to na jego platformie powstała sportowa Toyota, napędzana zresztą silnikiem tej samej serii.
Foto: materiał producenta
Zachowany został klasyczny układ napędowy. Wszystkie koła były prowadzone przez wahacze poprzeczne, z opcjonalnym systemem Toyota Active Control Suspension (co oznaczało zaawansowane, komputerowo sterowane zawieszenie hydropneumatyczne z kierowaniem obiema osiami, które jednak zamawiało bardzo niewielu klientów). Silniki przewidziano dwa: do pierwotnej wersji SC400 napędzanej czterolitrową V8-mką 1UZ-FE z Lexusa LS po roku dołączyła SC300 z rzędową szóstką 2JZ-GE (żeliwny blok, aluminiowa głowica, dwa wałki rozrządu, cztery zawory na cylinder, kwadratowe wymiary 86 x 86 mm, trzy litry pojemności). Moce wynosiły 280/225 KM, momenty obrotowe – 353/283 Nm, a po dodaniu w 1997r. zmiennych faz rozrządu VVT-i wzrosły odpowiednio do 290/230 KM i 407/298 Nm. Podstawową przekładnią został czterobiegowy automat, ale do SC300 oferowano też pięciobiegową skrzynię ręczną: jak łatwo się domyślić, zamawiano ją rzadko, ale dziś entuzjaści bardzo cenią tę wersję ze względu na osiągi identyczne z V8 (0-100 km/h nieco poniżej 7 sekund), przy niższych kosztach eksploatacji.
Modernizacje były nieliczne – poza wspomnianym systemem VVT-i w 1998r. pojawiła się pięciobiegowa skrzynia automatyczna (tylko dla SC400) i kilka zmian czysto kosmetycznych, a rok wcześniej, z braku zainteresowania, wycofano opcję aktywnego zawieszenia. Do 2000r. powstało ponad 82 tys. egz., z czego niecałe 50 tys. z silnikami V8.
***
Słowo Lexus w założeniu miało budzić skojarzenia z luksusem, ale szybko zostało symbolem rozsądku w topowym segmencie rynku – tzn. najwyższego poziomu wszelkich parametrów połączonego z najlepszą niezawodnością i relatywnie umiarkowanymi kosztami. W Europie znaczy to niewiele, bo tu ludzie kupują markę, zaś na rynku amerykańskim… Tam ankietowani przez Toyotę również odpowiedzieli, że w aucie luksusowym najważniejszy jest wizerunek, z tym że u nich nie jest to coś danego raz na zawsze. Europejczycy np. wciąż myślą, że najbezpieczniejsze jest Volvo, bo siedemdziesiąt lat temu jako pierwsze wprowadziło trzypunktowe pasy, natomiast w Stanach seria kilku medialnych wpadek potrafi w mgnieniu oka zrujnować firmie reputację i zmusić ją do zniknięcia z kraju. Nawet jeśli ta firma nazywa się np. Alfa-Romeo i sto lat temu powygrywała jakieś ważne wyścigi. Wskutek takiej różnicy filozofii w 1998r. Lexus sprzedał 228 tys. aut w USA i 6,9 tys. w Europie.
Rok 1998 przywołałem dlatego, że właśnie wtedy z produkcyjnej taśmy zjechało coupé pana Rafała. To model SC300 ze skrzynią automatyczną, białym lakierem i… dostępnymi za dopłatą złotymi emblematami. Tak, Amerykanie rozsądniej podchodzą do zakupów, ale swoje słabości też mają – przykładowo złotych detali (dokładniej – autentycznie pozłacanych) w Europie Lexus nie oferował, bo raczej nie miał po co. Gusta Starego Świata, oparte na łacińskim rozumieniu elegancji, są naprawdę unikatowe w skali świata.
Foto: praca własna
Ten konkretny egzemplarz, z kilkoma opcjami, kosztował 47.480 dolarów: to prawie dokładnie połowa Mercedesa CL 500 (ośmiocylindrowego, ale za SC400 dopłacało się tylko 6.000). Bliższym konkurentem była Acura Legend coupé – oferowana w podobnej cenie, choć wycofana w 1995r. (w 1992 oba auta kosztowały około 35 tys.). Na marginesie: w fabrycznej specyfikacji egzemplarza nie widać złotych napisów – być może ktoś dokupił je później.
Foto: praca własna
W dokumentacji znajduje się certyfikat kontroli jakości z aż pięcioma parafkami: jedną z fabryki, jedną z amerykańskiego portu i aż trzema z salonu (od diagnosty, szefa serwisu i sprzedawcy)
Foto: praca własna
Sama idea dużego coupé jest jak najbardziej europejska, o znanej nam już genezie. Boczną linię Lexusa – wyraźnie trójbryłową, niską, z długą maską, długimi drzwiami, dużym bagażnikiem i krótką kabiną o mocno pochylonych szybach – uważam za udaną. Ciekawostką jest symulacja sylwetki hardtopu (w istocie mamy tu pełny, nośny słupek środkowy i pełną ramkę drzwi), drugą – zaledwie 15-calowa średnica oryginalnych kół (tu mamy opony 225/55 R16, ale one nie są fabryczne).
Foto: praca własna
Mniej podoba mi się przedni pas: kojarzy się z Celicą GT-Four i bardziej pasuje właśnie do niej niż do grand tourera. Szkoda, bo LS400 miał odpowiednio dostojną twarz z okazałym grillem, a dwudrzwiówce tego poskąpiono.
Foto: praca własna
Kalifornijski ośrodek Calty od początku proponował dynamiczny design wszystkich produktów Lexusa, dopasowany do gustów tzw. yuppies, preferujących dotąd limuzyny niemieckie (najczęściej BMW). Dla LS400 japońska centrala – gdzie większość decydentów miała siwe głowy – wybrała konkurencyjny projekt w stylu mocno konserwatywnym, jednak w przypadku SC pozostawiono Amerykanom wolną rękę. Zapewne stąd wynikło połączenie wyraźnie sportowego dzioba…
Foto: praca własna
…z majestatyczną linią boczną i masywnym tyłem. Ciekawostka: w SC300 współczynnik Cx wynosi 0,31, czyli o 0,02 WIĘCEJ niż w LS400. Znów potwierdza się, że aerodynamika jest zupełnie nieinstynktowna.
Foto: praca własna
Z tej perspektywy Lexus przypomina nieco Camry XV10. Niski dach sugeruje formę coupé, a podwójny wydech – widlasty układ silnika, co w tym przypadku akurat nie jest prawdą. Silne pochylenie tylnej szyby nie ogranicza zbytnio widoczności, zwłaszcza w porównaniu do modeli współczesnych.
Foto: praca własna
Spoiler – jest, ale dyskretny, wręcz elegancki
Foto: praca własna
Bagażnik tylko wygląda na wielki – jego pojemność to ledwie 300 litrów, z tym że w tej klasie tyle wystarczy (my z Anią kiedyś spakowaliśmy się na dwa tygodnie do bagażnika 250-litrowego). Kształt kufra jest bardzo regularny. Przy prawej ściance siedzi opcjonalna zmieniarka na 12 płyt CD, a na podłodze – nieopcjonalny napis LEXUS.
Foto: praca własna
Zachowała się też fabryczna apteczka (swoją drogą jestem ciekaw, ilu kierowców wymienia jej zawartość zgodnie z terminami przydatności), fabryczny zestaw narzędzi oraz trytytka (niefabryczna).
Foto: praca własna
Koła zapasowego – pełnowymiarowego!! – chyba nikt nigdy nie wyciągał. Blacha prezentuje się jak nowa – klimat Florydy chyba się jej przysłużył.
Foto: praca własna
Drzwi są bardzo długie (jak przystało na coupé), ale mają formę „pełną”, z obramowaniem szyby (trochę nie jak w coupé). Otwierają się niezbyt szeroko – tylko tyle co na zdjęciu.
Foto: praca własna
By w tej sytuacji ułatwić wsiadanie, konstruktorzy zaprojektowali specjalne zawiasy, które prócz standardowego obrotu wokół sworznia odrobinę odsadzają drzwi od nadwozia. Podobne rozwiązanie widziałem w Renault Avantime, z tym że to tutaj wygląda na prostsze.
Foto: praca własna
Lexusy uchodzą za bardzo trwałe – i mechanicznie faktycznie są, natomiast ich wnętrza w wieku zabytkowym praktycznie zawsze wyglądają na zmęczone. Popękaną skórę można oczywiście nazwać szlachetną patyną – na tak wspaniałym fotelu to wręcz wypada.
Foto: praca własna
Mniej szlachetnie wyglądają ułamane plastiki, choć tutaj na szczęście potrafiły ułamać się symetrycznie. To też dowód dobrej kontroli jakości, jeśli uszkodzenia następują w tych samych miejscach w tym samym czasie.
Foto: praca własna
To pierwsze od bardzo dawna coupé, w którym Ania czuła się z tyłu wygodnie. Co prawda zdjęcie nie pokazuje całej prawdy (nikt z nas nie pomyślał o postawieniu oparcia fotela w pozycję do jazdy – przepraszamy!!), ale tam naprawdę nie brakuje miejsca dla dwójki dorosłych, nawet w dłuższej podróży.
Foto: praca własna
Z przodu jazda jest iście królewska, jak to w pełnowymiarowym amerykanie. Materiały nawet z patyną wyglądają znakomicie, choć niektórych może zrazić, że dolne, beżowe powierzchnie kokpitu są zupełnie twarde (te szare na górze i konsoli już nie).
Foto: praca własna
Tu lepiej widać ładny design, z deską rozdzielczą płynnie przechodzącą w boczki drzwi. To oczywiście zabiera trochę miejsca, podobnie jak potężny tunel wału napędowego, ale… jeśli ktoś nie rozumie, po co komu dwudrzwiówka długa na cztery dziewięćdziesiąt, to właśnie taka jest odpowiedź. W dużym nadwoziu nie trzeba walczyć o każdy centymetr – można sobie pozwolić na pewne poświęcenia dla estetyki, inżynierskiej elegancji (tylny napęd) i dobrego samopoczucia. Widoczny z prawej wysięgnik pasa bezpieczeństwa jest nieruchomy – nie podaje klamry do ręki, jak w Mercedesach, ale podobnie oszczędza głębokiego obrotu tułowia, który w wielu coupé sprawia trudność zwłaszcza starszym kierowcom.
Foto: praca własna
Cała kabina bardzo przypomina niemiecką klasykę gatunku skóra-drewno. Toyota nie chciała eksperymentować, bo wzorzec-pewniak był podany. Wystarczyło się go trzymać pilnując szczegółów i jakości – a że w tych rzeczach Japończycy są świetni, to musiało zadziałać. Ciekawostką jest klasyczny hamulec ręczny: LS400 miał go pod nogą, jak Mercedesy.
Foto: praca własna
Tu również bez niespodzianek – może poza zawodem, że tu nie ma trójwymiarowego wyświetlacza Optitron z LS400. Wnętrze SC jest inne, ogólnie fajniejsze, ale tego jednego elementu można akurat żałować.
Foto: praca własna
Mimo wszystko Lexus to zawsze Lexus, a GT to zawsze GT
Foto: praca własna
***
W teście Lexusa LS400 kilkakrotnie podkreślałem, że segment luksusowy nie jest dla każdego. Że takich aut wielu z nas pożąda, ale przejażdżka jednym z nich może przynieść rozczarowanie. Główną funkcją luksusowego auta jest przewożenie ludzi w taki sposób, by jak najmniej odczuwali, że w ogóle jadą. Ma być superkomfortowo, supercicho i superspokojnie – jak na kanapie w pokoju, a nie w poruszającym się samochodzie – a to samochodziarzom rzadko się podoba. W SC300 spodziewałem się czegoś podobnego, jednak rzeczywistość okazała się trochę inna. Japoński grand tourer – na całe szczęście!! – okazał się prawdziwym grand tourerem, tyle że zamerykanizowanym.
Lubicie auta amerykańskie? Dla mnie są jedyne w swoim rodzaju, ale nie na nasze warunki. Rozwiązaniem może być właśnie Lexus, czyli złoty środek pomiędzy cechami cenionymi po obu stronach Atlantyku. Nadwozie jest duże, ale nieprzesadnie, silnik mocny i elastyczny, ale nie nadmiernie paliwożerny, a podwozie bajecznie komfortowe, ale nieizolujące kierowcy od drogi. To świetny kompromis, w pozytywnym znaczeniu tego słowa.
Model pochodzi z poprzedniego stulecia, dlatego stacyjkę przekręca się metalowym kluczykiem. Potem trzeba znaleźć odpowiednią pozycję, za pomocą całego zestawu elektromotorków. Z przodu miejsca nikomu nie braknie, a fotele są dokładnie tak komfortowe, na jakie wyglądają (choć momentami wydają się odrobinę śliskie).
Jazda mocno przypomina Acurę TL, zwłaszcza w kwestii silnika. R6 było w Lexusie opcją bazową, ale dzięki wyższemu zaawansowaniu konstrukcji prawie nie ustępuje osiągami V8-mce. To oczywiście nie jest wyścigowy bolid – on nie ma być najszybszy na drodze, tylko komfortowy i bezproblemowy, dlatego 230 KM w zupełności wystarcza. Silnik jest doskonale wytłumiony, całkowicie bezwibracyjny i płynnie przyspieszający na każdym biegu. Kultura pracy fenomenalna, jak to w rzędowej szóstce zamontowanej w wielkim, ciężkim nadwoziu.
Wysokie obroty niełatwo osiągnąć, bo przełożenia są długie, a skrzynia zmienia je wcześnie. Niższe biegi można oczywiście wymusić, to jednak nie ma sensu, bo zysk liczony w sekundach nie będzie wielki, a dokręcanie do odcinki kłóci się z charakterem Lexusa. Zawalidrogą oczywiście nie jesteśmy, 60 mph osiągamy w nieco ponad siedem sekund, jednak subiektywnie takiej dynamiki nie czuć. W odczuciach kierowcy dominuje cisza i spokój, które maskują przyspieszenie, a ponadto zwyczajnie zniechęcają do pośpiechu, mimo że potencjał pod nogą jest spory.
Silnik został tak ukryty, że w ogóle nie widać jego długości – a przecież to układ R6, dłuższych silników w osobówkach nie ma przynajmniej od lat 40-tych. System VVT-i nie zmienił znacząco osiągów SC300 (większą różnicę sprawił w V8, które równocześnie dostało wyższe sprężanie, a na wejściu było mniej wysilone). Zużycie paliwa nie przeraża: właściciel raportuje, że wakacyjna wyprawa w Bieszczady, z odrobiną korków tu i ówdzie, przyniosła wynik 10,5 litra / 100 km.
Foto: praca własna
To, czym Lexus różni się od Acury, to własności jezdne. W tym aucie można natychmiast wyczuć profil drogi i samej nawierzchni. Kierownica przekazuje wszystkie sygnały, do których odbioru przywykliśmy my, Europejczycy. Przejście twardego betonu w miękki bitumen albo granice asfaltowych dywaników rozpoznajemy natychmiast. Dlatego nazwałem to auto grand tourerem – bo ono prowadzi się… nie, nie po naszemu, koło BMW nawet nie parkowało, ale koło Cadillaca też nie. To jest wypośrodkowanie, na pewno bliższe ukierunkowaniu na komfort i wygładzanie każdej nawierzchni, na której się znajdzie, ale z uwzględnieniem tego, by jednak zapewnić komunikację z maszyną i pozwolić kierowcy poczuć się jej panem.
Na autostradę nie wyjeżdżaliśmy, bo była nie po drodze, ale właściciel mówi, że lexusowy spokój i niewzruszoność kończą się przy około 80-85 mph, czyli po osiągnięciu najwyższych amerykańskich limitów prędkości – widocznie coupé nie projektowano do jazdy po niemieckich autostradach (a tak właśnie Lexus reklamował LS400).
Ścigać Lexusem się oczywiście nie da. Jest duży i ciężki, co czuć na krętej drodze. Można tam pojechać relatywnie szybko i nie wylecieć przy tym z zakrętu – ale to nie będzie jazda typowo sportowa, z dokręcaniem obrotów do końca, poszukiwaniem przyczepności w zakrętach i milimetrową precyzją kierowania, a raczej sprawne przemierzanie przestrzeni, bez gumowatości i niepewności podwozi typowo amerykańskich.
Foto: mojej żony
Spokojna jazda też może być bardzo przyjemna. Radość nie musi polegać na wariowaniu. Dużo zależy tu właśnie od samochodu – czy ową radość potrafi on dać przy dwóch tysiącach obrotów, czy też dopiero przy pięciu. Lexus SC – podobnie jak starsze Mercedesy czy krążowniki z Detroit – należy do tej pierwszej kategorii, dlatego naprawdę zaskakuje fakt, że na jego bazie skonstruowano Toyotę Suprę. Ale chyba bardziej niespodziewany jest podwoziowy kontrast z LS400, w którym kierowca nie dostaje prawie żadnych informacji z kół.
***
Motoryzacyjna różnorodność nie przestaje mnie fascynować. Lexus LS izoluje kierowcę od zewnętrznego świata, blisko spokrewniona z nim Supra to ostry sportowiec, a trzecie z rodzeństwa jest dużym, 1,6-tonowym coupé, które w zasadzie należałoby nazwać dwudrzwiową limuzyną, tyle że jego podwozie zachowuje się zgoła odmiennie. My, w Europie, usportowiony luksus znamy np. z Audi i BMW – ale to coś jeszcze innego, mocno angażującego kierowcę i wyzwalającego fontanny adrenaliny. SC300 tego nie robi – przeciwnie, on uspokaja i odpręża, lecz nie ukrywa faktu bycia samochodem i daje kierowcy poczuć się kierowcą. Nie rajdowcem ani Jamesem Bondem ścigającym się po szwajcarskich przełęczach ze pachołkami Aurica Goldfingera, ale po prostu kierowcą – a w luksusowych limuzynach, zwłaszcza amerykańskich, często tego brakuje.
Czy Lexusa SC300 widziałbym w swoim garażu? Jako Europejczyk zdecydowanie preferuję Mercedesa SL albo któregoś Jaguara, jeśli jednak miałbym żyć gdzieś pomiędzy Atlantykiem i Pacyfikiem, taki wóz przedłożyłbym nad typową amerykańską landarę, nawet dwudrzwiową. Przejażdżka nim całkowicie wyjaśnia tamtejsze powodzenie marki Lexus i błyskawiczne wspięcie się Japończyków do automobilowej elity.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Superkomfortowo, supercicho i superspokojnie – kwintesencja codziennego samochodu dla mnie (+ roadster do zabawy w weekendy). Zawsze bardzo podobały mi się te Lexusy, niestety większość egzemplarzy jakie widywałem miała już widoczne ślady korozji na wysokości tylnych błotników – domyślam się, że może to być sprawka powypadkowej przeszłości aut sprowadzanych z USA, ale jakoś ostudziło to mój zapał.
No niestety, młode te auta już nie są 🙁
Świetny wpis, fajny wóz, chociaż ze starych leksów przemawiają do mnie bardziej pierwszy LS czy GS. Ten SC300/400 ma o tyle fajnie, że ma do wyboru dwa silniki i dwie skrzynie, a nie jak „eles” czy „giees” że tylko jeden silnik (chociaż Aristo czyli JDM GS miał dwa silniki, z czego jeden w dwóch wariantach – wolnossący i z turbodoładowaniem. Hamulec „ręczny” pod nogą oprócz LS400 ma też pierwszy GS300 – fajny bajer, ale osobiście wolę raczej hamulec ręczny w tradycyjnej formie.
Jeśli chodzi o stare Lexusy to jak pamiętam mają (poza rdzą oczywiście ; ) ) trzy problemy – średni dostęp do części (niektórych nie ma w ogóle, ewentualnie tylko używane albo dopasowane z innej tojoty/lexusa), średnio trwały zawias (przynajmniej na naszych drogach) i nieszczęsne kondenstatory – pamiętam że ktoś wspominał w innym wpisie że niby można zamienić na jakiś używany, no ale takich raczej nie ma no i trzeba lutować to co jest.
Co do tego 2JZ-GE, swoją drogą „świętego Graala” części JDMiarzy, to jak pamiętam ze swojego przejazdu „gieesem jedynką”, to on jedzie i tyle. Owszem, da się nim szybciej jechać, ale w sumie po co, skoro wóz jest nastawiony na komfortową i spokojną jazdę, a nie zapierniczanie. Słyszałem już parę opinii że ludzie się potrafili rozczarować tym silnikiem jak się przejechali wybitnie niesportowym wozem – no cóż, czasem lepiej nie spotykać swoich bohaterów : >
Hamulec ręczny między siedzeniami to straszne marnotrawstwa miejsca 🙂 Mercedesy tam mają kolejny, ogromny schowek, czasem nawet chłodzony jak klient dopłaci 🙂 Dlatego niezupełnie rozumiem, dlaczego taki jest standard – kiedyś w Europie było cięgło pod kokpitem, w USA pedał – i to nie zabiera ludziom miejsca (chyba że w mikroautkach, tam faktycznie chyba lepiej między fotele go dać, bo schowka i tak się nie zrobi, a nogi dostaną kilka cm więcej).
Hamulec ręczny fajnie jest rozwiązany w renault megane 2.
Przypomina on dźwignię przepustnicy w samolocie i oszczędza on miejsce. Cwane rozwiązanie.
@SzK: wydaje mi się że dźwignia ręcznego między fotelami wynika z tego, że łatwiej i taniej jest zrobić idące bezpośrednio na tył. No i taki ręczny jest widoczny gdy jest zaciągnięty ; ) I nie mam pewności, ale to też może wynikać z łatwości obsługi – taki hamulec można w sytuacji awaryjnej szybko pociągnąć i zwolnić w razie potrzeby; auta rajdowe mają chyba też tak umiejscowione „rękaw”, ale pewności nie mam.
@Max: podobną dźwignię ma Ford S-Max z 2010 roku, z tym że tam idzie do góry, a nie do przodu czy w tył/
Panie Szczepanie
Jeśli to jest dźwignia, to oczywiście marnotrastwo. Szczególnie w miarę nowym samochodzie – szczególnie ze skrzynią automatyczną ( Renault Clio ’21). Ale jeśli jest to dyskretny przycisk elektrycznego mechanizmu to już zupełnie inna historia. Mam, używam i chwalę.
Przycisk to oczywiście inna historia, on nie zajmuje dużo miejsca
przycisk od ręcznego to w ogóle jakiś idiotyzm, jak hamulec ręczny jest hamulcem awaryjnym to trzeba mieć nad nim jakąś kontrolę, a taki elektryczny to w awaryjnej sytuacji jest bezużyteczny, w normalnej sytuacji też bo jak się na biegu zostawia no to już musi być wielka pochyłość żeby ręczny był konieczny, taki elektryczny ręczny równie dobrze można by zastąpić zapadką hamulca nożnego którą by się „zapsztykiwało” trzymając hamulec i przesuwając dźwigienkę jak jest np w Japońskich traktorkach i dokładnie taką samą rolę by to spełniało
Ale hamulec ręczny między siedzeniami, umożliwia obsługę ruwniez przez pasażera. A to już w szczególnych wypadkach prawdziwy plus ( ja nigdy jeszcze nie musiałem z tego korzystać, ale mam w rodzinie taka historie, zakończona sukcesem). U mnie w aucie przycisk i to po lewej od kierownicy, totalna porażka
@SonyKrokiet Soarer JDM w tej budzie też mógł mieć turbo, 1JZ-GTE i to z manualem!
Na ile się orientuję, świętym graalem jest raczej 2JZ-GTE – czyli wersja znacznie mocniejsza (oficjalnie 280 KM, nieoficjalnie, bo porozumienie JAMA, ok 330 KM – tyle też wynosiła moc pod koniec produkcji Supry Mk IV – już oficjalnie). No i on się stał takim właśnie obiektem westchnień, bo był pancerny i podatny na tuning. Bez zakuwania znosił ponoć do 400, niektórzy podawali nawet do 500 KM. Na tamte czasy to był kosmos. A istniały ponad 1000 konne Supry; co jednak wymagało zakucia silnika. W okolicach roku 2000 przypomnijmy.
Generalnie sam w sobie 2JZ jest traktowany przez część środowiska jako najlepszy silnik przez tą podatność na modyfikacje i dobrą trwałość, nieważne czy wolnossący GE czy z turbo GTE. Swego czasu ludzie kupowali stare leksusy (zazwyczaj pierwsze GSy) bo były najtańszym źródłem „dwa jot zeta” i je przeszczepiali do innych wozów. Ostatnio rzuciło mi się gdzieś w Internecie, że ktoś wrzucił Dwa-Jay-Z ; ) do BMW znaczy Toyoty Supry mk V.
„i nieszczęsne kondenstatory – pamiętam że ktoś wspominał w innym wpisie że niby można zamienić na jakiś używany, no ale takich raczej nie ma no i trzeba lutować to co jest.” – problem jest trywialny i dla wprawnego elektronika to pół godziny roboty, pod warunkiem, że ktoś nie czekał i wyciekające kondensatory nie zżarły płyty doszczętnie. Jeśli tak się już stało, kupuje się drugie, używane ECU które będzie mniej zjedzone, myje płytę i wymienia. W ECU mojej toyoty jest bodajże 12 kondensatorów, więc tyle co nic.
Gdyby nie wstęp, to nawet bym nie zauważył, że tytuł napisany jest „po japońsku” 😉
Co do kompleksów względem naszych zachodnich sąsiadów, to już jest raczej nieaktualne. Te przekonania zostały z lat 90. i początku XXI wieku, ale dzisiejsza rzeczywistość jest zupełnie inna, tylko żeby ją dostrzec, należy żyć z głową na tyle otwartą, by silne stereotypy nie przesłoniły stanu faktycznego. Jako Polak, który na Mitycznym Zachodzie spędził ponad dekadę, nie mam już żadnych kompleksów niższości. Wyższości też nie, bo to jak w życiu – nie porównuję się do innych w ten sposób, bo to bez sensu. Po prostu dzisiejsza Polska mi się podoba, a jednocześnie tak po ludzku mi przykro patrząc na to, co państwa zachodnie zrobiły z własnymi krajami – mam na myśli głównie Wielką Brytanię, Niemcy i Francję.
Sam Lexus LC300 mi się podoba, ale zdecydowanie wolałbym SC400 – pomiędzy maturą a studiami pracowałem na stacji paliw, w tamtych czasach LPG tankował pracownik, a wspominane Lexusy były wtedy popularne i do dziś pamiętam piękny dźwięk tego wolnnossącego V8, idealnie pasujący do charakteru samochodu, bo już rasowy, ale jeszcze nie agresywny.
SC300/400, mimo że nie jest piękny, to jednak naprawdę ładny, harmonijny, z właściwymi proporcjami. Przód mi się podoba, a do całości nie pasują jedynie drzwi z ramkami.
Do całej marki Lexus mam mieszane uczucia – z jednej strony doceniam i szanuję niezawodność, ale z drugiej, to kiedy wybrane modele porównuje bezpośrednio do niemieckiej konkurencji, to u Japończyków zawsze coś jest nie tak jak trzeba. Np. Lexusy IS200 i IS250 wyraźnie odstają od BMW E46 i E90, a zmieniając segmenty i epokę, to obecny Lexus 500h oferuje znacznie mniej niż od najnowszych Mercedesów klasy S i BMW serii 7. Oczywiście na pewno są kierowcy, którzy docenią akurat to, co oferuje Lexus, ja jednak na co dzień wolę samochody niemieckie, a od święta – brytyjskie i włoskie.
Odnośnie „odstawania”. Kilka lat temu jak stałem przed wyborem auta, to uparłem się na RWD z silnikiem R6 lub v6 pokroju e39, A6, czy GS-a. Jechałem GS-em (nawet dwoma) i się mocno… zawiodłem. Kultura pracy silnika gorsza niż BMW, w oddawaniu mocy jakiś taki bez szału w porównaniu do M52B28TU (pomimo, że BMW słabsze) i dużo gorszy automat oraz wyciszenie. Wnętrze też moim zdaniem na minus, chociaż nie „myziałem” każdego zakamarka. Trochę się zraziłem do Lexusa wtedy, bo nie zobaczyłem tego legendarnego luksusu i wybrałem BMW. Aczkolwiek z ówczesnego porównania:
1. BMW
2. Lexus
3. Audi (przy 2.8 v6 w ogóle nie czuć mocy, ani „fajności” – zapewne przez quattro).
4. Mercedes W210 (brzydki, rudddaaaa, ale silnik i wnętrze bardzo przyjemne).
Zapewne zrobię jeszcze przymiarkę do Lexa, bo jednak mnie ciągnie, ale ciągnie mnie również do Alfy Romeo Gulia, czy Jaguara XE (obecnie celowałbym jednak w segment D, bo auta tak się rozrosły, że segment E przy swoich 5m jest już mało poręczny w mieście).
mi tam się ten samochód kompletnie nie podoba, jak wszystkie tego typu okularowate przody, no ale jeździ pewnie fajnie, jak to Japończyk, mimo wszystko w ogóle nie kusi, chyba że ta pierwsza Toyota Soarer – śliczna jest!!
Fajny Lexus, podoba mi się.
Choć mam do japońskich aut mieszane uczucia – z jednej strony dopracowane mechanizmy – często malutkie, jakby zaraz miały się rozpaść jednak działają bardzo długo i niezawodnie, z drugiej strony wpadki z ergonomią (dziwne fotele, kształt lub umieszczanie wyłączników w miejscach z d… ) czy rdza… Taka technologia, a tematu zabezpieczenia antykorozyjnego nie potrafią ogarnąć. Podobnie jak Fiat skrzyń biegów:).
Audi problem rdzy całkowice skasowało w 1986, Mercedes w sumie dalej rdzewieje ale nie tak jak produkty japońskie. Problem pogłebia bardzo słabej jakości i cienko położony lakier.
Audi to problem rdzy rozwiązało w autach z lat 90-tych XX w. Obecnie to jedne z najgorzej zabezpieczonych aut premium (pomijam tutaj konstrukcję typu A8).
Fajne są te auta klasy GT. Nawet taka namiastka auta klasy GT jak Astra H GTC cieszy
Cieszyć potrafi nawet Fiat 850 coupe 🙂 Coś jest w tym gatunku, że daje ogromną frajdę. Ja zawsze powtarzam, że grand tourery to auta, które wszystko robią najlepiej, pod warunkiem że nie wieziemy więcej niż jednego pasażera (lub pasażerkę) i nie pytamy o koszty 🙂
Japończyki tej klasy rdzewieją dziwnie. Prędzej można spotkać korozję nadkoli czy wnęk w bagażniku, niż podłogi albo elementów nośnych. 🙂 Sam SC nie podoba mi się za bardzo. Względem LS przypomina „agresywne mydło”, jak to pisał kiedyś Złomnik.
Mam Camry, w której cynkowano podłogę, ale blach już nie. To tłumaczy ów problem. Oczywiście zaraz obok cieniutkich blach (ma to i plus: niską masę). Pamiętajmy, że po pierwsze: w Japonii samochody wymienia się w miarę często, po drugie – widocznie ktoś doszedł do wniosku, że pierwszego właściciela, rdza pojawiająca się po 15 czy 20 latach, zazwyczaj nie interesuje. I mamy to co mamy. Nad czym niezmiernie ubolewam, bo auta japońskie z lat 80/90 to moje absolutnie ulubione. Jakby jeszcze oferowali sporo wynalazków z własnego rynku gdzie indziej, to już w ogóle można się rozmarzyć…
Problem jest taki, że po 3 latach nie ma już po co robić konserwacji np w Maździe czy Subaru np….
– Informacja z firmy która świadczy tego typu usługi.
I Toyotach i kpreańskich także.
Wychodzi, ze jak z FSO kiedyś, z tym ze nikt nie wspomina o tym w salonir w kontekscie gwarancji. Widzialem kiedys Hyundaia segmentu B lub C. I od spodu nie było żadnych mastyk, ani mas, woskow, tylko blacha pomalowana dość „cienko”, nie tak jak nadwozie. Zaskoczylo mnie to bardzo.
Chętnie przejechałbym się takim Lexusem. Serwisujemy w warsztacie dwa CL500 i ten samochód do dziś robi piorunujące wrażenie tym bardziej jeśli spojrzy się w dowód i okazuje się że ma ponad 25lat. CL wydaje się do dziś samochodem z innej planety, ciekaw jestem czy taki Lexus jest w stanie przynieść choć połowę tych wrażeń. Czy mając w tamtych czasach taki dylemat, byłbym skłonny zapłacić za Mercedesa dwukrotność ceny Lexusa 😅
Jazda to jet ten sam poziom. Wrażenie wizualne u Japończyków jest tańsze, i dlatego w Europie oni nie mieli szans. W Ameryce co innego, bo tam macanie plastików na desce rozdzielczej spotkałoby się co najwyżej z pukaniem w czoło 🙂
Nie dla mnie.
Amerykanskie określenie „personal luxury car” kojarzy mi sie znacznie lepiej niż „gran turismo”.
GT przywołuje skojarzenia z jakimiś Bentleyami czy innymi Astonami, czyli w sumie produktami dla roznych arystokratów, ktorych głównym przeznaczeniem jest krzyczenie „patrzcie ile mam kasy”. PLC to zaś masowy produkt (zwykle o wielkiej masie) dla masowego odbiorcy.
Przy czym niezależnie od segmentu wielkie dwudrzwiówki to taki odpowiednik Hondy Gold Wing – niby można, tylko po co? Swoją drogą „Otyły Jeździec” to swietna nazwa dla pojazdu z tego segmentu 🙂
No i jak wiemy, kiedyś samochody były tak mocno charakterystyczne, że każdy je rozpoznawał w ułamku sekundy, a tutaj mamy coś, co wygląda jak utyta Mazda MX5 (a może MX5 to skurczony Lexus? 🤔).
W Stanach w sumie też istniało zjawisko niemal fanatycznego przywiązania do marki. Można trafić we wspomnieniach na określenia „Ford guy”, „GM man”, nawet produkty Chryslera miały swoich wiernych wieloletnich klientów. Oczywiście to byl przez lata największy rynek motoryzacyjny świata więc była jeszcze kupa miejsca dla ludzi traktujących samochody jak zwykłe narzędzie (zdaje się, ze poza nielicznymi wyjątkami życie w usańskich miastach bez samochodu zawsze było mocno utrudnione) bez zwracania uwagi na markę. No i w takich warunkach, jeśli samochod okaże się paździerzem (swoją drogą – jaki jest najlepsze polskie tłumaczenie „lemon”?) miłość do marki może sie przerodzić w nienawiść.
A jeśli chodzi o „inżynierską elegancję” to klasyczny układ napędowy nie ma z nią nic wspólnego. Mamy dodatkowe łożyska, uszczelnienia i połączenia, których można by uniknąć. No i sam wał napędowy to dwumetrowa rura, która może i pogarsza osiągi w każdym kierunku, ale za to generuje dodatkowy hałas i wibracje 😉
Jakość materiałów, spasowania i przemyślenia konstrukcji (również pod względem serwisowym) moim zdaniem zawsze zasluguje na uznanie – chociaż mam wrażenie, że dzisiaj jest to coraz mniej ważne…
To bardziej MX6 niż MX5 – wygląda niemal identycznie 🙂
NDV, trochę się nie zgodzę. W tylnym napędzie łożysk tyle co w przednim, a tylko dwa przeguby, w dodatku nie trzeba ich szczególnie uszczelniać. Wał – fakt, zwykle nawet dzielony. W przednim cztery przeguby, dwa wielowypusty, mażety, ograniczony promień skrętu. A inżynierska elegancja dopiero w latach 60. opracowała technologię taniej produkcji przegubów nadających się do masowego zastosowania w tanich samochodach ( wyłączam DKW i Syrenę, zresztą ani masowe, ani technologiczne).
No masz łożyska wałka ataku, który też wymaga uszczelnienia.
Przeguby wału też muszą być do tego wału jakoś przymocowane. Przy zblokowanym układzie to odpada.
To, że klasyczny układ jest fajny, bo można kręcić bączki nie sprawia, że jest elegancki.
Dobra, mi sie podobają terenowki na resorach, Tarpany i stare Cadillaci – ale to nie ma nic wspólnego z elegancją 😉
Może złego określenia użyłem, ale chodzi mi o to, że tylne koła są dociążane przy przyspieszaniu. Przy 100 KM tego nie czuć, ale przy wysokich mocach zdecydowanie tak, nawet jeśli jest się takim patałachem jak ja. Wyższe moce pokazują dobitnie, że przedni napęd to kompromis, który dla oszczędności miejsca i pieniędzy działa wbrew fizyce (podobnie jak silnik z tyłu 🙂 Z tym że tam nie ma żadnych zysków przestrzennych 🙂 )
Nie ma o co kruszyć kopii, (ale w przednim napędzie też jest łożyskowany mechanizm różnicowy). To w końcu luźna wymiana doświadczeń. Na co dzień jeżdżę pojazdami z każdym napędem. Przedni napęd jest faktycznie elegancki, doskonały w codziennym użytkowaniu, ale ostatnio mocno ubezwłasnowolniony przez elektronikę i systemy kontroli trakcji potrafiące rozproszyć i zaskoczyć nawet hardcorowego kierowcę w niestandardowych sytuacjach. Tylny, choć schyłkowy daje mi lepszą kontrolę nad pojazdem bez elektroniki. Sierra z niezależnym zawieszeniem z tyłu była jak przylepiona do asfaltu na zakrętach. Blazerem też można pojeździć bokiem w pełnej kontroli, rama, niski środek ciężkości pozwala zachować kontrolę i nie przewraca się na asfalcie mimo, że relatywnie wysoki. Trochę trudno na automacie zerwać przyczepność na starcie po betonie na jakimś starym pasie startowym (nie próbuję na drodze), ale i tego się nauczyłem.
VW kiedyś miało pomysł na iklad napędowy wciśnięty centralnie pod tylną kanapą. W sumie nie pamiętam czy padło tylko ze względu na serwis czy też z innych powodów, ale w sumie koszt produkcji nie musiałbyć taki duży – w końcu całą tylną ramę z napędem i zawieszeniem mozna było wsadzić na taśmie od spodu…
Tutaj to opisywałem: https://automobilownia.pl/ta-co-sie-lubi-powtarzac-zastapic-legende/
ja na taki „paździerz” mówię TYFUS 🙂 ale mało co jest takim „strasznym tyfusem” 😉
??? wyjaśnij proszę
Ale tandetne amerykańskie plastiki trwają i trwają i się u mnie nie zdeformowały przez 28 lat , a w Sierrze deska na pod szybą pękła na pół po 8 latach, podobnie jak przetłoczenia wokół poduszki pow.
Ford to zdaje się też amerykańska marka 😉
Natomiast ja mówiłem o europejskim premium, bo Lexusa trzeba porównywać z Mercedesem i BMW, a nie ze Sierrą 🙂
EuroFord oczywiście należy do amerykańskiego koncernu (nawet w czasie II w.ś do niego należał zarówno angielski , jak i niemiecki), ale eurowyroby były (nie wiem czy do tej pory są) projektowane w Dagenham w Anglii, czasem Niemcy coś zmieniali, ale większości były to auta pokrewne robione na Europę i nie miały odpowiedników w Stanach poza paroma wyjątkami np Focus.
Jasne, dlatego dodałem uśmieszki 🙂
Dodam jedną rzecz. Jak pierwszy raz wsiadłem do Blazera w komisie, do miałem wrażenie, że nawet Wołga ma bardziej dopracowaną i estetyczną deskę rozdzielczą. Ale parcie na sprawdzenie jak się jeździ Amerykańcem z dużym motorem było większe. I lubimy się już 20 lat. Dziś przeszedł przegląd bez uwag, choć na chwilę zblokował się rzadko używany ręczny nożny (pomocniczy).
Moim zdaniem ten Lexus jest całkiem niezły, ale trochę nudnawy. Supra A80 mi się kiedyś bardzo podobała, ale mi trochę zbrzydła, bo stała się zbyt mainstreamowa. Celica GT-Four ST185 jest najfajniejszą Toyotą lat 90, bo wygrała 2 tytuły WRC. Za to Honda/Acura NSX, Mazda RX-7 FD i Mazda MX-5 NA to najpiękniejsze japońskie auta sportowe wszechczasów. 😉
*2 tytuły kierowców i 2 tytuły konstruktorów w WRC.
Panie, Szczepanie. Przepraszam za błąd. Chodziło mi o 3 tytuły kierowców.