PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: HIPSTERSKI DYPTYK

Gdy byłem nastolatkiem, znałem człowieka parającego się handlem sztuką. Nie jakimś wielkim, typu Rembrandt i van Gogh, tylko na miarę swoich możliwości, na pchlich targach. W takich miejscach można czasem znaleźć zadziwiające skarby, tylko trzeba się znać, by rozpoznać cenny towar. Rzeczony pan znał się świetnie i czasem wyłuskiwał np. zestaw szkiców słynnego międzywojennego malarza za cenę przysłowiowej flaszki (na czym oczywiście zarabiał niezgorzej). Raz w szerszym gronie pochwalił się, że zakupił ciekawy dyptyk. Nie znałem wtedy tego słowa, więc spytałem, co to? „Dyptyk to tak jak tryptyk, tylko o jeden mniej” – brzmiała odpowiedź. I wszystko jasne, prawda?
Przypomniałem to sobie w zeszłą niedzielę, gdy na koniec przedłużonego weekendu w Poznaniu spotkałem się z Wojtkiem z miejscowości Koninko, zawodowo prowadzącym warsztat Woytech serwisujący BMW i Mini, a po godzinach kolekcjonującym pojazdy NSU. Odwiedzając od 2004r. międzynarodowe zloty fanów tej marki Wojtek pełni rolę nieformalnego przedstawiciela polskiej społeczności i dysponuje cennymi kontaktami.
Widziałem już wiele garaży pasjonatów, ale takiego jeszcze nigdy
Foto: praca własna
Dzięki gościnności i życzliwości Wojtka mnie też udało się zaliczyć dyptyk – tzn. coś jak tryptyk, tylko o jeden mniej. Myślałem mianowicie o opisaniu trzech z jego samochodów, tymczasem z przyczyn technicznych (awaria jednego z nich) udało się przejechać dwoma. To i tak wspaniała okazja, bo w Polsce NSU nie należy do marek popularnych. A czemu dyptyk jest hipsterski? Bo oba ujęte samochody są bardzo nietuzinkowe.
Chodzi o opisywane już na blogu Ro80 z 1977r. i Prinza 1000 z 1965. Oba poniekąd hipsterskie, choć zupełnie różne. Łączy je coraz bardziej zapomniane logo i… zdolność przenoszenia w przeszłość. To więcej niż oklepany frazes – tu idzie o dotknięcie czasów, kiedy pojazdy mechaniczne były dalekie od technicznej perfekcji, a w zamian potrafiły ekscytować. Inżynierowie eksplorowali niezbadane ścieżki, a owoce ich wysiłków pozwalały wierzyć w jasną przyszłość. To znów oklepany frazes, ja jednak uważam, że taka właśnie radość i optymizm są czymś, czego obecnie najbardziej brakuje.
Foto: praca własna
***
O Ro80 marzyłem od dawna. To wóz kategorii Citroëna DS albo Chryslera Airflow – zapowiadający wielkie przełomy, wywrócenie porządku automobilowego świata. Samochód bez precedensu, bez wzorca i bez poprzednika. Niestety, jak miało się okazać, również bez następcy.
Historii Ro80 nie będę powtarzał. Podkreślę tylko, że o krok od zrewolucjonizowania motoryzacji znajdowała się wtedy firma z ledwie kilkuletnim doświadczeniem samochodowym!! Zakład NSU, położony w Neckarsulm (pomiędzy Stuttgartem i Heidelbergiem), już dziesięć lat po wojnie został największym w świecie producentem motocykli, bardzo zresztą innowacyjnym: produkował jednoślady czterosuwowe, z unikatową konstrukcją ramy, zawieszenia i mechanizmu rozrządu, dzierżył też światowy rekord szybkości motocykla (ponad 322 km/h, w 1956r.!!).
Podobne ambicje NSU przeniosło na grunt samochodowy: mimo że skromne zasoby kapitałowe nie pozwalały rywalizować z Volkswagenem, Fordem czy Op.. przepraszam, General Motors, w 1957r. firma wylansowała modnie stylizowane, samonośne modele Prinz, które sukcesywnie modernizowała i sprzedawała w setkach tysięcy sztuk (również za granicą)…
Foto: public domain
Foto: public domain
…a w ramach długoterminowej inwestycji wykupiła patenty niesamowitego rodzaju silnika z wirującym tłokiem, wynalezionego przez niejakiego Felixa Wankla. On nie był jeszcze dopracowany, ale teoria obiecywała same zalety i prawie żadnych wad – należało tylko rozwiązać kilka drobnych problemów.

Foto: , Licencja CC
NSU nie miało potencjału samodzielnego rozwijania tak rewolucyjnej koncepcji. Dogadując się z Felixem Wanklem bardziej liczyło na sławę pioniera i sprzedawanie całemu światu licencji z klauzulą o wzajemnym udostępnianiu dokonanych udoskonaleń. To była mądra i dalekowzroczna strategia.
Każdy sprzedawca musi swój produkt demonstrować, dlatego w 1964r. pojawiło się NSU Spider: zabawkowy roadster oparty na konstrukcji Prinza, napędzany jednowirnikowym silnikiem Wankla o mocy 50 KM
Foto: materiał producenta
Spider był jednak prowizorką. Docelowo należało pokazać coś poważniejszego, zapierającego dech w piersiach automobilowego świata – i tak powstało Ro80.
Ro80 projektowano jako wizytówkę NSU i całej idei silnika Wankla. Jego zadaniem było zszokowanie świata – i to jak najbardziej się udało. Auto należało do klasy wyższej, konkurując z Mercedesami, BMW, Alfami-Romeo czy hydropneumatycznymi Citroënami, jednak pod pewnymi względami okazało się falstartem, który pociągnął swego producenta na dno.
Foto: praca własna
Rewolucyjne samochody łączymy często z pojedynczym nazwiskiem konstruktora i romantycznymi opowieściami o projektach bazgranych na kawiarnianych serwetkach albo wręcz butem na piasku. To prawda, że w latach 60-tych przełomową konstrukcję typu Jaguar E-Type albo Lamborghini Miura wciąż mógł obmyślić samotny wizjoner, ślęczący nocami w prostym warsztacie z kilkoma przysypiającymi z wyczerpania pomocnikami – tyle że rezultat takiej partyzantki miał zwykle setki niedoróbek. I o ile do pewnego momentu była to norma, którą klienci chcąc nie chcąc musieli akceptować, to pod koniec Epoki Chromu dysponujące miliardami korporacje zaczęły podnosić standardy. Mniejsze, lokalne firmy nie potrafiły dotrzymać im kroku.
Foto: mojej żony
***
W historii można wskazać wiele samochodów wyróżniających się awangardową stylizacją, wyjątkowym silnikiem czy podwoziem – natomiast Ro80 było sensacją w każdym z tych aspektów jednocześnie. To ewenement na skalę wszech czasów, przygotowany przez firmę prawie bez doświadczenia!!
W 1967r. szczyt popularności przeżywały Volkswagen „Garbus” i Citroën 2 CV, klasą wyższą trzęsły skrzydlate landary w rodzaju Peugeota 404 czy Mercedesa W110. Aż tu nagle, koło nich wszystkich, stanęło coś takiego. Sylwetka autorstwa Clausa Luthe jeszcze dziś, po prawie 60 latach, zachowuje wizualną świeżość.
Foto: mojej żony
Zgeometryzowane linie, niski pas przedni z dużymi, zespolonymi reflektorami, osobne halogeny przeciwmgielne i płaska, łagodnie wznosząca się maska wyglądają nadzwyczaj nowocześnie. Duża w tym zasługa silnika Wankla – zwartego i niskiego.
Foto: praca własna
Dzisiaj nie dziwią klinowata sylwetka złamana przetłoczeniem na całej długości, opadający dach, silnie pochylone szyby czołowa i tylna czy krótkie zwisy (wymiary 4.780 x 1.760 mm, przy rozstawie osi 2.860 mm), jednak wtedy była to rewolucja na miarę Citroëna DS. „Ro80 nie projektowali artyści, tylko inżynierowie” – głosił prospekt, i choć to niezupełnie prawda (Claus Luthe był wybitnym plastykiem), to współczynnik Cx = 0,35 rzeczywiście przebił ówczesne Porsche 911.
Foto: praca własna
Porsche przypominają też opcjonalne kute alufelgi Fuchsa, średnicy 14 cali
Foto: praca własna
Wiek projektu poniekąd zdradzają cienkie słupki i nieliczne chromowane detale. Epokę wyprzedza natomiast podniesiona bryła bagażnika i niewidoczne z zewnątrz umieszczenie dużego, 83-litrowego zbiornika paliwa przed tylną osią.
Foto: praca własna
Przy srebrzystej nakładce słupka zachowała się stara naklejka z alpejskiej drogi na Grossglockner
Foto: praca własna
Tył nie wybiega w przyszłość tak mocno, jednak z wprowadzonymi w 1975r. powiększonymi lampami nie odstaje od reszty
Foto: praca własna
Naklejka z klapy bagażnika wysławia motocyklowe rekordy NSU
Foto: praca własna
Stara kartka z niemieckiego komisu reklamowała inny, rok starszy egzemplarz, ale dodaje autentyczności. Jako nowe Ro80 kosztowało 14.195 DM – więcej od sześciocylindrowego Mercedesa 230 i 2,5-litrowego Opla Commodore, co nie pomagało w sprzedaży niesprawdzonej konstrukcji plebejskiej marki. We Francji, po ocleniu, za Ro80 trzeba było zapłacić 150% ceny Citroëna DS 21 Pallas, w Anglii – równowartość Jaguara 420!!
Foto: praca własna
Na masce Wojtek umieścił prawdziwe dzieło sztuki: portret Felixa Wankla ze schematem pierwszego silnika z wirującym tłokiem (na pierwszym planie) i sportową jednostką Mazdy (w tle). To oczywiście ręczna robota.
Foto: praca własna
Awangardowa forma wiąże się z kompromisami. Przykładowo, 348-litrowy bagażnik był jednym z mniejszych w klasie (załadunku nie ułatwia też wysoka krawędź, ale wtedy był to typowy problem).
Foto: praca własna
Utrudnione jest również wsiadanie – szczególnie do tyłu, gdzie drzwi są bardzo wąskie. Kolejne problemy to silne nagrzewanie wnętrza w słońcu i przyspieszone błocenie boków, szyb i świateł – czego nie sprawdziłem w praktyce, ale na co narzekali testerzy z epoki. Te wady usunęłoby tylko gruntowne przeprojektowanie karoserii, czego Claus Luthe nie miał zamiaru robić.
Foto: praca własna
Miejsca jest powiedzmy w sam raz (przy fotelu kierowcy ustawionym na moje 173 cm wzrostu) – czyli słabo jak tę klasę gabarytową. Tylnych pasów bezpieczeństwa brak.
Foto: praca własna
Za to z przodu są pasy bezwładnościowe, a komfort foteli i materiały chyba przewyższają Mercedesa – to niespodzianka u żółtodzioba. Wnętrze zachowało się w stanie fabrycznym, nierestaurowanym!!
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Z przodu przestronność poprawia przedni napęd, brak konsoli środkowej i mało rozbudowana deska rozdzielcza. Wzornictwo bardzo nowoczesne: bez wyszukanych form i zbędnej ornamentacji, za to z miękkim obiciem całego kokpitu.
Foto: praca własna
Na zdjęciach wnętrze Ro80 zawsze jawiło mi się blado. W bezpośrednim kontakcie wrażenie ratują dobre tworzywa, natomiast mało finezyjny design faktycznie zostawia niedosyt.
Foto: praca własna
„Ro80 nie projektowali artyści, tylko inżynierowie” – właśnie we wnętrzu widać to najlepiej. Widoczność jest doskonała (choć forma karoserii utrudnia dostrzeżenie jej rogów), pochwalić można też zamykany schowek, półkę na drobiazgi i kompletne instrumentarium, natomiast piękna tu nie odnajdziemy. Warto po raz kolejny przypomnieć, że ten samochód przedstawiono w 1967r. – jeszcze przed Mercedesem W115.
Foto: praca własna
Wskaźniki są małe, z gęstymi skalami, ale czytelność poprawiają kontrastowe wskazówki („ekonomiczny” przedział obrotów zaznaczono podwójnie – krótszy dla drugiego, dłuższy dla trzeciego biegu). Piktogramy na licznych kontrolkach dodano po prasowej krytyce pierwszych serii, wymagających nauczenia się wszystkiego na pamięć. Przyrządy nie zawsze działają instynktownie: przykładowo dźwigienka wycieraczek (z trybem przerywanym i dwiema szybkościami pracy ciągłej) sterczy klasycznie z prawej strony kierownicy, ale jej pociągnięcie nie uruchamia spryskiwacza, tylko klakson. By umyć szybę, należy dźwigienkę odepchnąć. Takich niespodzianek stare samochody kryją wiele.
Foto: praca własna
***
Był rok 1967. Ten fakt trzeba mieć ciągle z tyłu głowy wsiadając do Ro80. Eleganckie materiały czy wygodne fotele dawały się wtedy napotkać, ale forma nadwozia Ro80 jest absolutnie kosmiczna, a to, co dzieje się po przekręceniu kluczyka, bardziej pasuje do lat 80-tych.
Zacznę od podwozia. McPhersony z przodu, wahacze skośne z tyłu, progresywne sprężyny i niewymagające smarowania silentbloki były wtedy rozwiązaniami bardzo nowoczesnymi, podobnie jak cztery tarcze hamulcowe (w tym przednie przesunięte na wewnętrzną stronę półosi). Rozkład masy przód/tył wynosi 51/49. Wspomagany jest zarówno układ kierowniczy (zębatkowy), jak i hamulce (tutaj, dzięki czterem tłoczkom z przodu, jeden obwód działa na przód, a drugi na przód i tył, więc kluczowe hamulce przednie nigdy nie przestają działać).
Na płaskich, prostych arteriach Poznania, kawałku S11 i dokładnie dwóch ostrzejszych zakrętach, jakie pojawiły się na trasie przejażdżki, prowadzenie Ro80 niczym nie zwróciło mojej uwagi – a jeśli 60-letnie podwozie niczym nie zaskakuje, to znaczy, że jest niesamowite (być może na bardziej urozmaiconej drodze zauważyłbym więcej, ale w Wielkopolsce o taką trudno). Owszem, kierownica jest staromodna, duża i cienka, a jej przełożenie dość powolne, natomiast reakcje nie odbiegają od współczesnych – ani przy 20 km/h, ani przy 120. Zero luzów, zero opieszałości. Pełne zaufanie budzą też hamulce: w sytuacji awaryjnej byłyby pewnie niedzisiejsze, ale w normalnej jeździe nie wymagają szczególnie zwiększonych marginesów.
Zimny silnik silnie dymi, bo w czasie postoju do komory spalania spływa olej (Niemcy nazywali to żartobliwie „niebieskimi porankami” – to wyrażenie potocznie oznacza u nich kaca). Układ smarowania można nazwać częściowo mieszankowym, bo uszczelnienia rotorów smaruje olej podawany do kolektora dolotowego. Dlatego nominalne zużycie oleju wynosi 1,5 litra na 1.000 km, a początkowo producent w ogóle nie przewidywał jego wymian, polegając całkowicie na „wymianie naturalnej”. Dopiero później, po fali reklamacji, zrewidował zalecenia, co opisywałem w artykule historycznym.
Duszący, niebieski dym szybko jednak znika. Rozgrzany silnik pracuje cicho i zdaje się lewitować w powietrzu – bo na nadwozie nie przenoszą się najmniejsze wibracje. Na obroty wchodzi gładko niczym turbina gazowa albo elektryczna wiertarka, bo nie ma żadnych tłoków, korb czy zaworów – żadne żelastwo nie lata na boki, a jedynie się kręci. I bardzo to zresztą lubi: w mieście silnik widocznie się męczy, w swój żywioł wpada dopiero za rogatkami.
Dwa rotory, dwa gaźniki, 115 KM, 162 Nm, 180 km/h, 13 sekund do setki – tyle mówi fabryka. Naonczas był to poziom Porsche 912, względnie sześciocylindrowych Mercedesów, tyle że one przy autostradowych prędkościach głośno wyły, wyraźnie przypominając „uwaga, jedziesz szybko”. W Ro80 prędkość 100 km/h też odpowiada prawie 3.000 obrotów, tyle że dla wankla to jest dopiero początek. Czerwone pole obrotomierza producent umieścił przy liczbie 6.500, ale wyłącznie z troski o trwałość listew uszczelniających – bo motor bezproblemowo znosi 8.000, do końca pracując spokojnie i relaksująco. Dla automobilistów Epoki Chromu cisza i spokój przy np. 160 km/h wydawały się wręcz nadprzyrodzone.
Podobnie przekładnia: trzybiegowy manual z automatycznym sprzęgłem Fichtel & Sachs – znanym choćby z „Garbusa”, ale w NSU wzbogaconym o hydrokinetyczny konwerter. Konwerter ma tu eliminować typową dla wankli czkawkę przy hamowaniu silnikiem (wynikającą z cofania się spalin przy nagłym spadku ciśnienia), natomiast przy okazji umożliwia płynne przyspieszanie z dowolnie niskich obrotów, znakomicie kompensując słabą elastyczność silnika.
Jedynka sięga 75 km/h, ale używa się jej sporadycznie – startując do wyścigu lub ruszając z przyczepą pod górę. Dwójka jest miejskim „trybem automatycznym”, niewymagającym dotykania dźwigni, choć w razie potrzeby pozwala pojechać nawet 125 km/h. Trójka to autostradowy nadbieg, potrzebny dopiero przy prędkościach trzycyfrowych (wprawdzie dzięki konwerterowi można z niej nawet ruszać, ale nie ma to sensu, bo rozpędzanie trwa wtedy wieki). Dźwignia ma specyficzny schemat pracy: biegi 1-2-3 są rozmieszczone tak, jak zazwyczaj 2-3-4, natomiast w zwyczajowym miejscu jedynki, dość blisko siebie, leżą bieg wsteczny i blokada parkingowa.
Foto: praca własna
Ręczna zmiana biegów bez lewego pedału to nietypowe uczucie. Zmiany są zresztą całkowicie niewyczuwalne, bo załączenie sprzęgła łagodzi konwerter. Nie można tylko przypadkowo trącać dźwigni, bo jej dotknięcie powoduje wysprzęglenie (mnie zdarzyło się to raz, ze skutkiem podobnym do mocnego kopnięcia pedału sprzęgła).
Auto chętnie przyspiesza z każdego biegu, bo moment obrotowy pomnaża spory poślizg konwertera, niemal jak w przekładni Dynaflow Buicka (po naciśnięciu gazu obroty rosną o ponad 1.500). Osiągi faktycznie przypominają równoletnie sześciocylindrówki (albo V8 podstawowych Fordów i Chevroletów – pisali dziennikarze amerykańscy), natomiast kierowca ma pewien dylemat: trwałości wankla zdecydowanie sprzyjają wysokie obroty (oraz długie trasy), które jednak podnoszą zużycie paliwa. Czy pieniądze wolimy zostawić na stacji benzynowej, czy u mechanika – to już nasz wybór. Z tym że ta pierwsza opcja jest jednak tańsza.
Konkrety? Dawna prasa pisała, że dwuwirnikowy wankel spala minimum 15 litrów, na autostradzie i w mieście – nawet 24. To były dramatyczne wyniki, które odebrały NSU tysiące klientów, tyle że… dziś Wojtek bezproblemowo schodzi do 9 litrów, a 15 to raczej górna granica – a to już bardziej przypomina bezpośrednich rywali Ro80. Tłumaczy też, że kiedyś ludzie jeździli bardzo ostro, a nawet nie zmieniali biegów, bo cichy, jedwabisty silnik i automatyczne sprzęgło pozwalały o tym zapomnieć. W tym aucie naprawdę można nie zauważyć, że obrotomierz wchodzi na czerwone pole – aż do momentu tankowania.
Co do trwałości: początkowo stosowane, grafitowe listwy uszczelniające faktycznie poddawały się po nawet 15 tys. km, w porywach wytrzymywały 40. Najlepszym przykładem jest testowany egzemplarz, który po wymianie dwóch silników w zaledwie cztery lata został wyrejestrowany i odstawiony na kołki, aż do zakupu i pełnej odbudowy przez Wojtka. Dziś znane są Ro80 z przebiegami powyżej 200 tys., bez remontów – dzięki nowoczesnym listwom ceramicznym i odpowiedniej eksploatacji, tzn. wyższym obrotom i długim trasom. Wankel rozgrzewa się bardzo nierównomiernie, wyłącznie od strony wydechu – dlatego prawidłowo pracuje dopiero po dłuższej jeździe i względnym wyrównaniu temperatur. Ro80 najlepiej sprawuje się więc jako „dyrektorska limuzyna o usportowionym charakterze„. Tak ujmował to sam producent i to jak najbardziej prawda.
Silnik ma budowę „kanapkową”: nie można łatwo powiększyć „cylindra” (fachowo: trochoidy), bo wymagałoby to przeprojektowania wszystkich części, da się natomiast dokładać kolejne rotory, wydłużając jedynie wał. Na zdjęciu widać to dobrze: trochoidy są aluminiowe (ze stalowymi bieżniami rotorów), a rozdzielające je „zamknięcia” komór wykonano z żeliwa. Silnik waży 143 kg – przy mocy porównywalnej z ówczesnymi szóstkami, przekraczającymi zwykle 200 kg.
Foto: praca własna
To samo z bliska…
Foto: praca własna
…i na warsztacie Wojtka. Na krawędzi od strony obiektywu leży kawałek listwy uszczelniającej, normalnie włożonej w otwory na wierzchołkach rotora.
Foto: praca własna
Właśnie o tę przeklętą listewkę rozbił się cały genialny wynalazek pt. „silnik z wirującym tłokiem”. W teorii on ma prawie same zalety i byłby w mgnieniu oka wyparł poczciwe „wstrząsosuwy” (powiedzonko Felixa Wankla), gdyby tylko ktoś ostatecznie rozwiązał kwestię uszczelnień rotorów (a także smarującego je oleju, który siłą rzeczy spala się jak w dwusuwie).
Foto: praca własna
Tu widać otwór dolotowy i wylotowy (od wewnątrz) oraz gniazdo świecy (przy obiektywie)…
Foto: praca własna
…a tutaj – charakterystyczne uszkodzenia zwane „pazurami diabła”. Na temat ich źródła i środków zaradczych pisano kiedyś prace naukowe.
Foto: praca własna
Zużywa się też podstawa rotora, często pomijana przy remontach silników
Foto: praca własna
Wojtek ma niezmierzoną wiedzę o silnikach Wankla, dysponuje też odpowiednimi pomocami naukowymi (ten modelik się kręci, m z tyłu korbkę!!)
Foto: praca własna
Niewiele samochodów w historii wybiegało w przyszłość tak bardzo, jak NSU Ro80. Tam nic nie było zwyczajne – nadwozie, podwozie, silnik ani przeniesienie napędu, a całość okazała się tak harmonijna, że dziś, po 60 latach, swym zachowaniem nie zaskakuje przeciętnego kierowcy. Niestety, diabeł okazał się tkwić w szczegółach (uszczelnienie rotora, nierównomierne nagrzewanie) i pojawieniu się nieznanych wcześniej ograniczeń zewnętrznych (kryzys naftowy, przepisy ekologiczne).
Dziś żyjemy w przyszłości, którą wówczas antycypowała garstka wizjonerów z mało znaczącej firmy NSU. Niestety, pospieszne wprowadzenie na rynek, przed dostatecznym dopracowaniem napędu, wraz z niewiedzą użytkowników zaowocowały zniszczeniem tysięcy silników, a koszty ich gwarancyjnych wymian doprowadziły firmę do upadłości i przejęcia przez Volkswagena (patrz artykuł historyczny). Natomiast inni – poza jedynie Mazdą – porzucili ideę wirującego tłoka, uznając że z wyzwaniami nowych czasów łatwiej poradzą sobie wstrząsosuwy.
Foto: mojej żony
Foto: mojej żony
***
O niebieskim Prinzu 1000 z 1965r. napiszę krótko. Nie zdecydowałem się na osobny artykuł, bo większość dostępnego czasu wykorzystaliśmy na Ro80 – by dłużej nim pojeździć, dłużej porozmawiać i postudiować w warsztacie rozebrany silnik. Prinzowi zrobiłem jednak zdjęcia i przejechałem się kawałek, by choć posmakować kolejnego nietypowego samochodu.
Nietypowość Ro80 nie podlega wątpliwości, ale Prinz 1000? To model mały i popularny, który nie wyprzedzał swojej epoki. Uważam jednak, że oryginalna forma nadwozia, ciekawa konstrukcja silnika i intencjonalnie sportowe własności jezdne jak najbardziej uzasadniają miano hipstera.
„Fahre Prinz und du bist König” („jeździj Księciem, będziesz królem!!”) – kusiły reklamy małego NSU, bardzo przemawiające do powojennych Niemców, mocno wyczulonych na automobilowy prestiż. Mit prinzlichen Grüssen („Z książęcymi pozdrowieniami!!”) – kończą z kolei swoje emaile członkowie niemieckiego klubu Prinza, gdzie Wojtek ma wielu przyjaciół.
Foto: praca własna
Pierwsze NSU Prinz weszło na rynek w 1957r., kiedy ludzka godność była w Niemczech towarem deficytowym, a okazałe grille i chromowane ozdoby ceniono wyżej niż przestrzeń w kabinie. W klasie popularnej, za sprawą Volkswagena, Renault i Fiata, tylnosilnikowce królowały w całej kontynentalnej Europie, a forma trójbryłowego sedana, choć relatywnie nowa, uchodziła za najszykowniejszą. Stąd taki wybór producenta aspirującego do rynkowego awansu – zresztą nie tego jednego, bo identyczną drogę wybrały z czasem Simca i Škoda. To wydawało się logiczne.
Prinz 1000 pojawił się w 1964r., w odpowiedzi na powszechny wzrost zamożności Niemców. W stosunku do dotychczasowego modelu dwucylindrowego stylistyka prawie się nie zmieniła, natomiast nadwozie wydłużyło się o aż 35 cm (do 3.793 x 1.490 mm), a silnik zyskał dwa cylindry i około połowy połowy pojemności i mocy (996 cm³, 43 KM). Maksymalna prędkość wzrosła ze 115 na 135 km/h, przyspieszenie do setki skróciło się z 36 do 20 sekund.
Forma karoserii, zwana „pontonową”, łudząco przypominała Chevroleta Corvair. Identyczna koncepcja, identyczne proporcje. Stylista skopiował nawet detale w rodzaju dachu minimalnie zachodzącego na tylną szybę i płaszczyzny pokryw tworzącej najszerszy obrys nadwozia. Jest to o tyle ciekawe, że plastycznego talentu i kreatywności bynajmniej mu nie brakowało – nazywał się bowiem Claus Luthe.
Foto: praca własna
Dwucylindrowy Prinz 4 miał małe reflektory okrągłe, czterocylindrowy Prinz 1000 – owalne, tworzące unikatowy wyraz twarzy. Późniejsze, jeszcze większe NSU 110 dostało reflektory prostokątne, a sportowe modele TT/TTS – zdublowane okrągłe. Wszystkie te auta wyglądały podobnie, ale ich rozmiary i moce różniły się znacznie, co przekładało się na różne ceny i grupy docelowe.
Foto: praca własna
Autentyczny wystawowy opis z epoki zachwala kokpit i tylną półkę tapicerowane imitacją skóry, chromowane ozdoby, zaślepkę kieszeni radia, „luksusowe” fotele i boczki drzwi, eleganckie dywaniki w kabinie i bagażniku oraz ozdobne kołpaki kół. Tak wyglądały wtedy niemieckie priorytety. Podana cena – 5.390 DM – o ponad 20% przewyższała Volkswagena, więc trzeba ją było uzasadnić.
Foto: praca własna
Prawdziwym wyróżnikiem NSU był jednak sportowy charakter, prawie niespotykany w tej klasie. Potwierdziło to zdobyte w 1965r. mistrzostwo Niemiec w wyścigach samochodów turystycznych i wyścigach górskich.
Foto: praca własna
Taki bagażnik byłby całkiem dorzeczny, gdyby tylko konstruktorzy nie umieścili tu zespołu napędowego. Uwagę zwracają gustowne, białe chlapacze NSU.
Foto: praca własna
Właściwy kufer jest większy niż w „Garbusie” (zwłaszcza wcześniejszym), ale w tym względzie z „Księciem” wygra jakikolwiek samochód z silnikiem we właściwym miejscu
Foto: praca własna
Potrójne lampy tylne niektórzy nazywali „słoikami dżemu”. Najciekawiej wygląda oświetlenie tablicy rejestracyjnej w formie bezbarwnego placka na boku światła pozycyjnego i podobnie rozwiązane światło wsteczne w migaczu (wykorzystujące chromowany zderzak jako odbłyśnik). Takie patenty działają bardzo tak sobie, jednak tworzyły niesamowitą różnorodność i czar epoki, budzący w klientach ogromne emocje, a dziś przyciągający miliony entuzjastów.
Foto: praca własna
Karoseria jest zbudowana bardzo lekko – również dzięki temu auto waży tylko 650 kg, czyli niewiele więcej niż „Maluch”. Za to poziom wykończenia wyraźnie przewyższa swą klasę (pytanie tylko, czy to na pewno właściwa strategia?). Warto zauważyć gustowne obicia i kieszenie w drzwiach, nieobecne nawet w Ro80.
Foto: praca własna
Do Ro80 wsiada się niewygodnie, natomiast tutaj… można za tamtymi drzwiami zatęsknić i namacalnie się przekonać, że wszystko w życiu jest względne. Z tyłu da się oczywiście usiąść, ale z kolanami pod brodą. Chociaż tyle, że boczne okna się uchylają, a łokieć można oprzeć we wnęce boczku – o ile nie siedzi się pośrodku, bo chociaż trudno w to uwierzyć, Prinz 1000 ma homologację dla pięciu osób!!
Foto: praca własna
Widoczność na każdą stronę jest doskonała, podobnie jak wyczucie wszystkich rogów karoserii (czego niestety brakuje w Ro80). Wnęki kół wbijające się głęboko w kabinę to problem typowy dla mniejszych oldtimerów i dokuczliwy zwłaszcza w dłuższej trasie, kiedy kierowca kompletnie nie ma co robić z lewą nogą. Niedostatki przestrzeni Niemcy nadrobili właściwym sobie sposobem – kosztownym wystrojem w postaci silnie wygiętej szyby czołowej, eleganckich obić i dywaników…
Foto: praca własna
…oraz chromowanego pierścienia klaksonu. Fletnerki mają osobne korbki!!
Foto: praca własna
Pod lusterkiem wisi firmowa maskotka NSU – fachowo odziany motocyklista imieniem Brumm-Brumm. Ówcześni marketingowcy dbali o zainteresowanie i przywiązanie dzieci, wychowując sobie lojalnych klientów na przyszłość.
Foto: praca własna
Prinz 1000 to tylko przyciasne, litrowe toczydełko – ale pozwala poczuć się Kimś. Podejście niemieckie stanowiło całkowitą odwrotność francuskiego, reprezentowanego przez Renault 4 czy Citroëna 2 CV. W klasie Prinza niekoniecznie było najmądrzejsze, ale w wyższej pozwoliło z czasem opanować cały świat.
Foto: praca własna
Mamy tu aż trzy okrągłe zegary, trzy kolorowe kontrolki i okazałą baterię klawiszy w kolorze kości słoniowej (sugerującą bogate wyposażenie, lecz w rzeczywistości obsługującą… wyłącznie reflektory: kolejno światła pozycyjne, mijania i typowe dla RFN parkingowe, czyli osobno włączane pozycyjne prawe i lewe). Piastę kierownicy zdobi dumny herb jako żywo przypominający Porsche!!
Foto: praca własna
Pod maską – same ciekawostki. Rzędowa czwórka chłodzona powietrzem (to wcale niełatwa sprawa!!), z dmuchawą osadzoną bezpośrednio na kole zamachowym, pod wielkim czarnym duktem z lewej. Cylindry żeliwne, ale głowica i skrzynia korbowa z aluminium, do tego krótkoskokowe wymiary, pięć łożysk głównych, rozrząd OHC i widlaste ustawienie zaworów. Cały napęd, ze sprzęgłem i przekładniami, waży tylko 130 kg – lekkość jest ważna przy umieszczeniu z tyłu. Moc 43 KM o ponad 1/4 przewyższa „Garbusa”, ciągnąc niższą masę zapewnia aż o 20 km/h wyższą prędkość i nieporównywalne przyspieszenia, a niższa pojemność oszczędza 1-2 litry paliwa na każde 100 km (kiedyś obniżała też podatek i składki OC).
Foto: praca własna
Ten silnik też oglądaliśmy w warsztacie
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Nowe NSU były oficjalnie sprowadzane do Polski – egzemplarz Wojtka ma właśnie taką historię, w pełni udokumentowaną. Oryginalną instrukcję obsługi – wydrukowaną po polsku – przedstawię kiedyś w osobnym wpisie, bo napisana jest bardzo ciekawie.
Jazda Prinzem trwała niedługo, tyle jednak wystarczyło by stwierdzić, że samochody Epoki Chromu, nawet małe i tanie, były ogromnie różnorodne. NSU stworzyło na przykład autko nieduże i niezbyt przestronne, jednak niewyglądające tanio i z zaskakującym temperamentem – w klasie popularnej dostępnym wówczas chyba tylko w Mini.
Trójbryłowe nadwozie i silnik z tyłu nie były najszczęśliwszymi wyborami, jednak połączenie tak małych gabarytów z eleganckim wyglądem i sportowymi własnościami wyróżniało się na rynku. Niestety, kosztując drożej od Volkswagena miało ograniczoną konkurencyjność – dlatego litrowy Prinz przetrwał tylko trzy lata (1964-67), podczas gdy tańsze modele dwucylindrowe całe dwanaście (1961-73).
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Sportowy charakter objawia się zarówno w podwoziu, jak i silniku. Sztywne i zwarte zawieszenie (na wahaczach poprzecznych z przodu i skośnych z tyłu) zapewnia dobry kontakt z drogą i precyzję kierowania. Niewspomagany hamulec wymaga sporego nacisku, jak w każdym oldtimerze, lecz działa nieźle – również dzięki niewielkiej masie auta i tarczom z przodu (ewenement w tej epoce i klasie!!). Silnik pracuje głośno, ale gładko i bardzo ochoczo, jak na litrówkę z tak zamierzchłej przeszłości. Pełni dynamiki nie miałem gdzie wypróbować, jednak nawet spokojna jazda po wiosce, na trójce, daje o niej dobre pojęcie.
Aż strach pomyśleć, jak musiał fruwać 70-konny TTS. Takie cudo Wojtek też posiada – z klatką bezpieczeństwa, kubełkowymi fotelami i stale uchyloną maską, jako nieodłącznym elementem stylówki modelu. Jednak to i jeszcze inne NSU to tematy na ewentualne kolejne spotkania.
Foto: praca własna
***
„Kolorowa telewizja już dawno przestała cię dziwić. Symfonii Bernsteina słuchasz na tranzystorowym sprzęcie stereo. W środku zimy jesz truskawkowe desery. Wyciągi bankowe drukuje ci komputer. Do Hamburga latasz odrzutowcem. Do Paryża i Rzymu dzwonisz bez pomocy telefonistki, do kontrahentów – wprost z samochodu. Wiadomości ze świata dostajesz drogą satelitarną. Twój domek letniskowy stanął na działce w dwie godziny. Prąd w twoim gniazdku powstaje w reakcji rozszczepienia jądra atomowego. DLACZEGO WIĘC KUPUJĄC SAMOCHÓD WCIĄŻ GODZISZ SIĘ NA ZGNIŁE KOMPROMISY…?”
To tekst prasowej reklamy Ro80. Cytowałem go w artykule historycznym i powtarzam tutaj – by pokazać marketingowy rozmach NSU, ale też uzmysłowić, co 60 lat temu fascynowało Europejczyków: kolorowy telewizor, tranzystorowe radio, automatyczna centrala telefoniczna, a nawet mrożone truskawki. To były przejawy Postępu. W takim świecie niedoświadczona z samochodami firma z Neckarsulm odważyła się zapoczątkować techniczną rewolucję – która niestety jej nie wyszła.
Volkswagen wykupił NSU w 1969r. Ostatni przygotowywany samochód – uproszczone Ro80 z silnikiem tłokowym – wszedł na rynek pod marką VW K70. Samo Ro80 sprzedawało się bardzo słabo, lecz produkowano je jeszcze do 1977r., jako swoisty symbol, pokaz możliwości i zachętę do kupowania licencji – choć w dobie energetyczno-ekologicznej paniki nikt nie interesował się silnikiem paliwożernym, spalającym olej i wciąż ewidentnie niedopracowanym.
Los Prinza był bardziej złożony: litrowy model 1000 nie mógł się przebić i w 1967r. został wycofany, natomiast tańsze dwucylindrówki i sportowe TTS/TT przetrwały do 1973r. (produkował je wtedy Volkswagen, który sam nie oferował niczego porównywalnego). Następca, w nowoczesnej formie przednionapędowego hatchbacka, ukazał się w 1974r. jako Audi 50 i później Volkswagen Polo. Podobnie jak rewolucyjny Golf, był w dużej mierze dziełem inżynierów NSU i DKW, przejętych w pakiecie z całymi firmami.
Powstały wtedy oddział koncernu Volkswagena jeszcze długo nazywał się Audi – NSU – Auto-Union AG i mieścił w Neckarsulm. Dopiero w 1985r. przemianowano go na Audi AG i przeniesiono z powrotem do dawnej siedziby DKW w Ingolstadt. Nieprawda więc, że NSU umarło – ono żyje i ma się świetnie, tyle że dziś nosi imię Audi. Kto nie wierzy, niech przyjrzy się sedanom spod znaku czterech pierścieni i porówna je z Ro80.
Zaiste, Claus Luthe wielkim stylistą był i wieszczem był!! (cytat)
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
A hasło „Vorsprung durch Technik” („przewaga dzięki technice”) – kojarzycie? Być może zainteresuje Was, jaki samochód reklamowano nim jako pierwszy. Podpowiem, że to był naprawdę ogromny Vorsprung (czyli, w dosłownym tłumaczeniu, „skok naprzód”). Tyle że każda innowacja i każdy biznes wiążą się nieodłącznie z ryzykiem – które w tym przypadku niestety się ziściło.
materiał producenta
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Właśnie chciałem napomnieć, że to fascynujące, że echa Ro80 dalej mocno pobrzmiewają w stylistyce współczesnych Audi. To tylko dowodzi, jak ponadczasowa to była stylistyka w tamtych latach. Inna sprawa, że z tego „vorsprung durch technik” niewiele dziś zostało. Tapicerka w Ro80 obłędna, aż żal patrzeć, że dziś używa się tylko skóry lub wyjątkowo nieprzyjemnych szmat.
Tak – zabawne, że w latach 70/80 początkowo poszli w kanciaste formy, natomiast już Audi 80 z lat 86-94 z daleka wygląda jak głęboki lifting RO-80, nawet boczki drzwi ma podobne.
To jest ciekawe jak zwykły silnik spalinowy przez lata (mimo wielu wad i nie doskonałości) wychodził zwycięsko z pojedynków z teoretycznie lepszymi rozwiązaniami. Najpierw silnik parowy, później elektryczny, Wankla czy na koniec w XXI w. dzięki ekologii Diesla.
Myślę, że to w dużej części kwestia władowania w silnik tłokowy bilionów monet, w ciągu grubo ponad stulecia. Tam wszystkie problemy są dawno rozwiązane, a nikt nie ma drugie tyle zasobów, by kolejne stulecie spędzić na wyważaniu otwartych drzwi. Trudno przewidzieć, jak wyglądałaby motoryzacja, gdyby wszystkie koncepcje napędu wystartowały w jednym czasie. Ale na benzynowy silnik czterosuwowy poświęcono wielokrotnie więcej pracy i pieniędzy niż na jakikolwiek inny, dlatego dzisiaj trudno z nim konkurować.
Jeśli idzie o komercyjne samoloty to silniki tłokowe zostały praktycznie wyparte przez turbiny gazowe (tu rozmiar/masa ma znaczenie a i tak przez 90% czasu masz manetkę w pozycji 75% gazu).
Energetyka to też głównie turbiny. Silniki okrętowe to wciąż często dwusuwowe diesle.
W samochodzie masz bardzo dużą rozpiętość warunków pracy. Tutaj silniki tłokowe sprawdzają się najlepiej. Możesz mieć prawie dowolny stopień sprężania, komory spalania mają korzystny kształt (w wanklu są fatalne i tego nie poprawisz), łatwo to wszystko wykonać z wystarczającą precyzją…
Jak na razie wszystkie rewolucje próbowały rozwiązać problemy, których nie ma, stwarzając masę nowych (od „dziwnych” kształtów wymagających zegarmistrzowskiej precyzji w wykonaniu współpracujących elementów, przez umieszczenie komponentów w permanentnie wysokiej temperaturze po labirynty na drodze gazów)…
Przecież na początku napęd elektryczny był zdecydowanie lepszy niż spalinowy.
To jest absolutnie niemerytroryczny komentarz, ale ten NSU zielony ma boski kolor!!! Pomarańczowe były w prospektach, ale zielony. Trochę podobne miały Fiaty Bravo z 1996, i może Peugeoty 307 z około 2001. Ale niesamowity kolor!!
Dlaczego niemerytoryczny?
Jaskrawe kolory pochodne to esencja lat 70-tych, wtedy forsowano takie lakiery jako poprawiające widoczność samochodu na drodze (o czym wspominałem niedawno w teście Forda Fiesty).
No niemerytoryczny bo się wpisuje w dowcip: jakie ma Pani auto? Czerwone!. Ale pomijajac technikalia i Wankla, to i ten pomarańczowy, i ten zielony sa super niesamowite. Ja mam akurat nieprzyjemność chodzić do pracy ze stacji kolejowej przez korpo-parkinig, no i tego, ten. Ale wśród srebrno-czarnych samochodów fascynuje mnie dlaczego sa osoby które wybieraja na auto taki szary w kolorze pasty BHP. Dla młodszych osób – to taki szary-szary. Grupa VAG jak coś.
Pamiętam pastę BHP, u taty w zakładzie konserwacji schodziła tonami 🙂 Podobno u tych ludzi decydują „względy praktyczne”, że niby brudu nie widać. Na mojej błękitnej C-Klasie też nie, a kremowe wnętrze wystarczy wyczyścić i zaimpregnować raz w roku (no i oczywiście dokupić gumowe maty pod nogi), żeby wyglądało cały czas pięknie.
Osobiście też jestem fanem kolorowych samochodów (czyli nie czarnych, szarych, białych, srebrnych czy granatowych w kolorze niemal czarnym), ale wybierać to sobie można, jak się kupuje nowe auto.
Natomiast powtórzę to, co już wielokrotnie pisałem: dla większości kupujących samochód to takie droższe AGD. Fani motoryzacji to nisza, coraz węższa w dzisiejszych czasach.
A skoro potem taki srebrny czy czarny wóz łatwiej jest odsprzedać, a do tego uchodzą za „eleganckie” i „poważne”… Na dodatek nie wyróżniają się za bardzo, a niektórym wszak o to chodzi.
Poza tym przyznaję, z autopsji, że srebrne i szare faktycznie najlepiej znoszą brud. Białe wprawdzie szarzeją, ale równomiernie, więc też ujdą. Gorzej z czarnymi – miałem takie auto raz i nigdy więcej, za nic. Tam widać każdy paproch, rysę, przetarcie – wszystko. Do tego nagrzewają się jak piekarnik. Czarnym ewentualnie pojadę po raz ostatni…
Za zrobienie K70 na bazie Ro80 ktoś w VW powinien dostać dożywocie. To auto ma cudowny design.
Niestety NSU jak wielu innych przed nimi i po nich zapłaciło za bycie pionierem.
A w latach 60 to auto wyglądało kosmicznie.
W dzisiejszych czasach, można by z budy Ro80 i nowych gratów zrobić cudownego restmoda.
K70 planowało NSU – to oznaczenie pochodziło to silnika „konwencjonalnego”, podczas gdy Ro80 – od „rotacyjnego”. To miało być ubezpieczenie na wypadek niewypału, ale nie zdążyli go już dokończyć i wprowadzić. Nie wiem natomiast, na ile Volkswagen zmodyfikował projekt. Być może on faktycznie miał bardziej przypominać Ro80, tylko został zmieniony?
@SzK, a mnie właśnie zastanawia czemu dopiero po przejęciu NSU Volkswagen „poszedł w innowacje” dzięki czemu jak wiemy powstał Golf. Państwowy koncern nie zapewniał wystarczających środków aby dane było inżynierom zaprojektować coś bardziej zaawansowanego niż boxer chłodzony powietrzem?
O tym cały wpis był:
https://automobilownia.pl/ta-co-sie-lubi-powtarzac-zastapic-legende/
Piękne auto – gratulacje dla właściciela. Zawsze zdumiewa mnie, że w Polsce ludzie potrafią mieć pochowane po garażach takie perełki.
Wojtek ma większość modeli NSU. A znam ludzi, którzy pięknych perełek mają około setki (dokładnej liczby sami nie pamiętają). Wystarczy zresztą odwiedzić spoty w większym mieście, żeby zobaczyć, jaka jest skala zjawiska.
Perełek w Polsce jest mnóstwo. Widziałem sporo rzadkich aut, z Alfą 8C, GMC Syclone i Alfą SZ na czele. Wiem też, że w Katowicach (lub w okolicy Katowic) ktoś ma Lancię Deltę S4. Nie Integrale – właśnie S4. Ogólnie rzecz biorąc, jakby się nagle okazało na jakimś zlocie, że ktoś wystawił Hakosukę i Duesenberga na polskich blachach, tobym się nie zdziwił ani trochę 🙂
Warto zauważyć, że silnik Wankla jest jednym z głównych tematów w fenomenalnej książce „Awantura w Niekłaju” znakomitego autora książek dla młodzieży Edmunda Niziurskiego.
Śmierdzi tam co prawda komunustyczną propagandą (silnik chcą ukraść wstretni złodzieje na żołdzie imperialistów a sam silnik przedstawiony jest jako genialny polski wynalazek) ale zapewne taki był warunek wydania książki.
Powieść czyta się świetnie, napisana z humorem, w lekkim stylu była pierwszym medium, w którym przeczytałem o silniku Wankla – w książce jest też w przystępny sposób opisany sposób działania silnika zarówno tradycyjnego jak i tego beztłokowego.
O, nie znałem tego. Ale ja takiej literatury zasadniczo nie czytałem – z przygodowych książek młodzieżowych zaliczyłem Szklarskiego i Verne’a, natomiast Niziurskiego czy Nienackiego akurat nie (w telewizji oglądałem „Pana Samochodzika”, ale to tyle).
Ale nie mieszajmy dwóch systemów walutowych. Nienacki od Pana Samochodzika to taki PRL-owski Bond, akcja, sensacja, szpiedzy, templariusze, pościg po berlince, auto które każdy jednak wolał żeby było Ferrari a nie Schwimmwagenem :). A Nizuirski to zabawa słowem i konwencja, persony typu Wieńczysław Nieszczególny, albo rozprawki co to jest misuira (he he, nic od misia, podkoszulka pod zbroję z kółeczek). Że o Wanklu to w sumie nie zapamiętałem. A i tak obu się czytało z wypiekami, Szkalrskiego oczywiście też!
Czterocylindrowe silniki NSU Prinz napedzały także motocykle Munch Mammut – niezwykle drogie i potężne jak na tamte czasy jednoslady.
Swoją drogą silniki wankla o ile wiem mają się całkiem dobrze w innych zastosowania niż samochody np. skutery śnieżne czy mikro generatory. Znalazłem kiedyś w sieci stronę o mikro silniczkach spalinowych – najmniejszy silnik wankla miał rotor o średnicy 0,7 mm. Zasilane są mieszanką powietrza z eterem i nie potrzebują układu zapłonowego czy typowego gaźnika.
Ależ w samochodach też. Mazda ciągle walczy z wanklem. W MX3 r-ev silnik Wankla napędza generator, który tylko ładuje akumulatory i nie ma żadnego bezpośredniego przełożenia na koła. Pracuje tylko w optymalnym zakresie obrotów. Taka ni to hybryda ni to elektryk. Ma zasięg na samym prądzie do 80 km, ale zielonych tablic do niego nie dają.
No Mazda robi różne dziwne rzeczy. Żeby wszyscy mówili o Mazdzie, że robi inaczej. Pod tym względem to na pewno działa 🙂
Jak kiedyś Citroen, ale to już historia, w sam raz, na Automobilowni
Nie dają, bo po przeliczeniu to całkiem sporo pali ten japoński Gagarin😉
Zielone tablice dają tylko przy braku jakiegokolwiek napędu spalinowego. Żadne hybrydy, nawet plug-in, zielonych tablic nie dostaną.
W motorsporcie silniki wankla Nadal moga miec potencjal. Rob Dahm zbudowal 12 rotorowy doladowany silniki wankla, ktory ma wielki potencjal do drag racingu.
W laboratorium w pracy mam 3 lotnicze silniki Wankla. Jeden dwuwirnikowy o mocy 75 kW, i dwa jedno wirnikowe. Z racji tego, że w czasie operacji lotniczych silnik napędzający śmigło spędza prawie 80% czasu na jednym zakresie obrotowym…to mają większą żywotność niż w aplikacjach motoryzacyjnych. W autach zużycie przyspiesza częsta zmiana prędkości obrotowej…
Tyle problemów w trwałością tego silnika że aż prosi się o konwersję na EV i bezawaryjne latanie takim restomodem.
Fuj…
A nie prościej kupić nowego elektryka? Po co w ogóle bawić się w zabytki, jeśli nie chcesz obcować z zabytkiem?
@SzK, dokładnie też nie zrozumiem nigdy mody na pakowanie silników od nowszych AMG do starych skrzydlaków.
A ja rozumiem, chociaż nie popieram i pewnie bym czegoś podobnego nie zrobił. Powiedzmy, że masz piękny samochód, zabytkowy. Jest piękny, natomiast wolny i dużo pali, hamuje słabo, nawet ze skręcaniem różnie. No to wsadzasz mu współczesne bebechy, i jeździsz przyjemnie a zarazem pięknym autem. To nie relikwia (no chyba, że, nie wiem – masz Toyotę 2000 GT).
Albo kupujesz ładne auto zabytkowe, ale silnik kaput, a części znajdują się tylko w rzeczywistości równoległej. Oddałbyś resztę na szrot? W takim wypadku – jakbym miał środki, wsadziłbym inne wnętrzności i jeździł.
Ro80 to jeden z tych samochodów, które chciałbym, żeby mi się podobały, ale jednak nie trafiają w gust.
Sporo ciekawych rozwiązań, wyróżniający się wygląd (zwłaszcza, jak się weźmie pod uwagę, że to właściwie rówieśnik Fiata 124/125)… no ale nie.
Widziałem raz na żywo. No nie miał „tego czegoś”. Dźwięku silnika nie pamiętam, czyli pewnie nic ciekawego, ale za to smród bogatej mieszanki niezapomniany. Współczesne samochody pachną zdecydowanie lepiej.
Wankel okazał się ślepą drogą rozwoju techniku (z wielu względów). I w sumie spodziewałem się, że taki silnik będzie lżejszy. W poszukiwaniu wag silników znalazłem taką tabelkę: https://www.gomog.com/allmorgan/engineweights.html
2 litrowy DOHC Fiata ważył około 150 kg, 3.5 litrowa aluminiowa V8 Rovera 180.
ndv, to były czasy, w których zapach mieszanki był przyjemny i powszechnie akceptowany, jak woda kolońska „Prastara”, powszechny i codzienny dzięki Syrenom, Trabantom i Wartburgom, Saabów u nas się prawie nie spotykało.
Na bogato chodzą praktycznie wszystkie stare gaźnikowce, ale w wanklach dochodzi do tego spalanie oleju.
Sylwetka Ro80 też nie jest moją ulubioną, bo ja wolę klasykę, natomiast awangardowość też można docenić.
Na bogato stroi sie silniki mające problemy z chłodzeniem, zeby zmniejszyc temperature spalania. Z mojego ogródka wysilone silniki tłokowe chłodzone powietrzem. Wankiel ma ten sam problem więc wydaje sie to naturalne.
Akurat smród przy odpalaniu Ro80 wynikał raczej z kiepskiego kształtu komory spalania. Stosunek powierzchni do objętości wymusza podlanie benzyną przy rozruchu, żeby to w ogóle chciało pracować, bo na zimnych sciankach skrapla sie benzyna i plomien gasnie. Z drugiej strony właśnie przy wysokich obciążeniach powinno to zapobiegać stukaniu (wiec i zmniejszać zapotrzebowanie na benzynę do chlodzenia).
Przez pierwszą minutę leci niebieski dym olejowy, potem już nie. Zjawisko jest opisywane w artykułach o tym aucie, sam o nim wspominałem w artykule historycznym (można sobie sprawdzić). I dokładnie to widziałem w praktyce – niebieski dym jak w dwusuwie, przez pierwszą minutę. Ponoć tym intensywniejszy, im auto dłużej stało.
Takie pytanie mam do SZANOWNEGO autora:
Jak stoimy na światłach na biegu , to autko pełza i trzeba je trzymać hamulcem ?
Pozdrawiam serdecznie!
Tak, pełza. Tam jest klasyczny konwerter, jak w staromodnej, hydrokinetycznej skrzyni automatycznej. Jedyna różnica to konieczność ręcznej zmiany biegów (chyba że bardzo nie mamy ochoty, wtedy można jeździć wyłącznie na dwójce lub trójce, przy pewnych kompromisach).
PS Wojtek prosił mnie, żeby na skrzyżowaniach mimo wszystko wyrzucać na luz, bo wankel bardzo nie lubi aż tak niskich obrotów, kiedy zapala się lampka ciśnienia oleju. Oczywiście stosowałem się do jego prośby (na wolnych obrotach na luzie lampka oleju się nie świeci), chociaż instrukcja obsługi niczego takiego nie nakazuje.
Serdecznie pozdrawiam Szanownego Wiernego Czytelnika!!
to nie można po prostu nieco podnieść wolnych obrotów na przepustnicy? wiadomo mocniej wtedy ciągnie no ale to nie jest szkodliwe dla skrzyni/konwertera, jeśli ma chłodnicę oleju
Jak byłem dzieciakiem, znajomy mojego ojca miał NSU Prinz. Ciemnoczerwone. Ze względu na to, że nigdzie takiego auta wtedy nie można było uświadczyć, nigdzie w pobliżu, zawsze zwracałem na nie uwagę. Pamiętam jak charakterystycznie brzmiał silnik. Jednak to Ro80 spowodowało u mnie, lata później, opad szczęki jak poczytałem o nim, chyba w Auto Moto, albo Auto, Dziś i Jutro. Nie pamiętam, ale znalazłbym ten artykuł, gdybym przekopał moje przepastne archiwa prasy moto 😉 To była niesamowita konstrukcja, na swoje czasy. Silnik, naprawdę wtedy nowoczesne nadwozie ze stylistyką, która naprawdę mogła się podobać. Jak się okazało, tylko koneserom.
Jakże trafny był opis z prospektów, przywoływany tutaj przez Szczepana, po raz drugi. Kiedyś reklama nie kłamała, aż w takim stopniu jak teraz, nie manipulowano też tak odbiorcami. Niestety, wczesna technika Wankla, poległa przez słabe technologie. Dzisiaj, taki silnik dojechałby, pewnie z 250 tys. km, do remontu i nie było by wtopy. Niesamowity był też przepis/pomysł na tę skrzynię biegów. Nie trzeba obsługiwać sprzęgła, wiem, to niewielki problem, i w mieście nie trzeba zmieniać biegów. Naprawdę nie zgodzę się z tylko jednym stwierdzeniem. Tym o wnętrzu. „Piękna tutaj nie uświadczymy”. A g… uzik prawda! Tutaj uświadczymy tzw. Piękno prostoty. Coś, jak w muzyce Dire Straits. jednego z moich ulubionych bandów.
Strasznie mi z profilu i z daleka Prinz przypomina Zaporożca. Dopiero zbliżenie na front faktycznie dało obraz miniconvaira.
Swoją drogą, Zaporożec też się okazał ślepą uliczką ze swoim V4 😉
Dlatego go zwą Wania Prinz 😉 Zaporożec też ciekawy, bo ma V4 😉 Ruskie wzorowali się na obu tych autach.
Zaporożec kojarzy mi się z Prinzem 4L, ale silnik ma konotacje z Taunusem 12M.. Tylko, że silnik Forda chodził ciszej i dłużej, w myśl rosyjskiej zasady: tiszej budziesz, dalej zajdziosz. Ale silnik Zaporożca był odstępstwem od tej reguły.
@PstrykEJ9 Mechatronik robi swiete restomody W111/W113 na bazie motorow M113, znajomy konczy prototyp 912 z gratami od tesli na pelna certyfikacje serii na rynek niemiecki.
Restomody to nowa i fajna nisza na rynku renowacji pojazdow, zwlaszcza dla klientow ktorzy szukaja czegos innego. Takie 912 ktore w oryginale jezdzi slabo, dostaje motor 300 konny, hamulce i zawias od serii g, no i bizesowo sie to dobrze spina bo ladna baza w usa kosztuje 15kusd.
Nowa? To słowo jest chyba znane od 20 lat. A ulepy powstawały od zawsze.
Czy fajna?
To zależy od indywidualnej oceny. Ja bym wolał oryginał. Pocięty oryginał traci wartość. Albo kit cara zbudowanego pode mnie. Wartość restomoda jest taka sama jak doinwestowanej terenowki z mostami patrola, silnikiem bmw i 38 calowymi kołami – 60 groszy za kilogram.
No ja rozumiem, że 300 KM to lepiej niż 90, ale żeby mieć 300 KM, nie trzeba wcale dewastować zabytku. Biznesowo na pewno się spina, bo wierzę, że są ludzie lubiący zgrywać oldtimerowców, bo to dzisiaj modne, ale to jest normalne niszczenie dziedzictwa ludzkości, nic więcej. Chcesz mieć 300 KM, kup 300-konny samochód, zabytki zostaw tym, którzy chcą zabytków.
Ja bym tu zostawił jednak pewne zastrzeżenie: jeżeli mamy zabytek rzadki, coś szczególnego, to owszem – zostawmy go lepiej (chociaż mamy wolność – teoretycznie można i 250 GTO kupić i przerobić na kwietnik. To tylko przedmiot użytkowy, a i nielegalne to nie jest). Ale jak mamy jeden z dwóch milionów wyprodukowanych i stu tysięcy jeżdżących, to bez przesady – tego kwiatu jest pół światu.
Za gówniarza za pierwsze zarobione pieniądze kupiłem takiego Prinza 1000 na chodzie w bdb stanie rocznik 68 a wszystko działo się pod koniec lat 90.
Niestety nie wydoliłem finansowo i musiałem go sprzedać ale to był mój pierwsze samochód.
Warto nadmienić, że silnik Prinza był wykorzystywany w motocyklu Munch, chyba pierwsze rzędowa czwórka to była, jeszcze przed CB750.
Do komenarza Onyfrego:
Munch to nie był pierwszy motocykl z rzędową czwórką. W Stanach były już przed wojną, na pewno Indian takie produkował po wykupieniu specjalizującej się w nich marki, której nazwa wyleciała mi z głowy. W Europie był duński Nimbus.
@ndv @SzK ja tez kocham oryginaly, aczkolwiek uwazam ze renowacja pojazdow robiona zgodnie ze sztuka ma rozne wymiary i nie osmielibym sie nazwac tej roboty ulepem 😉
https://youtu.be/5V-p3Gw17CY?si=pSzI5C-KT9_JtFKo
Dobra robota jest dobrą robotą, nie przeczę. Ale co innego jakość pracy, a co innego jej cel. Gdyby ktoś zrujnował średniowieczną katedrę, żeby na miejscu postawić najwspanialszy biurowiec świata, to byłaby to wielka strata dla ludzkości, niezależnie od wspaniałości biurowca. To są dwie zupełnie osobne sprawy.
niema co popadać w skrajności, wg mnie o wiele lepiej, jak ktoś zbuduje taki fajny samochód jak w w.w linku, niż jak by poszedł na złom jak jakieś pewnie ponad 90% egzemplarzy, poza tym nowsze Mercedesy są po prostu paskudne (okulary w szczególności), więc nie dziwię się, że ktoś całą mechanikę przełożył do ładnej klasycznej budy, ja tam popieram 🙂
porównanie ze średniowieczną katedrą (lub dowolnym innym zabytkowym budykniem) jest kiepskie z tego powodu, że to jednostkowy egzemplarz i z tym się zgodzę, że zniszczenie jakiegoś jednostkowego prototypu samochodu żeby z niego zrobić cokolwiek innego jest tak samo karygodne, ale tu mamy jednak do czynienia z dość popularnym modelem
Popularny do czasu. Każdy zniszczony egzemplarz pomniejsza pulę, a później nagle zaskoczenie – ups, tego już nie ma, a kiedyś tyle tego jeździło…
A gdyby zaadoptowal te katedre do nowoczesnych wymagan nie ingerujac w forme i styl? 🙂 Restomody to rowniez forma ocalenia zabytkow, przykladem niech bedzie elektryfikacja serii 107. Auta piekne, ale klopotliwe i paliwozerne w odniesieniu do osiagow ktore oferuja.
Silnik to jeden z najważniejszych elementów auta. Jego wymiana całkowicie niszczy istotę danego modelu.
Chcesz jeździć elektrykiem, kup elektryka, a nie udawaj konesera szlachtując świadectwo historii. Nie mam pojęcia, po co komu klasyczna karoseria wokół nowych podzespołów. Żeby udawać znawcę? FIVA już lata temu wypowiedziała się, że nie będzie uznawać takich wynalazków za pojazdy historyczne i że uważa je za dewastację historii.
Mi chodzi bardziej o uwspolczesnienie klasykow dla szerszego grona uzytkownikow. Wielu ludzi chcialo by jezdzic autami z lat 1950/80 na daily, lecz nie robia tego ze wzgledow praktycznych. Jesli mozna sprawic ze wiecej aut zostanie uratowanych spod plotu aby cieszyc swoich wlascicieli, to uwazam ze to krok w dobrym kierunku.
„Wielu ludzi by chciało chodzić po wysokich górach, ale nie robi tego ze względów praktycznych. Jeśli by wybudować autostradę na szczyt, a najlepiej lądowisko dla helikopterów, obok luksusowy hotel i restaurację, to by na pewno więcej ludzi chodziło w góry i cieszyło się przyrodą”.
Nie, to by nie było chodzenie po górach, tylko ich niszczenie, wyłącznie dla pochwalenia się przed sobą i bliźnimi, że coś się „zaliczyło”. Nie jest to absolutnie krok we właściwym kierunku. Jeśli chcesz 5-gwiazdkowego hotelu, to sobie jedź tam, gdzie on stoi, a góry zostaw pasjonatom gór, którzy chcą tam wyjść o własnych siłach, pokonując wszystkie przeciwności. Na tym polega chodzenie po górach zamiast leżenia na plaży, że się człowiek męczy i marznie – dlatego właśnie jest to wyczyn, żeby gdzieś się wspiąć. To samo tyczy się samochodów i różnicy między klasyką, a nowoczesnością.
jak to się nie robi? a kolejki górskie choćby na Gubałówkę to co? setki ludzi codziennie płaci chore pieniądze żeby tam sobie wjechać, posiedzieć, zdjęcia zrobić i zjechać.
Jestem pewien, że jak na Mont Everest zrobili by jakąś kolejkę to tłumy by się ustawiały chętnych „zdobyć szczyt” 😉
Gubałówka to nie góra, tylko fragment miasta, gdzie mieszkają ludzie i można wyjechać autem. Kolejki na prawdziwe góry są w Tatrach dwie, na Kasprowy Wierch i słowacka na Łomnicę. Tak, tyle niech sobie będzie, ale wystarczy.
Ależ ja wiem, że zamki/pałace były przez lata przebudowywane przez kolejnych właścicieli na pałę, ale nie udawajmy, że pałac z XIX wieku ma dużo wspólnego z XV wieczna warownią.
Jeśli ktoś se chce wsadzić na podwozie Golfa budę z Ferrari z lat 60 w celu ułatwienia eksploatacji to w sumie jego sprawa, ale nie udawajmy, ze taki ulep ma cokolwiek wspólnego z oryginałem.
Jeśli wytnę pół obrazu bo wolę Mone Lise topless na jakims weselszym tle to bedzie właśnie taki restomod (i tak, wiem, historia zna masę odwrotnych przypadków, jak i ludzi przy których Dżugaszwili to w sumie miły gość).
Zwroc uwage ze branza powoli zaczyna odpowiadac na zapotrzebowanie o ktorym wspominam. ID. Buzz, Renault 5 E-Tech, nie wziely sie znikad. Fajnie byloby gdyby czesc tego lifestylowego rynku przejely elektryczne restomody, a na ulicach przybylo nieco bardziej kolorowych aut. Wszelkiego rodzaju klasyki w stylu opli, fordow, peugeoty, prlowskie wynalazki, moga zaczac przezywac renesans, dzis ich wartosc powoduje ze tylko nieliczni je remontuja bo finansowo lepiej sobie odbudowac pagode albo 911.
Disco polo też odpowiada na zapotrzebowanie, a sklepów monopolowych mam wokół bloku więcej niż piekarni.
Jeszcze raz, ostatni, powtórzę: kto chce nowoczesności, niech kupi nowoczesne auto, a nie posyła unikaty do rzeźni, żeby wypchać szlachetną skórę byle czym ze sklepu. Zabytki podlegają ochronie prawnej w każdym cywilizowanym kraju – a jeśli są sposoby na ominięcie zakazów, to nie oznacza, że tak powinniśmy robić. Każdy myślący człowiek odróżnia nowe od starego i umie zdecydować, co mu odpowiada, bez niszczenia dziedzictwa ludzkości. To, że mnie nie stać na kupienie zabytkowego pałacu, nie oznacza, że mogę z niego wyrwać kawałek i postawić na swojej działce. To jest barbarzyństwo, nawet jeśli inni tak robią.
Wszystko pozostaje kwestią zachowania proporcji – wymiana silnika to przegięcie, ale wg mnie zainstalowanie np lepszych współczesnych hamulców nie pozbawia auta charakteru, a może zwiększyć bezpieczeństwo i ułatwić jego codzienną eksploatację.
Oczywiście. Sam mam w SLu przewody hamulcowe w oplocie stalowym, współczesne klocki sportowe (miękkie, żeby lepiej hamowały), radio Bluetooth (o klasycznym wyglądzie) i gumowe maty na podłodze, żeby nie brudzić dywanów butami. W starszych autach ludzie dokładają elektryczne wentylatory i alternatory zamiast prądnic. Ale to są drobiazgi, łatwo odwracalne (oryginalne części zachowuje się w garażu, zabezpieczone) i niezmieniające zachowania auta. A jeśli o taką zmianę właśnie chodzi, to jedynym logicznym wyjściem jest zakup młodszego auta.
nie wyobrażam sobie wesela czy dyskoteki bez Disco Polo 🙂 nie jestem jakimś miłośnikiem tej muzyki ale jest sporo fajnych kawałków bez których bawić się ciężko, zresztą sam parę razy byłem DJ-em i przy starych Boysach/Akcencie ludzie się bawią najlepiej, oraz przy starym Italo Disco z lat 70 które i ja bardzo lubię 🙂
to jest i tak o wiele lepsza muzyka niż to współczesne niewiadomoco z jakiegoś radia „bZdET” czy innego „erefen ef em”
Oczywiście że na wesele disco polo jest OK. Ale mój komentarz dotyczył czego innego – robienia z popularności jedynego kryterium wartości. A to niestety błąd.
No dobrze to teraz pytanie: co z przeróbkami samochodów w sposób nieodwracalny, ale zgodnie z duchem epoki? Nie chodzi mi przy tym tylko o wsadzenie 2-litrowego DOHC do Fiata, czy Poloneza, ale zrobienie hot roda na aucie z lat 30., czy lowridera na krążowniku z lat 70. Ewentualnie repliki auta rajdowego, w którym przecież 90% oryginalnej tkanki idzie do śmietnika na rzecz sportowych foteli, klatki bezpieczeństwa i często zupełnie innego zespołu napędowego. Czy takie zachowania należy raczej piętnować, bo często na taką rzeźnię idą rokujące auta, czy raczej popierać, że ktoś poszedł w pokazywanie różnorodności tamtych czasów?
Ja jestem wolnościowcem i ogólnie nie mam zamiaru ludziom niczego zabraniać. Natomiast jak zauważyliśmy już wcześniej w dyskusji, wszystko zależy od rzadkości występowania danego modelu: jeśli szlachtujemy Forda A, wciąż występującego w dziesiątkach tysięcy egzemplarzy, to nie ma się czego czepiać, ale jeśli mówimy o czymś bardzo rzadkim, to uważam, że to karygodne niszczenie zabytków.
Natomiast abstrahując od tego wciąż podtrzymuję, że jeśli ktoś chce korzystać z zalet nowoczesnej techniki, to nie powinien do tego celu niszczyć zabytkowej skorupy, bo nie ma ku temu żadnego powodu. Wiem, że niektórzy tak chcą, ale po prostu tego nie pochwalam, bo ochrona dziedzictwa ludzkości jest dla mnie bardzo ważna. Czy to w przypadku architektury, czy motoryzacji.
Oczywiście można mieć inne zdanie niż ja, tyle że jak sam zauważyłeś, pewne operacje są nieodwracalne i bezpowrotnie niszczą zabytek. A niszczenie rzadkich zabytków trudno pochwalać.
o jak bardzo szanuje taki punkt widzenia i jednoczesznie szanuje!
Z całym szacunkiem, ale to jest robienie kurtyzany z logiki. Jeśli auto jest kłopotliwe i paliwożerne, to należy kupić nowsze auto, które nie będzie miało tych cech. Zabawa w klasyki to godzenie się z ich zaletami i wadami, a przede wszystkim utrzymywanie historii i przeniesienie w czasie, a nie pójście na łatwiznę i wmawianie sobie, że ma się fantastycznego klasyka, który tak właściwie nie ma nic wspólnego ze swoim dziedzictwem. Takie 912 może było słabe, ale ono właśnie takie miało być. Gdyby wszyscy poszli tym tropem, za chwilę na rynku byłyby wyłącznie topowe wersje modelu, bez możliwości doświadczenia wrażeń, jakie dawała wersja „budżetowa”. Całość bardziej przyrównałbym to do pozostawienia katedry z zewnątrz w pierwotnej formie oraz bezrefleksyjnego usunięcia całego wystroju wnętrza i wstawienia tam nowoczesnego marketu. Tak szczerze, rynek restomodów mocno zalatuje mi rozrywką dla snobów i pozerów.
Jak osobiście nie przepadam za restomodami, bo faktycznie zalatują rozrywką dla „snobów i pozerów”, tak jednak nie wylewałbym dziecka z kąpielą.
Podawałem już wyżej przykład 2000 GT. To przepiękny wóz. Ale powstało ich 337 sztuk. Pewnie istnieje mniej niż 300 na świecie. Czy pociąłbym ją na restomoda? W życiu, ale bardzo chętnie kupiłbym replikę z wyglądem wnętrza i zewnętrza a mechaniką, powiedzmy Supry. Nie robią takich niestety.
Ale gdyby podobnie podobałby mi się absolutnie przewartościowany Mustang (których natłukli tyle co komarów na Mazurach), to nie miałbym skrupułów zmodyfikować jakiegoś, zwłaszcza, że oryginalne części bym pewnie sprzedał, na pewno nie wyrzucał.
Poza tym – to co właściciel zrobi ze swoim autem to jednak jego sprawa. To cienka granica; czego możemy zakazać, a czego nie? Czy jakbym kupił Rembrandta i użył jako podkładki pod śniadanie, to mogę to zrobić, czy nie? Długi temat…
Zasadniczo zgadzam się, że w dzisiejszych czasach nie jest (jeszcze) zbrodnią szlachtowanie Polonezów, Trabantów, albo BMW E46, których wciąż jeździ od groma. Tutaj nie chodzi o to, żeby zachować na wieki 100% produkcji każdego modelu, bo to jest niemożliwe. Natomiast bardzo łatwo przegapić moment, w którym dany samochód przechodzi z szufladki „gruz stojący na każdym rogu” do „kurka wodna, po co ja to sprzedawałem za 300 zł, dziś miałbym super rarytas do Topacza!!”
Po drugie – mówisz o modelach bez dostępu do części. Ale tak się składa, że z nich akurat nikt nie robi restomodów, bo nimi nie można szpanować. Części nie ma do starych japończyków, starych francuzów (z wyjątkiem Hydrocytryn), itp. Ale dziwnym trafem restomody zawsze powstają z Porszaków, Dżagów i Mercedesów (ale wyłącznie tych dwudrzwiowych, nigdy taksówkarskich). Części do nich jest ile kto chce, w dwudziestu specyfikacjach.
Więc to nie ma nic wspólnego z „ratowaniem” czegokolwiek, a co najwyżej z pozowaniem na konesera, z włamywaniem się na rympał do świata, do którego się nie należy z przyczyn wcale niekoniecznie finansowych (restomody wcale tanie nie są), tylko mentalnych. Bo żeby cieszyć się klasyką i akceptować całe dobrodziejstwo inwentarza, trzeba mieć nie tyle kasę (tu można wiele nadrobić własną pracą, jeśli się umie), co tzw. potrzeby wyższe. Tak samo jak z chodzeniem po muzeach, po górach, uprawianiem sportu, itp. Jeśli się to kocha, to jakoś się środki zdobędzie, a jeśli chce się tylko pozować, to chodzi się do opery przysypiając na widowni, albo ładuje silnik Tesli do 60-letniego auta, nawet nie kojarząc genezy i historii modelu.
Po trzecie – tak, jako libertarianin zgadzam się, że człowiek ze swoją własnością może zrobić PRAWIE wszystko. Bo nawet libertarianie uznają wartości nadrzędne – tym różnią się od demokratów, że demokraci mogą „demokratycznie” przegłosować, że wolno im okraść bogatszego albo zabić chorego, a libertarianie nie. Z tego samego powodu nie można wylać przepracowanego oleju do rzeki, mimo że jest moją własnością, albo zburzyć średniowiecznego zamku, nawet jeśli go kupię. Z pewnymi kategoriami zabytków techniki jest tak samo, chociaż oczywiście można – i nawet należy – dyskutować o tym, jak daleko taka ochrona ma sięgać.
czemu od razu zakładacie, że ktoś chce pozować i udawać cokolwiek? może mu się po prostu podoba taki klasyczny samochód, a w dzisiejszych czasach niema żadnych ładnych samochodów (jedynie nowy Samurai/Jimny)
więc jeśli umie / ma kasę żeby mu ktoś zrobił taki wymarzony samochód z wymarzonym zespołem napędowym to czemu nie?
Niema samochodu idealnego, jak się chce mieć idealny, trzeba sobie go samemu złożyć z najfajniejszych (wg własnych kryteriów) części
ja na ten przykład najchętniej złożył bym sobie DeLoreana z zespołem napędowy C20NE z Aisinem i do tego koniecznie z gazem, i to jeszcze bym założył z przodu poprzecznie ten zespół napędowy 😉
tyle, że nie stać mnie na DeLoreana, a nawet jak by mnie było stać to i tak nie chciało by mi się tyle roboty robić 😉 ale fajnie jak ludziom się chce i coś fajnego zbudują co będzie ich cieszyć
ubolewać to trzeba nad tym, ile fajnych samochodów skończyło i dalej kończy na złomach przez debilne prawo, że z legalnego złomu nie można odkupić samochodu
na ten przykład nie tak dawno była piękna Asterka zupełnie bez korozji którą chciałem odkupić, ale ni cholery, mogę sobie wszystkie części kupić ale całej nie, a na cholere mi wszystkie części jak ja już ze dwie rozebrałem i części mam, tylko właśnie zdrowa buda to coś najcenniejszego, kiedyś też było piękne Tico zielony metalik jak nowe, no i też zgnietli, bo nie można odkupić – TO JEST DEBILIZM I NISZCZENIE DZIEDZICTWA TECHNICZNEGO
Powiem Ci @Benny czemu uważam, że spora część pachnie pozerstwem. Na pewno nie wszystkie, ale:
Otóż, co wiesz przecież, wóz 40-letni, a już o starszym nie mówię, jest mniej wygodny i komfortowy niż współczesne, bardziej wymagający. Jak oglądam na KKN-ach proste auta z np. lat 70/80 to wyglądają, jakby to Wiesiek w szopie składał. To ma swój cudowny urok, ale dla garstki pozytywnych świrów. Za to plusem jest to, że na ulicy ludzie się oglądają, że reagują pozytywnie, że jeździsz czymś co wyróżnia się znacznie bardziej niż np. nowe Porsche – bo tych ostatnich w Krakowie widuję naprawdę sporo. Restomody kosztują zazwyczaj krocie – mnóstwo roboty, zazwyczaj nienajtańsze bazy do przeróbek itd. To nie jest zabawa dla finansowych średniaków.
Restomod daje zarazem komfort i pokazową stronę, ale faktycznie nie ma nic wspólnego z historyczną motoryzacją de facto – jest jak replika.
I teraz: na tych zlotach widuję czasem i właścicieli, którzy sypnęli setkami tysięcy i przyjeżdżają hiper odpicowanym zabytkiem, który jeździ raptem kilka razy do roku, żeby się pokazać. Gdyby ich właściciele naprawdę lubili obcowanie z nimi, to pewnie jeździliby częściej, bo niektórymi da się i na co dzień (sam tak robię i poznałem podobnych). Inni natomiast przyjeżdżają zabytkami tak odpicowanymi, że już ciężko uznać ich pełną zabytkowość.
W zabytkach jest przy tym trochę pozerstwa, nie brakuje młodych ludzi, którzy przyjeżdżają mocno zmodyfikowanymi, starymi autami (kłaniają się wielkie felgi i obniżone zawieszenia – to już zahacza o restomody moim zdaniem). Mogliby modyfikować nowsze, ale kto by się wtedy obejrzał? Z różnymi rozmawiałem. Niektórzy to zwyczajni szpanerzy, którzy nawet często średnio się interesują motoryzacją w ogólności. Wiedzą coś o kilku ulubionych modelach i picują swoje na pokaz.
No chyba, że ktoś za mnóstwo pieniędzy robi restomoda, ale tak, żeby nawet nie bardzo dało się to poznać i jeździ nim niemal codziennie – nie po to, żeby inni widzieli, tylko żeby samemu się cieszyć pięknem i komfortem jednocześnie. Tylko ilu tak robi?
Lepiej bym tego nie ujął. Osobiście uznaję modyfikacje w zakresie „epoki” i fabryki – np. dołożenie wspomagania z Caro Plusa do starego Borewicza zupełnie mi nie przeszkadza, bo jednak wnosi to komfort i jest odwracalną przeróbką w ramach tego samego modelu.
Może i ja się wypowiem, odnośnie restomodów. Niby nie moja sprawa co kto robi ze swoją własnością… ale tak po prawdzie, mocno zmodyfikowany samochód zabytkowy poniekąd przestaje być samochodem zabytkowym. To trochę tak, jakbym w moim BX-ie zamontował sprężyny zamiast hydropneumatyki. Pewnie byłyby mniej problematyczne, ale chyba nie o to idzie w tej zabawie. Nie mam nic do małych modyfikacji (dołożenie pasów bezpieczeństwa z tyłu), tym bardziej, jeśli są one z epoki świetności danego modelu. Ale nowy silnik i zawieszenie…. to już chyba przesada.
Jeszcze pół biedy jak ktoś przerabia model popularny, o miernej wartości zabytkowej. Ale restomod bazujący na super-mega-hiper-rzadko-spotykanym-aucie, to już gorzej.
Oczywiście, że restomod nie ma nic wspólnego z zabytkiem. I oczywiście, że pół biedy, jak ktoś zniszczył Syrenę przerabiając ją na cabriolet w 1990r., ale dziś to już byłby problem.
wg mnie zachowane w orginalnym stanie powinny być koniecznie samochody w bardzo dobrym stanie orginalnym, i tych przerabianie to profanacja, ale takich klasyków jest bardzo bardzo mało, a coś co było przegnite i ktoś nawet w miarę ładnie wyspawał, wyremontował ze stanu trupa no to chwała mu za to, i jak przy okazji sobie wymieni zajechany zespół napędowy na jakiś zupełnie inny, to jego sprawa, i tak zasługuje na uznanie, że wyremontował, że jeździ a nie gnije w krzakach, no i przede wszystkim że doprowadził to do końca, bo mało kto dokańcza taką robotę
No to ja powtórzę, że takich restomodów nie ma. To zawsze są najbardziej prestiżowe modele, które za podobne pieniądze dałoby się zrobić w oryginale, tylko właściciele nie chcą oryginału, bo za głośny/za powolny/za trudno się prowadzi. Całkiem jak ci ludzie, których spotkałem w Nicei w wypożyczalni klasyków: pożyczali 911 z 1970r. i krzyczeli na obsługę, że tutaj się nie da zmieścić pięciu walizek, bo oni mieli z sobą pięć walizek i to chyba normalne, że luzie na wakacje przywożą bagaże? Ja miałbym do nich takie samo pytanie – po kiego grzyba się pchacie w klasyki, jeśli w ogóle ich nie rozumiecie? Zapewne dlatego, że to modne i szpanerskie, innego wytłumaczenia nie ma.
może i tak, nie wiem jak jest teraz, nie byłem uczestnikiem żadnego zlotu już ze 25 lat albo i więcej a kiedyś to wszyscy sami sobie dłubali te auta i się gadało o tym co tam kto pokombinował sobie i wzajemnie oglądało samochody
a dzisiejsi ludzie są w ogóle dziwni, także może i mają takie dziwne podejście do klasyków, nie wiem, nie mam do czynienia z jakimiś bogaczami bo i nie potrzebuję takich znajomości 🙂
Na KKN co tydzień przyjeżdżają sami fajni ludzie. Z każdym rodzajem aut – od Maluchów po Rolls-Royce’y i Ferrari. Za 11 lat nie widziałem tam nikogo, kto by połknął kij i się wywyższał, do każdego można zagadać i nawet umówić się na przejażdżkę na bloga. Nawet na MPPZ przyjeżdża dziś dużo fajnych ludzi, chociaż przed laty krążyły niefajne opinie o tym środowisku. Dziś to się już w dużej części zmieniło.
Dodam,że każdy staroć spod płotu trafi albo na złom i tak zakończy się jego historia, albo w ręce pasjonaty, który pod innym płotem znajdzie drugi taki egzemplarz, z trzeciego wymontuje podzespoły i poskłada z tego zabytkowy pojazd z historycznych części. No może prawie, bo trzeba będzie coś dorobić, wyklepać kawałek nowej blachy, wymienić łożyska na współczesne. Ale do tego potrzeba dużo samozaparcia i pasji. Łatwiej jest postawić na ramie od współczesnego SUVa nadwozie sprzed 60 lat, dołożyć chromowane kolektory i alufelgi z wirującymi kołpakami. Wtedy jest bayer full z ekstrasami ze sklepu internetowego. Aż szkoda, że elektryków nie stawiają na ramach. Ale jakaś hybryda, kto wie, może by się znalazła.
Panowie nie popadajmy w skrajnosci 🙂
https://youtu.be/nrqSDuP3p9I
Zazdroszczę Wojtkowi. NSU Ro80 to jest auto, które do garażu marzeń zakupiłbym jako pierwsze.
Absolutnie kręci mnie to, że taki silnik trafił do seryjnie produkowanego auta w tamtym czasie.
Absolutnie kręci mnie bryła nadwozia, tylne drzwi bez wcięcia na błotnik, trzecie okno, które zawsze w Audi mi się podobało i nadawało sylwetce płynności i lekkości.
Bardzo ciekawi mnie też jazda z tą skrzynią biegów – o ile pamiętam to „sprzęgło” to był przycisk na gałce zmiany biegów – należało go wcisnąć i dopiero zmieniać bieg ale może to się jakoś zmieniało w trakcie trwania produkcji i potem z tego zrezygnowano.
W każdym razie, bardzo fajnie, że mogłem kolejny raz przeczytać o tym aucie – dzięki Szczepanie za świetny artykuł i dzięki Wojtku za użyczenie auta Szczepanowi 🙂
Nie mogę się doczekać kolejnych artykułów, związanych z tą kolekcją.
Tak, prawda – gałka po dotknięciu lekko się porusza, wtedy sprzęgło się rozłącza. W RFN ten patent był dość popularny, za dopłatą można było go dostać do wielu modeli, przed rozpowszechnianiem się skrzyń automatycznych.
Co do następnych artykułów nic nie obiecuję. Zepsute auto będzie jeszcze chwilę czekać na naprawę, a dla mnie Poznan̈ do tysiąc kilo w obie strony. Ale może w przyszłym roku się z Anią skusimy na kontynuację zwiedzania Wielkopolski.
PS. Najwyraźniej programiści buycoffee nie pili dzisiaj kawy – 504 Gateway Time-out 🙂
@SzK W123 w kombiaku z m113 i 7gtronic jezdzilbys jak zly 😀
I wcale nie trzeba go ciac bo wchodzi na zawiasie od W126. 🙂
Szczerze, to absolutnie nie. Jeśli będę chciał M113, to kupię sobie coś z M113.
Poza tym W123 jest już zdecydowanie za rzadkie w dobrym stanie, żeby je ciąć.
superowe te NSU, tzn z wyglądu zdecydowanie wolę Prinza a nawet Zaporożca, bo fajnie wyglądają, ten RO80 jakoś tak dziwnie wygląda, ale nie ważne bo techniczne aspekty są najciekawsze!
strasznie chciał bym się przejechać Wanklem tak z ciekawości 🙂
super fajny pomysł na skrzynię biegów, niemam pojęcia czemu to się nie upowszechniło w skrzyniach ręcznych? przecież sam konwerter jest niemalże niezniszczalny tak jak i ręczna skrzynia biegów, a do tego odchodzi najbardziej wkurzająca rzecz czyli właśnie wysprzęglanie co chwilę (szczególnie przy manewrowaniu manual jest okropnie irytujący) a jak by tak kowerter z lock-upem zastosować to w ogóle było by to super rozwiązanie – mi to się bardzo podoba 🙂
a co do automatycznego sprzęgła sterowanego ruszeniem wajchy biegów to nawet Trabanty takie były, nazywały się Hycomat, choć nigdy takiego na żywo nie widziałem
widziałem za to Seicento City z takim automatycznym sprzęgłem, kolegi tata miał takie, tyle że to było jakieś straszne dziadostwo bo już to fabryczne było przerobione na jakieś inne sterowanie, które też zdechło i ostatecznie żeśmy to z kolegą wymontowali i doprowadzili do wersji z normalnym sprzęgłem
w seju sprzęgło naciskało serwo takie od hamulców z elektrozaworami do wpuszczania i wypuszczania podciśnienia, a sterowała nimi elektronika poprzez czujnik transoptorowy czujący rękę jak się położyło na wajchę
w sumie nie wiem czemu żeśmy to zdemontowali zamiast wywalić tą całą elektronikę i założyć zwykły przycisk na wajchę biegów sterujący przekaźnikiem i tymi zaworami, ale chyba po prostu ojciec kolegi tego nie chciał, a takiego seja kupił po prostu z powodu tego że była buda zdrowa (zresztą i tak długo zdrowa nie była), no ale to daaaawno było ale gdzieś może nawet kolega ma te części wymontowane
Się nie przyjęło, bo było bez sensu. Hydrokinetyk zjadał masę mocy a biegami i tak trzeba wajchowac…
ale się bajecznie manewruje, a lockup rozwiązuje problem zjadania mocy
Ja takiego Trabanta nie tylko widziałem, ale i prowadziłem – zmyślne urządzenie, które załącza i rozłącza sprzęgło w zależności od obrotów silnika – idzie się do tego przyzwyczaić równie szybko co do samego schematu zmiany biegów w dwusuwowym Trabancie – mi szybko weszło w krew.🙂 Swoją drogą podobnie jest w każdym dwusuwie, w którym w każdej chwili można włączyć lub wyłączyć wolne koło – kumpel w swoim Wartburgu 353 ma je na stałe włączone, dzięki czemu sprzęgła używa wyłącznie przy ruszaniu, a później to już lewa noga odpoczywa jak w awtamacie – jego również miałem okazję poprowadzić.
Tak przy okazji: na wypadek awarii Hycomatu w takim Trabancie jest też standardowy pedał sprzęgła, ukryty pod wykładziną i zahaczony takim haczykiem w pozycji wciśnięty na stałe – żeby go móc używać należy ten haczyk wcisnąć, dzięki czemu pedał „wyjeżdża” do standardowego położenia
Hycomata nie widziałem i nie wiedziałem, że tam jest rezerwowy pedał sprzęgła. Dzięki za ciekawostkę!!
Jest jest, widać nawet tutaj jak to wygląda w praktyce🙂 https://www.youtube.com/watch?v=9Ox_2ebCde0&t=4249s
Ale narobilem bigosu 😀
@SzK tunel juz w aucie, idzie planowo 🙂
Rzeczowa dyskusja zawsze mile widziana!!