PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: JAJECZNICA NA WIETRZE

 

Jaja na wietrze – to określenie przypisuje się wielu różnym potrawom. Kiedyś chodziło o jajka gotowane bez skorupki we wrzątku (bo działanie wirów wrzącej wody przypominało efekt silnego wiatru) lub o popularne niegdyś w Polsce ciastka ptysiowe (zawierające więcej powietrza niż treści), a dziś – o jajka z air fryera („gotowane wiatrem”). Słyszałem też wersję o najprostszej wersji jajecznicy, bez żadnych dodatków („na wietrze” czyli na niczym, zamiast np. na szynce).

W tym ostatnim znaczeniu jajecznica na wietrze miała być ulubionym śniadaniem studentów. Nazwa nabrała szczególnego znaczenia w 1996r., gdy ówczesny minister edukacji, Jerzy Wiatr (wcześniej zatwardziały ideolog komunizmu, dyrektor Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu KC PZPR), odwiedzając Uniwersytet Jagielloński został przez studentów obrzucony jajkami. Jego prasowe zdjęcia w ociekającym żółtkami garniturze prasa szeroko komentowała właśnie jako „studencką jajecznicę na Wietrze”.

Mnie natomiast wyrażenie to przyszło do głowy na widok BMW Z3 M należącego do mojego imiennika Szczepana: pomalowanego na kolor jajecznicy i zapewniającego każdą ilość wiatru we włosach

Foto: praca własna

***

Nisko leżący i mocno cofnięty fotel, przed nim długa maska, otwarta kabina w całości wypełniona słońcem i wiatrem, a opinająca ciało niczym skafander nurka lub narciarza… Do tego zero zbędnej masy, maksymalnie bezpośrednie podwozie i ochoczo wkręcający się silnik. Ten tradycyjny przepis na roadstera wywodzi się jeszcze z wczesnych lat międzywojennych. W końcówce stulecia – kiedy renesans gatunku zapoczątkowała fenomenalna Mazda MX-5 – do przepisu doszła nowoczesna, wydajna technika i precyzja wykonania, które wyeliminowały większość wad tradycyjnych roadsterów. Karoserie stały się sztywniejsze, szmaciane dachy – szczelne i czasem nawet samoczynnie zamykane, przysłowiowy wiatr we włosach przemienił się z dokuczliwego huraganu w błogą bryzę, a niezawodność przestała odbiegać od dieslowskich kombiaków taksówkarzy.

Właśnie wtedy, w latach 90-tych, odpowiedniki MX-5 dosłownie zalały światowy rynek: na niższych półkach cenowych pojawiły się Fiat Barchetta czy Honda CR-X del Sol, na średnich – Alfa-Romeo Spider, Lotus Elise albo MGF, zaś na wyższych – Porsche Boxster, Mercedes SLKBMW Z3. Co ciekawe, wszystkie te modele ukazały się na przestrzeni zaledwie kilkunastu miesięcy, w 1995r. i okolicach. Różniły się stylistyką, poziomem osiągów i wyposażenia, ale łączyła je jedna idea – maksymalna radość z jazdy.

Na „Radości z Jazdy” najlepiej zna się podobno BMW (przynajmniej tak samo twierdzi), dlatego ta firma nie mogła nie opracować własnego roadstera. Markowym purystom, zafiksowanym na pochodzeniu samochodu i gardzącym np. produktami azjatyckimi czy amerykańskimi warto jednak przypomnieć, że główny stylista Z3 nazywał się Joji Nakashima, a produkcję modelu ulokowano w Stanach Zjednoczonych – w otwartej w 1994r. fabryce w Spartanburgu, w Karolinie Południowej. To było pierwsze BMW wytwarzane wyłącznie poza Niemcami, w dodatku w 60% z lokalnych komponentów (choć silniki i przekładnie przyjeżdżały w całości z Bawarii). Decyzja wynikała z przewidywań większościowego udziału USA w sprzedaży modelu, a więc chęci optymalizacji logistyki i ryzyka walutowego.

Marketingowcy BMW podpisali umowę z producentem filmów o Agencie 007, zakładającą udział aut ich marki w trzech kolejnych odsłonach serii. W filmie „Goldeneye” – wypuszczonym pod koniec 1995r., tuż po premierze Z3 – James Bond poruszał się właśnie tym modelem, jako pierwszym w swym życiorysie pojazdem niebrytyjskiej marki. Auto miało oczywiście specjalne wyposażenie od Q (patrz niżej), ale nie zostało ono użyte na ekranie – widocznie krótki, zaledwie 80-sekundowy epizod samochodowy nie pozwolił na odpowiednio efektowne fajerwerki. Ciekawostka: umowa z filmowcami była barterowa, promocja za promocję – nie przewidywała żadnych przepływów pieniężnych pomiędzy stronami.

***

Z3 nie było pierwszym roadsterem marki: w latach 1989-91 BMW oferowało ciekawy technicznie model Z1, częściowo oparty na serii E30, ale spore początkowo zainteresowanie nim szybko wygasło. Z3 było z kolei bardziej konwencjonalne: bazowało na skróconej platformie serii E36 pochodzącej z wariantu Compact (fabryczny kod brzmiał E36/7 dla roadstera i E36/8 dla zaprezentowanego w 1998r. coupé). Przednie zawieszenie wykorzystywało więc kolumny McPhersona zwykłego E36, tylne – wzdłużne wahacze pochodzące jeszcze z E30, czyli z 1982r.!! (podobno z braku miejsca). To kolejne potwierdzenie faktu, że świetne prowadzenie i radość kierowcy wcale nie wymagają super-zaawansowanej techniki, a tylko fachowego jej zaprojektowania i dostrojenia.

Rozstaw osi 2.446 mm, wymiary 4.025 x 1.692 mm i masa 1.160-1.400 kg to więcej niż w opisywanym poprzednio Mini Cooperze S, który jest samochodem młodszym i czteroosobowym. Z3 miało jednak wyłącznie tylny napęd i proporcje klasycznego roadstera, a nie praktycznego hatchbacka.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Początkowa paleta silników obejmowała czterocylindrowe jednostki M43 B18 (1,8 litra, 115 KM, 196 km/h, 10,4 sekundy do setki) i M44 B19 (1,9 litra, 140 KM, 205 km/h, 9,5 sekundy), później pojawiły się też M43 TU B19 (1,9 litra, 118 KM, 196 km/h, 10,4 sekundy) oraz rzędowe sześciocylindrówki: M52TU B20 (2,0 litra, 150 KM, 210 km/h, 8,9 sekundy), M54 B22 (2,2 litra, 170 KM, 224 km/h, 7,9 sekundy), M52 B28 (2,8 litra, 192 KM, 218 km/h, 7,1 sekundy), M52TU B28 (2,8 litra, 193 KM, 225 km/h, 6,9 sekundy) oraz M54 B30 (3,0 litra, 231 KM, 240 km/h, 6 sekund).

Pokazane w 1998r. coupé konstruktorzy tworzyli po godzinach, z własnej inicjatywy, i dopiero po fakcie pokazali efekt przełożonym. Nadwozie miało znacznie lepszą sztywność, jednak rynek chłodno przyjął jego stylistykę, potocznie porównywaną do sportowego buta – dlatego do 2002r. klientów znalazło 279.273 sztuk roadstera i tylko 17.815 coupé.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W 1997r. gamę uzupełniły najmocniejsze i najbardziej pożądane warianty z literką M – oznaczone M Roadster i M Coupé. Ich stylistykę dopracowywał Marcus Syring, który znacząco poszerzył błotniki (zwłaszcza tylne), zmodyfikował zderzaki, tylną klapę i kilka detali, w tym poczwórny wydech. Zmiany podwozia objęły wzmocnioną ramę pomocniczą, szerszy rozstaw kół (różnica 10,2 mm), zawieszenie o zmienionej geometrii i wysokości zmniejszonej o 27,9 mm, utwardzone sprężyny i amortyzatory, grubsze stabilizatory i wahacze tylne oraz szybsze przełożenie układu kierowniczego. Hamulce zostały zaadaptowane z M3: dostały „pływające” tarcze o średnicy 315 mm z przodu i aż 312 z tyłu (z tym że na niektórych rynkach – w tym w USA, skąd pochodzi testowany egzemplarz – tarcze pozostały jednoczęściowe).

W europejskiej specyfikacji M zastosowano silniki z E36 M3 (oznaczone S50: R6, 3,2 litra, 321 KM przy 7.400 obrotach, 350 Nm przy 3.250), w USA oferowano słabsze S52 (również 3,2 litra, ale 240 KM przy 6.000 i 305 Nm przy 4.250). Od 2001r. na wszystkie rynki montowano silniki S54, ale wersje amerykańskie wciąż miały odrobinę niższe osiągi (325/320 KM przy 7.400 obrotach, 340/320 Nm przy 4.900). Obowiązkowa była manualna przekładnia pięciobiegowa i dyferencjał z 25-procentową szperą. Wszystkie wersje rozwijały 250 km/h (ograniczone elektronicznie) i przyspieszały do 100 km/h w nieco ponad pięć sekund.

Specyfikacja powstała w 21.613 egz., z czego 15.322 miało nadwozia otwarte, a 6.291 – zamknięte. To 13,7% całej wielkości produkcji modelu.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Ciekawie się złożyło, że przejażdżka M Roadsterem wypadła bezpośrednio po tuningowanym Mini Cooperze S. Ten sam koncern, podobna idea, ale odrobinę wcześniejsza epoka i inna tradycja: otwarte nadwozie o całkowicie odmiennych proporcjach, tylny napęd i brak kontroli trakcji.

Bardzo chciałem dowiedzieć się, jak to wszystko zachowa się pod presją 321 mechanicznych rumaków. Niestety się nie dowiedziałem, bo jajecznego koloru egzemplarz Szczepana pochodzi z rocznika 1999 i rynku amerykańskiego, rozwija więc zaledwie 240 KM. To tylko odrobinę więcej od Adamowego Mini, w dodatku przy wyższej masie. Ale o dziwo, katalogowe czasy przyspieszenia 0-100 km/h są identyczne dla wersji 321- i 240-konnej (5,4 sekundy). Dlaczego tak, mimo ogromnej różnicy mocy – nie mam pojęcia. Widocznie pola zakreślone przez wykresy funkcji momentu obrotowego są podobne, ale to tylko kolejny raz potwierdza, że suche liczby z prospektów niewiele mówią o realnych wrażeniach z jazdy.

Szczepan posiada to auto od roku. W tym czasie przejechał 6.000 km, traktując BMW jako drugie auto codzienne (wyłącznie letnie – w zimie stało zamknięte w garażu). Przez ten czas nie nastąpiła żadna awaria poza spadnięciem linki gazu z mocowania.

Lata 90-te wydają się nieodległe (przynajmniej ludziom w moim wieku), tymczasem patrząc na ówczesne samochody widać niespotykaną już dzisiaj delikatność i lekkość – nawet w przypadku modeli wybitnie muskularnych, do których należy M Roadster. Joji Nagashima do dziś powtarza, że ten projekt jest jego ulubionym.

Foto: praca własna

Muskularność jest dominującym wrażeniem praktycznie z każdej strony. Ogromna maska silnika imponuje nawet od przodu, mimo skrótu perspektywicznego, podobnie jak rozbudowany zderzak. Przy okazji warto zauważyć, że powagi auta nie umniejszają nieprzesadne rozmiary – ani całości, ani osławionych „nerek”, które w ostatnich latach osiągnęły karykaturalną wręcz skalę. Naprawdę było warto…?

Foto: praca własna

Proporcje nadwozia są bliskie perfekcji – na tym właśnie polega idea klasycznego roadstera. Ciekawie wygląda profil boku, z odsadzonymi błotnikami połączonymi stosownej szerokości progiem. Jest to poniekąd potrzebne z uwagi na rozmiar opon zdolnych przenieść moc rzędu trzech setek koni mechanicznych.

Foto: praca własna

Jest biceps, co nie…?

Foto: praca własna

„Felgi z parapetem” to fetysz fanów marki, zwłaszcza tuningowców. W M Roadsterze „parapet” jest z konieczności fabryczny: przednie opony mają wymiar 225/45 ZR 17… 

Foto: praca własna

…a tylne – 245/40 ZR 17. Jak na poprzednie stulecie – istne wariactwo. Różne rozmiary na obu osiach niektórzy nazywają „szwabskim zboczeniem”, ale kraj pochodzenia ma tu niewiele do rzeczy – przyczyną jest wielka moc wędrująca na tylną oś. Supersamochody włoskie mają dokładnie tak samo, a np. w Chevrolecie Corvette koła tylne miewają większą nie tylko szerokość, ale nawet średnicę. 

Foto: praca własna

Twardy dach był w Z3 opcjonalny. Miękki uchodzi za słabość modelu: uszczelki lubią przeciekać, a tylna szyba z plexi łatwo matowieje i pęka (w stanie schowanym składa się na pół: na niemieckim forum wyczytałem, że doświadczeni użytkownicy przed opuszczeniem dachu kładą na niej miękki ręcznik). Szczepan potwierdza, że w intensywnej ulewie do wnętrza kapie czasem woda, natomiast szybę już wymieniał (na szczęście jest montowana na zamek błyskawiczny).

Foto: praca własna

Dach składa się elektrohydraulicznie, ma jednak dwa ręcznie blokowane rygle przy ramie szyby czołowej 

Foto: praca własna

Błotniki i koła zdają się wręcz rozsadzać malutkie nadwozie, a poczwórny wydech przypomina dysze silników odrzutowych. Na zdjęciu widać jedną z wad modelu: stanowczo zbyt małe lusterka, i to wszystkie trzy. W tym aucie, mimo jego względnie młodego wieku, lepiej oglądać się przez ramię (otwarte nadwozie akurat to ułatwia, bo widoku nie zasłaniają żadne słupki).

Foto: praca własna

165 litrów to niemal dokładnie tyle, co w Mini – tyle że tam dało się dodatkowo złożyć kanapę lub postawić jej oparcie do pionu, a tutaj nie zrobi się nic. Słowo-klucz – roadster (w coupé kufer mieścił 210 litrów, a dzięki siatce oddzielającej go od kabiny dawał się zapakować po dach, co niemal podwajało objętość).

Foto: praca własna

Boczek drzwi, który zawsze pokazuję jako próbkę designu i jakości wnętrza, odpowiada oczekiwaniom – jest po niemiecku porządny i zarazem nudny. I to mimo że projektował go Japończyk, a wyprodukowali Amerykanie: to kolejny dowód na to, że „narodowy charakter” jest niczym innym jak świadomym założeniem konstruktorów i technologów, zupełnie niezależnym od geo- i etnografii. 

Foto: praca własna

Kabina taka nudna już nie jest (choć niemiecka grobowa czerń rządzi i tutaj). Kształt kokpitu czy konsoli potrafi przyciągnąć wzrok, nie brakuje też miejsc do schowania drobiazgów. Przestrzeni nie ma niestety zbyt wiele, a kolumna kierownicy nie daje się regulować – roadstery ogólnie nie są przyjazne ludziom wysokim (nawet mojego R129 – choć to otyła karykatura roadstera – też nie poleca się osobnikom 180+ cm). Ja na szczęście tak nie wyrosłem 🙂 

Foto: praca własna

Skórzane fotele są bez zarzutu – wygodne i doskonale podpierające ciało ze wszystkich stron. Za nimi brakuje natomiast jakiejkolwiek przestrzeni na choćby nieduże pakunki, a pałąki przeciwkapotażowe wymagały dopłaty: ciekawe, jak samochód bez nich zachowałby się przy dachowaniu, a jeszcze ciekawsze – jakim cudem taka specyfikacja dostała homologację…?

Foto: praca własna

BMW to BMW – co tu drążyć temat…? Zwrócę jednak uwagę na rozbudowaną konsolę, a z minusów – na małe, mało skuteczne daszki przeciwsłoneczne (przejażdżkę robiliśmy pod wieczór, w dużej części w kierunku zachodnim), oraz wspomniane już, zbyt małe lusterko wsteczne (fotochromatyczne, ale w międzyczasie wylane – po 27 latach można to wybaczyć). 

Foto: praca własna

Konsola nie jest obrócona w stronę kierowcy, jak w wielu innych modelach marki, zawiera za to woltomierz i termometr oleju – a to zawsze cieszy w sportowym samochodzie

Foto: praca własna

Skrzynia ma tylko pięć biegów, a automatu w wersji M producent nie oferował nawet w opcji (co wówczas postrzegano jako plus). Ciekawostką jest podświetlenie gałki, działające przy włączonych światłach.

Foto: praca własna

Podwójna skala szybkościomierza to oczywiście specyfika amerykańska, nieco pogarszająca czytelność, reszcie trudno zarzucić cokolwiek

Foto: praca własna

***

W roadsterze najważniejsze są wrażenia nad- i podwoziowe. W kabinie siedzi się nisko, fotel i karoseria ściśle opinają kierowcę. Mimo braku regulacji kierownicy właściwą pozycję znajduje się migiem, przynajmniej przy moim wzroście.

W kabinie cały czas hula powietrze. Za siedzeniami nie ma wiatrochronu, jak choćby w Mercedesie SLu, więc powyżej prędkości czysto miejskich powiedzenie „wiatr we włosach” należy traktować bardzo dosłownie. To nie do końca wada, bo podmuch nie urywa jadącym głów, ale jest wyraźny i dość głośny. Zasadniczo to dla tego uczucia kupuje się auto bez dachu, jednak przynajmniej na autostradzie wiatrochron by się przydał.

Głośnym efektom aerodynamicznym towarzyszy ścieżka dźwiękowa rzędowej szóstki spod znaku M Power. Wydech z E36 tu nie pasował, a kompromis w tym względzie odpowiada za spadek mocy w stosunku do modelu M3 (z 343 do 321 KM w modelu europejskim). Typowy sześciocylindrowy gang BMW słychać oczywiście donośniej niż w sedanach, ale jego charakter jest łagodny, tzn. nieprzesadnie agresywny i nieprzyciągający zirytowanych spojrzeń tych, których samochody nie interesują.

Co innego prowadzenie. Moim pierwszym wrażeniem był nietypowo działający pedał sprzęgła: jego ponadprzeciętna twardość nawet tutaj pasuje, gorzej z bardzo długim skokiem. Do tego trzeba przywyknąć, za to pedał gazu działa przyjemnie i liniowo: dawkowanie pokaźnej mocy nie sprawia więc kłopotu, co warto docenić w tylnonapędówce bez elektronicznych kagańców. Tył jak najbardziej potrafi żyć własnym życiem, ale trzeba go do tego wyraźnie sprowokować. Dojrzałego człowieka, który rozumie co robi za kółkiem, na pewno nie zgubi nieprzewidziana narowistość M Roadstera.

Pozostałe elementy sterowania są równie charakterne. Kierownica ma oczywiście wspomaganie, ale subtelne, wyczuwalne głównie przy manewrowaniu. W czasie jazdy stawia wyraźny opór i nie tłumi bodźców płynących od kół. Na precyzję kierowania nie można narzekać, nie jest to jednak poziom Mazdy MX-5. Nie ta bezpośredniość i nie ta masa – choć podawane przez producenta 1.210 kg to i tak bardzo mało, jak na tę epokę i poziom mocy. W połączeniu z fabrycznie obniżonym i ostro dostrojonym podwoziem autentycznie uzależnia. M Roadster to jedno z tych aut, w których człowiek wyczekuje kolejnego zakrętu albo wręcz zjeżdża z najlepszej drogi do celu, byle napotkać ich więcej.

Zawieszenie M-ki jest twardsze niż się spodziewałem. Markę BMW zawsze kojarzyłem z bezkompromisowym, niemal magicznym połączeniem prawdziwie sportowego prowadzenia i świetnego komfortu, jednak tutaj z komfortem jest słabo. Na równej, krętej drodze jazda sprawia frajdę, jednak wyboje i progi zwalniające wstrząsają wszystkimi kośćmi – jeszcze mocniej niż w już twardym Mini.

Oczywiście, M Roadster to po prostu rasowy roadster. W tym gatunku może, a wręcz powinno tak być. Auto nie tylko nie chroni od wiatru (a nawet nie zawsze od deszczu), ale też prowadzi się surowo i po męsku, bez ułatwiaczy i wspomagaczy, które w naszym stuleciu wdarły się nawet do supersamochodów. O ponadprzeciętnej twardości sprzęgła i kierownicy już mówiłem, z dźwignią przekładni jest podobnie: biegi wskakują z wyraźnym oporem, chociaż dokładność mechanizmu wyklucza pomyłki.

Biegów jest tylko pięć: „amerykański” silnik S52 kręci się maksymalnie 6.750 razy na minutę (europejski S50 – aż 8.000), natomiast 100 km/h na piątce odpowiada 2.750 obrotom. To sporo, jak na tę moc, co można chwalić lub ganić, jednak moje odczucie jest takie, że temu autu nie przeszkadzają żadne obroty, ani wysokie ani niskie. Każde są równie przyjemne.

Silnik S52 jest relatywnie prosty: ma żeliwny blok, pojedynczą przepustnicę, a z dwóch wałków rozrządu przesuwa się tylko ten od zaworów ssących („pojedynczy” system VANOS). Mniejsze zaawansowanie konstrukcji daje mniej mocy niż w specyfikacji europejskiej, jednak lepsza elastyczność praktycznie wyrównuje czasy przyspieszeń, przynajmniej do 100 km/h. Przy wyższych prędkościach relacja zapewne zmienia się – bo wyższa moc musi oznaczać mocniejsze wysokie obroty – ale tego producent nie podaje, a użytkownik, dopóki nie uprawia torowego ścigania, dostaje podobne rezultaty. 

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Profil maski silnika oznacza brak klasycznego błotnika – ponad kołem znajduje się tylko, nomen omen, nadkole

Foto: praca własna

BMW M Roadster w praktyce rozwija podobną moc jak testowany ostatnio Mini Cooper S, ale w zupełnie inny sposób. Sześć cylindrów, duża pojemność i brak doładowania skutkują fenomenalnym, niemal zupełnie liniowym rozwijaniem mocy. Tym autem można spokojnie cruisować na wysokich biegach zachowując świetną zdolność do przyspieszania, a dokręcenie obrotów do czerwonego pola generuje potężne, acz równomierne przyspieszenie, bez niespodziewanego kopnięcia w plecy. Nie ma tu mowy o opóźnionej reakcji na gaz ani górce na końcu skali obrotomierza, z czym mamy do czynienia w tuningowanej, turbodoładowanej 1,6-tce Mini.

Różnicę widać też oczywiście na stacji benzynowej: przy porównywalnej mocy Mini potrafi zejść do równych sześciu litrów na 100 km, M Roadster potrzebuje połowę więcej. W mieście przepaść jest jeszcze większa – BMW potrafi pochłonąć litrów piętnaście. Trudno to krytykować w roadsterze przyspieszającym do setki w pięć sekund, jednak warto o tym pamiętać powtarzając, że uturbione 1,6-tki to „upadek cywilizacji”. Obie koncepcje mają swoje zalety i swoich klientów – szkoda tylko, że jedna z ich praktycznie znikła już z rynku z powodów całkowicie niemerytorycznych.

***

W tym samochodzie nie ma się co zepsuć” – mówi Szczepan. 30 lat temu M Roadster był bardzo zaawansowaną maszyną, dziś trudno postrzegać go w ten sposób. Użytkownicy zgłaszają pewne słabe punkty (w tym wspomniany dach albo przednie zawieszenie, wymagające uwagi co 50-70 tys. km), ale jak na tak emocjonującą zabawkę to tyle co nic. Tym bardziej, że na dzisiejszym rynku nie znajdziemy prawie niczego podobnego: ostatnie Z4 już wyszło z produkcji, a Boxster 718 jest większy, cięższy i ma cały pułk elektronicznych gwardzistów stojących kierowcy nad głową. Ostatnim prawdziwym roadsterem wydaje się Mazda MX-5 ND – poza nią pozostały już tylko klasyki.

Na szczęście klasyki wciąż jeszcze istnieją i wciąż cieszą. Dzięki swej wyjątkowości – bardziej niż kiedykolwiek.

Foto: dostarczył Właściciel

Foto: dostarczył Właściciel

Foto: dostarczył Właściciel

Foto: dostarczył Właściciel

Foto tytułowe: dostarczył Właściciel

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

47 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: JAJECZNICA NA WIETRZE

  1. Wspaniały artykuł do porannej kawy, nawet mimo faktu że podczas czytania była już wypita. Dorobna ciekawostka/sprostowanie do testu: Niektóre z „dziwactw z3m jak 5 biegowa skrzynia (podczas gdy BMW dysponowało skrzyniami 6 biegowymi przystosowanymi do takiej mocy) czy inny wydech, wynikają z chęci pozostawienia modelu poniżej M3 w tabelkach przyśpieszeń i branżowych testach. Brzmi to odrobinę spiskowo ale wobec czemu to z3m ma DŁUŻSZY dyferencjał niż M3.

    • Dlatego zrobiłem sobie drugą 😀 Specjalnie do tego wpisu 😀

      @SzK drugie zdanie wpisu zawiera powtórzone słowo „gotowanie”, możesz poprawić, żeby purystom językowym zrobić dobrze 🙂
      Lotus Elise jest taki… nie do końca chyba średnią półką. A może to tylko takie nasz polskie postrzeganie tej marki. No nie wiem.

      Ta jajecznica na prawdę jest ładna i robi wrażenie. Coupe w kolorze czarnym mam możliwość oglądać średnio raz na miesiąc na krętych drogach (jadąc za nim) i muszę stwierdzić, że jest dużą ciekawostka – budzi ambiwalentne uczucia (to wersja albo M, albo po lekkim bardzo dobrym tuningu). Z jednej strony wygląda mega rasowo, z drugiej brakowałoby mi tego wiatru. Najlepiej mieć obie wersje i w zależności od nastroju wsiadać w jedną lub drugą. To byłaby pełnia szczęścia motoryzacyjnego 😀

      • Poprawiłem dopiero teraz, bo jestem w Topaczu na Moto Classic – swoją drogą rewelacja!!

    • To normalna polityka firm, że samochody się szereguje i nie pozwala tańszemu przewyższyć droższego.

      A co do przekładni- czy to nie jest kwestia europejskiego silnika, który kręci się szybciej?

      • Nie chodzi o różnice silnikowe. Dyferencjał z europejskiego Z3m odpowiada temu z amerykańskiego M3 w automacie. Jeśli dobrze pamiętam jest to 3.15 zamiast 3.38. Nie jakaś ogromna różnica ale jednak występująca.

  2. Piękne auto – ma miejsce w moim garażu marzeń, przy czym akurat to marzenie mam nadzieję w rozsądnym czasie spełnić. Paradoksalnie obecnie Z3 dużo bardziej mi się podoba niż w czasie kiedy wchodziła na rynek – wówczas przesiadka Bonda z monumentalnego DB5 na „plastikowe toczydło” wydała mi się początkiem drogi ku upadkowi.

    • To w końcu niemieckie auto, a Anglicy są wyjątkowo wyczuleni na pytanie „po co wygrywaliśmy wojnę…?”

      • Patrząc na dzisiejszą Anglię, to wojnę wygrywali po nic. Oczywiście, kiedyś mieli fajne samochody i popkulturę, ale sami to wszystko zniszczyli. Aż przykro było patrzeć przez ostanie lata, co sami zrobili z własnym krajem i cieszę się, że się z tamtąd wyprowadziłem.

        Kiedyś Anglia kojarzyła się z tradycją, stylem, błyskotliwością, klasą i humorem, a dziś z niewydolnością, miernością, poprawnością polityczną, dziurawymi drogami, syfem, murzynami, przestępczością, głupotą, islamem, państwowymi haraczami i biernością policji. To ostanie nie dotyczy reagowania na wpisy w internecie, w których coś się komuś nie podoba. Wtedy policja przyjeżdża, no ale co ma innego do roboty – ta dzisiejsza angielska policja tak wygląda, że każdy przestępca by na ich widok umarł ze śmiechu, więc lepiej zostawić przestępców w spokoju, a zamiast tego pilnować, żeby ludzie nie narzekali w internecie.

        Przepraszam za negatywny off top, ale jeszcze się nie otrząsnąłem po tym, co i w jak krótkim czasie stało się z tym krajem 😉

      • @SzK
        „Anglicy są wyjątkowo wyczuleni na pytanie „po co wygrywaliśmy wojnę…?””

        Mnie się kiedyś jeden dżemojad zaczął rozwijać w tym temacie narzekając na wszystko, co się da – ale nie miałem ochoty z nim gadać (raz, że był zwyczajnie durny, dwa, że był moim podwładnym), wiec szybko go zgasiłem mówiąc mu, że jestem Polakiem i w przypadku żadnej innej nacji to pytanie nie jest bardziej zasadne. Strasznie się zapienił…

      • Oni po prostu nie mają pojęcia, jak wojna wyglądała tutaj. Ale to już wina naszej góry, od dziesiątków lat, że godzi się na taki stan rzeczy. Smutne strasznie.

      • @SzK
        Oni w dużej mierze w ogóle nie wiedzą jak wyglądała wojna. Są święcie przekonani, że właściwie to sami Niemców pokonali. Gdy wspominałem o polskim wkładzie, to słyszałem w odpowiedzi, że tych paru żołnierzy nie miało znaczenia, bo i tak nie walczyli na froncie. Gwoli ścisłości ignorancja nie dotyczyła tylko Polaków, bo tak samo oceniali wkład Amerykanów, czy Rosjan – nawet nie wiedzieli, że w armii brytyjskiej służyli Gurkhowie, Hindusi, Afrykanerzy itp. Nawet pod pomnikiem w Northolt usłyszałem kiedyś, że jest poświęcony bohaterskim lotnikom angielskim. Nie ma sensu nawet komentować.

      • O ile jeszcze poniekąd jestem w stanie zrozumieć, że nie doceniają naszego wkładu w zwycięstwo w II WŚ (jak powiedział generał Patton: w wojnie nie chodzi o to żeby umrzeć za ojczyznę, ale żeby doprowadzić do tego aby przeciwnik oddał życie za swoją, a z tym drugim szło nam niestety dużo gorzej), o tyle dziwi mnie niedocenianie wkładu USA, bez którego Brytyjczycy nie byliby w stanie wyekwipować nawet własnych żołnierzy.

  3. Bardzo ciekawy samochód, który jak najbardziej rozważałem przy poszukiwaniach swojego. Rozrzut cenowy i (zwłaszcza) dostępności jest jednak ogromny w przypadku wersji 4 i 6-cylindrowych (M-ki to już w ogóle w ogłoszeniach nie widziałem). Podobnie zresztą jak te auta były nowe. Za jednego M Roadstera można by kupić prawie 2 Barchetty albo MX-5’tki.

    Akapit o słupkach bardzo prawdziwy. Widoczność w konfiguracji otwartej jest niezrównana, ale już po zamknięciu dachu jest kompletnie odwrotnie. Brak dodatkowego okienka jak na przykład w Twoim SL’u jest bardzo odczuwalny nawet przy głupim włączaniu się na drogę ekspresową.

    Co do pałąków to z tego co pamiętam dało się wtedy homologować pojazdy bez nich. Podobno rama szyby przedniej wystarcza (czy to faktycznie bezpieczne nie mi oceniać). W moim przypadku były one wyposażeniem akcesoryjnym i wyłącznie estetycznym co jest wielokrotnie podkreślane w instrukcji i innych materiałach.

  4. Akurat Z3 nie jeździłem, to się nie wypowiem, ale te tylne zawieszenie w E30 to jest jednak wada gdy ktoś chce szybciej pojechać. Miałem kiedyś na podwórzu właśnie E30, Mercedesa W201 i Forda Sierrę, a niedługo później mogłem przejechać się Audi 80. Sprawdziłem ten sam zakręt, pełnym ogniem. Mercedes jakby w ogóle nie wiedział że to szybko, przejechał jak po sznurku. Sierra podobnie, to znaczy dawało się jechać z podobną prędkością, ale miała zupełnie inny charakter, chociaż też nie była zbyt twarda, kapitalnie dostrojone zawieszenie (Ford coś z tym Ma bo Scorpio i nawet antyczne granady też kapitalnie się zachowywały). E30, mimo że twardsze, miało nerwowy tył. Audi 80 zachowało się paskudnie, trzeba było hamować w środku zakrętu.

  5. Uwielbiam klasyczny styl BMW Z3, a wersja M wygląda dokładnie tak jak powinna – muskularna sylwetka, szerokie błotniki, poczwórny wydech i skrzela. Niedawno jeździłem Z3 3.0i – dostałem go… jako samochód zastępczy z serwisu, bo nie wyrobili się na czas z moim Z4. No i ten samochód naprawdę cieszył oko, mimo że srebrny i nie-M. Tamtego dnia załatwiałem dużo spraw i za każdym razem po zaparkowaniu odwracałem się by kontemplować urodę Z-trójki 😉

    Z kwestii praktycznych, to wiatrochronów jest całe mnóstwo, od fabrycznych po aftermarketowe. Są nawet materiałowe montowane na pałąki, które zdejmuje się w kilka sekund. Ze swojej strony polecam grupę na FB BMW Z1 Z3 Z4 Polska – bardzo pomocna i kulturalna, wolna od oszołomów i fanatyków. Organizują też liczne zloty dla Zetek – ja akurat nigdy nie byłem, ale bywalcy je chwalą.

    Rozbawiło mnie, że trzeba było dopłacać za pałąki. Przecież to aż nie wypada żądać pieniędzy za takie wyposażenie 😉 Z drugiej strony lepsza była możliwość wyboru, niż dzisiejsze obowiązkowe pikacze, których nawet nie da się na stałe wyłączyć.

    Co do „szwabskiego zboczenia” szerokości felg i opon, to producent zazwyczaj dopuszcza stosowanie czterech kół o tej samej szerokości. Oczywiście w topowych modelach domyślnie opony z tyłu są szersze, ale jak ktoś się uprze, to producent zezwala. Na przykładach: w M6 miałem fabryczne 19-tki 285 z tyłu, ale jakbym chciał zimówki, to BMW zaprojektowało specjalnie do M5/M6 osobny wzór 18-tek i wtedy cztery koła są jednakowej szerokości (chyba 245). W Z4 mam fabryczne 18-tki 255 z tyłu, ale na zimę mam również fabryczne 17-tki (wzór unikatowy do Z4) i wtedy cztery koła są jednakowej szerokości. Tak samo z roboczymi S-klasami – czy to W222 350d, czy W223 580e, obie miały AMG Line i bardzo szerokie opony z tyłu. Jednak w W223 dwudziestki to było za dużo jak na nadwagę plug-ina i na zimę kupiłem oryginalne 19-tki do S-klasy nie-AMG i wtedy cały komplet jest jednakowej szerokości. Do opisywanego Z3 M też da się kupić komplet oryginalnych 17-tek o jednakowej szerokości, wzór nazywa się styl 23. Jednak najciekawszy przypadek jest odwrotny – Audi RS3, które kiedyś testowałem, fabrycznie ma z przodu opony szersze niż z tyłu.
    https://petrolheart.pl/2023/10/05/audi-rs-3-performance-edition-test-2023/

    Ja do Z4 (M54 po tuningu, 272 KM na hamowni) założyłem komplet Bridgestone Potenza Sport Evo o fabrycznej szerokości 255 i te opony są… za dobre do tego samochodu. Ja bym wolał, żeby miał bardziej barbarzyński charakter, a te opony bez problemu wszystko przenoszą 😉 Jednak spodziewam się, że Z3 z S50 musiało dawać mocniejsze wrażenia – samo Z3 M słynie z agresywnej nadsterowności, a pod koniec XX wieku nie było takich opon jak dzisiaj, branża oponiarska stale się rozwija.

    • Hej, pytanie do poprzedniego wpisu. Kojarzę Ciebie jako długoistniejącego uczestnika dyskusji na Automoblilowni plus Petrolheart. Woziłeś VIPów megawypasionymi busami, plus na motorze dostawy medyczne. Wróciłeś do Polski teraz? Pytam z ciekawości, bez złych podtekstów. I jak się odnalazłeś? I co teraz robisz (bez szczegółow oczywiście)? W Polsce nie ma rynku na takie usługi, to nie nawet Japonia gdzie się wozi z lotniska ekipy, u nas (przynajmniej Wrocław) to max że podjedzie jakiś podstawowy bus (tyle że koniecznie czarny!). Pozdrawiam!

      • Tak, przeprowadziłem się do Polski. W UK woziłem VIP-ów nie tyle megawypasionymi busami, co zwykle limuzynami – jako freelancer miałem dwie S-klasy, najpierw W222, później W223. Jeździłem też samochodami należącymi do klientów, w tym Bentleyem Mulsanne, Maybachem 62, „dużym” Range Roverem i zrobiłem kilka zleceń zwykłymi Mercedesami klasy V, ale akurat z tymi najbardziej wypasionymi busami nie miałem styczności – na rynku funkcjonują klasy V przebudowane na luksusowe wersje 4 czy 6-osobowe takich firm jak niemiecki Klassen, czy brytyjskie Driven i Senzati. W salonach można kupić też Lexusa LM, którego da się skonfigurować jak limuzynę i którego nawet przetestowałem w Polsce, niestety w wersji 7-osobowej.
        https://petrolheart.pl/2024/02/29/lexus-lm-350h-recenzja/
        Niedługo wjeżdża do salonów Mercedes VLE (niestety póki co jedynie jako elektryk) i to będzie przełom – poziom komfortu oraz wyposażenia dotychczas niewystępujący w klasie V i ogromne możliwości konfiguracji wnętrza.

        Ja założyłem swoją firmę i buduję własną markę. Nie brałem pod uwagę pracy na żadnym etacie, bo nie zarobiłbym w Polsce tyle co w UK. To jest powszechne zjawisko – emigranci zarabiają za granicą i po powrocie otwierają swoje firmy, czasem w branży, którą poznali na wyjeździe.

        Usługi szoferskie jak najbardziej są dostępne w Polsce (na pewno w Warszawie, w Krakowie i w Trójmieście) i zdziwiłbym się gdyby nie było ich we Wrocławiu. Tyle że nie są zbyt popularne poza gronem ludzi, które z tych usług korzysta, a większość pasażerów to obcokrajowcy.

        Zwykły czarny bus, np. Vito Tourer to po prostu przewóz osób. Usługa szoferska różni się nie tylko samochodem, ale i jakością usługi – po Warszawie jak najbardziej jeżdżą skonfigurowane pod korek klasy V, nawet jeśli tych zwykłych Vito jest wielokrotnie więcej. Kierowców Ubera też jest wielokrotnie więcej niż szoferów, ale to że na ulicach liczbowo dominują Priusy, to nie znaczy, że nie ma S-klas 😉 W Polsce da się zamówić nawet nowego Mercedesa-Maybacha klasy S. Abstrahując od usług szoferskich, to Polska jest kluczowym rynkiem dla takich samochodów jak BMW 7 czy Mercedes-Mayabach, zaraz po Niemczech.

  6. Jako fan BMW i posiadacz w przeszłości 4 sztuk muszę powiedzieć że przez długi czas Z3 po prostu mi się nie podobała. Teraz, z wiekiem podoba mi się co raz bardziej, ma świetną proporcję patrząc z profilu samochodu, i no cóż, muszę wrócić w końcu do aksamitu rzędowych szóstek, jeszcze nie w tym roku, ale może za dwa lata znowu na kierownicy zobaczę niebiesko-białą szachownicę.

  7. Ależ piękna stodoła na przedostatnim zdjeciu!
    A co do Z3, to miałem za dzieciaka taki model z Burago i do dzisiaj nawet na żywo wygląda mi na zabawkę 😀
    Trzeba przyznać, że sylwetka zestarzała się z klasą. Polecam Muzeum Bmw w Monachium – można podejść również do takiego i zajrzeć. Tylko nie dotykać, bo krzyczą…

  8. Widziałem kiedyś koło Berlina BMW 850i w podobnym kolorze. Był to Dakar yellow kod 261, piękny, rarytas.
    Odcieniem bardzo zbliżonym do tego Z3 z artykułu.

    Nie wiem dlaczego ludzie nie lubią jasnych kolorów, tylko czerń, biel, szarość w najlepszym wypadku srebrny.

    • Dla ścisłości: biały to raczej jasny kolor. Większość firmówek jest biała. We Francji wszystkie „sociale” przez lata były białe Dla mnie kolor długo był przypadkiem, ostatnim kryterium wyboru samochodu (często nawet nowego). Ale ostatnio pojawiło się sporo jasnych kolorów, nawet neonowych. Pojawiło się sporo zieleni, ale raczej nie eko, tylko zgniłej, paramilitarnej podchodzącej pod Olive Drab. Wpływ wojny? Sam taki mam, ale u mnie to skrzywienie zawodowe.

    • To chyba nie kwestia jasności, bo białe, srebrne i część szarych to jasne kolory. I to też nie do końca zależy to od tego, co się ludziom podoba, a od mody i od tego, co promują sami producenci. Część ludzi nawet wybiera kolor pod kątem łatwiejszej odsprzedaży, co już jest dziwne, bo przecież samochód kupuje się dla siebie, a nie dla następnego właściciela.

      Na rynku klasyków ciekawe kolory mogą podnieść cenę – tzn. teoretycznie to żółte Z3 M byłoby droższe niż identyczne srebrne.

      Dziwi mnie trochę popularność czarnych samochodów, bo są bardzo trudne do utrzymania w czystości. Na przestrzeni lat miałem dwie robocze S-klasy tej samej generacji – czarną i srebrną (zwykłe mercedesowskie Obsidian Black i Hi-Tec Silver). Jeżdżąc zupełnie w tych samych warunkach czarną trzeba było codziennie chociaż przetrzeć, a na srebrnej długo nic nie było widać.

      Sam dotychczas skonfigurowałem tylko jeden samochód do produkcji – Mercedes klasy V, czarny z jasnobrązową skórą. Czarny bo taka specyfika branży, a jasnobrązowa tapicerka, bo ciekawsza niż czarna, a nie zużywa się tak fatalnie jak kremowa. Gdybym miał wybierać co mi się podoba, to bym wziął ciekawe kolory – błękitną klasę V i miętową klasę S. Mercedes ma dziś ciekawe lakiery, jak wspomniane Vintage Blue czy Verde Silver, ale mało kto je wybiera.

      Jak dla mnie, to roadster najlepiej żeby był w intensywnym kolorze, właśnie jak testowane Z3 M, ale duże GT najlepiej żeby było granatowe lub ciemnozielone. Nieważne czy roadster, GT, czy limuzyna, fajnie żeby skóra była w kolorze kontrastującym z nadwoziem. Np. taki ciemnozielony Jaguar XKR z koniakowym wnętrzem, lub granatowe Maserati 4200 z jasnoszarą skórą 😉

      • O tak, błękitny/granatowy samochód z koniakawą tapicerką 😍

        IMHO to auto w wersji roadster wygląda beznadziejnie, ten pionowy tył jest dosztukowany jak nie przymierzając thaliowy sedan do hatchbacka clio, czy inny poldek atu/atu kombi. Ale de gusta non disputandum est

      • Zgadzam się, że kolor to w większości kwestia mody – o ile ja zawsze na wszelkie mody byłem raczej odporny, dlatego od zawsze podobają mi się podobne kolory, o tyle moja małżonka zmienia gust w zależności od tego co akurat jest „na topie” – kiedyś był to szary kolor „betonu”, obecnie idzie w stronę wojskowej zieleni. Myślę, że jak z każdą modą tu nie chodzi nawet o to czy kolor jest obiektywnie ładny, ale o to, że auto w „wiodącym” kolorze każdej osobie, nawet nie znającej się na motoryzacji pokazuje, że jest nowe.

      • Czasami firmie uda się wymyślić kolor, który ciągnie sprzedaż. Tak było w przypadku Mazdy, której naprawdę ładny, Soul Red Metallic stał się hitem. Prawie 60% samochodów sprzedawano w tym kolorze (30% było czarnych – wg dilera). Swoją czerwień szybko stworzyły inne marki np. Renault, Ford, Skoda, ale żaden nie był tak spektakularny.

  9. Już od przełomu lat 80./90. chyba zaczęto oferować kabriolety nawet popularnych marek bez tego jednego dużego pałąka, tłumacząc że rama szyby jest wystarczająco mocna plus te małe pałąki za fotelami.

    Mam pewien problem ze zrozumieniem przyciskologii na konsoli środkowej pod tymi trzema wskaźnikami: z jednej strony napis A/C czyli klima jak dla Amerykanów, a obok symbol śnieżynki czyli oznaczenie klimatyzacji popularne w Europie. O co tu chodzi?

    • Jeśli masz na myśli duży przycisk pomiędzy składaniem dachu i podgrzewaniem foteli, to nie jest A/C tylko ASC – kontrola trakcji 🙂

  10. Ale żółta bawara, chyba jeszcze takiej nie widziałem ; ) jeśli chodzi o „zetki” od BMW to kiedyś podobała mi się pierwsza Z4 w roadsterze, trochę mnie w wersji coupe – no było dziwne jak Z3 w coupe. Wcześniejsze Z1 czy właśnie ta Z3 dopiero od jakiegoś czasu mi się podobają – głównie pewnie przez stylistykę. Bo jeśli chodzi o użyteczność to no cóż – z moim wzrostem większość roadsterów odpada : >

    • BMW z przełomów wieku można spotkać w bardzo dziwnych kolorach, bo Individual funkcjonuje od lat. Kiedyś widziałem na stacji paliw żółte BMW E34 (seria 5), a w ogłoszeniu – żółte E38 (seria 7) i to jeszcze z czerwoną skórą 😉

      @SonyKrokiet, a ile masz wzrostu? Ja przy 184 cm i 110 kg bez problemu jeżdżę na co dzień Z4, a do funkcjonalności Z3 też nie miałem żadnych zastrzeżeń. Do Boxstera 986 też się przymierzałem i bez problemu. Za mała okazała się jedynie Mazda MX-5 NB – żeby nią jeździć, to musiałbym zmienić kierownicę na mniejszą i zmodyfikować montaż fotela, żeby był niżej.

      • @Aleksander niecałe dwa metry, ale więcej niż 1.90 ; ) dokładnej nie pamiętam – wagowo za to 94-95 kg. Paradoksalnie do większości wozów co nimi jeżdżę albo testowałem te od znajomych to się mieszczę, nawet do takiego Twingo mk1 czy innego Maruti XD Chociaż w maluchu to tylko jako pasażer z przodu mogę jeździć, z tyłu jest mi zwyczajnie za ciasno na nogi – ale już w Trabancie tego problemu nie mam (chociaż i tak wolę jeździć z przodu jak mogę : D).

        Co do Individuali to prawda, mocno mi siadają starsze BMW (w sumie nie tylko one xD) w mało spotykanych kolorach, nieważne czy karoserii czy wnętrza – no ale kiedyś nawet budżetowe wozy miały opcję jaśniejszego bądź ciemniejszego wnętrza, teraz i tak większość ma piano blacki albo szarzyznę. Pamiętam znajomy kiedyś wrzucił zdjęcie z ogłoszenia chyba serii 5 albo 7 – było żółte i fioletowe we wnętrzu, albo na odwrót.

      • @SonyKrokiet

        To jednak robi różnicę, bo ja się do każdego niemieckiego roadstera mieszczę z zapasem – jestem w stanie ustawić fotel tak jak chcę i jeszcze kask założyć w razie potrzeby. Pewnie byś się zmieścił na upartego, tylko że nie super-komfortowo, a kompromisowo, by dało się jechać.

        Zauważyłem, że w motoryzacji im tańszy samochód, tym lepiej trzeba przestrzeń wykorzystać, a w wyższych segmentach można przestrzeń marnować. Przykładowo w Cinquecento z tyłu będzie więcej miejsca, niż w 4,8 – metrowym GT, a 5,5 – metrowy Bentley Mulsanne jest w środku mniejszy niż zwykły samochód segmentu F. Roadstery akurat są małe, a dodatkowo można w nich marnować przestrzeń, więc połowa samochodu składa się z maski, a do środka ciężko wsiąść 😉 Co ciekawe, do bagażnika Z4 jestem w stanie włożyć 20-kilową walizkę, ale staram się tego unikać, bo ciężko ją wpasować przez wąski otwór.

      • @SonyKrokiet

        Jak się chce mieć roadstera, to się go kupuje i nie szuka wymówek. Poznałem kiedyś typa, który jeździł MX-5 NB i nie byłoby w tym może niczego dziwnego, gdyby nie to, że miał mocno powyżej 2 metrów i szczypiorem też nie był. Oczywiście do seryjnej by nie wsiadł nawet, ale pozwolił mi zajrzeć do wnętrza i pokazał przeróbki. Wystarczy pół godziny, żeby wykroić sobie miejsce. Na szybko – wyciąć gąbkę z siedziska i oparcia fotela, mniejsza kierownica z nabą (to i tak warto zrobić niezależnie od gabarytów), usunąć podstopnicę i uchwyt z drzwi. Ja bym jeszcze wymienił boczek na taki z HDF, ale jak kto chce.
        Poza tym – to jest roadster, więc z definicji nie jest samochodem wygodnym. No chyba, że mowa o czymś pokroju SL lub Allante, to może. Ale te niskopółkowe roadstery to chyba najbardziej niekomfortowe auta, jaie tylko mogą być. I bardzo dobrze 🙂

      • @Aleksander stawiam że zmieściłbym się do roadstera, tylko jak piszesz – względnie komfortowo, a na ile bym wytrzymał to cóż, muszę kiedyś sprawdzić ; ) w kwestii marnowania przestrzeni to zgadzam się, ale nie do końca – akurat CC bym nie stawiał do boju o ilość miejsca z tyłu, no chyba że w kwestii przewozu zakupów, bo bardziej mi pasuje pod model 2+2 a nie stricte 4-osobowe auta. A czemu się nie zgadzam? Zdarzyło mi się jeździć paroma co lepszymi wozami z tyłu – chociaż nie luksusowymi – i miejsce było; no chyba że to domena Bentleyów o których piszesz i ogólnie aut nastawionych na luksus. A, no i otwory załadunkowe bagażnika to nieraz dramat – mimo iż miałem miejsce na chociażby oponę od auta, to nie mogłem jej włożyć ot tak, bo otwór bagażnika był za mały.

        @Aaa – roadstery mnie nie kręcą, ot tak, i to nie wina braku miejsca czy coś, tylko nie leżą mi – więc nie wiem gdzie była z mojej strony wymówka : ) Z otwartych wolałbym chyba faktycznie kabrioleta albo Jeepa. Co do przerabiania roadsterów, kiedyś Arnold Schwarzenegger w filmie „Komando” pokazał szybką i dość inwazyjną przeróbkę w postaci wywalenia fotela z Sunbeama stewardessy, także też się tak da ; )

  11. Moim zdaniem BMW Z3 wygląda słodko, ale dla mnie 2002, 3.0 CSL, M1 E26 i M3 E30 są najwspaniajsze. 🙂

  12. Korekta do wyższego mojego postu – oczywiście chodziło o coupe, które wygląda jak… No nie wygląda 😉 roadster jest naprawdę ladny i zgrabny🙂

  13. Naprawdę dobrze się czujecie w roadsterach? Pytam po 3 latach użytkowania mx-5 na daily, bo przez ten czas zaliczyłem może 5 przejażdżek z otwartym dachem i każda z nich kończyła się najdalej po 15 minutach zamykaniem dachu, wcale nie z powodu wiatru czy deszczu, tylko z czegoś w rodzaju skrępowania – miałem wrażenie bycia obserwowanym, jakby otwarty dach z racji swojej nietypowości automatycznie przyciągał wzrok otoczenia. Poddałem się więc i powrót do coupe będzie już trwały

    • Po pierwsze, kompletnie mnie nie obchodzi, co o moim aucie myślą inni. Po drugie, z otwartym dachem nie jeździ się po zatłoczonym mieście, tylko po bocznych dróżkach górskich i wiejskich, gdzie prawie nikogo nie ma. A po trzecie, nie zauważyłem, żeby mój roadster jakoś szczególnie przyciągał wzrok. Dziś nawet za Ferrari mało kto głowę odwraca. Choć może to być też kwestia tego, że ja nie zwracam uwagi na to, czy ktokolwiek zwraca uwagę.

    • Miałem MX-5 przez 19 lat i przejechałem nią ponad 600 tys. km. Ani przez moment nie przeszło mi przez myśl zastanawianie się, co inni sądzą na mój temat, czy mojego auta. Nigdy zresztą mnie to nie obchodziło. Fakt faktem, że słyszałem różne głupawe docinki, ale dlaczego miałbym się przejmować opiniami na temat MX-5 (czy też innych moich samochodów) wygłaszanymi przez dumnego ujeżdżacza Passata kombi z dieslem, czy czegoś równie nietuzinkowego?
      Auta, które kupuję, mają się podobać mnie, a nie komuś innemu.

    • Myślę, że to kwestia podejścia. Ja osobiście wszelkie wątpliwości co do zasadności posiadania cabrio tracę, gdy otwieram dach i mogę poczuć zapach wiejskiej drogi w piątkowe popołudnie 😀 Wiesz jak pachnie taka rozgrzana przez dzień trawa i drzewa? Coś pięknego…

  14. Zupełnie się nie zrozumieliśmy – nie chodzi o to, co inni myślą na temat naszego auta, bo zakładam że nikt normalny nie kupuje auta dla szukania poklasku. U mnie po prostu otwarcie dachu wiązało się z nieprzyjemnym uczuciem bycia na świeczniku i przyciągania uwagi, czego zupełnie nie było w tym samym samochodzie przy zamkniętym dachu. Skoro u was takie wrażenie nie występuje to pewnie chodzi tylko o moją głowę, więc cóż, mogę tylko zazdrościć nieskrępowanych przejażdżek z wiatrem we włosach

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.