PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: JULIA OD ROMEA

 

Nikt nie wie na pewno, dlaczego ktoś z Alfy-Romeo postanowił nazwać nowy model Giulią.

Wersja o inspiracji nieśmiertelną historią z szekspirowskiego dramatu nasuwa się sama przez się, jest jednak mało prawdopodobna, bo we Włoszech rzadko sięga się po kulturowe dziedzictwo obcych regionów. Obcych – bo historia kochanków z dwóch skłóconych rodów rozgrywała się w Weronie, na południowym przedgórzu Alp, natomiast Alfa-Romeo to firma mediolańska, a więc lombardzka. To rejony odrębne kulturowo, mówiące różnymi dialektami, nie było więc powodu, dla których firma z bogatej w tradycje metropolii miałaby wykorzystywać cudze motywy.

W 1954r. Alfa-Romeo przedstawiła nieduży model Giulietta (zdrobniale „Julka”). Jedni mówią, że o nazwie zadecydowała jej etymologia (IULIA po po łacinie „młodzieńcza”, imię to łączy się również z potęgą rodu Juliusza Cezara), inni – że chodziło o uczczenie aktorki Giulietty Masiny, żony Federico Felliniego, a jeszcze inni opowiadają anegdotę o zarządzie Alfy-Romeo, który imprezując w paryskim night-clubie miał zostać zagadnięty przez rosyjskiego arystokratę ze starej emigracji porewolucyjnej: „siedzicie tak w ośmiu Romeów i ani jednej Julki nie macie…?„.

27 czerwca 1962r. zaprezentowana została następczyni Giulietty – większa, a więc nazwana bez zdrobnienia Giulią. To był już trzeci model marki – po 1900 i Giulietcie – zaprojektowany zgodnie z nową filozofią masowej produkcji usportowionych, acz eleganckich limuzyn. Co znamienne, prezentacja nie miała miejsca na żadnej zatłoczonej wystawie, tylko na wyścigowym torze Monza: podkreślało to charakter modelu oraz tradycje firmy, która właśnie w tym miejscu zwyciężała regularnie od lat 20-tych.

Foto: materiał producenta

We włoskich latach 60-tych „elegancka limuzyna” oznaczała coś zgoła innego niż dziś. Giulia mierzyła 4.140 x 1.560 mm, co współcześnie klasyfikowałoby ją jako segment B (z odrobinę zmienionymi proporcjami: aktualny Peugeot 208 czy VW Polo są kilka cm krótsze, ale też aż o 20 szersze). A przecież i tak przerosła poprzedniczkę, co podkreślała nawet nazwa (wymiary Giulietty to 4.033 x 1.550 mm, w szczególności zwiększył się rozstaw osi – z 2.380 na 2.510 mm, co zresztą też odpowiada dzisiejszemu segmentowi B).

Nowa Alfa-Romeo miała ultranowoczesną konstrukcję: podwójne wahacze poprzeczne z przodu, specyficzny rodzaj osi tylnej (sztywnej, ale prowadzonej na wahaczach wleczonych z dodatkowym centralnym „trójkątem reakcyjnym”), pięciobiegową skrzynię, hipoidalną przekładnię główną w aluminiowej obudowie i wspomagane hamulce z aluminiowymi bębnami, które już w 1964r. zastąpiono czterema tarczami ze wspomaganiem (w tamtym czasie tarczowe hamulce miały tylko samochody klasy Ferrari, Porsche czy Mercedesa 300 SL Roadster).

Naszym oczom karoseria Giulii jawi się dość zwyczajnie, jednak w 1962r. jej kanciasta forma uchodziła za awangardę, a współczynnik Cx = 0,34 był identyczny z wykazywanym przez Porsche 911 (Citroën DS był gorszy, z wartością 0,38). Co więcej, konstruktorzy uwzględnili strefy kontrolowanego zgniotu, jako jedni z pierwszych w historii. Nie zapomnieli też o większych rodzinach: umieszczając drążek zmiany biegów przy kierownicy sprzeniewierzyli się dynamicznemu wizerunkowi marki, ale w zamian umożliwili jazdę w sześć osób.

Silnik przeszedł mniej zmian, bo nieszczególnie ich potrzebował. Jednostka napędowa Giulietty – R4 z aluminiowym blokiem i głowicą, pięcioma łożyskami głównymi, półkulistymi komorami spalania i rozrządem DOHC z zaworami wydechowymi wypełnionymi sodem – przy pojemności 1,6 litra oferowała lepsze osiągi od ówczesnych dwulitrówek: 92 KM przy 6.200 obrotach, 130 Nm przy 4.000, 165 km/h i 14 sekund do setki, choć w prasowych testach realnie wykręcała do 175 km/h i 12 sekund. Testerzy podkreślali, że Giulia na każdym rodzaju drogi dotrzymywała kroku Porsche 356 Super 90 – czyli nie podstawowemu, a TOPOWEMU modelowi marki, mieszcząc w dodatku sześć osób ze sporym bagażem zamiast dwóch z podręcznymi torbami. Poza tym ceny Alfy-Romeo zaczynały się od 1,59 mln lirów: za to dało się kupić najdroższego Fiata 2100 (sześciocylindrową limuzynę ministerialną, oferującą jednak podobną moc 95 KM), natomiast wspomniane Porsche kosztowało dokładnie drugie tyle (3,2 mln).

Tylny napęd w Alfie-Romeo przeczy współczesnym wyobrażeniom, ale kiedyś był oczywistością 

materiał producenta

Opisana wersja pierwotna nazywała się 1600 TI (Turismo Internazionale). Później gama się rozrosła: w 1963r. doszła dwugaźnikowa TI Super (oznaczona symbolem czterolistnej koniczynki, z mocą 98 KM, indywidualnymi fotelami przednimi i zmianą biegów w podłodze), rok później – zoptymalizowana podatkowo Giulia 1300 (nazwana Junior i też oferująca znakomite osiągi – 78 KM, 160 km/h i 14 sekund do setki, a w 82-konnej wersji 1300 TI z 1965r. praktycznie nie ustępująca pierwotnej 1600-tce).

Druga seria Giulii, z lat 1972-77, przeszła restylizację, ale bez zmian mechaniki. Z pojemności 1,3 litra rozwijała 90 KM, z 1,6 – 102 KM (nie mniej od samochodów z końca stulecia). W przedostatnim roku produkcji zyskała jeszcze odmianę dieslowską, z 1,75-litrową jednostką Perkinsa o mocy 55 KM, która jednak nie zrobiła furory (głównie z powodów fiskalnych: dodatkowe podatki niemal podwajały jej cenę, z 2,5 na 4,9 mln lirów, a coroczny podatek drogowy dla diesli był aż około 9-krotnie wyższy niż od wersji benzynowych – dlatego w Italii silniki wysokoprężne rozważali prawie wyłącznie taksówkarze).

Foto: materiał producenta

Tylko benzynowe silniki 1600 montowano w odmianach kombi, nazwanych Giulia Promiscua albo Giardinetta, a wytwarzanych w niewielkich liczbach przez zewnętrzne zakłady karoseryjne Colli, Grazia, Introzzi i Giorgetti. Nie była to produkcja seryjna we współczesnym znaczeniu: kombi kupowały głównie służby policyjne, serwisy Alfy-Romeo (w charakterze szybkich wozów pomocy drogowej), a także fabryczny zespół wyścigowy. Klientów prywatnych prawie nie było, bo jako woły robocze znacznie taniej wychodziły Fiaty.

Foto: Mr.choppers, Licencja CC

Alfa-Romeo Giulia przetrwała na rynku piętnaście lat, znajdując 572.646 klientów. Pod koniec życia wyglądała już archaicznie, jednak pod względem dynamiki i prowadzenia w dalszym ciągu nie ustępowała konkurencji. 1300 Junior do ostatniego dnia produkcji pozostała najszybszym w świecie samochodem klasy 1,3 litra.

Spokrewnione modele Berlina 1750/2000 (większe sedany z długoskokowymi silnikami, 1968-77) powstały jeszcze w 191 tys. sztuk, coupé od Bertone (1963-77) – w 225 tys., a najbardziej długowieczny Spider (1966-93) – w kolejnych 124 tys. (do rodziny należały ponadto mało popularne cabriolety GTC i odrębne modele Junior Zagato i Montreal). Natomiast silnik – znany jako „alfowskie DOHC” – funkcjonował na rynku lat prawie czterdzieści (1954-93). Znacznie dłużej niż enerdowskie dwusuwy albo polski S-21 – z tą tylko różnicą, że silników Alfy-Romeo nikt nigdy nie miał powodu się wstydzić. Nawet po czterech dekadach produkcji.

***

Piotr wylicytował swoją Giulię na berlińskich targach w 2021r. To późny model Nuova Super 1600 z rocznika 1976r., a więc poliftingowy: wyróżniający się grillem z czarnego plastiku, zmienionym scudetto i zderzakami, płaską pokrywą silnika, innymi tylnymi lampami i zmodernizowanym wnętrzem (nowa deska rozdzielcza, konsola centralna z nawiewami, wykładzina podłogowa i fotele z zagłówkami). Osiągi auta – 102 KM, 162 Nm i 175 km/h – odpowiadały wchodzącemu dopiero na rynek BMW 320, przy pojemności mniejszej o 1/4 i konstrukcji starszej o dwadzieścia lat.

Alfa wymagała remontu blacharskiego. Poza tym odnowione zostało wnętrze (tapicerka i drewno, łącznie z kierownicą), zregenerowana chłodnica i gaźniki (dwa dwuprzelotowe Webery DCOE 40), założone nowe przewody chłodnicze i tarcza sprzęgła. Silnik pozostał w stanie oryginalnym.

Sylwetka Giulii to ciekawa sprawa. Mimo włoskiego pochodzenia nie grzeszy urodą – jest skrajnie pudełkowata i kanciasta, bez ozdób właściwych epoce ani szczególnie ujmujących proporcji. Dziwi to o tyle, że wersje dwudrzwiowe – zwłaszcza coupé Bertone – uważam za jedne z piękniejszych samochodów w ogóle. Pozytywnie zaskakuje za to aerodynamika: dzięki badaniom w tunelu konstruktorzy narysowali niską i zwężającą się ku przodowi komorę silnika, żłobienia wzdłuż całej karoserii na wysokości podstawy okien i dach przeciągnięty poza krawędź tylnej szyby. Reklamowy slogan mówił, że Giulia została „zaprojektowana przez wiatr” – i choć rzut oka na auto zdaje się temu przeczyć, to podawany współczynnik Cx = 0,34 był w 1962r. naprawdę sensacyjny.

Foto: praca własna

Przód serii drugiej – z równej wielkości reflektorami, zaokrąglonym scudetto i łagodniejszą linią maski – wygląda spokojniej od pierwotnego, któremu większe lampy zewnętrze i uniesione rogi błotników nadawały wyraźnie „nabuzowany” wyraz twarzy

Foto: praca własna

Z boku Alfa jest całkiem stonowana, w oczy rzuca się też jej niewielki rozmiar: dokładne gabaryty już znamy, dodam jeszcze że masa ledwie przekracza jedną tonę (według różnych źródeł – 1.030-1.060 kg). Nie tak wyobrażamy dziś sobie prestiżową limuzynę, ale w ówczesnych Włoszech panowały takie standardy.

Foto: praca własna

Szkoda, że projektanci nie zdobyli się na więcej finezji. Trzeba oczywiście rozumieć ducha epoki i wiedzieć, że po dzikich ekscesach lat 50-tych nowocześnie wyglądała maksymalna prostota, jeśli jednak designerzy chcieli koniecznie wyrzucić skrzydlate błotniki i inne relikty rozbuchanego baroku, mogli chociaż delikatnie przysłonić tylne koło, dodać minimum przetłoczeń czy ciekawsze tylne lampy – bo w tej formie dynamikę Giulii można zauważyć chyba tylko z przodu.

Foto: praca własna

Poliftingowa klapa bagażnika jest płaska, bez rowka pośrodku. Zaletą klockowatego nadwozia jest oczywiście praktyczność: trzecia bryła Giulii wygląda na wielką (co potęguje długi zwis) i faktycznie, pojemność bagażnika wynosi aż 480 litrów

Foto: praca własna

Żadna rodzina nie mogła tu narzekać na brak przestrzeni ładunkowej ani jej niekorzystny kształt (choć pewnym problemem może być wysoka tylna krawędź). Koło zapasowe leży płasko pod prawą częścią podłogi, pod lewą kryje się zbiornik paliwa – niestety w całości za tylną osią.

Foto: praca własna

W tej sprawie dodam, że niebezpieczeństwo związane z położeniem baku jest jak najbardziej realne. 11 marca 1973r. w pożarze Alfy Giulii, spowodowanym najechaniem od tyłu w autostradowym karambolu pod Genuą, zginął Giovanni Pirelli z rodziny słynnych producentów opon, a jego brat Leopoldo doznał ciężkich poparzeń (obu z tylnej kanapy wyciągnął szofer, Aldo Nardi, z tym że lekarze zdołali uratować jedynie tego drugiego). Ta historia potwierdza, że w owych czasach problem pożarów po najechaniu z tyłu dotyczył nie tylko Forda Pinto, ale też prestiżowych limuzyn. A drugi wniosek jest taki, że jeszcze w 1973r. za prestiżową limuzynę (szoferską!!) służyła włoskim elitom 4,1-metrowa, 1,6-litrowa Alfa-Romeo.

Z zewnątrz tylna kanapa wygląda dobrze, jak na niedużego sedana

Foto: praca własna

Usadowiwszy się na niej miałem już troszkę gorsze zdanie, z tym że fotel kierowcy był odsunięty dość daleko

Foto: praca własna

Wystrój i jakość – gdzieś w środku skali. Drzwi otwiera pociągnięcie klamki o nietypowej formie pionowej dźwigienki.

Foto: praca własna

Designersko najlepiej z całego auta prezentuje się kokpit. Jest nieco mniej smakowity niż w coupé z jego tubusowymi wskaźnikami, jednak to wciąż typowy driver’s car swojej epoki: z dużą, drewniano-aluminiową kierownicą, dużymi zegarami i konsolą lekko zwróconą w kierunku kierowcy. 

Foto: praca własna

Z przodu miejsca jest więcej niż z tyłu i obiektywnie sporo, jak na te gabaryty, choć oczekiwania rozbudzone przez pozycjonowanie auta i jego pierwotną cenę są trochę większe. Fotele i materiały tapicerskie znów lepsze widziałem w coupé… 

Foto: praca własna

…jednak drewniane okleiny i stylizowany napis „Giulia” przed oczami pasażera bardzo cieszą oko.

Foto: praca własna

Część wnętrza zabiera konsola i tunel wału napędowego, a także ponadwymiarowa kierownica – która jednak ma swoje zalety, bo dzięki niej można łatwo kierować autem pozbawionym wspomagania, naonczas uchodzącego za gadżet antysportowy

Foto: praca własna

To piękna sprawa, że lakierowane drewno wygląda jak lakierowane drewno, o fakturze starych mebli z babcinego pokoju gościnnego. A jeśli dodatkowo wystają z niego wskaźniki temperatury wody i ciśnienia oleju, szczerzące swe niebieskie tarcze prosto w twarz kierowcy, uśmiech na twarzy pojawia się sam.

Foto: praca własna

Aluminiowe ramiona i piastę kierownicy zdobią grawery z herbem i marką producenta (niestety słabo widoczne na zdjęciach). Same wskaźniki są dobrze czytelne, a długość ich skal świadczy o klasie samochodu – bo w tamtych czasach liczby zamykające szybkościomierz zauważali i komentowali nie tylko dziesięcioletni chłopcy, ale i profesjonalni dziennikarze.

Foto: praca własna

***

Alfa-Romeo 105: tak oficjalnie nazywa się cała rodzina samochodów złożona z sedanów, coupé, cabrioletów i roadsterów, które w produkcji pozostały aż 30 lat, a ich silniki – nawet 40. Pochodne Giulii były eleganckimi wozami rodzinnymi, szoferskimi limuzynami, bolidami wygrywającymi mistrzostwa ETCC (w 1967 i 1968r.), pościgowymi radiowozami, ucieczkowymi pojazdami mafii, bajeranckimi zabawkami playboyów i prawdziwymi gwiazdami hollywoodzkich filmów (patrz „Absolwent” z Dustinem Hoffmanem, z 1967r.). Ten model zdecydowanie zasługuje na wpis pomnikowy – tyle że wszystko, co mógłbym w nim zawrzeć, zostało już na Automobilowni napisane, bo miałem wielkie szczęście odbyć przejażdżki trzema najważniejszymi postaciami 105-tki: dwoma roadsterami (z ciekawymi przygodami – niestety marnie opisanymi, bo wtedy jeszcze pisałem bardzo nieśmiało), tuningowanym coupé, a teraz sedanem. Każdej z tych okazji wyczekiwałem niecierpliwie i żadna mnie nie rozczarowała (poza wspomnianymi perypetiami z wypożyczanymi roadsterami, ale to też część ducha włoskiej motoryzacji i Włoch jako takich 😉 ). Co ciekawe, mimo prawie identycznej konstrukcji każde z tych aut dostarczyło mi wrażeń nieco odmiennego rodzaju.

Roadster to wielka legenda, jednak trochę oklepana i przez brak dachu nieco zaburzająca odbiór wspaniałego napędu i podwozia. Coupé od Bertone – to jeden z moich samochodów marzeń, który do fenomenalnej techniki dodaje piękną stylistykę. Zaś sedan – choć kanciasty, narysowany nie całkiem po włosku i odrobinę mały – jeździ równie ekscytująco jak reszta rodziny.

W 1962r. niewiele było prawdziwie sportowych sedanów. BMW dopiero coś takiego prezentowało, Borgward Isabella i Taunus 17M nie dorastały do poziomu Giulii, a cała ewentualna reszta – Lancia Fulvia, Fiat 125, Lotus Cortina czy Triumph Dolomite – na swe premiery musiała jeszcze poczekać. Natomiast dla Alfy-Romeo był to już TRZECI taki samochód z rzędu.

W pierwszym kontakcie Giulia wydaje się mała. Tego wrażenia nie miałem w coupé, no ale to było coupé. Po limuzynie spodziewamy się więcej, tymczasem ona ma 4,14 metra długości. To jednak może też być zaletą – bo zwartość i szczupłość w połączeniu z temperamentnym podwoziem i stukonnym wulkanem pod maską tworzą mieszaninę piorunującą, której próżno szukać gdziekolwiek indziej, w całych europejskich latach 60-tych.

Julia od Romea pochodzi właśnie z lat 60-tych i za jej kierownicą można to poczuć. Opadająca maska silnika nie jest widoczna tak dobrze jak w coupé, jednak ogromna kierownica, duże, okrągłe zegary, drewniano-srebrzysta galanteria oraz wystające z każdej strony staroświeckie gałki i przełączniki nie pozwalają zapomnieć o wieku konstrukcji. Aż do momentu przekręcenia kluczyka, który przenosi nas w całkiem inną epokę.

TEN KLIP kiedyś już linkowałem, jednak na YT nie znalazłem lepszego odwzorowania dźwięku alfowskiego DOHC (co ważne, w klipie występuje dokładnie specyfikacja Piotra – dwugaźnikowa Nuova Super 1600). Trudno o lepiej brzmiącą rzędową czwórkę, trudno też o wydajniejszy niewyczynowy silnik z tamtych lat. Co ważne, jego apetyt nie odbiega od standardów epoki: Piotr mówi o dziesięciu litrach na 100 km w trasie i dwunastu w mieście.

Foto: praca własna

Pierwsze wrażenie po ruszeniu to łatwość prowadzenia auta. Tak stara motoryzacja sprawia zazwyczaj trudności: kierownica i pedały pracują ciężko, silnik hałasuje, a reakcja na każde polecenie – zwłaszcza wydawane kierownicą – przypomina sławne „weź, się, tato…” filmowego Sylwusia Miauczyńskiego. W Giulii w ogóle nie.

Tu kierownica jest wielka, do czego trzeba przywyknąć, jednak w zamian obraca się całkiem lekko i bez miękkości właściwej dawnym układom wspomagania. W zakręty auto wchodzi chętnie, bez zmuszania i nieustannej chęci pojechania mimo wszystko przed siebie, jaką wykazywał np. równoletni Fiat 2300 S coupé. Czy to łagodny łuk przy 100 km/h czy serpentyna przy 40 – Alfa-Romeo pozostaje wierna swemu rodowodowi i całkowicie posłuszna kierowcy. Co ciekawe, nie jest w ogóle twarda: na podniszczonej drodze albo progach zwalniających zachowuje się jak klasyczny Mercedes, absorbując wszelkie wstrząsy. Powiedziałbym nawet, że życzyłbym sobie sztywniejszego zawieszenia (a bardzo rzadko tak mówię w odniesieniu do samochodów innych niż amerykańskie). Jedyny podwoziowy minus, jaki zauważyłem, to uskakiwanie tyłu wpadającego w głębsze studzienki na łuku – co jest zupełnie normalne przy sztywnej osi tylnej, a i tak występuje w dużo mniejszym stopniu niż w konstrukcjach fiatowskich. Nie od rzeczy będzie wspomnieć opony 165 – 14, dość spore jak na ówczesne standardy.

Poza wielkością kierownicy przyzwyczajenia wymaga położenie drążka zmiany biegów – podobne jak w Polonezie, tzn. drążek wystaje z konsoli pod kątem około 45 stopni (zależnie od wybranego biegu). To nie jest bardzo niewygodne, tylko po prostu „inne”. Precyzja działania drążka jest ogólnie przeciętna – czyli dobra, jak na samochód włoski. W coupé wrażenie miałem gorsze: zapewne gorszy był stan egzemplarza, bo bez samodzielnego wyrównania obrotów biegi wchodziły ciężko, a trójka wręcz zgrzytała. U Piotra jest znacznie lepiej, choć podwójne wysprzęglanie też często stosowałem – w oldtimerach to zawsze robi różnicę, a i przyjemność potrafi sprawić.

Przełożenia są podobne lub odrobinę dłuższe: na obrotomierzu sedana odczytałem 3.100 przy 100 km/h, w coupé 3.200, mimo większego silnika (być może patrzyłem mało dokładnie, a może egzemplarz był bardziej agresywnie dostrojony – np. profil opon miał niższy, a samo to już rzutuje). Dodam jeszcze, że ujeżdżany przeze mnie we Włoszech Spider 1300 przy setce kręcił się ponad 4.000 razy na minutę. Oczywiście cały czas mowa o biegu piątym, bardzo rzadkim w tamtej epoce, a w Giulii seryjnym od samego początku (przypominam – od 1962r., kiedy wiele samochodów miało jeszcze nawet nie cztery, a trzy biegi).

I tak dochodzimy do kwestii silnika. On jest ogromnie dynamiczny, jak na swój wiek i pojemność, jednak z charakteru nie całkiem dzisiejszy – i właśnie dlatego hipnotyzujący. Przede wszystkim brzmi donośnie, acz pięknie: na autostradzie przy 120-130 km/h rozmowa z pasażerem wymaga już podniesienia głosu (mimo że fotele znajdują się bliżej siebie niż w autach nowoczesnych), jednak ścieżka dźwiękowa jest tak wspaniała, że można to wybaczyć. Tzn. można na pięciokilometrowym fragmencie obwodnicy Krakowa – bo czy moje uszy zniosłyby szybki przejazd całej Autostrady Słońca, to trudno powiedzieć. Chociaż na pewno chciałbym spróbować 🙂

Seryjne 1600 jest oczywiście słabsze od tuningowanej dwulitrówki z testowanego niegdyś coupé – o szacunkowe 50 KM, czyli około 1/3. Obiektywnie to przepaść, subiektywnie niekoniecznie, bo coupé jechałem po deszczu, ze znacznie mniejszą śmiałością, a i oczekiwania w sedanie są niższe. Na pewno gorzej wypada tu elastyczność (zejście do 40 km/h na czwórce dwulitrówka znosiła śpiewająco, 1600-tka troszkę się o to boczy), ale przyspieszenie – oczywiście na tle epoki – jest doskonałe.

Na Giulię nie musimy czekać: ani wtedy gdy sami nią jedziemy ani też gdy ona jedzie przed nami. 50-letni samochód bez kompleksów dotrzymujący kroku nowoczesnym crossoverom o podobnej pojemności to absolutny wyjątek. Ostatni odcinek mojej testowej trasy prowadzi podkrakowskim odcinkiem „Zakopianki”: bardzo dynamicznym, bo dwujezdniowym, z licznymi zakrętami, stromymi wzniesieniami i skrzyżowaniami z ograniczeniem do 70 lub 50 km/h, przed którymi wszyscy gwałtownie hamują i zaraz potem ostro przyspieszają do prędkości trzycyfrowych. Ten fragment przejechałem w dużej części lewym pasem, nie blokując nikogo nawet na podjazdach i nie obawiając się o bezpieczeństwo przy dohamowaniach w tłumie. Nie przypominam sobie żadnego samochodu skonstruowanego prawie 65 lat temu (!!), który byłby do tego zdolny, bez przeciążania mechanizmów ani naginania zasad zdrowego rozsądku. Włoscy policjanci mieli 100% racji, wybierając ten model jako pościgowy radiowóz.

***

Na koniec jeszcze raz podkreślę, że samochód skonstruowany we wczesnych latach 60-tych diametralnie różni się od współczesnego. On może jeździć dynamicznie i pewnie, ale wymaga ciągłego pełnego zaangażowania: intensywnego mieszania biegami (tu wskazane jest wyczucie, a najlepiej podwójne wysprzęglanie), trzymania zwiększonych odstępów i planowania dalej naprzód niż jesteśmy dziś przyzwyczajeni. Ergonomia sprzed sześciu dekad też czasem załamuje: np. maleńki wyłącznik wycieraczek siedzi przy samej dźwigni przekładni, i o ile tym razem nie musiałem go używać, to prawie rok temu, na przejażdżce coupé, już tak – a sięganie do niego co chwilę na krętej drodze to prawie jak szukanie ikon na ekranie dotykowym 🙂 Jednak właśnie to zaangażowanie kierowcy, nieustanny ożywiony dialog z maszyną (nie mylić z walką!!) jest tym, co sprawia automobilistom radość i odróżnia piękną, dawną motoryzację od współczesnych, komputerowo sterowanych przyrządów do przemieszczania się.

Twórcom Alfy-Romeo 105 należą się wielkie brawa. Bardzo się cieszę, że miałem okazję poobcować z aż trzema odmianami tej wspaniałej konstrukcji, choć przez to trudno będzie napisać artykuł pomnikowy. Ale kiedyś może spróbuję – najwyżej powtórzę się w tym i owym, zreferuję historię specyfikacji… Tego modelu na liście automobilowych pomników pominąć się nie da. Zwyczajnie nie uchodzi.

 

Foto tytułowe i końcowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

62 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: JULIA OD ROMEA

  1. Dlaczego Giulia jest najpiękniejsza , najlepsza i cudowna w ogóle?
    To proste!
    Bo jest najpiękniejsza , najlepsza i cudowna w ogóle !
    Mój szczyt szczytów w garażu marzeń !
    No śliczna , a kto twierdzi inaczej to . . .
    A pierwsze modele z paskowym licznikiem to już cudo !

    • „dodatkowe podatki niemal podwajały jej cenę, z 2,5 na 4,9 mln lirów, a coroczny podatek drogowy dla diesli był aż około 9-krotnie wyższy niż od wersji benzynowych”

      Rozumiem oczywiście, że pobieranie podatków jest niezbędne do funkcjonowania państwa ale POBIERANIE a nie bezczelne OKRADANIE obywatela.

      Pamiętam na mojej pierwszej wycieczce do Włoch w latach 90. nader atrakcyjna i znakomicie zbudowana pani przewodniczka (budząca niezdrowe zainteresowanie męskiej części autobusu i żółć u tej drugiej) tłumaczyła jakie to nygusy i kombinatorzy ci Włosi, dla których kołowanie fuskusa to sport narodowy.

      Wówczas cały autokar kiwał zgodnie głowami i potępiał nieuczciwość Italczyków.

      Gdy jednak dowiaduję się teraz o wyjątkowej pazerności włoskiego fikusa to zaczynam rozumieć tych Włochów.

      Fiskus zwłaszcza w krajach południowych miał wielki wpływ ba kształtowanie się motoryzacji.

      • @Max, no to co nieco się wyjaśnia dlaczego Włosi kiedyś tak uwielbiali instalacje LPG.

      • Tam przez długie lata były jedne z najwyższych cen benzyny w świecie, szczególnie w stosunku do zarobków (wyższe niż np. w RFN, mimo że zarabiało się wyraźnie mniej). Podobnie jak w Holandii (to tam wynaleziono autogaz!!) a potem w Turcji.

        Dlatego ja zawsze mówię, że LPG nie rozpowszechnia się tam, gdzie jest najbiedniej, tylko tam, gdzie fiskus najbardziej łupi na benzynie.

      • We Włoszech akurat wyjątkowo szykanowano diesle, nie mam pojęcia dlaczego. A że tamtejszy fiskus jest w ogóle wyjątkowo pazerny, to inna sprawa. Już nie pamiętam kto to powiedział, że „Włosi nie zbuntują się przeciwko nawet najbardziej opresyjnemu prawu – byle by tylko państwo nie egzekwowało go zbyt gorliwie”. I właśnie to była esencja tego kraju przez całe pokolenia, choć dziś już wygląda to trochę inaczej.

      • @SzK, no to pozostaje pytanie jak można nie egzekwować podatku drogowego płaconego corocznie? Oczywiście można wbić w dowód benzyniaka , a rzeczywiście pod maską mieć diesla, tylko pytanie czy taka operacja miałaby rzeczywiście sens.

        Słynne „mam cinquecento w holenderskim gazie” hahhaha. Aczkolwiek kurcze szczerze ta piosenka powstała w 2008 albo 09 roku i wtedy to już mało kto mówił „holenderski gaz”. Już od ok. 2000 LPG było w Polsce równie popularne co w NL, przecież nawet Lanosa i Poloneza Plusa dało się kupić z fabrycznym LPG. Określenie „holenderski gaz” było używane masowo na pierwszej fali importu aut z zachodu w latach 88-92, przed wprowadzeniem zaporowych ceł. Wtedy to jeszcze było ciężko znaleźć stacje tankowania LPG, a instalacje w autach sprowadzanych z Holandii zwykle były nieużywane. Niemniej po 95 popularność LPG wzrosła diamentralnie.

      • No przecież to był żart z tym nieegzekwowaniem… Ale fakt, że we włoskich hotelach czy pizzeriach do kryzysu finansowego 2009r. nikt nigdy nie dawał turystom rachunków. Powszechnie znana jest też opowieść Zbigniewa Bońka, który w Turynie spytał się policjanta o drogę, a na pytanie, że przecież tędy nie można, bo jest pod prąd, usłyszał – „no to trzeba jechać ostrożnie” 🙂

      • @SzK, w Polsce to sie zmieniło jakieś pare lat wcześniej. Pokaż mi stolarza czy mechanika który w latach 90 dał za cokolwiek paragon. To samo dentyści. A potem ekonomiści z RFN się dziwią , że kupa Polaków jeździ samochodami za 40 czy 50 średnich krajowych.

      • Włosi mają niesamowite doświadczenie w kołowaniu fiskusow wszelakich, wszak ponad 2000lat zorganizowanych państwowości jest na półwyspie Apenińskim. Nie ma się co o nich martwić, poradzą sobie i dzisiaj:)

      • i bardzo dobrze, bo skarbówka to największy rak każdego państwa

      • @benny:
        dlatego „Panowie Bracia” skutecznie walczyli ze skarbówka. W tej walce znajdowali sojusznika w postaci Zofi Fryderyki Augusty (bardziej znanej jako Jekaterina Wielka), sojusznika tak skutecznego, że potem Polacy mieli123 lata na organizowanie „zwyciestw moralnych” 😉

        Państwo bez podatków to państwo upadłe, a obywatele, ktorzy zamiast kombinować jak prawo zmienić kombinują jak je omijać to też absurd, ktory do niczego dobrego nie prowadzi.

      • Prawda, tylko że to, co jest od państwa potrzebne, kosztuje w każdej epoce do 10% PKB, a nie ponad 50, jak dzisiaj.

        Z I RP sytuacja była zupełnie inna. Ogół szlachty jednogłośnie uchwalał zrzutki na armię wcsytuacjach zagrożenia, tylko najwięksi magnaci przeciwdziałali temu, bo woleli na tronie obcych. Już kiedyś polecałem historię Polski Pawła Jasienicy – on to doskonale opisuje.

  2. Śmiało, Szczepanie pisz artykuł pomnikowy. O Autobianchi też napisałeś artykuł przejażdżkowy i pomnikowy i oba wypadły znakomicie.

  3. Szczepan, dzięki za wciągający tekst o historii i cechach modelu! No i cała przyjemność po mojej stronie, że mogliśmy się razem przejechać wokół malowniczego krakowskiego „komina:” Ta akcja aż mnie zmotywowała, aby pojeździć Julką w tym sezonie trochę więcej niż przez ostatnie… Taki wóz zasługuje na to i jak piszesz – w każdym momencie radzi sobie wśród elektryczno-elektronicznego otoczenia…. Pozdrawiam!

    • To ja jeszcze raz dziękuję za przejażdżkę. „Wokół malowniczego krakowskiego komina” znaczyło tym razem około 50 km, tyle ma moje pełne kółko testowe, które zaliczyliśmy 🙂

      A że samochody służą przede wszystkim do jeżdżenia – to jasna sprawa!! Życzę wielu bezpiecznych, radosnych kilometrów!!

  4. Wspaniałości, auta z Bialbero są w moim malutkim garażu marzeń. A Giulia już zwłaszcza, samochód wybitny.
    Warto dodać, że te silniki lubią być kręcone. Zaprojektowano je pod obciążenia „bardziej wyczynowe”. Nawet miska olejowa ma swego rodzaju żeberka które można nazwać a’la radiatorem.

  5. Artykuły o Giulietcie / Giulii mogę czytać codziennie i w dowolnej stylistyce. Artykuł pomnikowy się należy! Czekamy!

  6. Ostatnimi czasy prasa nagłośniła ubezpieczeniowe kombinacje Włochów, którzy masowo jeździli na polskich tablicach rejestracyjnych (czytaj: na polskim ubezpieczeniu OC jednym z najtańszychw Europie).

    Można by się śmiać z kombinatoryki Italczyków, gdyby nie pewien szkopuł bo:
    – kto za to płaci? Pan za to płaci, pani za to płaci
    – społeczeństwo (polskie)
    Bo dokładaliśmy się w składkach OC do chytrych Włochów, gdy jaki Luigi czy inny Fabricio nawywijał gdzie przez nieuwagę.

    Podobno się za to wzięli i auta na polskich numerach są masowo sprawdzane przez tamtejszą Policję, ku niezadowoleniu prawdziwych turystów z Polski.

    • Krążył taki brzydki żart, że Włosi bywający w mieście gdzie mieszkam mieli dwie rodzinki, jedną tam drugą tu. Może to nie kombinacje, a po prostu furki tej drugiej rodziny używane przez tę pierwszą 😀

    • Zgadza się, ale to chyba głównie o skutery chodziło? A polscy turyści raczej nie jeżdżą d Włoch skuterami.

      • Tak, głównie skutery. Miałem okazję niedawno zwiedzać Neapol i problem jest faktycznie na wielką skalę. MNÓSTWO skuterów ma nasze tablice. Poruszanie się jakimkolwiek pojazdem po Neapolu to sport ekstremalny, a uszkodzone samochody czy skutery trzymające się głównie na taśmie klejącej są na porządku dziennym – skutkiem czego nam windują koszty ubezpieczeń…

  7. Spojrzałem na fotę tytułową i pomyślałem „O! Jak ta Alfa mocno przypomina Lancię Fulvię!”

    Swoją drogą była kiedyś taka gra jak Rally Trophy – tam oba modele można było wirtualnie przetestować w ich rajdowych wcieleniach.

  8. Fajna kanciara, ta Julia. Trochę mniej włoskich subtelnych, miękkich krzywizn, ale za to ma pazurki. Miała rzeczywiście fajne brzmienie silnika. Daleko do niego było wygarowi mojego PF 125p, nawet z upalonym denkiem tylnego tłumika (co zdarzało się dwa razy do roku).
    Swoją drogą powietrze opływa samochody swoimi niezbadanymi drogami. Julia Cx 0,32, Citroen nomen omen CX 0,36, a współczesny pudełkowaty SUV Santa Fe V 0,29 (Cx o 0,3 mniejszy od poprzedniego obłego modelu IV generacji). Kanciaki górą, czy różne metody pomiarów i ich naginania?

    • Cx Cx-em, ale opór to iloczyn Cx i pola powierzchni (rzutu). Więc niestety Santa Fe V generować będzie większy opór. Natomiast pomiary chyba też mają wpływ. Ostatnio analizowałem opory anten produkowanych przez HW oraz E///. No i te HW mimo prostszego designu, mniej obłych krawędzi, braku lotek do trzymania strugi powietrzna podobno generują znacznie mniejsze opory. Zadziwiające…

      • Zapomniałeś w tym iloczynie o prędkości obiektu względem powietrza (ew. różnicy prędkości). Przy prędkościach rzędu kilku, kilkunastu km/h siła oporu jest pomijalna, albo wręcz się znosi (przy wietrze z tyłu)

      • I jeszcze o gęstości płynu w jakim obiekt się znajduje, żeby być już zupełnie ścisłym.

  9. Piękne auto – nie bardzo rozumiem te narzekania na stylistykę – jeżeli zestawimy linie Giulii z praktycznie równolegle wypuszczonym Fiatem 1300, to Fiat wygląda archaicznie, a Giulia broni się nawet dzisiaj. To jest chyba znamię dobrego projektu, że nie podąża za modą tylko jest ładny w każdym czasie i tak jak piękna kobieta jest piękna bez botoksu, tak ładne i stylowe nadwozie będzie ładne swoją prostotą, bez konieczności zbyt wielu przetłoczeń i ozdobników.

    • @Jerzy, Fiat 1300, a Alfa Romeo Giulia to zupełnie inna klasa cenowa.

      • Ale za to prawie te same lata wprowadzenia na rynek, rozmiar i pojemność, poza tym ja pisałem o stylistyce, a ta niekoniecznie jest zależna od ceny i pozycji rynkowej auta – klasyczny Fiat 500 jest przykładem, że można stworzyć ładny, ponadczasowy projekt nawet w przypadku budżetowego auta.

      • Ładny (Fiat 500, kwestia gustu?) i ponadczasowy to nie zawsze to samo.

    • Fiat wpadł w panikę po premierze Giulii i z tego powstała 125-tka. Ale ta historia ukaże się tutaj w swoim czasie 🙂

      • No właśnie, Fiat 125 i jego, tfu… kultowa u nas mutacja 125 p to materiał na wiekopomny wpis. Tylko polecałbym dużo empatii i ostrożny dobór słów. Fanów ciągle sporo, tylko oni jeżdżą tymi „classicami” na zloty, a nie codziennie do roboty. Z drugiej strony, takich którzy chcieliby zapomnieć, że musieli zasiąść za jego kierownicą też niemało. Ja się do nich zaliczam, cierpiałem trzykrotnie, za każdym kolejnym razem bardziej.

      • Na razie mam przygotowany wpis porównujący (czysto teoretycznie) włoskie sportowe sedany z tamtych lat.

        Włoskie 125 na swoje czasy było bardzo ciekawym samochodem, cenionym nawet w RFN, natomiast dla nas po prostu zbyt drogim i skomplikowanym, z czego wynikła decyzja o zakupie starzej mechaniki. A polska jakość wykonania to osobna sprawa – na początku była znośna, a potem już coraz gorsza.

      • @Szymon B, raptem 3 razy nim jechałeś i już uważasz, że cierpiałeś? Daj spokój. Już wpis przejażdżkowy o polskiej mutacji był i to dość obszerny. I szczerze składam serdeczne gratulacje wszystkim piewcom poglądu iż 22 lata po wojnie gdzie kraj był zniszczony chyba najmocniej w Europie powinniśmy uruchomić produkcję oryginalnego 125 z DOHCem zaprojektowanym przez Lamprediego. Tyle o ile w Polonezie należało już zastosować nowe silniki, to taki oryginalny 125 byłby jeszcze trudniej dostępny i droższy niż 125p na początku produkcji.

      • @SzK w zupełności się zgadzam. Dodam tylko, że pewnie gdybyśmy wprowadzili do produkcji oryginalnego 125 to pewnie nie byłoby cyrku z talonami , przedpłatami etc. tylko auta miałyby na tyle zaporową cenę że podobnie jak na Tatrę w Czechosłowacji czy na ZIMa w ZSRR mało kogo byłoby stać na oryginalnego 125.

      • czy ja wiem, i tak te 125p schodziły na pniu, były i tak strasznie drogie, tylko co z tego, jak się nie kupiło takiego samochodu, czy innego sprzętu to te pieniądze z roku na rok stawały się już całkiem bezwartościowe, więc i tak jak tylko ktoś zdobył upragniony talon to się zapożyczał i kupował, choćby tylko po to żeby dzień później pojechać nim na giełdę i sprzedać za 2x tyle, oddać co się pożyczyło i za zarobione pieniądze kupić coś używanego.
        nie można porównywać wartości pieniądza w PRLu i dziś

      • Na 125p czekało się latami. Tysiące ludzi nie doczekało się nigdy, tzn. ich przedpłaty nie zistały zrealizowane. Po 1990r państwo wypłacało jakieś żałosne rekompensaty tym ludziom.

      • no i 125-tka jest z 15x ładniejsza od tej Alfy (która niestety wygląda jak by jakiś Ivan Cytrynienko ulepił to z Żyguli), choć Alfą bardzo bym chciał się przejechać żeby docenić jej mechanikę, szkoda że Fiat po przejęciu Alfy nie montował tych silników w swoich autach tylko dalej jakieś archaizmy 🙁

        niestety na obrazku tego nie widać, ale może Alfa ma zębatkową przekładnie a nie ślimakową i temu się tak dobrze prowadzi, a nie jedzie gdzie sama chce

      • Fiat miał też na własność Ferrari, prawda? Ale auto popularne ma być tanie. Każdy może produkować dowolne silniki, ale ludzie kupują to, na co ich stać. Wielkości sprzedaży Fiatów i Alf Romeo były całkiem inne.

      • kurcze, po rysunku to technicznie podwozie tak bardzo przypomina Ładę, że może Fiat po przejęciu Alfy właśnie 124-kę zrobił poprzez głeboki lifting tej Alfy?

  10. co do zbiornika paliwa, to DF też ma go zaraz za zderzakiem pod wnęką koła zapasowego i w dodatku tuż koło tłumika, a jakoś nie wybuchały od wjechania w tył, inna sprawa że tam rzadko w ogóle coś było, bo zwykle się na samym gazie jeździło 🙂

  11. @PstrykEJ9. Trzy duże Fiaty to ja miałem. Masz rację, to był szczyt moich możliwości finansowych. Właściwie jeden to był 125p, a dwa FSO 1500. Robiłem trzy remonty silników ( w tym jeden z pomocą ojca – 45 tkm, drugi na gwarancji – 18 tkm, trzeci z pracownikiem, znów we własnym zakresie – 48 tkm). Dziwisz się, że się nie zakochałem w tej konstrukcji? Jednak przyznaję, że ten samochód był pewnym, może nieco bolesnym nawiązaniem do zachodniej motoryzacji. Fakt, że te dwie moje ostatnie nówki FSO jeżdżone w latach 85-91 przypadły na totalny dołek jakościowy padającego przemysłu.

    • A co umieralo w tych silnikach przy tak smiesznych przebiegach? Bo ja tez mialem kilka duzych fiatow kiedy one byly po 500zl no i w jednym ktorym jezdzilem 5 lat to robilem „remont silnika” z kolega i zaprzyjaznionym dziadkiem-mechanikiem, ale sam ten silnik popsulem – zagotowalem, tylko raz i od razu zgasilem ale i tak chyba ze 3 pierscienie pekly i porysowaly blok, silnik zlozylismy z tego i jeszcze innego ktorego dostalem od wujka kolegi i „do konca jezdzil” znaczy do wypadku, ale lezal potem z 10 lat w garazu.
      W karzmadz razie remonto ten kosztowal jakies 150zl: 35zl komplet pierscieni z agromy, UPG jakos ze 20zl, 45zl olej 5l 15w40 i filtr 10zl, nowy rozrzad ze 40zl (ktory byl przyczyna smierci silnika potem) i tubka czerwonego sylikonu 😉 i weekend dlubania w tym, wybralismy najlepsze czesci i potem tym silnikiem jezdzilem 5 lat w zasadzie bezawaryjnie, oczywiscie bez termostatu zeby sie silnik juz nie zagotowal i z recznym wlacznikiem wiskozy zeby przed polowa skali wlaczac, w zasadzie to automatycznie go wlaczalem na kazdych swiatlach, korku itp, i 5 lat jezdzil i dopiero jak ten gowniany rozrzad sie rozciagnal, przepilowal pokrywke rozrzadu i ostatecznie przeskoczyl to ten silnik zdech, ale buda i tak juz byla sito tak ze raz sie ulamala np przekladnia kierownicza z kawalkiem podluznicy

      • @Benny_pl
        „A co umieralo w tych silnikach przy tak smiesznych przebiegach?”

        Drastycznie zubożona mieszkanka („żeby mało palił”) plus zapłon ustawiony na pi razy oko, nieregulowane nigdy zawory, niesprawny termostat oraz Selektol wymieniany raz na kilka lat.

        Miałem trzy DF-y. Dwa bez żadnych problemów silnikowych dojechały do ok. 300 kkm, trzeci nie, bo dostał DOHCa na wtrysku.

  12. Ja muszę przyznać, że Giulia mnie zaskakuje: nawet nie wiedziałem, że tak dobrą mechanikę dostała i tak do przodu wybiegała technologicznie. A zarazem – jak na Włochów – tak słabo wypada pod względem stylistycznym. Chociażby tylny zwis; olbrzymi bagażnik jakby na siłę doklejony w ostatniej chwili (kojarzy mi się to Renault Clio/Thalią albo Toyotą Yaris/Echo), za to przedni jest minimalny; oś siedzi niemal w zderzaku. Zwłaszcza, że Giulia Sprint GT wyglądała wręcz zjawiskowo – podobny wóz, podobny czas, ci sami (albo i nie?) styliści. Włoscy projektanci potrafili tworzyć majstersztyki a tutaj… No i osobiście uważam, że więcej chrakteru miały przednie reflektory różnej wielkości; zwłaszcza w wersji coupe.
    To co mi się natomiast bardzo podoba (poza kolorem egzemplarza) to fakt, że właściciel mimo wszystko zdecydował się na taką „zwykłą”, mniej ciekawą wersję. Bo Junior to wiadomo, klasyka gatunku, po kilka sztuk na zlotach itd. podczas gdy zwykłe wersje cieszą się mniejszym powodzeniem. Wystarczy zresztą przyjechać na dowolny zjazd i porównać odsetek supersportowych czy rzadkich modeli z tymi zwyczajnymi, a potem zestawić to ze statystykami produkcyjnymi: na zlocie z połowę aut stanowią te rzadkie / dopasione / superluksusowe / supersportowe a w produkcji to były procenty albo i promile.

    • Zupełnie nie ci sami. Coupé rysował Giugiaro, wtedy pracujący dla Bertone.

      • No to może być wytłumaczenie. Dzięki za uzupełnienie. Trochę szkoda, bo potencjał ma niesamowity.
        Co do Multipli – oczywiście, średnio wyszła (chociaż zrobiła efekt szumu i trochę tego jeździło, więc znaleźli się chętni – jak z Nissanem Juke na przykład.). Ale i tak ogólnie myślę, że włoscy styliści to numer jeden na świecie. Jedynie Zagato tak średnio wypada moim zdaniem, poza tym naprawdę nieliczne projekty francuskie, niemieckie, japońskie czy amerykańskie mogą uchodzić z równie ponadczasowe i piękne. Inaczej mówiąc: odsetek ładnych projektów z Włoch na tle całości ich produkcji jest chyba niedościgniony. I mówię to jako człowiek, który głównie jeździ i jeździł japońskimi autami, więc nie jakiś psychofan włoszczyzny.

    • Nie ma co sie zrzymać na włoskich projektantów. To też oni stworzyli Multiplę ’98, przy niej Gulia już tak nie zawodzi designem 😀
      Niemniej akurat ta multipla mi się podoba, ta 2 poliftowa już nudniejsza.

      • Multipla jest fajna – miała być „jakaś” i taka jest. 🙂 Pomijam tu paskudne, łuszczące się wnętrze.

    • Niektóre samochody mają wyjątkowo wysoki procent przezywalnosci, są modele, w przypadku ktorych z 18 wyprodukowanych egzemplarzy do dzisiaj zachowała sie ponad setka 🙂

    • Chyba ciekawiej wyglądała pierwsza wersja z głębokim przetłoczeniem bagażnika a’la Thunderbird i , faktycznie, różną średnicą reflektorów

  13. Rzeczywiście, stylistyka jest dość hm… kontrowersyjna. Myślę, że ten wóz zyskałby nieco uroku, gdyby nie tylna zawinięta szyba, która prezentuje się nieco archaicznie, nadając całości dziwną prezencję. Za to wnętrze i dźwięk silnika – coś wspaniałego. 🙂 Mam jeszcze pytanie umieszczenia zbiornika paliwa – o co tu chodzi? Zbiornik za zderzakiem uznawany był za niebezpieczny, podczas gdy u mnie w Sierrze (czyli dobre 10 lat po aferze z Pinto) siedzi tak samo – pod podłogą bagażnika i wystając nawet nieco pod zderzakiem. I jakoś nigdy nie wspominano w prasie, by było to umiejscowienie niebezpieczne, ani wybuchowe…

  14. Moc silnika robi wrażenie.
    Ciekawe jak wyglądała krzywa momentu, bo hemisferyczne głowice raczej byly znane z tego, że lubią gaz w podłodze i wysokie obroty, wolną i spokojną jazdę niekoniecznie. 4 zaworowe głowice wyplaszczyly krzywą. I zmniejszyły emisje. Ale wciąż, 100 koni z 1.6 to jest coś.

    Wygląd… Jak wiemy, dzisiaj wszystkie samochody wygladaja tak samo, tą Alfę natomiast bez problemu po ciemku mozna odróżnić od np. Renault 8 czy Simki 1000 😉
    Nie wiem jak na żywo, ale na zdjęciach to nie wygląda.

    Ciekawy samochód, ciekawa historia, ale ja bym raczej nie kupił.

    PS. Dlaczego Jaguary XJ serii 3 mają tak podejrzanie niskie ceny? Cos mi swita, ze części do klasycznych Janów są stosunkowo łatwo dostępne i względnie tanie (przy raczej kiepskiej jakości?)

    • Co do elastyczności – do 40 kmh na czwórce 1,6tka schodzi z lekkim fochem, do 50 bezptoblemowo. Dwulitrówka do 40 schodzi bez zająknięcia (przy czym ja testowałem lekko tuningowaną – do około 150 KM w miejsce fabrycznych 130).

      • Pamiętasz co pokazywal obrotomierz? Z tego co pamiętam często pisałeś, że kiedyś skrzynie były „krótsze” niż dzisiaj.

      • Pisałem w tekście – ciut ponad 3000 przy 100 kmh na piątce. Przy testowaniu elastyczności nie pamiętam, ale podejrzewam, że owo 40 kmh na czwórce to byłoby około 1500. Dość typowe to zresztą wartości dla mocnych 4-cylindrówek z tamtej epoki.

        A że ten silnik lubi obroty to jasna sprawa. Tyle że spokojnie jechać też można.

  15. To zestopniowanie biegow zupelnie jak w Hondach. W Concerto tez tak mialem, myslalem ze no dosyc starawa konstrukcja to pewnie dla tego, ale nie, teraz szwagierka kupila UFO i ono dokladnie tak samo ma zestopniowane biegi.. no ja wiem ze Honda sie nie boi wysokich obrotow niby ale przy 120 juz jest 4tys wiec pewnie przy 140 5tys.. to az szkoda tak meczyc silnika a to przeciez dopiero poczatek autostradowej jazdy…
    W Asterce F z 96r przy 140 to ja mam 3.5tys obrotow i ona sie wogole nie meczy, i to w 4 biegowym automacie

    • Hond nie męczą żadne obroty. Możesz cały dzień jechać na 6000 i nic jej nie będzie, nawet spalać nie będzie więcej niż inne auta przy tej samej szybkości. Tylko oleju trzeba wtedy częściej dolewać, ale „męczenia” żadnego w tym nie ma.

      • Ja i tak gluchy jestem, zreszta lubie jezdzic z uchylonymi oknami wiec silnika wtedy i tak niebardzo slychac 😉

Comments are closed.