PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: JUŻ RACZEJ NIE MINI

Mini to wielka legenda, a na legendach świetnie się zarabia. Przynajmniej w świecie, który utracił swą niegdysiejszą kreatywność, radość tworzenia i w ogóle życia. By dalej działo się cokolwiek, trzeba odgrzewać wczorajsze kotlety.
Tak naprawdę, dziś nie odgrzewa się starych kotletów, tylko upodabnia do nich kotlety świeże. Nowożytne Mini jest czymś odmiennym od tego, które w swoim czasie wymyślił Sir Alec Issigonis. Albo inaczej: przypomina je w pewnych względach, tylko akurat nie w tych, na których zależało pierwotnemu twórcy. Dziś świat jest inny: inne są oczekiwania, priorytety nabywców i ich zamożność, dlatego nowy producent z oryginalnego Mini wziął głównie niepowtarzalną stylistykę i radość z jazdy. Które w tamtym autku bardzo doceniano, ale które w istocie były tylko ubocznym efektem rewolucyjnej koncepcji.
Pierwsze Mini miało pełnić rolę najtańszego, najbardziej masowego pojazdu Wielkiej Brytanii. Najważniejszymi sprawami były więc niska cena (którą producent umyślnie zbił nawet poniżej kosztów własnych), niskie koszty eksploatacji i efektywność przestrzenna (nie mylić z absolutną wielkością przestrzeni, ograniczoną przez mikroskopijne gabaryty). Jednakże, gdy dziennikarze dorwali się do pierwszych egzemplarzy, od razu zachwycili się niepowtarzalnym, niezwykle wdzięcznym wyglądem autka oraz jego doskonałymi, prawdziwie sportowymi własnościami jezdnymi.
Jako całokształt 33-konne Mini nie było oczywiście autem sportowym, tylko podstawowym toczydełkiem dla ludu. Jednak ówczesne modele typu Morris Minor czy Ford Anglia prowadziły się jak balie na wzburzonym morzu, więc na ich tle Mini – z jego niską masą, w pełni niezależnym zawieszeniem, kołami rozmieszczonymi w rogach nadwozia, twardym, progresywnym resorowaniem i bardzo bezpośrednim układem kierowniczym (zaledwie 2,33 obrotu pomiędzy oporami) – ogromnie się wyróżniało. To był jeden z pierwszych samochodów przyrównywanych do drogowego go-karta – zapewne też dlatego, że sam go-kart był wtedy wynalazkiem dość młodym.
Sir Alec Issigonis cieszył się z entuzjastycznych recenzji, choć irytowało go skupianie się na sportowym charakterze autka projektowanego dla maksymalnego stosunku praktyczności do rozmiarów i kosztów. Paradoksalnie, najlepszą reklamę Mini zyskało dzięki sukcesom rajdowym, w tym zwycięstwom w Rallye Monte Carlo w 1964, 1965 i 1967r. (w 1966 również wygrało, ale zostało w kontrowersyjny sposób zdyskwalifikowane, z powodu nieregulaminowego sposobu przełączania świateł drogowych/mijania).
Foto: , Licencja CC
Właśnie te aspekty – atrakcyjny design i przyjemne prowadzenie – utrzymały Mini na rynku aż do 2000r., bardziej w roli modnego gadżetu niż prostego środka transportu. W ciągu aż 41 lat (1959-2000) powstało 5.387.862 egz.: dało to modelowi miejsce w elitarnym klubie samochodów, które przeżyły swego własnego następcę.
***
Wiosną 2001r., kilka miesięcy po wycofaniu oryginalnego Mini, ukazało się Mini nowe. Było zaprojektowane przez BMW (choć o dziwo, produkowane w Oxfordzie, na miejscu dawnej fabryki Morrisa) i od początku pomyślane inaczej: jako samochód niekoniecznie tani, a za to stylowy i sprawiający radość. Odpowiadało to postrzeganiu późnych egzemplarzy pierwowzoru, ale włączało do równania nowoczesną technikę, wysoką moc i bogate wyposażenie.
Mówiąc XXI-wieczną marketingową nowomową – Mini zostało produktem premium. Prezentacja nastąpiła wiosną 2001r.: już po sprzedaży Rover Group, ale też przezornym wydzieleniu i pozostawieniu sobie marki Mini, jako bardzo cennego aktywu.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Czy Sir Alec Issigonis byłby z tego zadowolony? Trudno powiedzieć. Z jednej strony jego idea została rażąco wypaczona, lecz z drugiej – zmieniły się też czasy. Dziś nikt nie potrzebuje wciskać się z rodziną do ledwie trzymetrowego liliputa na dziesięciocalowych kółkach, rekordy popularności biją za to efektowne (ponoć) SUVy i crossovery. We współczesnym świecie nowe Mini prezentuje się mimo wszystko tradycyjnie i rozsądnie, dostarczając przy tym prawdziwie samochodziarskiej radości.
Aktualnie, po 25 latach produkcji (wciąż prowadzonej głównie w Anglii!!), na rynku znajduje się już czwarta generacja modelu. To dopiero 40% długości kariery oryginału, jednak łączny wolumen już dzisiaj jest większy – szacowany na ponad 5,5 mln sztuk. Co więcej, podczas gdy dzieło Issigonisa przynosiło straty, produkt BMW generuje pokaźne zyski – przewyższające nie tylko średnią rynkową, ale i średnią rentowność koncernu, jednego z bardziej dochodowych w branży. Okazuje się więc, że na małych samochodach wciąż można zarabiać – ale pod warunkiem, że będą kosztować jak duże. Oczywiście do takich cen trzeba nabywców przekonać, a do tego konieczne jest podpięcie się pod legendę sprzed blisko 70 lat.
Ta historia mogła potoczyć się inaczej. Pod koniec XX stulecia istniejąca jeszcze wtedy Grupa Rover chciała wypuścić nowe Mini jako następcę serii 100 (czyli rozwinięcia Austina Metro). To byłby zwykły, niedrogi pojazd miejski, tyle że taki plan zablokował właściciel firmy, koncern BMW, który pojmował marketingowy potencjał legendy. Bawarczycy rozważali nawet nowe Mini jako auto tylnonapędowe (!!), z techniką z własnej magazynowej półki, jednak ostatecznie zgodzili się z purystami i zachowali koncepcyjną ciągłość (po tej decyzji postanowili wylansować osobno BMW 1, by równolegle mieć w ofercie kompakt tylnonapędowy).
To dobrze, że BMW uszanowało tradycję choć pod tym względem, bo np. firmy Volkswagen i Fiat zaprojektowały New Beetle’a i nową 500-tkę jako generyczne przednionapędówki, a Renault swój model 5 – jako wyłącznie elektryczny.
***
Dzisiejszym bohaterem będzie generacja II, oferowana w latach 2006-13 (jako coupé i cabriolet – do 2015). Wykorzystywała ona zmodyfikowaną platformę poprzednika (obmyśloną w Monachium przy współpracy włoskiego studia Ital Design), a także silniki serii Prince, dzielone z grupą PSA (choć wytwarzane w Anglii, w miasteczku Hams Hall).
Całej rodziny nie zdołam tutaj przedstawić, bo to temat na osobny wpis (i to wielki), ale postaram się pokazać skrót.
Jako pierwsze ukazały się usportowione wersje Cooper i Cooper S – najlepiej odpowiadające duchowi Mini jako autka małego i zwinnego, ale zmysłowego. Tę pierwszą napędzał 1,6-litrowy silnik z systemem Valvetronic (120 KM, 160 Nm, 201 km/h, 9,1 sekundy o setki), tę drugą – podobna jednostka bez Valvetronica, za to z bezpośrednim wtryskiem paliwa, turbodoładowaniem i funkcją overboost (analogiczna do stosowanej w Peugeocie 207 GTi: 175 KM, 260 Nm, 230 km/h, 7,1 sekundy). Obie dawały się połączyć z 6-biegową skrzynią ręczną lub automatyczną (konwerterową, w przeciwieństwie do CVT poprzednika).
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 2007r. ukazało się podstawowe Mini One z wolnossącym silnikiem 1,6-litrowym (95 Km, 140 Nm, 185 km/h, 10,9 sekundy). Dwa lata później uzupełniło je jeszcze bardziej zubożone Mini First z jednostką 1,4-litrową (75 KM, 120 Nm, 175 km/h, 13,2 sekundy), później zastąpioną 1,6-litrową o tej samej mocy.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Również w 2007r. pojawiły się diesle: 1,6-litrowy w Mini One (90 KM, 215 Nm, 185 km/h, 11,4 sekundy) i Mini Cooperze (109 KM, 240 Nm, 195 km/h, 9,9 sekundy) oraz dwulitrowy w Mini Cooperze S (ten wywodził się od 1,8-litrowej jednostki BMW dając 145 KM, 305 Nm, 215 km/h i 8,1 sekundy).
W 2009r. wypuszczono wersję John Cooper Works Challenge opartą na specyfikacji wyścigowej: z 211-konnym silnikiem 1,6 turbo, wyłącznie manualną skrzynią Getrag, sztywniejszym zawieszeniem, 17-calowymi felgami, hamulcami Brembo, itp. Jej osiągi to 237 km/h i 6,5 sekundy do setki.
Foto: materiał producenta
W 2011r. zaprezentowano dwumiejscowe nadwozia coupé i roadster
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 2007r. zadebiutowało kombi Clubman (w okresie „klasycznym” nazwa ta oznaczała zwykłe Mini z restylizowanym przodem). Określenie „kombi” należy traktować z rezerwą, bo bagażnik miał tylko 260 litrów pojemności, wyróżnikami były natomiast dwuskrzydłowe drzwi tylne i pojedyncze drzwi pasażerskie z prawej strony, niezależnie od położenia kierownicy (przez co w krajach o ruchu lewostronnym z tylnej kanapy wysiadało się na jezdnię).
Foto: materiał producenta
Countryman z 2011r. nomenklaturowo odpowiadał niegdysiejszym kombi z drewnianymi okleinami, a był pierwszą w historii Mini pięciodrzwiówką, określaną jako crossover (zawieszenie zostało tu oczywiście podniesione, występowała też opcja 4×4).
Foto: materiał producenta
Ostatnią z głównych odmian był pokazany w 2013r. Paceman, czyli trzydrzwiowa wersja Countrymana z obniżającą się linią dachu, coś jakby crossover-coupé. Nie sprzedawał się dobrze – klienci zdecydowanie woleli klasycznego hatchbacka.
Foto: materiał producenta
***
Przedstawiany egzemplarz to Mini Cooper S z 2007r., pochodzący z rynku niemieckiego. Obecny właściciel – Adam z Łodzi, który kiedyś już udostępniał mi Subaru Imprezę GT – kupił go cztery lata temu. Zasadniczo na okres przejściowy, ale… tak autko polubił, że zostawił je sobie na dłużej (z poparciem swej Żony – a jak wiadomo, tzw. WAF, czyli wife acceptance factor, to kluczowy parametr każdego samochodu).
Mini ma oryginalny lakier British Racing Green, sporo fabrycznych dodatków i przebieg, który wielkimi krokami zbliża się do 200 tkm. W międzyczasie dostało pakiet tuningowy: większy intercooler, zmodyfikowany dolot z filtrem, luźniejszy wydech (choć wydech poprzedniego właściciela Adam zamienił na trochę mniej luźny), wlot powietrza w masce silnika i zawieszenie obniżone o 3 cm. Jest tu też przekładnia z mechaniczną szperą – fabryczna, przełożona z innego egzemplarza (to była opcja dostępna tylko w pojedynczym roczniku – pozostałe miały szpery symulowane wybiórczym hamowaniem poszczególnych kół). Turbina pozostała seryjna, z seryjnymi parametrami. Modyfikacje wyglądają niewinnie, ale działają skuteczne: test na hamowni wykazał 225 KM przy 5.600 obrotach i 318 Nm przy 4.500.
Propozycja przejażdżki wyszła od samego Adama, który jest z Mini zadowolony, podczas gdy ja kiedyś wyraziłem się o nim lekceważąco. Mnie jednak nie chodziło o to, że to zły samochód, tylko o wspomniane już sprzeniewierzenie się oryginalnej idei modelu, to jest zamiany maleńkiego i taniutkiego wozidełka dla mas w odpowiednio wyceniony produkt wyższopółkowy.
Druga generacja Mini by BMW mierzy 3.698 x 1.684 mm, przy rozstawie osi 2.467 mm i masie aż 1.210 kg (dla wersji Mini Cooper S): przerastając pierwowzór o 65 cm wzdłuż i ponad 27 wszerz, oraz ważąc jego równą DWUKROTNOŚĆ (!!) niezupełnie zasługuje na nazwę Mini – nawet na dzisiejszym rynku nietrudno znaleźć mniejsze modele. Z dawnej idei – poza oczywistym dziś przednim napędem – została głównie stylistyka, jednak jej autorzy dobrze wywiązali się z zadania: narysowali sylwetkę, w której nawet motoryzacyjny laik jednoznacznie rozpozna Mini, choćby z odległości mili.
Foto: praca własna
Z przodu jest chyba najbardziej miniowo, bo został zachowany charakterystyczny kształt grilla, chromowane akcenty i lekko podniesione błotniki, nie widać za to nowoczesnego pochylenia reflektorów. Kierowca musi uważać na spoiler: jest dosyć niski, co czasem utrudnia jazdę miejską.
Foto: praca własna
Wlot powietrza w masce to jedyny optyczny element tuningu: w przeciwieństwie do fabrycznego, który był tylko ozdobą, ten naprawdę podaje powietrze do zmodyfikowanego dolotu
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Sylwetka boczna jest dynamiczna. Linia dachu wyraźnie się wznosi, zaczernione słupki robią wrażenie przeszklenia całej kabiny, bojowo prezentują się też poszerzenia błotników. Zachowane zostały proporcje klasycznego Mini: krótka maska i maksymalnie zredukowane zwisy…
Foto: praca własna
…natomiast koła, choć nadal rozmieszczone w rogach nadwozia, potężnie urosły: w pierwowzorze ledwie 10-calowe z oponami 145-milimetrowymi, u Adama mają rozmiar 17 x 7,5 cala, z oponami 215/45. Gołym okiem widać też obniżone zawieszenie i perforowane tarcze hamulcowe.
Foto: praca własna
Czerwona literka S – to prawie jak czerwone I następujące po TD…!! 😉
Foto: praca własna
Tył został całkowicie przeprojektowany. U Issigonisa był pękaty, z małymi lampami na dole, a tu pochylenie jest jednolite, z rozbudowanym zderzakiem i dużymi, wysoko umieszczonymi światłami. Dach wieńczy dyskretny, acz wyraźnie zarysowany spoiler.
Foto: praca własna
Światła – przednie i tylne – przez całe dekady pozostawały najbardziej charakterystycznymi elementami każdego modelu samochodu. Reflektory Mini – mimo że projektorowe – do dziś pozostają duże i okrągłe, nadając autku tradycyjny, ludzki wyraz twarzy.
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Tylko z tyłu Mini wygląda nie całkiem jak Mini, a bardziej jak współczesna rajdówka. Druga generacja zyskała zmieniony wydech: w pierwszej, z 2001r., według legendy zrobiono go z puszki po piwie, którą stylista wcisnął w gliniany model po skonstatowaniu, że zapomniał o tym „detalu”. Ponieważ zachwycone designem szefostwo kazało „nie zmieniać niczego„, końcówka rury o kształcie i rozmiarze aluminiowej puszki trafiła do wersji produkcyjnej.
Foto: praca własna
W zwykłym położeniu tylnej kanapy bagażnik ma pojemność 160 litrów, po jej złożeniu rośnie do 680. Obecna tu opcja storage compartment package dokłada zabezpieczające siatki, a ponadto obszerny schowek pomiędzy przednimi fotelami, gniazdko 12-woltowe i dodatkowy „sekretny” schowek w kokpicie (zdjęcie za moment).
Foto: praca własna
W siatkach bocznych można np. bezpiecznie przewieźć butelki
Foto: praca własna
W pakowaniu dużych walizek pomaga możliwość postawienia połówek oparcia kanapy do pionu
Foto: praca własna
160 litrów to zasadniczo niewiele, ale na dwuosobowy urlop wystarcza. O takich luksusach użytkownicy oryginalnego Mini mogli tylko pomarzyć.
Foto: Adam
Nowe Mini ma być produktem premium – i faktycznie na taki wygląda. Drzwi nie posiadają ramek, ich design jest nietuzinkowy, a materiały i kolorystyka – konfigurowalne na wiele sposobów. Jakościowo nie jest to poziom Lexusa, ale jak na tę epokę i segment – bardzo dobrze.
Foto: praca własna
Znaczek Mini przy rygielkach drzwi pochodzi z Aliexpressu, ale pasuje tu świetnie
Foto: praca własna
Materiał siedzeń jest już zwyklejszy, jedynie ze skórzanymi wstawkami, ale to znów kwestia konfiguracji, czytaj – budżetu pierwszego właściciela
Foto: praca własna
Samochód rodzinny to zdecydowanie nie jest. Miejsca na głowę mamy sporo, jednak na nogi już nie. Przy mojej posturze można usiąść względnie wygodnie, potężniejsi ludzie będą mieli problem.
Foto: Adam
W oryginalnym Mini wnętrze wyglądało skrajnie spartańsko, a mała długość kolumny kierowniczej wymuszała jej nienaturalnie silne, niemal ciężarówkowe nachylenie. Tutaj jest całkiem inaczej – premium pełną gębą. Z nawiązań do tradycji pozostał tylko centralnie umieszczony szybkościomierz, w dodatku karykaturalnie wielki.
Foto: praca własna
Stylistyka wnętrza jest oryginalna, być może nawet trochę przekombinowana, tak jakby projektant próbował ją za wszelką cenę udziwnić i wyróżnić na tle konkurencji. Trochę jak w klasycznych Citroënach, tyle że tam kierowca niezaznajomiony z konkretnym modelem nie potrafił niczego odnaleźć, a tutaj wszystko poukładano tak, jak kierowcy są przyzwyczajeni.
Foto: praca własna
Kształty są może niecodzienne, ale poszczególne dingsy i wihajstry znajdują się instynktownie – nawet szybkościomierz można zdublować na wyświetlaczu przed oczami kierowcy, żeby nie wykręcać szyi. Wysięgnik z brytyjską flagą na prawo od kierownicy to uchwyt na telefon, oczywiście niefabryczny.
Foto: praca własna
„Sekretny” schowek z pakietu storage compartment package to ten na górze. Opcjonalnie mógł mieścić zmieniarkę CD.
Foto: praca własna
Konsola wygląda pociesznie, jak wzięta z komiksu, ale w tym aucie to nawet pasuje, a obsługa czegokolwiek jest oczywista, bez cienia wątpliwości
Foto: praca własna
Przełączniki prawie jak w klasycznym Jaguarze!!
Foto: praca własna
Jak w każdym porządnym aucie sportowym, w Mini honorowe miejsce zajmuje obrotomierz (z możliwością pokazania szybkości na wyświetlaczu). Kółeczko z lewej to akcesoryjny wskaźnik…
Foto: praca własna
…który potrafi podawać dokładną temperaturę wody, oleju, powietrza na zewnątrz i w układzie dolotowym, ciśnienie w kolektorze ssącym, ciśnienie paliwa, kąt wyprzedzenia zapłonu, procent otwarcia przepustnicy i podobne bajery.
Foto: praca własna
Na koniec pokazu zdjęć dodam, że Mini było jednym z pierwszych w świecie samochodów z tzw. ambientowym oświetleniem wnętrza, z możliwością wyboru kilku kolorów
Foto: Adam
Foto: Adam
Foto: Adam
Foto: Adam
***
W praniu nowe Mini nie przypomina starego. Nie jeździ też jak typowe BMW, tylko jest klasą samo dla siebie.
Można się zżymać na podwojenie masy oryginału, ale w dzisiejszych czasach 3,7 metra długości i 1.200 kg to bardzo niewiele. Z tego powodu bagażnik i tylna kanapa nie mogą być wielkie (mimo że mocno przewyższają pierwowzór), za to poręczność autka i poczucie kontroli wciąż przywodzą na myśl go-karta.
Z przodu siedzi się bardzo wygodnie, ciasnoty w ogóle nie czuć. Siedzisko jest niskie, pozycja kierowcy – typowo sportowa. Fotele dobrze trzymają po bokach, dając poczucie zespolenia z pojazdem. Pozytywnie wypada widoczność: w naszym stuleciu to rzadkość, w tym przypadku szczególnie istotna, bo Mini nie ma żadnych wspomagaczy parkowania.
Odczucia z jazdy zmienia zapewne tuning egzemplarza – niezbyt forsowny, ale bynajmniej nie symboliczny: dodatkowe 50 KM to 28% mocy wyjściowej, a większe koła i obniżone zawieszenie też robią swoje. Resorowanie jest twarde: wyraźnie czuje się nie tylko dziury w asfalcie – których w Polsce mamy już na szczęście niewiele – ale nawet drobne nierówności czy łączenia nawierzchni na drodze ekspresowej (w starym Mini można to było zwalić na małe kółka i krótki rozstaw osi, we współczesnym już w żaden sposób się nie da). W dłuższej trasie ta sztywność byłaby męcząca, natomiast na krótkiej, rekreacyjnej przejażdżce wrażenia są doskonałe.
Zaawansowane zawieszenie (McPhersony z przodu, wielowahacz z tyłu) nie ustępuje najlepszym konstrukcjom BMW, mała kierownica (służąca wyłącznie kierowaniu – nie ma na niej ani jednego przycisku!!) pracuje bardzo bezpośrednio, a jej elektryczne wspomaganie jest mocne, ale dostosowuje swą intensywność do sytuacji i nie zaburza komunikacji z kołami. W rezultacie w warunkach normalnego ruchu prędkości osiągalne w zakrętach wydają się subiektywnie nieograniczone, a stabilność na autostradzie – doskonała. Trzeba tylko przyzwyczaić się do konkretnej twardości, ale taki już urok gatunku.
Silnik 1,6 THP to złożony temat. Z jednej strony w swoim czasie robił wielkie wrażenie na specjalistach (aż ośmiokrotnie z rzędu zostawał Silnikiem Roku w swojej klasie pojemnościowej – pomiędzy 2007-2014r.), z drugiej – raporty eksploatacyjne nie zostawiają na nim suchej nitki. „Psuje się wszystko, co tylko zepsuć się może” – przeczytałem w internetowym artykule. Adam, jak dotąd, tego nie potwierdza: choć sam trochę się obawiał (i między innymi dlatego dokupił wskaźnik monitorujący wszystkie parametry pracy silnika), przez cztery lata wymienił tylko chłodnicę, której pęknięcie pod koniec drugiej dekady eksploatacji trudno uważać za wpadkę producenta. Oczywiście niewykluczone, że to kwestia zwykłego szczęścia, bo kiepskie statystyki nie zostały raczej zmyślone.
W dłuższej trasie Mini potrafi zejść do równych sześciu litrów paliwa na 100 km (według wskazań komputera), w cyklu mieszanym spala około ośmiu. To rewelacyjny wynik, jak na tuningowany motor o mocy 230 KM, choć – jak w każdym mocnym aucie – ogromne znaczenie ma styl jazdy.
Foto: Adam
Odczucia na drodze są typowe dla klasycznych silników turbodoładowanych: na „zamówione” przyspieszenie trzeba poczekać około sekundy, a poniżej 3.000 obrotów nie można oczekiwać zbyt wiele (być może specyfikacja fabryczna byłaby mniej narowista?). Później następuje eksplozja, którą w tak małym autku odbiera się znacznie intensywniej niż w wielkiej limuzynie. Sprint 70-140 km/h na trójce naprawdę budzi respekt, jeśli pamiętamy o zaledwie 1,6-litrowej pojemności. To bardzo przyjemny poziom osiągów: mocno dociskający plecy do fotela, ale jeszcze nienadziewający organów wewnętrznych na wyrostki kręgosłupa i zupełnie możliwy do wykorzystania na drodze.
Kultura pracy nie jest idealna, bo bezpośredni wtrysk, turbodoładowanie i mały rozmiar auta nie służą tłumieniu hałasu i wibracji (przypomnę, że Adam wymienił już tuningowy wydech na łagodniejszy, bo miał dość huku). Z drugiej strony właśnie dzięki turbinie można zastosować dłuższe przełożenia – 100 km/h na szóstym biegu odpowiada 2.400 obr/min. Poprawia to komfort jazdy autostradowej, choć w tym względzie przydałoby się skuteczniejsze połykanie nierówności, oszczędzające kręgosłupy jadących.
***
Mini Cooper S: ta nazwa zobowiązuje, pytanie tylko – do czego? Jeśli chodzi o odtworzenie oryginalnej idei Sir Aleca Issigonisa – nie, BMW tego nie zrobiło, bo i wcale tego nie chciało. Jeżeli natomiast tęsknimy za nieszablonowym stylem, indywidualizmem dawnej motoryzacji i ówczesną radością z jazdy, a nie chcemy rezygnować z owoców siedemdziesięciu lat technicznego postępu – tak, nowożytne Mini jest właśnie dla nas.
Ono wciąż wygląda jak designerska zabawka, wciąż jest podobnie poręczne i słucha każdego polecenia jak pełnokrwiste auto sportowe. Poza tym jednak jest znacznie większe i obszerniejsze, pozwala spakować się na dwuosobowe wakacje, ma pełne wyposażenie dostępne w XXI-wiecznym segmencie premium, a zamiast 55 KM rozwija 175 (albo 230, po umiarkowanym tuningu). Tak właśnie należy ten model traktować – i docenić, że BMW nie zbezcześciło legendy zmianą koncepcji napędu, tak jak zrobiły to inne europejskie koncerny.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Fajne autko, jeszcze wtedy, bo dzisiejsze miniaki są już tak napompowane, że mam wrażenie że nity zaczną strzelać. Córka kilka lat temu rozważała kupno Mini, ale padło na DS 3 też z THP. Samochód zwinny, trochę wielkością i charakterem, a też designem przypominający opisane Mini. Ja miałem trzy DSy z THP od 165 do 182 KM. i bardzo polubiłem ten silnik. Jedynie w pierwszym rozrząd wytrzymywał 30 tkm. Potem już z tym nie było kłopotu. Drugi z THP jeździ w rodzinie, ma ok. 100 tkm i jedną wymianę rozrządu za sobą. Moim zdaniem to silnik, który lubi obroty, a po długiej jeździe miejskiej warto go trochę przegonić i pomęczyć na trasie, żeby wydmuchać nagar z głowicy i kolektora. Nie wiem jaką turbinę ma opisany Mini, ale twin scroll używane w DSach ciągną od razu ostro w górę bez cienia turbodziury. Na starcie spóźnia się trochę tylko automat.
Owszem, obroty bardzo lubi, tyle że ciężko je rozwinąć, bo łatwo przez to prawo jazdy stracić 🙂
Tu nie chodzi o przekraczanie limitów. Wystarczy zrobić kilka razy kickdown i wymusić zmianę biegów przy wyższych obrotach, albo to samo zrobić w trybie ręcznej zmiany biegów. To nie jest silnik dla taksówkarzy, ani subtelnie przyspieszających pań. Na benzynie może się trochę oszczędzi, ale czyszczenie głowicy i Valvetronicu kosztuje godne pieniądze.
Istnieją poszlaki wskazujące na to, że dobrym i bezproblemowym THP jest wersja 270 KM, jako że Peugeot wprowadził do niego trochę modyfikacji usuwających część fakapów popełnionych przez BMW, dołożył natrysk oleju na tłoki itp. Miałem go w RCZ R, dojeździł do ponad 300 tys. km (przy czym wymieniałem olej co 10 tys. i rozrząd co 50) i nic się nie wydarzyło, więc można potraktować to jako dowód anegdotyczny.
Czy miałeś na myśli natrysk oleju na łańcuch rozrządu w momencie rozruchu?
Nie, miałem na myśli dokładnie to, co napisałem, czyli natrysk oleju na tłoki. Na denka tłoków gwoli ścisłości. Ten konkretny silnik mocno się różni od „zwykłych” THP.
Przyznaję się do niewiedzy, chociaż objeżdżałem kilka tych silników. Zawsze nagłaśniane było wprowadzenie zastrzyku oleju w chwili rozruchu, wprowadzone gdzieś koło 2018 r., aby łańcuch nie wykonywał pierwszego obrotu na sucho.
Miło do kawy w niedzielny poranek poczytać. Dopatrzyłem się, dzięki zdjęciom, jednej rzeczy: auto ma podgrzewaną przednią szybę (a przynajmniej na to wskazywałby jeden z przycisków przy panelu klimatyzacji). Sądziłem, że w tamtych czasach tylko Fordy to miały (i to już wtedy od jakichś dwóch dekad), no może auta luksusowe też. Dopiero od jakichś 8-10 lat właściwie w każdej marce można to chyba zamówić.
Może uprawniony byłby więc też wniosek, że i BMW (koncern-matka) już wtedy stosowało to rozwiązanie…
A owszem, jest ogrzewanie szyby czołowej – zapomniałem o tym wspomnieć
Renault miał taką podgrzewaną szybę w latach ’90 XX wieku, np. w Lagunie 1 generacji.
Ściera, Scorpio w latach 80, a ja miałem nawet w Fieście MK3
Pierwsze było Scorpio, w 1985 roku.
Tak, pierwszy był Scorpio (w UK Granada Mk3) w 1985, w Renault jako pierwszy był Safrane w 1992, Laguna dostała to także – w 1993.
Będąc niedawno na kupnie taniego auta, czyli grata na codzień, rozważałem Mini ale One – pierwszej generacji – oczywiście już nowe Mini, nie klasyczne. Po trwającym trochę researchu internetowym i przeglądzie ogłoszeń na przestrzeni circa dwóch miesięcy zdecydowanie odpuściłem temat. Generalnie opinie (o pierwszym, czyli nie tym z feralnym THP) sprowadzały się do: super auto, znakomite prowadzenie tylko trzeba tylko zwrócić uwagę na: i tutaj lista rzeczy, o których nawet nie wiedziałem że się psują w samochodzie (trochę przesadzam; np. newralgiczna pompa wspomagania – nie miałem nigdy problemu z żadną, no ale to się może zepsuć przecież), a których ewentualna naprawa oznacza w przypadku starego auta koszt stanowiący co najmniej jego równowartość. I te ogłoszenia typu:
– Czy coś tam jest do roboty?
– Nie, tylko ewentualnie – i pół auta do naprawy.
Żeby jednak oddać twórcom sprawiedliwość: w ogóle starsze auta są traktowane po macoszemu i bardzo ciężko znaleźć coś tak do 15 a czasem i 20 tys. co było serwisowane zgodnie ze sztuką. Może gdyby te Mini faktycznie skrupulatnie serwisować to byłoby inaczej?
Mimo wszystko byłem zaskoczony, bo pierwsze Mini miały słabiutkie, niewysilone silniki (głównie 1,6 90KM – w czasie kiedy np. Toyota i Honda robiły pancerne 1,6 110 KM). Ciekaw jestem czy one nie sprzedawałyby się jeszcze lepiej, gdyby po prostu solidnie je robili. Z drugiej strony – BMW to nigdy nie były bezawaryjne, trwałe auta, ale zyskowność mieli świetną. Cóż.
Natomiast trzeba przyznać: design był zdecydowanie „jakiś”. Do dziś Mini się wyróżniają i mają swój styl.
pompa wspomagania za cenę samochodu?? tożto do wspomagania można sobie dopasować dowolną pompę od czegokolwiek, aby mocowania sobie uspawać
ja raz miałem zdechłą pompę wspomagania w Hondzie CRV1, ale w większości Hond te pompy są takie same, więc na złomie wykręciłem z jakiegoś Hondowego silnika leżącego na hałdzie i pasowała bez przeróbek i działała, a jeszcze w układzie był taki syf, że kilkukrotnie płukałem, a że szkoda mi było ATFu to nalewałem koparkowego oleju hydraulicznego, co mi kolega przywiózł z jakiejś wymiany w koparce (a był dość czysty), to tam z 5l przelałem i dalej nie było zbyt czysto tylko tak szaro, jak by nie wiem, wody ktoś tam nalał bo się zrobiła taka breja jak chłodziwo do tokarki, więc dałem sobie spokój i tak na tym oleju hydraulicznym (wszak to hydraulika przecież) nie do końca wypłukanym jeździło bezproblemowo
@Benny – nieprecyzyjnie się wyraziłem: pompa jest znaną bolączką w tych autach i pada bardzo często. Koszty oscylują ponoć w granicach 3000 wzwyż (przy czym mieszkam w Krakowie, więc cena „od” jest tutaj z mojego doświadczenia nieco wyższa niż ta z blogów, forów czy ogłoszeń z innych rejonów). Ale to tylko jedna z bolączek, a to z kolei oznacza, że kilka dodatkowych drobiazgów może się równać cenie auta.
To zresztą nie tylko musi dotyczyć Mini.
Spamując trochę – oglądałem też m.in. Swifta. Węgierskiego. Trwały, bezawaryjny samochód, mało się tam psuje, super. Tym egzemplarzem (bo oglądałem jeszcze trzy inne) jeździła przez 5 lat żona mechanika. Okazało się, że tylko kilka detali było do poprawy i wymiany. Detali za łącznie 11 – 14 tys. (w tym zbliżający się remont skrzyni, czego podczas jazdy nie odczułem, ale mój mechanik już owszem). To z kolei przekraczało wartość auta, które tak na pierwszy rzut oka i po przejażdżce rokowało naprawdę nieźle. To co dopiero się może dziać w podobnym aucie, które ma opinię awaryjnego?
W tym roku stałem się posiadaczem Mini Cooper S generacji R53, czyli pierwsza współczesna z lat 2002-2006. Sporo się dowiadywałem na temat tych aut przed zakupem, więc wiedziałem na co się piszę i potwierdzam to co napisałeś Daozi – te auta nie są łatwe ani tanie w serwisie. Wymagają więcej wkładu finansowego niż się z góry zakłada, więc potem cała masa zajechanych egzemplarzy ląduje na rynku. Sam oglądałem 3 różne egzemplarze i zdecydowałem się na taki, który wymagał ingerencji mechanika, ale przynajmniej jest dość zdrowy blacharsko. Dwa pozostałe były gorsze zarówno mechanicznie jak i wymagały prac blacharskich (one okropnie gniją pod tylnymi lampami bo woda stoi w ich gniazdach), więc zdecydowałem się na najmniej zepsuty, ale za to z ostatniego roku produkcji i w przyjemnie skonfigurowanej wersji limitowanej Park Lane.
W moim przypadku godzę się na to, ponieważ samochodu używam głównie weekendowo, a nie do jazdy na co dzień, i w tym celu sprawdza się znakomicie. Myślę, że jest to pewnego rodzaju cymesik w świecie motoryzacji i „takich już nie robią”, samochód rozmiarowo plasuje się w zasadzie w segmencie A, ale ma doładowany kompresorem silnik osiągający fabrycznie 170KM z potencjałem na wzrost, 6-biegową skrzynię, fabryczną mechaniczną szperę i podwozie zaprojektowane jak dla auta sportowego. W przeciwieństwie do innych małych aut usportowionych, gdzie do miejskiego podwozia po prostu wkłada się mocniejszy silnik, Mini sprawia wrażenie jakby najpierw zostało zaprojektowane jako auto sportowe, a dopiero potem miejskie bo praktyczność jest słabiutka, jakaś Panda czy Twingo bije je na głowę pod kątem efektywności przestrzennej.
Sam silnik jest raczej niezawodny bo to bardzo prosta konstrukcja kooperacji Rover-Chrysler z żeliwnym blokiem, bez zmiennych faz rozrządu i innych wynalazków, bardzo podatny na zwiększanie mocy, ale również na wycieki oleju – ich największa bolączka, były produkowane w Brazylii i chyba nienajlepiej się przykładali do odlewów. Awariom poddaje się bardziej osprzęt jak właśnie osławiona pompa wspomagania, a robocizna jest po prostu droga bo do wielu czynności serwisowych musi zostać rozebrany cały przedni pas, a czasem wręcz wyjęty silnik. IMO wolnossących wersji nawet nie warto brać bo koszty utrzymania będą zbliżone jak w doładowanej, a jednak wrażenia z jazdy zupełnie inne. BTW te 1.6 w wersji One miały 90KM, ale w bogatszej Cooper miały 115KM, różniły się tylko komputerem, wystarczy go wymienić na taki z mocniejszej wersji i pełna moc zostaje „odblokowana”.
Co jeszcze bardzo doceniam w tym aucie oprócz samych wrażeń z jazdy, to właśnie świetnie zrealizowany styl retro zarówno na zewnątrz jak i w środku, świetne są te chromowane pstryczki, centralny prędkościomierz, czy ciekawe manetki kierunków i wycieraczek. BMW się postarało i nie zamontowało po prostu części wnętrza ze swoich innych modeli dla oszczędności, tylko wszystko zostało zaprojektowane dla Mini. Moim zdaniem druga generacja jak testowana ma już gorsze wizualnie wnętrze, ale wygląda na wykonane z lepszych materiałów i lepiej poskładane. Niestety, u mnie wszystko skrzypi i trzeszczy podczas jazdy i nie jest to kwestia zużycia egzemplarza bo już recenzenci w epoce na to narzekali.
łeeee, to tam jest zwykła turbina? kolega ma takie Mini S 1.6 i tam jest kompresor Roots’a i to bardzo fajnie jeździ i świetnie przyśpiesza bez czekania na łaskę turbiny, zresztą on ma ze 4 takie Miniaki z różnymi silnikami, było dać znać że chcesz opisać Mini, to byś mógł sobie poporównywać różne 🙂
ale oczywiście nie mówię, że nie fajny samochodzik 🙂 na pewno fajny, tylko że z kompresorem zamiast turbiny jeszcze fajniejszy 🙂
zainteresowal mnie ten dodatkowy wskaznik – to wskaznik OBD2?
Tak, dokładnie nazywa się Autool X60 i jak na chiński gadżecik za 150-200 złotych jest zdecydowanie godny polecenia.
Razem z żoną chcieliśmy kupić Mini One D z świetnym Toyotowskim silnikiem 1.4 D4D, późniejsze 1.6 to HDI, też świetne. Jednakże już 6 lat temu nie było łatwo znaleźć przyzwoity egzemplarz, więc padło na nieco młodszą ale też charakterną MiTo z dieslem 1.3 JTDm.
Obok Fiata 500 jeden z bardziej udanych samochodów neo-retro, w przeciwieństwie np. do New Beettle, którego stylistyki po prostu nie trawię.
Nowe Mini, jest wcale przyjemne przy szybkiej jeździe, ale w inny sposób niż stare, co oczywiste. Nowe jest zwyczajnie skuteczne, aczkolwiek jeszcze ma trochę tego przekazywania informacji o charakterze właścicielowi, bo to nie hybryda, a systemy elektroniczne nie są absurdalne. Ale nadal wolę uwczesną Hondę Civic pod tym względem. Szkoda że Mini jest popsute śmietnikowatymi silnikami, z humorkami jak jakiś księciunio (taki żarcik, gra słów). No i wnętrze przekombinowane, jak na mój gust. Ale ogólnie rzecz ujmując, całkiem fajny samochód. Może nawet do pokochania, przez kogoś kto lubi lekko sportowe emocje, a nie jeździł czymś bardziej sportowym.
Szanuje Pana twórczość ale nie rozumiem po co jej częścią są takie malkontenckie elementy: „ utracił swą niegdysiejszą kreatywność, radość tworzenia i w ogóle życia.” na prawdę uważa Pan że kreatywność ogranicza się do projektowania spalinowych silników v12 a młodsi od nas nie są radośni ??
Ja również szanuję każde zdanie, np. takie że dzisiejsze czasy są kreatywne. Ale sam się z tym zdaniem nie zgadzam.
Jeśli weźmiemy listę najwspanialszych dzieł literackich, filmowych, muzycznych, teatralnych, itp., to wśród nich prawie w ogóle nie będzie dzieł z bieżącego stulecia – a ona jest już przecież w 1/4 za nami. Ile wybitnych filmów, książek czy muzyki powstało w latach 1950-75, albo 1975-2000, a ile pomiędzy 2000-2025?
Oczywiście, ja jestem starym zgredem i mogę nie zauważać wielkości współczesnych dzieł. Pełna zgoda. Tyle że mam też kontakt z ludźmi dużo młodszymi – w pracy albo w czasie samochodziarskich spotkań przejażdżkowych – i też widzę, że wśród ludzi 30-letnich czy młodszych większość woli słuchać muzyki swoich rodziców niż współczesnej, a w samochodzie mają nastrojone radio Złote Przeboje albo podobne. Tego naprawdę nie było wcześniej – z muzyki staruszków młodzież od pokoleń się śmiała, a dziś mówi – „a w ogóle jest jakaś inna?”.
Być może mam niereprezentatywnych znajomych, być może sam jetem dziwakiem, ale kiedyś wzorcem było działanie i budowanie cywilizacji, dziś wzorcem jest wegetacja i regres. Nie że większość tak robi, tylko że to jest wzorzec. Stąd nieustanne oglądanie się do tyłu, również ludzi młodszych.
miałem mniej więcej to samo napisać, tylko oczywiście nie tak ładnie i długo, ale dokładnie tak właśnie jest, no ale może wynika to z tego, że skoro szczyt twórczości (wszelakiej) przypadał na lata 80, no to z każdego szczytu wszystkie drogi prowadzą tylko w dół, co nie znaczy, że obok nie może być kolejnej (nawet większej) góry, pytanie tylko czy się na nią zechce ludzkości wleźć 😉
z drugiej strony doszliśmy do tak wygodnego życia, że pewnie po prostu większości ludzi już nic nie chce się robić bo i poco, skoro jest dobrze, a skoro jest dobrze, to aby nie robić jakoś odstająco źle, a i tak będzie dobrze, czyli starać się niema sensu, jeśli niema sensu w drobnych sprawach to i w większych niema, no i myślę że taki marazm i degręgolada się rozszerza samoistnie i naturalnie i tylko czasami ktoś pomyśli „kurde, ale kiedyś fajne (coś) robili, czemu teraz wszystko takie nudne i nijakie?” ano temu właśnie, że nikt się nie stara
Generalnie często mam takie myślenie jak Szczepan, ale dopuszczam też myśl, że jako osoba po czterdziestce mam zakodowane pewne stare mapy myślenia i istnieje całe uniwersum twórców, utworów i wydarzeń o których istnieniu nawet nie mam zielonego pojęcia. Anegdotycznie: swego czasu zobaczyłem billboard, z którego wynikało, że niejaka „Bambi” promuje swój własny zestaw McDonaldzie – pierwszy raz dowiedziałem się o istnieniu takiej wokalistki i żeby pokazać nastoletniej córce, że jestem na czasie, mimochodem wspomniałem o tym w rozmowie – zrobiła okrągłe oczy po czym powiedziała: tak tato wiem, że jest taka wokalistka, ale ona jest już strasznie niemodna, nie wiem kto może jej dzisiaj słuchać, chyba tylko jacyś boomerzy… Drugi przykład: przechodziliśmy z siostrzeńcem koło zaparkowanego Lanosa – z zapałem robił mu zdjęcia, bo „bardzo lubi klasyki”. Warto też pamiętać, że to w dzisiejszych czasach powstają humanoidalne roboty, a w tym roku w ramach misji Artemis, człowiek po raz pierwszy od czasu misji Apollo poleciał w kierunku księżyca. Zatem może rzeczywiście nie powstaje już nic świeżego, a może to po prostu mnie już peron dawno odjechał i wciąż żyję w świecie gdzie na czasie jest Offspring, a Golfy II już zawsze będą miały po 15 lat.
Co do muzyki to akurat czytałem o ciekawym zjawisku. Otóż nasz układ neuronalny „wykształca” gust muzyczny stosunkowo wcześnie, co z kolei oznacza, że niemal każdy uważa muzykę z czasów dzieciństwa za lepszą od obecnej. Pokolenie moich dziadków np. często uważało Beatlesów czy potem Rolling Stonesów za fatalną muzykę. To raz. A dwa, że z każdą dekadą powstaje tej muzyki coraz to więcej. Ciężko stworzyć coś oryginalnego, bo było już niemal wszystko. Podobnie z obrazami – namaluj coś czego jeszcze nie było. Zostaje przyklejanie bananów do ściany albo inne dziwactwa.
Mało tego – patrząc na muzykę popularną z drugiej połowy XX w. to przecież to jest zupełne dno w porównaniu do muzyki klasycznej. Mam kilku muzyków w rodzinie i zawsze bardzo krytycznie patrzyli na współczesną, rozrywkową (wliczając Queen, Bowiego czy innych „klasyków”). Nieraz słyszałem, że to w ogóle nie jest muzyka, tylko jakiś prymitywny tłuk. Więc wszystko zależy od punktu widzenia.
Co do wybitnych filmów – ależ oczywiście, że powstają. Tylko to nie są blockbustery, często nie są to też filmy z USA, który to kraj w ogóle sprawia wrażenie chylącego się powolutku ku upadkowi – na wielu polach.
A takie filmy widać chociażby na festiwalach kina (polecam np. świetne Letnie Tanie Kinobranie w Kinie pod Baranami, gdyby ktoś był w wakacje w Krakowie) czy w kinach studyjnych.
Zgodzę się natomiast, że motoryzacja spowszedniała i stała się o wiele nudniejsza. Mniej się eksperymentuje, ale w dobie szalejącego kapitalizmu zyskowność i skuteczność rynkowa stoją ponad wszystkim. Trzeba też pamiętać, że to co potrafią współczesne auta pod niektórymi względami bije na głowę wszystko to co było. Akurat mnie te możliwości i cyfryzacja aut nie przypadają do gustu, no ale ogół ma chyba inne zdanie.
Co do muzyki pełna racja – moja babcia zwykła określać współczesną muzykę jako „rąbankę” preferując „klasyczne” melodyjne brzmienie Elvisa Presleya, przy czym ten sam Presley w czasach swojej świetności bywał cenzurowany w radiu i TV ze względu na publiczne zgorszenie. Co do filmów, to ma wrażenie, że jest szereg filmów niskich lotów robionych np pod Netflixa i inne platformy streamingowe, ale cały czas da się znaleźć coś dobrego. Natomiast odnośnie samochodów, to mam wrażenie, że trzeba trochę oddać współczesnej motoryzacji sprawiedliwość, bo na auta z przed lat patrzymy często z perspektywy Lamborghini Miury, Jaguara E, czy Mercedesa Pagody, a nie z perspektywy Fiata 500, 126, czy Garbusa, którymi w poszczególnych dekadach jeździła większość społeczeństwa. Obecnie w granicach 200.000 zł (czyli w granicach średniej ceny nowego auta w Polsce) można kupić samochód, który będzie miał ponad 400 KM, możliwość półautonomicznej jazdy i wyposażenie bijące na głowę S-klasę z przed 30 lat, z kolei jeżeli popatrzymy na tzw. supersamochody, to mamy względnie seryjne auta o mocach przekraczających grubo 1000 KM – ja postęp widzę. A co do stylistyki to oczywiście rzecz gustu – pewne wzajemne podobieństwo wymuszają z jednej strony moda (konia z rzędem kto odróżni „pontonowe” nadwozia poszczególnych marek z lat 50-tych) z drugiej prawa fizyki i normy bezpieczeństwa.
No ale ja właśnie pisałem o młodych ludziach. To że babcia nie lubi muzyki młodzieżowej to normalne. Gorzej że młodzież też już woli stacje radiowe z przebojami poprzedniego stulecia. Przecież o tym pisałem.
Co młodzież lubi to trzeba by pytać młodzieża. A każdy młodzież jest inny i co innego lubi. Przysłuchując się „wieczornej zmianie” na moim placu zabaw nie odnajduję hitów sprzed lat, tylko raczej współczesne brzmienia. Może Szczepanie trafiłeś na specyficzną próbkę statystyczną.
Pytanie na ile moda na retro wynika z fascynacji przeszłością, a na ile jest kreowana w celach biznesowych.
Jako bez wątpienia stary grzyb nie mogę zgodzić się z twierdzeniem, że w XXI wieku nie powstało nic ciekawego – nie wiem, jak w kwestii filmów, czy muzyki popularnej, ale pod względem muzyki nazwijmy to „niewystępującej w radio”, XXI wiek to jeden z najlepszych okresów. Wystarczy wspomnieć takie zespoły, jak Deathspell Omega, Wolves In The Throne Room, Lamp of Murmuur, 1349, Spectral Wound, Funeral Mist, czy też (albo przede wszystkim) polskie kapele, jak Mgła, Decapitated, Furia, Odraza itp. A to jedynie przysłowiowa truskawka na torcie. Tak więc osobiście nie widzę powodów do narzekania.
O muzyce popularnej się natomiast nie wypowiadam wcale, bo jak nie trawiłem jej 50 lat temu, tak nie trawię jej dzisiaj. Więc to nie kwestia wieku 😉
Bardzo fajne te Mini, ale jak na Brytyjczyka taki bardzo kontynentalny. Żadnych dziwactw nie ma 😉
Natomiast pozwolę sobie nie zgodzić się z tezą, że Volkswagen i Fiat projektując New Beetle’a i nową 500-tkę jako generyczne przednionapędówki nie uszanowały tradycji. Wszak zblokowany napęd przedni zapewnia najlepszą ekonomię przestrzeni. Zupełnie tak samo jak myślano w latach 50 o zblokowany napędzie tylnim. W moim odczuciu uszanowano tradycję.
Trza by sprawdzić Twingo 2 vs Twingo 3 jak się te koncepcje sprawdzają współcześnie.
A Renówki 5 to bardzo przyzwoity elektryk jest podobno. Nie jeździłem, ale wygląda zacnie. Zresztą Twingo też ładnie narysowane jest.
Renówka 5 (4 też niezła) też mnie kusi do miasta, chociaż to czysty elektryk, ale wygląda zjawiskowo. Tylko diler w Łodzi ten sam co od Stell…..a, a to na starcie generuje problemy. Kiedyś były 3 różne salony jednej marki, teraz jeden diler ośmiu marek, a nad serwisem żadnej nie do końca potrafi zapanować.
to dla mnie jest w ogóle ewenement, że ASO mając dostęp do wszystkich urządzeń diagnostycznych, wsparcia producentów, dokumentacji, szkoleń i do tego mając wysokie ceny, nie zatrudnia (nawet nie wybitnych) ale przynajmniej dobrych fachowców, żeby robić na serwisie po prostu dobrą kasę, zamiast biadolić że sprzedaż słabo idzie i się zamykać, no nie wiem to dla mnie debilem trzeba być, żeby tak rządzić firmą, żeby klientów jeszcze zniechęcać
Ja miałem tylko jedno doświadczenie z ASO (z 15 lat temu), bo tylko raz byłem klientem ASO, ASO Hondy/Skody w Lublinie, bo była w radiu nagłaśniana akcja „darmowy przegląd Twojej Hondy starszej niż 3 lata”, no to z ciekawości pojechałem moim Accordem z 88r, no to tam posprawdzali różne rzeczy, głównie to co na przeglądzie, ale sympatycznie, popatrzeć, pogadać można było, potem dostałem taki dłuuuugi wydruk z igłówki z jakimiś chorymi kwotami rzędu wahacz za 500zł, więc podziękowałem mówiąc że i tak mnie na to nie stać, ale że miło było przyjechać, także pozytywne doświadczenie 🙂
aa jeszcze miałem w sumie doświadczenie (z 10 lat temu) z ASO Mitsubishi też w Lublinie, naprawiałem tam Karchera (bo pracowałem w serwisie myjek jakiś czas) no i też fajni sympatyczni ludzie, chyba nie mieli zbyt dużo klientowskich aut bo sobie remontowali kampera, jakieś stare Amerykańce (takie kapitalne remonty blacharsko-lakiernicze) więc widać że też pasjonaci, więc też fajnie
może po prostu kultura Japońskich producentów nie pozwala na robienie dziadostwa, co jest jak najbardziej zrozumiałe
u Fiata czy tam Francuzów nie byłem, ale domyślam się że może być dużo gorzej ze względu na ogólne ich olewcze podejście do jakości 😉
Multimarkowe dealerstwa? W Tychach zauważyłem odwrót do chińczyków. Znany dealer Puga sprzedaje Omody Jaecoo już od kilku lat. Opel porzucony na rzecz BYDa. W 2017 zamknięto dealera Fiata Auto-hit, więc Tychy nie miały sprzedawcy Fiata 😀
ja ostatnio widziałem i Mini Countrymana i Fiata 500x… no panie to już nie 'mini’ a Mastodonty. moje stare Tipo to przy nich zabawka….
Moim zdaniem najfajniejszy retro-design wszechczasów to zdecydowanie Ford GT z 2005 roku. 🙂
Fiat 500 panie kolego, Fiat 500.
Dla mnie akurat Dodge Challenger, ale oczywiście każdy ma swoje typy 🙂
PS Fiat 500 też wygląda super (ten nie-X), ale jakoś nie mogę przeboleć jego przedniego napędu
Tak, mogli mu dać silnik z tyłu na wzór ostatniej generacji Twingo + dać silnik Twinair żeby były 2 cylindry 😉
Zgadza się.
Z Twinaira nawet się kiedyś cieszyłem – dopóki nie wyczytałem, że to najbardziej paliwożerny silnik w gamie (z łatwością wciągający powyżej 10 litrów na setkę), a w dodatku najbardziej awaryjny…
Fiat 500 (tylko ten zwykły) i Dodge Challenger też są spoko. 😉
Pod Challengerem ta ja też podpisuje oboma rękami
Fiacik rządzi absolutnie – ale nie jestem obiektywny, bo bardzo lubię to auto i nawet mam jedną sztukę (ze szmacianym dachem).
Zresztą @SzK też na pewno nie jest obiektywny, bo w końcu Challenger sporo zaczerpnął od Mercedesa, więc siłą rzeczy musi wygrać 😛 Ale poważnie mówiąc, też jest bardzo dobrze zaprojektowany, nie ma co ukrywać i zasługuje w pełni na DRUGIE miejsce.