PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: LE HAYON CHAUD

Hot-hatch to ciekawy wynalazek. Jego nazwa oznacza dosłownie „gorącą klapę” i wydaje się zupełnie abstrakcyjna – ale tak właśnie działa ludzki język, że pewne pojęcia tworzy w oderwaniu od pierwotnego znaczenia słów, jako wielopiętrowe piramidy metafor i kontekstowych skojarzeń.
Artykuł zaczynam od „klapy”, mimo że pierwszy samochód, który można uznać za hot-hatcha, rzeczonej klapy wcale nie miał. Chodzi o zaprezentowanego w 1961r. Mini Coopera – czyli bardzo mały i bardzo tani wózek przerobiony na coś „gorącego”, a więc mocno sportowego, wręcz wariackiego jak na swe czasy.
Oryginalne Mini hatchbackiem nie było: jego maleńki bagażnik nie miał połączenia z kabiną, a tylna szyba nie unosiła się wraz z klapą. To rozwiązanie niedługo później wprowadziło Renault w modelu R4 (Citroën Traction Avant miał go wręcz już przed wojną, z tym że to był inny segment), jednak Francuzi nie przyrządzali jeszcze swych hatchy na gorąco. Obie konieczne cechy – dużą klapę tylną i prawdziwie sportowy charakter – połączyli natomiast Włosi, którzy w 1971r. pokazali światu Autobianchi A112 Abarth. To miał być zresztą konkurent Mini, oferowanego wtedy w Italii przez firmę Innocenti, który wykreował całkiem nowy segment rynku.
W powszechnej świadomości segment ten stworzył Volkswagen Golf GTi, za którym stała ogromna marketingowa machina, ale on nadjechał dopiero w 1976r. W międzyczasie podobne modele przedstawili już Francuzi (Simca 1100 TI, Renault 5 Gordini), a nawet Amerykanie (AMC Gremlin, występujący między innymi z 4,9-litrowym V8). Ale z Golfem to niezupełnie bujda, bo dopiero on koncepcję spopularyzował. Był szeroko reklamowany, a energetyczna panika i pierwsze poważne przejawy prądów antysamochodowych sprawiły, że wielu entuzjastów, zamiast kłującego w oczy coupé czy roadstera, wolało kupić równie szybkiego, a niepozornego hatchbacka, dla laika nieodróżnialnego od wersji podstawowej.
W latach 80-tych hot-hatche praktycznie wyparły roadstery – bo były lżejsze, zwinniejsze, tańsze i dyskretniejsze, a odpowiednie osiągi uzyskiwały z mniejszych silników, co obniżało podatki drogowe i zużycie drogiego paliwa. W tej niszy szczególnie wyspecjalizowali się Francuzi – zapewne dlatego, że przy ich fiskalizmie była to najracjonalniejsza forma auta sportowego. A „gorąca klapa”, tudzież „hot-hatch” to po francusku hayon chaud (wym. AJĄ SZO – tego terminu Francuzi naprawdę używają, ale na poły żartobliwie, jak my mówimy „strzelający hamulec” zamiast shooting brake).
Samochody takie jak Peugeot 205 GTI czy Renault 5 Turbo obrosły prawdziwymi legendami. W kolejnej dekadzie pojawiły się nawet podobne modele antysportowego zazwyczaj Citroëna – AX 1,3 Sport i Saxo VTS, znacznie słabsze od rywali, ale poniekąd również „gorące” (albo przynajmniej „ciepłe”). Jednak najsilniej uwagę przyciągało Renault.
Najpierw, w 1994r. światło dzienne ujrzało Clio Williams, nazwane od współpracującego z Renault zespołu Formuły 1. Miało dwulitrowy silnik przerobiony z jednostki 1,8-litrowej, z całkowicie przeprojektowaną głowicą, rozrządem DOHC i kutymi tłokami, a także wydłużonym przełożeniem piątego biegu. Rozwijało 150 KM i 179 Nm, co dawało maksymalną prędkość 215 km/h i przyspieszenie do setki w 7,9 sekundy – czyli poziom dobrych sześciocylindrówek klasy wyższej.
Clio Williams powstało w celu homologowania dwulitrowego silnika do celów wyczynowych i oczywiście zdobycia rozgłosu. Wszystkie egzemplarze miały troje drzwi i ten sam niebieski kolor, połączony z 15-calowymi, złotymi felgami, jednak poza krzykliwą kolorystyką design pozostał spokojny.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Niebieski kolor dominował i w środku. Wyposażenie było relatywnie bogate (między innymi z elektrycznie poruszanymi lusterkami i szybami, choć bez ABSu ani poduszek powietrznych, nawet za dopłatą), co potwierdzało, że producentowi chodziło raczej o efektowny model topowy niż bicie rekordów na torach.
Foto: materiał producenta
Pomiędzy połową 1993 i końcem 1995r. Clio Williams znalazło 5.400 nabywców, po czym przestało spełniać normy emisji spalin i zostało wycofane. Z uwagi na rozwiązanie kontraktu z Williamsem Renault nie wróciło już do tej nazwy, za to w 2001r. pokazało coś zupełnie szalonego – Clio V6!!
Clio V6 wymyślił Axel Breun – człowiek, który wcześniej próbował połączyć karoserię Twingo I z mechaniką Ferrari 308 (po zauważeniu, że rozstawy osi i kół obu aut są prawie identyczne). Wtedy nie przekonał zarządu, ale gdy na przełomie wieku całą branżę opanowała dekadencja…
Projekt Clio V6 został powierzony brytyjskiemu zespołowi Tom Walkinshaw Racing, którego zakład produkcyjny znajdował się w Szwecji (dopiero wersja poliftingowa była wytwarzana we francuskim Dieppe, w dawnej siedzibie Alpine). Auto nawet koncepcyjnie różniło się od bazy: miało centralnie umieszczony silnik, napęd kół tylnych i całkowicie odmienną strukturę karoserii.
Między osiami pracowała V6-tka o pojemności 2946 cm³. Początkowo oferowała 226 KM i 300 Nm, a po kuracji wzmacniającej, zaaplikowanej w 2003r. przez inżynierów Porsche – 254 KM (przy niezmienionym momencie). Pozwalało to rozpędzać się do odpowiednio 235/250 km/h i osiągać setkę w 6,4/5,8 sekundy.
To była angielska konstrukcja wytwarzana w Szwecji i zmodernizowana przez Niemców, która seryjne Clio przypominała jedynie ogólnym kształtem nadwozia (same blachy poszycia też nie były współwymienne). Mimo to, najpopularniejszym z 14 kolorów lakieru pozostał francuski błękit. Kabina mieściła tylko dwie osoby i bardzo niewielki bagażnik z przodu, a potężne poszerzenia karoserii przywodziły na myśl niegdysiejsze Renault 5 Turbo.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Wnętrze było już prawie seryjne – fantazji wystarczyło tylko na niebieskie wstawki. Do standardowego wyposażenia należała skórzana tapicerka, klimatyzacja, czujniki deszczu i ciemności oraz odtwarzacz CD.
Foto: materiał producenta
W latach 2001-2002 wyprodukowano 1.631 egz., później, do 2005r., kolejne 1.309 wersji poliftingowej. To znacznie poniżej planu – między innymi z powodu koncepcji mocno ograniczającej praktyczność i narowistego zachowania w zakrętach. Byli jednak i entuzjaści – np. Jeremy Clarkson zaliczył Clio V6 do pierwszej dziesiątki swych ulubionych samochodów.
***
W trzeciej generacji Clio nie było już takich ekscesów, były za to usportowione specyfikacje o pełnej praktyczności miejskiego autka i przystępniejszych cenach. Oferował je oddział Renault Sport (alternatywnie pisany Renaultsport), utworzony w 1976r. z przekształconych komórek firm Gordini i Alpine. To smutne, że i o nim musimy już pisać w czasie przeszłym, bo samochody drogowe przestał oferować z końcem 2023r. Wciąż jednak można się cieszyć tymi, które zdążył wypuścić.
Renault Sport wsławiło się uczestnictwem w większości form samochodowego sportu: w międzynarodowych rajdach, imprezach off-roadowych, w mistrzostwach Formuły 1, 2, 3 i Formuły E, w wyścigach górskich, samochodów sportowych i turystycznych ( ponadto samodzielnie organizowało wyścigi Formuły Renault, Pucharów Renault Clio i Dacii Logan). Na rynku cywilnym logo Renault Sport nosił efemeryczny model Spider (1996-99), najszybsze wersje Clio (1998–2023), Megane (2004–2023), Twingo (2011-19), Arkany (2021–2023) i Captura (2021–2023), a w Ameryce Łacińskiej dodatkowo Sandero (2015-21).
Clio Renault Sport pojawiło się w generacji drugiej, w 1998r. Dwulitrowy silnik ze zmiennymi fazami rozrządu rozwijał początkowo 172, a potem 182 KM, od czego pochodziły oznaczenia kolejnych specyfikacji (Clio RS 172 / 182). Wystarczyło to, by 100 km/h osiągać w nieco ponad 7 sekund. Auto ważyło tylko 1.060 kg.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Purystyczna wersja Cup została odelżona do 1.020 kg, a dodatkowo dostała między innymi poszerzony rozstaw kół i bardzo ostre podwozie z pogrubionymi stabilizatorami, pozbawiono ją za to ABS-u, klimatyzacji i wielu innych dodatków. W testach przyspieszała do setki nawet w 6,2 sekundy, choć producent podawał 6,5.
Foto: Jeremy, Licencja CC
Clio III z 2005r. od początku występowało jako RS. Reklamy mówiły o rozwiązaniach z Formuły 1, jednak masa wzrosła o aż prawie 200 kg (do 1.250 kg). W kwestii dynamiki skompensowały to dodatkowe konie mechaniczne (których teraz było 197), w połączeniu z nową, sześciobiegową skrzynią o bardzo krótkich przełożeniach, natomiast własności jezdne nieco ucierpiały.
W Renault Clio III RS 197 (216 km/h, 6,9 sekundy do setki) w oczy rzucały się elementy aerodynamiczne, w tym odpowietrzniki nadkoli i tylny dyfuzor
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Wersja Cup
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Po liftingu z 2009r. silnik zyskał dodatkowe 3 KM, więc oznaczenie zmieniono na Clio RS 200. Z przodu pojawił się splitter, z tyłu – dwie duże rury wydechowe wystające z dyfuzora.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Wersja Cup przeszła dodatkowe modyfikacje podwozia
Foto: materiał producenta
***
Auto, które do przejażdżki udostępnił mi Maciek, to poliftingowa generacja III, czyli RS 200 z 2010r. Mówimy więc o aucie piętnastoletnim, z przebiegiem prawie ćwierć miliona kilometrów. Pierwsze 186 tys. jest udokumentowane pieczątkami z serwisu w Szwajcarii, a co ważniejsze, nadwozie nie nosi śladów napraw blacharskich (lakierowana była tylko tylna klapa – co wskazuje na szkodą parkingową lub niegroźne najechanie z tyłu). Hot-hatch, którego przez piętnaście lat nikt nie rozbił, to wielka rzadkość, ale jak widać, występująca w przyrodzie. Podobnie jak egzemplarz nietuningowany – no, prawie, bo u Maćka niefabryczny jest wydech KTR, obniżony splitter oraz elementy Clio RS Cup (przednie zawieszenie i zaciski hamulcowe – to jednak nie całkiem tuning, tylko seryjne części innej wersji).
Jeszcze niedawno sportowe auto z tak długim życiorysem nie miało prawa dobrze wyglądać i jeździć – tymczasem dziś trudno odróżnić je od rocznego, o ile trafimy zadbany egzemplarz. Maciek zdecydował się polakierować porysowane elementy boczne, natomiast mechanicznie zlecił tylko rozbudowany pakiet serwisowy – żadne naprawy nie były konieczne.
Foto: praca własna
Clio zalicza się do segmentu B, ale granice klas z czasem się przesuwają. Auto Maćka mierzy 4.016 x 1.768 mm, przy rozstawie osi 2.583 mm – jest więc aż o pół metra dłuższe i o ćwierć szersze od niegdysiejszego Renault 5. Jeśli XXI-wieczne samochody „małe” umieją zaskakująco wiele, to głównie dlatego, że po prostu przestały być małe. Widać to nawet w sporcie: 40 lat temu typowymi rajdówkami były Fiat 131 czy Ford Sierra, w naszym stuleciu są nimi Punto i Fiesta (tzn. były, bo dziś znikły już z rynku).
Dla niektórych to problem, że ich zabawkowy samochód miałby nazywać się Renault Clio, ale segmentacja rynku to sprawa umowna. Ważne, że chodzi o czterometrowy wóz, w którym każdy z mechanicznych rumaków ciągnie zaledwie 6,25 kg. To stosunek porównywalny z Ferrari 308 GTS albo Porsche 911 SC z 1979r.
Tym razem zacznę od silnika. To jednostka typu F4R – dwulitrowa, wolnossąca, z rozrządem DOHC i zmiennymi fazami zaworów dolotowych. Jej żeliwny kadłub pamięta wczesne lata 80-te i premierę Renault 9/11, ale ciągły rozwój zdołał wydobyć z niej 200 KM przy 7.100 obrotach i 214 Nm przy 5.400. Tu nie ma turbiny, jest za to staroświecki pedał sprzęgła i wielki apetyt na obroty.
Foto: praca własna
Wcześniejsze hot-hatche dało się pomylić z wersjami emeryckimi, ale XXI-wieczni styliści wyeliminowali takie ryzyko – bo mało kto przeoczyłby rozbudowane spoilery, ogromne wloty powietrza, poszerzenia błotników z otworami wentylacyjnymi i 17-calowe felgi ukazujące wielkie zaciski hamulców.
Foto: praca własna
Opony 215/45 R17, wentylacja poszerzonych nadkoli, obniżony splitter. Takie widoki były kiedyś zarezerwowane dla supersamochodów, teraz możemy podziwiać je w (teoretycznie) miejskim hatchbacku. Podobnie z osiągami: 200 KM i 6,9 sekundy do setki to poziom, jaki w młodości spotykaliśmy tylko na obrazkach z gum Turbo.
Foto: praca własna
Twarzy Clio dynamiki dodaje czarna część środkowa i łezkowate reflektory, tworzące coś w stylu szatańskiego uśmieszku. Superniski splitter przypomina skrzydła bolidów F1: z jego powodu przed progami zwalniającymi trzeba hamować do 10 km/h, a wjechać na krawężnik praktycznie się nie da, ale i oryginalny, 119-milimetrowy prześwit zbliża się do obowiązującego w niektórych krajach 11-centymetrowego minimum ustawowego.
Foto: praca własna
Cała sylwetka jest zwarta i muskularna, choć raczej pozbawiona charakterystycznych smaczków. Poniekąd przypomina ówczesne Renówki o kształcie żelazka, ale nie rzuca się to w oczy tak bardzo.
Foto: praca własna
Dawno temu każdy szybki samochód wyróżniały jak najdłuższa maska silnika, jak najniższy dach i miejsce kierowcy cofnięte przed tylną oś (patrz Jaguar E-Type). Wynikało to z analogii do poprzedniego symbolu szybkości, czyli potężnych parowozów, i przywodziło na myśl błyskawiczne pokonywanie długich dystansów. Dzisiejszy wzorzec jest inny.
Nowoczesne samochody sportowe wywodzą się z małych modeli seryjnych i mają być przede wszystkim zwinne – stąd krótki rozstaw osi, krótka maska kryjąca poprzecznie ustawiony silnik, dość wysoka kabina (bo gdzieś ludzi pomieścić trzeba), gwałtownie ucięty tył i duże koła na niskoprofilowych oponach. Taką aparycją Clio nie pozostawia wątpliwości, że na rajdowym OSie ucieknie każdemu.
Foto: praca własna
Dawniej w kwestii techniki uwagę przyciągał głównie silnik. Teraz ważniejszy jest układ jezdny – w tym hamulce, których zaciski jaskrawo się lakieruje (w RS 200 powinny być żółte, ale z przodu widzimy czerwone z wersji Cup). Przednie tarcze są wentylowane, tylne pełne, a ich średnice wynoszą 312 i 300 mm. Prawie jak pizza dla dwóch osób.
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Splitter i otwory w błotnikach walczą z unoszeniem przedniej osi, przy tylnej rolę tę pełni dyfuzor. Poza tym detalem stylistyka tyłu jest spokojniejsza.
Foto: praca własna
Poprzedni właściciel auta był fanem torowej jazdy i jednocześnie kultury meksykańskiej – stąd taka kombinacja naklejek
Foto: praca własna
286-litrowy bagażnik wystarcza w hatchbacku, w aucie sportowym tym bardziej
Foto: praca własna
Wnętrze niestety rozczarowuje, bo więcej w nim taniego Clio niż kwalifikowanego hot-hatcha. Boczek drzwi jest całkiem banalny (choć szacunek budzi brak zużycia po 15 latach i ćwierci miliona kilometrów).
Foto: praca własna
Odrobinę emocji wnoszą jaskrawo żółte aplikacje i pasy bezpieczeństwa. To dosyć rzadka opcja – w większości egzemplarzy panuje pospolita szarość (a szkoda, bo sam ten kolor daje pewnie z pięć koni więcej 😉 ).
Foto: praca własna
Kubełkowe fotele mogą być ciasne dla wielkoludów, ale ja szczęśliwie nie mam tego problemu. Dobrze trzymają, dobrze podpierają, a poruszane są ręcznie – słusznie, bo w tym gatunku nadmiar elektromotorków jest tylko zbędną tkanką tłuszczową.
Foto: praca własna
Z tyłu mamy zwykłe Clio, tyle że bez środkowego zagłówka, za to z żółtymi pasami
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Logo Renault Sport, perforowane nakładki pedałów i takiż podnóżek – to cieszy, choć podnóżka trudno użyć, bo lewa noga nie ma kiedy odetchnąć!!
Foto: praca własna
Żółta listwa Renault Sport, żółte tło obrotomierza i żółty pasek na kierownicy – tylko tyle wyróżnia kokpit Clio RS 200
Foto: praca własna
Co jak co, ale kierownicę mogliby dać inną niż w autach nauczycielek i recepcjonistek. Najważniejsze jednak, że inne są jej reakcje.
Foto: praca własna
Z wydłużonej skali szybkościomierza trudno czasami odczytać wskazanie, choć najpopularniejsze wartości ograniczeń zaznaczono wyraźnie
Foto: praca własna
***
Clio RS bywa uznawane za króla hot-hatchy (oczywiście w swoim segmencie, bo istniały jeszcze „gorące” kompakty – Mégane RS, Golf GTI czy Civic Type-R). Dlatego mnie ciekawiło, jakie będzie w bezpośrednim kontakcie.
Jak stali Czytelnicy wiedzą, należę do kierowców spokojnych. Bardzo cenię komfort, duża moc to dla mnie głównie dostępność rezerw, a w kwestii stylistyki nie lubię krzykliwości. Dlatego hot-hatcha na pewno bym nie kupił – ale kupić to jedno, a nacieszyć się przejażdżką to coś całkiem innego.
Wizualnie auto podoba mi się właśnie ze względu na swe umiarkowanie. Ja zdecydowanie wolę Ferrari Daytonę od Lamborghini Countach, dlatego Clio RS przemawia do mnie bardziej niż zwariowany Civic X Type-R, którego nawet mój brat zwie „kapitanem Daimosem”. Takie wybryki są oczywiście ciekawe i współtworzą motoryzacyjną różnorodność, ale we własnym garażu wolę coś bardziej wyważonego.
Uważam, że styliści Renault dobrze zaakcentowali wyjątkowość tej wersji – nie za mocno, nie za słabo, po prostu w sam raz
Foto: praca własna
W środku mogliby bardziej postarać się o atmosferę. W ich zastępstwie postarał się Maciek, który zorganizował skórzane, antupoślizgowe rękawiczki do sportowej jazdy, a do kluczyka-transpondera przypiął zawieszkę z napisem danger – siège éjectable („uwaga – fotel z katapultą”), przywiezioną z jednego z francuskich lotnisk. A na lotniskach Maciek niemalże mieszka, bo na co dzień jest kapitanem liniowych samolotów pasażerskich.
Foto: praca własna
Uruchomiony przyciskiem silnik odzywa się głośno, bo do nielicznych modyfikacji auta należy wydech KTR – do niedawna mocno strzelający po odjęciu gazu, wskutek celowego „dolewania” paliwa (jak w rajdowym podtrzymaniu turbo, choć tu żadnej turbiny nie ma). Tę funkcję Maciek zdezaktywował u profesjonalnego tunera, ale hałas pozostał spory. Tu pomaga zawód właściciela – mianowicie dostęp do lotniczych słuchawek z aktywnym tłumieniem, bez których przejazd 300 km spod Warszawy do Krakowa ogromnie zmęczyłby uszy.
Hot-hatch nie jest samochodem podróżnym. Tzn. nie dzisiaj: kiedyś na przykład Niemcy jeździli Isettami do Włoch, z dziećmi i sprzętem campingowym na dachu, a Anglicy zasuwali spartańskimi roadsterami w zacinającej ulewie przy 5ºC – jednak w XXI wieku mało kto to rozumie, a naśladować nie chciałby chyba nikt. Clio nie jest nadmiernie ciasne, ma klimatyzację, elektryczne szyby i wszystkie wygody, za które jeszcze niedługo wcześniej dopłacało się w Mercedesach, jednak głośność i twardość zniechęcają do dalszych wojaży. By może dlatego, że takie samochody rzadko bywają jedynymi w garażu, a jeśli mamy coś wygodniejszego, to po co się męczyć?
Czasami jednak nie ma wyjścia: np. gdy ktoś mieszka na Mazowszu, a chce sobie pojeździć po fajnych drogach, musi jakoś przeboleć te 300 km. Najlepiej w aktywnych słuchawkach.
Foto: praca własna
Do Clio RS trzeba mieć czucie w nogach. Bardzo nerwowe są pedały, a najbardziej hamulec. Jeśli ktoś myśli, że stare hydrocytryny, z układem wysokociśnieniowym, hamują zero-jedynkowo, to polecam przejechać się Clio RS. Tu łagodne zatrzymanie jest dużo trudniejsze niż w DSie albo SMie, choć oczywiście wchodzi w krew po kilkunastu próbach. Sprzęgło i gaz też działają ostro, więc płynna jazda ogólnie wymaga odrobiny koncentracji.
Nogi musimy nieco poćwiczyć, łatwiej natomiast z rękoma. Kierownica rodem ze zwykłego Clio pracuje całkiem zwyczajnie – tzn. układ jezdny jest oczywiście inny, ale przełożenie i łatwość obracania nie powodują dyskomfortu. Ręka – konkretnie prawa – obsługuje też skrzynię biegów. Tutaj Clio jest fenomenalne: perfekcyjna synchronizacja, perfekcyjna precyzja i krótkie drogi drążka przypominają najlepsze przekładnie japońskie (albo nawet je biją). To bardzo pozytywna niespodzianka. Również dlatego lewa stopa nie ma kiedy spocząć na podnóżku – mieszanie drążkiem sprawia po prostu zbyt wiele frajdy, by z niego rezygnować.
Silnik – prócz tego że głośny – jest jednak elastyczny. Mówię tu o formalnej definicji elastyczności, czyli szerokości pasma użytecznych obrotów: kto chce, może każdorazowo wkręcać się powyżej 7.000, ale to nie jest konieczne, bo zmiana biegu przy 5.000 też daje znakomitego kopa. W dół nie zejdziemy tak bardzo jak w dieslach, ale z 40-tki na czwórce wygrzebiemy się bezproblemowo. Taki charakter nieczęsto zdarza się w wolnossących jednostkach o takim wysileniu – bo przecież mówimy o 100 KM i ponad 100 Nm z litra.
W dzisiejszych czasach dwieście koni nikogo nie powala, warto jednak pamiętać o wciąż umiarkowanej masie (mimo dużego przyrostu w stosunku do poprzednika), krótkich przełożeniach sześciobiegowej skrzyni, no i o realiach drogowych, w których satysfakcjonujące wykorzystanie 200 KM jest jak najbardziej możliwe, bez obrażania zdrowego rozsądku. Na krętych, górskich drogach jest to poziom optymalny: kopiący w plecy na każdym wyjściu z zakrętu, ale jeszcze niezmuszający do nakładania samemu sobie kagańców, koniecznych np. w 280-konnej Alfie Giulii albo 320-konnym Civicu Type-R, w których pełnego ognia zupełnie nie ma gdzie dać. Silnik Renault Sport, w połączeniu z dziecinnie łatwą i wdzięczną zmianą biegów, pozwala poczuć się panem mocnej maszyny – a o to dokładnie chodzi w samochodzie sportowym (oczywiście znam takich kierowców, dla których 6,9 sekundy do setki to żart, a nie sportowe emocje, ale to nie są klienci na hot-hatche).
Trochę inaczej sprawa wygląda na autostradzie: przy 100 km/h na szóstym biegu wał kręci się 2.900 razy na minutę, przy 140 już ponad 4.000. Pozwala to sprawnie przyspieszać i aktywnie wciskać się w luki, ale mocno męczy uszy. Na mojej trasie testowej autostrady jest tylko pięć kilometrów, jednak nie dziwię się Maćkowi, który w drodze z Warszawy chwilami zakładał te swoje słuchawki. Być może pomogłoby dłuższe przełożenie szóstki – można by potraktować ją jak niegdysiejsze nadbiegi, do szybkich, długich przelotów, nawet kosztem zwiększonego odstępu od piątki. Uszy na pewno by doceniły, choć z drugiej strony nie wiem, ilu właścicieli Clio RS na co dzień podróżuje daleko. Oni do tego celu naprawdę mają osobne samochody.
Dodam jeszcze, że strzały z wydechu wciąż słychać, tyle że w stopniu „naturalnym”, wynikającym z chwilowego niedopalania mieszanki po nagłym ujęciu gazu, a nie wtrysku dodatkowej dawki – i to brzmi nawet fajnie 🙂
Z opisywaniem zawieszeń sportowych aut mam pewien problem, bo bez zamkniętego toru i specjalnych umiejętności da się wykorzystać tylko skromny ułamek ich potencjału. Ktoś taki jak ja, na drodze publicznej, stwierdzi tylko, że w zakrętach koła są jak przyspawane do asfaltu, również na dziurach, a na szybkim łuku celowy wjazd w głęboko wpuszczoną studzienkę praktycznie nie zmienia toru jazdy (mimo że z tyłu nie ma wielowahacza, a tylko belka skrętna – dopiero w takim aucie widać, że ona potrafi robić robotę). Komfort jest dobry, jak na ten segment: do Polski z roku 1995 Clio RS by się nie nadawało, ale po Polsce współczesnej da się jeździć – o ile nie rozwalimy splittera o próg zwalniający albo krawężnik.
Jedyne zastrzeżenie miałbym do zauważalnego wyciągania kierownicy z rąk po głębszym wciśnięciu gazu. W mocnej przednionapędówce jest to zjawisko poniekąd naturalne, jednak np. Honda skuteczniej zwalcza je przy 320 KM niż Renault przy 200.
Hot-hatch na krętej, bocznej drodze to niesamowita frajda
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Foto: praca własna
***
Hot-hatch to ciekawy gatunek – łączący osiągi kwalifikowanych aut sportowych z nadwoziem toczydełka segmentu B (lub C). Celowo nie piszę „z pragmatycznością”, bo komfort i koszty są jednak trochę inne. Zwykłe Clio wygodnie przewiezie nas przez pół, a nawet całą Polskę bez bólu uszu (a do pewnego stopnia – również kręgosłupa), nie spali też przy tym dziesięciu litrów paliwa na 100 km (a dynamiczna przejażdżka w górach potrafi pochłonąć sporo więcej).
Clio RS trudno się podróżuje i drogo tankuje. Silniki nie są aż tak wytrzymałe, jak można by się spodziewać (choć to zależy od sposobu eksploatacji), słyszy się też o szybkim zużyciu synchronizatorów przekładni i niepełnym wysprzęglaniu wskutek rozszczelnienia hydrauliki. Jednak do weekendowych przejażdżek po ciekawych drogach trudno znaleźć coś równie emocjonującego, a co do problemów – u Maćka, w 15-letnim egzemplarzu po 248 tys. km, wszystko działa jak trzeba. Co tylko potwierdza, że warto szukać zadbanych, nieklepanych egzemplarzy ze Szwajcarii, nawet jeśli w segmencie hot-hatch znaleźć takie niełatwo.
W przyszłości łatwiej nie będzie, bo nowych się nie doprodukowuje. Od 2023r. dział Renault Sport nie oferuje żadnych aut cywilnych, bo we Francji zakup samochodu spalającego średnio 8,5 litra na 100 km (w urzędowym języku zwanego „emitującym 195 g CO2 / km”) oznacza wyrok 70.000€ grzywny – i ta kwota będzie systematycznie rosła. Nikt nie dopłaci tyle do Renault Clio, nawet dwustukonnego. Fajnie jednak, że takie samochody istniały – przez prawie 30 lat, jeśli liczyć od wersji Williams i znacznie dłużej, jeśli dołożyć inne modele i marki. To piękny i wyjątkowo radosny kawałek motoryzacyjnej różnorodności.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Samochód akurat na dzień dziecka. Bardziej zabawka niż samochód poliwalentny, ale w życiu musi być też miejsce na zabawę i uciechy. Proszę tego nie odebrać jako umniejszanie, bardzo podoba mi się ten wóz i myślę, że to jest prawdziwa sportówka w bryle hatchbacka.
Fanem „Reno” stałem się od kiedy zakupiłem Scenica, a i przekonywanie trochę trwało. Wcześniej byłem sceptyczny, ale Megane RS i właśnie Clio zawsze mi się podobały.
Natomiast co mnie zaskoczyło to precyzyjna praca drążka skrzyni biegów. Miałem do czynienia z bardziej cywilnymi przedstawicieli motoryzacji francuskiej i ten element zawsze był odległy od precyzji. Czyli udowodnili, że się da. I drugi punkt, uważam, że w tych rocznikach w autach cywilnych „francuska belka” już została porzucona na rzecz belki skrętnej. I wydaje mi się, że w Clio 3 też już jest klasyczna belka skrętna.
Skrzynia znakomita, podkreślam raz jeszcze. Co do belki francuskiej – tak mówił mi właściciel, sprawdzę to w wolnej chwili.
A co do Dnia Dziecka – w sobotę jeździłem kolejnym przedstawicielem gatunku, dużo starszym i słabszym, ale niesamowicie radosnym. O nim będzie następny artykuł i zapewne dzisiejszyc post na FB. Tyle że z artykułem mogę się spóźnić o dzień, z powodu innych zajęć i chwilowego braku marginesu 🙁
Szk, chciałbym zauważyć, że Loeb na „antysportowych” Citroenach począwszy od ZXa i Saxo, przez Xsarę, C4 do DS3 dziewięć razy wygrywał WRC, a C4 VTR by Looeb (2.0 186 KM) to jak najbardziej Hot-Hatch.
Słuszna uwaga – jakoś zafiksowałem się na segmencie B i latach 90-tych.
Piszę o „antysportowości”, bo hydropneumatyka taka właśnie jest (wiem, w rajdach też trochę służyła, ale nadaje się do tego średnio), a modele cywilne historycznie rzadko bywały sportowe. To mówiłem ja, Jarząbek, wielki fan Hydrocytryn!! 🙂
Ja bym jeszcze dodał choćby istnienie Visy GTI, z tą pamiętną reklamą na lotniskowcu 🙂
Myślę, że Xsara VTS (2.0 167KM + około 1200kg) też zasługuje na miano hot-hatcha. Miałem Xsarę zwykłą (1.6 88KM) i tam była „francuska belka”, która wychylała się o kilka stopni względem osi podłużnej pojazdu w czasie pokonywania zakrętów. Dawało to przyjemną (bardziej neutralną niż podsterowną) charakterystykę prowadzenia, którą nawet taki laik wyczuwał w porównaniu z innymi przednionapędowymi kompaktami.
Przejęzyczyłem się, powinno być C4 VTS by Loeb. VTR miały usportowiony wygląd, ale nie osiągi. Sam miałem Xsarę VTR z silnikiem 1,4 75 KM. Dwudrzwiowa, ospoilerowana, ale trzeba ją było piłować, żeby jakoś jechała. Zwieszenie miała faktycznie fajne, choć ciut miękkie. Lepiej zestrojone zwieszenie ma C4 VTR, które mam od 14 lat (a ma 17), tym razem diesel 1,6 Hdi. Do dziś nie daje powodów, żeby się z nim rozstać, chociaż ostatnio jeździ głównie po sadzie i na zakupy do marketu.
Styl 3 generacji usportowionego Clio zupełnie mi nie odpowiada. Poprzednik był bardziej stonowany i tylko delikatnie zmieniony. Ten sam problem ma np. Civic późniejszych generacji- niepotrzebnie i przesadnie stylizowany na szybki.
Tak, Civic był zdecydowanie przesadzony (zwłaszcza gen. X), ale to oczywiście kwestia gustu, każdy powie coś innego. Ja Clio III RS uważam za złoty środek.
Pizza dla dwóch osób? Chyba niegłodnych 😉
A te francuskie podatki od CO2 są wprost obłąkane. Ja wiem, że ich system podatkowy chyba „od zawsze” był dość mocno antysilnikowy, ale żeby aż tak… Jest jakieś (najlepiej anglojęzyczne) źródło, w którym można o nich więcej poczytać w ujęciu historycznym? Ciekawi mnie to, bo często wyjaśnia z pozoru dziwne decyzje. Choć akurat współcześnie to Francuzi mogliby łaskawie popatrzeć dalej niż czubki własnych nosów i jednak oferować coś też rynkom, które nie mają takiego świra podatkowego. Niemcom się jakoś opłaca…
A już tak bardziej na temat – bardzo fajne auto. Hot hatche często wzbudzają moją sympatię, te z segmentu B tym bardziej, tak samo francuskie.
Nie zgadza mi się coś z listą i datami modeli RS – czy tam są też wliczone jakieś RS-line, czy jakkolwiek to się w Renault nazywało? Na pewno z Twingo jest błąd, bo Twingo RS było robione w latach 2008-2013, a potem to nie wiem, może co najwyżej jakiś pakiet stylistyczny, bo szczytem oferty było GT ze 110-konnym 0.9.
Ja kiedyś mogłem się najeść z żoną pizzą 32 cm, ale oczywiście, że to zależy od apetytu 🙂 No i od pizzy, bo taka prawdziwa włoska to faktycznie mniej treściwa jest, typowo polska już bardziej.
Co do stawek podatków: Francja zawsze była tutaj najbardziej restrykcyjna na świecie, choć inne kraje śródziemnomorskie – Włochy, Grecja, Portugalia – też mocno strzygły kierowców. Tzw. „malus ekologiczny” (przeciwieństwo do „bonus”) jest we Francji faktycznie olbrzymi, ale jednorazowy (za drogi płaci się w paliwie, jak u nas), za to Włosi żądają corocznego podatku w wysokości nawet powyżej 20k€ za samochody z najwyższej półki. Wspominałem kiedyś Włocha imieniem Dante, mieszkającego w Krakowie – on jeździł tu 911-tką i mówił, że we Włoszech nigdy by sobie takiego auta nie kupił, bo musiałby co roku prezentować państwu równowartość podstawowego Golfa.
Informacje o stawkach współczesnych są oczywiście wszędzie, francuskie ostatnio tutaj linkowałem. Historyczne próbowałem znaleźć, żeby może zrobić o tym przekrojowy artykuł, ale niestety niewiele znalazłem.
Daty produkcji modeli są wzięte z listy produktów Renault Sport, znalezionej w necie – niewykluczone, że „produkt Renault Sport” w późniejszych latach oznaczał np. tylko jakiś pakiet spoilerów. Sprawdzę to dokładniej.
Te podatki to jakiś absurd, ale patrząc optymistycznie oznacza to, że „są rezerwy” i jeżeli Trump zablokuje samochodom z UE dostęp do rynku USA, to samo obniżenie podatków pozwoliłoby żeby rynek wewnętrzny wchłonął przynajmniej część produkcji – w każdym razie jest gdzie ciąć.
Nie chcę psuć atmosfery i robić za niszczyciela ludzkich nastrojów, ale plany są dokładnie odwrotne, zostały potwierdzone wiosną – że nie będzie taryfy ulgowej poza przesunięciem terminu rozliczenia kar dla producentów na 2028r. (te kary są niezależne od płaconych przez nabywców i liczone od każdego grama powyżej 95/km, czyli od każdego auta spalinowego).
Już lata temu oficjele mówili, że „samochody będą zwalczane tak samo jak papierosy” i że „przeciętnego człowieka ma nie być stać na samochód”. Nikt na to uwagi nie zwracał, w zasadzie nie wiem czemu, a jak ktokolwiek podnosił tą kwestię, cytując oficjalne wypowiedzi, to był odsyłany do psychiatry (względnie wyzywany od ruskich agentów, chociaż cytaty pochodziły od naszych polityków, nie rosyjskich).
Dziś wszyscy są mega zszokowani, że „ale jak to?”. Bardzo nie chcę mówić, że mi to przypomina „szok” Niemców w 1945., ale analogia jest oczywista (poza tym że odpowiednik 1945r. jeszcze nie nadszedł, ale nadejdzie szybciej niż nam się zdaje). Oczywiście każdy prąd polityczny można odwrócić, tylko nie wiem, czy będzie miał kto to zrobić, bo ludzie buntują się zwykle wyłącznie wtedy, kiedy zagraża im biologiczny głód lub biologiczna zagłada. Wszystko inne akceptują, o ile przychodzi stopniowo i łagodnie.
Gdyby ludzie buntowali się tylko wówczas gdy grozi im biologiczny głód, albo zagłada, to PRL ze swoja „małą stabilizacją” trwałby w najlepsze, a w UK nie byłoby „Brexitu”. W całej UE coraz bardzie rosną w siłę partie prawicowe, a politycy są jednak wciąż zależni od woli wyborców, jeżeli dodatkowo dojdzie do tego utrata miejsc pracy i zwijanie przemysłu, to prędzej czy później pójdą po rozum do głowy, że trzeba spróbować czegoś innego i dotychczasowa polityka się nie sprawdziła. Mimo wszystko wierzę, że politycy (także ci w UE) kierują się pewną racjonalnością i nie chcą zniszczyć Europy tak „dla zasady”.
Obyś miał rację.
A co do protestów, zauważ, że w PRL wszystkie protesty miały miejsce po drastycznych podwyżkach cen żywności. Żadna z demonstracji nie chciała wolnego rynku, wolnych mediów, wolności podróżowania ani wolnych wyborów, nigdy – wszystkie chciały tylko dostępu do żarcia, niczego innego. Dziś mówimy, że oni walczyli o wolność, ale bezpośrednimi przyczynami były zawsze podwyżki cen artykułów spożywczych – skokowe o kilkadziesiąt lub kilkaset procent.
System się rozleciał nie z powodu powodu protestów, tylko całkowitego załamania gospodarczego, po którym władza uznała, że jednak lepiej będzie pójść w kierunku wolnego rynku (Gorbaczow zaczął to u siebie w 1985r. i nie chciał interweniować w krajach formalnie wciąż mu podległych), więc zrobili Okrągły Stół i pozwolili ludziom zarabiać na siebie – chociaż niestety nie nauczyli ludzi, jak to się robi i na czym wolność polega, co spowodowało całe mnóstwo problemów. Natomiast teraz zamordyzm wchodzi w innej postaci, niegrożącej głodem, ale stopniowo likwidującej kolejne prawa obywatelskie, łącznie z podstawowymi swobodami, w powolnym tempie, żeby nie sprowokować buntu.
To nie jest niszczenie dla samego niszczenia – to jest budowa struktur władzy zabetonowanej na zawsze i mogącej wszystko. Jak w reżimach afrykańskich. Tylko małymi krokami, z solidnym fundamentem w postaci urabiania ludzi, że tak jest słusznie i sprawiedliwie, a bez tego będą same tragedie. I to działa, bo wchodzi stopniowo. Zachód jest na innym etapie tego urabiania, dlatego tam można już brać 70k€ od każdego sprzedanego samochodu z silnikiem 2,0, u nas jeszcze na to za wcześnie, ale żadne mainstreamowe medium nie powie, że we Francji tak jest, bo by się jeszcze ktoś zreflektował. Ale do nas to też przyjdzie, tylko za moment.
Mimo wszystko staram się być optymistą. Żeby sprawować władze nie trzeba przecież pozbawiać ludzi motoryzacji. Myślę, że PRL zaczął się chwiać w posadach, bo:
1. zaczęła padać gospodarka;
2. na tyle się otworzył na zachód, że ludzie zaczęli dostrzegać, że można żyć inaczej.
Przenosząc powyższe na grunt UE:
1. gospodarka obciążona normami emisji i innymi obostrzeniami zaczyna padać;
2. ludzie mają większą świadomość niż kiedykolwiek w historii jak żyje się w innych krajach.
Trudno mi sobie wyobrazić, że ludzie będą oglądać na Youtube Amerykanów cisnących Mustangami, Chińczyków w najnowszych Hongqi, na wakacje przyjedzie do nas Białorusin w sprowadzonej Camry, a obywatel UE będzie na to patrzył, cisnął na rowerze z workiem ziemniaków na plecach i powie sobie – „ale u nas jest fajnie – w nastepnych wyborach znowu zagłosuję na Zielonych”.
Mogę poprosić o informację kto powiedział, że „samochody będą zwalczane tak samo jak papierosy” i że „przeciętnego człowieka ma nie być stać na samochód”?
Ten cytat pojawia się w co drugim wpisie.
Tak na szybko, to mamy byłego już wicekanclerza Habecka, który mówił, że świat bez producentów samochodów będzie lepszy:
https://taz.de/Der-Gruene-Robert-Habeck-ueber-Wohlstand/!5119247/
On wsławił się też propozycjami zaprzestania publikowania danych gospodarczych jako „zbyt jednostronnie opisujących rzeczywistość” i z tego samego powodu również wyrzucenia z dyskusji publicznych słowa „dobrobyt” czy też „poziom życia”.
Z kolei pani Merkel parę lat temu mówiła, że za 20 lat do wyjechania tradycyjnym samochodem na ulice będzie potrzebne zezwolenie ministerialne:
https://www.derstandard.at/story/2000059138106/merkel-selbstfahrende-autos-in-zwanzig-jahren-pflicht
Nie zachowuję takich linków, ale można ich znaleźć dużo – tylko na razie nie w Polsce, bo u nas jest jeszcze na to za wcześnie, tak jak za wcześnie jest na ujawnianie wysokości kar za CO2 we Francji czy Włoszech. Samemu oczywiście można wygooglować, tylko mało kto to robi.
Jeśli ktoś w „Zielonych” wierzy ideologicznie, to będzie zrzucał winę na wszystko, tylko nie ideologię. Tak jest np z inflacją – mimo że 90% amerykańskich dolarów w obiegu zostało wyemitowanych w ostatnich pięciu latach, to za inflację większość Amerykanów wini „chciwość przemysłowców”, bo tak mówi mainstreamowa prasa, a przeciętny człowiek nie umie tego zweryfikować. Tak samo było w Niemczech po 1918r.: rząd masowo drukował marki, inflacja sięgnęła 10% DZIENNIE, a pewien wąsacz powiedział potem ludziom, że winni byli sklepikarze i ich pazerność, pytając do tego retorycznie, jakiej narodowości jest większość sklepikarzy? No więc prawie nikt nie protestował, kiedy ze „sklepikarzami” wąsacz się potem rozprawiał. Ludzie nie szukają prawdy, tylko liderów, którzy podają proste rozwiązania. Najlepiej te, które za wszystko winią zaradnych bliźnich i pozwalają się poczuć moralnie lepszym od nich.
Jeszcze raz powtarzam, że chciałbym się mylić i że każdy prąd w świecie kiedyś się może odwrócić. Tylko że musi ktoś chcieć go odwrócić i tu widzę ogromny problem.
No więc podałeś opinię jednego z byłych polityków + artykuł jak Merkel wyraża pogląd gdzie to ludzie stanowią największe zagrożenie podczas jazdy samochodem i dlatego w przyszłości bezpieczniej będzie przejść na auta autonomiczne.
Nie wynika z tego, że lata temu oficjele mówili, że „samochody będą zwalczane tak samo jak papierosy” i że „przeciętnego człowieka ma nie być stać na samochód”. Żadne zdanie z powyższych nie wynika z tego co podałeś.
Jak czytam to co piszesz to mam wrażenie, że wyobrażasz sobie jakąś mityczną grupę trzymającą władzę, która chce naszej zguby. Moim zdaniem rzeczywistość jest bardziej trywialna ale zupełnie nie chcę wdawać się w filozofowanie. Raczej chciałbym skłonić Ciebie do posługiwania się liczbami (jak to często robisz) niż luźnymi opiniami, które nie mają mocnej podstawy.
Moim zdaniem grozi nam faktycznie zanik motoryzacji z wielu powodów (dostępu do metali ziem rzadkich) czy nadmiernego zaostrzania norm (jakby porównać normy ze sobą normy od EURO 1 do 7 to widać, że przy 5 można by się zatrzymać zarówno dla diesla i benzyny) ale zakładam, że wiele politycznych decyzji (w tym uzależnienie się od Rosji w kwestii gazu) to nie wynik spisku tylko źle pojmowanego interesu.
Pytanie czy jakoś można na te decyzje wpłynąć – wielcy producenci nie potrafią tego załatwić.
Te cytaty, które powtarzam, pochodzą z mediów, tylko sprzed około 10 lat, więc trudno mi je znaleźć. Oczywiście możesz w nie nie wierzyć, nie ma problemu. Gorzej, że to, co się dzieje z motoryzacją, nie zależy od tego, które cytaty uznajemy za prawdziwe. A wpływ na nią mamy tak, jak na SCT w Krakowie – gdzie na konsultacjach STO PROCENT ludzi podniosło rękę na „nie”, a uchwałę na „tak” podjęto „w odpowiedzi na społeczne zapotrzebowanie” (owszem, ona jeszcze nie obowiązuje, ale chcę tylko pokazać, ile możemy). Były jeszcze głosy mailowe – w przytłaczającej większości negatywne, ale odrzucone hurtem, z powodu „niezgodności z celem uchwały”. Czyli władza może sobie podjąć dowolną uchwałę, a jeśli ktoś jest przeciw, to się go ignoruje, bo „nie jest zgodny z tym, czego chcemy”. Możesz to nazywać spiskiem albo jak chcesz, ale liczy się wynik, a nie nazewnictwo.
A ciekawe, czy we Francji liczą też gramy co2 ze spalonych w zamieszkach samochodach? I kto płaci za ten nadmiar?
V6 fajnie by było mieć, chociaż oczy krwawią na jej widok. Na widok 3 generacji trochę mniej, ale wyglądowi dalej brakuje do neutralności. Całe szczęście wyglad to nie wszystko 😀
O ile pamiętam to Clio było dostępne jeszcze długo po tym, jak Honda powiedziała, że 2 litry i 200 koni bez turbo to się nie da, bo normy.
Google pokazuje, że z tyłu jest zwykła belka H. W ogóle jaki był ostatni samochód z „francuską belką”?
Głośnym wydechom jestem zdecydowanie przeciw.
„Kiedyś były czasy, teraz nie ma czasów” – więcej hot haczy nie będzie. Renault wcale nie pokazało 5 w wersji Alipne, która ma robić tą setkę w jakieś 6 sekund z hakiem.
Zacznę od końca.
R5 Alpine jest elektryczna, więc to zupełnie inny system walutowy.
Ja też za głośnymi wydechami nie przepadam, ale ten tutaj przechodzi przegląd, więc normy spełniać musi. Nie wiem też, na ile jego głośność jest odczuwalna z zewnątrz, bo to najważniejsza sprawa. Chcącemu (czyli kierowcy) nie dzieje się krzywda, otoczeniu już czasem może.
Z francuską belką powtórzyłem za właścicielem, ale po Waszych uwagach oczywiście to zmienię.
Co do Hondy: nie wiem, czy chodziło o emisję, czy po prostu o zmianę filozofii, tzn. łatwiejsze uzyskanie wyższych mocy? Bo Type R ma dziś z dwóch litrów 320 KM.
@ndv, myślę że ostatanie to były Xsara Picasso i Berlingo/Partner 1 polift. Oba były w produkcji gdzieś do 2008-2010, a weszły na rynek w końcówce ’90.
Samochody wychodzące na rynek po 2000 miały już zwykłą belkę skrętną (czyli 307/C4, Megane II i pochodne).
Jako były właściciel 3 RS czuję, że mogę udzielić tutaj nielicznego niepolityczno-gospodarczego komentarza – jest to świetne auto, jeśli ktokolwiek szuka hot hatcha (praktycznego!) w rozsądnym budżecie, to trudno o coś lepszego.
Silnik i jego wkręcanie sie w obroty jest ekstra, poszerzone body względem zwykłego clio (żeby zmieścić przednie zawieszenie z meganki) dodaje mu +50 punktów do fajności, a prowadzenie się jest bez zarzutu. Minusem jest jednak twardość (nie wyobrażam sobie używania wersji cup na codzień) i naprawdę męczący hałas na autostradzie. Nie mogę się też zgodzić z oceną skrzyni biegów – drążek jest jednak za długi (jak w zwykłym clio) i biegi są ustawione bardzo wąsko, co łatwo może skończyć się nieplanowaną redukcją przy przyspieszaniu. Pozytywnie zaskakuje też jakość wykonania tego auta jako całości – pomimo wieku i twardego zestrojenia nic nie trzeszczy i mało co się psuje, być może to kwestia bardziej manufakturowej produkcji w Dieppe. W każdym razie doświadczenie po przesiadce na mazdę mx-5 okazało się być zaskakująco traumatyczne i powodujące okresową tęsknotę za clio.
Hmm, ani razu nie zdarzyło mi się nie trafić w bieg – może Twoja skrzynia była zużyta?
Co do reszty, jak widać, w pełni się zgadzamy.
Odbiegając od tematu, czy istnieje słowo odelżony? Czy nie powinno się używać odciążony ewentualnie odchudzony?
Jeśli wygooglujesz sobie to słowo, znajdziesz wiele przypadków jego użycia właśnie w kontekście zmniejszania masy mechanizmów. To jest przykład żargonu branżowego – w słowniku takiego słowa nie znajdziesz (chyba), ale wśród ludzi zajmujących się daną dziedziną jest ono powszechnie używane i zrozumiałe.
Może po prostu umiesz lepiej zmieniać biegi? 🙂
Chodziło tylko o szybkie przełożenia 2-3 i 4-5, czyli w prawo i do przodu, one miały tendencję do okazywania się redukcjami. Auto nie było nowe, więc może faktycznie była to kwestia zużycia.
Tak czy siak, z perspektywy czasu, gdyby nie przedni napęd, to chyba nie rozstalibyśmy się do dzisiaj.
A gdybyś SzK chciał sie przejechać w Krk po godzinach toyotą gt86, to daj znać.
Dziękuję bardzo, chętnie – odezwij się proszę przez formę kontaktową, to wymienimy się telefonami. Nie obiecuję tylko konkretnych terminów, bo kandydatów do kolejnych przejażdżek mam kilkudziesięciu. Ale o żadnym nie zapominam, nic w moim kajecie nie ginie 🙂
Jeśli ktoś miałby ochotę na hot hatcha w starym stylu (OK, dziś to raczej warm hatcha), to mogę polecić Suzuki Swift Sport z lat 2017-2024, ale koniecznie w wersji 140 KM, a nie 129. Tego drugiego omijać z daleka. Ten pierwszy może na papierze szału nie robi, bo co to jest dzisiaj 140 koni? Jednak można mu zrobić program, wtedy się uzyskuje jakieś 180-190 KM i do tego silnik odzyskuje sporo charakteru. Moc jednak to sprawa drugorzędna, bo auto waży poniżej tony (rzeczywista masa to 980 kg z połową baku paliwa), ma cztery cylindry, a nie trzy, ma doskonałe zawieszenie, które przy okazji nie kompresuje kręgosłupa, bo nie jest betonowo twarde, jak to dzisiaj modne i zapewnia sporo niezłych wrażeń zza kierownicy. Nie jest najszybsze na torze, ani na kresce, nie brzmi znakomicie, nie masakruje przyśpieszeniami, ale jest po prostu zwinne, stabilne, wyjątkowo przyjemne dla kierowcy i da się nim bez najmniejszego problemu jeździć na co dzień jako normalnym samochodem, bez żadnych wyrzeczeń. Czyli robi dokładnie to, co powinien robić dobry hot hatch w pierwotnym tego słowa znaczeniu.
Dodatkowy plus jest taki, że to Suzuki – w związku z czym przez 5 lat i 220 tys. km jedyną usterką był siłownik klapy bagażnika 🙂
pewnie jeździ fajnie taka sportowa wersja, ale ja akurat Clia dwójki niecierpię, musiałem tym jeździć w poprzedniej robocie, z dieslem 1.5dci. Nie dość, że paskudztwo, fotele niewygodne, to jeszcze czasem nie odpalało nie wiadomo czemu z rozrusznika (kręcił i nic) choć z popychu palił, a w zimie to w ogóle farelka pod maskę, prostownik i po godzinie najmniej można było próbować odpalać
aaa no i radio nie grało bo… zgniło – woda z deszczu ciurczyła kablem antenowym i głowica W.Cz. zgniła że się w rękach rozsypała
no i żarówki H7 się co chwila przepalały, raz jedna, zaraz druga, i znów pierwsza i tak w kółko, a dostęp fatalny
100x bardziej wolałem jeździć C-15stką, tylko mało kiedy była dostępna
także ja z tego zestawienia zdecydowanie wolał bym 205GTI albo Civica TypeR, albo nawet Kadetta GSI 🙂
a co do AX-a to chyba 1.4 a nie 1.3? nie kojarzę Citroenowego silnika 1.3 a TU4 (1.4) w AXach bywały, kiedyś takiego nawet mogłem kupić za 500 czy 600zł ale nie szedł mimo tego 1.4 jakoś rewelacyjnie, za to był rewelacyjnie zgnity niestety, jedynie miał fajne alufelgi i licznik z obrotomierzem taki co wydaje się że by pasował do C-15stki
zresztą zarówno takiego AX-a 1.4 jak i 205-tkę GSI łatwo przecież zrobić samemu, do popularnego AXa 1.1 zakładając popularne 1.4 np z Berlingo a do 205-tki 1.7D zakładając choćby 2.0 16v z Xantii czy 406, dość tanio i prosto to zrobić bo wszystko pasuje na skrzynie 🙂
Benny, bohater tego odcinka to Clio 3. Clio 2 to auto dziewczyny Kilera, ewentualnie baza Thalii.