PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: MOTORYZACYJNY MOSKALIK

 

Kto powiedział, że Moskale
Są to bracia nas, Lechitów,
Temu pierwszy w łeb wypalę
Przed kościołem Karmelitów!!

Ten prosty czterowiersz napisał w 1831r. Rajnold Suchodolski. Pewnie nikt by dziś o tym nie pamiętał, gdyby nie Wisława Szymborska i jej mąż, Adam Włodek, którzy około 1950r. zaczęli dla zabawy naśladować tę formę tworząc krótkie utwory zwane od treści oryginału „moskalikami” (nazwę ukuł ponoć po latach sekretarz Szymborskiej, Michał Rusinek). W tych wierszach chodzi zawsze o niezgodę z jakąś opinią, za której głoszenie mają grozić brutalne konsekwencje, wymierzone pod określonym budynkiem sakralnym (zwykle kościołem lub klasztorem).

Ja zasadniczo rymować nie umiem, jednakże testowany ostatnio Moskwicz skojarzył mi się w ten sposób, że uparłem się wymyślić na jego temat jakiś moskalik. No i popełniłem coś takiego:

Kto powiedział, że Moskwicze
Są to auta zalet wielu,
Z tym sam zaraz się policzę
Pod katedrą na Wawelu!!

***

Ten moskalik to oczywiście z przymrużeniem oka, jak zresztą każdy inny. Moskwicze miały swoje zalety, zwłaszcza w warunkach, na jakie były projektowane. Mówimy wszak o ZSRR epoki Breżniewa – gdzie poza kilkoma szlakami o znaczeniu strategicznym drogi kołowe rzadko bywały utwardzone. Dlatego każdy samochód musiał mieć dobre własności terenowe, a w razie awarii nadawać się do naprawy siłami samego kierowcy, z użyciem pokładowych narzędzi i materiałów, bo odległość do najbliższych osiedli często przekraczała 100 km. Nie mógł zawodzić w syberyjskich mrozach ani podzwrotnikowych upałach, za to jego przyspieszenie czy prowadzenie w zakrętach nie miały najmniejszego znaczenia, bo stan nawierzchni prawie każdej drogi w kraju ograniczał dynamikę jazdy do europejskiego poziomu grubo przedwojennego.

Takim warunkom Moskwicze dzielnie stawiały czoła. „Tego samochodu nie da się w stu procentach doprowadzić do porządku, ale też trudno w nim o awarię, która unieruchomiłaby go na amen” – mówi Mikołaj, właściciel przedstawianego egzemplarza.

Oczywiście, również w ZSRR niektóre pojazdy poważano bardziej od innych. Hierarchia była jednak prosta, bo wybór pozostawał niewielki. Nie istniał import samochodów osobowych – radziecka władza uważała, że produkcja krajowa w zupełności wystarczy. Pierwsze realne możliwości posiadania prywatnego auta – oczywiście zależne od opinii partii o zainteresowanym obywatelu – pojawiły się około 1960r. i poszerzały się powoli. Najniższym ogniwem łańcucha został Zaporożec: pojazd tak beznadziejny, że ludzie otrzymujący nań talon często dobrowolnie rezygnowali, woląc raczej poczekać następne kilka lat na lepszą okazję. Na przeciwnym końcu znajdowały się Łady, zwane w swej ojczyźnie Żiguli, ale produkowane dopiero od 1970r., natomiast stopniem pośrednim były kolejne modele Moskwicza: zasadniczo wytwarzane już od 1946r., ale dla szeregowych obywateli realnie dostępne najwcześniej w latach 60-tych.

Jak łatwo dostępne? Według oficjalnych danych w 1960r. w największym kraju świata jeździło całe pięć aut osobowych na tysiąc mieszkańców, w 1970 – piętnaście. Do 1990r. liczba ta wzrosła do 60, podczas gdy w ogarniętej gospodarczą zapaścią Polsce było to już 140. Dodatkowo trzeba wiedzieć, że w ZSRR ponad połowa zarejestrowanych osobówek należała do państwa – były to taksówki i służbowe pojazdy urzędów czy przedsiębiorstw (w Polsce było ich najwyżej kilkanaście procent, z tendencją spadkową). W 1990r. samochód PRYWATNY był więc w ZSRR zjawiskiem rzadszym niż we Francji czy Anglii w latach Wielkiego Kryzysu albo w USA w czasie I wojny światowej.

***

O historii moskiewskich zakładów AZLK, które wytwarzały Moskwicze, napiszę tylko pokrótce. Zostały one założone w 1939r. pod nazwą Moskiewski Zakład Montażu Samochodów nr 1 im. Komunistycznej Międzynarodówki Młodzieży i miały produkować małe samochody do prywatnego użytku. Pomysł był inspirowany hitlerowskim KdF-Wagen, tyle że nie miał dotyczyć szerokich mas, a jedynie zasłużonych działaczy partyjnych.

Produkt nazywał się KIM 10/50 i  był kopią angielskiego Forda Prefecta (1,2 litra, 26 KM, 90 km/h) w wersji dwudrzwiowej (ten wybór nie spodobał się Stalinowi – zapewne ktoś miał zaćmienie umysłu, bo czterodrzwiowy Prefect też istniał). Elementy nadwozia dla pierwszych 500 sztuk zamówiono w… USA, bo w ZSRR żaden zakład nie potrafił wykonywać głębokich wytłoczek. Nie wiadomo, co zamiarowano zrobić po wyczerpaniu zapasu, bo przed niemiecką inwazją zdążyło powstać tylko 378 egz.

Foto: public domain

Po wojnie w Moskwie wytwarzano wierną kopię Opla Kadetta, przemianowaną na Moskwicza 400 (1,1 litra, dolne zawory, 23 KM, 90 km/h). Tym razem wybrano już czterodrzwiówkę, która w Niemczech była bardzo rzadka. 

Foto: public domain

Powszechne jest przekonanie, że Rosjanie wywieźli do siebie całe wyposażenie fabryki w Rüsselsheim. Zasadniczo to prawda, z tym że tego wyposażenia nie było wiele, bo większość nie przetrwała bombardowań, więc trzeba ją było odtworzyć (wraz z całością dokumentacji samochodu, bo fabryczne archiwum Opla spłonęło). Można też gdzieniegdzie przeczytać, że Moskwicz 400 był pierwszym radzieckim samochodem sprzedawanym ludności – to jednak prawda w rodzaju wiadomości Radia Erewań, bo zapisać się na listę faktycznie mógł każdy, ale odbioru doczekali wyłącznie wybrani spośród wybranych. Ocenia się, że z wyprodukowanych do 1956r. 247 tys. sztuk w ręce prywatne trafiło najwyżej kilkanaście procent i nie chodziło oczywiście o osoby przypadkowe. Znacznie więcej, bo około 30% produkcji trafiło na eksport – również na Zachód, ale z pominięciem obu państw niemieckich, gdzie temat Kadetta/Moskwicza był ścisłym tabu, pomijanym przez prasę w relacjach z międzynarodowych wystaw (o kategorycznym zakazie wspominania Moskwicza pisał pod koniec życia redaktor Fritz Busch, zwany w RFN „motoryzacyjnym papieżem”).

O Moskwiczu 400 wspominam dlatego, że jego przedwojenny, niemiecki silnik był bazą dla późniejszych modeli marki, a w gruntownie zmodernizowanej postaci – z rozrządem OHV i pojemnością powiększoną do 1,4 litra – przetrwał aż do 1988r., w modelu 2138. Taki też silnik pracuje pod maską przedstawianego dziś auta: chodzi o model 408, produkowany w latach 1964-1975, a konkretniej jego eksportową wersję 408E.

***

Moskwicz 408 był projektowany już od końcówki lat 50-tych. Miał 2,4-metrowy rozstaw osi, wymiary 4.090 x 1.550 mm i ważył niecałą tonę. Przednie zawieszenie na wahaczach poprzecznych i sztywna oś tylna na wzdłużnych resorach przypominały wzorce przedwojenne – były pomyślane z myślą o jak najgorszych drogach i na takich właśnie sprawdzały się najlepiej. Hamulce pozostały bębnowe, jednoobwodowe i niewspomagane, ale dostały samoczynną kompensację zużycia okładzin.

Silnik wywodzący się z przedwojennego Kadetta po modernizacjach miał rozrząd OHV, pojemność 1.358 cm³ i sprężanie 7:1. Rozwijał 50 KM przy 4.750 obrotach i 91 Nm przy 2.750. Napęd na koła tylne przekazywała czterobiegowa skrzynia bez synchronizacji jedynki. Fabryka podawała maksymalną prędkość 120 km/h i spalanie 7 litrów paliwa na 100 km – ale tylko przy stałej prędkości 40 km/h, bo tak zazwyczaj jeździło się po radzieckich „drogach”.

Głównym stylistą został Borys Iwanow, który nie wzorował się bezpośrednio na żadnym samochodzie zagranicznym, choć dobrze wpasował się w modę późnych lat 50-tych. Właśnie sylwetka nadwozia – choć w 1964r. też już nie całkiem świeża – była najnowocześniejszym elementem auta. 

Foto: materiał producenta

Eksportowa wersja 408E wyróżniała się podwójnymi reflektorami, pomarańczowymi migaczami z tyłu i dodaną chłodnicą oleju. Za granicę wysyłano ponad połowę produkcji – głównie do krajów RWPG, ale nie tylko: istniały wersje z kierownicą po prawej stronie, a niewielka liczba Moskwiczy importowanych przez belgijską firmę Scaldia dostała zachodnie silniki wysokoprężne. Reklamowe zdjęcia wyglądały bardzo „eksportowo”.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Oprócz sedanów w ofercie od początku znajdował się furgon oznaczony 433

Foto: materiał producenta

…a od 1967r. również kombi 426.

Foto: materiał producenta

W 1963r. powstały dwa prototypy Moskwicz Touristcabriolety z nakładanym hardtopem z włókna szklanego, przypominające sylwetką Triumpha Herald. Dzięki dwugardzielowemu gaźnikowi były odrobinę mocniejsze, ale na produkcję seryjną nie było szans.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Od 1967r. równolegle produkowano lepiej u nas znanego Moskwicza 412 – z innym grillem, prostokątnymi reflektorami Wartburga 353, zmienionymi tylnymi lampami (poziomymi, z charakterystycznymi, trójkątnymi kierunkowskazami), wspomaganiem hamulców (na licencji angielskiej firmy Girling), a przede wszystkim z nowym silnikiem: 1,5-litrowym OHC wzorowanym na jednostce BMW M10 i rozwijającym moc 75 KM. To jednak był już zasadniczo osobny model.

Moskwicz 412

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Oba auta, 408 i 412, były produkowane w Moskwie do 1975r. Druga fabryka działała w Bułgarii, a trzecia w rosyjskim Iżewsku, gdzie lokalni inżynierowie samodzielnie rozwijali konstrukcję i gdzie produkcja trwała aż do 1997r.

***

Moskwicze do Polski sprowadzano nieśmiało, począwszy od 1958r. i modeli 402/403, ale ich dostępność była znikoma. Z 408 było odrobinę lepiej, ale niewiele. Auto kosztowało oficjalnie 124 tys. zł – o 4 tys. więcej od Warszawy 203 i Wartburga 353, a o 40 tys. mniej od pierwszych egzemplarzy Fiata 125p. Przy czym czytając takie zestawienia warto pamiętać, że nabywcy nie mieli wolnego wyboru, bo żadnego nowego samochodu nie dało się po prostu kupić za pieniądze (chyba że mowa o pieniądzach realnych, czyli dolarach).

Inna sprawa, że właśnie 125p niemal wygryzł z polskiego rynku Moskwicza – nie tyle za sprawą normalnej konkurencji (bo popyt na samochody wielokrotnie przewyższał całą podaż wszystkich modeli), co odgórnej decyzji: oficjalnie uzasadniano to zbędnością importu samochodu podobnego do Polskiego Fiata, natomiast po cichu mówiono o chęci unikania niewygodnych porównań, bo licencyjna konstrukcja włoska wyprzedzała radziecką o całą epokę, a co gorsza, była znacznie lepiej wykonana (mowa o pierwszych latach produkcji w FSO). Do połowy lat 70-tych sprowadzano jeszcze krótkie serie Moskwiczy 412, ale nie cieszyły się one dobrą opinią z uwagi na słabą jakość i kiepskie zaopatrzenie w części. Import z ZSRR dotyczył odtąd głównie Ład, które uczciwie górowały nad wyrobami FSO.

Moskwicz Mikołaja to ciekawy przypadek: w Polsce od nowości, czyli od 1968r., w pierwszych rękach do 2005r., a w obecnych, czwartych – od marca 2025. Auto zachowało się w stanie nierestaurowanym, z oryginalną blachą, lakierem i nierozbieranym silnikiem. Stan jest więc mocno spatynowany, jednak mimo tego i długotrwałego postoju do uruchomienia nie były potrzebne szerzej zakrojone prace: wystarczył gruntowny serwis ze szczególnym uwzględnieniem hamulców, wymianą opon i elementów bezpośrednio wpływających na bezpieczeństwo. Całość wygląda jak prawdziwa kapsuła czasu.

Design Moskwicza to typowe lata 50-te. Karoseria wygląda trochę smutno, ale być może to autosugestia, a częściowo też wypłowiały lakier i chromy (sam już z lat 80-tych pamiętam wyłącznie zmęczone Moskwicze, w stanie podobnym do poniższych zdjęć, podczas gdy auta polskie, Łady czy Wołgi bywały prawdziwie lśniące). 

Foto: praca własna

Chrom dawno stracił swój blask, jednak sam projekt dobrze odwzorowuje trendy epoki – jest dekadę starszy od rocznika produkcji, ale przynajmniej spójny. Podwójne reflektory wersji eksportowej dodają trochę powagi.

Foto: praca własna

W radzieckich warunkach nieodzowny był otwór na korbę rozruchową, pozwalający awaryjnie odpalić auto w razie rozładowania akumulatora lub awarii rozrusznika (z korby zrezygnowano dopiero w Ładzie 2105 z 1980r.). W Moskwiczu otwór przykrywa odchylana tablica rejestracyjna.

Foto: praca własna

Kanciaste kształty nie wróżą dobrej aerodynamiki, co jednak nie miało większego znaczenia przy prędkościach rozwijanych zazwyczaj w ZSRR. Zdecydowanie ważniejszy był wysoki prześwit (prawie 18 cm). 

Foto: praca własna

Blisko 60-letni lakier jest wytarty i wypłowiały, ale przetrwał do dzisiaj. Blacharską solidność Moskwiczy (nie mylić z estetyką starszych egzemplarzy) uznawano za jedną z ich większych zalet.

Foto: praca własna

Najpopularniejsze sedany z RWPG – Moskwicza, Żiguli, 125p, Škodę 742, Wartburga 353, czy Dacię – opisuje się dzisiaj jako „kompakty”, chociaż w swoich czasach były postrzegane jako klasa przynajmniej średnia, z kolei ich faktyczne gabaryty są mniejsze od dzisiejszego segmentu B (zwłaszcza szerokość). Tak właśnie zmieniają się z czasem okoliczności.

Foto: praca własna

Wyblakł nie tylko lakier, ale też boczne światło pozycyjne: kiedyś świeciło na biało do przodu i na czerwono do tyłu, dziś całe jest niemal bezbarwne

Foto: praca własna

W 1964r. skrzydła błotników wychodziły już z mody, ale tutaj są dość subtelne. Końcówka rury wydechowej w kształcie kurzej łapki to gadżet popularny w PRL.

Foto: praca własna

W dzieciństwie bardziej podobały mi się światła 412-tki z trójkątnym migaczem, dziś uważam, że te z 408 bardziej pasują do reszty nadwozia. Pomarańczowe kierunkowskazy to wyróżnik wersji eksportowej – w ZSRR wciąż były czerwone. Napisy na egzemplarzach krajowych wykonywano oczywiście cyrylicą, ale do Polski trafiały wersje opisane łacinką, w transkrypcji angielskiej.

Foto: praca własna

Bagażnik jest dość regularny, a jego pojemność wynosi 372 litry. W 125p było to 360 litrów, w Škodzie 742 – 280 litrów z przodu i 120 z tyłu, w Ładzie 2103 – 400 litrów, w Dacii 1300 – 420 litrów, a rekordzista Wartburg 353 mógł się pochwalić nawet 525 litrami. 

Foto: praca własna

Przednia tablica rejestracyjna kryje otwór korby, pod tylną mamy wlew paliwa. To typowe dla epoki, ale chyba tylko w Moskwiczu tablicę utrzymuje na miejscu… zamknięta klapa bagażnika: po jej otwarciu tablica opada, więc tankując musimy klapę podnieść, a opuszczając ją – przytrzymać tablicę (co automatycznie wyklucza zamykanie bagażnika jedną ręką). Uszczelki, które są w stanie szczątkowym, Mikołaj zamierza wymienić, jednak zdobycie ich nie jest proste.

Foto: praca własna

O, właśnie

Foto: praca własna

Tapicerka to raczej RWPGowski standard, choć Škody i Łady wyglądały ładniej

Foto: praca własna

Przestronność przyzwoita, jak na te gabaryty

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Ceratowate materiały to oczywiście osobna sprawa. Zagłówki są późniejszym, niefabrycznym dodatkiem.

Foto: praca własna

Z przodu miejsca też dużo, choć estetyka jest specyficzna. Obszycie kierownicy to inicjatywa użytkownika, natomiast czarny plastik na desce rozdzielczej występował fabrycznie, ale tylko w wersji eksportowej. Według mnie niepotrzebnie, bo lakierowana blacha egzemplarzy radzieckich wygląda lepiej (przynajmniej na zdjęciach).

Foto: praca własna

Po 58 latach trudno oceniać spasowanie elementów, chociaż warto wskazać, że zdjęcia fabryczne prezentują się bardzo podobnie (patrz poniżej). W oczy rzuca się wielość wystających, ostrych elementów – typowa dla lat 50-tych, podczas gdy to auto produkowano jeszcze w 1975r.

Foto: praca własna

To właśnie rzeczone zdjęcie fabryczne – przyleganie pokrywy schowka czy wygląd siedzenia (wczesne egzemplarze miały jednolitą kanapę) mało różnią się od Mikołajowych. Można też samemu ocenić, czy czarny plastik podszybia więcej poprawił, czy zepsuł.

Foto: materiał producenta

Tu mamy już indywidualne fotele, jednak zmiana biegów pozostała pod kierownicą. Elementy sterowania porozrzucane są całkiem bezładnie – od stacyjki po lewej stronie wskaźników, poprzez wystającą spod kokpitu dźwignię hamulca ręcznego, aż po głęboko schowany główny wyłącznik prądu (też pod kokpitem, daleko z przodu, jak kranik paliwa w Trabancie i P70).

Foto: praca własna

Patyczek migaczy został wymieniony na syrenowski. Gałka pod wskaźnikami włącza wycieraczki (pierwotnie była po prawej), te trzy pod nawiewem to światła, zapalniczka i dmuchawa, przy czym światła przełącza się dwuetapowo, ręcznie i nożnie: nożny grzybek zmienia nie tylko światła krótkie/długie, ale też pozycyjne/krótkie, zależnie od pozycji grzybka ręcznego. Trudno się na tym wyznać, dlatego właściciel dołożył kontrolkę świateł mijania.

Foto: praca własna

Wskaźniki o typowo barokowej formie fascynowały mnie w dzieciństwie (oglądałem je czasem przyklejony do szyby kremowej 412-tki stacjonującej pod naszą kamienicą i prawie nigdy nie ruszającej się ze swojego stałego miejsca). Bardzo podobne miały Edsele z pierwszego rocznika, ale nie mam pojęcia, czy jest tutaj jakiś związek.

Foto: praca własna

***

Moskwicz wygląda znacznie bardziej archaicznie od Fiata 125p czy też Łady – i takie też wrażenie, bliższe raczej Pobiedzie/Warszawie, sprawia w praktyce. Częściowo wynika to oczywiście z wieku konstrukcji, ale przede wszystkim z jakości materiałów i wykonania. Otwarcie i zamknięcie drzwi czy pokryw wymaga dużej siły i wiąże się z metalicznym hukiem, jeszcze głośniejszym niż w Wartburgu.

Za kierownicą jest lepiej. Fotele są miękkie (oczywiście bez porządnego podparcia pleców, ale tego tutaj wymagać nie można), a wielka kierownica i pedały pracują lżej niż można by oczekiwać. Silnik rusza bez kłopotu, tyle że przed przekręceniem kluczyka należy osobno włączyć prąd, niczym dopływ paliwa w Trabancie. Współczesny kierowca musi też pamiętać o nietypowym położeniu hamulca ręcznego i dziwacznym, dwuetapowym włączaniu świateł, ale takie smaczki są raczej normą w zabytkach.

W czasie jazdy najlepsze wrażenie zrobiły na mnie hamulce: to trochę paradoks, bo w dawnych testach wskazywano je jako słabość Moskwiczy, ale to raczej pod koniec produkcji. Jak na rocznik ’68 i pozycjonowanie modelu hamowanie wypada dobrze: pedał działa pewnie, nie wpada zbyt głęboko, więc generalnie nie wymaga przyzwyczajania się. Pozostałe elementy już tak.

Kierownica jest wielka i chodzi dość lekko, jednak wykazuje duży luz – dobre 30 stopni. Tak da się jeździć, kiedyś jeździli tak wszyscy, jednak luz w połączeniu ze słabą stabilnością kierunkową wymaga wyczucia i nieustannej czujności. W zakrętach nadwozie mocno się przechyla, bo zawieszenia nie projektowano do jazdy sportowej, tylko do sprawnego połykania wertepów. Komfort jest więc dobry: podniszczony asfalt nie robi na Moskwiczu żadnego wrażenia, progi zwalniające też nie. To duża różnica w stosunku do np. Zaporożca, który zasadniczo również pojedzie po każdej drodze, ale kosztem poważnego poobijania kręgosłupów i całych szkieletów jadących. W Moskwiczu tego problemu nie ma.

Zmiana biegów działa w klasycznym układzie H, z jedynką do siebie w górę. Pewien problem sprawia trójka, która przy nieprecyzyjnym trafieniu zgrzyta zamiast się włączyć, więc jej położenie trzeba dobrze zapamiętać (czytaj: celować tam, gdzie opór pojawia się najwcześniej). Pozostałe położenia odnajdują się same, bez zarzutu działa też synchronizacja (poza jedynką, gdzie nie ma jej wcale).

Zdecydowanie najgorszym elementem całości jest silnik.

1,4-litrowa jednostka swymi korzeniami sięga epoki przedwojennej. Prócz powiększenia pojemności Sowieci opracowali nową, aluminiową głowicę górnozaworową i nowy osprzęt, które de facto podwoiły moc Opla, jednak całość pozostała toporna, głośna i wolnoobrotowa, dokładnie jak w latach 30-tych.

Foto: praca własna

Z ciekawostek można pokazać zamykaną żaluzję chłodnicy (standard w samochodach radzieckich, ze względu na ogromne amplitudy temperatur w tamtejszym klimacie)…

Foto: praca własna

…i gaźnik z okienkiem w komorze pływakowej, pozwalającym sprawdzić poziom paliwa i w razie wyparowania po długim postoju dopompować je ręczną dźwigienką przy pompce. To praktyczne zwłaszcza w eksploatacji okazjonalnej: w czasie blogowych przejażdżek już kilkakrotnie doświadczyłem problemu suchego gaźnika, z koniecznością kilkuminutowego kręcenia rozrusznikiem – tutaj wystarczyłoby kilka ruchów ręką.

Foto: praca własna

Wolnoobrotowy silnik bez problemu rusza z dwójki. Włączenia trójki domaga się już od około 30 km/h, czwórki od 50. W ZSRR samochody rzadko rozpędzały się powyżej prędkości, które my uważamy za miejskie – być może dlatego w Moskwiczu hałas zaczyna przeszkadzać w rozmowie już przy 70 km/h, a swobodna prędkość przelotowa jest tylko 0 10-15 km/h wyższa.

Przy 90-tce silnik wyraźnie się męczy, więc na prośbę Mikołaja szybciej nie jechałem (90 to zresztą 3/4 prędkości maksymalnej). Widoczna na zdjęciu ciężarówka swobodnie nas wyprzedziła, bo jadąc po obwodnicy tylko krótki kawałek – pomiędzy węzłem zakopiańskim i łagiewnickim – nie zdążyliśmy rozpędzić się powyżej 80.

Foto: Mikołaj

Najbardziej uciążliwe są jednak podjazdy, na których Moskwicz słabnie jeszcze zanim pochyłość odczuje kierowca. Na byle górce trzeba redukować do dwójki, której realne maksimum to 40 km/h – podobnie jak w Warszawie, Citroënie Traction Avant i innych antycznych samochodach trzybiegowych. Wtedy stajemy się zawalidrogami.

Takich problemów nie było oczywiście w świecie, dla którego projektowano Moskwicza 408 – tam przedwojenna sprawność napędu zupełnie wystarczała, liczyła się za to solidność nadwozia, zawieszenia, własności terenowe i łatwość napraw, również w drodze. Lepszą dynamikę miał pewnie 75-konny Moskwicz 412, ale jak na razie nie miałem okazji się o tym przekonać.

***

Chyba każdy polski entuzjasta motoryzacji zastanawia się, jak miały się do siebie klasyczne samochody wschodnioeuropejskie. Jeśli pominąć przednionapędowe konstrukcje ze schyłkowych czasów komunizmu (Škoda Favorit, Łada Samara), chyba każdy z minimum rozeznania w temacie do ścisłego finału dopuszcza Zastavę 1100 i Łady – czyli, zasadniczo, licencyjne Fiaty. Rdzenne konstrukcje z naszego regionu wyraźnie im ustępowały, tyle że aby zyskać pewność w tej sprawie, dobrze zbadać ją osobiście. O Moskwiczu mogę już teraz powiedzieć, że być może w ZSRR, gdzie jeździło się po odludnych bezdrożach, miał on jakieś szanse na konkurencyjność, ale gdzie indziej na pewno nie. Zresztą nawet w swej ojczyźnie w oczach publiki pozostawał w tyle za wyrobami WAZ (odkąd tylko zaistniały one na rynku).

Trudno by było inaczej, jeśli konstrukcja wywodzi się z lat 50-tych, a jej silnik nawet z 30-tych (po głębokich modernizacjach, ale zawsze). 408-mki w żaden sposób nie da się porównać do Łady. Warto dodać, że ceny tych aut w ZSRR były podobne: zarówno Moskwicze jaki i WAZ 2101 kosztowały po 5.500 rubli, sporo droższe były tylko Łady „luksusowe” (2103 – 7.500 rubli, 2106 – 8.400). Jeszcze bardziej szokuje, że identyczną cenę miały Moskwicze 408 i 412, mimo technicznej przepaści dzielącej ich napędy!! Po raz kolejny pokazuje to absurdy gospodarki centralnie sterowanej, gdzie ceny nie miały wartości informacyjnej ani żadnej innej – bo ustalano je urzędowo na podstawie zaszeregowania towaru do odpowiedniej „klasy”, a nie faktycznych kosztów produkcji, nie mówiąc o popycie. Nic więc dziwnego, że każdy radziecki człowiek wolał Ładę, tyle że nie każdy dostawał na nią przydział.

Co innego w Polsce: tutaj nawet za PRL gospodarka funkcjonowała odrobinę inaczej, więc Polmozbyty oferowały Moskwicze taniej (w latach 70-tych – po 140 tys. zł, podczas gdy 125p kosztowały 160-180 tys., Łady 2101 – 160 tys., a Łady 2103 – 196 tys.). Podaż była jednak minimalna, dlatego każdy brał, co było, a realny dylemat „co wybrać?” praktycznie nie istniał, bo to władza wybierała kierowców, a nie kierowcy samochody.

Wpis zakończę dwoma moskalikami, jakie na facebookowej stronie Automobilowni pozostawili Czytelnicy:

Kto Moskwicza limuzyną / Zwie ze szczerym sentymentem / Temu buty zbryzgam śliną / W Baku albo pod Taszkientem” – autor Bassdriver.pl

Gdy ktoś powie o Moskwiczu / Że w nim same są zalety / Temu rychło dam po cycu / W drzwiach przenośnej toalety” – autor Hurgot Sztancy

 

Foto tytułowe i końcowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

98 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: MOTORYZACYJNY MOSKALIK

  1. Nigdy nie pałałem sympatią do wspomnianej poetki, chociaż zawsze podobały mi się „lepieje”, których ponoć też była twórczynią. Inna sprawa, że większość krążących kiedyś ustnie lub na murach, a później w sieci, raczej nie jest jej autorstwa. Do dziś pamiętam tylko jeden z wczesnej podstawówki: „lepiej z …. zrobić skręta / niż z Wałęsy prezydenta”. O coś takiego chodziło.
    Tak na szybko z rana: „lepiej się wysmagać biczem / niż musieć jeździć Moskwiczem”.

    • No ja też, że tak powiem, nie pałałem, ale Moskwicz aż prosi się o moskalika 🙂 Lepieje oczywiście też fajne.

  2. Przy reklamie Moskwicza , tego czerwonego nr 9021, u mnie Obiektyw google twierdzi, że atrapa i lampy przednie to „Ford Taunus 12M P4″…. 😉

      • U mnie w korpo było ostatnio szkolenie pt. „AI – reality behind the hype”. Już pokazują przykłady totalnych wtop na grube miliony i uczą, że jak każde narzędzie, AI musi być mądrze używane i traktowane z wielkim sceptycyzmem. Zupełnie nie przypomina to podejścia sprzed choćby roku 🙂

      • Mam ciekawostkę, bo właśnie jestem na kupnie grata. AI się bardzo przydaje, ale nie po każdym względem. Otóż samo proponuje często: „dodaj ogłoszenie a powiem Ci to a tamto”. Za KAŻDYM, bez wyjątku każdym razem, po dodaniu linka pojawiają się bzdury. Przykładowo: mamy Forda Focusa z przebiegiem 200 tys. km, 1,6, benzyna a on wypisuje coś w stylu: silnik 2.0 w tym Focusie jest niezły, ale przy LPG (którego nie ma) trzeba uważać na to, to i to. Przebieg 150 tys. km jest w porządku, ale…” I tak dalej. Kompletnie nie dostosowuje wyników do linków. Mało tego, można go skorygować i napisać: „jeszcze raz, masz poprawny link i zmień adekwatnie treść”, po czym otrzymujemy znowu inne bzdury: „masz rację, chodzi o silnik 1.7, diesel. Przebieg 270 tys. jest faktycznie spory…” i tak bez końca.
        Wisienka na torcie: dane techniczne i parametry auta podaje zazwyczaj poprawne, ale pojęcia nie mam czemu samo słowo „benzyna” zazwyczaj wyświetla się po ukraińsku. Rozumiem, że tylko Ukraińcy mogą kupować bieda-samochody?!
        O dziwo numery katalogowe części potrafi nawet w miarę sprawnie znajdować, ale trzeba być mimo wszystko ostrożnym.

  3. Auto, do którego mam olbrzymi sentyment, bo było moim pierwszym samochodem – co prawda w wersji „na pedały”, ale jako przedszkolak zza kierownicy takiego właśnie pojazdu zbierałem swoje pierwsze doświadczenia jako kierowca. Swoją drogą napędzanych siłą mięśni „Moskwiczy” było u nas chyba dużo więcej niż tych prawdziwych.

    • Paradoksalnie, w obecnych czasach te miniaturki potrafią być droższe, jak skala 1:1 🙂
      Moskwicze to jedne z najtańszych demoludów, zupełnie u nas zapomnianych. Ale się zdarzały, w najbliższej mojej rodzinie kojarzę 2 sztuki różnych modeli. Moskwiczem nawet odbierali mnie z porodówki, modelem Aleko, u schyłku lat 90. Najlepsze jest to, że dało się ten wehikuł palić z korby – którą notabene nadal posiadam, bo to jedyne, co się z tego wehikułu zachowało.

      • To ze import Moskwiczy do PRL wygaszano od poczatku lat 70 mozna uznac za zasadniczy blad. Bo auta te mogly choc w minimalnym stopniu wypelnic luke popytowa na wyglodnialym rynku. Jakos Czesi ani Enerdowcy nie mieli dylematow odnosnie porownywania jakosci I importowali 408/412 I 2138/2140 w duzych ilosciach. Nie uwazam tez ze Kant tak bardzo zostawia Moskwicza z tylu. 408 moze i tak, ale nie 412 bo to troche inna liga. Warto byloby porownac wersje MR75 i 2140. Czyli ostateczne wcielenia obu modeli ktore ukazaly sie na rynku praktycznie w tym samym momencie. W 2140 oprocz mocniejszego silnika OHC znanego z 412 kierowca otrzymywal calkowicie nowe wnetrze z fotelami I kanapa, wreszcie hamulce tarczowe z 4tloczkowymi zaciskami oraz calkowicie nowy system ogrzewania I wentylacji. Jezdzilem takim autem – co prawda literalnie nie byl to Moskwicz tylko Iz 2125 lift back, ale technicznie bylo to to samo (nie liczac deski rozdzielczej, ktora Iz do konca zachowal z modelu 412). Inna roznica – auto ktorym jezdzilem mialo zaadaptowany ladowski gaznik DAAZ. W tej specyfikacji absolutnie nie ustepowal Kantowi pod wzgledem jazdy i subiektywnie pojetej jakosci. Jedyny minus to brak piatego biegu

      • Oczywiście że każdy dodatkowy samochód mógłby kogoś w Polsce uszczęśliwić, tyle że w pozostałych krajach RWPG niedobory były równie tragiczne, więc tak jak dla nas błędem było zaprzestanie importu, tak dla ZSRR jego prowadzenie 🙂

        Wczesnym 125p 1300 jechałem – był w super stanie, to bardzo zmienia odbiór, ale ten pierwotny model to było normalne zachodnie auto na tamte czasy. Moskwicz przy nim to straszny topór. Oczywiście w późniejszych latach relacja mogła się zmieniać.

      • Pamiętam, że Aleko próbowano u nas sprzedawać na przełomie lat 80 i 90-tych – jako kilkulatek byłem nawet z rodzicami w salonie gdzie takie Moskwicze sprzedawano – zrobił na mnie piorunujące wrażenie, bo błyszczący wiśniowy Aleko stał pod kątem na specjalnej chromowanej rampie i w porównaniu do 125p rodziców sprawiał wrażenie niemalże pojazdu kosmicznego. W ogóle cały salon był bardzo przyjemny, bo były w nim liczne miniaturki aut made in CCCP i dostałem mnóstwo folderów różnych radzieckich samochodów od Ład po Kamazy. Wprawdzie ostatecznie Moskwicza nie kupiliśmy, ale pozostało dobre wspomnienie pierwszego salonu samochodowego, w którym byłem.

      • Ja pamiętam w telewizji jakiś konkurs, gdzie można było wygrać Favoritkę, Samarę albo Aleko. I ja wtedy dwa pierwsze modele znałem, a Aleko nie – dopiero później na ulicy zobaczyłem.

      • @hooligan przejażdżki Iżem zazdroszczę z całego serca. Gdzie go dorwałeś? Iżewskie Moskwicze importowano tylko do Bułgarii jako standardy montażowe, cała reszta została w ZSRR. Co prawda znam jeden egzemplarz na czarnych polskich blachach w Rzeszowie, ale jeździł nim chyba polski repatriant.

        Jak dla mnie 2140 wyglądał dużo siermiężniej niż kant. Nie bez powodu jego sprzedaż na zachodzie była śladowa, dużo niższa niż Łady i kanta.

        Co do importu do PRL-u zgadzam się tutaj z @Szk. Dodam tylko, że import byłby bardziej opłacalny, gdyby Moskwiczem byli zainteresowani klienci płacący w dewizach, a Ci woleli jednak duże fiaty i Łady raczej. Moskwicza 2140 nie importowano do PRL, ale jako, że jak wiemy nadwozie to była część zamienna. To jak Ci buda zgniła , albo miałeś kolizje mogłeś zamówić budę 2140 i nałożyć ją na 408/412. Na osiedlu moich dziadków w Białymstoku parkowała taka hybryda. Ogólnie tu niedobitki Moskwiczy jeździły jeszcze w latach 00. Ogólnie mam dane co prawda dużo późniejsze , ale zawsze bo za 1986 rok. Fabryka w Moskwie wypuściła wtedy ok. 180 tysięcy aut, zaś ta w Iżewsku niecałe 130 tysięcy. Tymczasem zakłady WAZ-a w Togliatti ok. 710 tysięcy aut w znakomitej większości na eksport. I nie produkowała wcale mniej aut niż zachodni producenci. Czyli miała prawie 2 razy większą zdolność produkcyjną niż 2 fabryki Moskwicza razem wzięte. Na wygłodniałym aut rynku radzieckim miało to znaczenie i bez sensu było importować to na średnio opłacalne rynki. Podobna sytuacja imała się z Polonezem, który ogólnie do krajów RWPG trafiał w bardzo małych ilościach. Co do NRD to tam import Zaporożca i Moskwicza zatrzymano w 1979 roku, czyli gdzieś 4 lata po PRL. We wrześniu 1988 jeździło tam 56 tysięcy Zaporożców i 127 tysięcy Moskwiczów, podczas gdy Łady i Skody ponad 300 tysięcy. Oczywiście w ciągu 9 lat od zakończenia importu część egzemplarzy pewnie już zasiliła mimo wszystko huty. Niemniej czy to była aż tak duża skala? Ciężko powiedzieć. Nie wiem jak było w CSRS i na Węgrzech. Do Rumunii chyba też moskal nie trafiał.

      • @PstrykEJ9. Witam ziomala. Izem mialem jechac dlatego ze mieszkalem w najblizszej wsi od slynnego bazaru na Kawaleryjskiej. W czasie jego najlepszych lat. Masa ludzi zyla z handlu z przybyszami ze wschodu. Duza czesc przybywala wlasnie Izami ciagnacymi charakterystyczne blaszane tloczone po bokach radzieckie przyczepki. Byly to pozne wypusty z czarnymi atrapami I w dwoch kolorach – jasny zielony I jasny niebieski

      • @hooligan, a no tak Ty z Białegostoku też, nie skojarzyłem. No ja mieszkałem bliżej tego bazaru na Jurowieckiej, ale Kawaleryjską też pamiętam. Bardziej utkwiły mi w pamięci Moskwicze Aleko i Wołgi 31029 jakoś heh, no i oczywiście hordy Żiguli. Ale czerwone litery na starych białoruskich numerach miały swój urok. Pamiętam, że później Ci bogatsi, albo lepiej kombinujący handlarze kupowali Audi 80 B3 i 100 C3, a także Ople Rekordy E, pamiętam chyba każdy Rekord miał białoruskie numery, no i oczywiście słynne przemytnicze Passaty B3. Iże to pewnie nieco wcześniejsza epoka, bo szczerze, ja ich za bardzo nie pamiętam. Który jesteś rocznik ? Bo ja 1995. Można by było się kiedyś spotkać powspominać bazarowy Białystok epoki przedunijnej hah.

      • @PstrykEJ9. Ja? Rocznik 1976. Od miesiaca 5 z przodu wiec mow mi wuju. Pamietam jak dzis te najdziksze I najbardziej epickie czasy przelomu dekad 80/90. Jako ze uczeszczalem do liceum na Bema pamietam wielkie przenosiny tamtejszego legendarnego bazaru wlasnie na Kawaleryjska. Bylo to w lutym 1992. No te czasy kojarza sie zawsze z wielka iloscia autobusow zza wschodniej granicy. Wiem nawet ze mieszkancy domow polozonych w obrebie ulic Kawaleryjska/Sloneczna skarzyli sie na huk ich silnikow przez cala dobe, poniewaz w ten sposob kierowcy starali sie ogrzac ich wnetrza. Poza tym nie musze dodawac ze powietrze mozna bylo kroic nozem kiedy kilkunastu szoferow robilo przegazowke nie tylko w dieslowskich Ikarusach, ale takze w benzynowych LAZach i PAZach z duzymi silnikami V8. Zatankowanych benzyna o LO 75 albo jeszcze mniej. Dzisiejszy bazar (nota bene bylem tam dzisiaj) to tylko wspomnienie dawnej chwaly. Wszyscy czekaja az w koncu dojedzie ich SENT

      • @hooligan, ja z z autobusów to pamiętam głównie Ikarusy 250 i Mercedesy O302. Po kilkanaście to ich stało na parkingu pod pierwszym Auchan na Produkcyjnej około 2000 roku. Swoją drogą ile to francuzi mieli dać w łape ówczesnemu prezydentowi Ryszardowi Turowi aby „zakazał” budowy kolejnych galerii to dobre legendy chodziły po mieście. LAZ-ów już za bardzo nie pamiętam.

        Na Bema pomimo przenosin na tereny wystawowe zbudowane na dożynki w 1973 handlowano jeszcze ok. 2005 oczywiście na o wiele mniejszą skalę. Z tematów samochodowych to też po latach rzuciło mi się w oczy , że Ci białorusini niemal w ogóle nie przyjeżdżali Samarami. Też miałeś takie wrażenie? Zawsze, albo Żiguli, albo Aleko, albo Wołga. Ci lepiej zarobieni to Rekordy, Cygaro i Passaty B3.

    • Dwóch moich kuzynów miało takie wehikuły, ja akurat nie, ale na rowerku spokojnie ich wyprzedzałem, więc nawet nie zazdrościłem 🙂

      • Musiało mieć, z opisów zarówno mojego dziadka jak i taty, wcześniej wspomnianego dowodu rzeczowego (notabene identycznego jak w modelu 402, porównywałem na żywo, we własnych rękach) oraz faktu, że ani od strony ojca, ani dziadka nie było żadnego auta na korbę – czyli przypuszczenia są silne 🙂
        Aleko miało kilka silników: ładowskie z samary i ulepszony motor pamiętający jeszcze 412. A 412 palili jeszcze z korby… o ile mnie pamięć nie myli, to widziałem kiedyś zdjęcie aleko z otworem na korbę na jakimś rosyjskim forum.

      • @SzK, ja też miałem taki wehikuł, kupiony na bazarze gdzieś w 98 roku 😉

  4. Sporo osób docenia autentyczne egzemplarze, zachowane bez jakiegokolwiek remontu, będąc świadectwem epoki. Częściowo to rozumiem, patrząc jak fantazyjnie, a czasami wręcz „przaśnie” odnawiane lub nawet przerestaurowywane są niektóre egzemplarze. Muszę jednak przyznać, że osobiście chyba wolę takie przerestaurowanie, niż auto bez remontu, zachowane w stanie oryginalnym – co prezentuje się nieco smutno.

  5. Tak jak pisałem na FB rodzice mieli takiego w kolorze jasno niebieskim na przełomie lat 60/70. Mnóstwo wspomnień z dzieciństwa, pierwsze wycieczki… Ojciec potrafił go rozpędzić do nieco ponad 100km/h, ale pamiętam, że wtedy odgłosy nadwozia były takie jakby auto miało się rozpaść. Co ciekawe specjalnie awaryjny nie był.

  6. Użytkowaliśmy takiego moskwicza w latach 70-80. Tata kupił Moskwicza 403. Potem kupił budę 407. I przełożył graty. Potem kupił silnik 412 (nowoczesny, aluminiowy z wałkiem w głowicy). Ruski gaźnik był bardzo marny albo bardzo zużyty. My jeździliśmy na dwugardzielowym z PF 125p. Auto służyło dzielnie rodzinie. Ciągało przyczepę kampingową i łódkę. Problemem było sprzęgło, które pozostało nie zmienione od początkowego 45KM czterysta trójki , do 75KM czterysta dwunastki. Trzeba było mniej więcej co 2 lata okładziny zmieniać. Tata raz na rok zdejmował głowicę i czyścił z nagaru (ach te doskonałe oleje PRL i ta czysta benzyna!). Komfort jazdy i przestronność budy na tamte czasy porównywalna z PF125p. Żeby jakoś specjalnie rdzewiało – nie pamiętam. Auto dzielnie służyło. Wakacje po Polsce, dwukrotna wyprawa do Bułgarii i jego ostatnia w 1989 na południe Francji i z powrotem. Potem już go nie użytkowaliśmy. Podczas ostatniej podróży ponad 4000km tylko raz się zepsuł: pękła blaszka trzymająca oś choinki w skrzyni biegów. Ośkę wsunąłem a zespawanie kosztowało 2 franki. Moje pierwsze auto którym kierowałem, ach… Potwierdzam opinię, że było proste w naprawach. Odpowiednie auto do tamtych prymitywnych warunków. W momencie kiedy przestaliśmy nim jeździć, jego wiek (25lat) można było poznać po jakości plastyków na desce rozdzielczej – rozłaziły się od słońca.

    • 407-mką dojechać do Francji to jest wyczyn!! Są może jakieś zdjęcia z tej wyprawy? Albo ciekawe wspomnienia?

      • @Max, bo na rynkach zachodnich miał różne dziwne nazwy np. Moskwicz elite itp. 407 to była nazwa na rynki krajów RWPG.

      • wspomnień mnóstwo. Np. żeby się nie grzał bo termostat się czasem zawieszał, to został wymontowany. Podczas jazdy trzeba było obserwować temperaturę i zamykać i otwierać żaluzję przed chłodnicą. Jechaliśmy na południe latem, więc po malowaniu karoserii wałkiem , nie widziałem potrzeby wklejania uszczelek w drzwi. Niestety powrót po winobraniu w październiku – polska powitała nas przymrozkami. Prowadziłem auto siedząc w śpiworze. Kolejna przygoda: zaraz na początku podróży zaczął cieknąć zbiornik paliwa(stalowy – przerdzewiał). Jak wszyscy zapewne wiedzą – benzyna nie rozpuszcza mydła, więc zbiornik zaklejony mydłem. a co jak będzie padać? To mydło trzeba obsypać piaskiem i okleić taśmą. Taśmę wymieniać po deszczu. Wspaniała epoka polskiego druciarstwa!

      • Wtedy jeszcze zajmowali się zarabianiem kasy na produkcij samochodów, a nie prawniczych przepychankach 😀

      • No właśnie dokładnie wtedy się czepiali – np. Warszawy 203/204 albo Porsche 901. Może nie mieli prawników do obsługi tylu procesów na raz 😀 Ale na Zachodzie Moskwicze miały nazwy słowne, więc pewnie o to chodziło.

  7. Moskwiczami dorosłem nieświadomie otoczony. Nieświadomie, bo dopiero mając koło 20 lat dowidziałem się że obaj moi sąsiedzi z rodzinnego domu mają Moskwicze zachomikowane w stodołach swoich wiejskich posiadłości. Odpowiednio – Aleko i 412. 412 po wycięciu drzewa które w międzyczasie wyrosło przed drzwiami, montażu akumulatora i wlaniu benzyny odpaliło po 20 sekundach kręcenia rozrusznikiem, żeby po kolejnych 20 sekundach schować się w kłębach dymu spod maski. Po szybkiej inspekcji z gaśnicami w ręku winowajcą okazała się pompa wody, której zapieczenie spowodowało stopienie się paska klinowego. No i powstał problem zdobycia pompy wody do Moskwicza… wtenczas nie było jej nigdzie. Ostatecznie auto zostało wstawione do warsztatu na generalny remont… a jak to z takimi sytuacjami bywa, przerosło to warsztat.

    Z tamtego auta zapamiętałem absolutnie perfekcyjne zamykanie się drzwi, nieprzystające do jakiegokolwiek auta z bloku wschodniego – podobne odczucia dał egzemplarz spotkany na jakimś zlocie.

    Historia nabycia tego auta jest również ciekawa – zostało kupione końcem lat 70. od radzieckich Żydów migrujących do Izraela – razem z przyczepką, telewizorem, pralką automatyczną oraz kompletem mebli. W swoim czasie bardzo wyróżniało się właśnie pojedynczymi reflektorami.

    Aleko, zastąpione w połowie lat 90 post – rządową Lancią, czeka zaś cierpliwie na weekend pozbawiony ciekawszych zajęć i wydobycie z garażu.

    Wydaje się, że w chwili debiutu Moskwicz nie odstawał jakoś szczególnie od zachodniej konkurencji – ani Kadett, ani Escort, ani nawet Fiat 1300 nie wyglądał nowocześniej, ani nie miał bardziej zaawansowanej techniki; zaryzykowałbym nawet stwierdzenie że stylistycznie w 1964 to Moskwicz wyglądał najnowocześniej. Choć dość szybko przestał – w 1969 mógł już nieco trącić myszką.

    Zastanawiam się też jak potoczyłaby się historia Moskwicza gdyby nie Lada – mam wrażenie, że po licencji doszło do drenażu AZLK z potencjału finansowego i intelektualnego. Taki 412 to całkiem ambitne auto na swój czas – chyba nawet najambitniejsze w Bloku Wschodnim.

    Swoją drogą, taki sam specyficzny układ świateł pozycyjnych/mijania jest też w Wołdze M21 i rozlicznych autach amerykańskich; powiedziałbym nawet że w epoce „grzybka w podłodze” był to standard.

    • Do tej pory grzybki w podłodze widziałem w funkcji przełączania świateł krótkich/długich, do pozycyjnych było zwykle osobne położenie przełącznika ręcznego.

      Co do 412 – założenia może i ambitne, ale pytanie jak z wykonaniem. Ja jeszcze nie miałem okazji się przekonać i wierzę, że 408 bije na głowę, natomiast w którymś artykule internetowym czytałem opinię mechanika, który mówił, że „niby kopia BMW, ale BMW działa, a Moskwicz nie chce”.

      A co do zakładów WAZ – podobno z nich pochodziło wielu urzędników w Moskwie, dlatego np. Samara dostała pierwszeństwo przed Tavrią i Aleko, żeby więcej środków poszło do Togliatti. Nie wiem, na ile to prawda, ale z doświadczenia wiem, że Łady jeżdżą najfajniej ze wszystkich samochodów z RWPG (no i trochę różnią się od pierwowzorów, bo Zastava to jednak Fiat 1:1, podobnie jak wczesne 125p, które po paru latach zjechało jakościowo).

      • I te położenie przeważnie, zgodnie ze schematem, działa krótkie/pozycyjne. Tyle, że przy współczesnym obowiązku jazdy na światłach w zasadzie zapomina się o jego istnieniu. W ogóle, nie mogę skojarzyć żebym kiedykolwiek, w jakimkolwiek aucie użył pozycyjnych zgodnie z przeznaczeniem.

        A co do dziwnego połączenia pozycyjnych – w Packardzie którego zdarzyło Ci się testować przed laty, zgodnie ze schematem elektrycznym, po wybraniu świateł pozycyjnych i kliknięciu grzybka „długich’ powinno włączyć się lewe światło mijania – a cała reszta auta zostaje na pozycyjnych. Po co? Nie mam pojęcia, pewnie jakiś powód był.

    • Problem 412 polegal na tym, ze zbyt dlugo musial czekac na sensowne hamulce. Tarcze dostal dopiero w 1976 roku. Czyli troche lipa. A przeciez to nie byla jakas kosmiczna technologia. Nawet jak na kraje RWPG. Kant mial je od 1967 roku, Skoda i Dacia od 1969 a rodzima Lada od 1970. Przy modernizacjach caly wysilek skupiono na silniku zapominajac nieco od hamulcach i wnetrzu. Moskwicz w specyfikacji 2140 ukazal sie o jakies 4-5 lat za pozno. Podobnie jak jego formalny nastepca czyli 1500 SL z 1981 roku. Model z calkowicie nowym wnetrzem importowanym z Jugoslawii, innymi tylnymi lampami, plastikowymi zderzakami z kierunkowskazami oraz przednimi szybami w drzwiach bez fletnerek. Moskwicz (2140 w szczegolnosci) to byl dla mnie zawsze kawal takiego „meskiego” auta. Proste ale solidne. Przy konuecznodci eksploatacji w warunkach socjalistucznej gospodarki zajmuje u mnie ex aequo pierwsze miejsce na pudle razem z Wartburgiem 353W

      • Być może w ZSRR hamulce nie były priorytetem, bo tam naprawdę jeździło się 40 km/h po gruntówkach. A w czasie przejażdżki 408 akurat hamulce były najmocniejszym punktem auta – wiem że to paradoks, ale przy jego szybkościach działały naprawdę super 🙂

    • @Jakub, no 412 był projektem dość ambitnym pomimo tego Łada radziła sobie na rynkach eksportowych o wiele lepiej. Niemniej fakt na pewno jakieś znaczenie ma tu kwestia , że Łada korzystała z sieci serwisowych Fiata, a sieć serwisowa Moskwicza praktycznie nie istniała.

      • @pstrykEJ9: jak to nie istniała?! był bardzo dobry sklep z częściami w Szczecinie. Tata wysyłał mnie pociągiem z Gdańska po jakąś uszczelkę (ja to mam, proszę pana , bardzo dobre połączenie). 15 godzin w pociągu i już byłem z powrotem. Potem montaż i jazda. Serwis nie potrzebny. 😉

  8. Moskwiczem 412 uczyłem sie jeździć. Ojciec miał nówkę z 1970 r. ja w 1973 zrobiłem prawko. Samochód był toporny, ale dało się jeździć. Miał rzeczywiście dobre hamulce ze wspomaganiem, chciaż bębnowe. Samochod na tamte czasy był dość niezawodny. Silnik był o niebo lepszy od fiatowskiego, nie ćkał się i miał wysoki moment. Fiat mu spod świateł nie podskoczył. skrzynia miała słabe synchronizatory, ale jak się nauczyłem zmieniać biegi bez zdejmowania nogi z gazu to piszczał oponami przy zmianie na 2.i 3. bieg. Drzwi zmykały się rzeczywiście lepiej ja we Fiacie – z kliknięciam, tylko zimą zamki potrafiły zamarznąć zimą(nie bębenek w zamku, zresztą jeden w lewych drzwiach, tylko zamek). Dojeżdżałem go na lokalnych rajdach, miał lekki tył i mimo, że był wąski dobrze się zwijał na zręcznościówkach bo łatwo było ślizgnąć tył przy niewielkiej prędkości. A opony miał szersze od 125p i jakoś się na zakrętach nie przewracał nawet jak zdarzyło się pojechać na trzech kołach. Kiedyś spaliłem sprzęgło i wracałem z rajdu 60 km bez niego. Zmiana biegów w górę szła bez problemów, jak trzeba było się zatrzymać wyłączałem silnik, dawałem jedynkę i ruszałem z rozrusznika. Jak nabili mi okładziny na tarczę, docisk był dobry angielski z centralną sprężyną, to z przyjaciejem w jeden dzień go poskładaliśmy, żeby następnego jechać na wakacje, jeszcze po drodze regulowaliśmy cięgna, bo jedynka i trójka nam wyskakiwała. Samochód był dość pancerny. Odpalał zawsze jak miał żywy akumulator. Często tylko trzeba było wymieniać plastikowe wkładki w końcówkach drążków. A ze zmianą świateł już przedmówcy wyjaśnili: Tak miała M 20, M 21, i Uaz.

    • Komentatorzy coraz bardziej intrygują mnie tym silnikiem 412 – bo w 408 jest naprawdę beznadziejny. Spróbuję kiedyś takiego dorwać, jak będzie okazja.

      • Obiektywnie beznadziejny byl ten z ktorym miales kontakt. Polwieczny gruz ktorego Stan techniczny jest co najmniej dyskusyjny. Miarodajna byloby przejezdzka chocby modelem 2138. Pod warunkiem odpowiedniej kompresji, optymalnie ustawionego gaznika I zaplonu. Inaczej popelniamy zasadniczy blad poznawczy.

      • Bardzo słuszna uwaga – z tym że akurat serwisowane to auto jest porządnie, ma ogarnięty zapłon, gaźnik itp., bo o to Mikołaj dba. Sam silnik odpala ładnie, pracuje równo, nie cieknie i nie wykazuje oczywistych objawów dużego zużycia.

        Nominalna moc 50 KM w połączeniu z wybitnie niskoobrotowym charakterem może się właśnie tak objawiać w dzisiejszym ruchu. Moskwicza porównałem w tekście np. do Citroena TA albo Pobiedy, bo poza obecnością czwartego biegu on jedzie dość podobnie. Przelotowa 70-80 km/h, a na byle górce redukcja do dwójki. To było OK w epoce tamtych modeli, ale w latach 70-tych już absolutnie nie. Przynajmniej u nas, bo na pustych i płaskich szutrówkach więcej po prostu nie trzeba.

      • Moge zapewnic ze nowy silnik to byla nowa jakosc mimo sovieckiego wykonania. M10 BMW to na pewno nie bylo ale 50% wyzsza moc robila swoje. Silnik juz szybkoobrotowy (5800), maksymalny moment w granicach 115 niuta. A to wszystko przy stopniu sprezania ponizej 9 ktory mozna bylo podniesc w chalupniczych warunkach. Nie musze dodawac ze pozniejsze wersje z fabrycznym gaznikiem DAAZ-2101 lub OZON przewyzszaly te z badziewnym K-126N.

      • ja myślę że te komunistyczne konie to są jakieś muły a nie konie, DF też ma NIBY 75KM a tak na prawde to ma MOŻE z 45, tak ten Moskwicz pewnie realnie ma ze 30 koni skoro tak ledwo jedzie.
        Tico ma 40 koni a idzie jak wściekłe, 160 bez problemu wyciąga i dalej ma ochotę, a jest raptem ze 300kg lżejsze
        inna sprawa że elektroniczny zapłon na prawdę OGROMNĄ różnicę robi, taki zwykły z przerywaczem działa zawsze jako-tako i nigdy go nie można ustawić za ostro bo co z tego że idzie dobrze jak nie odpala zimny, więc zawsze go się bardziej opóźnionego ustawia żeby to odpalało i pracowało normalnie niestety kosztem drastycznego spadku mocy

      • Benny, to wszystko jest kwestia stanu, a nie modelu. Już wielokrotnie Komentatorzy tutaj pisali Ci o tym. Dane fabryczne dotyczą egzemplarzy fabrycznych, a nie 30-letnich i zajeżdżonych na śmierć. DF może mieć nominalne osiągi i jeździć jak w katalogu, tak jak każdy inny samochód, ale musi być dobrze złożony z dobrych części i dobrze utrzymany.

      • Benny, ale co Ty w ogóle porównujesz. Tico jest małe, lekkie, przednionapędowe. Już na starcie masz o mniej strat mocy przez brak wału napędowego. Jeśli dodać do inne przełożenia skrzyni biegów, inną charakterystykę silnika, czy też po prostu wiek konstrukcji silnika, to już w ogóle robi się przepaść. Już pomijam tu opiniowanie na podstawie samojezdnych wkładów do pieca hutniczego.

      • 412 miał pan Bogdan z Andrychowa, testowałeś jego fiaty (m.in130 coupe). Ale to było jesienią 24 i był do sprzedania.
        Model 408 miał mój wujek, pojechał nim kiedyś do NRD po drodze przekonując niemieckiego celnika, że bimber, który wiózł w bańce to kuhlwasser 😛.

      • Zgadza się. Z Bogdanem widziałem się ostatnio na spocie pod Cogiteonem – planujemy coś, ale z osobą trzecią, więc pewnie chwilę potrwa, zanim się zgadamy. I nie chodzi akurat o Moskwicza 🙂

    • @benny_pl

      To może trochę uściślę, bo znam temat. Tico ma lepszy stosunek mocy do masy od dużego fiata (mowa o 1500, 75 KM i do tego uwaga: sprawnym aucie). Mimo tego DF do setki zbiera się wyraźnie lepiej od Tico oraz ma wyższą prędkość maksymalną. I to tak dużo wyższą, bo Tico o ile pamiętam zdycha przy licznikowych 150, DF-em dało się zamknąć licznik, czyli 190 (oczywiście wskazania licznikowe, czyli w rzeczywistości około 160, może nieco więcej). To, że „tico idzie jak wściekłe” to tylko złudzenie, DF w rzeczywistości jest dynamiczniejszym autem.

  9. Identycznego Moskwicza 408 z czterema reflektorami miał mój wujek jako pierwsze auto osobowe w karierze – wcześniej miał Dodge’a WC51, którego później sprzedał żeby kupić nowego Tarpana 239D. Rodzina mu się powiększyła, więc trzeba było zainwestować w coś do wożenia żony i trójki dzieciaków. To był już początek lat 90. ale taki wóz wtedy i tak mu wystarczał.

  10. Artykuły wspominające Moskwicze w prasie niemieckiej znalazłem od 1949r – ogólny opis motoryzacji ZSRR ( nieduży bo niewiele wtedy motoryzacji było w Republikach Radosnych ). Ale już od 1956 zdjęcia i opisy Exportu, szczególnie do Skandynawii, były już nawet w AutoMotoSport. W 1959 ADAC donosi nawet o umowie celnej miedzy Bundesrepublika a ZSRR na kilkaset samochodów M21 i Moskvitsch 407 ( a wiec już nie 100% kopia Kadetta). Wiec jakoś w ten „zakaz ” pisania niechce mi się wieżyc. W pl. moskwicza mieli znajomi mych rodziców ( wygrana w loterii ). Szary 412 już z tarczowymi hamulcami, służył im dość długo. Serwisowany i naprawiany w warsztacie mojego wujka. i tam własnie usłyszałem pierwsze pochwalny na temat jego silnika, jaki to nowoczesny ( oczywiście na Sowieckie warunki). Wtedy porównywaliśmy go do 125p,ale nawet wtedy ( początek ’80) jakość wykonania była gorszy.

    • Co do zakazu – ja tylko cytuję Buscha, natomiast on pisał o obecności 400-tki na targach europejskich, a to była stuprocentowa kopia Kadetta.

  11. Ktoś wspomniał o „ruskich” przyjeżdżających Moskwiczami na handel – też przypominam sobie to zjawisko – wynikało to pewnie z różnic kursowych, ale można było od nich kupić dosłownie wszystko za jakieś śmieszne pieniądze, od solidnych modelików 1/43, przez gierki z wilkiem łapiącym jajka i malutkie radyjka tranzystorowe, po motopompę i bagnet do AK47 (według miejskich legend można było kupić i AK47 i RPG, tylko trzeba było wiedzieć do kogo zagadać). W każdym razie jak teraz sobie o tym myślę, to „ruskie” bazarki były takim analogowym protoplastą zakupów na „Temu”, tyle że zamiast produktów chińskich były made in CCCP, ale tak samo tanie i tak samo człowiek zanim nie zobaczył, to nawet nie wiedział, że taki dziwaczny gadżet istnieje – nie zliczę ile mojego kieszonkowego przepuściłem na miniaturki radzieckich aut – z mojej perspektywy były dużo lepsze niż te zachodnie od Matchboxa, bo dużo dokładniej wykonane i często z otwieranymi wszystkimi pokrywami.

    • Tak, my dla nich z dnia na dzień staliśmy się Zachodem, po ustanowieniu sztywnego kursu dolara 9500 zł w 1990r. Oni robili wtedy to samo, co mój tata 10-15 lat wcześniej w Jugosławii, tzn sprzedawali cokolwiek, byle dostać nasze pieniądze w choćby groszowej ilości, bo po wymianie na dolary był to dla nich majątek.

      A dodatkowy czynnik był taki, że postradzieckie zakłady nie miały pieniędzy na pensje, dlatego często wypłacały je w towarze – i z tym towarem pracownik musiał coś zrobić. Pamiętam z telewizji reportaż, w którym kobieta ze Wschodu opowiadała, że zamiast wypłaty dostała bodajże 30 biustonoszy – i musi je teraz w Polsce sprzedać, żeby mieć pieniądze na życie. Taka śmieszna scenka, która zapadła mi w pamięć, ale tak wyglądały tamte realia.

      Sam nic nie kupowałem u nich, bo miałem wtedy 10 lat, ale znajomy mechanik mi mówił, że podobno mieli bardzo dobre narzędzia z tytanowej stali – w warsztacie niemal niezniszczalne. Ponieważ przemysł zbrojeniowy się załamał, to z takich materiałów robili zwykłe narzędzia i inne przedmioty i warto było z tego skorzystać.

      • Tak, ruskie narzędzia były doskonałe – mam do dzisiaj zestawy kluczy oczkowych, nasadkowych, grzechotki itp. Żaden się nie wygiął, nie pękł, nie zjechał itp, a wiele razy były używane w dość drastyczny sposób. Np. do odkręcenia zapieczonych śrub w kole – ruska nasadka z grzechotką, na to dwumetrowa żeliwna rura, żeby dźwignię zrobić, naskoczyć, chrrrup… i odkręcone. Klucz nie protestował.
        Oprócz narzędzi dobre są jeszcze ruskie zegarki. Radzieckie ściślej rzecz biorąc. W zależności od modelu, nie tylko odporne, ale niektóre też nawet ładne. Amfibie i Komandirskie do roboty, topienia i tłuczenia, Poljoty i Łucze de Luxe do garnituru, Poljoty 55g do noszenia na co dzień. I tak dalej 🙂
        Inne rzeczy od ruskich to już raczej nie…

      • Bardzo dobre były kupowanie od „ruskich” pompy zanurzeniowe – myślę, że wielu działkowców wciąż jeszcze ma je w swoich studniach. Poza tym wspomniane już przeze mnie modele samochodów 1/43 robione przez firmę „Agat” i elektroniczne gry zręcznościowe (wg opowieści znajomy przetrwał dzięki nim wojsko – bo za „łapówkę” w postaci umożliwienia grania w posiadaną przez niego grę „wilk i zając” chodził na lewe przepustki).

      • te ruskie pompy dalej są sprzedawane, oczywiście teraz są to chińskie kopie, ale wpisz sobie w allegro „ruska pompa” i będziesz miał pełno nowych do kupienia 🙂 i te ruskie-chińskie dalej są na prawdę dobre

        ja za dzieciaka też uwielbiałem chodzić na targ gdzie ruscy przywozili wszystko, pamiętam fajne wentylatorki metalowe na baterie, bardzo porządne, ruskie prostowniki też były dobre tylko nie można ich było przeciążać bo potrafiły się zapalić (papierowe przekładki izolacyjne w transformatorach….) a także ruskie modele Łady Nivy fajne były, a najbardziej mi się podobały zestawy zdalnego sterowania do Elektrona ale były dość drogie jak na możliwości dziecka, ale strasznie się do nich śliniłem….

        co do biustonoszy to Szczepanie chyba widziałeś to w którymś z filmów „Wielkie rzeczy”, jeden mój ulubiony „System” o przejściu z Secamu na PAL i o dziadku i jego Jowiszu 🙂 ale jest też „Gra” o wygraniu Meganki i o telefonach komórkowych, chyba „Sieć”, polecam obejrzeć choćby dla samych realiów początku lat 90 – super oddany klimat tamtych czasów

        GRA: https://www.youtube.com/watch?v=DoiPn0Bebbc
        inne były gdzieś na TVP, nie pamiętam gdzie bo jak były to sobie ściągnąlem, a o Jowiszu to mam na VHS 🙂

      • Radzieckie zegarki były dobre pod warunkiem, że weźmiemy poprawkę na miejsce i czas powstania. W porównaniu 1:1 ichniejszy topowy top co najwyżej lekko liźnie zachodnią średnią półkę. I oczywiście im później, tym gorzej – w latach 40-60 jako tako trzymały poziom, w 70 było słabo, a 80 to już dramat – i to wynikający z nałożenia kilku czynników: zachód odjechał do przodu, pojawił się Daleki Wschód, a jakoś i w porównaniu z radziecką minionych dekad się pogorszyła. Fenomen rozwoju wstecznego był obecny w socjalizmie każdego miejsca i czasu. 😉
        Trzeba jednak przyznać, że designersko zegarki były często ciekawe i bardzo różnorodne.

    • Ależ, przypomniałeś mi, że ja przecież miałem taki błękitny modelik testowanego tu Moskwicza, oczywiście produkcji CCCP! I faktycznie był solidnie wykonany, metalowy, z otwieranymi częściami. Może mi się pamięć zatarła, ale to była chyba jakość Matchboxa czy Bburago (skala ok. 1:43).

      A co do zegarków – sowieckie były najlepsze na świecie, bo najszybsze.

    • @RRR to samo można powiedzieć o polskim sprzęcie grającym z tym, że ten miał peak za Gierka, zestaw ZM1006 to naprawdę światowa czołówka. Inna sprawa, że totalnie nie na kieszeń przeciętnego Polaka. Po 1980 roku cała polska elektronika zaliczyła zjazd w dół.

      • Przesadzasz, ZM 1006 to była dobra średnia klasa produkowana pod wieloma markami na zachód (składanka Diory Dzierżoniów, Kasprzaka i Foniki. Ja miałem wzmacniacz PA 3513 występujący jako Thomson (normalnie WS 401 Fonica), i tuner TSH 110 stiuningowany (dorobiłem 4 programatory), ale szybko przesiadłem się na Technicsa i Akai (ten stoi na piedestale i ciągnie gramofon Dynamic Speaker (też Fonica) wspomagany, przedwzmacniaczem lampowym Duala, z współczesnymi lampami EL84 Tesli (czeskiej), na których kiedyś zbudowałem swój pierwszy wzmacniacz stereo 50 lat temu, na podstawie schematu z „Młodego Technika”. Tunery, magnetofon, CD stoją w piwnicy obok telewizora Neptun color. Teoretycznie wszystko na chodzie. Elizabeth Stereo i gramofon Daniel poszły do zięcia.

  12. ja do dzisiaj ma suwmiarkę i inne narzędzia pomiarowe made in USSR. No i wiele lat w warsztacie świetnie służyło mi radio OKEAN.
    Wszystko kupione w targu w Pl.

    • Okean? Doskonale radio z fabryki w Minsku. Slynne z tego ze doskonale odbieralo Wolna Europe poniewaz bylo bardzo selektywne i mialo 5 podzakresow fal krotkich. Do tego bardzo doszczetnie obchodzilo sie z bateriami. Typowy dla sovietow swietny gliosnik o dobrej dynamice

    • W sprawie ruskiego radia przypomniała mi się anegdotka mojego taty, który za młodu był z kolegami w górskim schronisku w Tatrach. W pokoju zauważyli, że mają rarytas – japońskie radio marki COHATA. Dopiero po dłuższym czasie mojego tatę olśniło – powiedział kumplom ze śmiechem: „ETO SONATA…” I prysł cały czar japońskiego sprzętu 😀

    • Jeszcze jedna unikalna cecha Moskwicza. 412 był chyba ostatnim samochodem osobowym z korbą na wyposażeniu. Ojciec się śmiał, że ta korba obraża godność kierowcy, bo była zrobiona z pręta Fi 14 i gięła się w rękach przy próbie użycia. Moskwicz zwykle odpalał od pierwszego obrotu. Ale obrót nią wymagał zdecydowanego użycia siły (co przy jej delikatności było trudne), bo niepewny ruch powodował „kopa” wstecz, co przy 75 konnym silniku z wysokim stopniem sprężania dawało mocno po łapach. Takie niezapomiane wrażenia i ból pamiętało się przez kilka dni. A korbę trzeba było klepać młotkiem na imadle.

      • Przedmówca (przedpiszca?) WM wspominał, że w Aleko była jeszcze korba, ale chodziło o wersję z silnikiem wywodzącym się z 412-tki.

  13. Co prawda nie w temacie Moskiwcza, ale taki „moskalik” o krakowskiej strefie czystego transportu przyszedł mi do głowy:
    Kto powiedział, że ropniaki
    Ponad miarę trują Kraków,
    Temu sprzedam dwa kopniaki
    Pod kościołem Reformatów!

      • Przepraszam za zaśmiecanie wątku, ale zabawa jest wyborna, więc podzielę się kolejnym wykwitem mojej poezji. Tym razem motyw francuski, z lekką nutką dekadencji:

        Kto zwykł mawiać, że Cytryny
        Od patrzenia gniją same,
        Tego strumień mej uryny
        Sięgnie aż pod Notre-Damem.

      • Automobilownia to nie Elektroda, tu nie ma pojęcia „zaśmiecania wątku” 😀 Dyskutujemy sobie, o czym mamy ochotę.

        Swoją drogą nigdy nie spodziewałbym się, że w komentarzach namnoży się twórczość poetycka 🙂

    • Kto powiedział, że niemieckie
      Psują się tylko czasami
      Temu spuszczę prętem łomot
      Tuż pod Redemptorystami

  14. No trudno, cóż zrobić – moskaliki same pchają mi się do głowy. Tym razem jeden w temacie, z kolejnym motywem krakowskim, a drugi o pewnej szacownej marce, z motywem warszawskim:

    Gdy Moskiwcza samochodem
    Śmią nazywać czyjeś wargi,
    Temu lutnę mimochodem
    Pod pomnikiem Piotra Skargi!

    Gdy kto nowym Mercedesem
    Zamiast „beczką” jeździć woli,
    Potraktuję go sedesem
    Pod dębami Agrykoli!

  15. @SzK, ja jeszcze odniosę się do kwestii zmotoryzowania ZSRR. Jakieś 3-4 lata temu widziałem grafikę która porównywała ilość samochodów na 1000 mieszkańców w poszczególnych republikach. I tak stopień zmotoryzowania krajów bałtyckich (czyli de facto najbardziej antyradzieckiego rejonu hah), był wyższy niż PRL, jakoś porównywalny z Czechosłowacją ZTCP. Widzieliście nagrania z bałtyckiego łańcucha ? Wyglądało to jak jeden wielki zlot Żiguli. Dość dobrze zmotoryzowana była też Gruzja. Zupełnie inaczej niż sąsiednia Armenia. Najsłabiej oczywiście zmotoryzowana była sama RFSRR. Z tym, że też jest to średnio miarodajne, bo na pewno stopień zmotoryzowania Leningradu i Moskwy był o wiele wyższy niż Jakucji czy Czukotki. Jak wiemy w Leningradzie nowym Zaporożcem jeździł 20letni student prawa Władimir Putin.

      • @SzK on do KGB się najął w 1975 roku , a jego Zaporożec był 1972 i jeszcze wtedy był studentem. Złośliwi mówili, że niby donosił na kolegów i wykładowców i za to mu KGB podarowała tego Zaporożca, aczkolwiek mocno wątpliwe jest, aby tak „cennemu” agentowi jakim był student prawa drugiej największej uczelni w kraju KGB miało podarować jakikolwiek samochód nawet Zaporożca. Potem jak już zaczął prace w KGB to chyba kupił używaną Wołgę.

      • Szeregowi obywatele spoza KGB i innych służb jeszcze w 1990r. mieli mniej samochodów niż Amerykanie w 1914. Tyle w temacie.

      • @SzK, nie twierdzę, że nie wskazałem tylko, że sytuacja się różniła mocno w zależności od regionu 😉 Co dobitnie świadczy o tym, że w ZSRR jak najbardziej rozwarstwienie społeczne istniało. A co do Estonii to jak najbardziej zdaje sobię sprawę, że w 1940 w momencie aneksji nie była to bynajmniej kraina chat krytych strzechą gdzie mieszkało 90% analfabetów. W samym Tallinie ocalało dość sporo przedwojennej zabudowy. Wiadomo, że jak ma się dostęp do elektryczności i bieżącej wody to człowiek chce więcej np. prywatnego samochodu. Zupełnie inaczej imała się sytuacja na Czukotce.

      • Tak – im później Rosja kogoś zniewoliła, tym mniej zdążyła zrujnować.

        W 1997r. byłem na Litwie, nazywanej „radzieckim Beneluxem”, i wtedy asfalt był tam tylko na głównych drogach od granicy z Polską do Wilna, Kowna i dalej w kierunku Łotwy. Po zjechaniu z nich autokar jechał szutrówkami 30 km/h. W wileńskim hotelu „Sportas” nie było ciepłej wody – i obsługa mówiła, że nie pamiętała, żeby kiedykolwiek była. Tak wyglądał najbardziej rozwinięty rejon ZSRR w kilka lat po wyzwoleniu.

        Natomiast ludzie z głębi Rosji, którzy dziś, po 35 latach od upadku ZSRR, atakują wschodnią Ukrainę, nie wierzą własnym oczom, że w każdym domu jest WC – i kradną muszle klozetowe, bo nie wiedzą, że oprócz samej muszli musieliby mieć jeszcze jakąś kanalizację, żeby to zadziałało. Takie właśnie były różnice rozwojowe pomiędzy regionami.

      • @SzK, a określenia „radziecki benelux” przyznam nie słyszałem. No ja na Litwie byłem 4 razy, ale nigdy nie nocowałem w hotelu. Dalej w pribałtykę się jeszcze nie zapuszczałem, aczkolwiek mam nadzieję w te wakacje zmienić ten stan rzeczy.

        No zniewolić zniewoliła, ale Żiguli dała haha. Aczkolwiek myślę, że bez tego do rewolucji doszło by jeszcze szybciej. Oni doskonale mieli pojęcie jak wygląda życie na zachodzie.

      • No fakt, „dała Żiguli” (które zresztą było włoskie). Tam, gdzie ruska armia nie dotarła, nigdy żadnych samochodów nie było.

      • Pewnie wyjdę na rusofila, ale uważam, że pokutuje u nas wykreowany prze propagandę obraz Rosjan jako co najmniej idiotów – częściowo bierze się to pewnie z rzeczywistych ludzkich doświadczeń, ale w części też z obrazu kreowanego przez propagandę, prozę Sergiusza Piaseckiego i pewnego kompleksu wynikającego z wielowiekowej zależności.
        Teraz uprzedzenia te znalazły doskonały grunt w ukraińskiej propagandzie wojennej kreującej dychotomiczny obraz: Ukraińcy – zachód i cywilizacja Rosjanie – dziki wschód, nie potrafiący korzystać z toalety. Tak wiem pojawiło się necie zdjęcie rosyjskiego czołgu z umocowaną do pancerza muszlą klozetową, ale naprawdę sądzicie, że załoga obsługująca 60-tonową maszynę zasilaną turbinowym silnikiem o mocy 1500 KM, obsługująca laserowe dalmierze, noktowizory i skomplikowane komputery balistyczne, to analfabeci, którzy nie zdają sobie sprawy, że sedes bez podłączenia do wody nie będzie działać? A może wyjaśnienie jest znacznie prostsze:
        1. obawiając się pocisków kumulacyjnych mocują do pancerza co się da, a ceramika (przynajmniej pozornie) wydaje się być niezłym wyborem;
        albo,
        2. co jeszcze bardziej prawdopodobne – prowadząc wojnę okopową i działając z improwizowanych stanowisk wolą sobie w wykopanej polowej latrynie postawić kibel z porcelany?

        A odnośnie przemysłu motoryzacyjnego, warto zauważyć, że o ile szczytem naszych motoryzacyjnych osiągnięć lat 80-tych było przygotowanie liftingu lamp licencyjnego Poloneza i opracowanie do niego składanej kanapy, to ruscy opracowali i wdrożyli do produkcji własnej konstrukcji stosunkowo nowoczesne auta w praktycznie każdym segmencie:
        A – Łada Oka
        B -Tavria
        C – Samara
        D- Aleko
        E – Wołga 3102
        F- Gaz 14

      • @Jerzy według samego Rosstatu jeszcze w 2020 roku ok. 35 mln rosjan nie miało dostępu do kanalizacji. Nawet w kraju krasnodarskim w niektórych miejscach wychodek to norma, a co dopiero na głębokiej prowincji.

        Tak samo jak skonstruować samochody potrafili polecieć w kosmos , stworzyć broń jądrową i naddźwiękowe samoloty. Ciekawe czy członkowie biur konstrukcyjnych konstruujących te naddźwiękowe samoloty mieli w prywatnym garażu chociaż Moskwicza 412, bo w USA tacy ludzie jeździli Chevroletami Impala , albo Cadillacami Eldorardo. Co do samochodów które wymieniłeś to w sumie były mocno inspirowane zachodem, a ich premiery ostro się opóżniały. Poza tym szczerze nigdy nie zrozumiem tego zachwytu nad Samarą. Miałem to szczęście przejechać się i Samarą i 2107 , no i szczerze na codzień zdecydowanie wolałbym jeździć Żiguli. Toporność wnętrza Samary mnie rozwala. W porównaniu z Golfem mkII to niebo, a ziemia. Podczas gdy szczerze taka 2106 jak dla mnie za bardzo nie odbiega od Kadetta C.

      • @Pstryk ja nie twierdzę, że w Rosji żyje się wspaniale, jestem po prostu przeciwny utrwalaniu propagandowych stereotypów. Z lat 90-tych pamiętam, że jak jeździłem do pradziadków na wies, to studnie i wychodki za domem były reguła i w całej wsi był jeden telefon w domu u sołtysa, a mimo to nie mam wrażenia, że Polska lat 90-2000 to był kraj bezrozumnych Orków, którzy na zachodzie wyrywali krany ze ścian, myśląc, że będzie z nich sama woda lecieć.

      • Tu nie chodzi o to, ile jest telefonów i wychodków, tylko o mentalność. U nas jeszcze niedawno było bardzo biednie, ale doskonale wiedzieliśmy, że to nasza specyfika i że gdzie indziej jest inaczej. A w Rosji ogromna większość ludzi nie ma pojęcia, że w ogóle możliwe jest cokolwiek innego. Żołnierze kradnący klozety nie tylko nie wiedzą, że jest coś takiego jak kanalizacja – oni nie mogą uwierzyć własnym oczom, że coś takiego w ogóle może być powszechne.

        Nie, to nie jest propaganda. Ja to słyszę od ludzi z tamtych stron – również od Rosjan mieszkających na Zachodzie, bo takich nie brakuje w korporacjach.

        Tam nie tylko kołchoźnicy nie wiedzieli, jak wygląda świat. Borys Jelcyn sam wspominał, że największym szokiem w jego życiu była wizyta w Ameryce w latach 80-tych i zobaczenie na własne oczy Walmarta: normalny sklep, jakich pełno dzisiaj i u nas, był dla niego bytem z innego świata – „bo u nas minister nie ma na co dzień takich towarów, jakie tutaj prości ludzie z przedmieść kupują całymi wózkami”. On autentycznie nie wierzył, że coś takiego jest możliwe – i właśnie wtedy przestał wierzyć w system.

        Identyczną relację czytałem w „Czerwonych Horyzontach” o Elenie Ceausescu, która w Stanach zdenerwowała się, że nie traktują jej poważnie – bo chciała zobaczyć jak żyją normalni Amerykanie, żeby pokazać ludziom w kraju jaka tam nędza, a pokazali jej jednorodzinne domki z wypielęgnowanymi ogródkami, przed każdym z nich po dwa Chevrolety, a sklepy olbrzymie jak hale fabryczne i pełne towarów. Ona myślała, że to jest jakaś wioska potiomkinowska dla gości zza granicy, bo tłukli jej do głowy od młodości, że w kapitalizmie wszyscy poza garstką milionerów przymierają głodem.

        Trzeci przykład już tutaj kiedyś wspominałem: mój wykładowca z ekonomiki handlu zagranicznego, dr Klemens Budzowski, opowiadał na wykładzie, jak był w ZSRR na stypendium i opeikował się tam grupą radziecki naukowiec, z tytułami. Razem pojechali autobusem do innego miasta i co chwilę na drodze był posterunek milicji sprawdzającej dokumenty wszystkim – bo tam nie wolno było nawet po kraju poruszać się bez zezwolenia, zwanego „paszportem wewnętrznym”. Na zdziwienie Polaków NAUKOWIEC EKONOMISTA zrobił wielkie oczy: „To u was można sobie jeździć po kraju jak się chce? A jak szpieg amerykański przyjedzie to co? Wojna światowa wybuchnie przez waszą lekkomyślność!! Natychmiast musicie wprowadzić kontrole na nasz wzór!!”.

        W radzieckim ustroju nie tylko była nędza – tam nawet elity nie potrafiły sobie wyobrazić, że mogłoby jej nie być. Oni naprawdę myśleli, że u nich żyje się wygodnie i dostatnio. Nawet moskiewscy naukowcy i wysocy aparatczycy, a co dopiero poborowi z Jakucji albo Baszkirii. To jest właśnie różnica w stosunku do Polski, gdzie mogła być bieda, ale wszyscy doskonale wiedzieli, że to patologia i że za miedzą jest zupełnie inaczej.

    • To się na zdrowiu odbiło i tak mu niestety zostało. Łomot V4 chłodzonego powietrzem pojazdu zwanego z japońska MASAHUKU musiał zrobić swoje. I ta niespełniona ambicja… żeby chociaż Wołga, j…ł pies, nawet Moskwicz by trochę podniósł prestiż.

  16. ja mam do tego tylko taki komentarz:

    Co by było gdyby nie było zwiazku radzieckiego ? (- celowo małą literą)
    – Wszystko by było!

  17. W latach 90 poradzieckie towary były w wielkich ilościach na bazarze przy ulicy Banacha. Najdziwniejszy eksponat – hełm z elektrodami do łagodzenia bólu u dentysty.

  18. No tak. Ojciec takim cudnie niebieskim latał na taksówce. Nie miał obrysówek, napisy na karoserii rosyjskie, całe czerwone lampy z tyłu, więc model ruski. Ale miał cztery lampy z przodu, brak żaluzji na chłodnicy i wykładzinę (okrutnie popękaną) na desce rozdzielczej oraz kanapę z przodu. Pojazd zrobił z pół miliona zanim ojciec pchnął go wujowi, bo nie klękał w robocie. Nie miał tylko wstecznego i nie szło go dostać. Pod maskę pasował fiatowski gaźnik, dzięki czemu pojazd był mocniejszy i sporo mniej palił. Tablice i z przodu i z tyłu były na sprężynach, więc nie było problemu z ich powrotem na miejsce, jak w artykule. Nawet tu na zdjęciu jest widoczna ta sprężyna, widocznie zmognięta. Pod tylną kanapą tego samochodu jest solidny schowek. Ojciec woził tam słoiki z rybą w occie, którą łowił i od razu smażył i peklował. Taka rybka z pół litrem bimbru byłą dużo skuteczniejsza niż pieniądze.W latach 90 dostałem od somsiada przerdzewiałe na wylot 412, mój pierwszy samochód po maluchu z prawa jazdy. Co ten pojazd wyprawiał, to ja nawet nie. Jazda na gwiżdżących panewkach, bo nie miał oleju i dolewki z hipolu i innych wynalazków żebranych po drodze musiały w trasie wystarczyć, latający na wszystkie strony aparat zapłonowy, ścięcie kilku słupków ogrodzenia po poślizgu, otwierające się drzwi w zakrętach, składające siedzenia przy ruszaniu/hamowaniu i brak błotnika (przerdzewiał w drodze na mocowaniach), przy którym policja chciała zabrać dowód. Na szczęście błotnik był w bagażniku, więc jakoś się przekonało, że jedziemy założyć. W trasie nigdy nie zawiódł, ale pod domem zawsze było co robić.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.