PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: NORDYCKI MILIONER

Szwedzi to ludzie bardzo praktyczni, dlatego szwedzkie samochody najlepiej poznawać w praktyce.
Tak naprawdę, to samo należałoby powiedzieć o każdym samochodzie, z każdego kraju, bo same zdjęcia i dane techniczne naprawdę nie mówią wiele. Tak się jednak złożyło, że na Automobilowni prawie wszystkie artykuły opisujące auta szwedzkie należą do kategorii przejażdżkowej. Co zresztą dobrze wpisuje się w pragmatyczny charakter Szwedów.
Skąd tytuł o nordyckim milionerze? Częściowo stąd, że Volvem 240 z ostatniego rocznika produkcji, 1993r., przez dwadzieścia lat poruszał się najbogatszy ze Szwedów – założyciel firmy IKEA, Ingvar Kamprad. Auto jeździło sprawnie, nie psuło się, więc nie było potrzeby go zmieniać. Kamprad pozbył się go dopiero pod koniec życia, gdy znajomy uświadomił go o wielkim postępie w dziedzinie bezpieczeństwa nowych samochodów. To znamienne, że właśnie taki argument okazał się przekonujący.
Kamprad słynął z skąpstwa. Mimo majątku ocenianego na ponad 50 mld dolarów (tyle że mało widocznego, bo rozpisanego pomiędzy wielu członków rodziny) po mieście często poruszał się autobusem, w liniach lotniczych zawsze rezerwował najtańsze bilety, koszule kupował na bazarach (gdzie też uwielbiał się targować), a do fryzjera chodził przy okazji pobytów w krajach III Świata, bo zachodnioeuropejskie ceny usług uważał za rozbój. Nie trzeba chyba dodawać, że na obiady najchętniej jadał klopsiki z IKEA Bistro.
Tacy właśnie są ludzie Północy: nawet gdy mają całe góry pieniędzy, nie dają tego po sobie poznać. My z żoną w czasie tygodniowego pobytu w Islandii ani raz nie znaleźliśmy pokoju z prywatną łazienką (wszędzie była jedna na piętrze, a raz nawet w oddzielnym budynku, gdzie musieliśmy biegać w temperaturze kilku stopni, np. po wyjściu z prysznica). Widzieliśmy też plastikowe krzesła typu ogrodowego w ekskluzywnych ponoć restauracjach serwujących steki z wielorybów po 80€ za sztukę, a 30-letnie samochody na podjazdach ogrodzonych willi były właściwie normą.
Dzisiejsze Volvo jest marką chińskiego koncernu, określaną mianem „premium” i konkurującą w całym świecie z Lexusem, Audi, BMW czy Alfą-Romeo, dlatego siłą rzeczy przystosowuje się do globalnego rynku. Kiedyś było jednak inaczej: skandynawskie samochody kupowali głównie Skandynawowie (oraz pozostałe narody germańskie), więc ich konstruktorzy uwzględniali głównie ichniejsze gusta. Tworzyli dla ludzi pozbawionych temperamentu, nieznoszących jakiegokolwiek ryzyka, a w zamian oczekujących jedynie pragmatyczności i solidności. Klienci Volva nie znali pojęcia „premium” w sensie tłuczonym nam do głów przez współczesnych marketingowców.
Przedstawiane tu Volvo 200 w Polsce postrzega się jako produkt wyższopółkowy. Fakt, że poza Szwecją tak było, bo jego gabaryty i ceny dorównywały lub przewyższały Mercedesa W123, jednakże w swej ojczyźnie podstawowe Volvo pełniło rolę podstawowego środka transportu – jak u nas Polonez Caro, który też przecież mały nie był. Tam nie szło o moc i elektryczne gadżety, tylko o użytkowość i wytrzymałość szwedzkiego granitu. Najlepszy dowód, że swój 20-letni egzemplarz Ingvar Kamprad zamienił na Škodę Fabię: dla niego to była ta sama kategoria – podstawowe toczydełko bez żadnych bajerów.
To jednak nie tylko Kamprad (i zapewne niejeden podobny doń szwedzki milioner) odpowiada za tytuł wpisu: chodzi mi również o to, że Volvo serii 200 powstało w rekordowej dla producenta liczbie 2.862.053 egzemplarzy – ponad 100 tys. większej niż wspomniane W123!! Oczywiście, model wytwarzano aż prawie dwadzieścia lat, jednak przez ten cały czas klienci wręcz je rozchwytywali: w samej Szwecji 200-tka przewodziła rankingowi sprzedaży przez aż dziesięć kolejnych lat (1975-84), by później ustąpić miejsca seriom 700 (od 1985r,), 900 (od 1991), 850 (od 1993) i V70 (od 1997). Dopiero w 2015r. (!!), gdy tradycyjne „cegły” odeszły do historii, najczęstszym wyborem Szwedów został Volkswagen Golf. Nie muszę też chyba dodawać, że przed Volvem 200 sprzedażowym liderem była 140-tka, a jeszcze wcześniej Amazon.
20 lat na rynku, 2,86 miliona sprzedanych egzemplarzy – który europejski model pochwali się dzisiaj takim wynikiem…? Nie, to nie była wąska nisza dla ekscentryków, tylko sama esencja skandynawskości.
Foto: materiał producenta
***
Zaprezentowane w 1974r. Volvo serii 200 to twór bardzo podobny do „Beczki”: duży, pudełkowaty sedan z klasycznym układem napędowym, o prostej, acz przemyślanej konstrukcji, który od swego poprzednika – pochodzącego z połowy lat 60-tych!! – różnił się dość niewiele. Konstrukcja nadwozia i sztywnej osi tylnej z drążkiem Panharda pozostała ta sama, nowe były tylko przednia część karoserii, przednie zawieszenie (oparte na oszczędzających miejsce kolumnach McPhersona w miejsce wahaczy poprzecznych) oraz silniki.
Odmiana bazowa była oznaczona 242 – od czterech cylindrów i dwojga drzwi. Począwszy od ściany grodziowej wyglądała niemal identycznie jak Volvo 140, inny był natomiast „nos”: wydłużony i z „aerodynamicznie” pochylonym pasem przednim (mimo którego współczynnik Cx wynosił pokaźne 0,46). Całość mierzyła 4.823 x 1.720 mm, przy rozstawie osi 2.620 mm i masie od 1.270 kg. Sporo, bo w tamtych czasach szwedzka solidność musiała zajmować słuszny kawałek asfaltu.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Większą popularność zdobyło czterodrzwiowe 244…
Foto: materiał producenta
…oraz kombi 245. Tutaj opcjonalnie oferowało składane siedzenia trzeciego rzędu – oczywiście z trzypunktowymi pasami bezpieczeństwa i wzmocnioną podłogą, chroniącą dodatkowych pasażerów przed skutkami najechania z tyłu. Bagażnik miał rekordową pojemność od 1,2 do aż 2,15 metra sześciennego!!
Foto: materiał producenta
Modyfikacje wynikały z badań nad dwa lata wcześniejszym prototypem VESC (Volvo Experimental Safety Car), koncentrującym się na bezpieczeństwie. Mimo że większości jego rozwiązań nie wprowadzono do produkcji (również z powodu sztywnych europejskich przepisów, nie pozwalających np. na wprowadzenie ruchomych zderzaków), produkt seryjny został z miejsca obwołany najbezpieczniejszym samochodem świata. I to nie przez reklamy, a amerykańską agendę NHTSA zajmującą się bezpieczeństwem ruchu drogowego: w jej opinii właśnie Volvo 200 należało przyjąć za wzorzec przy ustalaniu przyszłych wymogów homologacyjnych.
Foto: materiał producenta
Skutki ewentualnego wypadku minimalizowały strefy kontrolowanego zgniotu, seryjne pasy bezpieczeństwa (również z tyłu), łamiąca się przy uderzeniu kolumna kierownicza czy dodatkowe wzmocnienia drzwi (ewenement w 1974r.). Jednakże, ze względu na mentalne nieprzygotowanie ówczesnego rynku, producent akcentował raczej bezpieczeństwo czynne: prawie neutralny rozkład masy przód-tył (55/45), nowy, zębatkowy układ kierowniczy, zawieszenie zapewniające pewne i przewidywalne reakcje czy czterokołowe hamulce tarczowe z czterema tłoczkami z przodu i dwoma z tyłu (umożliwiające specyficzny, „trójkątny” podział obwodów – każdy z nich działał na dwa koła przednie i jedno tylne).
To jest prasowe zdjęcie producenta, z 1975r. Szwedzi już wtedy myśleli o ochronie dzieci. Warto też zwrócić uwagę na wielkość powierzchni przeszklonych – cieniutkie słupki wcale nie były zbyt słabe przy dachowaniu.
Foto: materiał producenta
Specjalnie dla serii 200 opracowano słynne silniki zwane red-block – z żeliwnym blokiem i aluminiową głowicą mieszczącą wałek rozrządu. W ciągu 20 lat produkcji modelu występowały one w wielu wariantach, gaźnikowych i wtryskowych, a także 16-zaworowych i turbodoładowanych (turbiny wprowadzono w 1981r. jako odpowiedź na trzy lata wcześniejszego Saaba 99 Turbo). Najpopularniejsze pojemności to 2,1 i 2,3 litra, z mocami 98-140 KM – choć na rynkach śródziemnomorskich oferowano też podatkowo zoptymalizowane 1,8 i 2,0, a najmocniejsze red-blocki turbo osiągały do 165 KM.
Określenie red-block pochodzi oczywiście od czerwonego malowania silnika. Łączone z nim przekładnie ręczne miały początkowo cztery biegi – tylko w wyższych pakietach wyposażenia oferowano opcjonalny, elektrycznie włączany overdrive. Dopiero w latach 80-tych pojawiły się klasyczne skrzynie pięciobiegowe (w silnikach 2,3-litrowych nawet seryjnie), za to przez cały okres produkcji dało się zamówić automat (najpierw trzy-, a potem czterobiegowy).
Foto: , Licencja CC
Ponadto w dwóch pierwszych rocznikach montowano starą jednostkę OHV (dwa litry, 82 KM), a poza rodziną red-block występowały też dwa silniki „obce”: wysokoprężne od Volkswagena oraz benzynowe, widlaste sześciocylindrówki PRV.
Diesle – wyłącznie wolnossące, z komorą wstępną – pojawiły się w 1979r. Miały układ R6, a ponieważ Volkswagen stosował je tylko w dostawczakach serii LT, Volvo zostało pierwszym w świecie osobowym dieslem o sześciu cylindrach. Pojemność 2,4 litra dawała moc 82 KM (później na niektórych rynkach ze względów podatkowych zaoferowano też pięciocylindrowe, 68-konne dwulitrówki z Audi 100). Diesle przygotowano z myślą o USA, po zapowiedziach wprowadzenia tam norm średniego flotowego zużycia paliwa – zostały więc wycofane w w 1985r., gdy amerykański rynek osobowych diesli praktycznie zanikł.
Z kolei benzynowe, aluminiowe V6, które zastąpiły rzędowe jednostki modelu 164, powstały we współpracy Volva, Peugeota i Renault. Pierwotnie miały mieć osiem cylindrów, z których po kryzysie naftowym pospiesznie ucięto dwa (stąd wybór nieoptymalnego dla szóstek, 90-stopniowego kąta rozwarcia i pogarszające kulturę pracy nieregularne zapłony). Do 1980r. stosowano wersję 2,7-litrową o mocy 125 KM przy zasilaniu gaźnikowym i 140 KM przy wtryskowym, w 1980r. pojemność wzrosła do 2,8 litra, a moc do 155 KM (już wyłącznie z wtryskiem). Sześciocylindrówki łączono ze wszystkimi rodzajami przekładni: czterobiegowymi z overdrivem, pięciobiegowymi lub automatycznymi.
Nowy wał korbowy, zapewniający równe odstępy pomiędzy zapłonami, pojawił się w 1985r. – to dotyczyło już jednak następcy, modelu 760, bo 200-tki z PRV wycofano rok wcześniej. Jako podstawowy model Volva w ofercie zostały tylko czterocylindrówki.
Benzynowe V6 napędzały topowe modele serii: czterodrzwiowego 264…
Foto: materiał producenta
…i analogiczne kombi 265. Sześciocylindrówki wyróżniały się prostokątnymi reflektorami z wycieraczkami i spryskiwaczem, okazalszym grillem, większymi lampami tylnymi, dodatkowymi ozdobami, wentylowanymi tarczami hamulców i szerszym wyposażeniem seryjnym.
Foto: materiał producenta
Dwudrzwiowy sedan 262 powstawał tylko w 1977r. i wyłącznie na rynek amerykański, za to w latach 1977-81 ofertę wieńczyło coupé 262C wytwarzane przez włoskie studio Bertone (choć stylizowane przez etatowego designera Volva, Szweda Jana Wilsgaarda).
262C miało mocniej pochyloną szybę czołową, wydłużone drzwi, dach obniżony o aż 10 cm i bardzo bogate wyposażenie: między innymi pełną elektrykę, klimatyzację, tempomat, skórzaną tapicerkę czy podgrzewane siedzenia. Jedynym oferowanym napędem było V6 z automatem lub manualną czwórką z overdrivem, początkowo też wszystkie egzemplarze malowano na srebrno, a dach pokrywano czarnym winylem (inne możliwości pojawiły się po dłuższym czasie). Proporcje nadwozia do dziś wzbudzają polemiki: złośliwi mówią, że gliniany model upadł styliście na podłogę do góry kołami, jednak sprzedaż 6.622 sztuk można uznać za sukces.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 1981r. amerykański oddział Volva świętował 25 rocznicę istnienia. Z tej okazji zamówił w kalifornijskiej firmie Newport Conversions cabriolet na bazie 262C, do sprezentowania prezesowi firmy. Szwedzka centrala wykazała się wielką niewdzięcznością wetując projekt ze względów bezpieczeństwa (oni naprawdę mieli obsesję na tym punkcie), lecz mimo to Amerykanie zbudowali pięć sztuk, nazwanych 262C Solaire.
Foto: , Licencja CC
Lepiej znane są wydłużane limuzyny 264 TE (od Top Executive), które również produkowało Bertone (tzn. przerabiało standardowe nadwozia sedan, po czym odsyłało je do Szwecji na montaż główny). Takimi autami jeździł szwedzki rząd, król Norwegii, a także partyjni oficjele NRD, którzy kupili 135 z wyprodukowanych 335 sztuk.
Foto: materiał producenta
Uprzedzając komentarze dodam, że specjalnie dla NRD Volvo przygotowało osobny model 244 DLS – zwykłego sedana z podstawowym, stukonnym silnikiem 2,1-litrowym, ale też częścią ozdobnych elementów serii 260 (w tym złotym logo, normalnie zarezerwowanym dla 262C). Powstało 1.000 egz., które komunistyczna partia rozdysponowała pomiędzy swoich działaczy oraz zaufane gwiazdy kultury i nauki. Oficjalna cena 42.800 wschodnich marek odpowiadała około dwukrotności Wartburga, ale jeszcze raz podkreślę, że to nie była oferta publiczna, tylko wyraz łaski dla zasłużonych. Volva były tak ściśle związane z władzami, że na ulicach obywatele regularnie je opluwali (pisał o tym w swych wspomnieniach polski superszpieg, Marian Zacharski), zaś zamknięte osiedle Waldsiedlung w pobliżu miasteczka Wandlitz, gdzie stały wille licznych prominentów, potocznie zwano Volvogradem (gra słów pomiędzy Volvem i Wołgogradem – radzieckim miastem, które pod wcześniejszą nazwą Stalingrad kojarzyło się Niemcom traumatycznie).
Wyliczenie wszystkich wersji i liftingów Volva 200 to temat na grube opracowanie, pokażę więc jeszcze tylko najważniejsze modernizacje.
W 1978r. poprawiono zabezpieczenie antykorozyjne, które dotąd pozostawiało wiele do życzenia, grill otoczono chromowaną obwódką, a srebrzyste lusterka zastąpiono czarnymi. Rok później prostokątne reflektory zagościły we wszystkich wersjach.
Foto: materiał producenta
Volvo 200 było antytezą auta sportowego, lecz mimo to oferowało np. wersję 242 GT z wolnossącym, 2,3-litrowym silnikiem wtryskowym o mocy 140 KM, srebrnym malowaniem z czarno-czerwonymi pasami po bokach, sztywniejszym zawieszeniem, wentylowanymi tarczami hamulcowymi i galanterią „w negatywie” (elementy chromowane zastąpione czarnymi i odwrotnie).
Foto: materiał producenta
W 1981r. 242 GT zastąpił model GLT z turbodoładowanym, 2,3-litrowym red-blockiem, czarnymi ozdobami w miejsce chromów i 15-calowymi alufelgami. Ten był dostępny z wszystkimi trzema nadwoziami.
Foto: materiał producenta
W 1983r. oznaczenie zmieniono na 240 rezygnując z podawania liczby drzwi (benzynowe V6 znikły rok wcześniej, zastąpione przez model 760, natomiast diesle, mimo posiadania sześciu cylindrów, zawsze dostawały oznaczenia z czwórką w środku). Równocześnie pojawiły się nowe skrzynie biegów – pięciobiegowe ręczne i czterobiegowe automatyczne. Na zdjęciu model 240 Turbo.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 1985r. do 240 Turbo producent zaoferował pakiet R-Sport – montowany u dealera intercooler i zestaw dodatków wizualnych, dzisiaj ogromnie rzadki na rynku
Foto: materiał producenta
O wycofaniu 240-tki Volvo mówiło przez cały czas jej produkcji, jednak niesłabnący popyt wciąż skłaniał do opóźniania decyzji, a nawet inwestycji w kolejne modernizacje. Jeszcze w roczniku 1992 dokonano aż 160 drobnych modyfikacji (między innymi foteli, lusterek i ogrzewania), a w ostatnim, 1993, opcjonalny i rzadko zamawiany układ klimatyzacji przystosowano do nowego czynnika chłodniczego R-134a. Rok wcześniej zakończono produkcję serii 700 – w ten sposób 200-tka przeżyła swego następcę.
W końcowym okresie Volvo 240 pełniło już głównie rolę ciekawego retro-gadżetu i swoistego manifestu filozoficznego, dlatego występowało w wielu seriach limitowanych. Niektóre nosiły ostentacyjnie skandynawskie nazwy, typu Polar albo Tørslanda (co było intencjonalnym błędem – bo fabryka mieściła się w mieście Torslanda, ale litera ø lepiej pasowała wizerunkowo).
Ostatnie egzemplarze wyjechały na drogi w 1993r. – prawie 20 lat po pierwszych 242 i 27 lat po pierwszych 140-tkach, z którymi wciąż dzieliły większość konstrukcji nadwozia i tylnej osi. Do końca pozostały też symbolem podstawowego, „domyślnego” samochodu szwedzkiego.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
Volvo 200 było w Polsce znane już w latach produkcji. Z wczesnego dzieciństwa świetnie pamiętam niebieski egzemplarz stacjonujący na ulicy moich dziadków, a należący do profesora Wiktora Zina – znanego architekta, Generalnego Konserwatora Zabytków i wiceministra Kultury i Sztuki (w pamięć zapadły mi zwłaszcza drzwi kierowcy, ulepione ze szpachli i nigdy nie pomalowane – widocznie w ówczesnych warunkach nawet tego formatu osobistość miała problem z porządną naprawą). Na ulicach widywałem też inne egzemplarze i nieraz dziwiłem się, dlaczego właśnie ten model notorycznie jeździ na światłach pozycyjnych – dopiero po latach dowiedziałem się, że to skandynawskie światła do jazdy dziennej, których po prostu nie dało się wyłączyć.
Mimo to, na spotkaniach klasyków 200-tek nie widywałem wcale. Dopiero całkiem niedawno nawiązałem kontakt z Tomkiem – właścicielem białego 244 DL z 1978r., z dwulitrowym, gaźnikowym silnikiem 97-konnym i czterobiegową skrzynią. Auto ma nietypową historię: do niedawna pozostawało w rękach jednej rodziny, zamieszkałej… pod Marsylią. Jeździło niewiele, było jednak zaniedbane i o mały włos nie trafiło na złom. Tomek kupił je pięć lat temu od polskiego handlarza, doprowadził do pięknego stanu i… znacząco wzbogacił ubogie wyposażenie fabryczne. Oczywiście z użyciem wyłącznie oryginalnych części.
„Skandynawski styl” to pojęcie nadzwyczaj oklepane, jak jednak inaczej określić proste pudełko o jednolicie białym kolorze, zupełnie pozbawione ozdób i jakichkolwiek designerskich smaczków?
Foto: praca własna
No dobrze, swego rodzaju smaczkiem jest „ścięty” pas przedni – tutaj już nowego typu, z chromowaną obwódką – i logo przedstawiające alchemiczny symbol żelaza. Na zdjęciu widać zapalone światła pozycyjno-dzienne i żółte żarówki świateł mijania (relikt francuskiej historii egzemplarza).
Foto: praca własna
Eksportowy życiorys zdradza też dwulitrowy silnik, oferowany na południowych rynkach ze względów podatkowych. W Szwecji standardowo występowały motory 2,1-litrowe.
Foto: praca własna
Lusterka, jak to w klasykach, działają dwustronnie: w ich plecach można przeglądać się równie dokładnie jak w szklanej tafli
Foto: praca własna
Z boku widać pokaźną długość nadwozia, której relatywnie nieduża część przypada na kabinę. Uwagę zwracają wielkie zderzaki przypominające amerykańskie i chlapacze – zamontowane tu pomimo bardzo długiego zwisu tylnego.
Foto: praca własna
Volva tradycyjnie nazywa się „cegłami”, ale w 200-tce można jeszcze dostrzec pozostałe po Epoce Chromu ślady obłości. Szczególnie na tle następcy.
Foto: praca własna
Znalazłem jeszcze jeden swoisty smaczek – przetłoczenie na powierzchni klapy bagażnika. Na masce silnika też takie jest. Szaleństwo!!
Foto: praca własna
Bagażnik sedana ma pojemność 580 litrów. Podłoga nie jest płaska, ale cała przestrzeń daje się dobrze wykorzystać.
Foto: praca własna
Drzwi zatrzaskują się precyzyjnie, choć ich dźwięk jest dość głośny i nie tak szlachetny jak w Mercedesach czy BMW. To samo z tworzywami: jakość i trwałość nienaganna, zużycie po prawie półwieczu – minimalne, natomiast wygląd nie jest zbyt efektowny. Trochę podobnie jak u Japończyków, tyle że tam wszystko jest filigranowe, a tutaj masywne.
Foto: praca własna
Priorytety konstruktorów widać jak na dłoni: miejsca tu sporo, choć nie rekordowo wiele, kosztownych materiałów nie uświadczymy, za to całokształt prezentuje się porządnie i schludnie, a miękkie obicia bez wystających elementów i wysokie zagłówki wzmacniają odczucie pozostawania w dobrych rękach (zagłówków nie da się wyjąć, co może przeszkadzać po rozłożeniu siedzeń do spania).
Foto: praca własna
Na temat drewnianych koralików – nieodłącznego atrybutu lat 90-tych – zdania są podzielone: Tomek najpierw jeździł z nimi, potem je zdjął, a teraz założył znowu, mnie z kolei siedziało się dobrze, ale trudno wyrokować po ledwie półgodzinnej przejażdżce. Na zdjęciu widać guziki blokujące drzwi: instrukcja zachwalała, że dzięki nim auto można zamknąć również nie mając pod ręką kluczyka, mnie za to przypomina się brak centralnego zamka, zmuszający do odrobinę szerszego używania mózgu.
Foto: praca własna
Kokpit jest równie finezyjny jak karoseria. Wszędzie proste linie, proste kąty i czarny plastik (tyle że elastyczny, bo tak jest bezpieczniej). Bardziej niż Mercedesy przypomina to produkty Volkswagena – poza tym że znowuż waga jest cięższa.
Foto: praca własna
Bezpieczeństwo i ergonomia zdecydowanie górują nad estetyką. Całość wygląda, jak gdyby miała chronić przed eksplozją nuklearną (w czym faktycznie przypomina Mercedesy). Co ważne, Volvo te obietnice spełnia – wnętrze zachowało się świetnie, jak na swoje 47 lat.
Foto: praca własna
Popielniczka i zapalniczka zostały dyskretnie wbudowane w konsolę. Powyżej przewidziano rząd miejsc do obsługi wyposażenia dodatkowego – Tomek wykorzystał trzy z ich, dokładając elektryczne podnośniki przednich szyb oraz naklejkę ze szwedzkim kuzynem cavallino rampante. Ciekawsza wydaje się jednak lampka przypominająca o zapięciu pasów, mrugająca jaskrawo nie tylko po włączeniu zapłonu, ale i po każdym odpięciu pasa. W latach 70-tych!!
Foto: praca własna
Tu dołożony został obrotomierz, a także wspomaganie kierownicy, bez którego trudno było manewrować. O wieku konstrukcji przypomina też cięgło ręcznego ssania (na lewo od kolumny kierowniczej). Przełączniki są grubo ciosane, bo szwedzcy konstruktorzy chcieli umożliwić ich obsługę w grubych, zimowych rękawiczkach – i to wydaje się tu możliwe. Natomiast sam zestaw wskaźników wygląda bardzo nowocześnie, jak na pochodzenie ze 140-tki, czyli z głębokich lat 60-tych!! Kontrolki awarii hamulców czy przepalonych żarówek, albo zerowanie licznika przebiegu pojedynczym wciśnięciem pstryczka zamiast długim kręceniem – takie detale robiły wtedy wrażenie.
Foto: praca własna
***
Główny konkurent Mercedesa W123 – to znakomita rekomendacja. Chociaż zasadniczo, to Volvo 200 stoi okrakiem pomiędzy W115 a W123, podczas gdy jego następca – między W123, a W124. Ale nieważne – czas sprawdzić, jak się nim jeździ.
W sprawie ogólnej koncepcji, wrażenia solidności i jakości wykonania Volvo na pewno Mercedesom nie ustępuje. Wrażenie wizualne jest skromniejsze, bo nie tworzyli go dumni Niemcy, tylko Szwedzi – czyli ludzie, którzy za największy nietakt uznają chwalenie się czymkolwiek, choćby w najbardziej pozytywnym sensie. Volvo stawia więc na wartości wewnętrzne, pokazywane wyłącznie kierowcy.
Kierowca w istocie czuje się doskonale. Wnętrze jest specyficznie przytulne, wygodny fotel łatwo ustawić (nieco małe są tylko lusterka, ale takie panowały wtedy standardy). Wyjazd z parkingu jest dziecinnie łatwy: w tak wielkiej limuzynie 9,8-metrowa średnica skrętu zakrawa na światowy rekord, z kabiny widać całe otoczenie, a dzięki dołożonemu przez Tomka wspomaganiu kierownica obraca się jak współczesna. Mniej współczesny jest natomiast napęd.
Blok faktycznie czerwony. Wałek w głowicy zwiększył wysokość silnika i zmusił do jego pochylenia o 20 stopni. Dwulitrowy gaźnikowiec katalogowo rozwija 97 KM przy 5.500 obrotach i 152 Nm przy 2.500, przez co auto z trudnością rozpędza się do 150 km/h, a pierwszą setkę osiąga po prawie 16 sekundach. Za wyrozumiałość w tym względzie odwdzięcza się prawdziwą niezniszczalnością, a użytkownikom z Zachodu pozwalał się nawet tankować tanią benzyną 91-oktanową (w Polsce takowej nigdy nie mieliśmy).
Foto: praca własna
Red-block potrafi bezawaryjnie przejechać pół miliona kilometrów (również po mocnym doładowaniu, albo i dalszym tuningu), nie grzeszy natomiast kulturą pracy ani temperamentem. Na biegu jałowym brzmi chropawo i wyraźnie wibruje, a wysokich obrotów – mimo wałka w głowicy – zdecydowanie nie lubi. Maksymalny moment wypada nisko, przy 2.500, a w trakcie przyspieszania najlepiej wykorzystywać zakres dzisiejszych turbodiesli, czyli 2.000-4.000.
W owych latach nigdzie w Szwecji nie wolno było przekraczać 90 km/h. Na autostradach też nie – i w Volvie można to poczuć. Czterobiegowa skrzynia bez overdrive’u ma krótkie przełożenia: przy 100 km/h wał kręci się 3.500 razy na minutę, przy 120 4.250 – a to już odrobinę męczy, zarówno silnik jak i jadących. Oczywiście, mówimy o epoce Poloneza „Borewicza”, który wypadał tu jeszcze słabiej, ale dłuższe przeloty współczesnymi autostradami robią się nieco męczące. Po Volvie spodziewamy się większego spokoju, jednak spokoju musimy wymagać głównie od siebie, bo przy grzecznej, skandynawskiej jeździe, z prędkościami do 100 km/h, nie będzie brakować niczego. Takie silniki najlepiej pasują do charakteru 200-tki.
Oczywiście, zwolennikom dalszych i szybszych podróży Volvo oferowało mocniejsze silniki i overdrive (według testu brytyjskiego magazynu „Autocar” overdrive zmniejszał obroty przy 100 km/h z 3.500 na 2.800 obrotów). Tomek planuje założyć pięciobiegową skrzynię z 700-tki, ale to trochę zepsuje oryginalność – dlatego ja cieszę się, że przejażdżkę odbyłem jeszcze oryginałem. A w sprawie skrzyni dodam, że dźwignia ma długi skok i wymaga odrobinę wysiłku, ale pracuje poprawnie: nie sposób nie trafić w bieg, a synchronizacja działa bardzo dobrze.
Układ jezdny pasuje do silnika: zapewnia świetny komfort, również na gorszej drodze, ale wcale nie jest tak bezpośredni, jak zachwalały reklamy. Absolutnie nie jest to problem, o ile jesteśmy gotowi dostosować nasze oczekiwania i przyjąć szwedzki styl jazdy. Niesportowość podwozia nie dotyczy natomiast hamulców: te działają rewelacyjnie, nawet na stromych zjazdach. Bezpieczeństwo Szwedzi naprawdę potraktowali priorytetowo.
***
Bezpieczeństwo i solidność – takie były założenia konstruktorów auta, które przez prawie dwadzieścia lat kupiło ponad 2,8 mln osób. Również prawdziwych milionerów.
Volvem 200 nie dało się przed nikim chełpić (przypadek NRDowskich prominentów pomijam, bo ich limuzyny świecące złotym logo częściej opluwano niż podziwiano), nie dało się nim też ścigać. Podstawowe specyfikacje przyspieszały jak półtoralitrowy Polonez, tyle że pozbawiony piątego biegu. Nie miały wspomagania kierownicy, obrotomierza ani żadnych elektromotorków, nie mówiąc o klimatyzacji, drewnianych okleinach czy innych zbytkach. Miały natomiast bezwładnościowe pasy dla czwórki pasażerów (z lampką przypominającą o zapięciu), łamaną kolumnę kierownicy, dodatkowe wzmocnienia w drzwiach i czterokołowe hamulce tarczowe nietracące skuteczności po awarii jednego obwodu. Bagażnik kombi mógł mieścić nawet ponad dwa metry sześcienne ładunku, a jeśli ktoś zażyczył sobie zamontować w nim dodatkowe siedzenia, fabryka nie zapominała o trzypunktowych pasach i odpowiednim wzmocnieniu podłogi – bo tam przecież mieli siedzieć ludzie.
Legendarna niezawodność starych Volv – zwłaszcza tych z red-blockami – została zauważona i doceniona, bo lata 70-te były w motoryzacji słabym okresem. Ówczesne Mercedesy były akurat porządne (z wyjątkiem blach), ale na głównych eksportowych rynkach Szwedów – w USA i Wielkiej Brytanii – jakość lokalnych samochodów szorowała o dno, więc kontrast był szczególnie widoczny. Do dzisiaj internetowe fora pełne są pochwał 200-tek, przy zupełnym braku głosów krytycznych. Przy innych pomnikach niezawodności zwykle da się je znaleźć („głupoty gadacie, mój się psuł„), przy Volvach – ani śladu. Absolutne zero sieciowych żali po ponad 30 latach od zakończenia produkcji to prawdziwy ewenement.
Tomek potwierdza: jego nierestaurowany, 47-letni egzemplarz w ciągu prawie pięciu lat pokonał już 10.000 km – z najpoważniejszą awarią w postaci poluzowania się śruby wydechu. Przy spokojnej, „skandynawskiej” jeździe bocznymi drogami auto spala około 10 litrów na 100 km. Niczym w starym dieslu, nie chce wyjść ani mniej ani więcej.
Dawno temu, w pewnej części świata, tak wyglądała recepta na sukces. Zastanawiam się, czy dziś zadziałałaby podobnie – myślę jednak, że chińscy właściciele marki nie dadzą nam już okazji, by się przekonać.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Szwecja to bardzo osobliwy kraj. Najbardziej egalitarny na świecie, kraj dużych podatków, najbardziej odrażającej potrawy świata (Surströmming), fotoradarów, rozdymanej poprawności politycznej, ograniczeń na autostradach i surowej zimy.
Jedyny europejski kraj, który po wojnie przeszedł na ruch prawostronny (mała sugestia: temat na osobny wpis). Na wczesnych filmach Bergmana (chociażby „Tam, gdzie rosną poziomki”) widać wyraźnie
ruch lewostronny.
I język szwedzki! Jakby kto żelazo piłował. Przypomina mi się znakomity wyklad Szczepana lata temu o Bułgarii i języku bułgarskim przy okazji wpisie o tamtejszej motoryzacji, może kiedyś przeczytamy też coś o języku szwedzkim.
Skandynawia fascynowała mnie zawsze a niniejszy artykuł jest dziełem wybitnym. Cieszę się, że istnieje możliwość wsparcia kawą twórcy niniejszego wpisu jako forma wdzięczności za poświęcony czas i trud.
👍🏻👍🏻👍🏻
Islandia też, zdaję się, zmieniała ruch na prawostronny.
W którym roku?
W 1968 jak szwecja
Co do podatków – one były wysokie 50 lat temu. Od lat 80-tych je już obniżali, dziś są na średnim poziomie unijnym, tylko że propaganda wciąż nam wmawia że jest inaczej, żeby pokazać pozytywny przykład, że etatyzm może działać. No właśnie nie – dzisiaj wszystkie kraje skandynawskie są w pierwszej dziesiątce rankingu wolności gospodarczej, tylko że o tym mało kto pisze, bo do narracji nie pasuje.
Najbardziej mi się podoba ich wolna konkurencja w dziedzinie edukacji: edukację jak najbardziej finansuje się z podatków, ale to rodzice dziecka decydują, gdzie te pieniądze mają iść. Tzn. wybierają dowolną szkołę, publiczną lub prywatną, w rejonie albo na drugim końcu kraju – gdzie tylko rodzice uważają, że dziecku będzie lepiej. Ministerstwo płaci wybranej szkole, a jeśli dana szkoła nie przyciągnie odpowiedniej liczby uczniów, to bankrutuje i koniec. Nieistotne, czy jest państwowa czy prywatna – ma skutecznie uczyć. Od czasu wprowadzenia tego systemu szwedzka młodzież jest jedną z lepiej wyedukowanych na świecie.
Co do języka – nie kojarzę większych ciekawostek, to typowy język germański. O islandzkim można opowiedzieć parę historyjek, ale artykuł o islandzkich wakacjach pisałem jako jeszcze początkujący bloger i nie miałem śmiałości popełniać tego typu ekscesów. Ale może jeszcze będzie okazja 🙂
Ciekawe – ten system finansowania szkolnictwa obowiązuje w całym kraju, czy tylko na bardziej zaludnionych terenach? Trudno wyobrazić sobie istnienie szkolnictwa w niezbyt zaludnionych rejonach północy bez centralnej dotacji.
Co do reblocków, dość istotną ich cechą był niekolizyjny rozrząd, co pozwalało na dość frywolne podejście do kwestii paska rozrządu. Jako świeżo upieczeni kierowcy, latem 2015 roku, zmienialiśmy z kolegą rozrząd i olej na krawężniku, na osiedlu domków jednorodzinnych, w jego 940tce. Coś nam nie do końca wyszło i rozrząd przestawił się o kilka ząbków, powodując w efekcie pracę silnika przypominającą ostrowałkowy bolid WRC (w połączeniu z regularnie odpadającym kolankiem wydechu – za tłumikiem była swego rodzaju łabędzia szyja przykręcona opaską, która w owym czasie z jakiegoś powodu na rynku wtórnym występowała tylko jako grubszy wariant dieslowski, niekoniecznie pasujący do benzynowego, chudego wydechu – nie było opcji, żeby nie zgubić jej przed upływem tygodnia). Tak czy owak, dobry tydzień auto jeździło z niekoniecznie dobrze ustawionym rozrządem, zanim kolega – volviarz pomógł nam go ustawić.
W kwestii samej 240tki, nie przypominam sobie żebym kiedykolwiek widział auto z okrągłymi reflektorami, mimo że 240tki były u nas w gruncie rzeczy dość popularne.
Oczywiście że w całym kraju. Wystarczy pieniędzy nie marnować i wtedy wszystko się da.
A niebieskie Volvo profesora Zina jak najbardziej miało okrągłe lampy – po prostu za Twoich czasów one już wszystkie zdążyły zgnić 🙂
Myślę, że na północy w rejonie Kiruny i innych miejsc związanych z wydobyciem, przemysłem zbrojeniowym i kosmicznym dotacje państwowe to są drobiazgi w porównaniu z ich nakładami na edukację. Mają z czego płacić, mają praktyków którzy przekażą wiedzę następcom. Jedynie znaleźć młodych następców do takich zajęć, to chyba największy problem.
Z tym egalitaryzmem to chyba jak z mlekiem. Śmietanka na górze, a reszta zgodnie pływa pod powierzchnią.
Ludzie często mylą poziom jakiejś cechy z jej dynamiką. To różnica taka, jak między chwilową szybkością samochodu, a jego chwilowym przyspieszeniem.
A co to ma do rzeczy tutaj? Im większy „egalitaryzm”, tym trudniej poprawić swoją sytuację. Szaraczkowi w Szwecji nie brakuje nic, ale wybić się wyżej jest ogromnie trudno. Listy najbogatszych od dziesięcioleci pozostają niezmienione. Oczywiście, większość z nas powie – nieistotne, ja nie muszę być Rockefellerem, wystarczy mi stabilna praca i piwo z Netflixem wieczorem. Jasne, tylko stabilność zależy od nieustannego rozwoju – a ci, którzy ten rozwój napędzają, muszą być zmotywowani. Mnie może nie interesować zostanie Rockefellerem, ale mojego szefa już wręcz musi – bez tego moja praca będzie zagrożona. Właśnie dlatego z końcem XX wieku Szwecja się opamiętała i zmieniła politykę.
jak by się nie opamiętali, to prawie wszyscy by z tej Szwecji wyjechali do USA, i nigdy nie wrócili
Nowe Polestary ze znaczkiem Volvo są całkowitym zaprzeczeniem całej filozofii marki. Ten rozmiar 3 piętrowej kamienicy (z oficyną!) ze stylistyką obucha siekiery, za to bez żadnej widoczności z miejsca kierowcy; te dyskretne minimum 20 calowe kółeczka, ta wysokość podłogi bagażnika wymagająca wymagająca drabiny i badań wysokościowych, to nieskomplikowane podwozie z dziesiątkami kabelków cieńszych niż telefoniczne czekających na kamyk czy gałązki na drodze…
No i wnętrze przepełnione systemami próbującymi myśleć za kierowcę…
Daleką drogę ma za sobą współczesna motoryzacja.
Około 1995 roku w jednej z polskich gazet z ogłoszeniami motoryzacyjnymi był zamieszczony krótki tekst o używanych „dwusetkach”; bardzo spodobała mi się wtedy refleksja autora na temat kanciasto-prostokątnej stylizacji deski rozdzielczej: „To, że kierownica jest okrągła, to prawdopodobnie efekt chwili słabości projektanta” 😀
Volvo 240gl 2.3 to było pierwsze auto które ujeżdżałem po zrobieniu prawa jazdy. Jeździłem równolegle innymi autami typu audi 80 czy współczesne wówczas fiaty. Volvo pozostało w mojej głowie jako pojazd niesamowicie wręcz solidny i nieco toporny ale dajacy przyjemne odczucia z jazdy. Nasz rodzinny wóz nie miał wspomagania, za to był nadbieg obsługiwany elektrycznie, więc na trasie przelotowa 120 nie była wcale męcząca, natomiast parkowanie na zatłoczonych parkingach wspominam źle. Jego następca w domu rodzinnym był volvo 740 ale taki już z lepszym wyposażeniem i automatyczna skrzynia za to z tym samym silnikiem. I ta 740 na tle 240 traciła mocno w poczuciu solidności przez dużo gorszej jakości tworzywa we wnętrzu ale jeździło się równie dobrze.
Jaki problem z parkowaniem? Widoczność super, skręt jeszcze lepszy. Jeśli egzemplarz był bez wspomagania, to wiadomo, ale zawsze można wspomaganie dołożyć 🙂
No wlasnie bez wspomagania. Było gorzej niż w wyrobach fso. Mam porównanie do 740 które wspomaganie miało i było wspaniale, zwrotność niesamowita jak na gabaryt.
No to już masz rozwiązanie 🙂 Tomek – właściciel testowanego auta – też samodzielnie wspomaganie dołożył.
Jesteś pierwszą osobą, którą widzę piszącą, że seria 700 miała gorsze plastiki niż 200. Miałem pod butem dwusety, siedemsety i dziewięćsety – 700 od 87 i 900 do 94 to najlepsze lipca rwd pod kątem jakości. Dwusety mają najgorsze plastiki, za to są ciasne w środku. Ale przynajmniej gniją i są najmniej stabilne 😉 Za to mają najwięcej uroku, jednak w moim sercu zawsze będzie 700 w sedanie.
Moim zdaniem klasyfikacja jakości wnętrza wygląda tak:
1. 760
2. 740
3. 960/S90
4. 940
5. 240/260
Wydaje mi się, że 260 i 240 miały dokładnie te same i takiej samej jakości wnętrza, ale głowy nie dam, bo nie pamiętam już.
Do takiego Volvo to obowiązkowo sztruksowa marynarka z łatami na łokciach i można jechać na uczelnię z kolejnym wykładem 😉 Zdziwiło mnie, że piszesz o serii 700 jako następcy serii 200 – ja zawsze postrzegałem te samochody jako po prostu pochodzące z różnych segmentów, tj. 200 – segment „D”, a 700 jako taki bardziej segment „E” – konkurent W124.
200 ma 4,8 metra długości – to nie jest segment D, tylko konkurent W123 (jedyny zresztą) 🙂 A 700-tka miała go zastąpić całkiem, tyle że nie zastąpiła, bo ludzie dalej chcieli starsze auto kupować.
Ja jeżdżę już 8 lat Volvo 92r 79KM silnik VW AUDI wysokoprężny ze skrzynią manualną i nie mogę znaleźć nikogo z automatyczną.Mam hallux w lewej nodze i jest to dla mnie problem.Poza tym nie narzekam, wiadomo o wóz trzeba dbać.Cały czas przeglądam strony i może wreszcie kogoś znajdę na zamianę.Wolałbym nawet 740 lub 940,silnik może być benz.aczkolwiek D24 mi wystarcza.Jak sama nazwa wskazuje-Volvo ,toczę się!
ja miałem V70 mk1 2.4 benzyna/gaz w automacie i fajnie się jeździło, choć dla mnie to za wielka kolumbryna i słabo się parkuje (strasznie długi przód) a mimo takiej wielkiej wielkości to bagażnik mało pojemny (mimo że kombi) gdyż ponieważ strasznie niski dach, no i palił 16l gazu więc sporawo, choć jeszcze do przeżycia
na pewno był to bardzo ładny i solidny samochód, i zupełnie nie gnijący, no i mój ulubiony
Japoński automat Aisin, więc niemalże niezniszczalny
mimo wszystko sprzedałem jednak, i tak wolę Asterkę F, jest idealnych rozmiarów, i uwielbiam nią jeździć, oczywiście też w automacie Aisin 🙂
Z Volvo miałem styk jako szofer raz, jeżdżąc przez tydzień V50 z dużym nalotem. I niby to ford focus w przebraniu, i silnik od PSA z osprzętem forda, ale jakoś mimo tego sporego (ponad 400kkm) nalotu wnętrze wyglądało przyzwoicie. Nic nie trzaskało, nie powycierana tapicerka, mechanizmy wszystkie działały. Bardzo przyzwoity wóz. Ale to nadal była era pre-china.
Ostatnie 240 mi się podobają. Wcześniejszych na żywo nie widziałem, ale na zdjęciach ten front wygląda strasznie, zwłaszcza z prostokątnymi reflektorami.
Uroku nie psują dosyć karykaturalne proporcje z króciutką kabiną i długaśnymi końcami. Volvo chyba się inspirowało motoryzacją amerykańską.
Technicznie to nuda, tam nie ma nic, co by mogło zachwycać – ot po prostu zestaw rozwiązań, które działają i tyle. Dzisiaj raczej niesprzedawalne.
BTW – kiedyś była dyskusja o ochronie zapewnianej przez duży silnik, czas 1:01 https://www.youtube.com/watch?v=W7GTxbpFWaw
Te proporcje to wg mnie kwestia dużego bagażnika (wymóg konieczny) i stref zgniotu. Być może też pozostałość po silnikach R6 z Volva 140 + wydłużenie nosa potrzebne do jego pochylenia?
Z Volvo, nie Volva.
Absolutnie nie
https://wsjp.pl/haslo/podglad/4949/volvo
Stare Volvo były fajne. Późniejsze już nieco mniej zachwycają. Modele od połowy lat 90 mają olbrzymi problem z brakiem zwrotności (karykaturalnie wielka średnica zawracania!) i jakością materiałów w środku. Po latach plastiki wyraźnie się degradują i pękają. Szkoda, bo technicznie dobre wozy. A 240 kojarzy mi się głównie z „gliny za nami jadą! – dodaj gazu, ale spokojnie” 🙂
Volvo nie Volvem. Dwóch marek się nie odmienia, Volvo i Bugatti.
Jakieś źródło? Polski przecież jest językiem fleksyjnym.
Wszystkie motoryzacyjne teksty, jakie znam, odmieniają markę Volvo. Nie słyszałem też w języku mówionym, żeby ktoś z odmiany rezygnował. „Bugatti” to co innego, bo nie mamy wzorca deklinacyjnego odpowiedniego dla takiej końcówki, ale dla „-vo” mamy i wszyscy znani mi autorzy (oraz żywi ludzie w mowie) stosują go tak jak ja.
Proszę mi pokazać taką odmianę w fachowej literaturze, polskiej, szwedzkiej czy w jakiejkolwiek innej.
Czy Wielki Słownik Języka Polskiego, pod redakcją prof. dr hab. Piotra Żmigrodzkiego, jest wystarczająco fachowy?
W zakładce „odmiana” podaje on standardowe polskie końcówki fleksyjne:
https://wsjp.pl/haslo/podglad/4949/volvo
W necie można napisać wszystko.
TMX, rozczaruję Cię – na papierze też można napisać wszystko. Tak samo na glinianej tabliczce albo ścianie jaskini. 😉
A sprawa odmiany, bądź nie, jest tak nieistotna, że chyba w ogóle nie ma sensu o niej dyskutować.
@TMX
https://sjp.pwn.pl/so/volvo;4527691.html
Podaj źródło mówiące, że Volvo się nie odmienia. Nie może to być internet, bo w internecie może być wszystko.
Jak już mielibyśmy być precyzyjni to Audi ani Suzuki też nie ma jak odmienić (no chyba, że „jeżdżę Audim” albo „kupiłem Suzukiego”). Możliwe, że kiedyś Volvo się nie odmieniało – tak jak słowa radio, bo w końcu volvo to wyraz łaciński. Ale to musiało by być bardzo dawno – osobiście się nie zetknąłem.
Natomiast, skoro już piszę, o Kampradzie czytałem kiedyś, że on był chorobliwie wręcz skąpy – oczywiście „słynący z gospodarności” brzmi lepiej, ale cóż. Ponoć to był człowiek raczej w stylu takiego, którzy pierze zużyte chusteczki higieniczne…
No i widziałem nagranie archiwalne, w którym sam podkreślał, że pragnie aby jego produkty traktowane były jak ubrania: zmieniane często, wraz z modą (w lekkiej sprzeczności do tego co sam robił). Więc z definicji w sposób nieekologiczny – to tak a propos pseudo – ekologii w wydaniu tej firmy, bo Ikea to hipokryci jakich mało.
Zgadzam się z obiema częściami. Analogia do „radia” albo „studia” jest jak najbardziej trafna.
Prawda też, że do Kamprada „skąpstwo” pasuje bardziej niż gospodarność – dlatego zamienię to słowo w tekście.
Volvo 240 to jedno z najlepszych aut świata. 😉 U mnie w Norwegii cegła była też bestsellerem, a teraz jest cenionym klasykiem. Dla mnie to był prawdziwy luksus w porównaniu do komunistycznych/sowieckich złomów. Poproszę wersję z turbo. 🙂
Bylem/jestem wielkim fanem Volvo. Kilka razy w życiu robiłem podejście do tej marki (głównie S80), ale ostatecznie miałem tylko V70 drugiej generacji z 2,4T 200KM. Przyjemnie wyrywało kierownicę z rąk podczas mocniejszego przyspieszania, ale ja i tak raczej mam grzybowy styl jazdy. Generalnie bardzo byłem z niego zadowolony, auto dość solidne, ale mimo wszystko Saab 9-5 kombi – którego miałem wcześniej – sprawiał wrażenie solidniejszego.
W sumie taka dwuseta mogłaby być całkiem fajnym youngtimerem, zamiast kolejnego Balerona.
Volvo jako marka samochodów i firma – pisownia nieodmienna
volvo jako samochód, produkt marki Volvo – odmieniamy
Tak, masz rację – nazwy firmy ja też bym nie odmieniał, ale nazwę samochodu jak najbardziej. To swoją drogą niesamowita złożoność naszego języka, że to samo słowo zachowuje się inaczej w zależności od kontekstu (przykładów jest więcej – np. mamy smakoszy kogo-czego? rosołu, ale w Warszawie jest ulica kogo-czego? Rosoła – bo nazwiska odmieniają się inaczej niż rzeczowniki pospolite, nawet jeśli brzmią identycznie).
Miałem 740, które zresztą było bohaterem wpisu „ceglanego” i zastanawiam się, co się stało, że między 240 a 740 tak dramatycznie pogorszyła się jakość wnętrza. Serio, nawet niemal równoletni Wartburg ma trwalsze plastiki – w Volvo pękały i urywały się bez wyraźnego powodu. Może nie od patrzenia, ale od delikatnego nacisku już się zdarzało. Ciekawe, jak w tym względzie prezentowały się schyłkowe egzemplarze 240?
Znajomy ma 240 kombi z bodajże 1992 roku – tam też jest problem z np.: pękającą kieszenią w drzwiach od samego patrzenia na nią.
Właśnie sobie coś przypomniałem: Tomek mówił, że w Volvie wymieniał podłokietnik w przednich drzwiach pasażera, bo był zniszczony, być może słońcem. Ale inne elementy są fabryczne.
Mam Volvo z 244 z 1979 i plastiki są całe, ale auto ma niski przebieg i chyba większość życia stało w garażu. Miałem parę lat temu Volvo 240 z 1993r, z samego końca produkcji w Europie, w nim np. te plastikowe boczki drzwi były połamane i kruche jak z zrobione z makaronu, faktycznie pękały jak za mocno na nie spojrzałeś;) Nie wiem czy to kwestia rocznika, czy materiału który szybko twardnieje pod wpływem UV.
raz jechałem 240-stką, mogłem się zamienić za Micrę K10 w automacie na tego Volviaka, w sumie jechał dużo lepiej niż wyglądał, bo z wyglądu to był straszny ulep, i się nie zamieniłem, trochę szkoda, ale za bardzo mi to jakiegoś Pomyloneza przypominało technicznie… poza tym za wielkie, do Audiczki 80tki też się przymierzałem ze względu na solidność budy, ale też jest dla mnie za wielki ten przód, ja tam wolę mniejsze samochody, a przynajmniej z krótszym nosem, bo busem też lubię jeździć, choć nie na codzień
ale fajnie że taka ładna 240-stka została uratowana, choć mi też ten przód „przedliftowy” z okrągłymi światłami w ogóle się nie podoba, późniejsze dużo ładniejsze, i w sumie tylko takie widywałem, okrągłych nie kojarzę
Były też przedliftowe z takimi dziwnymi kwadratowymi światłami – próbowałem coś kiedyś na ich temat znaleźć i nie wiem czy nie było to wersja na DDR?
Jest taki nawet w ogłoszeniach: https://www.otomoto.pl/osobowe/oferta/volvo-245-sprzedam-volvo-244-2-0-benzyna-auto-po-gruntownej-renowacji-ID6HgMTr.html
Jeśli się nie nazywa DLS, to nie.
Były też kwadratowe światła – w czterocylindrówkach zaraz po lifcie, żeby łatwiej wycieraczki montować (do okrągłych średnio pasują). Ale to rzadka wersja i nawet nie znalazłem jej zdjęć fabrycznych, chociaż materiały o niej mówią.
o tym silniku możemy sobie pooglądać sporo u Chrisa:
https://www.youtube.com/watch?v=99zmndK6DBI
a ten Volviak z artykułu ma dziwny bocznossący gaźnik, rzadko się takie widzi (głównie tylko małe w piłach kosiarkach, motorach itp)
Nie jechałem nigdy tym samochodem, chociaż nie powiem bardzo mi się podoba. Generalnie 240 i 260 to tak naprawdę różne modele. 260 to przodek S80, a 240 bardziej S60, czy S40.
No ciekawe czyje ty SzK komentarze uprzedzasz z tym 244 DLS hahah, nawet w sumie nie wiedziałem jaki motor tam siedział. Z tego co wiem to Volvo lubiło rozliczać się z komunistami w barterze, toteż w każdej firmie transportowej realizującej przewozy międzynarodowe z krajów komunistycznych trzon taboru stanowiły Volvo , najpierw F88/89 , potem F10/12. Wiem też , że trochę 240 trafiło do ZSRR. W PRLu osobówki Volvo za bardzo popularności nie zdobyły nawet w porównaniu do innych zachodnich marek. Wiem też, że chyba nie kupowano 264 TE, ale było parę sztuk następcy w BOR czyli 760 GLE.
Odnosząc się do sytuacji gospodarczej Szwecji. Z tym Volvo to jest w sumie bardzo ciekawy przypadek. Tak naprawdę jak jeszcze do niedawna w Polsce sądzono nie jest to marka premium, a raczej ludowa marka Szwecji. Od lat okupują rankingi bestsellerów, chociaż jak wiadomo teraz zaczęła ich podgryzać Tesla. A ciekawe jest to, że w czasach sprzed unii celnej nawet, nigdy nie wypuścili typowego „auta dla ludu” jak np. 2CV, Dyane, Renault 4, Garbus, czy Fiat 500/600. A w latach 60 na topie był Amazon, czyli auto dość „ekskluzywne” nawet jak na warunki Francji , czy RFN, a co dopiero krajów bloku wschodniego. Ja przyznam, że w czasach kiedy byłem korwinistą „gnoiłem” ten szwedzki system, ale kurczę z dzisiejszej perspektywy widzę, że nawet to się sprawdza. Byłem w Szwecji w 2009 roku ostatnio przed „najazdem” muzułmanów. Jeździło jeszcze naprawdę sporo 740/760. 240/260 już mniej , niemniej wszystko w stanie idealnym. Nikogo tam nie interesuje zostanie rockeffelerem , no ale Ingvar Kamprad jednak został. Samochodów segmentu B , czy też C o wiele jeździ tam mniej niż Volvo serii XC , czy też S40/S60. Oczywiście zgadzam się ze stwierdzeniem, że Szwecję gubi przyjmowanie uchodźców.
Pojazdów „ludowych” dawniej w Szwecji nie było, bo one wtedy nie nadawały się na takie warunki. Skandynawowie jeździli autami z USA (albo rzadziej z ZSRR), bo mieli ciężki klimat i wielkie odległości do pokonania. 2CV albo Fiat 500 nie nadają się do Szwecji, podobnie jak do Teksasu albo na Syberię. Dopiero dzisiaj mniejsze auta zrobiły się odporne na wszelkie warunki i odpowiednio wytrzymałe (również dlatego, że wcale nie są już małe ani tanie). Kilkadziesiąt lat temu po prostu by sobie nie poradziły.
@SzK no też słyszałem , że w Szwecji była nadreprezentacja amerykańskich krążowników szos, zresztą do dzisiaj się takowe spotyka na ichniejszych zlotach. Co do aut z ZSRR i reszty bloku wschodniego no to ZTCW akurat w Szwecji nie były zbyt popularne, co innego Norwegia i Finlandia. Przykładowo Fiata 125p sprzedano tam 109 sztuk, podczas gdy w Finlandii 11 561 sztuk. Bardzo szybko popularność zdobyły tam też japońce. W Gangu Olsena ciągle przewijają się wczesne Toyoty.
„Na rynkach śródziemnomorskich oferowano też podatkowo zoptymalizowane 1,8 i 2,0, ”
Nie żebym się na tym znał ale redbloka o pojemności 1.8 to wykreślilbym z tego tekstu. No chyba że zostanę przekonany jak niewierny Tomasz.
Co za ignorant to pisał. Volvo się nie odmienia.
Rzeczownik „Volvo” nie odmienia się w języku polskim, ponieważ jest to nazwa własna, która pochodzi z języka obcego. W języku polskim nazwy własne, takie jak nazwy marek samochodów, są traktowane jako nieodmienne, chyba że istnieją specjalne wyjątki lub utarte zwyczaje językowe. W przypadku „Volvo” nie ma powszechnie przyjętych form odmiany przez przypadki, dlatego używa się go w tej samej formie we wszystkich przypadkach
„Co za ignorant to pisał. Volvo się nie odmienia.”
no widzę, że zabłysnąłeś tym pierwszym postem. Nawet nie zadałeś sobie trudu przeczytania inny komentarzy. A z tematem minąłeś się w odległości kosmicznej.
Alle to nic.
Życzę powodzenia i czekam na więcej takich trafnych wypowiedzi.
Świetna lektura! Mam podobne Volvo 244 DL tylko z 1979 roku, z rynku szwajcarskiego. Zdziwił mnie brak wspomagania kierownicy w prezentowanym egzemplarzu, z tego co kiedyś wyczytałem, DL różnił się od podstawowej wersji posiadaniem radia i wspomagania w standardzie. Mój ma wspomaganie, ale w przeciwieństwie do prezentowanego samochodu, nie ma fabrycznego prawego lusterka, co trochę utrudnia jazdę w dzisiejszym ruchu.
Volvo 240 jest uważane za „nudny samochód”, coś w tym jest, ale dla mnie to fajny początek przygody ze starszą motoryzacją – jeździ to całkiem przyjemnie, nie psuje się zbytnio, serwis i części wciąż są tanie, a przy tym jest sporo tańsze w zakupie od np. W123.
Są fora na które wchodzę żeby mi ciśnienie wzrosło. Na to wchodzę z uśmiechem i opuszczam z większym dziękuję.
No i się wygłupiłem 🙁 Zapomniałem o B17 ….