PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: OD LODÓWEK DO HAUTE COUTURE

 

Gdy w lipcu przejechałem się jednym z 80 wyprodukowanych Moretti 128, byłem przekonany, że nie wsiądę już raczej do niczego rzadszego. Nie minęły jednak dwa miesiące i właśnie opisuję samochód powstały w niemal dwukrotnie mniejszej liczbie egzemplarzy. Choć jak to często bywa – zależy jak liczyć.

ISO Rivolta S4 to czterodrzwiowa wersja ISO Rivolty, wspaniałego włoskiego grand tourera ze złotego wieku automobilizmu. Fabryka wypuściła zaledwie 46 sztuk, choć potem model nie znikł, tylko zmienił nazwę na ISO Fidia. Później powstało jeszcze kolejne 146 aut: w sumie ponad dwukrotnie więcej niż Moretti 128, jeśli jednak uwzględnić tylko Rivoltę S4, proporcja się odwraca.

Posmakowałem już w życiu samochodów marek Ferrari, Lamborghini, Maserati, Bentley, Rolls-Royce, Aston Martin, Jaguar i Porsche – ale to wszystko była masówka. Naprzeciwko nich najrzadsze dzieło manufaktury ISO to prawdziwy sztos nad sztosami, kurdesz nad kurdeszami!!

Foto: praca własna

***

Nazwa firmy ISO, założonej w 1939r. w Genui, pochodzi od greckiego słowa isothermos oznaczającego „stałą temperaturę” – pierwszymi produktami były bowiem lodówki. W 1942r. nowy właściciel przedsiębiorstwa, Renzo Rivolta, przeniósł siedzibę do Bresso pod Mediolanem i rozszerzył działalność o środki transportu.

Motoryzacja była wówczas luksusem, ale lodówki również, a paradoksalnie, pojazdy mechaniczne miały lepsze perspektywy popularyzacji – zwłaszcza te skromniejsze. Dlatego w 1949r. Rivolta podjął produkcję skuterów, a cztery lata później… skrzyżował je z lodówkami: tak narodziły się mikrosamochodziki z pojedynczymi przednimi drzwiami, nazwane włoskim zdrobnieniem swej marki – Isetta. W kraju furory nie zrobiły, ale licencje sprzedane do Brazylii, Francji, a przede wszystkim RFN zaowocowały sprzedażą ponad 200 tys. egzemplarzy.

W 1954r. dwie 9,5-konne Isetty ukończyły nawet wyścig Mille Miglia!! Wprawdzie na lokatach pod koniec drugiej setki, ale ciekawe, czy dziś ktoś porwałby się na taki wyczyn?

Foto: http://www.isomillennium.it/

Tymczasem wolny świat się bogacił, a włoskie samochody obrastały legendą. Oczywiście nie takie jak Isetta (choć też, tylko później), ale te najpiękniejsze, z wierzgającymi konikami albo trójzębami na maskach. Ich sławni producenci znajdowali wielu naśladowców, do których bardzo chciał zaliczyć się Renzo Rivolta.

My, Polacy, jako przysłowiowo mądrzy po szkodzie, moglibyśmy mu dzisiaj wyjaśnić, że rynek najdroższych samochodów nigdy kokosów nie przynosił. Wtedy jednak było jeszcze przed szkodą, więc nawet my tego nie wiedzieliśmy. O olśniewająco pięknych włoskich supersportowcach i grand tourerach marzył cały świat, a że populacja milionerów rosła szybciej niż kiedykolwiek, sprawa wydawała się rokująca.

Rivolta miał o tyle łatwo, że przyjaźnił się z inżynierem Ferrari, Giotto Bizzarrinim, który właśnie wtedy pokłócił się z szefostwem, więc zgodził się po godzinach tworzyć konkurencyjny samochód. ISO Rivolta – pierwszy grand tourer lodówkowej marki – był więc gotowy jeszcze zanim na ten sam pomysł wpadli Ferruccio Lamborghini i Alejandro De Tomaso.

Bizzarrini opracował tylko podwozie: przednie zawieszenie na wahaczach poprzecznych ze stabilizatorem oraz tylne z osią de Diona i drążkiem Watta. Karoserię dorysował młody Giorgio Giugiaro, 28-letni wtedy pracownik studia Bertone. Śrubowo-kulowy układ kierowniczy przysyłała firma Burman, wspomagane hamulce tarczowe – Dunlop, manualne skrzynie – ZF, opcjonalne automatyczne – BorgWarner. Z silnikiem Rivolta też poszedł na skróty: zakontraktował amerykańskie V8 z Chevroleta Corvette, o pojemności 5,4 litra i mocy 300 KM. W całym świecie nie było wówczas opcji tańszej w przeliczeniu na konia – również po uwzględnieniu dopłat za wersje podkręcone do 340, a nawet 400 KM.

Foto: Rex Grey, Licencja CC

Foto: Rex Grey, Licencja CC

Dzięki takiej strategii ISO kosztowało wyraźnie mniej od Ferrari czy Aston-Martina, ale producent niestety przeszacował popyt. 792 sztuki sprzedane w osiem lat (1962-70) nie wystarczyły do uzyskania rentowności. W 1966r. Renzo Rivolta niepodziewanie zmarł, a jego syn Piero nie chciał się poddawać: przedstawiał kolejne klejnoty w stylu modeńskim i wziął nawet udział w mistrzostwach Formuły 1: w sezonie ’73 bolid zespołu Franka Williamsa nazywał się ISO-Marlboro.

W 1964r., ukazał się bazujący na Rivolcie supersportowy model Grifo…

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

…w 1969 luksusowe coupé Lele (nazwane od zdrobnienia imienia żony Renzo Rivolty, Rachelle)…

Foto: Kadams1970, Licencja CC

…a w 1967r. czterodrzwiowa limuzyna Rivolta S4. „Najszybsze cztery fotele świata” – brzmiał slogan tłumaczony na wszystkie zachodnie języki. Warto dodać, że również jedne z najdroższych czterech foteli: w RFN Rivolta S4 kosztowała 25% więcej od Mercedesa 280 SEL 6,3, w USA – prawie dwukrotność topowych Cadillaców. Drugi wyprodukowany egzemplarz zakupił w 1969r. John Lennon, za jego przykładem poszli inni sławni muzycy: James Last, Sonny Bono, Pete Townshend, Johnny Hallyday. Egzemplarz Lennona kosztował 8.715 funtów, podczas gdy Rolls-Royce Silver Shadow – 7.790.

Foto: materiał producenta

W 1974r. firma ISO zbankrutowała, z powodu załamania popytu i kosztów zabawy w Formułę 1. Do tego momentu Rivolta powstała w 792 egz., wszystkie odmiany Grifo – zamknięte i otwarte, bardziej i mniej cywilizowane – w 413, Lele w 285. Najrzadsza była czterodrzwiówka: powtórzę, że sprzedała się w 192 egzemplarzach, z czego początkowe 46 nosiło nazwę ISO Rivolta S4, a kolejne 146 – ISO Fidia (Fidia to włoska wersja imienia Fidiasza: greckiego rzeźbiarza, autora zdobień Partenonu w Atenach, gdzie w 1969r. z wielką pompą przeprowadzono dziennikarską prezentację modelu).

Przejażdżkę zaliczyłem właśnie tym najrzadszym modelem: przedstawiany okaz – należący do prywatnej kolekcji Adama prowadzącego Giełdę Klasyków – to ostatnia wyprodukowana Rivolta S4.

***

„A imię jego czterdzieści i sześć” – chciałoby się sparafrazować Wieszcza, ale to niezupełnie tak, bo prezentowane auto nosi numer nadwozia 90. Kłóci się to z dokumentacją mówiącą o 46 sztukach Rivolty S4, ale włoskie manufaktury nigdy nie pilnowały numeracji i papierologii. Tabliczki znamionowe przykręcano przed samą wysyłką, niekoniecznie w kolejności, a dłuższe oczekiwanie na chętnego to w tym segmencie standard: czasem brakuje jakichś detali, trzeba poprawić niedoróbki, albo po prostu auto stoi na tyłach, skąd trudno je wyciągnąć.

Ten konkretny egzemplarz pod koniec 1969r. zarejestrował w Mediolanie włoski projektant biżuterii, Loris Abate. W kręgu wtajemniczonych auto łączone jest jednak z jego partnerką, słynną kreatorką mody Milą Schön (prawdopodobnie z powodu brzmienia jej nazwiska w firmowej dokumentacji nr 90 figuruje jako sprzedany do Niemiec – czy już wspominałem, że Włosi papierów nie pilnują?).

Mila Schön urodziła się w 1916r. w arystokratycznej rodzinie z Trogiru, jako Maria Carmen Nutrizio (dziś region należy do Chorwacji, ale historycznie był zromanizowany – mówił martwym dziś językiem dalmatyńskim, spokrewnionym z dialektem weneckim). Nazwisko Schön przyjęła po mężu, austriackim handlarzu metalami szlachetnymi.

Foto: Giorgio Lotti

W 1965r., po rozwodzie z Austriakiem, Mila Schön założyła butik w Mediolanie, a potem zaczęła przedstawiać własne, awangardowe kolekcje mody. Zaprojektowała kostiumy stewardess linii lotniczych Alitalia i olimpijskiej reprezentacji Włoch. Ubierały się u niej między innymi Jacqueline Kennedy, Brooke Astor, Marella Agnelli (żona Gianniego) i Farah Diba (trzecia żona szacha Iranu, Mohammada Rezy Pahlawiego). Zmarła w 2008r. w wieku 91 lat, sprzedawszy swą markę japońskiemu koncernowi Itochu.

W dokumentacji auta znajduje się upoważnienie do jego używania wystawione przez właściciela, Lorisa Abate, dla Giorgia Schöna, syna Mili (włoskie prawo wymagało takiego pisma do poruszania się nie swoim pojazdem). Giorgio startował trochę w wyścigach, a potem założył firmę Rossocorsa prowadzącą salony Ferrari i Maserati. ISO jeździł mało, a w 1980r. odstawił je zupełnie, na prawie cztery dekady.

W zabytkowych Syrenach widywałem dekoracje w postaci paczek papierosów Popularnych i czerwonych stuzłotówek z Waryńskim. W ISO Adama tę samą rolę pełnią damskie czółenka i apaszka marki Mila Schön. 

Foto: praca własna

***

Dawne supersportowce bywały radosną improwizacją. Projektowali je ludzie zdolni, lecz działający w pojedynkę i po partyzancku, bez szans dopracowania wszystkich detali. Kluczowe elementy brali z cudzych półek i nie zawsze mogli je właściwie dostroić, a wykonanie przypadało garażowym manufakturom. W produktach finalnych widać to wyraźnie.

W poprzednim artykule pisałem o wyrównywaniu blach stopami cynowo-ołowiowymi. W ISO Adama chyba pominięto ten etap, bo powierzchnie są widocznie krzywe mimo zachowania oryginalnego lakieru. Kto wie – może dlatego auto długo czekało na klienta?

Foto: praca własna

Managerom też umykały banalne sprawy: wspomniana już ateńska prezentacja S4/Fidii przyniosła kompromitację, bo nikt w porę nie zauważył, że grecka benzyna miała zbyt niską liczbę oktanową – dlatego silnie sprężone V8-mki paskudnie stukały i przegrzewały się. 

Foto: materiał producenta

Jednak arystokracji wybacza się wiele. Suknie haute couture nie nadają się do przepychania przez tłum w tramwaju, a dziesięciocentymetrowe szpilki – do chodzenia w jakichkolwiek warunkach. Nikt nie ma im tego za złe i wręcz nie spodziewa się niczego innego. Podobnie z haute couture automobilową: nieraz równie niewygodną, a mimo to podziwianą i pożądaną. Trudne wsiadanie? Nieergonomiczny kokpit? Brak bagażnika? W „Maluchu” to wstyd i hańba, w Ferrari – „człowieku, chory jesteś…? Czego ty byś chciał…!!„

***

Adam długo rozglądał się właśnie za ISO. Niniejszy okaz dorwał w 2024r. i…

...zaraz zaczął zdobywać nagrody: Best of Show na Forza Italia, Najlepszy Pojazd na poznańskim Retro Motor Show, drugie miejsce na Klasyczne Nowe Włochy i specjalne wyróżnienie na gali Oldtimer & Youngtimer Fest (NOVOL).

Foto: gieldaklasykow.pl

Samochód nigdy nie przeszedł pełnej odbudowy: ma poprawioną blacharsko podłogę, drugi lakier na przednich błotnikach i powymieniane części mechaniczne (nowy wydech i sprzęgło, regenerowany gaźnik i hamulce, parę drobiazgów elektrycznych, poskręcane na nowo zawieszenie, itp.). Jednak silnik i manualna przekładnia pozostały nietknięte, podobnie jak spatynowane wnętrze.

Pierwszym wrażeniem oglądającego Rivoltę S4 jest jej ogrom: do granicy 5 x 1,8 metra brakuje tylko dwóch centymetrów z każdej strony, a 2,85-metrowy rozstaw osi zapewnia jadącym pełną wygodę. To rzadki luksus w klasie supersportowej, ale też komplikacja zadania kierowcy. 

Foto: praca własna

Karoserię znów narysował Giugiaro, już jako pracownik Ghii, na co wskazuje stosowny emblemat

Foto: praca własna

Design ma w sobie coś z ateńskiego Partenonu: jest ogólnie kanciasty, lecz złagodzony przez trudno zauważalne, subtelne krzywizny i przetłoczenia (charakterystyczne zresztą dla wczesnych dzieł Giugiaro – podobnie narysowana była np. moja ukochana Alfa-Romeo Bertone). 

Foto: praca własna

Z przodu auto wygląda bardziej bojowo niż z boku. Niskie i szerokie nadwozie z silnie pochyloną szybą czołową robią tu swoje, a wklęsły kształt maski tworzy wrażenie uniesionych brwi. Jak taki błyśnie w lusterku długimi, to strach się bać…!! 

Foto: praca własna

Charakterystyczna siatka rys i pęknięć potwierdza autentyczność lakieru: eksperci uczą, że tak właśnie starzeją się ówczesne materiały. Firmowy znak ISO nie jest duży, lecz jego treść – bardzo dumna: włoska flaga i napis Milano podkreślają pochodzenie marki, a złoty gryf symbolizuje drapieżność i odwagę (pamiętamy o śmiałym wejściu producenta lodówek na rynek skuterów, a potem samochodów, w dodatku najdroższych). Skrzydła gryfa mają kształt kół zębatych – ten szczegół dodała żona Renzo Rivolty, Rachelle.

Foto: praca własna

Adam potrafi długo opowiadać o pochodzeniu detali ISO. Przednie reflektory to Fiat 125, lampkę pozycyjną dostarczała firma Altissimo, która ten sam element sprzedawała Ferrari, Maserati, Lamborghini, Alfie-Romeo, a nawet Fiatowi – czasem jako postojówkę, a czasem światło wsteczne. 

Foto: praca własna

Lekkości w pięciometrowym mastodoncie nie odnajdziemy, smukłość i dynamizm – prędzej. Górna linia nadwozia przypomina Jaguary XJ, charakterystycznymi szczegółami są natomiast trzy pary wylotów powietrza: te w tylnych słupkach służą wentylacji kabiny, te w obu błotnikach – chłodzeniu tarcz hamulcowych, które przy tej mocy i masie 1,6 tony nie mają łatwego życia (specjalne dukty łapią powietrze spod auta i kierują w stronę tarcz, a następnie owych wylotów).

Foto: praca własna

Tył wygląda zaskakująco spokojnie. Jak to klasyczny Włoch, ISO uwielbia każdego wyprzedzać, ale nikogo nie poniża. Pozwala się podziwiać, ale nie wdeptuje w ziemię. No, może czasem ogłuszy rykiem z podwójnego wydechu… 

Foto: praca własna

A tylne lampy poznajecie? To Fiat 124 coupé, przedliftingowy.

Foto: praca własna

Gryf widnieje też na wlewie paliwa…

Foto: praca własna

Foto: praca własna

…na tylnej klapie mamy niespójnie stylizowany napis…

Foto: praca własna

…a na 15-calowej feldze – resztki naklejki Borrani, najsłynniejszego ówczesnego producenta kół. Wymiar opon to 205/70 R15.

Foto: praca własna

Nad detalami można rozwodzić się w nieskończoność, ale droga czeka. W końcu więc trzeba wsiąść i pojechać.

Foto: praca własna

***

Automobilowa haute couture bynajmniej nie oznacza bezbłędnych projektów ani japońskiej jakości wykonania. Te samochody nigdy nie były uniwersalnymi środkami transportu ani niezawodnymi towarzyszami codzienności. W większości składają się z wad i niedoróbek, a dziś dodatkowo grubej warstwy patyny (eufemistycznie ujmując). Mimo to – fascynują i hipnotyzują.

Drzwi jak drzwi, ale ten rudomiedziany welur…!!

Foto: praca własna

W ciągu czterdziestu lat postoju mole zdążyły go trochę wyjeść, jednak Adam nie zamierza niczego restaurować. Wszak w tej klasie nie ceni się świeżych zapachów, a raczej dowody „starożytności rodu”.

Foto: praca własna

Niska linia dachu nie pozostawia miejsca na kapelusze, natomiast długości i szerokości wystarczy każdemu. By pokazać całe wnętrze, Adam musiał wręcz użyć obiektywu szerokokątnego.

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Pasażerowie drugiego rzędu mają swoje przyciski podnośników szyb, zapalniczkę i popielniczki (w podłokietnikach drzwi). Pomiędzy fotelami leży stylowy pugilares.

Foto: praca własna

Jeszcze raz przypatrzmy się nadgryzionej tapicerce…

Foto: praca własna

…i wielkiej przestrzeni oddzielającej fotele. Gałka z dźwigni zmiany biegów czasami spada, będzie ją trzeba podkleić 😉

Foto: praca własna

Nogi można w pełni rozciągnąć podziwiając ogromną maskę silnika i nie jeden, a dwa osobne gatunki drewna pokrywającego kokpit. Gałkę lewarka założyłem…

Foto: praca własna

…ale po zatrzaśnięciu drzwi znowu spadła. Dostatek przestrzeni nie zawsze oznacza pełnię komfortu: w ówczesnych małych autach wnęka przedniego koła wypychała pedały w prawo, tu wielki zespół napędowy wyeksmitował je na lewo – co dla kierowcy oznacza dokładnie to samo, to jest konieczność skręcenia bioder.

Foto: praca własna

Mimo wszystko w ISO siedzi się inaczej niż w Fiacie 600. Nogi mogą być wykręcone, kierownica ogromna i cienka, zegary przysłonięte jej wieńcem, a przełączniki losowo rozrzucone po powierzchni przeciętnej działkowej grządki, jednak całokształt zmysłowych wrażeń i wyzwalana przezeń fala neuroprzekaźników zagłuszają to całkowicie. Nawet jeśli do jazdy lepiej zdjąć gałkę biegów, by przypadkiem nie wpadła pod nogi…

Foto: praca własna

Przełączniki obsługujące oświetlenie, dmuchawę, ogrzewanie tylnej szyby i podnośniki szyb już nie wypadają, a są niesamowicie stylowe…

Foto: praca własna

…za to klimatyzacja nie ma żadnej regulacji, a tylko zero-jedynkowy włącznik kompresora pod kolumną kierownicy.

Foto: praca własna

Zjawiskowa kierownica Nardí trochę przysłania wskaźniki, ale prawdziwym hitem są jej własne funkcje: klakson aktywują podłużne przyciski w ramionach, natomiast okrągły w piaście, z wizerunkiem gryfa, to… błysk długimi światłami…!! Taki autostradowy poganiacz do tworzenia wolnego korytarza w tłumie cherlawych Fiacików. Witamy w Italii!!

Foto: praca własna

Instrumenty najlepiej widać… spoza auta, przez opuszczone okno. Zestaw wskaźników jest kompletny: BENZINA, OLIO ºC, PRESSIONE OLIO, ACQUA, AMPERE.

Foto: praca własna

Szybkościomierz sięga 320 km/h – a mówimy o czasach, kiedy nie każdy popularny samochód w ogóle osiągał pierwszą setkę

Foto: praca własna

***

Jak to jest, jeździć takim cudem? Podobnie jak nosić haute couture: niedogodności sporo, ale wrażenia niezapomniane.

Wiemy już, że auto jest wielkie. Siedzi się w nim po królewsku, na każdym miejscu, a sąsiad z drugiego fotela wydaje się przebywać w innym pokoju. Wielka powierzchnia maski, boazeria kokpitu i kierownica, która nawet w deszczowy dzień błyszczy aluminium i pięknie lakierowanym drewnem – to wszystko tworzy widok, o jakim śni każdy automobilista. Obsługa tego wszystkiego jest już mniej wygodna: cienki wieniec niewspomaganej kierownicy, twarde sprzęgło i surowa praca przekładni domagają się męskiej ręki (i nogi).

To oczywiście jest luksusowa limuzyna, z seryjnymi elektrycznymi szybami i klimą, ale na pewno nie dla mięczaków

Foto: praca własna

Wyjazd z podziemnego garażu wymaga trochę wyczucia, bo szerokie nadwozie, 12,5-metrowa średnica zawracania i twardo pracujące elementy sterowania nie wybaczają błędów. Do każdego skrętu trzeba podchodzić z głową, wykorzystując całą przestrzeń wąskiego korytarza. Nie da się nawet puścić do końca sprzęgła, bo pan Abate zamówił najdłuższe dostępne przełożenia. Na jedynce bez gazu wyprzedza się większość rowerzystów, więc technika jazdy po mieście przypomina raczej parkowanie: przez większość czasu prędkość regulujemy nie prawą, a lewą stopą, dawkując poślizg sprzęgła, natomiast dwójkę wrzucamy dopiero na dwujezdniowych arteriach, gdzie zarządca podniósł dopuszczalne tempo powyżej ustawowej pięćdziesiątki. O zniecierpliwieniu, wręcz zduszeniu bestii świadczy wydobywający się spod maski, wyraźnie skrępowany bulgot – jak gdyby drapieżnika czekającego na okazję do szarży.

Być może dlatego samochód pokonał dotąd ledwie 54 tys. km – on został stworzony na autostrady, nie mediolańskie zaułki. Pomiędzy osiedlowymi blokami skręca się czasem na dwa razy, pomiędzy miejskimi skrzyżowaniami strzałka obrotomierza ledwie drgnie. Gdy jednak dolot złapie głębszy oddech, prowadzenie staje się przyjemniejsze: „Przez moment miałem równolegle Maserati Quattroporte” – mówi Adam – „i to była całkiem miękka limuzyna, kładła się w każdym zakręcie, a ISO można naprawdę szybko objechać rondo” (tymczasem ja śmieję się w duchu, że w Wielkopolsce własności jezdne sportowych aut najlepiej badać na rondach 😉 ).

To wszystko jednak jest szczerą prawdą. Po wrzuceniu dwójki – czytaj: pomiędzy 50-100 km/h – kierownica zaczyna pracować sportowo. Wprawdzie przełożenia ma powolne (4,75 obrotu pomiędzy skrajnościami), ale jej wcześniejsza twardość przechodzi w przyjemny opór dający dobre wyczucie, polecenia wykonywane są sprawnie, a o głębokich przechyłach – choćby przy skrętach w przecznice – nie ma mowy. Wspaniale byłoby przejechać się włoską autostradą – np. na przełęcz Brenner albo wzdłuż wybrzeża Ligurii, gdzie prawie nie ma odcinków płaskich i prostych. Na szybkich, łagodnych łukach ISO rozwinęłoby skrzydła i sprawiło kierowcy mnóstwo radości, jednak w Poznaniu takich możliwości nie mamy, a co gorsza, na wyjeździe z miasta zaczyna padać deszcz.

Wycieraczki oczyszczają mniej niż połowę ogromnej, silnie pochylonej szyby: być może konstruktor nie skupiał się na takich drobnostkach, a może na ówczesnym rynku po prostu nie było odpowiednio długich ramion i piór. By obserwować drogę, muszę co nieco pochylić kark – i mimo że pole widzenia przecina mi wtedy łuk drewnianego wieńca kierownicy, to przynajmniej po obu jego stronach coś widać. Zjeżdżając z głównej w przecznicę, gdzie w zwykłym aucie redukowałbym z pięć na trzy, tu zmieniam z dwa na jeden. Podobnież przy każdym spowolnieniu ruchu (o czym Adam cierpliwie mi przypomina, bo sam nie mam takich odruchów). Na szczęście synchronizator jedynki działa bez zarzutu.

Krótka dźwignia ze zdjętą gałką wymaga zdecydowanych pchnięć (podobnie jak sprzęgło). Nie utrudnia jednak kierowcy życia: w ogóle nie zgrzyta i nie pozwala pomylić przełożeń, bo cztery biegi w czterech rogach nie pozostawiają przestrzeni na wątpliwości (w źródłach znajdziecie informacje o pięciobiegowej skrzyni ZF, ale wczesne egzemplarze miały amerykańską, czterobiegową Muncie). Hamulec łapie „zabytkowo”, tzn. miękko i łagodnie, jednak przy odpowiednio mocnym nacisku całkiem skutecznie. Cztery lite tarcze, chłodzone strumieniami powietrza spod auta, radzą sobie znakomicie. Pełnego hamowania nie próbowałem z uwagi na mokrą nawierzchnię, ale test magazynu „Road & Track” podawał opóźnienie 0,81 g, z niewielką podatnością na fading.

No dobrze, a jak z silnikiem?

Silnik jest bardzo prosty: żeliwne V8 OHV o pojemności 327 cali sześciennych (5,4 litra), z jednym czterogardzielowym gaźnikiem Holleya i hydraulicznymi popychaczami, ale też krótkim skokiem tłoka (101,6 x 82,6 mm) i wysokim sprężaniem (10,5:1). To specyfikacja podstawowa: 300 KM przy 5.000 obrotów, 490 Nm przy 3.200. 

Foto: praca własna

Wielka szkoda, że takie obroty trudno osiągnąć na drodze – do tego potrzebna byłaby długa, pusta prosta, ale nawet bez niej każdy ruch prawej stopy wbija plecy w fotel. Dziennikarze „Road & Track” zmierzyli Fidii przyspieszenie 0-60 mph w 7,8 sekundy – o 1-1,5 sekundy wolniej niż w napędzanej tym samym silnikiem Corvetcie C2 albo 12-cylindrowych monstrach z Modeny (Ferrari 275 GTB i Lamborghini 400 GT, które również rozwijały po około 300 KM). Tyle że Fidia jest wielką, luksusową limuzyną, a jeśli komuś brakowało mocy, zamawiał wersję 340- lub nawet 400-konną. W Detroit takie pakiety kosztowały garść drobniaków.

A wiecie co śmieszy mnie najbardziej? Że w Stanach ten jadowity potwór nazywał się SMALL BLOCK (!!) i napędzał nie tylko Corvette, ale też tanie sedany każdej wielkości: pełnowymiarowe (Biscayne / Bel Air / Impala), intermediate (Chevelle / Malibu), a nawet najmniejsze, czyli „kompaktowe” (Nova / Chevy II). Pick-upy i użytkowe vany zresztą też, choć tam częściej wybierano łagodniejsze wersje 5- i 5,7-litrowe.

Na marginesie dodam, że GM small block V8 to najpopularniejszy samochodowy silnik wszech czasów, z wynikiem 113 mln wyprodukowanych kadłubów (słownie: sto trzynaście milionów). Drugi na liście „wiatrak” Volkswagena nie przekroczył 30 mln, mimo dłuższego stażu na rynku oraz globalnej produkcji i sprzedaży.

Tak to wyglądało: Europejczyk, by kupić coś na poziomie najtańszego – tak, NAJTAŃSZEGO!! – Chevroleta (z trochę tylko ponadstandardowym silnikiem, ale wciąż klasy small block), musiał wbić się na półkę Ferrari. Ani joty niżej.

***

Nie miałem jak wypróbować pełnego hamowania. Nie miałem też gdzie choćby na moment wrzucić czwórki – bo autostrada była zbyt daleko, a dwupasmówka z ograniczeniem do setki ledwie pozwala na bieg trzeci. Na czwartym obroty spadłyby do około 2.000 – co brzmi zupełnie niewinnie, jednak ten silnik męczy się poniżej 2.500.

Być może to kwestia niedoskonałej regulacji (np. mieszanka jest zdecydowanie bogata), a może modyfikacji, jakie aplikowali mu Włosi – którzy bardzo chcieli, by podawane przez Amerykanów 300 KM pozostało prawdą w Europie, przy pomiarze według normy DIN. W tym celu small-blocki rozbierali, obrabiali ruchome części, polerowali kolektory, itp., a żeby dostosować je do europejskiego trybu eksploatacji dokładali użebrowaną miskę olejową i dodatkową chłodnicę oleju.

Jak by nie było, dwójki nie wrzuca się poniżej 50 km/h, trójki poniżej 90, a czwórki, to nawet nie wiem. W mieście, jak już mówiłem, nie da się obejść bez półsprzęgła – na pewno wygodniejsza byłaby skrzynia automatyczna.

Sporo tych niewygód, prawda? No cóż, każda dama potwierdzi, że w czółenkach od Mili Schön nie chciałaby nie tylko przepychać się do tramwaju, ale nawet iść na półgodzinny spacer nadwiślańskim bulwarem, jednak mieć je w szafie na specjalne okazje – o tak, bardzo chętnie. Limuzyna od ISO i tak jest wygodniejsza – nie męczy kości ani uszu nawet po tysiącu kilometrów. A że do jej prowadzenia trzeba mieć odrobinę mięśni i szoferskiego pomyślunku – o to właśnie chodziło w takich samochodach. One nie były dla byle kogo, wcale nie tylko w kwestiach finansowych.

Foto: praca własna

***

Pierwsze egzemplarze Rivolty S4 były ponoć kiepsko złożone i przeciekały w deszczu. Ten od Adama jest szczelny (sprawdzone osobiście), gałka biegów zostanie wkrótce podklejona, a niedoprasowane blachy, popękany lakier i ślady czterdziestoletniej biesiady moli w tej klasie oznaczają tylko tyle, że nie mamy do czynienia z nuworyszem.

Od 1971r. ISO Fidia dostała okrągłe reflektory, deskę rozdzielczą obszytą skórą zamiast drewna, a w ostatnich 35 egzemplarzach, z powodu braku porozumienia z GM, 5,4-litrowego small-blocka zastąpił o pół litra większy Ford Cleveland V8 rozwijający 325 KM. Jak na ironię, limuzyna jakby stworzona na warunki USA nie była tam oficjalnie sprzedawana: producent nie dogadał się z żadnym potencjalnym przedstawicielem, więc za Atlantyk trafiło tylko kilka sztuk zaimportowanych prywatnie.

We Włoszech jeździć tym mastodontem niełatwo, ale Adam dał radę i na pamiątkę zrobił piękne zdjęcia nad samym jeziorem Como, na zachowanych mediolańskich tablicach z epoki. Dla takich przeżyć mógłbym pokręcić się po ciasnych serpentynach na jedynce. To poświęcenie, na jakie byłbym gotów (cytat) – a z pewnością mniejsze niż dla kobiet chodzenie w designerskich szpilkach.

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto: Adam Piotrowski, gieldaklasykow.pl

Foto tytułowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

58 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: OD LODÓWEK DO HAUTE COUTURE”

  1. Myślę, że gdyby dzisiaj kręcono remake „Bulwaru Zachodzącego Słońca”, to główna bohaterka mogłaby śmiało jeździć tym autem, pogardliwie mówiąc o współczesnych autach zrobionych z g… i patyków (oryginalnie było chyba, że współczesne auta są z „chromu i śliny”, a wszystkim psioczącym na współczesną motoryzację warto przypomnieć, że film, w którym mówiono o tym, że prawdziwa motoryzacja skończyła się 20 lat temu powstał w… 1950 r., zatem nihil novi).

    Sam samochód budzi we mnie mieszane uczucia:
    1. Nawet gdyby było mnie stać, to i tak bym go nie kupił, bo on żeby dobrze wyglądał powinien parkować w pałacowym garażu z podłogą wyłożoną biało-czarną terakotą, albo przynajmniej nad brzegiem jeziora Como, a w podziemnej hali garażowej wyglądałby jak Sophia Loren za ladą w GS-ie.
    2. Budzi pytania o stan dopuszczalnej patyny w zabytkowym aucie – w opisywanym przez Ciebie Hillmanie IMP, właściciel zlecając pełną renowację świadomie pozostawił pęknięcie na desce, drobne niedoskonałości lakieru też są jak najbardziej ok, ale wyżarta przez mole kanapa w aucie za jak mniemam pół bańki, to trochę dużo. Oczywiście inaczej by to wyglądało gdyby te mole wyżarły kanapę w garażu mojego dziadka, który miałby auto od nowości, a plama na tapicerce stanowiła pamiątkę wspólnej rodzinnej wyprawy do Włoch w 1980 r. – wtedy byłoby trochę tak jak z wysiedzianym antycznym fotelem, który jest w rodzinie od 100 lat i każdą „blizną” opowiada rodzinną historię – niestety wyjęty z tego kontekstu pozostanie starym wygryzionym fotelem.

    • Ciekawe przemyślenia, zgadzam się w większości.

      „Sunset Boulevard” – rewelacyjne skojarzenie.

      Co do garażu podziemnego – Giełda Klasyków ma go kawał dla siebie, więc ISO nie jest tam odosobnione i nie wygląda wcale źle 🙂

      „Sophia Loren w GS”: w dzisiejszych czasach piękną dziewczynę łatwiej spotkać na kasie w Biedronce niż w magazynach modowych 🙂

      Patyna to oczywiście temat-rzeka. Niektórzy chcą oldtimera na wysoki połysk, inni jak najbardziej oryginalnego. To kwestia osobistych preferencji, każdy z nas ma inne. Ja zasadniczo jestem zwolennikiem ładnego wyglądu i odnawiania zniszczonych elementów, ale w przypadku tapicerki jest duży problem z dostępnością materiałów. Lakier można zawsze dobrać, mechaniczne części dorobić, a weluru czy nawet skóry o identycznej barwie i deseniu zazwyczaj po prostu nie ma. To trochę zmienia zapatrywania.

      • Kiedyś widziałem jakis urywek programu, gdzie restaurowali średniowieczne gobeliny.
        Jak zwykle kwestia tego, ile jesteśmy skłonni zapłacić.

      • Zapewne tak, ale podejrzewam, że wyprodukowanie takiej tapicerki dzisiaj nie zmieściłoby się w budżecie odrestaurowania takiego ISO.

        A średniowieczne gobeliny są tkane ręcznie, więc to tylko kwestia odpowiedniej nitki, prawdopodobnie i tak barwionej indywidualnie, tak jak malarz rozrabia kolor na palecie. Czy może się mylę?

      • Ja się na renowacji nie znam, ale zakładam, że skoro światła mieli z Fiata, to do tapicerowania wnętrza też nie założyli własnej manufaktury, w której własnoręcznie tkali materiały, tylko wzięli gotowy materiał z palety jednego z dużych producentów tkanin, a że moda co jakiś czas wraca, to i pewnie dałoby się znaleźć coś zgodnego.

      • Chyba powstawały na krosnach, na pewno są to jedne z bardziej skomplikowanych tkanin.
        Tkaniny można cerować. Wystarczy „tylko” dobrać odpowiednią nitkę i odpowiedni splot. Tapicerki też to dotyczy.

        W sumie najtrudniejsze do restauracji/odtworzenia są chyba elementy plastikowe jak deski rozdzielcze czy boczki drzwi – chociaż podejrzewam, że i tu są ludzie, ktorzy potrafią uzupełnić ubytki i pęknięcia tak, ze wygląda jak oryginał.

        Tanio pewnie by nie było, bo specjalistów mało a robota potrwa.

        Swoją drogą z czego ten welur? Wełna? O ile mi wiadomo mole nie jedzą włókien roślinnych i syntetycznych (chyba, że zabrudzonych tłuszczem czy innymi tkankami).

      • Nie mam pojęcia, z czego zrobiony jest ten materiał, ale welur często bywa wełniany, więc to by się zgadzało.

  2. Po tytule już było wiadomo, co to za marka 🙂
    Rzadkie to nie słychanie, ale chyba jeszcze na złomniku padła teza, ze jesli gdzies kiedys powstal chociaz jeden egzemplarz jakiegos samochodu prawdopodobnie jest w Polsce.

    Model znam ze zdjęć od dawna, na żywo w życiu nie widziałem, to jak rozwiazano słupek C wygląda strasznie, Jaguar tutaj moim zdaniem prezentuje się znacznie lepiej.

    No i z dzisiejszego punktu widzenia – brak pasów, brak zaglowków, dziwnie zestrojona skrzynia… Przejechać sie fajna rzecz, ale na co dzień jednak wolałbym cos wspolczesnego.

    • A, właśnie, jeszcze o szpilkach mi sie przypomniało – z tego co słyszałem, są marki butów potrafiący tak zaprojektować na prawdę wysokie szpilki, że są one wygodne i spokojnie mozna w nich chodzić, tańczyć a nawet podbiec kawałek.

      No i są takie, w ktorych juz samo stanie jest niewygodne i minimalny podmuch wiatru grozi wywrotka…

      • Na szpilkach się nie znam, ale pytałem żony i jednej koleżanki i obie mówiły, że absolutnie nie 🙂 Ale może ktoś potrafi zrobić wygodne, nie wiem.

        Z samochodami tak samo: ISO nie jest poręczne, ale taki Mercedes SL już bardzo 🙂 Tyle że on ma połowę części z taksówki, co nie każdemu odpowiada 🙂

      • @ndv @SzK
        Co do butów:
        1) żona potwierdza – są szpilki, nawet 9/10cm, w których da się chodzić, a nawet przetańczyć całą noc – jest to uzależnione zarówno od tzw. kopyta, wygięcia łuku stopy, użytych materiałów i jakości wykończenia, ale również najzwyczajniej od doświadczenia noszącej osoby. Każda stopa ma swoje osobnicze cechy, które sprawiają, że użyte kopyto dla jednych będzie arcywygodne, dla drugich skończy się otarciami. Co do doświadczenia – często widać na ulicach „modne kobiety/dziewczyny” w takim obuwiu, które męczą zarówno siebie jak i obserwujących (sylwetka, chód, sposób stawiania kroków).
        Dzięki „kolcom” sprinterzy osiągają kosmiczne wyniki na 100m, a zwykły człowiek nieobeznany z takim obuwiem przewróci się zaraz po wyjściu z bloków…
        2) pisałem o szpilkach – czółenka przedstawione na zdjęciach szpilkami nie są. Zbiorcza nazwa dla obuwia na podwyższeniu to obcasy i chyba właśnie to określenie w tekście byłoby odpowiedniejsze. Buty od Mila Schön będące dodatkowym smaczkiem w opisywanym samochodzie są obcasami na słupku, ewentualnie klocku. Szpilka jak nazwa wskazuje mają cienki, smukły obcas.

        Co do przedstawianego auta:
        1) dla mnie boczna linia jest zabójczo piękna. Jedynym mankamentem jest słupek c. Ale sam nie wiem, jakbym to rozwiązał.
        2) co do tapicerki – dla mnie ona przekroczyła magiczną granicę pomiędzy akceptowalnym zużyciem, a uszkodzeniem (przyrównując do opisywanych wyżej szpilek – to tak jakby w obuwiu od Louboutina nie tylko starta była czerwień podeszwy – tzw. patyna od używania, ale byłaby przetarta dziura na wylot 😉 )

        Co do porównywalnych aut:
        1) ciekawym bym był @SzK twoich odczuć po przejażdżce Quattroporte II/III
        2) jeszcze ciekawszym bym był twoich odczuć po przejażdżce Aston Martinem Lagondą – tam to już jest szaleństwo formy, zarówno na zewnątrz jak i wewnątrz. To auto było mi dane widzieć na żywo i pomimo tego, że nie jest w moim top, to jest autem, które jak dotąd wywarło na mnie największy szok poznawczy.

    • Sylwetka jest przyciężkawa, prawda. Tak wielkie auta rzadko wyglądają finezyjnie.

      Co do codziennej jazdy – fakt, to nie jest najporęczniejsze auto. Na wycieczkę w niedzielę super, do miasta na pewno nie. Dużo poprawiłaby automatyczna skrzynia, ale manewrowość i tak pozostałaby słaba.

  3. Jak to czasem mówi Jay Leno ,,gościmy dziś u nas automobilową królewskość”. Wyjątkowo brzydkie tłumaczenie automotive royalty, ale lepszego nie wymyślę.

    Pojedyncze detale prezentują się fantastycznie, ale co dziwne u włochów, linia boczna raczej słaba. Chociaż z drugiej strony to, że nie wszystko jest idealnie przemyślane z kolei pasuje do nich idealnie 😉 .

    Mimo tej wcale niemałej wady i tak ogromnie zazdroszczę Właścicielowi pojazdu a Szczepanowi przejażdżki, bo wyjątkowe to auto jest jak mało co.

    PS: Z tymi butami w sumie jest podobnie – tylna część ładna, ale przednia to już nie bardzo, ale na tym to się akurat nie znam ani trochę, może to chociaż dodaje im wygody 😉 .

      • albo Tołdiego który był o wiele wcześniej 🙂 choć wtedy prędzej było by „Wasza okrutność” 🙂

      • Julian jest wspaniały, Tołdi jest przewspaniały. W obu przypadkach te postaci dodatkowo zyskały na polskim tłumaczeniu oraz na głosie i intonacji dubbingu. Majstersztyk.
        I to mimo, że z charakteru to dwie skrajności.

        Tołdi:
        „Wasza MiłoMściwość”, „Wasza nerwowość”, podczas ucieczki: „w nogi, Wasza bezwładność”, „ta łódź przecieka, o Wasza nieszczelność” 😀

  4. Zawsze myślałem że czułemka to buty na niskim obcasie. Człowiek się całe życie uczy…

    • Tak jak mówię, pytałem specjalnie dwóch pań. Obie powiedziały, że to czółenka, więc tak napisałem 🙂

      • I bardzo dobrze odpowiedziały 🙂 Czółenka to każdy but damski z otwartą od góry cholewką, odsłaniającą górną część stopy (stąd określenie, konstrukcja jak w czółnie/kajaku).

        Odpowiednikiem męskim są mokasyny lub loafersy. Różnica jest w szyciu: mokasyny mają cholewkę z jednego kawałka wywiniętą od dołu do góry (będąca tym samym podeszwą – z wierzchu doszyty jest drugi kawałek), loafersy są uszyte klasycznie, cholewka jest naciągana od góry i mocowana do podeszwy. Są jeszcze rzadko noszone w naszym kraju żeglarki oraz espadryle.

  5. Linia boczna bardziej przypomina chyba Astona Martina Lagondę (dla mnie jedno z najbardziej pożądanych aut).
    W tym niebieskim lakierze wygląda absolutnie obłędnie. Gdybym takiego miał, to siedziałbym w garażu godzinami, by na niego patrzeć.
    Taki już mam dziwny gust, że te stare, nieproporcjonalne kanciaki są moją ulubioną stylizacją.

    • dla mnie rozwojem Rivolty mógł być Maserati Quattroporte III (w stronę kanciastości lat .80)

      • Quadro III i IV przynajmniej nie udawały coupe, ani GT, to były limuzyny ze sportowym zadziorem. Nie to co Porsche Cayenne, które wygląda jak wyrośnięta buła na drożdżach upieczona a 911.

  6. Wszystko było fajnie dopóki nie zobaczyłem zdjęcia z boku auta… Przecież to jest jakaś karykatura. Żadnych proporcji. Jakby jakiś pijany budowlaniec narzucał zaprawy na jebal pies i przykleił szyby do tego….

    • tak, proporcje są 'dyskusyjne’. dla mnie rozciągnięty 'środek’ i tył nie współgra z krótka maską. ale to nic, pamiętam szok jak zobaczyłem Lancie Stratos z 'profilu’ i jej cudaczne proporcje.

      • Przy artykule o Moretti 128 też pojawiło się zdanie, że auto jest zbyt rozciągnięte – a to była znacznie krótsza targa, dwudrzwiowa. Ale ja to rozumiem: po takich autach spodziewamy się idealnych proporcji, które da się osiągnąć wyłącznie przy kabinie dwuosobowej albo z maksymalnie zredukowanymi, praktycznie bezużytecznymi siedzeniami z tyłu.

        To jest właśnie tajemnica pożądania coupe i roadsterów: ludzie niemało dopłacają za usunięcie połowy użytkowości auta, w zamian za doznania estetyczne. To są właśnie tzw. potrzeby wyższe, które w mikroekonomii opisuje tzw. piramida Maslowa – na pewnym etapie chcemy użyteczność maksymalizować, ale kiedy podstawowe problemy są już rozwiązane, chcemy czegoś więcej, np. Piękna. I na takie zapotrzebowanie odpowiadają np. samochody typu coupe.

      • @SzK Zgadzam się z Tobą na 100% co do piękna nadwozia 2-drzwiowego coupe. U mnie w Norwegii poza Porsche 911 (które też uwielbiam mimo wszystko) brakuje nowych samochodów w nadwoziu coupe. Teraz mamy prawie same szkaradne suvopodobne parodie coupe. No cóż. Czego można się spodziewać w dobie patostreamów (których nie znoszę najbardziej na świecie) i innego chłamu. Wkurza mnie też to, że patostreamy nadal nie chcą lądować w śmietniku. Ten świat schodzi na psy, bo nie tylko zakazuje normalnie wyglądających samochodów, ale też muzyki innej niż współczesny pop i disco polo, a na siłę wpychają nam patostreamy i podobne do nich programy TV. 🙁
        Przepraszam za tak gorzki wpis, ale jestem rozczarowany tym, że to, co piękne w Polsce i w innych krajach Europy jest niedostępne w Norwegii.
        Piłką nożną już się nawet nie przejmuję. 😉

    • Przykłady takich firm jak Mansory, czy Balenciaga pokazują, że w produktach luksusowych niekoniecznie chodzi o to żeby było dobrze, ani nawet ładnie, wystarczy, że jest drogo.

      • Bardzo często tak jest, jak piszesz. Jak w kawale o „nowym Ruskim”, który chwalił się kumplowi krawatem: „patrz Wania, specjalnie do Paryża poleciałem, dałem tysiąc euro”. A tamten na to – „A ty durak, tysiąc euro za taki krawat? Ja mam identyczny, a dałem dwa tysiące!!”.

        Z bardzo drogimi markami często tak jest, ale oczywiście nie zawsze. Sprawa się nasiliła niedawno, bo luksus zaczął się w pewnym sensie popularyzować, dotarł pod strzechy – a tam często ludzie niezupełnie rozumieją, czego powinni się spodziewać, więc zadowalają się samym znakiem firmowym. Choć inna sprawa, że ten trend może się czasem odwracać: np. wiele marek luksusowych zegarków od lat 90-tych zaczęło stosować tanie, generyczne mechanizmy kupowane od dostawców zewnętrznych (zazwyczaj ETA), ale dzisiaj wróciło do swoich konstrukcji, bo klienci stali się bardziej świadomi i nie są już tak skłonni do płacenia za samą markę, jak 20-30 lat temu. Z kolei np. Mercedes od dawna stosuje silniki Renault/Dacii, a teraz znowu dogadał się nawet z Geely. Pytanie, jak to wpłynie na popyt i wizerunek. Ale to oczywiście złożony temat i można by dyskutować długo.

      • Tak Jerzy, dokładnie. To jest pętla całkiem dobrze opisana: sygnalizacja trendu -> adopcja trendu przez niższa klasę, która aspiruje -> dewaluacja -> nowy trend. Przez moment klasa jeden może upodabniać się do klasy 3 aby wyróżnić się od 2, bo dla drugiej upodobnienie się do 3 to utrata statusu. Stąd ta tzw brzydka moda.
        Hasło Counter-Signaling. Wydaje mi się jednak, że to zabawy dla noworyszy. Panowie na włościach od zawsze (czyli bajecznie bogate rodziny z Europy) to raczej dają uszyc ubrania ze znakomitych tkanin, a bez znaczków.
        Szczepanów, Mercedes porzucił silniki od Renault jakiś czad temu zastępując je Horse Powertrain- spółka Reno, Geely i Aramco. Ciekawy temat ta spółka i jej produkty.

      • Co do tych zegarków, to ETA zwyczajnie przestała sprzedawać swoje mechanizmy zewnętrznym odbiorca. Szwajcarskie firmy nie mogą się zwrócić do Japończyków, bo stracą znaczek swiss made, więc zostaje im Sellita. A Sellita to domena zegarowych wydmuszek typu „Atlantic” więc marce poważnej nie bardzo pasuje. Dlatego wiele, nawet tańszych marek stara się mieć jakieś swoje własne mechanizmy do topowych modeli. A do tych tańszych pcha ta wstydliwą Sellite, tylko ukrywa ją pod jakąś własną nazwą i kilkoma modyfikacjami, typu rotor z własnym logo.
        W ogóle przemysł zegarkowy to jest mega patologia, albo jak to elegancko mówią Anglicy „smoke and mirrors”.

      • Dzisiaj jest, oczywiście. Dlatego nie ma to jak vintag’e. Dokładnie jak w motoryzacji 🙂

    • Bo patrzysz na proporcje z dzisiejszej perspektywy. Wtedy myślę, że aż tak nie raziło.

  7. Można podziwiać ten wóz za jego rzadkość, ale jeżeli chodzi o estetykę… Rany boskie, moim zdaniem on jest przeokropnie paskudny i nieproporcjonalny. Na szczęście jest za to nieergonomiczny i niepraktyczny. Ale przynajmniej serwis musi być łatwy i bezproblemowy bo powstało ich ponad 100. Całość ratuje jakość wykonania z krzywymi blachami i odpadającym tym i owym. Na pewno na plus należy też zaliczyć estetykę przełączników i detali a la: „przytegujemy ze szwagrem na trytytki i jakoś to będzie”.
    Kiedyś, dawno temu, słyszałem, że zamożni potrafią liczyć pieniądze. Po wielu latach i kontakcie z takimi ludźmi, ewentualnie kontakcie z ludźmi, którzy mieli kontakt, mogę śmiało stwierdzić, że najczęściej NIE potrafią ich liczyć i można ich nacinać na produkty o najgorszym na rynku stosunku jakości do ceny, dokładnie jak w powyższym dowcipie o krawacie. To auto to trochę odpowiednik Balenciagi wśród ubrań. Wprawdzie jest tragicznie, ale za to drogo i o to chodzi. No chyba, że w czasach kiedy ISO powstawało ludzi mniej obchodził ów stosunek ceny do jakości i liczne braki. Być może.
    Podziwiam fakt, że ktoś chce się aż tak męczyć i wybiera akurat taki zabytek. Chacun son truc – każdy ma swoje coś, jak mawiają we Francji.

    • Na pewno trochę racji masz, ale pamiętaj, że mówimy o latach 60-tych. Taki 2CV miał fabryczne szpary pozwalające włożyć całą dłoń między drzwi i podłogę, a trwałość silnika wynosiła 40tkm. Przy produkcji manufakturowej, jak u ISO, trudno było o inny wynik.

      Właśnie dlatego wyjątki na tym tle – takie jak Volvo, Peugeot czy Mercedes – do dzisiaj są pamiętane jako producenci solidni, choć dawno już nie wyróżniają się niczym. Po prostu taki Amazon, 404 albo W115 to były w tamtym czasie absolutne majstersztyki jakości.

      A liczenie pieniędzy przez bogatych dotyczy właśnie poziomu ówczesnego MErcedesa, a nie Ferrari albo ISO, które były i są wyłącznie fanaberiami, na które wydaje się środki całkowicie zbywające. Znamienne też, że takimi autami znacznie częściej poruszali się artyści niż biznesmeni – właśnie dlatego, że ci drudzy trochę inaczej myśleli i mieli znacznie mniej czasu na fanaberie.

  8. ISO Grifo, moje marzenie od szczenięcych lat, gdy dostałem jego model w skali 1:43 chyba Matchboxa. Do dziś uważam go za najpiękniejsze, najharmoniczniejsze GT w historii, nie tylko włoskiej. Z niemałym podziwem patrzę też na Rivoltę S4, choć zdjęcia Szczepana odbrązowiły nieco jakość wykonania detali tego unikatu. Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się w takim posągowym modelu pewnej toporności wykończenia i rzemieślniczych niedokładności. Trochę razi mnie wielka płaska deska rozdzielcza pozbawiona jakichkolwiek ornamentów, czy przefrezowań i ascetyczna dźwignia zmiany biegów. Cóż produkcja prawie jednostkowa, a drukarek 3D jeszcze nie znali. Tym niemniej piękny, unikalny dowód twórczej i kreatywnej historii samochodów.

    • No niestety – taki tryb konstruowania i wytwarzania samochodów jak we włoskich manufakturach nie mógł dać rezultatu na poziomie ówczesnych Mercedesów. Z dzisiejszej perspektywy to jest załamujące, ale wtedy niezupełnie tak na to patrzono. To było po prostu rękodzieło, ze wszystkimi osobliwościami.

  9. Drogi autorze, podziwiam Cię za szerokie ujmowanie tematu, lekkość pióra i pasję motoryzacyjną wyzierającą zza każdego zdania. Pewnie powtórzę to, co już kilka razy pisałem – w dzisiejszym świecie Twoje teksty są perełkami językowymi i kulturalnymi.
    Co do samochodu – jest niezwykły i myślę, że własnie o to chodzi w takiej motoryzacji. Jak pisałeś, większość egzemplarzy zakupili artyści, co wydaje się potwierdzać moją tezę.
    Dla mnie w eleganckim całokształcie samochodu sporym dysonansem stylistycznym są zegary – wyglądają jak z ciągnika rolniczego, zero finezji i stylu. Są po prostu siermiężne… ale ja się czepiam, wiem 😉
    Poruszyłeś też kwestię różnicy pomiędzy USA a Europą – tam silnik pojemności ponad 5 litrów jest nazywany „small block”, a u nas „potworem” jest rzędowa czwórka dwulitrowa…

  10. Front i tył spoko, ale ta linia boczna, matko bosko automobilowsko… Trochę jak Chrysler 300M, a trochę jakby za szybko do zbyt niskiego garażu ktoś wjechał i się slupki trochę wygły🙄 do Jaguarów na pewno bym nie porównywał

  11. A co do renowacji plastików, oglądałem na YT film, jak chłop popękany winylowy podłokietnik w pół godziny przywrócił do nowości za pomocą odrobiny szpachli, papieru ściernego i palnika

    • To po kolejnej pol godzinie uzywania tego podlokietnika bedzie jeszcze gorzej wygladal jak przed ta robota…. szpachla kompletnie sie nie nadaje do miekkich elementow, peka momentalnie, to, ze na YT to ladnie wygladalo to nic nie znaczy 🙂
      Ja kiedys tak ze szpachli i parapetu ulepilem pieknie nieznajdywalny zderzak do amerykanca, pieknie wygladal ale po kazdej jezdzie trzeba go bylo podszpachlowywac i podmalowywac od nowa bo pekal w roznych miejscach, mimo ze go poskrecalem dosc solidnie wkretami do tej blachy z parapetu od srodka

      • Być może, ale nie wiem, czy to konkretnie szpachla była, parę lat temu to oglądałem, chłop jakieś mazidło wyciągał z pudełka i smarował, może koncentrat plastiku jakiś, nie znam się 😉

  12. Uważam, że Grifo jest najładniejsze ze wszystkich ISO. Za to z włoskich samochodów sportowych za najpiękniejsze uważam Ferrari 250 GT Berlinettę SWB i GT Lusso oraz Daytonę z 1968. Nawet jeden z najwybitniejszych muzyków wszechczasów – Eric Clapton posiadał wszystkie wymienione trzy. 🙂 Maserati Ghibli z 1967 i Lamborghini Miura też są piękne.

    • O gustach się nie dyskutuje. Ale mamy trochę podobne. Dla mnie Miura zaraz po Grifo, a z Ferrari to chyba Testarossa, albo F 40, ale to już lata 80. – inna epoka. Zresztą stary zgred traktuje młodzieńcze fascynacje z dystansem, teraz dbam tylko, żeby wygodnie zająć miejsce za kierownicą i mieć wokół siebie dużo blachy i poduszek, które ochronią mnie przed młodymi gniewnymi, pamiętając, że też taki kiedyś byłem, tylko samochodów było mniej, wolniej jeździły, a przede wszystkim były trudniej dostępne.

      • @Szymon B Testarossa i F40 też są przepiękne. 😉 Przyznaję, że to drugie to jeden z moich ulubionych supersamochodów. Z Ferrari bardziej współczesnych F355 też uwielbiam.

      • Gdzies Ty widzial tych mlodych gniewnych teraz…
        „Dzis prawdziiiiiwych dreeesiarzy juz nieeeeeemaaaa”
        Teraz to plaga sa ci wszyscy „niedzielni kierowcy” ktorzy niestety teraz caly tydzien jezdza, wlekac sie i robiac dziwne irracjonalne manewry

      • Jak to nie ma? Coraz więcej na drogach brokułów w samochodach >300 KM, jeżdżących jakby jutra miało nie być, byle tylko wrzucić coś na tiktoka.

      • filmiki nie odzwierciedlają rzeczywistości (może w rosji, choć pewnie i tak te kompilacje wypadków choć spektakularne to pokazują jedynie najbardziej skrajne i rzadkie zachowania)
        Ja już nie pamiętam kiedy bym był wyprzedzony w jakiś szalony czy niebezpieczny sposób, zresztą częściej to ja muszę wyprzedzać (również nie w sposób niebezpieczny) ledwo i dziwnie jadących „niedzielnych kierowców” którzy teraz jeżdżą już cały tydzień w sposób nielogiczny i nieprzewidywalny, powodując tym samym mnóstwo stłuczek przez nagłe hamowania czy skręcanie gdzie popadnie, często z migaczem dopiero w chwili skręcania, do tego dochodzi jeszcze zajeżdżanie czy przyśpieszanie będąc wyprzedzanym, co już jest skrajnym debilizmem.
        Zresztą ja nie mam najmniejszego problemu jak ktoś chce mnie wyprzedzać, jak mam gdzie to jeszcze odsuwam się ile się da żeby ułatwić, bo niby w czym mi to miało by zaszkodzić, że ktoś sobie szybciej pojedzie?

  13. Ten samochód mimo że nie jest agresywnie stylizowany to wręcz kipi agresją, przód wygląda jak smutny, umięśniony Pan który przyszedł zrobić Ci krzywdę, jedno jest pewne, nie ważne czy dzisiaj czy 50 lat temu – gdybym zobaczył go w lusterku to bym zrobił miejsce 🙂

  14. Jak to jest, że Włosi potrafili zazwyczaj robić arcydzieła sztuki użytkowej, które do dziś wyglądają bosko – nawet w segmencie takich aut, a jednak zdarzają im się również przyciężkawe koszmarki? Prezentowany model jest dobrym przykładem tej drugiej grupy, choć taka np. Lancia Trevi też raczej szczególnie oczu nie pieści finezją.

  15. Jako, że znam to auto i na dodatek nie jest to jedyne S4 w którym siedziałem, a nawet nie jest to jedyne Iso w którym siedziałem, to pozwolę sobie na komentarz. S4 jest doskonałym przykładem na to, że manufaktury parające się produkcją wozów sportowych i klasy GT często mają problem z zaprojektowaniem dobrze wyglądającego sedana. Jak widać nawet sam Giugiaro miewał gorsze dni. Przypomnijcie sobie Monteverdi 374/a aka jamnik. Jeśli zaś chodzi o wnętrze, to sprawdźcie jak wyglądała deska Fidii, od razu zrozumiecie dlaczego ISO wyprodukowało tylko 46 sztuk S4. Taka sama deska jest w większości egzemplarzy mojego ulubionego modelu, czyli Lele. Może i maska jest nieco za krótka, ale duch Gandiniego jest wyczuwalny na kilometr. Porównując stojące obok siebie S4 i Lele widać ogromną różnicę w wykonaniu na korzyść tego drugiego. Najlepszym wozem Iso pod kątem jakości była Rivolta. 4 lata temu Szczepan pisał tu tak: „Firma (…) w latach 1962-70r. wypuściła 792 takie auta. W najlepszym roku 1963-cim klientów było 171 – żałośnie mało wobec oczekiwań Renzo Rivolty, który liczył na pięciu dziennie i zgodnie z tą kalkulacją zamówił matryce do pras karoseryjnych. Niestety, samych pras nie posiadał i musiał matryce wysyłać do firm zewnętrznych, co przy takich wielkościach zamówień kosztowało bardzo drogo i nie pozwoliło firmie zarabiać.” Nic dziwnego, że wchodząc w ultraniszowy temat sportowych luksusowych limuzyn podeszli do tematu klasycznie po włosku.

  16. a ja że od Mickiewicza wolę Bareję, to pozwolę sobie zacytować inne wytłumaczenie słynnego „czterdzieści i cztery” z dialogu kołkarzy i monterów telefonów z filmu „Filip z konopii”:

    „- ty bluzgasz tym 44 i bluzgasz, a wiesz co to znaczy czterdzieści i cztery??
    – a skąd mam wiedzieć?
    – czterdzieści cztery, to jest sygnał wywoławczy mokotowa, ty durniu!”

    https://youtu.be/i1rIzBS_5U8?t=613

      • tak choć to kierunkowy międzynarodowy, krajowy to Piotrków 🙂
        w GB mam w sumie tylko jednego kolegę, mimo że tam niby tak strasznie dużo Polaków wyjechało, z nim czasem na gg piszę

  17. klamki za to ma z syreny 😉 (wiem wiem że syrena miała z wczesnych 125p, ale w DFach zwykle były już kasetowe, a w syrenie zawsze te)

    co do gałki – wygląda jak od Zastavy, może łatwiej zamiast tą kleić to założyć z Zastavy 🙂

  18. Do mojej firmy koło Spały też jest kierunkowy 44. Tak się do tego wszyscy przyzwyczaili, że nawet do Voipa dodałem prefiks 44, gdy rezygnowałem z telefonu na drucie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.