PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ORTO-PETKA

 

Tymczasowość, przejściowość, prowizorka – te słowa klucze w socjalizmie odmieniano przez wszystkie przypadki. „Na razie nie mamy środków, są inne priorytety, ale przyszłość czeka nas świetlana”. Jak wiemy, nie czekała: enerdowskie dwusuwy pozostały w produkcji prawie do końca istnienia państwa, a stosunkowo największych postępów dokonano na początku, tuż po odgruzowaniu wojennych ruin. Później nadeszła trwała stagnacja, mimo że reszta świata pędziła naprzód.

Przedstawiany dziś samochód – AWZ P70, potocznie zwany „Petką” – to kwintesencja ówczesnej prowizorki: technikę z głębokiej epoki przedwojennej połączono tu z karoserią stylizowaną mniej więcej na czasie i zbudowaną z zastępczego materiału, pozwalającego obejść ograniczenia technologiczne. Wykonanie całości nawet wtedy opisywano mało subtelnymi eufemizmami (w stylu – „lada chwila będzie lepiej”). Trudno oczekiwać, by taki wynalazek znalazł po latach jakichkolwiek entuzjastów – a jednak tak się stało.

Fanem P70 jest zamieszkały w Lublinie Roman: chirurg ortopeda, który czas wolny od składania ludzkich kości spędza składając zabytkowe maszyny. Jego trzy niemieckie dwusuwy zostały stałym elementem pejzażu lubelskich ulic, a wśród nich największą sympatią cieszy się właśnie P70. „Nikt w świecie nie używa tego modelu tak intensywnie jak ja” – mówi Roman, który w ciągu 17 sezonów, jakie minęły od odbudowy samochodu, pokonał 36 tys. km. Biało-niebieskie P70 wozi go regularnie do pracy, przez co w środowisku zyskało miano „Orto-Petki”.

Skąd takie ekscentryczne upodobanie? P70 z 1958r. posiadał zmarły w 1990r. Dziadek Romana, a takie wspomnienia kształtują nas zwykle na zawsze. Po latach ten sam egzemplarz Roman odnalazł u kolekcjonera w Radomiu – w stanie godnym pożałowania, ale z oryginalnymi tablicami i dokumentami Dziadka!! Decyzja mogła być tylko jedna…

P70 nie jest najwdzięczniejszym klasykiem. Archaiczna konstrukcja i marna jakość stawiają przed użytkownikami spore wyzwania, jednak oldtimerowym hobby rządzą emocje – a historia Romana udowadnia to nader dobitnie.

Foto: mojej żony

***

Enerdowski kombinat IFA o nowym małym samochodzie myślał już w 1950r. Dwa lata trwało czekanie na zezwolenie władz, kolejne trzy – konstruowanie nowej karoserii: opartej na drewnianym szkielecie z podłogą ze sklejki i ogólnie niezbyt zgrabnej (w przeciwieństwie do opracowywanego równocześnie Wartburga), ale z poszyciem z duroplastu – termoutwardzalnej żywicy fenolowej prasowanej z odpadowymi włóknami bawełnianymi. Nowatorskie tworzywo zastosowano tu po raz pierwszy w motoryzacji europejskiej, eliminując zapotrzebowanie na niewytwarzane w NRD blachy głęboko tłoczone. O to chodziło najbardziej – projekt był bowiem praktycznym ćwiczeniem poprzedzającym wdrożenie również duroplastowego, ale nowocześniejszego, chłodzonego powietrzem Trabanta P50. Dlatego przedwojenną technikę DKW / IFY F8 pozostawiono na razie bez większych zmian.

Produkowane w latach 1955-59 P70 formalnie poprzedzało Trabanta, jednak konstrukcyjnie różniło się diametralnie, a i mierzyło więcej, bo 3.740 x 1.500 mm, przy rozstawie osi 2.380 mm. Formę sedana złożonego z trzech regularnych pudełek, bez wystających błotników czy progów, nazywano „pontonową” i uznawano za nowoczesną, chociaż ten konkretny projekt trudno określić mianem ładnego czy funkcjonalnego. Dość powiedzieć, że brakowało w nim otwieranej klapy bagażnika, a przesuwne okna w drzwiach pojawiły się dopiero po roku produkcji (choć niektóre egzemplarze otrzymywały zwijany dach z tkaniny).

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Konstrukcja opierała się o klasyczną ramę DKW, znaną od 1939r. aż do końca produkcji Wartburgów i Syren (już tutaj widać, że samonośny Trabant ze stalowym szkieletem to coś zupełnie innego). Zawieszenie przednie wykorzystywało poprzeczne wahacze dolne i poprzeczny resor na górze, tylne – tzw. „oś kiwającą” (Schwebeachse), czyli oś sztywną prowadzoną przez dwa wahacze wzdłużne i poprzeczny resor.

Środek resoru przymocowany był do ramy, jego końce – do osi, przy czym jeden z nich mógł się w swym mocowaniu przesuwać, a drugi nie. Clou idei było połączenie zawieszenia z ramą w samym środku ciężkości, co ograniczało przechyły boczne przez skrócenie ramienia siły odśrodkowej. Ramieniowe amortyzatory i mechaniczne hamulce P70 również pochodziły z DKW F8 – ostatniego przedwojennego modelu serii przednionapędowej.

materiał producent

Zespół napędowy zabudowany był poprzecznie przed przednią osią i w stosunku do F8 obrócony o 180 stopni, ze zmianą kierunku obrotów. Kwadratowe wymiary dwóch cylindrów (76 x 76 mm) dawały pojemność 690 cm³. Nowa, aluminiowa głowica i powiększony gaźnik podniosły moc z 20 na 22 KM przy 3.500 obr/min, a moment obrotowy – z 48 na 54 Nm przy 1.900. Obieg wody chłodzącej odbywał się konwekcyjnie, bez pompy. Na wale korbowym zamontowano ręcznie blokowany mechanizm wolnego koła, a napęd na przód przenosił dwurzędowy łańcuch, wielotarczowe mokre sprzęgło i trzybiegowa przekładnia bez synchronizacji. By ułatwić rozruch zastosowano 12-woltową instalację elektryczną z dynamostarterem (pod tym jednym względem Wartburg i Trabant były krokami wstecz). Katalogowa prędkość maksymalna wynosiła 90 km/h, zużycie paliwa (zmieszanego z olejem w stosunku 1:25) podawano na 8 litrów ma 100 km – z zastrzeżeniem, że ekonomiczna jazda polega na nieprzekraczaniu 50 km/h.

Rok po sedanie ukazało się kombi z dachem obciągniętym sztuczną skórą i trzecimi drzwiami typu „lodówkowego”…

Foto: materiał producenta

…natomiast esencją niemieckiego podejścia do motoryzacji było wprowadzone w 1957r. coupé: z tym samym, 22-konnym silnikiem, trzybiegową skrzynią bez synchronizatorów i hamulcami na sznurkach, ale też stylowym, skróconym i obniżonym dachem o opływowym kształcie, dwubarwnym malowaniem, oponami z białym bokiem, skórzanymi siedzeniami, oraz – uwaga – stalowym poszyciem nadwozia. Z jego powodu coupé ważyło 880 zamiast 800 kg, więc jak na ironię przyspieszało gorzej (stawiało za to niższy opór powietrzu, przez co fabryka deklarowała maksymalną prędkość 100 zamiast 90 km/h).

Foto: materiał producenta

Jak widać, punktami wspólnymi z Trabantem były głównie duroplastowe poszycie i miejsce produkcji, tzn. dawne zakłady Auto-Union w Zwickau. A także niska dostępność: oficjalna cena P70 wynosiła w NRD 9.500 marek, czyli ponad 25 przeciętnych pensji (oczywiście najpierw należało zdobyć państwowy przydział). Przestarzała, pracochłonna technologia wytwarzania oraz w założeniu prowizoryczny charakter modelu mocno ograniczyły produkcję – w latach 1955-59 powstało tylko 36 tys. sztuk wszystkich wersji nadwoziowych. Na kombi przypadło około 8 tys., na coupé – 1,5 tys. Wszystkie były eksportowane, również do RFN – gdzie jednak niskie ceny nie rekompensowały nabywcom fatalnej jakości wykonania i awaryjności, wobec czego sprzedaż pozostała śladowa.

Do Polski trafiło około 2 tys. P70, w większości przydzielanych przodującym w pracy górnikom śląskich kopalń (podobnie zresztą jak wcześniejsze IFY F9). Cena 65 tys. zł była najniższą na polskim rynku, jednak przy przeciętnym wynagrodzeniu na poziomie tysiąca złotych oznaczało to aż 5,5 roku pracy!! Dzisiaj za tyle można kupić ładne mieszkanie albo np. nowego Mercedesa S (!!), i to bez niczyjej łaski. W czasach wczesnego Gomułki P70 było więc większym luksusem niż dzisiaj najdroższy Mercedes.

Mimo to P70 nigdy nie cieszyło się poważaniem, przede wszystkim przez kiepską jakość i awaryjność. Drewniany szkielet butwiał, karoseria przeciekała, mechanika wymagała pracochłonnej obsługi, notorycznie psuła się elektryka (układ zapłonowy, regulator napięcia), układy dolotowe traciły szczelność, a sprzęgła i niesynchronizowane przekładnie szybko się zużywały.

Nawet wtedy, gdy każdy jeżdżący samochód był skarbem, P70 traktowano jak po 1990r. Syrenę. Poniżej przypominam słynną scenę zmiany koła z serialu „Alternatywy 4„…

 

…a tutaj – jej odtworzenie na rajdzie zabytków w Środzie Wielkopolskiej w 2015r. Spokojnie – nic wartościowego nie uległo tu zniszczeniu, natomiast konstrukcja okazała się wytrzymalsza niż ta z filmowego planu 🙂

 

***

Z dzieciństwa – czyli lat 80-tych – pamiętam jedno P70, parkujące na krakowskiej ulicy Krowoderskiej. Miało kolor buro-ciemnozielony: bure tonacje – jak w egzemplarzu z „Alternatywy 4” – były standardem, choć czasem zdarzały się sztuki kremowe lub pastelowe, z kontrastowym kolorem dachu (szczególnie w coupé). Estetyka nie miała wielkiego znaczenia, ważniejsza była jakość: ograniczona trwałość nadwozia, cewki zapłonowe rzadko wytrzymujące 1.000 km czy przeguby napędowe urywające się łatwiej niż w Syrenach. Właśnie dlatego Stanisławowi Barei nie żal było poświęcić 30-letniej wtedy „Petki” dla pojedynczej scenki w serialu.

Roman ma lepsze doświadczenia, bo solidnie na nie zapracował. Dziadkową „Petkę” restaurował przez cztery lata (2006-10) stosując XXI-wieczne materiały i różne usprawnienia. Kondensator układu zapłonowego zastąpił modułem tranzystorowym (choć przerywacz pozostawił mechaniczny), a cewki i regulator napięcia zamontował lepsze od oryginałów, tzn… z Syreny. Co więcej, użył syrenowskich przegubów!! Tak, tych uchodzących za szczyt fuszerki i bankowo rozpadających się przy każdym ostrzejszym ruszeniu na skręconych kołach – tyle w aucie 40-konnym. Połowę słabsze P70 zwyczajnie nie daje rady ich ukręcić, niezależnie od temperamentu kierowcy.

W teorii nieskomplikowane mechanizmy nie powinny sprawiać problemów…

Foto: praca własna

…jednak nawet najprostszą rzecz można po prostu źle wykonać. Nie każda słabość przedpotopowej i prowizorycznej „Petki” daje się łatwo usunąć, dlatego za fotelem kierowcy – obok gaśnicy, klinów pod koła i paru innych drobiazgów – swoje stałe miejsce ma 40-procentowy bon na usługę holowania. Czasami się przydaje, ale tylko w ostateczności, bo drobne naprawy na poboczu Roman ma w małym palcu.

Foto: praca własna

***

P70 to archaizm i prowizorka, ale swoje zalety też ma. Przykładowo nadwozie jest całkiem spore, jak na najtańszy samochód na rynku – nawet jeśli ową „taniość” należy traktować relatywnie.

Przy P70 nie pracowali aerodynamicy, dlatego współczynnik Cx wynosi 0,66. Nie pracowali też raczej artyści, jednak wiele nadrobił Dziadek Romana, lakierując „Petkę” w autorskim, pieczołowicie dziś odtworzonym schemacie biało-błękitnym. Takiej elegancji nikt w NRD nie przewidywał. 

Foto: praca własna

Sylwetka nieszczególnie cieszy oko, bo nie jest ani ozdobna w stylu lat 50-tych ani też konsekwentnie zgeometryzowana, jak choćby późniejszy Trabant 601, a jej proporcje wydają się przypadkowe. Praktyczność poprawiają słuszne rozmiary, psują natomiast radykalne oszczędności w rodzaju braku zamka drzwi kierowcy (auto otwiera się z prawej strony, tzn. od chodnika), klapy bagażnika, a nawet opuszczanych szyb. 

Foto: praca własna

W ten obraz wpisują się zewnętrzne zawiasy maski silnika, pozytywnie zaskakują natomiast gięte szyby czołowa i tylna. Czerwony lizak to klimat epoki: „Zawsze chciałem zostać ORMOwcem” – śmieje się Roman.

Foto: praca własna

Uchylne szyby boczne pojawiły się w 1956r. – użytkownicy najwcześniejszych P70 w lecie oblewali się potem

Foto:mojej żony

Czy mówiłem już o współczesnych usprawnieniach? Staranna izolacja wydechu wydatnie obniża poziom hałasu…

Foto: praca własna

…a LEDowe żarówki poprawiają bilans prądowy, choć 12-woltowy dynamostarter wytwarzający 250W mocy to akurat jeden z mocniejszych punktów P70. Podobnież przód karoserii jest chyba jego najładniejszą częścią (mimo nieproporcjonalnie małych reflektorów).

Foto: praca własna

Młotkowo-szare felgi mają wymiar 3,25 x 16 cali, standardowe opony diagonalne – szerokość 5 cali

Foto: mojej żony

Bagażnik mógłby być całkiem-całkiem, zwłaszcza że pod nim nie musi mieścić się tylny most (objętości w litrach nie znalazłem, mam jednak szerokość – 94-110 cm – i maksymalną wysokość 80 cm). Niestety, dostęp istnieje tylko od środka: opcjonalna otwierana klapa pojawiła się dopiero w ostatnim roku produkcji, a dostępne później zestawy do jej samodzielnego wycinania często powodowały nieszczelności i przecieki.

Foto: praca własna

Pod bagażnikiem znajduje się kieszeń na koło zapasowe, dostępna po demontażu środkowej części zderzaka (!!). Uwagę zwraca stylowa końcówka wydechu (znana również np. z Syren) oraz światła pozycyjne, których oryginalne żarówki miały moc całych dwóch watów (z przodu nawet półtora wata!!). Ciekawostka: światło STOP jest tylko jedno, centralne, ponad tablicą rejestracyjną. Odnowienie mieszczącego je chromowanego elementu kosztowało Romana więcej niż zakup całego auta – takie rzeczy warto podkreślać w kontekście powszechnego komentowania cen odrestaurowanych klasyków.

Foto: praca własna

W ten sposób wkłada się i wyciąga pakunki, przenosząc je nad drewnianą ścianą grodziową. Na tylnej półce leży oryginalna tablica rejestracyjna Dziadka obecnego Właściciela.

Foto: praca własna

Drewno w P70 jest wszędzie – wystarczy unieść wykładzinę (podłogę wykonano ze sklejki, wyżej jest zwykła deska)…

Foto: praca własna

…zerknąć na ścianę grodziową…

Foto: praca własna

…albo wręcz tylko uchylić drzwi…

Foto: praca własna

…które przytrzymuje stylowy ogranicznik.

Foto: praca własna

Przestrzeń z tyłu mile zaskakuje: to największa zaleta tej karoserii i chyba całego samochodu, należącego przecież do najtańszego segmentu. Miejsca tu w bród, zarówno na nogi, jak i na głowę.

Foto: praca własna

W desce rozdzielczej – malowanej tą samą farbą młotkową co felgi – znalazł się schowek (niezamykany), popielniczka i radio z głośnikiem. Co prawda przysłoniętym dźwignią zmiany biegów, ale pojęcie audiofilii w tamtym świecie nie istniało. 

Foto: praca własna

Do radia enerdowskiej marki Berlin pasuje zegarek enerdowskiej marki Ruhla

Foto: praca własna

Jest też oświetlenie wnętrza, nawet dosyć stylowe

Foto: praca własna

Wystrój kabiny prezentuje się nieźle, jednak na zdjęciach wielu rzeczy nie widać: przykładowo poduszki na fotelu pasażera używa obowiązkowo żona Romana, bo bez niej plecy bolą ją już po krótkiej jeździe.

Foto: praca własna

Sklejkowa podłoga jest zupełnie płaska – wystają z niej wyłącznie pedały i grzybek przełącznika świateł. Przycisk w lewym górnym rogu włącza dynamostarter.

Foto: praca własna

Pod kokpitem fabryka zamontowała stacyjkę, kranik paliwa i dźwignię blokującą wolne koło, a właściciel dołożył 12-woltową ładowarkę telefonu i elektroniczny wskaźnik temperatury wody (z wyświetlaczem przy lewym słupku)

Foto: praca własna

Wskaźnik oryginalny składa się z dwóch lampek u dołu tarczy szybkościomierza: żółta świeci poniżej 60ºC, czerwona powyżej 96, ale to nie wystarcza – tzn. ona alarmuje zbyt późno, nie chroniąc przed przegrzaniem skutkującym nierzadko koniecznością wymiany uszczelki pod głowicą (pamiętajmy, że pompy wody tu nie ma). Lampki u góry skali sygnalizują brak ładowania, włączenie kierunkowskazu i długich świateł. Dwa większe cięgła pośrodku włączają ssanie i reflektory, trzy mniejsze – oświetlenie szybkościomierza, dmuchawę i wycieraczki (elektryczne). Klapka po lewej, z zaznaczonym schematem zmiany biegów, kryje skrzynkę bezpieczników.

Foto: praca własna

***

Procedura startowa jest długa: trzeba otworzyć kranik paliwa, włączyć ssanie, przekręcić kluczyk i dopiero wtedy nacisnąć przycisk dynamostartera. Silnik rusza od pierwszego obrotu i robi to płynnie, bez szarpnięcia nieodłącznie towarzyszącego zazębianiu klasycznego rozrusznika.

Kluczyki do stacyjek wszystkich P70 są identyczne (na zdjęciu). Różnią się tylko kluczyki zamka drzwi, choć i ich wzorów było prawdopodobnie tylko kilka.

Foto: praca własna

Za kierownicą P70 musimy pamiętać, że „pontonowa” forma drewniano-duroplastowego nadwozia skrywa technikę z lat 30-tych, w dodatku już wtedy uchodzącą za nierozwojową – do takich standardów musimy więc dostosować oczekiwania wobec samochodu oraz wymagania wobec samych siebie. Chodzi przede wszystkim o dwie rzeczy: mechaniczne hamulce i niesynchronizowaną przekładnię. Z nimi jak najbardziej można żyć, trzeba jednak nabrać wyczucia, cierpliwości i ostrożności na poziomie zupełnie dziś zapomnianym.

Włączając jedynkę musimy się całkowicie zatrzymać. Kolejne biegi instrukcja zaleca wrzucać przy 15 i 30 km/h, jednak w dzisiejszym gęstym ruchu lepiej pociągnąć wyżej: maksimum to 30 i 60, optimum według Romana – około 25 i 50. Osiągnięcie tych szybkości i tak trwa długo, a dodatkową stratę generują zmiany biegów z obowiązkowym wyrównaniem obrotów. Zwłaszcza ta pierwsza: wysprzęglić – obrócić dźwignię w prawo – pociągnąć do siebie – zasprzęglić – poczekać pół sekundy na spadek obrotów – znów wysprzęglić – obrócić w prawo i zasprzęglić. Początkującemu zajmuje to chwilę, a jeśli akurat jedziemy pod górę, zwłoka może zmarnować cały nabrany uprzednio pęd i zmusić do ponownego ruszania. Zmiana z dwa na trzy jest już łatwiejsza i szybsza (obrót dźwigni w lewo, w tej samej płaszczyźnie – oczywiście też na dwie raty, z puszczeniem sprzęgła na luzie). Redukując trzeba aplikować międzygaz, ale to dotyczy głównie tej łatwiejszej zmiany, z trzy na dwa, bo z jedynki raczej tylko się rusza.

Prędkości należy nabierać płynnie. W przeciwnym razie – zwłaszcza pod górę – sprzęgło może się ślizgać. Trzeba wyczuć taką dawkę gazu, która popycha auto do przodu, a jeszcze nie zrywa przyczepności tarcz. O mierzeniu przyspieszeń musimy zapomnieć – przy takich okazjach wyjaśnia się, dlaczego przed wojną w ogóle nie podawano czasów rozpędzania, a jedynie prędkość maksymalną i ewentualnie trwałą (bezpieczną dla silnika). Przydaje się przykład starożytnych stoików: gdy nabierzemy cierpliwości, przywykniemy do niegdysiejszego tempa „gry” i nauczymy się ignorować wyprzedzające nas tłumy, do celu w końcu jakoś dotrzemy. Kolejne kilometry będą znikać – tyle że wolniej niż chcielibyśmy dziś.

W P70 nie grozi mandat za szybkość. W mieście trudno przekroczyć 50-tkę, zanim wystąpi konieczność zahamowania, choć inna sprawa, że na polskich drogach absurdów nie brakuje. Przykładowo na sporym odcinku lubelskiej obwodnicy obowiązuje limit 60 km/h (podobno z powodu braku ekranów akustycznych), a to uciążliwe nawet w tak antycznym i słabowitym wehikule.

Foto: praca własna

Na szczęście ograniczenie po chwili znika, dzięki czemu na moment udało mi się przekroczyć licznikowe 90 – katalogową maksymalną prędkość modelu. Wprawdzie na dosłownie sekundy przed zjazdem, bo rozpędzanie zajęło ponad dwa kilometry, jednak przekonałem się, że tak można. W dodatku bez wrażenia katowania silnika: dwusuwy naprawdę lubią obroty i mogą tak jechać dowolnie długo (Roman pokonuje z pełną prędkością całą drogę Lublin-Warszawa). Kosztem jest tylko hałas i nieprzyzwoicie wysokie spalanie – przy 80-90 km/h nawet dwucyfrowe (przy niższych prędkościach spada do podawanych przez fabrykę ośmiu litrów). 

Foto: praca własna

Podwozie P70 jest niespodziewanie twarde, co daje się we znaki na wybojach, a zwłaszcza progach zwalniających (które Roman radzi pokonywać na sprzęgle, by nie przenosić na silnik zbędnych obciążeń). Dzięki temu i dużym, 16-calowym kołom ciasne łuki na węzłach obwodnicy można pokonać sprawnie i bez stresu – o ile uda się zachować wypracowany uprzednio pęd, bo jeśli nie, odzyskanie go potrwa wieki. Duża kierownica nie wykazuje luzu ani nie stawia wielkiego oporu, a autko posłusznie jedzie tam, gdzie mu każemy. To oczywiście kwestia porządnej odbudowy i starannej obsługi, w tym przede wszystkim regularnego smarowania (instrukcja P70 podaje całą listę punktów do przesmarowania co jeden, trzy, sześć i dwanaście tysięcy km).

Osobną sprawą są hamulce. Mechaniczne, a więc wymagające siły i łapiące miękko. Przy szybszej jeździe pomaga im wiatr: Cx = 0,66 oznacza, że przy 90 km/h samo ujęcie gazu mocno nas spowalnia, ale w warunkach miejskich hamowanie awaryjne niewiele różni się od współczesnego delikatnego. Dlatego trzeba trzymać odstępy, patrzeć daleko do przodu i myśleć wyprzedzająco. Gorzej, gdy nie pomyśli ktoś inny, np. wjeżdżając przed nas tylko po to, by zaraz mocno zahamować – ale takie sytuacje każdy oldtimerowiec wyczuwa zawczasu i sam hamuje wcześniej. Aha – mechaniczny układ jest wrażliwy na regulację, o którą trzeba dbać. W przeciwnym razie będzie działał nierówno i jeszcze słabiej niż powinien.

Maleńki dwucylindrowiec bardziej przypomina element osprzętu niż silnik. Wyraźnie przerasta go chłodnica – takie proporcje wiele mówią o energetycznej sprawności dawnej techniki, która większość wytworzonego ciepła wypromieniowuje do atmosfery. A trzeba koniecznie dodać, że jako jedno z udoskonaleń Roman dołożył elektryczny wentylator – bo nawet nowe P70 przegrzewały się przy dłuższej powolnej jeździe, a co dopiero sztuki 70-letnie we współczesnych korkach. W czasie przejażdżki nie wyszliśmy ponad 80ºC (odczyt wyświetlacza w kabinie), ale w upałach i intensywnym ruchu bezwzględnie trzeba trzymać rękę na pulsie i reagować włączaniem wentylatora, doraźnie też ogrzewania kabiny, a w skrajnym przypadku po prostu ostudzić silnik na poboczu (zgaszenie go nie podnosi temperatury, bo żadnej pompy i tak tutaj nie ma). 

Foto: praca własna

Na wszelki wypadek przewód chłodniczy zyskał osobny termometr. Poza nim z przodu widać gaźnik (identyczny, enerdowski, miały najstarsze Syreny), z prawej dynamostarter, a w centrum – aluminiową głowicę, będącą jedną z niewielu modernizacji w stosunku do przedwojennych „Dekawek”.

Foto: praca własna

Przez chłodnicę przechodzi cięgło zmiany biegów

Foto: praca własna

Ogrzewanie kabiny polega na złapaniu powietrza sprzed chłodnicy i skierowaniu go do wymiennika ciepła zabudowanego wokół kolektora wydechowego. Poza tym mamy tu syrenowską elektrykę – cewki i regulator napięcia.

Foto: praca własna

Bakelitowa osłona akumulatora zabezpiecza przed rozpryskiwaniem kwasu

Foto: praca własna

Poziom paliwa pokazuje uniwersalna miarka – wyskalowana z jednej strony dla P70, a z drugiej dla produkowanego od 1957r. Trabanta P50

Foto: praca własna

Wyłącznik światła STOP działa na łańcuszek od spłuczki toaletowej. Takich patentów w tym aucie jest więcej.

Foto: praca własna

***

Brzmi strasznie? Tak kiedyś wyglądała tania (bo przecież bynajmniej nie masowa) motoryzacja w naszej części świata. Za taki wynalazek obywatele NRD płacili po 25 pensji, a Polacy – nawet 65, przy czym na wszystkich chętnych w naszym kraju przypadło ledwie 2.000 aut. Ilu było chętnych – tego nie wiem, wiem jednak, że po zezwoleniu na wolną sprzedaż Warszaw Polacy w ciągu jednego miesiąca złożyli 134 tys. podań, co odpowiadało DZIESIĘCIOLETNIEJ zdolności produkcyjnej FSO, i to przy cenie prawie dwukrotnie przewyższającej P70 (120 tys. zł). Swojego samochodu doczekała się tylko garstka tych ludzi.

Dziś wszyscy mamy normalne samochody, a nieustanne grzebanie prze „Petce” (i dwóch innych dwusuwach) Roman traktuje jako hobby. Dodajmy, dość zasobożerne: na 36 tys. km dotychczasowego przebiegu potrzebne były już dwa (częściowe) remonty silnika oraz trzy skrzyni biegów. Przygód typu 30-kilometrowy dojazd do pracy na jednym cylindrze, z powodu zagotowania wody i wypalenia uszczelki pod głowicą, nie na nawet co liczyć. A przecież dzisiaj, po pełnej odbudowie współczesnymi środkami, niegdysiejsza prowizorka wygląda i jeździ znacznie lepiej niż w czasach swoich narodzin.

Czasami się zastanawiam, co na taki stan rzeczy powiedzieliby pierwsi użytkownicy tych aut: ci, którzy oszczędzali latami, po czym za dorobek połowy życia dostawali bubel pozostawiający ich co rusz na poboczu i utrzymywany na iluzorycznym chodzie kolejnymi ustawicznymi nakładami pieniędzy, pracy i czasu? Jak zareagowaliby słysząc, że dzisiaj ludzie mający pod domem pojazdy prawdziwie niezawodne i komfortowe spędzają wieczory na majsterkowaniu przy „Petce” traktując to jako zabawę, a powrót do domu lawetą jako weekendową przygodę? Że ktokolwiek chce słono płacić, mocno się pocić i poświęcać dziesiątki weekendów, by odtwarzać tamte traumatyczne przeżycia…? Tak jednak działa ludzki umysł i serce: pielęgnowanie wspomnień to jedna z niewielu cech odróżniających homo sapiens od reszty zwierząt.

À propos poświęceń: by zmieścić w garażu kolejnego oldtimera Roman musiał przebić ścianę. „Orto-Petka” stacjonuje w niegdysiejszej przestrzeni mieszkalnej: „drewniane auto na drewnianym parkiecie” – śmieje się Właściciel. Czego to się nie robi dla swojej pasji?

Foto: praca własna

Tymczasem drugi okaz z kolekcji, na co dzień niemal fizycznie przytulony do „Petki”, poznamy w kolejnym wpisie.

Foto: praca własna

Foto tytułowe: mojej żony

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

58 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ORTO-PETKA

  1. A ja przyznam, że bardzo mi się to auto podoba – nie byłbym też dla niego zbyt surowy, pamiętając, że w tym samym 1955 r. do produkcji wchodził w RFN Loyd Alexander, który nie dość, że ustępował mocą silnika, to jeszcze miał nadwozie kryte Dermatoidem, a nie dużo nowocześniejszym i odporniejszym duroplastem.

    Myślę też, że dla ówczesnych właścicieli to auto znaczyło więcej niż obecnie dla właściciela Mercedes klasy S, bo mało kto kupuje nowego Mercedesa klasy S jako pierwsze auto, a „Petka” stanowiła pewnie dla 99% właścicieli przeskok z poruszania się piechotą – tylko ten kto z marznącym deszczu niósł kilka kg zakupów od najbliższego przystanku wie jak wielką różnicę robi najprymitywniejsze nawet auto.

    • Prawda, postrzeganie pierwszego samochodu jest zupełnie inne. Tyle że wtedy samochodu nie używało się jak dziś, do codziennego jeżdżenia po chleb i mleko – tamte modele nie wytrzymałyby takiej intensywności, a i obsługa serwisowa byłaby konieczna codziennie (Roman na 36 tys. km robiłdwa remonty silnika, trzy skrzyni biegów i niezliczone drobne naprawy).

      Tak że racja, świat bardzo się zmienił, natomiast ja w tekście porównywałem wyłącznie ceny, bo to łatwo zrobić (choć też trzeba pamiętać, że np. w latach 50-tych oszczędzanie było dużo trudniejsze niż dziś, więc odłożenie 65 pensji oznaczało coś innego, no i nie było leasingów, dogodnych rat, a nieliczne auta używane niejednokrotnie kosztowały więcej od nowych).

      • Już kiedyś toczyła się o tym dyskusja na blogu, bo z tym oszczędzaniem, czy było trudniejsze to mocno względne. Ja osobiście mam wrażenie, że kiedyś ludzie mieli więcej oszczędności, co oczywiście niekoniecznie wynika z tego, że więcej zarabiali, ale też z tego, że możliwości wydawania pieniędzy było mniej i pewna presja społeczna na konsumpcyjny tryb życia też była mniejsza (dość powiedzieć, że kiedyś mężczyzna najczęściej miał jeden garnitur i chodził w nim codziennie aż do całkowitego zużycia, a dziś osobiście znam osoby, które zarabiają kilkukrotność średniej krajowej i wiecznie są na granicy wypłacalności).
        Przypomina mi się, że czytałem kiedyś interesujące wspomnienia pilota wojskowego z czasów prl , w których opisywał m. in. swoje perypetie związane z zakupami samochodów. Zbytnio nie spojlerując napiszę, że jeździł m. in. kupionym jako nowy Wartburgiem Coupe, a takie auto to jednak dużo więcej średnich pensji niż P70 – zatem „można było”.

        Wspomnienia dostępne są pod linkiem: http://pilot.fki.pl/

        Szczerze polecam, bo naprawdę ciekawa lektura.

      • A oczywiście, że „można było”, tylko że tak potrafili nieliczni, którzy ryzykowali wiele. Mój tata też miał najpierw Wartburga, potem Ładę i Mercedesa 220D, ale absolutnie nie z pensji 🙂 Możliwości dorabiania się jak najbardziej istniały, tylko wymagały zupełnie innych przymiotów niż dziś, no i innej odwagi. Trzeba też rozróżnić poszczególne epoki.

        Za Bieruta posiadanie złota lub dewiz mogło skutkować karą śmierci (sic!!). Od czasów Gierka prywatne biznesy mogły już nawet zatrudniać ludzi (wcześniej nie), ale jeszcze jak mój tata handlował towarami codziennego użytku w latach 80-tych, to ludzi do więzień zamykali za przywożenie sąsiadom bułek z sąsiedniej wsi, nazywając to „nielegalną spekulacją” i „żerowaniem na trudzie chłopów i robotników” (była taka słynna sprawa w rzeszowskim, w wiosce gdzie piekarnia spłonęła i emeryt umawiał się z sąsiadami na przywóz pieczywa rowerem za parę groszy, za co dostał wyrok. Nawet oficjalna prasa komentowała, że to przesada, ale prawo było prawem).

      • Lata 60., ja we wczesnej podstawówce. Sąsiad z piętra niżej w kamienicy w Łodzi, gdzie mieszkałem z rodziną był początkującym pilotem, szkolił się na Iskrach w Nowym Glinniku. Miał już niemłodą Petę i Jawę 250. Na lotnisko dojeżdżał Jawą bądź PKS-em, zależnie od aury. Peta służyła jako pojazd rekreacyjno- wekendowy (słowo „weekendowy” wówczas raczej nie było w użyciu, bo jedna wolna od pracy sobota w miesiącu zaczęła się pojawiać na przełomie lat 60.i 70.). Ale sporo czasu spędzał leżąc na bruku koło rynsztoka pod Petą, majstrując przy aucie, co nielicho zajmowało chłopaków z podwyrka (taka gwara wtedy obowiązywała).
        @SzK, z tym zakazem zatrudniania pracowników przez prywaciarzy to przegiąłeś. Moi dziadkowie zaraz po wojnie odbudowali przedwojenną cukiernię i od początku zatrudniali cukierników, sprzedawczynie i szkolili uczniów.

      • OK – doczytałem. Były limity: pracowników niebędących członkami rodziny mogło być maksymalnie 50, ale w niektórych branżach najwyżej 3. Limity złagodzono za Gierka, a całkiem zniosła je dopiero ustawa Wilczka. Tak że racja – miałem nieprecyzyjne informacje, ale ograniczenia istniały spore.

      • SzK, i to jest bliższe prawdy. Spółdzielnia, w której zawodowo startował ojciec była pierwotnie prywatną firmą transportowo-remontową. Samych kierowców zatrudniała koło 30. (a jakimi rarytasami przedwojennej i wojennej motoryzacji jeździli – m.in. Ople Blitz, Studebakery, Deutze…), kiedy zatrudnienie wzrosło właściciel, w połowie lat 50., musiał przekształcić swą firmę w spółdzielnię, gdzie został prezesem.

      • @Szymon B. czyżby to B to było Blikle ? xD Owszem dało się reaktywować przedwojenny biznes po wojnie czysto teoretycznie. Niemniej zwykle państwowe przedsiębiorstwa miały o wiele większe możliwości i benefity, w tym całkowicie sztucznie pompowaną kasę. Jeżeli miałeś skalę działalności taką jak chociażby Wedel, no to niestety, ale musiałeś liczyć sie z nacjonalizacją.

      • @PstrykEJ9. Kudy dziadkowi do Bliklego. To była mała cukiernia ze sklepem. A historia trochę jak z kawału o leśniczym, Niemcach i partyzantach. Dziadek założył firmę przed wojną. Pracował u niego cukiernik, łódzki Niemiec. Okupacja zmieniła relacje i Niemiec powiedział do dziadka: Stasiu, takie czasy, dotąd ja pracowałem u ciebie, teraz ty będziesz pracował u mnie. Dziadek przez całą wojnę pił z żalu, że musi pracować u Niemca we własnej firmie. W styczniu 1945 r. babcia wyrzuciła Niemca (dziadek nie trzeźwiał, a młodociany ojciec był na robotach w Niemczech) z firmy i mieszkania (właściwie Volksdeutsch sam się ewakuował) i prowadziła ją do 1982 r. Przepraszam za off top.

    • Koledze troche odwaga pomylila sie z odwaznikiem. W 1955 roku wszedl do produkcji owszem model 600, ale juz z calostalowym nadwoziem i czterosuwowym motorem 600 ccm ktory od roku 1958 w wersji TS mial 26 koni mocy. Zreszta calostalowe nadwozie dostal juz w 1954 roku dwusuwowy Lloyd 400 konczac tym samym epoke polszmacianych Leukoplastbomberow. Tak czy inaczej takze tu zachod wygral ze wschodem

      • Historię Lloyda opisywałem na blogu.

        Jasne, wiele się pisze o takich wynalazkach z RFN, ja kiedyś też wrócę do tematu i przedstawię tu np. Kleinschnittgera, który wyglądał jak ręczny wózek na makulaturę z doczepionym silniczkiem. Tyle że to był margines – najwyższą sprzedaż od samego początku, to jest od 1949r., miał Volkswagen, a zaraz za nim Taunus 12M, Opel i gdzieś tam między nimi DKW. To był trzon motoryzacji w RFN, a śmieszne wynalazki zastępcze owszem, istniały, tyle że bardziej jako folklor. Zresztą trudno się spodziewać czegoś innego, jeśli kosztowały tyle, co 2-3-letni „Garbus”. Byli na nie chętni, ale niewielu – wystarczy porównać wielkości produkcji, są bezproblemowo dostępne.

      • @SzK, jeżeli kosztowały tyle co 2-3 letni garbus to zaspokajały raczej potrzeby ludzi co muszą koniecznie nowe z salonu i h.. zresztą tak samo jak Łada i FSO w UK, czy Francji. A tak swoją drogą to fabryka w Wolfsburgu musiała być mocno wydajna skoro Garbus już był tak w stanie stracić na wartości w 2-3 lata. Ogólnie wiesz jak długo się czekało na nowego garbusa?

      • Zależy w jakich latach. Nie mam dokładnych danych co do czasu oczekiwania, fragmentaryczne dane były w artykule o Garbusie, ale nie kojarzę z pamięci.

    • Takie auto miał daleki kuzyn mojej babci, ksiądz proboszcz wiejskiej parafii z Mazowsza, były kapelan Legionów Piłsudskiego (!). Nieprawda, że auto było awaryjne zaliczyłem z kuzynem dwukrotnie jazdę Warszawa – Krynica górska bez żadnych kłopotów, na wiejskich drogach Petka też nieźle dawała radę – mam dokumentację fotograficzną! Wprawdzie wieść rodzinna głosiła, że kuzyn miał na rozkładzie więcej kur niż wójtowa z Rancza, ale ja tego nie widziałem!!!

      • Wszystkie publikacje na temat P70 wymieniają te same słabe punkty, Roman też coś o tym wie (dlatego użył elementów elektryki i przegubów z Syreny). Oczywiście to nie wyklucza, że istnieli zadowoleni użytkownicy.

      • Mój wujek miał lagunę 2 (chyba nawet przedlift) 1.9 dCi. To dCi. Po księdzu. Sam duchowny nakręcił ponad 200 tysięcy (chyba 270) kilometrów a wuj przekroczył 300. Tak, deska ledwo siedziała na miejscu ale samo auto (silnik z osprzętem i elektronika) nie psuły się. To dowodzi tego, że kapłani nie służą wyimaginowanemu bóstwu.

  2. No to jest naprawdę godne odnotowania: najgorsze, przeklinane, dziadowskie części od Syreny są wyraźnym usprawnieniem P70… Nie sądziłem, że kiedyś coś takiego przeczytam. Automobilownia ucząc bawi i bawiąc uczy!

    • w przypadku przegubów wszystko tłumaczy połowę mniejsza moc. Nawet domek z kart może stać latami, jeśli się go nie obciąża 🙂 Natomiast elementy zapłonu w Syrenach raczej działały znośnie, o ile mi wiadomo. Oczywiście przerywacz trzeba co sekundę regulować, ale takie były wtedy normy.

  3. Autokorekta – Alexander miał już stalowe, nadwozie, tym niemniej „Petce” blisko jest do produktów Loyda – nawet wizualnie są zbliżone.

  4. Artykuł ciekawy. Postęp technologii jest oczywisty. Próby czasu nie wytrzymują pojazdy powszechnie eksploatowane w XX wieku a nawet w początkach XXI wieku. Kiedy P70 pojawiło się na polskich drogach był to pojazd marzeń , przedmiot pożądania. W czasach „gomułokowskich” P70, telefon na korbkę, pralka Frania były symbolem luksusu. Egzemplarz takiego auta jest w mojej rodzinie od 1958 roku. Wiążę z nim najwspanialsze wspomnienia z dzieciństwa. Myślę ,że Roman nie zainteresował by się tym samochodem gdyby nie wspólnie spędzony czas z dziadkiem . Podejście do auta ewoluowało od zachwytów do racjonalnych ocen po krytykę. Oddaje to filmografia. W „Pan Anatol szuka miliona” jest to pojazd szefa mafii. W Alternatywy 4 …..

    • Bardzo miło mi Pana gościć na blogu!!

      Czy mogę napisać maila na adres wskazany przy pisaniu komentarza? Względnie poprosić o kontakt przez formę kontaktową na blogu. Chodzi mi o sprawę książki, o P70, którą Roman pokazywał mi w domu. Pozdrawiam serdecznie!!

      • No to już zdradźcie, kim jest szanowny gość „P70 w kolorze zieleń nilu”, a nie takie tajemnice 😉

      • Chętnie odpowiem na ewentualne pytania. Proszę pisać na adres wskazany w komentarzu

    • Czy dobrze się domyślam, że to Pan był ze swoim autem bohaterem jednego z odcinków „Legend PRL-u” Patryka Mikiciuka?

  5. Drogi Szczepanie,

    podziwiam Twoje lingwistyczne umiejętności i znajomość wielu języków ale w tłumaczeniu wkradł się błąd.

    Schwebeachse to dosłownie oś lewitująca, na polski przyjęło się tłumaczenie oś pływająca.

    Oś kiwająca czy raczej wahliwa to Pendelachse (swing axle)

    • „Schweben” to słownikowo „unosić się”, tak że zasadniczo masz rację. Mnie samo działanie tej osi skojarzyło się z kiwaniem – bo ona przesuwa się w jednym z mocowań, dlatego tak napisałem. Zwyczajowego tłumaczenia na „oś pływająca” nie znałem, ale to chyba dość podobne do „kiwania”?

      Pendelachse to oczywiście jest oś wahliwa, ale to całkiem inny patent, nie mający już nic wspólnego z DKW,

  6. Petkę można uznać za ładną. Ma jedną niezaprzeczalną zaletę, która wzmaga jej urok: jest bardzo spójna estetycznie, zarówno na zewnątrz, jak i w środku. Nie ma w niej żadnego brzydkiego, nieproporcjonalnego czy topornego detalu. Esencja lat 50.

    • Dla mnie proporcje tego auta są całe jak ciosane toporem. W przeciwieństwie np. do Trabanta, narysowanego całkiem zgrabnie. P50 uważam za bardzo ładne, 601 jak na swój czas również. Ale P70 w ogóle. Oczywiście to pewnie kwestia gustu.

      • stylistycznie jest mniej więcej jak Syrena 😉 nie mój styl, bo ja to uwielbiam kanciasty styl jak Concerto, ale jak ktoś lubi pontony to może się podobać, bo ma swój urok

        ciosana toporem to jest SMZ Invalidka 🙂

  7. wielkie gratulacje za takie ładne odbudowanie Petki, musiał to być ogrom pracy, i tym bardziej docenić trzeba, że została ukończona, jeździ i sprawia radość!
    a co do układu chłodzenia to ja bym jednak tam zamontował elektryczną pompkę wody, występują w różnych VAGach więc są do zdobycia i można je założyć po prostu w szeregu dolnego węża do chłodnicy (przez redukcje bo mają mniejszą średnicę ale przepływ będzie i tak o niebo lepszy), wydatnie by to poprawiło chłodzenie i sądzę że rozwiązało by całkowicie problemy z przegrzewaniem się

    a co do kranika paliwa, to można założyć elektrozawór paliwa taki do gaźnika od starych instalacji LPG, w Trabantach się tak robiło żeby nie zapomnieć, elektrozawór podłączony pod stacyjkę w szeregu za kranikiem i przed gaźnikiem, włącza się kluczyk i samo paliwo się „odkręca”, przy czym kranikiem i tak można je zakręcić lub przekręcić na rezerwę

    • Wszystko można zmienić i zautomatyzować, ale zabytek ma pozostać w oryginale. Taka jest tutaj filozofia. Podobnie jak w drugim dwusuwie, którego opisuję teraz – tam też ludzie montują dużo unowocześnień, ale to już nie jest wtedy ten model. Dla wygody kupuje się nowe auto, a stare jest dla przeżywania historii takiej, jaka ona była.

      • rozumiem, choć tranzystorowy zapłon jednak jest, więc ja tam bym pompę akurat zamontował, nie dla usprawnienia a dla ochrony silnika

      • Oczywiście, ja też Cię rozumiem. Wentylator też w tym aucie jest, a nie było. Tyle że pewne rzeczy są konieczne, jeśli w ogóle chcesz dzisiaj jeździć i nie stawać co 50 km, a z innymi zapewne można żyć. Każdy decyduje sam.

        Oczywiście Twoja rada jest cenna – pompka wody to prosta sprawa, ale rzadko stosowana, bo to jednak dość ważna cecha konstrukcyjna auta, a wentylator czy płytka zamiast kondensatora to mniejsze zmiany, a dają bardzo wiele. No ale jak mówię, niech każdy decyduje sam.

      • naturalnie, ja też nie zamierzam nikogo do niczego przecież zmuszać, podpowiadam jedynie 😉

  8. Zdarzyło mi się kiedyś pisać o P70, więc to nie jest jakiś nowy temat dla mnie ; ) ale też nie wszystko wiedziałem co tu było podane, bo nie dali mi znaczy nie rozmawiałem z właścicielem jakiejkolwiek P70 – no cóż, bywa. XD W ogóle gratuluję samozaparcia właścicielowi, że doprowadził pamiątkę rodzinną do stanu nawet lepszego niż fabryczny.
    W kwestii nazewnictwa kiedyś rozmawiałem o tym z osobą co się pasjonuje enerdowskimi pojazdami i wspominała że P70 jest nazywana różnie (Sachsenring, IFA, AWE jak pamiętam), ale jako-takiej marki nigdy nie miała podanej, poza ostatnim rokiem produkcji.

    Jakbym sam miał podsumować ten pojazd to ująłbym tak – ładny badziew*, gdzie Syrena uważana za dziadostwo jest naprawdę dobra przy tym, a Trabant P50 to faktyczny postęp i krok w przód w porównaniu z tym. Zresztą przejściowy charakter „petki” pasuje jak ulał – robiona kilka lat, i na bazie doświadczeń z jej tworzenia i użytkowania zaczęto robić coś lepszego. No a potem powstała magnum opus czyli Trabant 601 ; ) W sumie co do wyglądu to bym powiedział że P70 jest ciut przykrótka – Trabanty sprawiały wrażenie bardziej proporcjonalnych, a z P70 to w sumie coupe najlepiej wygląda, chociaż z tym silnikiem…

    *zdaję sobie sprawę że inne czasy i inna epoka, ale umówmy się że miała kilka archaicznych patentów (nawet jak na lata 50.!) jak brak dostępu do bagażnika, drewniany szkielet czy hamulce na linkę, przez co już wtedy była niezbyt nowoczesna, ale mimo to jakoś dawała radę

    • Pozdrawiam jako właściciel opisanej Petki.
      Jakby co jestem do dyspozycji.Tel.nr
      603793254

      Roman Gawęda

      • O, dziękuję, gdy będę wybierał się do Lublina kiedyś to nie omieszkam skorzystać. Pozdrawiam

  9. Mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję, ale ja uważam, że P70 tak samo, jak większość komunistycznych pojazdów wygląda depresyjnie. Ja to bym wolał zapomnieć o pseudomotoryzacji z bloku wschodniego. Jedyne auta z tych krajów, które potrafię zaakceptować to Łady 2101/2/3/6, Zastava 101 i wczesny Duży Fiat, ale tylko do 1975, bo jak na tamte smutne i załamujące czasy wyglądały w miarę nowocześnie. W UK też było BLMC, które może poza wczesnym Range Roverem Classic, Jaguarem XJ i Triumphem TR6 produkowało tak samo beznadziejne samochody jak FSO 125p MR83-91, Honker (jak ja tego chłamu nienawidzę), Zaporożec i Tavria. A jedyne słuszne miejsce na Range Rovery Evoque to złom i śmietnik historii. Przepraszam, musiałem.

    • Evoque aż takie słabe jest? Ja się na opinii Top Gear zatrzymałem, tam je kochali.

      Pozdrawiam norweskiego kolegę 🙂

      • @Daniel Dziękuję, na wzajem. 😉
        Z Evoque problem jest taki, że to nie jest prawdziwy Range Rover i jest lifestyle’owym pojazdem dla influencerek i jest po norwesku mówiąc zbyt „Harry” (kiczowaty), szczególnie wersja cabrio. Dla mnie jedyny prawdziwy RR to Classic, szczególnie pierwsza seria, bo był luksusową terenówką tak jak Toyota Land Cruiser serii Station Wagon.

      • Z tego co wiem to P70 było takim duroplastowym ersatzem IFY F9, której produkcję przeniesiono z Zwickau do Eisenach w nagrodę za dopracowanie i wdrożenie przedwojennego projektu (równocześnie na zachodzie produkowano wywodzące się z tego projektu DKW F89 i prawie bliźniacze F9 – F91 w Dusseldorfie i Inglolstadt – obecnie ostoja Audi). Było o tym Automobilowni. A F9 z trzycylindrowym silnikiem ewoluowało w Wartburga. AWE Zwickau pozostało w przy dwóch cylindrach, poszło w Trabanty doprowadzając silnik rodem z Dekawki do oszamiałąjącej mocy 26 KM.
        Doświadczeń Z Petą nie miałem, ale IFĘ F 8 z 1952 r. poznałem dość dogłębnie w latach 70., jako że czterech początkujących studentów politechniki postanowiło zreanimować rzeczony pojazd w celu wyjazdu na wakacje. Stan zewnętrzny pojazdu dawał na to szansę, tym bardziej, że to była rzadka wesja „ganzstahl”, z dyktą całkowicie obciągniętą cienką blachą zamiast dermatoidu, miała wydatniejsze błotniki i większe reflektory. Niestety czas od jesieni do wakacji nie starczył na odnowienie pojazdu. Zrobiliśmy u zaprzyjaźnionego mechanika remont silnika (oczywiście przy kupnie był w doskonałym stanie, tylko nie było akumulatora). A silnik był już wzmocniony 22 KM z dynastarterem – tak było na tabliczce znamionowej. Zrobiliśmy zawieszenie i prawie hamulce (brakowało nowych linek a zwłaszcza pancerzy). Założyliśmy przeguby od Syreny, które trzeba było zeszlifować bo tarły o tarczę koła i już zaczęliśmy szpachlować budę, kiedy odpadły drzwi razem z zawiasami z przegniłego drewnianego słupka środkowego. A my byliśmy mechanikami, a nie stolarzami, poza tym brak było kasy na opony, wkłady reflektorów i inne lampy itp. Przed wakacjami nie zdążyliśmy i projekt w końcu upadł.

  10. Lem i Mrożek mieli P-70 jako swoje pierwsze samochody. W „Listach Lem – Mrożek” dzielą się wrażeniami. Mrożek twierdzi, że zamordował swojego biednego P-70, bo przecież to nie była jego wina, że nie jest mercedesem.

    • Tak. Tam jest sporo o motoryzacji. Podobno obaj zaśmiewali się, kiedy w garażu Lema podłożyli lewarek pod nie tę część samochodu i całość wpadła do środka P70. Potem są wymiany listów z dumą z Wartburga i narzekaniem na Fiata 1800 i zdobywaniem części – Mrożek przesyłał je Lemowi z Włoch.

  11. Dość dziwne proporcje tego samochodziku. Tak jakby dół był z innego modelu, a przeszklona część górna również z innego. Trabant był chyba bardziej spójny.

  12. Schwebeachse _ os pływający / szybująca. W czasie kiedy ta konstrukcja powstała ( ~1932) była reklamowana jako tak komfortowa ze „Das Fahrverhalten und die Federung waren so weich und komfortabel, dass die Passagiere das Gefühl hatten, über die Straße zu „schweben”

    • Dlatego właśnie w artykule o AU 1000 Sp napisałem, że auto jest miękkie i dobrze dostosowane do złych dróg. Chociaż to oczywiście zależy od dostrojenia – np. P70 jest znacznie twardsze, aż niespodziewanie.

    • oj przepraszam- nie zauważyłem, że temat był już poruszany i wszystko zostało powiedziane / wyjaśnione.

  13. P70… jedna z niewielu przejściowych konstrukcji z Bloku Wschodniego, która była faktycznie przejściowa – prowizorka zrobiona na samochodzie F8 robiona ledwo 2-3 lata, która została zastąpiona dużo lepszym Trabantem. Naprawdę tutaj widać jak dobrze enerdowscy inżynierowie odrobili lekcję z projektowania małego auta dla ludu, bo mnóstwo wad Petki zostało w Trabancie zupełnie wyeliminowanych. W sumie historia z happy endem w porównaniu z naszą „przejściową” Syreną robioną przez ćwierć wieku, Polonezami z montowanymi „przejściowo” silnikami ze 125p do końca swoich dni, czy Starami 28/29, które miały być na chwilę, a zostały do końca komuny.
    Swoją drogą moim zdaniem jest to obiektywnie obok Zaporożca 965 najgorszy samochód w historii Bloku Wschodniego – uroda jest wątpliwa jak na tamtą epokę (nawet w wersjach pochodnych – linia boczna coupe jest strasznie nieproporcjonalna), praktyczność z bagażnikiem bez klapy to śmiech na sali, a drewno jako element konstrukcyjny to w ogóle zmora właścicieli zarówno te 70 lat temu, jak i obecnie przy renowacji. Syrena w porównaniu z tym samochodem to naprawdę dopracowane w najmniejszych szczegółach cywilizowane arcydzieło, dlatego tym bardziej svaka čast dla właściciela, że udało mu się ten samochód wyremontować i nadal utrzymuje go w pełnej sprawności, bo z pewnością wymaga to więcej determinacji niż w przypadku takiej Syreny, czy Trabanta.
    A Barei nie było szkoda poświęcić Petki na potrzeby nakręcenia jednej sceny, bo jemu w ogóle nie było szkoda aut komunistycznych, których otwarcie nie cierpiał – w „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” podobnie na potrzebę jednej krótkiej sceny-gagu komediowego poświęcił on nowiutkiego Fiata 125p: film kręcono w 1977, a wykorzystano tam egzemplarz MR75, który mógł mieć co najwyżej dwa lata i nie było widać po nim, żeby to był jakiś powypadkowy grat.
    Właścicielowi pozostaje życzyć jak najwięcej kolejnych nakręconych kilometrów – cierpliwości nie życzę, bo po aucie widać, że jej nie brakuje, zamiast tego wolę życzyć, żeby żaden dojazd do pracy nie zakończył się przykrym incydentem drogowym – szkoda by było wozu z taką historią, a wiem co mówię, bo sam mam w swoich zbiorach samochód po moim śp. Dziadku.

    • Tak, prawda – Trabant był projektowany od zera, z usunięciem większości przedwojennych problemów, a P70 to była tylko nowa buda i eksperyment z duroplastem (udany zresztą).

  14. Bareja poświęcił do filmu własnego mercedesa. Był on już starawy, ale właśnie ten samochód pali się w odcinku „Obywatel Monte Christo”.
    Tzn. tak naprawde użyto specjalnej mieszanki do bazie eteru, od której samochód się nie zapalił, ale wygladało przerażająco.

    • Nie tyle „starawy”, co już w stanie agonalnym, po przynajmniej jednym ciężkim wypadku, więc jego poświęcenie było bardziej racjonalnym użyciem niż zezłomowanie albo nieszczególnie opłacalna odbudowa.

  15. Bareja dlatego użył Petki bo po prostu była najtańsza .Politycznie zniszczenie auta dla potrzeb filmu naruszyło przyjaźń polsko-enerdowską (:

    • Podejrzewam, że to było auto niesprawne, albo wręcz niekompletne. Ono na filmie w ogóle nie odpala, odpada mu podłoga, itp. To mógł być po prostu wrak.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.