PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: OSTATNI KURS

Tu nikt nikogo do niczego nie zmusił. Właściciel dostał wybór i podjął decyzję, którą uważał za stosowną. A ja myślę, że trudno mu się dziwić.
Samochód, który widzicie na zdjęciach, niedługo przestanie istnieć. Dopilnuje tego komisja wyznaczona przez importera, który auto odkupił za gotówkę. Wszystko odbyło się dobrowolnie: importer złożył ofertę, którą druga strona zaakceptowała, a nowy właściciel robi ze swą własnością to, co uważa. Prosty przykład realizacji ludzkiej wolności.
Niektórym z nas – może nawet wielu – będzie pewnie żal. Bywa, takie życie. Ale to nie nasza własność, więc nie nasza decyzja.
Było tak: do autoryzowanego serwisu Hondy, który prowadzą mój tata i brat, zgłosił się Klient z nietypowym autem: amerykańską Acurą TL z 2003r. Przebieg niski, 55 tys. mil, ale stan dość zaniedbany. Chodziło o zaległy przegląd z ewentualnymi naprawami. A cały ambaras wynikł stąd, że przy przyjmowaniu auta warsztatowy system komputerowy zaordynował wymianę całej skrzyni biegów, na koszt producenta, w ramach akcji serwisowej.
W czym problem? Otóż w tym, że w żadnym magazynie Hondy, nigdzie na świecie, nie ma już żadnej przekładni do Acury TL. Akcja serwisowa okazała się niewykonalna. Importer złożył więc Klientowi propozycję nie do odrzucenia: albo odsyłamy pana z kwitkiem, albo wypłacamy za felerny samochód gotówkę, od ręki, po czym komisyjnie go złomujemy. Klient wybrał bramkę numer dwa, co powinno być zrozumiałe.
Człowiek miał 22-letni samochód, warty niewiele i bardzo nietypowy, ze słabym zaopatrzeniem w części i fabryczną wadą mogącą go unieruchomić, a nieusuwalną w ASO. Importer proponujący żywą gotówkę wręcz spadł mu z nieba. Ręka w górę, kto by nie skorzystał?
Importer zachował się uczciwie: wziął odpowiedzialność za towar sprzedany 22 lata temu na przeciwnej półkuli. Dał wybór, zapłacił pieniądze. A że auto złomuje, to też logiczne – bo to towar wadliwy, którego firmować się nie godzi. Samochód przejeździł już 22 lata i według fabrycznej technologii nie da się go naprawić. To klasyczny przykład odpadu do utylizacji.
Tak, wiem – wielu z nas próbowałoby druciarstwa albo wyharatało jakieś części. Nikt niczego nie zabraniał: Klient mógł auto zachować, tyle że nie chciał. Jego decyzja – odsprzedać swoją własność, której nikt inny by raczej nie kupił, decyzja producenta – nabyty pojazd zezłomować, bo porządnie naprawić się go nie dało.
Acura TL 3,2: w Polsce to model rzadki, ale zabytek jeszcze żaden. Jeśli ktoś bardzo chce, może ściągnąć ze Stanów podobny, jest ich tam pełno – a większość ma skrzynię wymienioną już lata temu.
Foto: praca własna
Złomowanie Acury jest nieuniknione – niczym mielenie jedynego egzemplarza „Krzyku Ciszy” w „Zmiennikach„. Na szczęście, pozostając w klimacie tego samego serialu, udało mi się zaliczyć tym autem „Ostatni Kurs”…
…tuż przed jego komisyjnym zgnieceniem.
Foto: kadr ze „Zmienników”
***
Acura to pierwsza z tzw. marek premium, jakie japońscy producenci wykreowali na rynku amerykańskim. Zadebiutowała w marcu 1986r. – podczas gdy bardziej znane Lexus i Infiniti dopiero w 1989r.
Po co Acura była potrzebna? Marka Honda kojarzyła się tanio, tymczasem producent chciał wejść w wyższe segmenty rynku: częściowo w ramach naturalnego rozwoju, ale przede wszystkim z uwagi na narzucone przez Waszyngton „dobrowolne” ograniczenia eksportu japońskich samochodów do USA. Gdy sprzedaż blokuje się sztucznie, dostępny limit lepiej wykorzystać na auta droższe, by zmaksymalizować marżę na sztuce (na tym oczywiście tracą mniej zamożni klienci, którym znika wybór korzystnych ofert, ale takie bzdury nigdy nie obchodzą narzucających limity polityków).
Markę nazwano od łacińskiego słowa acutus, czyli „ostry”, a jej logo została suwmiarka – symbol precyzji i dbałości o szczegóły (przy okazji przypominający pierwszą literę nazwy)
Foto: , Licencja CC
Pierwszym zaoferowanym modelem była Acura Legend (poza USA sprzedawana jako Honda). Był to typowy dla epoki, przednionapędowy sedan segmentu E, o wymiarach 4.811 x 1.750 mm przy rozstawie osi 2.761 mm. Napędzała go pierwsza hondowska jednostka V6, tzw. serii C – która w Japonii miała pojemność dwóch litrów (później z opcjonalnym turbodoładowaniem), natomiast w Ameryce – 2,5 lub 2,7 litra, bez doładowania (w tych wersjach stosował ją też Rover w modelach serii 800). W przypadku Acury moce wynosiły 153 i 163 KM.
Foto: materiał producenta
Rok później pojawiło się coupé – bo wtedy takie nadwozia mogły jeszcze liczyć na dobrą sprzedaż w Stanach
Foto: materiał producenta
Drugim, tańszym modelem był następca Hondy Quint, czyli sportowo-luksusowej wersji Civica, pod nazwą Acura Integra. To był oczywiście niższy segment (długość około 4,3 metra, zależnie od nadwozia), z dwuwałkową 1,6-litrówką z systemem VTEC, o mocy 113 KM. W USA auto występowało jako 3- lub 5-drzwiowy liftback (na innych rynkach również jako 4-drzwiowy sedan, ale pod marką Honda i w uboższych specyfikacjach).
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Acura zszokowała analityków, bo już w 1987r. (pierwszym pełnym sezonie swego istnienia) sprzedała 109 tys. samochodów, wyprzedzając wszystkie importowane marki premium – w tym Mercedesa (89 tys. sztuk) i BMW (67 tys.). Sprzedaż rozłożyła się niemal po równo pomiędzy Legend i Integrę.
W późniejszych latach wizerunek marki był nierówny: Acura prezentowała czasem prawdziwe bomby (w tym rewolucyjnego NSXa z 1990r. czy superszybką Integrę Type-R z 1995), ale częściej nudne sedany i SUVy będące przemetkowanymi Hondami. Wielu klientów odebrały jej wprowadzone w 1989r. marki Lexus i Infiniti, natomiast własnym błędem była rezygnacja z rozpoznawalnej i dobrze kojarzonej nazwy Legend: generacja z 1996r. została przemianowana na RL (od „Refined Luxury„), gdyż, jak argumentowano, wszyscy konkurenci używali kodów alfanumerycznych. Rozpoznawalność spadła, a dobra reputacja poprzedników została zmarnowana.
My dzisiaj skoncentrujemy się na oczko niższym modelu TL („Touring Luxury„) Jego pierwsza generacja weszła na rynek jako model ’96 i była amerykańską wersją Hondy Vigor, czyli modelu wciśniętego pomiędzy Accorda i Legend, napędzanego rzędowymi silnikami pięciocylindrowymi.
W Acurze takie jednostki też występowały, ale poza nimi oferowano 3,2-litrowe V6. Sto procent produkcji pochodziło z japońskiej fabryki Sayama.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Generacja druga, z 1999r., była już produkowana w Ameryce (w Marysville w stanie Ohio) i nawet eksportowana stamtąd do Japonii (jako Honda Inspire i Saber – z kosmetycznymi różnicami, ale z przeznaczeniem do różnych sieci dystrybucyjnych, czyli różnych segmentów rynku). Montowano w niej wyłącznie silniki V6 – dla Japonii 2,5-litrowe, dla USA 3,2. W tym drugim przypadku moc standardowo wynosiła 225 KM, w usportowionym Type-S – 260 KM.
To był typowy mid-size sedan dla typowych Amerykanów: 4,9 metra długości, niecałe 1,8 szerokości, kanapowe wnętrze i łagodny silnik V6 z leniwą, automatyczną przekładnią
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Owa przekładnia miała początkowo cztery biegi, ale już po roku została zamieniona na pięciobiegową – i ta okazała się problematyczna: już po stosunkowo niewielkim przebiegu zużywały się tarczki trzeciego biegu, co powodowało ślizganie, problemy z zasprzęglaniem, a nawet awarię skrzyni z powodu zatkania kanałów olejowych startymi drobinkami. Problem został usunięty w 2005r., a producent bezpłatnie wymieniał przekładnie – oczywiście w tych egzemplarzach, które trafiły do serwisów. A że siłą zaciągnąć się tam nikogo nie da, opisywany egzemplarz akcja ominęła.
***
To była fajna przejażdżka – zupełnie bezstresowa. „Możesz auto dowolnie poobijać, nawet dachowanie sobie testowo zrobić – byleby było co na złom zawieźć, jak komisja przyjedzie. I wypal jak najwięcej paliwa, żeby w zgniatarce nie wybuchło” – śmieszkował przy powitaniu Piotrek z rodzinnej firmy. Tym razem spotykaliśmy się nie w Wieliczce, tylko w otwartym w zeszłym roku drugim salonie w Nowej Hucie, na ul. Okulickiego. Oczywiście, mordować tego auta nie zamierzałem, zwłaszcza że specjalnie do mojej przejażdżki zostało ono umyte i wyczyszczone. Jednak spokój ducha jest nie do przecenienia – szczególnie kiedy nie swoim autem jeździ się w pojedynkę, bez właściciela ani jego przedstawicieli.
Acury widywałem rzadko. Ta konkretna okazała się typowo amerykańskim krążownikiem: wielką, przysadzistą limuzyną o aparycji kosztownej z daleka, a nieco tracącej w bliższym kontakcie. Częściowo wpływa na to wiek egzemplarza, ale trzeba pamiętać, że w 2003r. TL 3,2 kosztowało 28.980 dolarów – nieco ponad połowę amerykańskiej ceny Mercedesa E320 i kilkanaście procent mniej od porównywanego Lexusa ES 300.
To oczywiście poważna limuzyna – taka z przełomu wieków, kiedy poważne auta wciąż jeszcze były limuzynami. Amerykanin zobaczy tu wygodę, nobliwość i prestiż, Europejczyk – zbędnie przerośniętego Accorda. Mimo postępów globalizacji samochodowe rynki wciąż różnią się od siebie.
Foto: praca własna
Accorda najwyraźniej widać z przodu, w kształcie srebrzystego grilla z przyczepioną suwmiarką i ogólnym wyrazie twarzy (choć np. amerykańskie reflektory są większe)
Foto: praca własna
Nadwozie Acury, choć dłuższe i smuklejsze, wygląda jednak starzej, z powodu mniej płynnych linii. Powinno natomiast być obszerniejsze, bo wielkość drzwi i bryły bagażnika naprawdę imponują.
Foto: praca własna
A może tylko proporcje są inne? Kufer jest znacznie dłuższy, ale też niższy, nieprzybierający podniesionej formy klina.
Foto: praca własna
Modę na trapezowe lampy wprowadził dawno temu Mercedes, Honda przejęła je dopiero pod koniec stulecia. Uwagę zwraca też podwójny wydech.
Foto: praca własna
Bagażnik rzeczywiście konkretny: według producenta mieści 14,3 stopy sześciennej, czyli 404 litry, ale amerykańskie normy zaniżają tę wielkość, bo do pomiarów używają sześcianów o dość sporych wymiarach
Foto: praca własna
Wystrój jest adekwatny do segmentu E. Z bliska trąci plastikiem, bo w Ameryce najbardziej liczy się cena, dopóki jednak nie przyglądamy się detalom przez lupę, atmosfera jest „jakby luksusowa” (cytat). A o to w tym segmencie chodzi.
Foto: praca własna
Hondziarzom nie trzeba nic objaśniać – sterowanie szybami, lusterkami czy pamięcią foteli wygląda tak samo we wszystkich modelach. Stan zachowania bardzo dobry, jak na 22 lata, choć i przebieg nie jest duży.
Foto: praca własna
Pedału hamulca postojowego w europejskich Hondach nie uświadczymy. Tu działa on inaczej niż w Mercedesach: zarówno zaciąganie jak i zwalnianie odbywa się nożnie, taka sama jest natomiast oszczędność miejsca między fotelami.
Foto: praca własna
Prawdziwa limuzyna prezesa – choć jeszcze nie szoferska i bez dodatkowych bajerów w tylnym przedziale (typu odsuwanie przednich foteli albo osobny panel klimatyzacji)
Foto: praca własna
Fotele doskonale wyprofilowane, multikonturowe, ze świetnym podparciem pleców i boków
Foto: praca własna
Tutaj atmosfera zahacza o segment F, choć niektóre materiały niezupełnie doń dorastają. Za to ogromny kokpit, z daleko odsuniętą szybą, robi wrażenie ogromnej przestrzeni.
Foto: praca własna
Obszyta skórą kierownica, przyciski, detale – wszystko jak w ówczesnych Hondach
Foto: praca własna
Cały kokpit wyróżnia się potężnymi rozmiarami i wstawkami z imitacji drewna
Foto: praca własna
Wyświetlacze do dziś nie wylały się i działają dobrze. Suwaków ogrzewania i wentylacji nie ma, bo klimatyzacja jest automatyczna (temperaturę ustawia się w stopniach Fahrenheita – jedynej amerykańskiej jednostce, którą trudno mi sobie przyswoić – zapamiętałem jednak, że w samochodzie ustawia się 70ºF, czyli 21ºC). System audio zawierający zarówno odtwarzacz kaset jak i płyt CD (ze zmieniarką) to element liftingu z 2001r. Niestety nic sobie posłuchać nie mogłem, bo ktoś kiedyś sześciokrotnie wpisał zły kod, więc cały system się zablokował.
Foto: praca własna
„TO NIE POPIELNICZKA” – z amerykańskich ostrzeżeń można się śmiać, ale w Polsce widziałem już wyczyny znacznie bardziej kreatywne od strzepywania popiołu do niewłaściwej kieszonki (sąsiadującej zresztą z gniazdem zapalniczki)
Foto: praca własna
55 tys. mil nie zostawiło żadnych śladów zużycia kierownicy ani przycisków tempomatu
Foto: praca własna
Trzy duże wskaźniki są tu osobnymi tarczami, jak w Legend, jednak szczegóły designu pozostają spójne z całą gamą marki
Foto: praca własna
A to i sprawca całego zamieszania: niewymieniona na czas skrzynia biegów. Przełożeń jest pięć i można je też zmieniać ręcznie, ale tylko do pewnego stopnia – bo jeśli zapomnimy, komputer i tak przejmie kontrolę.
Foto: praca własna
***
Acurę mamy za auto japońskie, choć w istocie jest ono amerykańskie – projektowane i produkowane w Ameryce (gdzie Honda posiada kilkanaście centrów badawczo-rozwojowych!!), na potrzeby Amerykanów. W tym samochodzie czuć to w każdym elemencie.
Drogi wygląd, niedrogi materiał – tak produkowano auta w Detroit i taka jest też Acura. To niekoniecznie coś złego, bo po 22 latach nic nie jest zniszczone, ale europejskie poczucie smaku odrobinę kłuje (dlatego też nasze Accordy wyglądały całkiem inaczej, choć też relatywnie drożej kosztowały). Karoseria i kabina są duże, fotele – superwygodne, wyposażenie – bogate. Zupełnie jak w amerykańskim krążowniku sprzed lat. Podobnież z ceną, za którą u Niemców dostałoby się samochód dwie klasy mniejszy.
To nie jest oczywiście auto sportowe. Zawieszenie ma miękkie, izolujące od drogi. Na szczęście hamuje doskonale, przecząc w tym względzie starym stereotypom o USA, natomiast po wyboistej nawierzchni sunie gładko, a na dobrej zachowuje się bardziej jak poduszkowiec. Co ciekawe, amerykański magazyn „Car & Driver” zmierzył boczne przeciążenie 0,81g – zaledwie dwie setne niższe niż w testowanym równolegle BMW 330i!! Oznacza to, że amerykańska motoryzacja też ewoluowała, ale z drugiej strony myślę, że „ich” BMW mogło być w jakiś sposób zamerykanizowane, bo wiem, jak jeżdżą oba modele i subiektywnie to jest przepaść. Tzn. Acura nie jest Cadillakiem z 1972r. – w serii ciaśniejszych zakrętów bezproblemowo podąża za ręką kierowcy, ale robi to odrobinę niezdarnie. Daje odczuć swój ciężar (wcale zresztą nieprzesadny – poniżej 1,6 tony), ma powolne przełożenie kierownicy, a w skręcanie wkłada pewien wysiłek. Kierowca zresztą też, bo wspomaganie jak najbardziej tu działa, ale z intensywnością zdecydowanie XX-wieczną, i to wcale nieamerykańską.
W zakrętach trzeba uważać z gazem, bo jednoczesne nadawanie autu przyspieszenia wzdłużnego i bocznego to odrobinę za dużo dla zaledwie dwóch opon, dociążonych w dodatku ciężkim zespołem napędowym (choć niemałych – 215/60 R16). Ćwierć wieku temu moc 225 KM powszechnie uważano za zbyt wielką dla samej osi przedniej – i Acura potwierdza ten pogląd, przenosząc siły na kierownicę przy większym ruchu prawej stopy. Bardzo przydałoby się choć częściowe skierowanie napędu do tyłu – co robiło Audi, robiło Subaru, nawet Alfy-Romeo czy Renault Safrane w swych najmocniejszych wersjach odpychały się od asfaltu czterema łapami. Acura nie – co nie oznacza, że jeździ się nią źle, tylko że trzeba to robić po amerykańsku, tzn. gaz wciskać z umiarem i najlepiej na prostej.
Trasa Ostatniego Kursu prowadziła za granicę – tzn. z Galicji do Kongresówki i z powrotem 🙂 Specjalnie wytyczyłem ją tak, by w jedną stronę pojechać ekspresówką, a wrócić bardziej krętymi drogami bocznymi. Nie zdziwi chyba nikogo, że autu zdecydowanie bardziej odpowiadała ta pierwsza część, włącznie z miejskim dojazdem do obwodnicy w popołudniowym szczycie. W takich właśnie warunkach samochodami jeżdżą Jankesi i tutaj Acura sprawdza się perfekcyjnie: jest bardzo wygodna, cicha i relaksująca. W tym aucie powrót do domu po stresującym dniu w biurze pozwala odzyskać wewnętrzny spokój i równowagę. Zawieszenie subtelnie buja, V6-tka ledwie mruczy. Gdyby dodać do tego ulubioną muzykę z CD, jazda mogłaby wręcz zastąpić wizytę w spa (niestety muzyki nie miałem, „błąd kodu”). Tyle że do tego celu potrzebne jest amerykańskie środowisko: szerokie, proste drogi, które niekoniecznie są całkiem puste, ale nie wymagają gwałtownych reakcji, intensywnego kręcenia kierownicą ani deptania po pedałach.
Amerykańskie warunki zasymulowałem sobie w pierwszej połowie przejażdżki i to się sprawdziło. Acura jest doskonała do leniwego cruisingu. Przy 65 mph, odpowiadających około 1.800 obrotom, silnika praktycznie nie słychać, a gaz wystarczy minimalnie muskać, nawet pod sporą górę. Właśnie po to w Detroit już dziesiątki lat temu wymyślono 5,5-metrowe, ośmiocylindrowe krążowniki z hydrokinetycznymi automatami i wspomaganiem wszystkiego, co wspomagać się daje.
Foto: praca własna
Po zjeździe z ekspresówki komfort jazdy pozostaje ten sam – na gorszej drodze nawet łatwiej go docenić. Tyle że wąskie, kręte trasy wymagają zaangażowania, w dodatku innego rodzaju niż w autach z naszej części świata. Zawieszenie i kierownica nie przekazują zbyt wielu informacji, a na skręconych kołach pedały wciskać można, ale raczej delikatnie – w przeciwnym razie auto reaguje nerwowo, wyrywając kierownicę lub zmieniając nagle tor jazdy. W Acurze wszelkich sygnałów musimy wypatrywać oczami i sami pilnować, by nie przesadzić, bo instynktowny odbiór bodźców z rąk i pleców po prostu tutaj nie działa.
Tak wygląda silnik serii J – druga generacja hondowskiego V6, z kątem rozwarcia zmienionym z 90 na 60°. Został opracowany w Stanach i tam też był produkowany (w Anna w stanie Ohio i w Lincoln w Alabamie). Blok i głowica z aluminium są tutaj oczywistością, podobnie jak skok tłoka krótszy od średnicy cylindra (89 x 86 mm, co daje 3,2 litra) i czterozaworowy rozrząd z systemem zmiennych faz VTEC (ale tylko jednym wałkiem w każdej głowicy). Rezultat to 225 KM przy 5.600 obrotach i 295 Nm przy 4.700.
Foto: praca własna
Najbardziej uderzającą cechą silnika jest bezgłośność. Za takie wrażenie częściowo odpowiada zagłuszanie szumem opon, które nie zostały zmienione na letnie, ale mimo wszystko dotąd mi się nie zdarzało, żeby po przejażdżce i przesiadce do własnego Mercedesa C300 zniesmaczył mnie jego hałas – a tu właśnie tak było. W Acurze słychać wyłącznie wiatr (oraz opony, jeśli nie są dostosowane do pory roku).
Osiągi w amerykańskim sedanie to sprawa względna. Muszą być wystarczające, czyli nie utrudniać normalnej jazdy i włączania się do ruchu – i tyle hondowskie V6 zapewnia z okładem: według danych fabrycznych 60 mph pojawia się na liczniku po 7,1 sekundy, czyli szybciej niż ktokolwiek mógłby oczekiwać. Sportowych emocji jednak nie doświadczymy, bo wszystko tłumi kanapowate zawieszenie, fotele i wygłuszenie. Poza tym, gdy nie wciskamy mocno gazu, przekładnia utrzymuje bardzo niskie obroty: przy miejskich 30-40 mph nawet poniżej 1.500, przy 65 – około 1.800. Zero stresu, zero hałasu, silnik pracujący w tle, niezauważalnie – zupełnie nie jak niegdysiejsze bulgoczące V8-mki, choć idea możliwie bezstresowego pokonywania niezmierzonych dystansów jest wciąż ta sama.
Ten kokpit wygląda hondowsko, ale sam samochód bardziej przypomina nowoczesną interpretację starego Buicka – nienadającego się do ścigania, a w zamian nieskończenie płynnego i gładkiego, zdolnego zastąpić bujany fotel przy kominku w przytulnym living roomie
Foto: praca własna
Zostaje jeszcze sprawa przekładni. Pięć długich przełożeń komputer zmienia po amerykańsku, niemal niewyczuwalnie, tyle że… ta akcja serwisowa zdecydowanie była potrzebna, bo faktycznie, przy przebiegu 55 tys. mil trójka włącza się z wyraźnym poślizgiem, a jeśli akurat trzymamy głębiej gaz, poślizg wcale nie chce się kończyć. Gdy rozładował się korek na wyjeździe z miasta, właśnie z tego powodu przez moment myślałem, że z przejażdżki nici – ale szybko skonstatowałem, że wystarczy przez trójkę przejść delikatnie, a najlepiej odrobinę przeciągnąć dwójkę, by po odjęciu gazu od razu wskoczyła czwórka. Cztery z pięciu biegów pracują dobrze, ale tarczki trójki rzeczywiście są do wymiany. Dla producentów aut – nie tylko Hondy – oznacza to wymianę całej skrzyni (bo w ASO nikt skrzyń nie rozbiera), a w zaistniałej sytuacji – wiemy jak jest. Około stuminutowa wyprawa „zagraniczna” – z Nowej Huty ekspresówką do Słomnik i z powrotem przez Luborzycę i Kocmyrzów – była naprawdę ostatnim kursem w długim, choć mało aktywnym życiu tego egzotycznego auta.
Z otrzymanego od Piotrka zadania niestety się nie wywiązałem: Acurą nie dachowałem, niczego nie zadrapałem, samochód wrócił na Okulickiego nie tylko nieuszkodzony, ale też z jedynie niezauważalnie niższym wskazaniem stanu paliwa. Spalania w trakcie przejażdżki nie mierzyłem, natomiast amerykańscy dziennikarze piszą o 26-29 mpg w trasie i 20-22 w mieście. Oznacza to 8-12 litrów na setkę, chyba nie najgorzej przy tej wielkości i mocy, zwłaszcza jak na konstrukcję z poprzedniego stulecia.
***
Fajnych dożyliśmy czasów. Kiedyś, gdy firma DKW schrzaniła układ domieszkowania oleju w dwusuwach (który zatykał się zimą), klienci kupujący auta na wiosnę mieli pecha – bo gwarancja trwała sześć miesięcy i silnik zatarty w grudniu producenta nie obchodził, choć jego wina była ewidentna. Dziś Honda odkupuje za gotówkę samochody, które bezproblemowo przejeździły DWADZIEŚCIA DWA LATA (!!), bo tarczki w skrzyni się wytarły. Ja sam w zeszłym roku na tej samej zasadzie dostałem od Mercedesa nową tylną belkę zawieszenia ze wszystkimi elementami gumowymi i nowe poduszki powietrzne – mimo że auto miało piętnaście lat, z Niemiec przywiozłem je prywatnie, a w ASO od tamtej pory nie byłem nigdy.
Oczywiście, złomowanego samochodu zawsze żal. Tak już jesteśmy skonstruowani my, samochodziarze. Pewne rzeczy są jednak nieuniknione: w Polsce w 2024r. zutylizowano 453 tys. samochodów i prędzej czy później spotka to prawie każdy wóz. Hołubionymi klasykami zostaje tylko promil produkcji masowych modeli, a ewentualni chętni na uratowanie Acury TL wciąż mają ku temu tysiące okazji. 22 lata to czas, w którym utylizacji można się już spodziewać – a po tym egzemplarzu zostanie przynajmniej pamiątka na podrzędnym, niszowym blogu 😉

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

A więc to taka tajemnica z tym złomowaniem :p
Po tytule spodziewałem się jakiegoś dramatu z nagłą zmianą prędkości wywołaną kontaktem albo odgłosu mielonych mechanizmów i części opuszczających obudowę 😀
„Logo z suwmiarką” – jak dla mnie to cyrkiel albo macki, ale do suwmiarki „toto” niepodobne.
„za dużo dla dwóch kół” – i jak się podobało na motorze? Bo raczej nie podejrzewam Cię o jazdę, która odrywa wewnętrzne koła od jezdni…
Jeśli chodzi o maksymalne przyśpieszenie dośrodkowe to sie zwykle mierzy podczas jazdy po okręgu. Ot, kręcisz sie w kółko coraz szybciej aż cos sie wydarzy (albo samochod pojedzie prosto, albo sie obróci w miejscu). Tutaj balonowe opony i miękkie zawieszenie (o ile zapewnia sensowne kąty) nje przeszkadza – slalom, test łosia czy po prostu kręta droga to stan przejściowy. Tutaj „beton” daje szybką reakcję i wrażenie podążania za ręką.
No i znowu wraca pytanie na jaki czas eksploatacji należy projektować i budować samochód. Czego ludzie dzisiaj oczekują, skoro 22 let i samochód trafia do huty z powodu awarii sprzęgła/hamulca w automacie.
PS. Czy za tymi akacjami serwisowymi dotyczącymi również kilkunastoletnich samochodów nie stoją ci przebrzydli szkodliwi politycy? Coś mi dzwoni, że firmy nje robią tego w trosce o dobre imię…
Na motorze nie jeździłem, ale podejrzewam, że taka moc wymagałaby ogromnych umiejętności. Radzę zresztą przejechać się przednionapędówką o mocy 200+ KM i zobaczyć, o co chodzi – to naprawdę nieprzyjemne uczucie.
Samochód Honda odkupiła wskutek własnej akcji serwisowej. To jest usterka uznana za zagrażającą bezpieczeństwu i jako taka nie podlega żadnemu limitowi wieku/kilometrów. Dokładnie jak moja tylna belka w C-Klasie.
Co do polityków – tak, oczywiście istnieją przepisy dotyczące odpowiedzialności za wady fabryczne i to są podstawowe zasady cywilizowanego prawa. Odpowiedzialność za coś, za co się wzięło pieniądze. Natomiast w/w akcje producentów idą dużo dalej niż wymagają przepisy, bo zostały podjęte długo po upływie gwarancji i przez podmioty, które danych samochodów nie sprzedały – tzn. polskie oddziały Hondy i Mercedesa. To jak najbardziej jest tzw. gest handlowy, niewymuszony żadnymi przepisami.
Jeszcze paręnaście lat temu, jak pytałem o rdzę w W210, to dealer odpowiedział, że tak, wymieniają skorodowane elementy, ale w samochodach, które sami w Polsce sprzedali, a te z importu prywatnego to nie ich broszka (zresztą jakakolwiek wymiana już była miła, bo mówimy o aucie z dawno wygasłą gwarancją na nadwozie, a gwarancja i tak jest dłuższa od przepisowej rękojmi – a tylko rękojmię narzucili „politycy”). Na tej samej zasadzie w Niemczech Volkswagen odmawiał JAKIEJKOLWIEK odpowiedzialności za zupełnie nowe „Garbusy” z Meksyku, które sieci hipermarketów sprowadzały i sprzedawały Niemcom. VW argumentował, że to import prywatny i można sobie do Meksyku jechać z naprawą gwarancyjną, bo Wolfsburg tego auta nie sprzedał i nie ma żadnego obowiązku nic robić. Dziś, jak widać, nawet po 22 latach reakcja jest całkiem inna.
Wg prawa nikt nie wymaga jakiejkolwiek odpowiedzialności za produkt 22-letni i sprowadzony prywatnie z drugiej półkuli. Ale dziś generalnie producenci przekraczają ustawowe minimum, podczas gdy jeszcze niedawno tak absolutnie nie było.
PS Zapraszam do salonów BMW albo Audi – gdzie wybuch silnika albo skrzyni biegów dzień po upływie gwarancji nie interesuje nikogo. Gwarancja się skończyła, proszę sobie kupić nowy silnik za 100 tys. zł. I jest to całkowicie zgodne z wszystkimi przepisami.
Dysponuję ostatnio 252KM w ok. 1200kg FWD z lekką szperą i nie nazwałbym jazdy tym autem nieprzyjemną. Na zimówkach w marznącym deszczu rzeczywiście trochę wyrywało kierownicę przy wyprzedzaniu, ale w takich warunkach można po prostu nie deptać do podłogi. Przynajmniej nie jest to przerażające jak analogiczne manewry w mocnym RWD 😉 Na dobrych letnich albo wielosezonowych problemu nie ma. Jedynie nie da się szybko ruszyć ze świateł, to może być dla kogoś ważne.
A co do tematu, to ja się właścicielowi nie dziwię. Zrobiłbym tak samo.
Twoje auto jest znacznie młodsze konstrukcyjnie. Ostatni Type-R też zachowuje się zupełnie inaczej.
Co do deptania gazu bez opamiętania, to jest to równie głupie w każdym samochodzie, z tym że przy RWD można zareagować kierownicą (czy skutecznie, to inna sprawa), a przy FWD nie 🙂
W kwestii loga i tej nieszczęsnej suwmiarki stwierdziłem, że zwrócę uwagę w komentarzach i wywołam mądrzejszego kolegę ndv dla potwierdzenia, ale widzę, że to ja jestem spóźniony 🙂 .
Być może sprawa leży w źródłach, które prawdopodobnie były anglojęzyczne. Anglosasi suwmiarki i macki pomiarowe wrzucają pod jego określenie: caliper. Po polsku macka suwmiarką nie jest, bo niczym tu nie suwamy. Właśnie dlatego mnie to trochę zakłuło w oczy. Druga sprawa, że dla mnie to zawsze był cyrkiel jak na godle NRD 🙂 .
OK, jaką zmianę w tekście proponujesz, żeby było prawidłowo?
Producent we własnych materiałach wyraźnie określa: ,,Our logo is derived from the caliper, a precise design tool representing the meticulous attention to detail that goes into every Acura”, więc cyrkiel możemy odrzucić.
Według mnie poprawnie będzie macki pomiarowe choć wiem, że określenie brzmi mało przyjemnie 🙂 .
PS: Jako ciekawostkę dodam, że w obu firmach, w których do tej pory pracowałem narzędzie to nazywano szczelinomierzem. Nie jest to poprawne, bo to zupełnie inny przyrząd, ale właśnie do tego macek głównie używali – do pomiaru głębokich szczelin gdzie suwmiarka nie sięgała.
A stacja demontażu nie rozkręci jej na części? Mało który wóz od razu ląduje w zgniatarce.
Gest producenta naprawdę buduje zaufanie do marki. Nigdy nie patrzyłem na „A” w logo Acury jako na suwmiarkę (a może to masoński cyrkiel?), ale ostatnio dowiedziałem się, że „T” w logo Tesli to fragment rotoru silnika elektrycznego – jak tak dalej pójdzie, to zaraz się okaże, że gwiazda w logo Mercedesa nie jest żadną gwiazdą, tylko celownikiem Messerschmitta 😉
Gwiazda powstałą 25 lat przed założeniem firmy Messerschmitt i kilkanaście przed powstaniem lotnictwa bojowego :-). To symbol obecności na lądzie, na wodzie i w powietrzu, tzn. produkcji przez Daimlera silników pojazdowych, okrętowych i lotniczych.
Co do Acury – pretensje proszę zgłaszać do amerykańskiego grafika, niestety nie znam jego nazwiska.
A BMW śmigła :p
@Ktoś
Ja znam wersję, ze znaczek BMW to fragment flagi Bawarii
Bo to suwmiarka wewnętrzna – polska nazwa jest wyjątkowo nietrafna, bo nic tam się nie przesuwa, tylko rozchyla. 😀
Suwmiarka jednak ma jakąś skalę pozwalającą na odczyt wielkości. Bez skali to mamy suw, ale nie koniecznie miarkę 😉
Decyzja, choć logiczna, to jednak buduje myśl, że samochodu trochę szkoda. Przynajmniej na zdjęciach nie sprawia wrażenia czegoś „zajechanego” do granic możliwości. Mimo to, biorąc pod uwagę dostępność części do starszych samochodów japońskich, jestem w stanie zrozumieć postępowanie klienta, zwłaszcza jeśli nie jest do tego samochodu szczególnie przywiązany sentymentalnie.
Ludzi takich jak my, traktujących starego grata jako wartość samą w sobie, jest w społeczeństwie garstka. Co więcej, większość z tej garstki nie zdaje sobie sprawy, jakie są koszty takiej zabawy i ile kłopotu potrafi sprawić „piękny klasyk”.
Oczywiście, złomowanie sprawnego sprzętu to jest marnotrawstwo, ale każda maszyna ma swój resurs, a po jego wykorzystaniu trafia do utylizacji. To jest normalna kolej rzeczy. 22 lata to rozsądny czas eksploatacji auta.
Dokładnie tak. Muszę jednak przyznać, że tutaj jest to przynajmniej podyktowane wadą fabryczną i brakiem dostępności części, co tworzy jakiś sens złomowania. A co powiedzieć o masowym marnotrawstwie, jakim był amerykański program „cash for clunkers”, gdzie tysiące sprawnych samochodów zostało bezsensownie zniszczonych…
W Niemczech robili podobną akcję, opisywałem to – że instytut z Heidelbergu wskazał jej jednoznacznie negatywny wpływ na środowisko. A w gazetach, oceniając bilans akcji, nikt nie pisał o żadnej ekologii, tylko o tym, ile nowych samochodów się sprzedało i że niestety większość z nich wyprodukowały fabryki słowackie, hiszpańskie, rumuńskie i polskie, a nie niemieckie – dlatego akcji już nie powtórzono. Bo jak wiadomo, biznes niemiecki ratuje środowisko, polski albo rumuński już tylko je rujnuje.
Skoro samochód jest przeznaczony i tak na złom, to szkoda, że nie sprobowaleś, Szczepanie, wrzucić „P” albo „R” w czasie jazdy. Niektore amerykańskie samochody nie miały zabezpieczeń do późnych lat 90.
Chociaż jeśli auto miało dojechać na złom o własnych siłach to może dobrze, że tego nie sprawdzałeś.
A artykuł świetnie się czyta, lubię dynamikę narracji i świetną polszczyznę w Twoich artykułach.
Ciekawostka: Gabriel Fahrenheit urodził się w Gdańsku i tam prowadził swoje badania. Istnieje kilka rozbieżnych informacji na temat tego jak wyznaczył swoją skalę, ale najbardziej prawdopodobne to, że100 stopni na jego skali to temperatura jego ciała, czyli ok 37C, natomiast 0 to najniższa temperatura jaką zmierzył w Gdańsku zimą, czyli ok -17C.
Tak, zgadza się. Tylko że ja słyszałem, że 100 to temperatura ciała jego żony, kiedy gorączkowała. Przez to Amerykanie twierdzą, że stopnie Celsjusza wskazują, jak czuje się cząsteczka wody, a stopnie Fahrenheita – jak czuje się człowiek 🙂 Można i tak, chociaż wg mnie skala oparta na zachowaniu wody jest w ziemskich warunkach bardzo dorzeczna.
Całe szczęście w fizyce nie uzywa sie żadnych stopni tylko kelwinów 🙂
Właśnie – kelwiny mówią, jak czują się atomy 😀
W sumie fajne podsumowanie tych trzech skal – jak się czuje człowiek, woda, albo ogólnie atomy 😀
O, a technika durnowata – podkreśla mi jako błędne słowo „skal”. Mam wrażenie, że przez anglojęzyczną perspektywę technologicznych gigantów różne rozwiązania operujące na języku nie są dobrze przystosowane do fleksji.
A Kelwiny i Celsjusze są calkiem dobrze skorelowane, rożnica dwoch wartości dla celcjusza i kelwima wychodzi taka sama.
To jest ta sama jednostka, tylko skala jest przesunięta o 273 stopnie. Ale raczej do użytku naukowego, gdzie trzeba coś obliczać.
Z jednej strony szkoda tej acury ja w sumie każdego samochodu. Ale z drugiej wiem jak bardzo takie samochody są „niesprzedawane” i ciężko jest kogoś poza właścicielem do ich zalet przekonać (Mam tutaj na myśli cały segment amerykańskich fwd z V6 i automatem). Żałuje tylko że nie postoi sobie na stacji demontażu pojazdów i pozwoli „oddać” swoich trudno dostępnych części dla jeżdżących w naszym kraju kuzynów. W stanach masowo wyciągają silniki serii J ze złomowanych acur, zalewają epoksydem i kręcą jednocyfrowe czasy na 1/4 mili.
Coś więcej o tym epoksydzie?
Ja kojarzę używanie żywic do zmniejszania objętości skrzyni korbowej w dwusuwach, ale tu chyba ojcostwa innego chodzi.
w tractor pullingu zalewają głowice silników betonem aby je wzmocnić (tak jak w dragsterach silniki nie mają układu chłodzenia) – tu pewnie chodzi o to samo.
Źródło: AgroSaw Róg
Zalewanie epoksydem kanałów wodnych w bloku. Nieznane w Europie, całkiem popularne za wielką wodą. Dość mocno zwiększa wytrzymałość bloku kosztem chłodzenia silnika, także rozwiązanie tylko na krótkie sprinty. Chodzi oczywiście o blok o otwartej konstrukcji czyli właśnie seria J i np hondowska B seria
Żeby takimi rzeczami się przejmować to turbosprężarka musi chyba mieć rozmiar silnika z JumboJeta i jej rozpędzenie zajmuje więcej czasu niż sam wyścig 😀
Kiedyś na polibudzie pokazywali nam tłok z turbodiesla, który się „troszeczkę” roztopił. O „wybuchnięciu” tulei czy głowicy nie wspominano. Ale silnik na hamowni popracował trochę dłużej niż na drag stripie.
@SzK. Niemiecka hipokryzja z tym złomowaniem i wymuszonymi zakupami. W 2009/2010 podobny manewr zastosowano na wyspach, swietnie (zdroworozsądkowo) opisywał to doskonały periodyk CarMechanic. W 2008r kumpel miał ładnego w-124 300d z 1990, zakupionego dwa lata wcześniej. Jest zawodowym kierowcą, jeżdził wtedy dużo do Niemiec i podczas pauz szukał alufelg do tego mercedesa. Znalazł na złomie piękne studzienki i mówił mi że serce go bolało ile ładnych aut poszło wtedy pod prasę.
Zestaw tarczek do tego auta na RockAuto kosztuje 344zł (chociaż faktycznie dostępny jest tylko jeden zestaw), zestawy do remontu skrzyni zawierające tarczki to koszt 1000-1200zł. Wydaje mi się, że dostępność części do modeli amerykańskich ogólnie jest lepsza, wliczając w to auta japońskich marek.
A na Fahrenheity jest sposób – od wartości w Fahrenheitach odejmujemy 32, dzielimy wynik przez 2 i otrzymujemy wartość w stopniach Celsjusza pomniejszoną o ok. 10% 🙂 70-32=38, 38:2=19, 19*1.1=20.9~21. Przy takim liczeniu na skróty dokładność jest wystarczającą. Mając auto wyświetlające temperaturę w F warto było się tego nauczyć 😉
Co do zestawu – domyślam się, że w Stanach jest wszystko, ale producent nie może kupować cudzego produktu i brać za niego odpowiedzialności. To może zrobić sam użytkownik, ale ten konkretny wybrał inną opcję.
Co o stopni Fahrenheita – jasne, że wszystko można przeliczyć, ale w innych jednostkach wystarczy proste mnożenie, a tutaj nie.
PS nie mam auta wyświetlającego temperaturę w Fahrenheitach – gdyby było to dla mnie super istotne, to pewnie bym się nauczył 🙂
Ależ przecież z punktu widzenia klienta producent właśnie to robi. Cała masa komponentów to elementy „obce”, mniej lub bardziej „z półki”. I to chyba we wszystkich dziedzinach.
Jasne, ale produkowane w porozumieniu, z akceptacją producenta. Zamienniki „aftermarketowe” to coś zupełnie innego.
@SzK, podziwiam Twoją cierpliwość na tym blogu jak widzę wypowiedzi użytkowników takich jak SKTT 🙂
A co jest nie tak w tej wypowiedzi?
Ależ tu jest pełna kultura, jak ktoś ma to polecam zajrzeć na FB co tam się dzieje. I teraz tak:
1. No naprawdę widać że FB karmi się konfliktem, po paru wpisach jest okop i dwie strony walace do siebie z ciężkiej artylerii, nigdy się nie dogadaja, a im więcej konfliktu i emocji tym lepiej. Nie polecam, czytała Krystyna Czubówna
2. Nigdy nie popierałem wolnościowych/libertariańskich pogladów Szczepana, ale teraz muszę: ktoś sobie kupił auto w US, dowiedział się po niewczasie że ma raka w postaci nieusuwalnej wady, no to won na hasiok, trudno, życiowa pomyłka. I nikomu nic do tego, proszę uprzejmie nie rozporzadzać cudza własnościa
3. Ad. 2 – no można drutować ale nie każdego to interesuje, koszty, logistyka, ogarnianie, wniosek jak pkt 2
4. Ale – i to jest SUPER (duże litery intencjonalne) – że ASO w ogóle zajęło się tematem i zaproponowało odkup. Nikogo (#żodyn) to zwykle nie interesuje, zważywszy na okoliczności. Ja osobiście doświadczyłem pozytywnie próbujać kupić części do Mercedesa w201 w ASO we Wrocku w 2001 – mieli.
5. Nie, to nie jest jeżdzacy zabytek motoryzacji żeby się skrzyknać i ratować bez patrzenia na koszty i walczyć o ratowanie zabytku. To by można robić przy znalezionym w stodole Stroewerze, CWS-1 albo Lux Sport albo choćby i TPV (tam mieli ich dużo). Stary japoniec z USA, no trudno.
6. Szczepan, dzięki za artykuł i podziwiam za cierpliwość.
A.D. 1 – twarzoksiążka to ściek, który doskonale obrazuje, że nie każdy powinien mieć możliwość dostępu do internetu. Co gorsza, istnienie tej platformy pociągnęło za sobą upadek różnych często wartościowych forów internetowych. Znaleźć coś konkretnego i rzeczowego na grupkach facebookowych zakrawa na cud…
Do @lisek:
1) u @SzK jest strefa koneserów motoryzacji, a nie jakichś obszczymurków z FB 😉
2) a propos kulturalnych sporów w strefie komentarzy, również w 100% się zgadzam, sam w niejednym uczestniczyłem. Nie podnoszą one emocji, za to pozwalają powiększyć swoją wiedzę (rozmowa, spór wcale nie muszą kończyć się przyjęciem poglądów adwersarza, tutaj jednak zawsze poglądy są podparte argumentami)
3) @SzK ma bardziej poglądy zdroworozsądkowe niż libertariańskie (tak mi się wydaje) – z pewnych dziedzin nie da rady wywalić „państwa” z życia obywatela, czysty kapitalizm jest taką samą utopią jak marksizm/socjalizm/komunizm….
4) kolejny wspaniały materiał od @SzK
5) nie wiadomo jaki był stan innych podzespołów, jeśli tylko skrzynia – ja bym wymieniał skrzynię/tarczki…. Już raz zresztą takie auto kupowałem i zrobiłem, z niby zepsutym automatem. Przy rozbiórce okazało się, że skrzynia już raz była wymieniana, była młodsza od budy i bez mechanicznego czyszczenia też byłaby do wymiany. Więc auto miałoby trzecia skrzynię, tylko i wyłącznie ze względu na mit „w automatach nie wymienia się oleju*” 🙂
Libertarianizm media przestawiają jako anarchię, co jest dokładną odwrotnością prawdy. Jego istota zawiera się w pojedynczym zdaniu: „Nikt nie jest właścicielem drugiego człowieka”. Tylko tyle i aż tyle. Władza jak najbardziej jest konieczna, tylko że powinna służyć egzekwowaniu tej reguły – tzn. pilnowaniu, żeby nikt nikomu nie robił krzywdy i nic nie odbierał.
Niestety, władza robi coś dokładnie odwrotnego – zachowuje się jak właściciel wszystkich poddanych i owoców ich pracy, co we własnym przekazie uznaje za niezbędny warunek pokoju i dostatku. Wskutek tysięcy lat życia w takim środowisku większość z nas w to uwierzyła, ale jakieś 5-10% ludzi widzi i rozumie, że to patologia. Historia pokazuje bardzo jasno, że w danym miejscu/czasie żyje się tym lepiej, im tej patologii jest mniej. No ale żyjemy w demokracji, gdzie liczy się wyłącznie liczebność wyznawców dowolnego poglądu, a o fakty (a tym bardziej podstawowe wartości) nie pyta nikt.
Spodziewałbym się że ta Acura będzie już zeżarta mocno na kluczowych elementach budy albo jakaś integralna część silnika jest na ostatniej prostej do wywalenia korby bokiem a tu proszę – zwykła skrzynia, której nowej nie ma. Nie zdziwiłbym się, że gdyby importer nie zaoferował odkupienia Acury, to prędzej czy później ten egzemplarz zostałby dawcą części – albo dostałby skrzynię z innej, rozbitej.
W sumie na jakiej zasadzie zadziałała gwarancja w tym przypadku ? Auto nie pochodzi z polskiego salonu jest importem ze stanów ( nawet jak sprzedał go polski salon). Wiec na mój chłopski rozum gwarancja przestała obowiązywać po przekroczeniu oceanu, tak jak w przypadku większości producentów. Czy ja dobrze rozumiem, iż honda uznała gwarancje na wóz importowany ze stanów, którzy przyjechał do polskiego serwisu ?
Odnośnie samej awarii to jest ona typowa dla modelu, jeśli honda ma v6 i automat o na 100% kiedyś przemieli skrzynie. Głownie dlatego, ze skrzynie hondy były projektowane pod rzędowe 4 nie v6.
A jak już jesteśmy przy acurach to moim ulubionym modelem jest acura vigor czyli 2 generacje w tył od tego konkretnego TL’a. Rzędowa 5 wsadzona wzdłużnie i pół osie wychodzące z miski olejowej, jak w e30/4 z 4 butem. Czego to honda nie zrobi, by nie zrobić auta z napędem na tył:)
PS) TL to jest mid size jak camry, gs300, lincoln continental ( ten fwd z 80/90s )
Full size’em był legend
Po prostu importer zrobił tzw. „gest handlowy”. To nie jest żadna gwarancja, tylko dobra wola. Honda nieraz tak robi, chociaż lepiej nie uznawać tego za normę, bo to tylko dobra wola.
PS. Auta nie sprzedał polski salon, zostało przywiezione z Ameryki prywatnie.
Wolałem sie zapytać, bo przed wejściem do EU polskie salony potrafiły sprawdzać i sprzedawać auta z USA/Kanady. Szczególnie japońskie premium na wschodzie dalej tak jest, dlatego tyle acury przyjechało do nas z Ukrainy.
Ej, a pamiętacie wymiane bordowych Lanosów? To było co? Gwarancja chyba jednak, tak? Tak czy tak mega szacunek i dla Hondy i dla Mercedesa za taki nie-natychmiast-opłacalny szacunek dla klienta. Przypominam sobie lamenty właścicieli hydro-Citroenów jak po 10 latach od końca produkcji odcięto wsparcie co chyba z miejsca zabiło wszystkie Xantie i XM-y. Kto widział w ostatnim roku którychś z nich?
O, właśnie też miałem pisać o błędzie z fullsize 🙂 Amerykańska klasyfikacja, wbrew europejskiej intuicji, jest całkiem precyzyjna, i na ogół jak tam coś jest midsize, to po prostu jest midsize i nie ma w tym temacie wahań. A nie jak w europejskim systemie, że a to może duże B, albo nie, małe C (Lanos na przykład, wg niektórych Skoda Scala).
OK, zmieniłem na mid-size.
Ale to nie całkiem tak, że nigdy nie ma wątpliwości: właśnie w tym momencie piszę o Chevym Caprice z 1977r., który został zmniejszony i przez chwilę był odrobinę krótszy od mid-size’owego Monte Carlo 🙂 Ale to oczywiście wybryk natury.
Podział na klasy zależało chyba od objętości wnętrza – tyle a tyle stóp sześciennych to taki „size” I tyle.
A Caprice to fajny kawał żelaza 🙂
Zgadza się, oni mają przedziały objętościowe. Nie wiem tylko, czy one są „od zawsze” takie same, czy może z czasem ewoluowały. Może coś na ten temat poszperam.
Z tego co pamiętam to jak wprowadzili oficjalną klasyfikację dawno temu (chyba lata 70.?), tak do tej pory ona obowiązuje – ale kompletnie nie pamiętam, gdzie trafiłem na te informacje.
A co do długości – no to jest właśnie ta nieintuicyjność, którą miałem na myśli 🙂 Z tego co pamiętam Saab 9000 to był fullsize, a przecież znalazłoby się sporo klasyfikowanych po amerykańsku kompaktów większych od niego – ale właśnie tylko zewnętrznie.
Pamiętam mój ostatni kurs 28. letnią Nysą (a właściwie Żuko-Nysą , ze skrzynią z tyłu, rocznik 1972) na złomowisko w Zgierzu. Też było smutno. Najbardziej żałowałem silnika, bo był niezawodny, w odróżnieniu od reszty.
Ta historia z zacierajacymi sie silnikami DKW ma swoje drugie dno. Widzialem dwie karty produkowe odnosnie lubrykacji i smarowidel do DKW F102. Jedna Arala, Druga Shella. I tam jak wol stoi napisane ze do oilmastera zima nalezy lac inny atunek oleju, o dalece naszej lepkosci. Byc moze stare grzyby w latach 60 stanowiace 98% klienteli DKW lalo non stop ten sam ktorego przez zeszle 40 lat uzywali do robienia mieszanki. I stad problem
Tego nie słyszałem, niewykluczone wcale że użytkownicy się przyczyniali. Ale jednak producent wymieniał silniki na gwarancji (jeśli jeszcze trwała) i później przeprojektowywał układ smarowania, więc coś na rzeczy musiało być.
Wedlug Shella: latem Shell X-100 20W, zima Shell 2T, dodatkowo jesli temperatura jest nizsza niz -25stC olej powinien byc rozcienczony 10% dodatkiem paliwa. Smiem twierdzic ze gdyby stosowac sie tych zasad silniki dzialalyby niezawodnie. Co jednak z drugiej strony czynilo cale przedsiewziecie jeszcze bardziej klopotliwym niz reczne przygotowywanie mieszanki (nie wiem na ile po zachodniej stronie Muru byly popularne dystrybutory „ze slimakiem za szybka” automatycznie przygotowujace mieszanke 1:33 albo 1:50 typowe dla stacji Minol w NRD).
20W? Toż to kisiel.
Najważniejsze pytanie – co było w instrukcji obsługi samochodu.
No właśnie, ja instrukcji nie widziałem, ale w tamtych czasach oleje generalnie były sezonowe, w czterosuwach zmieniało się je nawet dwukrotnie w ostrzejszych klimatach (zima/wiosna lub jesień/lato), więc to klientów nie powinno dziwić. Poza tym użycie złego oleju wyklucza gwarancję, a DKW jednak gwarancje uznawało – o ile się nie skończyła, bo o odkupywaniu 22-letnich aut nikomu się wtedy nie śniło.
Z tymi sezonowymi olejami, to mnie zaskoczyłeś – żyłem w przekonaniu, że częsta wymiana oleju o specyficznie dobranych parametrach, to domena współczesnych downsizingowych silników, a kiedyś lało się co było pod ręką, bo stare silniki były dużo bardziej odporne na zaniedbania serwisowe.
Kiedyś letni olej na mrozie zamieniał się w masło, więc nie nadawał się kompletnie
Teraz gwarancje się daje po chińsku, na 10 lat. Tylko z realizacją jest problem po 5 miesiącach. Takie czasy.
A to akurat żadna nowość, zupełnie jak z ubezpieczycielami 🙂 Ale jak widać, zależy jak się trafi.
Offtopowa ciekawostka:
Jak wiemy Corvair zamiatał ogonem bo miał silnik w złym miejscu.
Znalazłem tekst powołujący się na artykuł z początku lat 60 – prowadzenie Corvaira (tzn. tendencja do nagłej nadsterowności) można było znacznie poprawić przez… wrzucenie worków z piachem na tylną kanapę. (A, no i Pontiac Tempest też zamiatał ogonem mimo silnika z przodu)
https://ateupwithmotor.com/model-histories/compact-economy-cars/reconsidering-the-1972-nhtsa-report-on-the-corvair/
Nic nowego. Mój Blazer mimo tylnego napędu ma stosunkowo lekki tył i zdecydowanie lepiej trzyma się drogi z dwoma workami cementu (po 50 kg) w bagażniku. Przy palecie gresu (ca. 500 kg) tył trzyma się nadal dobrze, ale przód staje się mało sterowny.
Tylko Corvair miał silnik z tyłu i jednym z częściej powtarzanych mitów jest, że nagła podsterowność Corvaira (czy 911) wynikała z przeciążenia tylnej osi…
Nie chcę tutaj wkładać kija w mrowisko, ale przez czysty zbieg okoliczności czytam właśnie książkę „How to build a car”, czyli autobiografię Adriana Neweya, jednego z najwybitniejszych konstruktorów bolidów wyścigowych. W dzisiejszym świecie nie ma chyba większego autorytetu w tej dziedzinie.
Rozdział 26 zaczyna się następującym zdaniem: „Porsche 911 jest okropnym samochodem z punktu widzenia dynamiki pojazdu. Jest to spowodowane tym, że silnik zawieszono z tyłu, za tylną osią”. Dalej następuje historia jednego z jego bolidów, który też miał wadliwy rozkład masy. Nie będę przepisywał tu całego rozdziału, ale właśnie ten problem Newey uważa za kluczowy 🙂
Bardzo polecam tę książkę!!
O, książki poszukam. Lubię teksty o technice. Ciekawy jestem uzasadnienia. Bo oryginalna 911 to była cała masa problemów 😀
Ten tytuł jest trochę na wyrost, bo książka jest bardziej autobiograficzna. O pacy inżyniera jest tam dużo, z tym że zdecydowanie na poziomie takim jak dla mnie, niekształconego technicznie. Nie wiem więc, czy Ty nie stwierdzisz, że to same oczywistości. Ale mnie się podoba.
Newey budował gokarty w garażu jako nastolatek, a studiował technikę lotniczą. Dzięki temu znał się na samochodach praktycznie, a teoretycznie głownie na aerodynamice. Ale właśnie wtedy aerodynamika zaczęła grać kluczową rolę w wyścigach. Dlatego jemu łatwiej było zostać gwiazdą, bo inni konstruktorzy, nawet doświadczeni, na aerodynamice się znali słabo. A potem Newey mądrze pokierował swoim rozwojem, np był też dłuższy czas inżynierem wyścigowym, tzn. osobistym „stroicielem” samochodu dla pojedynczego kierowcy – i dzięki temu wszystkiemu uzyskał wspaniałe wyniki.
Ja książkę kupiłem jako ebook, w appce Rakuten Kobo, ale może gdzie indziej też będzie. Niestety nie ma chyba polskich przekładów, trzeba czytać po angielsku.
szkoda… bo taka zdrowa buda.. choć znów jakaś wyjątkowo ładna to ona nie jest, no i gazu niema, to i tak by się nie opłacało jeździć, no ale ja tam bym sobie katy wyciął przynajmniej, pewnie z 2 tysie gratisowe by były, no i jeszcze na jakiś wrak race można by pojechać 😉
„A taki ładny był… amerykański… SZKOODA” 🙂 🙂 🙂
Tak naprawdę to auto ma 22 lata i jest mocno zaniedbane. Gdyby wcześniej zjawiło się w serwisie, skrzynia pewnie by się znalazła. Tutaj byłoby do dołożenia mnóstwo kasy i nie wiadomo, czy części by się łatwo znalazły.
Co do wrak race, to mój brak myśli o Małej Finlandii w Podolanach, ale zapewne nie będzie miał czasu. Chociaż ja bardzo bym mu kibicował 🙂
To co zrobił właściciel to bzdura i głupota. Tym bardziej że auto fajne ciekawe i niespotykane. Miał co kilka innych rozsądnych możliwości . Sa firmy które skrzynie by naprawiły trwale a on jeżdziłby dalej . Mógł też sprzedać i ktoś by sobie naprawił a auto jeżdziłoby dalej ciesząc kolejnego właściciela i . Żeby tak zrobić trzeba naprawde nie lubić swojego auta i chyba motoryzacji wogóle. Podsumowując „Pieniądze to nie wszystko„
Tu akurat zgodzę się z autorem. Właśnie odpaliłem auto po ponad trzech tygodniach postoju. Powód? Poszła chłodnica. Import ze Stanów, koszt całości prawie 1700 PLN. Gdyby w podobnej sytuacji salon zdecydował się solidnie zapłacić (bo tu pytanie ile właściciel otrzymał – jeżeli dla niego sensowną kwotę…), to też, pomimo całej mojej sympatii do 35-letniego Japończyka, bym się wahał.
Sęk w tym, że 35-letni zabytek a 22-letni kompletnie nie-zabytek to jednak nie to samo. Owszem – auta szkoda, gdyby po odkupieniu ktoś spróbował wrzucić choćby jakąś manualną, ale czy to możliwe? W tym modelu pewnie niezbyt (ojciec tak kiedyś zrobił w Sierrze – po tym jak padł automat, wrzucili tam manuala i auto jeździło dalej).
Natomiast podobnie uważam, że to decyzja właściciela. Gdyby chciał sobie przerobić pojazd na kwietnik albo kibel samobieżny, to ma pełne prawo. Oczywiście wyżej wspomniany kibel nie mógłby zapewne jeździć po drogach publicznych, ale to już inna para kaloszy.
ja bym swojej kochanej Astry nie zezłomował… ale jak by mi ktoś dał np 10tyś za nią i wiedząc o tym że on ją zezłomuje… to bym mu sprzedał, po czym oczywiście bym się rozeznał gdzie ona trafi i odkupił tam za tysiaka cały zespół napędowy który bym założył do jakiejś innej Astry i jeździł dalej, i bym był 9k do przodu 🙂