PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: PROMIEŃ SŁOŃCA

Zazwyczaj cieszę się, gdy blogowa przejażdżka wypada w dzień pochmurny, bo wtedy łatwiej fotografować. Tym razem jednak miałem nadzieję na odrobinę słonecznych promieni, bo… testowany samochód tak właśnie się nazywa: Promień Słońca, w oryginale – Sunbeam.
Nazwa to ładna, dźwięcznie brzmiąca, z tradycjami sięgającymi 1905r., a obejmującymi sportowe sukcesy z biciem absolutnych rekordów prędkości włącznie. Tak markę Sunbeam znałem od dzieciństwa, z książek Witolda Rychtera i Stanisława Rostockiego, oczywiście bez nadziei na spotkanie z nią w realu. Ona była jak legenda o Smoku Wawelskim: znana, ale należąca do świata baśni. Podobnie jak Panhard-Levassor albo de Dion – Bouton.
Do czasu. Gdy w 1992r., na pierwszej w życiu wycieczce zagranicznej, w bocznej uliczce w Asyżu ujrzałem samochód z napisem PANHARD – w dodatku żaden powóz bez koni, a rówieśnika zwyczajnych Wartburgów czy Wołg – nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Niestety nie miałem wtedy źródeł o motoryzacji powojennej, bo dostępne mi historyczne książki prawie jej nie wspominały. Dokształciłem się dopiero w epoce Internetu i pierwszych oldtimerowych gazet.
I tak dowiedziałem się, że ostatnie Panhardy powstały w roczniku ’67 – później niż pierwszy samochód mojego taty. Szok!! Z kolei marka Sunbeam istniała do 1976r., a więc jeszcze trzy lata po wyprodukowaniu pierwszego auta, które mogłem nazywać swoim własnym. To były dla mnie odkrycia podobne do zauważenia na afrykańskim targu rybnym świeżo złowionej latimerii. Zupełnie zresztą dosłownie, bo zarówno szacowne marki samochodów jak i paleozoiczne ryby były w swoich krajach powszechnie znane i niekoniecznie wysoko cenione…
***
Marka Sunbeam należała do Grupy Rootes, której historię już przedstawiałem. Opisywałem też ostatnio Sunbeama Alpine. Oba artykuły powstały już po nawiązaniu kontaktu z Piotrkiem, właścicielem ładnie utrzymanego modelu Rapier Fastback Coupé z 1968r. – bo dopiero wtedy uświadomiłem sobie, że o samochodach Rootesa prawie dotąd nie pisałem i muszę to koniecznie nadrobić. Najlepiej przed dogadaniem przejażdżki z Piotrkiem, żeby wprowadzić w temat.
Dziejów marki nie będę więc teraz powtarzał. W zamian przedstawię kolejne generacje Rapierów: samochodów nazwanych od jednego z najpowszechniejszych rodzajów białej broni, a będących stylowymi, temperamentnymi coupé i cabrioletami.
Sunbeam Rapier I w latach 1955-58 znalazł 7.477 klientów. Za stylistykę jego niedużego nadwozia (mierzącego 4,1 x 1,5 metra) odpowiadał Raymond Loewy – twórca powojennych modeli Studebakera.
Foto: public domain
Foto: materiał producenta
Pod maską pracował 1,4-litrowy silnik Hillmana Minx, wzmocniony do 62 KM i sprzężony z czterobiegową przekładnią z nadbiegiem. W 1956r. dodanie drugiego gaźnika dało 68 KM, 138 km/h i przyspieszenie do setki w 21 sekund.
Rapier kosztował sporo – 1.043 funty, na co wpływało bogate wyposażenie (seryjne dwubarwne malowanie, skórzana tapicerka i nadbieg), a także złożona logistyka: surowe nadwozia wytwarzała firma Pressed Steel z Cowley, malował i wykańczał londyński coachbuilder Thrupp & Maberly, a łączyła z mechanizmami fabryka Rootesa w Ryton-on-Dunsmore. Właśnie taka sytuacja, wynikająca z niedokapitalizowania firmy, rujnowała konkurencyjność ciekawych samochodów.
Rapier II był dostępny również bez dachu i sprzedawał się lepiej – 15.151 sztuk powstało w ledwie ponad rok, 1958-59. Model zyskał płetwiaste błotniki, detale zunifikowane z innymi Sunbeamami, zmianę biegów w podłodze, zębatkowy układ kierowniczy, większe hamulce i większy silnik (1,5 litra, 73 KM – pochodzący wprost z Alpine’a). Część wyposażenia przesunięto na listę opcji, jednak cena i tak wzrosła do nieco ponad 1.100 funtów.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: public domain
Foto: , Licencja CC
Seria III (1959-63) była najpopularniejsza, z wynikiem 32.722 egz. Stylistycznie różniła się tylko szczegółami, natomiast zmiany mechaniczne objęły hamulce (pojawiły się tarcze z przodu), poprawioną skrzynię biegów, szerszy rozstaw kół przednich, a przede wszystkim głowicę silnika: teraz aluminiową, z większymi zaworami i ostrzejszymi fazami rozrządu. Dało to 78 KM, 147 km/h i 17 sekund do setki.
Foto: public domain
Foto: public domain
Foto: , Licencja CC
Seria IV (1963-1965, produkcja 9.700 egz.) nie miała wersji cabriolet, dostała za to spokojniejszy wizerunek, co wynikało z lansowania Alpine’a jako modelu sportowego. We wnętrzu poprawiono komfort i ergonomię (wprowadzając m. in. regulowaną kolumnę kierownicy i oparć foteli). Koła pomniejszyły się do 13 cali, zawieszenie stało się miększe i niewymagające smarowania, hamulce zyskały wspomaganie, a dwa gaźniki Zenitha ustąpiły miejsca jednemu Solexowi. Pojemność wzrosła do 1,6 litra, moc do 85 KM, jednak osiągi pozostały na poziomie Serii III.
Foto: public domain
Seria V (1965-1967), z 3.759 wypuszczonymi egzemplarzami, okazała się najmniej popularna, bo jej sylwetka – identyczna z Serią IV – wyglądała już bardzo staro. Najważniejszą modyfikacją było powiększenie silnika do 1,7 litra, zastosowanie pięciu łożysk głównych, alternatora w miejsce prądnicy i podwójnego wydechu. Moc wzrosła do 91 KM, co przełożyło się na 153 km/h i 14 sekund do setki.
Foto: , Licencja CC
***
W 1966r. ukazała się nowa rodzina modeli Rootesa, znana jak Rootes Arrow. Składała się z wielu modeli z nadwoziami sedan, kombi, coupé i pick-up, produkowanych pod wszystkimi markami koncernu w Wielkiej Brytanii, Australii, Nowej Zelandii, RPA, a także w Iranie (gdzie pod marką Paykan przetrwała do 2005r.).
Wszystkie wydania Rootes Arrow to temat na osobny wpis, natomiast dziś interesuje nas jedno z nich: coupé pokazane w październiku 1967r. pod tylko jedną nazwą – Sunbeam Rapier Fastback Coupé
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Fastback czy coupé – jak kto woli, producent użył obu tych słów jednocześnie (poza USA, gdzie auto sprzedawał jako Sunbeama Alpine GT). W gamie Rootesa ta marka i model miały przypisany charakter sportowy, choć z drugiej strony w rajdach wystawiano wyłącznie sedana marki Hillman Hunter (który zresztą wygrał najtrudniejszy w świecie maraton Londyn-Sydney ’68r, z załogą w składzie Andrew Cowan, Colin Malkin i Brian Coyle, ale to temat na kiedy indziej).
Sylwetkę Rapiera zaprojektował firmowy stylista, Royden Axe, zmieniając większość struktury nośnej sedanów i kombi oraz wszystkie panele poszycia. Podwozie wykorzystywało kolumny McPhersona z przodu, sztywną oś na resorach z tyłu i mieszane, tarczowo-bębnowe hamulce ze wspomaganiem.
Silnik został przejęty z poprzedniego Rapiera: czterocylindrówka z pięcioma łożyskami głównymi i rozrządem OHV miała pojemność 1.725 cm³ i zasilanie dwoma gaźnikami Stromberga. Rozwijała moc 88 KM przy 5.200 obrotach i moment 148 Nm przy 4.000, przenoszone na tył przez czterobiegową skrzynię ręczną z seryjnym overdrive’em lub automatyczną przekładnię Borg-Warner (ona i opony z białym bokiem były jedynymi fabrycznymi opcjami – poza akcesoriami montowanymi u dealerów, typu radio z głośnikami, zagłówki, halogeny przeciwmgielne, itp.). Fabryka podawała maksymalną prędkość 166 km/h i przyspieszenie do setki w 12,8 sekundy – co było poziomem co skromniejszych limuzyn sześciocylindrowych.
W 1968r. doszła topowa wersja Rapier H120, z silnikiem tuningowanym przez firmę Holbay Engineering: splanowana głowica, ostrzejszy wałek rozrządu, zmienione kolektory, aparat zapłonowy i dwa gaźniki Weber 40DCOE dawały niebagatelną moc 112 KM, jednak jednoczesne wydłużenie przełożeń czyniło ją odpowiedniejszą na autostrady niż do wyścigów na ćwierć mili. Z zewnątrz wyróżniała się szerszymi kołami, tylnym spoilerem i czarnym grillem (na zdjęciu). W 1969r. po przeciwnej stronie cennika pojawił się Sunbeam Alpine Fastback – jednogaźnikowy, o mocy 78 KM.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
W 1968r. Sunbeam Rapier Fastback Coupé kosztował 1.200 funtów, czyli porównywalnie z Lotusem Cortiną, Triumphem GT6 albo nawet 6-cylindrowym Triumphem 2500. Mini można było kupić za 560 (wersję Cooper S – za 850), zwykłego Forda Cortinę – za 700, podstawowego sedana Rootes Arrow, czyli Hillmana Huntera – za 880. Odrobinę tańszy od Rapiera był nawet topowy sedan rodziny, Humber Sceptre, zaś wymagająca 400-funtowej dopłaty wersja H120 konkurowała już z ofertami Alfy-Romeo, Lancii czy BMW.
Sunbeam Rapier przetrwał do końca istnienia marki, to jest roku 1976, przy czym w 1969 jego produkcję przeniesiono z Ryton-on-Dunsmore do szkockiego miasteczka Linwood, gdzie wcześniej wytwarzany był Imp. Wszystkie trzy odmiany powstały w łącznie 46.204 egz.
Foto: materiał producenta
***
Egzemplarz Piotrka, którym miałem przyjemność się przejechać, należy do standardowej specyfikacji 88-konnej, z rocznika ’68. W Polsce znalazł się jako prawie nowy: był prezentem dla krewnych przysłanym ze Szkocji przez żołnierza armii generała Maczka, pozostałego po wojnie na Wyspach. W kraju jeździł do 1989r., po czym został odstawiony na kołki. W ręce Piotrka trafił w 2020r., po ponad trzydziestu latach postoju.
Konieczna była oczywiście interwencja blacharza, nowy lakier i dywaniki wnętrza ale… niewiele poza tym. Z elementów techniki na starcie wymienione zostały tylko świece i przerywacz zapłonu: po tym i podłączeniu świeżego akumulatora silnik ruszył na resztce paliwa pamiętającej PRL!! Przed rozpoczęciem eksploatacji Piotrek wykonał oczywiście pełny serwis, wymienił skorodowany wydech, opony, pompę hamulcową i pompę sprzęgła z wysprzęglikiem, a potem, w ciągu sześciu lat, założył nowe serwo hamulców i zregenerował gaźniki, do których dopasował inne puszki filtrów powietrza. To wszystko.
Z 2,5-metrowym rozstawem osi i wymiarami 4.400 x 1.645 mm Sunbeam Rapier ostatniej generacji przerasta poprzedników o około 30 cm wzdłuż i 15 wszerz, ważąc przy tym 1.030 kg. Wygląda bardzo po angielsku: dość ekscentrycznie, łącząc krągłości z ostrymi kantami i nobliwość z dynamiką. Rezultat polaryzuje opinie. „Model celuje w grupę pragnącą posiadać samochód nietuzinkowy, ale równocześnie nielubiącą rzucać się w oczy” – oceniał szwajcarski magazyn „Automobil Revue„.
Foto: praca własna
Przód mocno przypomina mi Fiaty: cztery reflektory, poziome, chromowane listwy grilla, podniesione ranty błotników i metalowo-gumowe kły na zderzakach robią dziwnie znajome wrażenie. Chromowane lusterka zostały dołożone przez właściciela. Prześwit wydaje się spory, choć w istocie wynosi tylko 13 cm.
Foto: praca własna
Logo z różnymi formami lwa było przez Sunbeama używane od 1935r. Od 1964r., kiedy znaczące udziały Rootesa objął Chrysler, uzupełnił je tzw. pentastar, w tym aucie widniejący na prawym błotniku – w rozmiarze tak małym, że aż trudnym do sfotografowania.
Foto: praca własna
Ta czarna kropka za przednim kołem to właśnie pentastar. Mocno przeszklona kabina z pochylonymi słupkami ma wzmacniać wrażenie dynamiki, ale wychodzi jej to tak sobie. Lepiej prezentuje się załamanie błotnika na wysokości tylnego okna (zwane „sylwetką butelki Coca-Coli” i bardzo naonczas modne) oraz opony z białym paskiem (wymiar 165/80 R13, centymetr szerszy od oryginalnego), założone na felgi w kształcie słonecznych promieni (wyróżnik coupé). Progi powinny mieć chromowane osłony, których niestety brakuje.
Foto: praca własna
Słupka środkowego brak, podobnie jak ramek drzwi: to, wraz z możliwością pełnego opuszczenia bocznych szyb i winylową powłoką tylnego słupka, jest chyba najbardziej efektownym elementem designu, choć w tym egzemplarzu nie gorsze wrażenie robi kombinacja kolorystyczna.
Foto: praca własna
Wlew paliwa nie ma zamka ani ryglowania z kabiny. Pierwotnie po prostu otwierał się palcami, dlatego pierwszy polski właściciel dołożył własnym sumptem blokującą śrubkę, którą należy przekręcić (również palcami, tyle że niełatwo na to wpaść). Ot, taki uroczy detal z epoki powszechnych kradzieży kartkowego paliwa.
Foto: praca własna
Przód przypomina mi Fiata, ścięty tył typu fastback, z trójdzielną szybą – Plymoutha Barracudę, czyli niskobudżetowego muscle-cara tego samego koncernu. Przypadek? Nie sądzę, choć Roy Axe zarzekał się, że jak najbardziej.
Foto: praca własna
Tył wygląda bardziej archaicznie: błotniki z reliktami skrzydeł, kły zderzaków, filigranowe chromowane detale, stylizowany napis SUNBEAM… Pod zderzakiem widzimy dwa małe światła wsteczne oraz ciekawy wydech – podwójny, ale bardzo nieśmiały.
Foto: praca własna
Bagażnik ma pojemność aż 538 litrów – większą niż w spokrewnionych sedanach!! – a ponadto regularny kształt i niską krawędź. Koło zapasowe siedzi pod podłogą, z dostępem od dołu, jak w ciężarówkach, a zbiornik paliwa – nad tylną osią, czyli relatywnie bezpiecznie. Tylna kanapa niestety się nie składa – to jeszcze nie ta epoka.
Foto: praca własna
Boczek drzwi to prawdziwa klasa: design, materiały, kolorystyka – wszystko wygląda na droższe niż jest
Foto: praca własna
Fotele nie mają zagłówków (darczyńca nie dokupił ich w szkockim salonie), można jednak zauważyć zalążki ergonomicznego profilowania, a nawet trzymania bocznego. Są też pasy bezpieczeństwa: wprawdzie tylko biodrowe, ale w 1968r. i takie były rzadkością.
Foto: praca własna
Rapiera reklamowano w pełni czteroosobowego – i faktycznie, średniego wzrostu dorośli jadą z tyłu wygodnie. „Dużo przestrzeni, mięciutka kanapa” – skwitowała Ania. Z ciekawostek warto zauważyć hamulec ręczny przy progu (charakterystyczny dla Rootes Group), oświetlenie kabiny włączane przez otwarcie drzwi, a przede wszystkim doskonałą widoczność we wszystkich kierunkach. Duża powierzchnia przeszklona wiąże się z silnym efektem cieplarnianym w lecie, ale Sunbeam to marka Anglików, którzy słońca raczej szukają niż unikają.
Foto: praca własna
Rasowość widać dopiero tutaj – kokpit nie pozostawia wątpliwości co do sportowego charakteru auta
Foto: praca własna
Miejsca nie brakuje, ani na głowę ani na nogi. Oparcia foteli i kierownica dają się regulować, a pedały ustawione są w osi ciała kierowcy. To wszystko jest oczywiste dzisiaj, ale nie było takie blisko 60 lat temu.
Foto: praca własna
Deskę rozdzielczą wykonano w całości z miękkiego, czarnego tworzywa – ewenement jak na model z 1967r. Radio i głośnik nie znajdowały się tutaj od nowości, za to do dyspozycji stały jednocześnie zamykany schowek, półka biegnąca przez całą szerokość i zagłębienie między siedzeniami. Dźwignia przekładni znajduje się „po sportowemu” w podłodze, sportową formę ma też kierownica, a nade wszystko zestaw wskaźników.
Foto: praca własna
Ależ tu smakowicie!! Szybkościomierz do dwustu, obrotomierz z czerwonym polem od 6.000, amperomierz, ciśnienie oleju, stacyjka w desce rozdzielczej, trzy kolorowe kontrolki i mało wprawdzie bezpieczne, ale efektowne gałki ssania, wycieraczek ze spryskiwaczem i oświetlenia zewnętrznego. Ciekawostka: zegar godzinowy nie pobiera prądu z akumulatora, tylko działa na baterię, którą trzeba okresowo wymieniać.
Foto: praca własna
Patyczki po lewej stronie przełączają zwyczajnie migacze i światła pozycyjne/mijania/drogowe (jak w Fiatach, z tym że tu można też przełączać nożnie, jak ktoś woli). Natomiast patyczek prawy nie obsługuje wycieraczek, tylko overdrive: na ten bajer bardzo się ostrzyłem wiedząc, że był w Rapierze seryjny – niestety u Piotrka nie działa, prawdopodobnie z przyczyn natury elektrycznej (to dodatkowa przekładnia planetarna, aktywowana elektromagnesem). Musiałem więc obejść się smakiem.
Foto: praca własna
***
To była przejażdżka pełna kontrastów. Po pierwsze, samochód zwany Promieniem Słońca fotografowaliśmy w cieniu. Po drugie, z marką znaną mi z opowieści o najbardziej zamierzchłych czasach zetknąłem się w jej najpóźniejszym wytworze, nieprzypominającym epoki korb rozruchowych czy szoferów w bryczesach i pilotkach z goglami. A po trzecie – samo auto też okazało się mało spójne, co jednak nie znaczy że nieinteresujące. Po prostu, angielska motoryzacja była dość specyficzna i Sunbeam dobrze to ukazuje.
Szeroki rozrzut wrażeń zapewnia już sama stylizacja, całkiem inna z każdej strony. Z zewnątrz kontrowersyjna, w środku mocno sportowa z piękną, wiśniową tapicerką. Na plus zaskakuje praktyczność: duży bagażnik i pełny komfort dla czterech osób, rzadko spotykany w tak wiekowych coupé. Zwłaszcza że w Rapierze siedzi się jak w prawdziwym sportowcu: nisko, za nadzwyczaj apetycznym kokpitem.
Mimo to jazda Sunbeamem bardziej spodoba się miłośnikom wygodnego podróżowania. Zawieszenie jest miękkie, nawet na tle epoki – co zależnie od oczekiwań będzie zaletą lub wadą. Boczne przechyły są spore, prowadzenie w zakrętach – dość pewne, ale nie tak bezpośrednie, jak można by sobie życzyć, więc też niezachęcające do szukania granic. Odrobiny wysiłku wymaga rozpoczęcie skręcania, bo skrajne położenia kierownicy dzieli aż 4,5 obrotu. To oczywiście urok epoki, czytaj – braku wspomagania, który zmuszał konstruktorów do wyboru: albo precyzja prowadzenia albo łatwe manewrowanie. Co ciekawe, Rapier ma ponoć sztywniejszą charakterystykę od innych wariantów Rootes Arrow – tyle że oczekiwania też rozbudza wyższe.
Jednoznacznie pozytywnie prezentuje się z kolei napęd. 1,7-litrowe, dwugaźnikowe OHV zostało lekko pochylone, w celu obniżenia linii maski w stosunku do sedanów. Ciekawostką u Piotrka są niefabryczne filtry powietrza i podobny, mniejszy filtr na odmie.
Foto: praca własna
Sunbeam brzmi trochę jak 125p, tyle że gładziej, bez łomotu spowodowanego luzami i niewyważeniem (choć hałas podobnie wzmaga się na wysokich obrotach). Za głośność odpowiada współczesny układ wydechowy, zbudowany inaczej od oryginału (w dawnych czasach wygłuszenie uważano za mocną stronę Rapiera, więc wydech musiał być cichszy). Sam silnik jest elastyczny i przyjemnie przyspiesza przynajmniej do 4.000 obrotów, robiąc wrażenie szybszego od podwozia. To zresztą też typowe dla Epoki Chromu: wtedy kierowców najbardziej ograniczało podwozie, dziś – zdecydowanie znaki drogowe.
W 1968r. prawie 90 KM oznaczało poziom samochodów mocno sportowych: Alfy-Romeo Junior, BMW 1802, a nawet Porsche 912, czyli czterocylindrowej wersji 911-tki. Dlatego Sunbeam przyjemnie śmiga po krętych dróżkach, natomiast na prostej kłopot sprawia niedziałający overdrive – ten mankament koniecznie trzeba usunąć.
Wspomniane przed chwilą Porsche oferowało w opcji piąty bieg, Alfa miała go nawet seryjnie, zaś Sunbeam… w zasadzie też, tyle że włączany patyczkiem pod kierownicą. Trudno powiedzieć, dlaczego Anglicy tak długo trzymali się tego rozwiązania, wymyślonego długo przed wojną jako trochę półśrodek (żeby nie konstruować nowych przekładni), a trochę dla ułatwienia obsługi (bo dotknięcie patyczka jest dużo prostsze niż zmiana biegu z podwójnym wysprzęgleniem). W każdym razie overdrive działał zazwyczaj tylko na najwyższym biegu i służył kierowcom na długich prostych (wyłączało się go przy pierwszej konieczności przyspieszenia). Natomiast tutaj cztery mechaniczne biegi są na tyle krótkie, że brak piątego, elektromagnetycznego, trochę w trasie przeszkadza.
Na czwórce 100 km/h odpowiada 4.000 obrotów – jak w czterobiegowym 125p, a to trochę dużo jak na takie auto (zwłaszcza z tym nowym wydechem). Jeśli wierzyć dziennikarskim wykresom, na overdriv’ie byłoby około 3.200, czyli w normie epoki. To robiłoby wielką różnicę zwłaszcza dzisiaj, bo kiedyś nikt nie dziwił się, że przy stu na godzinę uszy bolą. No ale na razie gadżet nie działa, przez co setki nie próbowałem przekraczać, choć w tym aucie zawieszenie, hamulce ani sam silnik nie stanowią w tym względzie przeszkody. Nie wadzi też otwarcie okien: nie wiem, jak oni to zrobili, ale szyby opuszczone po obu stronach nie generują ani nadmiernego hałasu ani huraganu w kabinie – w aucie z głębokich lat 60-tych. Brak klimatyzacji nie powoduje więc pocenia, co wypada docenić.
Aha, jeszcze jedno: w Sunbeamie overdrive powinien działać również na trójce. Przełożenie mniej więcej odpowiada wtedy czwórce, tyle że aktywuje się je dotknięciem patyczka. To przydatne na dwupasmowych arteriach miejskich albo w umiarkowanych górach, żeby dowolnie często zmienić bieg bez pompowania sprzęgłem – choć w latach 70-tych był to już przedwojenny atawizm, bo skrzynia Rapiera działa zaskakująco lekko i precyzyjnie, a za dopłatą był przecież dostępny prawdziwy automat. Skok dźwigni jest dość długi, ale biegi wchodzą łatwo i znajdują się same, bez możliwości pomyłki. Być może to kwestia kontrastu po ostatnich testach P70, Moskwicza czy Zastavy 750, w których obsługa przekładni była odrębną dziedziną sztuki (zwłaszcza w tych dwóch pierwszych), ale w Sunbeamie to raczej przyjemność.
***
Sunbeam Rapier Fastback Coupé to interesujący oldtimer: w Polsce praktycznie nieznany (historia opisywanego egzemplarza to absolutny wyjątek), a przyciągający wzrok i przyjemny w obyciu zarówno na krótkich przejażdżkach jak i w dłuższych trasach. Stylistyka to oczywiście kwestia gustu, jednoznacznymi zaletami są za to przestronna, w pełni czteroosobowa karoseria z wielkim bagażnikiem (przynajmniej jak na usportowione auto sprzed 60 lat), dobry komfort, dobre osiągi i elastyczność oraz świetna skrzynia biegów (o ile działa overdrive, który w tym przypadku nie jest dodatkiem, a integralną częścią samochodu). Niedosyt pozostawia podwozie: wygodne, ale z trudnością nadążające za możliwościami napędu (co w aucie zabytkowym przeszkadza mniej niż w codziennym), oraz spory hałas w kabinie (możliwy do zwalczenia, bo spowodowany nieoryginalnym wydechem i brakiem overdrive’u).
Dlaczego Rapier nie odniósł większego sukcesu? Los Grupy Rootes już znamy: chroniczne niedokapitalizowanie i operacyjna nieefektywność już w 1964r. zmusiły braci Rootesów do wpuszczenia strategicznego inwestora w postaci koncernu Chryslera. Niestety Amerykanie sami przeżywali wówczas kryzys: nie potrafili skutecznie zreorganizować działalności własnej, a co dopiero marginalnych zakładów angielskich. Nie skoncentrowali operacji w mniejszej liczbie fabryk i zbyt późno zaczęli porządkować gamę produktów (ofiarą tych porządków padła w 1976r. między innymi marka Sunbeam). Zaraz potem całkowicie wycofali się z Europy, sprzedając zamorskie aktywa koncernowi PSA.
Samemu Rapierowi najbardziej zaszkodził Ford Capri: nowocześnie i atrakcyjnie stylizowany, oferujący (wzorem Mustanga) wiele wersji silnikowych i wyposażeniowych, na każdą kieszeń. 50-konne Capri 1300 kosztowało zaledwie 890 funtów, a bardziej wybredni mogli wydać nawet półtora tysiąca dostając za to trzylitrowe, 140-konne V6. Dzięki temu w ciągu pięciu lat produkcji pierwszej generacji (1968-73) Capri przekonało aż prawie 1,2 mln klientów – podczas gdy Rapier jedynie 46 tys., i to w lat dziewięć.
Sunbeam to kolejna (po de Dionie) antyczna marka, której dane mi było namacalnie doświadczyć. Wspaniałe wrażenie, dotknąć takiej Historii – zwłaszcza że dzisiaj to już tylko Historia…

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Bardzo ciekawe auto i niesamowita historia – w Polsce końca lat 60-tych musiało robić niesamowite wrażenie – wyobrażam sobie te dyskusje „znawców” na PRL-owskich ulicach: „patrz pan jaki Ford… jakiś dziwny jak na Forda, bo to specjalna wersja – amerykańska… no co Pan to z Anglii, sama królowa angielska takim jeździ… a gdzie tam to samodziełka – sam słyszałem, że właściciel ze szwagrem złożyli w garażu z części auta co się taki jeden Włoch rozbił pod Nowym Targiem”.
Swoją drogą ciekaw jestem skąd pojawił się u darczyńcy pomysł, aby rodzinie w Polsce wysłać samochód, który nawet w swojej ojczyźnie był raczej awangardowym wyborem – części pewnie przesyłał w paczkach, ale dla mechanika przyzwyczajonego do Warszaw i Syren, to na pewno było wyzwanie.
Prawda, w tamtych latach musiała to być niezła egzotyka.
Z produktów Rootesa do Polski trafiały Hillmany Imp, w latach 60-tych, oczywiście za dewizy, no i praktycznie wszystkie wymarły w ciągu jakichś 10 lat z powodu braku części.
Poza tym też się zastanawiam, co kierowało Darczyńcą, że wybrał taki model – znacznie droższy i mimo wszystko mniej praktyczny od sedana. No ale tego się już nie dowiemy.
Czasami motywacje ludzi przy zakupie auta są całkowicie irracjonalne z pkt widzenia osoby mającej większe pojęcie o motoryzacji. Pamiętam miałem znajomą starszą panią notariusz, która w latach 90-2000-nych kupowała wyłącznie Hondy, bo salon z serwisem miała po drugiej stronie ulicy – swego czasu kupiła Hondę Jazz w jakiejś absurdalnej na tamte lata wersji wyposażenia z otwieranym dachem, automatem i wszystkim co dało się domówić – samochód w tej wersji kosztował więcej niż nowy Accord i tyle co 5 Cinquecento Sporting, ale młody człowiek w salonie był bardzo sympatyczny i doradził jej, że takie małe zgrabne autko to w sam raz dobry prezent dla wnuczki, która właśnie zrobiła prawo jazdy (żeby nie było niedomówień salon był w W-wie).
Pozwolę sobie zauważyć, że parę Humberów z partii kilkudziesięciu aut sprowadzonych do Polski w latach 60. nadal żyje. Choć te akurat, jako samochody ówczesnej władzy, miały sprowadzony spory zapas części.
Tak, dokładnie – to były samochody władzy. A ja pisałem o wymieraniu Hillmanów.
@Jerzy na początku zrobiłem wielkie oczy jak tylko przeczytałem o pani notariusz co kupiła Jazza. Potem mi rozjaśniłeś , że jednak chodziło o mega dowaloną wersję. Jak dla wnuczki to raczej Accord był słabym wyborem , a jako że notariusze w tamtych latach nie za bardzo mieli co robić z pieniędzmi to zamówiła max opcje w Jazzie?
P.S. Miała jakieś ciekawe Hondy? Legenda, Prelude, S2000?
Tak – chodziło o wersję, bo o ile Jazz, to bardzo praktyczny samochodzik, to cennik był tak skonstruowany (byłem wówczas nastolatkiem, więc tylko domyślam się, że mogło chodzić o cło i kontyngent), że po dodaniu opcji cena robiła się nieproporcjonalnie wysoka i nikt wówczas takich aut nie kupował. Co do innych Hond, to pamiętam, że w krótkim odstępie zmieniła Concerto na Accorda na Legend i tym ostatnim jeździła już chyba ponad 10 lat, a Jazz u wnuczki też jakoś długo jeździł.
Do „Jerzy” – o co Ci chodzi, cytuję: „żeby nie było niedomówień salon był w W-wie”? Co to ma do rzeczy? Z perspektywy warszawiaka, którego rodzina ponad 100 lat temu tu przybyła (nie mylić z mieszkającymi w Warszawie) mogę z całą mocą stwierdzić, że tzw. prowincja nie oznacza niższej pozycji, że tak delikatnie powiem, finansowo-bytowej, a często przewyższa stolicę.
Poza tym to chyba o samochodzie i okolicznościach jego istnienia w Polsce powinniśmy ty pisać, a nie robić „wycieczki”.
Przepraszam prowadzącego serwis, ale organicznie nie znoszę plucia na Warszawę – sam nigdy w stronę żadnego miasta czy miejscowości nie kieruję negatywnych wypowiedzi.
@Jerzy, nie chce mi się rozpisywać na temat zarobków notariuszy w tamtych latach. Jest trochę informacji do poczytania w internecie. Nowy Accord kosztował może jej półroczne zarobki. Niemniej bez znajomości byś w życiu się nie dostał do notariatu, choćbyś i kończył studia ze średnią 5,0 i znał na pamięć całe prawo. Nikt by Cię nie wziął pod swoje skrzydła na aplikacje.
@Dziadek Jakub , ale kulminacja zamożności w Warszawie trwa tak naprawdę od 1945 i nie jest to wbrew pozorom kwestia ostatnich lat jak czasem da się usłyszeć w mediach, @SzK, jak pisał o początkach firmy jego taty, też wspominał, że najwięcej dealerów Hondy, jak i największą sprzedaż robiła Warszawa. Jesteśmy ściśle scentralizowanym krajem, oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu. Niemniej dużą część instytucji mamy w W-wa tym samym biznes też tam się lokuje. Nawet poprzeglądaj zdjęcia Warszawy z PRL-u, czy filmy. Wyraźnie mniej jest maluchów niż w innych miastach, a Syrena to w ogóle ewenement. Więcej jest dużych fiatów, Ład, Polonezów , czy zachodnich aut.
Tak, prawda, Warszawa to był i jest osobny świat w branży samochodowej – i nie tylko, ale szczególnie w niej, bo wszystkie duże firmy mają centrale w Warszawie, więc tam odbywa się większość hurtowych transakcji flotowych.
@SzK, kiedyś zgłębiałem temat brytyjskiej motoryzacji w PRL-u. W latach 50 i 60 trafiało też do Polski trochę dostawczych Standardów. Hillman Imp jeszcze kilka lat temu wrastał we Wrocławiu. Później w Pewexie sprzedawano też Vauxhalla Chevette. Coś tam było z tych brytyjskich aut, niemniej na pewno o wiele mniej niż francuskich.
Tak, Vauxhalle też. Ale to wszystko razem to był kompletny margines. Ja za całe dzieciństwo z angielskich aut widziałem chyba tylko jedno Mini – parkowało na mojej ulicy, Topolowej, prawie pod samą szkołą podstawową, do której chodziłem. Tata mówił na nie „Mini Morris” i chyba takie określenie było wtedy popularne. Ale poza tym nie przypominam sobie ani jednego auta z Anglii. Kolejne były chyba już Jaguary w latach 90tych 😀 .
@Dziadek Jakub – kompletnie opatrznie zrozumiałeś moją intencję – dodałem, że salon był w Warszawie, bo tata Szczepana prowadzi salon Hondy i nie chciałem żeby mój wpis był odebrany jako jakiś przytyk. Ja sam mieszkam od urodzenia w Warszawie, moja rodzina przeprowadziła się tu jeszcze przed II WŚ i uważam się za lokalnego patriotę.
@Pstryk – co do poziomu zamożności poszczególnych miast w okresie PRL to można polemizować – tuż po wojnie W-wa to było morze gruzów i wszędzie było lepiej niż tutaj. W latach późniejszych też można dyskutować – Trójmiasto to było okno na świat, import marynarski, dewizowi turyści, promy do Szwecji itp., Śląsk, zwłaszcza w okresie Gierka też przeżywał swój okres świetności, otwierano nowe kopalnie, huty, fabryki, wiele aut i innych dóbr trafiało do górników. Oczywiście zawsze każde duże miasto daje większe szanse, bo chociażby jest tutaj większa szansa znalezienia pracy, ale wydaje mi się, że pewna przepaść powstała dopiero po 1989, kiedy to wiele mniejszych ośrodków funkcjonujących wcześniej często wokół jednego wielkiego zakładu pracy, po jego likwidacji znalazło się na skraju upadku.
Absolutnie nie postrzegałbym tego jako przytyku 🙂
Jako krakus jestem pierwszym podejrzanym do nabijania się z Warszawy, ale akurat pod wym względem się wyrodziłem, bo w stolicy zdarzało mi się nawet bywać turystycznie, i to z zaciekawieniem. Pisałem o tym we wstępie do testu Volva Bassdrivera: https://automobilownia.pl/przejazdzka-po-godzinach-skanssen-o-warszawie/
@PstrykEJ9 @SzK Czy była jakakolwiek przedliftowa (ok. 1990-2002) klasyczna Honda NSX sprzedana oficjalnie w Polsce? Uważam, że to najpiękniejsza Honda, jaka powstała. 😉
Wszystkie, jakie znam, zostały sprowadzone z USA. Ale oczywiście nie znam wszystkich, jakie istnieją. Mój tata w każdym razie nigdy żadnej nie sprzedał, bo nigdy nie było tego modelu w oficjalnej polskiej ofercie.
Jazz zaczął do Polski przyjeżdżać w 2002, kiedy już nie było kontyngentów.
@Ricer, oj polskiego salonu raczej nie było. Kto by wtedy kupił Honde w cenie 911ki? Natomiast wiem , że Karlik dealer Hondy z Poznania miał dość długo prywatną Acurę NSX poliftową na czarnych blachach. Dla mnie to niemałym szokiem jest, że udało się sprzedać kilkadziesiąt egzemplarzy Prelude mkV w polskich salonach.
@Jerzy. Trafna uwaga z tą dysproporcją po 89. Dla mnie wygląda to tak, że przyjęto model rozwoju metropolii, a prowincja to dawca ludzi. Reforma województw zdaje się to potwierdzać.
Im mniej urzędników, tym lepiej, dlatego reformę administracji uważam za pozytywną.
Metropolie naturalnie przyciągają inwestycje, bo tam jest więcej klientów, lepsza infrastruktura i więcej wykwalifikowanych pracowników. Wykwalifikowanych ludzi zawsze jest więcej tam, gdzie działają uczelnie wyższe, poza tym tacy ludzie mają potrzeby wyższe – lubią ładne, historyczne miasta z bogatą ofertą kulturalno-rozrywkową. Stąd nieustanna migracja z prowincji do miast w większości rozwiniętych krajów, od wielu pokoleń: do szkół, a potem do pracy.
Niemcy, USA czy Włochy to przypadki szczególne, bo te kraje mają krótką historię jedności. Jeszcze w XIX wieku były rozbite, więc wielość metropolii wynika w nich między innymi z istnienia granic państwowych pomiędzy nimi w dość niedalekiej przeszłości. Inny czynnik to wczesny start rozwoju gospodarczego: wczesny przemysł mógł rozwijać się oddolnie i wytwarzał lokalne bazy infrastrukturalno-edukacyjno-kulturalne w wielu miastach na raz. Tam, gdzie rozwój przyszedł później i polegał na strumieniu kapitału z zewnątrz, w naturalny sposób kierował się do największych miast.
Dziękuję Szczepanie za odpowiedź. Ciekawe i trafne obserwacje. Faktycznie takie Niemcy i Włochy to były konglomeraty różnych ksiestewek. W UK / Francji wyraźnie widać podział – stolica reszta kraju. W Polsce faktycznie można przebierać z 5 głównych ośrodków. Warszawa od Krakowa czy Wrocławia aż tak nie odbiega zarobkami i tzw ofertą kulturalną jak reszta kraju do tej 5-ki (jeszcze Trójmiasto i Poznań się tam zaliczają).
Najbardziej urzeka mnie w tym Sunbeamie fakt zamontowanych wskaźników ciśnienia oleju czy amperomierza – ówcześnie rzecz niemal obowiązkowa w każdym wozie, co chciał uchodzić za produkt wyższej klasy, a teraz już kompletnie niemontowany poza pojedynczymi przypadkami. Lubię mnogość zwykłych wskaźników w aucie, nawet zwykły obrotomierz w wozie z „automatem”.
W kwestii wyglądu przodu, to trochę faktycznie wygląda jak turyńskie dziecię pokroju Fiata 128 3P, chociaż bym raczej rzekł, że zainspirowano się wyglądem Rapiera rysując go. I mnie to nie dziwi, no ładnie wygląda po prostu. (Chociaż też nie bez rewelacji patrząc na tył XD). Tył wozu kojarzy mi się z kolei bardziej z prototypem z jakiegoś kraju komunistycznego, gdzie stylista napatrzył się na zachodnie wozy i odwzorował je jak mógł – ale stwierdzono że za drogo wyjdzie wytwarzanie takich kształtów, więc trzeba je uprościć. ; )
Ja też lubię dużo wskaźników 🙂
Z tym że wtedy to miało pewien sens, bo technika nie miała takich zapasów wydajności jak dzisiaj i w gorszych warunkach silnik się grzał, a prądu też mogło zabraknąć (w samochodach z prądnicą naprawdę zdarzał się ujemny bilans nawet w trasie, jeśli włączyło się np. wycieraczki, światła, dmuchawę i lampowe radio na raz). Dziś te wskaźniki zazwyczaj pokazują bzdury, ale niektórzy właściciele są ambitni i doprowadzają je do porządku, albo np. dokładają osobne, nowoczesne termometry i manometry, żeby np. reagować na grzanie silnika w korku (oczywiście wielu dokłada dodatkowe wentylatory, ale to już osobna historia).
Auta z prądnicą potrafiły ją dosłownie spalić jak za dużo prądu było – jak pamiętam historie znajometo to maluchy miały taki problem na trasach i dopiero alternator dawał radę. W starych wozach temat dokładania dodatkowych wskaźników czy wentylatorów jest nadal „na czasie” (coś o tym wiedzą uczestnicy rajdów starymi wozami RWPG przez pół Europy ; ) ), w nowszych potrafi brakować wskaźnika temperatury silnika, nie mówiąc o wskaźniku napięcia, bo to już ekstrawagancja.
maluch z prądnicą i włączonymi światłami naładowywał akumulator po jakiś 100km dopiero, wiem, bo odwoziliśmy z kolegą kiedyś pewnych ludzi co to im w zimie zamarzło rozcieńczone wodą Borygo w Astrze i urwał się rozrząd przy próbie odpalenia (na szczęście było to 1.6 8v więc tylko pasek), no i jak dojeżdżaliśmy na miejsce to na (dołożonym) wskaźniku było już wreszcie 14.5V. Po dojechaniu, zgaszeniu i ponownym odpaleniu, to co zeżarł rozrusznik doładowywało się przez kolejne ok 40km na powrocie 😉
Mi się właśnie ten tył w pierwszej chwili skojarzył z Tatrą 603. Potem porównując stwierdziłem, że aż tak podobne to nie są, ale pierwsze spojrzenie z jakiegoś powodu skierowało mnie w tą stronę.
Bardzo ciekawe auto. Wrażenie w Polsce ludowej musiało robić nieziemskie mimo, że aż tak szałowo nie wygląda.
Ładna dziewczyna 🙂 to raczej Francuzka, raczej na pewno nie Angielka 😉
A co do samochodu, no to ten ostatni całkiem fajnie wygląda (w przeciwieństwie do poprzednich), a wnętrze już w ogóle super fajne!
w PRLu pewnie w ogóle mało jeździł bo zbyt orginalny jest, niema w nim części z syren ani Fiatów i ogólnie nie jest zamęczony, więc dla tego się tak dobrze zachował, że tylko do kościoła albo na cmentarz nim jeździli 🙂
a co do paliwa z PRL to ołowiowa benzyna była bardzo stabilna i chyba za bardzo się nie starzała, jakieś 10 lat temu kolega porządkował działkę którą wykupowali na rozbudowę lotniska w Świdniku i tam był stary barakowóz (który ja dostałem i go mam) i w tym barakowozie znaleźliśmy między innymi 200l beczkę benzyny, było jej z połowę, może trochę mniej, w karzmądź razie przelaliśmy ją do kilku karnistrów i też się nią podzieliliśmy i ja całą „swoją” część wyjeździłem Cieniasem 700tką którego wtedy miałem, nigdy tyle na benzynie nie przejechałem 🙂 jeździł zupełnie normalnie, jedynie przezroczysty filterek paliwa (taki „maluchowy”) zrobił się całkiem czarny od środka
Też się zastanawiałem nad brakiem kierunkowskazów od Syreny itp., ale z drugiej strony jeżeli w Anglii był członek rodziny tak szczodry, że prezent w postaci takiego nowego auta nie stanowił dla niego problemu, to pewnie w wypadku awarii też był skłonny przesłać potrzebne części.
Super te małe Rapiery to takie Mini-Caddilacki 🙂 szczególnie te Mk III. ale to musiało super wyglądać jak stał obok Cadillacka Series 64 Eldorado…. i mamy też odpowiedz dlaczego ludzie w Europie MUSIELI być szczuplejsi 😉
Świetna historia tego egzemplarza. Mój dziadek kilka lat po wojnie również spędził w Szkocji. Ale w latach 50′ wrócił na ojcowiznę.
A sam model szczerze mówiąc to mi się podoba. Bardzo ładny pojazd, choć faktycznie stylistyka brytyjskich aut jest specyficzna.