PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ŚLIWKOWY KLEKOT

 

Być może niektórzy pamietają jeszcze majowy artykuł o pachnącym nowością, 26-letnim Audi A6. Wspominałem tam o kilku podobnych przypadkach z mojego otoczenia – samochodach o przebiegach niewspółmiernie małych do wieku i specyfikacji. Jednym z nich była dieslowska Mazda 6 należąca do mojego Teścia.

Dziś powinienem raczej napisać „po Teściu”, ponieważ taty mojej żony od niedawna nie ma już z nami – zmarł 13 października, po długiej chorobie. Przeżył 70 lat, z czego przez ostatnie 36 objeździł cztery auta. Wszystkie kupował jako nowe: „Malucha” z 1988r., Uno z 1994, Focusa 1,6 Ghia z 2000 i Mazdę 6 2.0 D Exclusive z 2008, w kolorze śliwkowym. To ona jest tematem dzisiejszego artykułu.

Teść nie miał duszy samochodziarza – mechanicznych pojazdów nie traktował jako pasji, tylko zwyczajnie potrzebował jako środków transportu, jak zresztą ogromna większość kierowców (w pewnym stopniu interesował się tylko Formułą 1 – bo to sport, a on uwielbiał wszystkie dyscypliny sportu: znał się nawet na tych niszowych, jak rugby albo curling, i namiętnie oglądał relacje z dowolnego rodzaju zawodów). Wybierał auta nowe, bo używanych się bał, nie umiejąc ocenić ich stanu ani uczciwości sprzedającego. Nie uważał jednak, że samochód musi być młody: przedstawianemu tu kiedyś poprzednikowi Mazdy, Focusowi z 2000r., zafundował nawet mini-remont blacharsko-lakierniczy – bo mimo że koszt nijak nie miał się do rynkowej wartości 13-letniego Forda, to został potraktowany jako „zakup” dla syna pojazdu na pewno bezwypadkowego, na pewno zadbanego, garażowanego i należycie serwisowanego. W jego filozofii nie chodziło o jeżdżenie nówką-salonówką, tylko o pewność historii auta – a całkowitą pewność możemy mieć tylko wobec siebie samych.

W 2000r. o zakupie Focusa zdecydowała bliskość firmowego salonu. Teściowie są z Tomaszowa Mazowieckiego i jakkolwiek odwiedzali różnych dealerów w Piotrkowie Trybunalskim, Bełchatowie i Łodzi, ostatecznie wybrali jedyną markę, której sprzedawców i ASO mieli pod ręką, we własnym mieście. Dla ludzi traktujących motoryzację beznamiętnie takie prozaiczne sprawy są często decydujące. Powtórzę więc to, co kiedyś już pisałem – że również z tego, nie tylko z patriotyzmu/szowinizmu (niepotrzebne skreślić) bierze się dominacja lokalnych marek w większości krajów z własnym przemysłem samochodowym. Chodzi po prostu o najgęstszą sieć dystrybucyjną, dostępną dla całej ludności, a nie tylko mieszkańców największych miast.

Z Mazdą było trudniej, bo w 2008r. w Tomaszowie nie działał żaden salon (Forda już też nie, choć serwis działa do dziś, jako nieautoryzowany). Trzeba więc było pojechać do Łodzi i zbadać kilka ofert. Wybór padł na podstawową Mazdę 6 z najmniejszym silnikiem benzynowym – tym razem dlatego, że spośród wszystkich oglądanych sedanów segmentu D została uznana za najładniejszą (zwłaszcza w tym pięknym, śliwkowym kolorze). Z takim argumentem dyskutować się nie da.

A dlaczego segment D? Bo każdy człowiek dobiegający emerytury, po czterdziestu latach ciężkiej pracy, ma prawo chcieć czegoś fajnego i wygodnego – nawet jeśli nie ekscytuje się motoryzacją i od lat już nie potrzebuje wpinać fotelików w klamry ISOFIX. Ponieważ Teść jeździł niewiele (na co dzień kilka kilometrów do pracy, w weekendy po kilkadziesiąt do rodziny i 2-3 razy w roku po 500 do Krakowa i z powrotem), chciał podstawowy silnik benzynowy.

Los zechciał jednak inaczej: japońska fabryka przeżywała akurat jakieś komplikacje, przez co dostawa przeciągała się. Po kilku miesiącach dealer oznajmił, że nie wiadomo, kiedy samochody przyjdą, ale na placu stoi właśnie dwulitrowy diesel z pakietem Exclusive, z którego ktoś zrezygnował, więc w ramach rekompensaty za oczekiwanie zaproponował go bez dopłaty. A ponieważ „za darmo to uczciwa cena”, Teść bez wahania ofertę przyjął, zadając kłam ludowym mądrościom mówiącym, że „nikt nie kupuje diesli żeby jeździć mało”. Nie dlatego, że nie umiał liczyć, tylko że za sporo droższy silnik w praktyce nie dopłacił ani grosza – a takich przypadków nie uwzględniają internetowi filozofowie, potrafiący wyłącznie googlować oficjalne cenniki i nigdy nie wnikający w autentyczne życiowe sytuacje, motywy i wybory realnie podejmowane w realnym świecie.

Teść z Mazdą pozostał do końca życia. Do pewnego momentu planował, że zmieni ją po około dziesięciu latach, ale mniej więcej wtedy poważnie zachorował i pomyślał, że może już nie warto – zwłaszcza że na emeryturze zaczął częściej jeździć na działkę na wieś, doceniając oszczędność diesla. W maju wspominałem, że auto przejechało ledwie nieco ponad 100 tys. km, ale się myliłem – dawno w nim nie siedziałem i nie byłem świadom większych przebiegów w ostatnich latach. Dziś licznik pokazuje 162 tys., co oznacza nieco ponad 11 tys. na rok (auto jest z 2008r., ale odebrane zostało w 2009, a w 2024 już praktycznie nie jeździło, więc realnie przebieg trzeba podzielić przez 14).

Wbrew obiegowym opiniom o Mazdach na zewnątrz karoserii nie widać korozji (nie zaglądałem natomiast pod spód, więc nie wiem, co tam się dzieje). Być może to wynik garażowania, a może łagodnych, prawie bezsolnych zim z ostatnich lat. Technika też nie sprawiała żadnych problemów poza okazjonalnym rozbłyskiwaniem kontrolki DPF, spowodowanym niezdrowym dla filtra trybem eksploatacji na krótkich dystansach (każdorazowo pomagało wypalanie w trybie serwisowym). Aktualnie świeci się też lampka poduszki powietrznej, ale całe wyposażenie działa, nie ma podejrzanych hałasów ani luzów. 16 lat eksploatacji Mazda zniosła wzorowo.

***

Druga generacja Mazdy 6, o fabrycznym kodzie GH, zadebiutowała jesienią 2007r. we Frankfurcie (Teść zamawiał więc naprawdę świeży model – to też było argumentem np. naprzeciw Toyoty Avensis, która wtedy właśnie wychodziła z produkcji). Dzięki związkom producenta z Fordem auto było spokrewnione z ówczesnym Mondeo, choć te konkretne firmy nie unifikowały tzw. platform, tylko najwyżej współdzieliły pewne komponenty.

W pierwszej kolejności ukazał się sedan…

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

…oraz liftback (zgodnie z duchem czasów nazwany Sport). Oba warianty mierzyły 4.690 x 1.780 mm.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Kilka miesięcy później gamę uzupełniło 3 cm dłuższe kombi

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Główny stylista Mazdy, Youichi Sato, deklarował, że jego celem było „połączenie miękkości z budowaniem napięcia” (co jest chyba sprzecznością?), a także redukcja oporu aerodynamicznego. Ten drugi cel, jako mierzalny, można uznać za spełniony, bo współczynnik Cx spadł z 0,3 w generacji poprzedniej do zaledwie 0,27. Podobno odpowiadało za to staranne ukształtowanie przedniego spoilera i podwozia.

Zawieszenie zostało skonstruowane i zestrojone pod kątem sportowych własności: z przodu zastosowano podwójne wahacze poprzeczne z ujemnym promieniem zataczania, z tyłu układ wielowahaczowy. Obie osie dostały stabilizatory poprzeczne i hamulce tarczowe (z przodu wentylowane).

W dziedzinie napędu Mazda od lat łamie branżowe zwyczaje, stawiając na spore benzynowe silniki bez doładowania. W drugiej generacji „szóstki” użyto dwuwałkowych, czterozaworowych jednostek z aluminiowym blokiem o pojemnościach 1,8, 2,0 i 2,5 litra, rozwijających odpowiednio 120, 147 i 170 KM. W Europie tę najsłabszą łączono z pięciobiegową skrzynią ręczną, dwie większe – z sześciobiegową ręczną, a tę środkową – opcjonalnie z pięciobiegową automatyczną. W Stanach Zjednoczonych i krajach arabskich oferowano 2,5-litrówki z automatem pięciobiegowym oraz dodatkowo 3,7-litrowe V6 o mocy 272 KM sparowane z automatem sześciobiegowym.

Tylko dla Europy przeznaczone były za to turbodiesle, wyłącznie z ręcznymi przekładniami sześciobiegowymi: najpierw dwulitrowy 140-konny, a od 2009r. również 2,2-litrowy w trzech wariantach mocy: 125, 163 i 185 KM. Wszak były to czasy szczytowej fascynacji potencjałem kombinacji wtrysku common-rail z silnym turbodoładowaniem.

***

Dziś Mazda stacjonuje w Krakowie, u mojego szwagra. Znów prawie nie jeździ, bo szwagier pracuje zdalnie, ma żonę i czwórkę dzieci i rzadko wybiera się gdziekolwiek sam, więc Mazda jest zwyczajnie zbyt mała (w szóstkę rodzinka jeździ Fordem Galaxy z 2023r.: to kolejny w rodzinie niskoprzebiegowy diesel – znów nie wybrany celowo, tylko z powodu niedostępności w krakowskich salonach jakiegokolwiek innego minivana). Auto trzeba okresowo przepalać – dlatego zaproponowałem, że pożyczymy je z Anią w Nowy Rok, na relaksowy wypad do lasu i przy okazji blogowy test. Poranna temperatura była wprawdzie ujemna, ale drogi na szczęście suche, więc nie złamałem własnej zasady niejeżdżenia cudzymi samochodami po śliskich drogach (przymarznięty asfalt tu i ówdzie się zdarzał, ale przy minimum ostrożności nie było to nic groźnego).

W swoim czasie stylistyka Mazdy uchodziła za mocny punkt, a lakier Radiant Ebony Mica wyglądał wspaniale – tyle że szybko się brudził, a po 16 latach stracił swój piękny śliwkowy połysk. Chociaż tyle, że wciąż skutecznie chroni blachę.

Foto: praca własna

Opisywana przez Youichi Sato „miękkość” wyraża się w łagodnie łukowatej linii i braku głębokich przetłoczeń, które już wtedy, kilkanaście lat temu, wchodziły w motoryzacyjną modę, z kolei „budowaniu napięcia” służą poszerzenia błotników i wysoka linia okien. O dziwo, widoczność z wnętrza jest znośna – niewielkie powierzchnie przeszklone nie utrudniają zbytnio manewrowania. To ważne o tyle, że jedyną elektroniczną pomoc zapewnia akustyczny czujnik cofania.

Foto: praca własna

Najciekawszy i najbardziej dynamiczny jest w Maździe przód: łezkowate reflektory dobrze współgrają z konturem atrapy chłodnicy, a wraz z profilem błotników sprawiają wrażenie rozcinających powietrze. Chyba coś w tym jest, bo współczynnik Cx = 0,27 to naprawdę osiągnięcie.

Foto: praca własna

Wspomniana linia okien odrobinę się podnosi, ale nie tak mocno jak w modelach końcówki poprzedniego stulecia. Widać też podcięcie tylnego okna – które posiada wiele samochodów, od wielu dziesięcioleci, tylko z jakiegoś dziwnego powodu wszyscy kojarzą je z BMW. Odrobinę zbyt małe wydają się 16-calowe koła: faktycznie, są najmniejszymi z dostępnych, ale rodzinnemu sedanowi w niczym to nie przeszkadza.

Foto: praca własna

Kształt lamp tylnych jest spójny z przednimi. Odrobinę nietypowo wygląda wysoka ściana tylna zwieńczona krawędzią klapy uformowaną w rodzaj spoilera. Czerwonych plam świetlnych mamy aż pięć, wliczając odblaski i trzecie światło STOP. Na zdjęciu widać też główną wadę ładnego skądinąd koloru – kłujące w oczy zabrudzenia w załamaniach karoserii (przejażdżkę rozpoczęliśmy od odwiedzenia myjni, ale automatycznej, której szczotki widocznie nie wszędzie dotarły).

Foto: praca własna

Bagażnik jest słuszny – 520-litrowy, o bardzo regularnym kształcie i wygodnym otworze załadunkowym, a złożenie kanapy powiększyłoby go do aż 1.700 litrów. W sedanach trudno o lepsze wyniki, natomiast praktyczniejszy liftback wykazuje się prawie identycznymi wielkościami.

Foto: praca własna

Samochody segmentu D określa się alternatywnie „klasą średnią”. W Polsce segment ten – póki jakoś funkcjonował – z uwagi na poziom cen uchodził za raczej wyższą półkę (tę kwestię kiedyś już omawialiśmy), ale dziś myślę, że zwyczajowa nazwa była słuszna: Mazda 6 jest spora, przestronna i wygodna, w sam raz dla kogoś już niemłodego i ceniącego komfort, natomiast wystrój i materiały wnętrza nie robią wrażenia luksusu.

Drzwi wyglądają mocno plastikowo – z wyjątkiem głośnika systemu BOSE, do dziś grającego bardzo ładnie

Foto: praca własna

Montaż jest po japońsku porządny, jednak tworzywa mogłyby być trochę lepsze

Foto: praca własna

Przestrzeń z tyłu – w sam raz dla rodziny, choć wystrój raczej monotonny

Foto: praca własna

Foto: praca własna

Miejsce kierowcy prezentuje się trochę ciekawiej. Pakiet Exclusive – drugi od dołu – zawiera między innymi tempomat, automatyczną klimatyzację, wielofunkcyjną kierownicę ze skórzanym obszyciem i fotochromatyczne lusterko wewnętrzne. 

Foto: praca własna

Kokpit i konsola robią poważne wrażenie, z odległości uszłyby nawet za klasę wyższą, choć trochę psują je pęknięcia powyżej schowka

Foto: praca własna

Drewna w Maździe nie ma, podobnie jak wielkich ekranów (nawet wysuwanych). Nie brakuje natomiast aplikacji aluminiowych i tak zwanych dziś „przycisków fizycznych”.

Foto: praca własna

Tutaj jakości materiałów nie można wiele zarzucić. Klimatyzacją sterują pokrętła, dawniej kojarzone raczej z Europą. System audio sam zmienia do sześciu płyt i czyta również format MP3

Foto: praca własna

Nie jestem fanem krwistoczerwonych wyświetlaczy, miłą niespodzianką jest za to sterowanie wszystkimi widocznymi parametrami z kierownicy: bez odrywania rąk można np. zmienić temperaturę, kierunek nawiewu albo stację radiową. Nie wiem co prawda, czy sięgnięcie dłonią do odpowiedniego pokrętła nie jest bezpieczniejsze – nie trwa przecież dłużej niż zmiana biegu, w przeciwieństwie do skierowania wzroku na wyświetlacz i odszukania właściwych opcji – ale przynajmniej mamy wybór.

Foto: praca własna

Z kierownicy zawiadujemy też tempomatem i ewentualnie telefonem. Obszycie kierownicy jest wyślizgane mocniej niż w mojej C-Klasie (która również od 2009r. przejechała o 10 tys. km więcej), ale to tylko dowodzi, że i w naszym stuleciu producent producentowi nierówny.

Foto: praca własna

W zestawie wskaźników wszystko wydaje się małe: cyfry na wyświetlaczu, kontrolki, nawet same wskaźniki. Skalę szybkościomierza niepotrzebnie wydłużono do 260 km/h, z ominięciem sporego wycinka tarczy – cierpi na tym czytelność. Nie ma za to problemu z refleksami – głębokie osadzenie wskaźników skutecznie im zapobiega.

Foto: praca własna

***

Przestronne, wygodne i bezpretensjonalne – tak można skwitować wnętrze Mazdy 6. Jest funkcjonalnie, bez przeładowania i epatowania wodotryskami, ale też bez oszczędzania na rzeczach przydatnych. Przydałby się co najwyżej czytelniejszy szybkościomierz.

Auto pochodzi z okresu szczytowej fascynacji silnikami Diesla. Albo inaczej: nie tyle fascynacji, co ich forsowania przez władze, oficjalnie z powodu niższej emisji CO2. Forsowanie nie dotyczyło wprawdzie Polski, ale i nam udzieliła się ta atmosfera – bo wprawdzie nie płaciliśmy od samochodów podatków, za to nasze zarobki pozwalały kupić znacznie mniej paliwa niż zachodnioeuropejskie, więc na niższym spalaniu zależało nam jakby bardziej. Z drugiej strony trudniej było wysupłać znacząco wyższą cenę zakupu: z tego powodu udział diesli w polskim rynku wyniósł maksymalnie 48% (w grudniu 2010r.), podczas gdy we Francji czy Austrii dochodził nawet do 80%.

Kontrolka świec żarowych gaśnie dosłownie w mgnieniu oka – na zdjęciu zestawu wskaźników nie zdążyłem jej nawet uchwycić. Ówcześni dziennikarze wciąż zachwycali się takimi sprawami, podobnie jak „niemalże benzynową kulturą pracy” silników z common-rail. Dziś postrzegamy to trochę inaczej: na zimno metaliczny klekot słychać wyraźnie, po rozgrzaniu już znacznie słabiej, ale na wolnych obrotach nigdy nie da się o nim zapomnieć. Podobnie jak o delikatnych wibracjach – oczywiście nijak nie mających się np. do starych Mercedesów, o których mówiono, że w zimie same otrzepują się ze śniegu, jednak nie ma się co czarować: przy bezpośredniej przesiadce z równoletniego auta benzynowego różnica będzie ogromna.

Zimna skrzynia biegów pracuje odrobinę ciężko (tzn. precyzja drążka jest bez zarzutu, ale potrzebna siła większa niżbym się spodziewał). To oczywiście po chwili mija: przekładnia rozgrzewa się szybciej niż pasażerowie, bo nowoczesny diesel dzięki swej wysokiej sprawności energetycznej oddaje na zewnątrz bardzo niewiele ciepła. Kiedy już zdejmiemy zimowe kurtki, jazda robi się ciekawa.

W dość sporym aucie moc 140 KM nie wydaje się zawrotna, ale 330 Nm to już inna rozmowa. Dziś przywykliśmy do takich wielkości, jednak warto pamiętać, że wolnossąca benzyna, by wytworzyć taką siłę napędową, potrzebuje ponad trzech litrów pojemności, no i raczej nie zrobi tego poniżej 2.000 obrotów. Natomiast diesle common-rail świetnie nadają się do wysokich ciśnień doładowania, dlatego 150 i więcej Nm na litr to dla nich bułka z masłem, a co ważniejsze, ich pasmo maksymalnego momentu pokrywa się z najczęściej wykorzystywanym. Z tego powodu dziennikarze pisali o „doskonałej elastyczności„, choć lepiej pasuje tu inne ich ulubione sformułowane: „surfowanie na fali momentu obrotowego„.

Fala nadchodzi mniej więcej przy 1.600 obrotach. Jeśli zejdziemy niżej, nie obejdzie się bez redukcji, natomiast powyżej tej wartości, do około 3.600, ciąg jest naprawdę potężny jak w benzynowej szóstce (o ile pominąć ułamek sekundy opóźnienia spowodowanego rozkręcaniem turbiny). Najlepiej czuć to na stromych podjazdach: na trójce wciśnięcie gazu skutkuje katapultowaniem auta w przód, z wrażeniem jakby przednie koła chciały oderwać się od ziemi. W wolnossącej benzynie trudno tego doświadczyć, zwłaszcza poniżej 2.000 obrotów. Podobnie na autostradzie. Sześciobiegowa przekładnia ma bardzo długie przełożenia, jak w amerykańskich V8: 100 km/h przypada na zaledwie 1.600 obrotów, licznikowe 150 – na 2.400, a to właśnie przedział maksymalnego momentu.

Przy typowych prędkościach autostradowych trudno o przyjemniejszy napęd, zwłaszcza że wtedy kultura pracy nie jest już dieslowska, a zużycie paliwa mieści się poniżej sześciu litrów (o ile nie przesadzamy z szybkością). Przy 64-litrowym zbiorniku daje to zasięg dobrze powyżej tysiąca kilometrów.

Foto: praca własna

Ceną za taką przyjemność jest oczywiście tzw. słaba góra, czyli szybki spadek momentu obrotowego powyżej około 3.500 obrotów. Właśnie dlatego opinie o „wspaniałej elastyczności” są formalnie błędne, a sprint do setki trwa aż prawie 11 sekund. Zupełnie nie przystaje więc do wrażeń z niższego zakresu, choć w praktyce przeszkadza raczej rzadko – bo do sprawnego włączania się w ruch wystarcza, a sportowych wrażeń powinno się szukać w innych segmentach i silnikach.

Poza tym trzeba dość często zmieniać biegi. Przełożenie najwyższe – jak już pośrednio wspomniałem – jest bezużyteczne poniżej 100 km/h, czwórka – poniżej 60. W swojej „Grzybologice” Złomnik wyśmiewał kiedyś staruszka perorującego, że „bieg szósty jest przeznaczony do jazdy autostradowej, piąty do szosowej, a w mieście używa się najwyżej czwartego„. Gdyby jeździł dieslowską Mazdą 6, a nie benzynowym Yarisem, miałby sto procent racji, bo w tym samochodzie naprawdę tak jest. Na szerokich miejskich arteriach z ograniczeniem do 70 optymalnym biegiem jest wręcz trójka – na czwórce wypadamy już z tzw. power bandu, a silnik zwyczajnie się dusi.

Diesle z common-rail to szczególny rodzaj napędu: bardzo skomplikowany, drogi w zakupie i wymagający eksploatacyjnie, ale nadzwyczaj efektywny, oszczędny i stosunkowo mocny, choć w specyficzny, zupełnie niesportowy sposób. Takie silniki powstały wskutek osobliwej polityki podatkowej niektórych krajów europejskich i nie zyskały popularności nigdzie poza UE, ale dla kierowców jeżdżących dużo, daleko i spokojnie okazują się znakomite. Dopóki nie zniszczy ich znów polityka, a konkretniej – wybiórcze zakazy wjazdu do pewnych stref.

Z napędem Mazdy wyraźnie kontrastuje podwozie – zestrojone sztywno i bezpośrednio, jak gdyby było projektowane do zaangażowanej jazdy sportowej. To paradoks, biorąc pod uwagę rodzinny, wręcz podtatusiały charakter reszty samochodu (nie wiem jak z silnikami benzynowymi – może potrafiły pokazać lwi pazur, ale limuzyny klasy średniej powinny być raczej ułożone). Kierownica pracuje bezpośrednio, dodanie gazu w zakręcie nie wyrywa jej z rąk. Nadwozie prawie się nie przechyla, a koła wzorowo trzymają zadany kierunek, który kierowca kontroluje bardzo precyzyjnie. To zawieszenie z czystym sumieniem pochwaliłbym w lekkim coupé.

Z komfortem jest jeszcze ciekawiej: drogi wyboiste Mazda wygładza dostatecznie, odrobinę męczą za to te względnie równe – tak jakby sprężyny łatwo poddawały się mocnym wstrząsom, ale pozostawały sztywne na delikatnie pofalowanym asfalcie czy jego drobnych pęknięciach. Tak właśnie powinno być w aucie sportowym, bo taka charakterystyka daje najlepszą przyczepność w każdej sytuacji (na wybojach nie wyrzuca auta w powietrze, za to skutecznie przeciwdziała przeciążeniom poprzecznym i wzdłużnym). Natomiast w długiej trasie, na drodze teoretycznie dobrej, może zmęczyć ciut bardziej niż się spodziewamy.

***

W maju pisałem, że Mazda Teścia nie jest do sprzedania, ale kiedy już będzie, to nikt nie uwierzy w tak niski przebieg. To już się trochę zdezaktualizowało, bo po pierwsze, nie byłem świadomy, że na liczniku jest 162 tys. km, a po drugie – że auto jednak trzeba będzie sprzedać. Choć jeszcze nie teraz, bo musi minąć pół roku – w przeciwnym wypadku Teściowa musiałaby zapłacić podatek od ceny sprzedaży, bo dla władzy emerytka tracąca najbliższą osobę i usiłująca spieniężyć pozostały po niej szesnastoletni samochód jest świetną okazją do zgarnięcia forsy. By tego uniknąć, trzeba przez pół roku auto przechowywać, opłacić ubezpieczenie, badanie techniczne, serwis i ogólnie dbać, żeby nie wrosło w asfalt. W naszym przypadku szczęśliwie ma się kto zająć tym wszystkim (u szwagra znalazło się nawet miejsce na podziemnym parkingu), ale nie każda wdowa może na to liczyć.

Na razie więc czekamy do maja. Jak przyjdzie co do czego, być może udostępnię ogłoszenie na blogu, ale jest też możliwe, że chętny znajdzie się offline, bo zapytania ponoć już były. Samochód nie jest fabrycznie nowy: ma już 16 lat, lekko wypłowiały lakier, wnętrze ze śladami użytkowania i świecącą kontrolkę airbagu. Na pewno jednak pozostaje całkowicie sprawny, bezwypadkowy, serwisowany i z pewnym, wciąż niewysokim przebiegiem.

Dziś jeszcze nie wiem, czy ofertę sprzedaży Mazdy będę upubliczniał, ale jeszcze raz podkreślam, że takie samochody naprawdę istnieją i warto za nimi się porozglądać

Foto: praca własna

Foto tytułowe i końcowe: materiał producenta

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

43 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ŚLIWKOWY KLEKOT

  1. Czas świecenia się kontrolki świec żarowych nie ma nic wspólnego z ich działaniem. W wielu i to nawet starszych silnikach świece grzeją nawet gdy silnik zacznie już pracować, by wygładzić jego szorstką pracę i przyspieszyć osiągnięcie czystości spalin.
    Tak samo wskaźniki temperatury silnika, twardo stojące na umownych 90 stopniach. Też są tak zaprogramowane, by nie denerwować przeciętnego klienta zmianą wskazań podczas jazdy.
    Znak dziwnych czasów, kiedy trzeba się popisać wskaźnikiem, który niczego już nie pokazuje.

    • O temperaturze to wiem. Natomiast co do świec – silnik zapala od pierwszego obrotu tuż po zgaśnięciu kontrolki, więc podejrzewam, że jeśli nawet świece działają dłużej, to raczej na zapas (dla wygładzenia pracy, jak mówisz), podczas gdy kiedyś musiały grzać kilkadziesiąt sekund, żeby w ogóle silnik ruszył.

      • Wiele silników ZS z wtryskiem bezpośrednim bez problemu odpala nawet bez grzania, więc rola świec faktycznie zredukowała się do wyrównania pracy i przyspieszenia nastania optymalnych warunków spalenia mieszanki. 🙂

      • Zgadza się, to kwestia wtrysku bezpośredniego, ale to nie zmienia faktu, że całkowicie odpadło oczekiwanie na możliwość uruchomienia silnika 🙂

  2. Jeszcze w 2022 byłem posiadaczem mazdy 6 z 2003 roku z silnikiem 2.0 MZR cd. Jeździłem nią 5 lat. W moim egzemplarzu było webasto ogrzewające sam silnik. Nigdy nie miałem problemu z odpaleniem. Ostatnio zimy nie są mroźne, ale pamiętam temperatury poniżej -15 stopni, to bezproblemowo odpalał. Ciekawi mnie czy Twój egzemplarz też ma webasto. U mnie, podejrzewam że właśnie dzięki podgrzewaniu silnika momentalnie temperatury i silnika i kabiny osiągały żądaną wartość. Jedno co mnie irytowało to biały dym z wewnątrz nadkoli podczas uruchamiania webasto. Bezcenna mina innych kierowców podczas postoju na światłach. Nie raz zwracali mi uwagę, że mi się auto pali. Ja zawsze opanowany i kciuk do góry, że wszystko ok i pod kontrolą. Podejrzewam, że świeca w webasto jakaś przyśniedziała była i nie rozpalała od razu, stąd to dymienie. Jak już rozpędziło się webasto to słychać było charakterystyczny szum i dymienie ustępowało. Samochód ogólnie bardzo przyjemny do jazdy. Największy atut to chyba prowadzenie, trzymanie się nawierzchni oraz ładowność. Ja miałem liftbacka. Tak na prawdę samochód wymagał, przez czas użytkowania przeze mnie, wymiany koła dwumasowego, maglownicy, wahaczy, tarcz i klocków, rozrządu. Czyli sprawy czysto eksploatacyjne. Nie zdarzyły mi się jakieś niespodzianki, jak np. w poprzednim Nissanie Primera P10 – awaria aparatu zapłonowego, immobilisera, ciągłe problemy z elektryką, zgubienie rury wydechowej, wypadnięcie półosi napędowej na skrzyżowaniu, itp. 🙂
    Pozdrawiam

  3. Autentycznie tęsknię za autami segmentu D, ale wierzę, że kiedyś jeszcze wrócą, a 11 tys. rocznie to całkiem uczciwy przebieg – sam od lat przejeżdżam rocznie ok 12 tys. i choćbym nie wiem jak się starał nigdy nie chce wyjść więcej (samochodu używam codziennie) – filozofię zakupu samochodu też mam podobną, tj. kupić nowy i jeździć nim jak najdłużej.

    • Mnie wychodzi nawet mniej, około 10 tys. rocznie lub poniżej (łącznie z turystyką SLem wyjdzie koło 12 tys.). JA też aktualnymi autami chcę jeździć maksymalnie długo, tyle że ja kupiłem je już stare 🙂

    • Jeszcze kilka możliwości pozostało, jest Passat/Superb, jest Camry, no i wszystkie premiumy zaczynając od Alfy, a na Volvo kończąc. I to jeśli chodzi o tradycyjne nadwozia, bo SUVów klasy średniej jest po pachy….

      • Prawdziwi ostatni Mohikanie – w ostatnim roku przed wejściem zakazu sprzedaży spalinowych kupię sobie sobie nową Camry w pełnym tłuszczu i jeździć nią będę aż do końca – mojego lub jej

      • Szczerze kibicuję – boję się tylko, że takich klientów może być wtedy więcej niż fabryka potrafi wyprodukować. Ale zawsze można próbować lobbować za zniesieniem zakazu, choćby symbolicznie, Czy to coś pomoże, to nie wiem, ale na pewno będziemy mieć czystsze sumienie.

      • @Jerzy, polecam wtedy odwiedzić (najlepiej zaraz po zakupie) jakiś zakład konserwacji podwozia o uznanej renomie.

      • Jeszcze kilkanaście lat temu mogłem taki polecić, dziś już niestety nie potrafię 😉

  4. Ja też nie lubię tego machania biegami w „super dizelku co ma niuta jak w ciężarówce”. A pewnie to frustrujące, że auta na wiele pozwala w zakrętach a auklad napędowy tak sportowy jak Actros. Niby automat ratuje i niby taki automat + 3.0 tdi (300 koni więc niuta od groma) + quattro idzie jak elektryk mocny ale klekot na trasę a na autostradzie i tak top gear więc wychodzi na to, że do busa ropa spoko a tak to… Skoro 2 litrowa Mazda 3 z ostatniego testu do 5 litrów potrafi zejść. Nie wiem czy nowoczesne diesle nie skończą gdzieś tam w Afryce czy ruskich stanach jako wolnossące, dymiące muły. Oczywiście rozumiem historię tego właśnie egzemplarza i mam nadzieję, że trafi w odpowiednie ręce.

    • Sportowe to takie auto nigdy nie będzie, ale do dalekich tras może być ok. Tyle że zawieszenie ma sportowe i to jest wyraźna niespójność.

      • Cześć, to jest to właśnie „połączenie miękkości z budowaniem napięcia” 😉

      • Według mnie to czy auto jest szybkie (sportowe) czy nie zależy w dzisiejszych czasach nie tak bardzo od auta, a bardziej od kierowcy

      • Czy szybkie, to od zawsze zależało od kierowcy 🙂 Ale chodzi nie o czas przejazdu, tylko o charakter, o radość z jazdy. Na drodze najszybsze są białe busy kurierów, ale to nie znaczy, że je nazwiemy autami sportowymi 🙂

      • Moje nadużycie z tym sportem. Bardziej przyjemność z jazdy miałem na myśli czy też „sportowe emocje” czy dynamikę prowadzenia.

  5. O, mój teściu też kupował zawsze nowe i też miał Mazdę 6 tej genercji, tyle że 2.0 benzyna w kolorze wiśniowym. Ona zmieniła właściciela w rodzinie, ma ją szwagier. Przebieg był większy, bo prze większość czasu służyła na dojazdy do pracy, z 60-70km dziennie. Auto fajne, ale dla mnie miało 2 wady. Moje 3 foteliki nie mieściły się na kanapie i nie było to kombii.
    Co do niskich przebiegów to ja wierzę, że takir istnieją. Sam zrobiłem 6000km w poprzednim (2024) roku. Jedyne auto w rodzinie. Z tym, że kiedyś służbowo robiłem 50kkm rocznie i teraz jak nie muszę to auta nie ruszam. Na miasto rower dla mnie starcza.

    • Ja w mieście w ogóle poruszam się rzadko, bo na osiedlu mam wszystko, co potrzebujemy w tygodniu, a jak przychodzi weekend, wybywamy zazwyczaj gdzieś dalej. Przez ostatnich kilka lat w centrum bywamy głównie jako przewodnicy turystyczni dla przyjezdnych znajomych, czasem też odwiedza się rodzinę, ale już mało kto z rodziny mieszka w centrum. Ale wtedy najlepszy bywa tramwaj – bo akurat mamy to szczęście, że mieszkamy w świetnie skomunikowanym miejscu. Stąd właśnie przebiegi w granicach 12k rocznie, w większości turystyczne (a gdyby nie regularne jazdy 500 km do Tomaszowa, pewnie byłyby dużo mniejsze).

    • Wartburg rodziców, miał 15 lat i przebieg ok 110.000 km. auto mamy, chevrolet ma teraz lat 11 i przebieg ok 57.000 km… serio. oba w benzynie

      • Benzynowe auta często jeżdżą niewiele,ale o dieslach nieraz się mówi, że nie ma takich przypadków, bo to się nie opłaca. A jak znam takich wiele, pisałem o nich w artykule o Audi A6, tutaj przybliżyłem jeden z nich.

      • Mojemu Chevroletowi stuknęło właśnie 28 lat, i dwudziestolecie w moim garażu, a też nie przekroczył 150 tkm.

  6. Ja miałem ten model z 2008r w liftbacku z 2.0 MZR 147KM . Auto nigdy nie zawiodło , nic się nie zepsuło a swoje latało po Europie. I na mojej też nie było grama rdzy , mimo że pochodziła z rynku skandynawskiego , co było sporym zaskoczeniem dla znafców że japończyki to rdzewieją na potęgę . Byłem na tyle zadowolony z bezawaryjności , ekonomii i komfortu że zmieniłem ją na nową 6’tkę Skyactive i nie żałuję . Do tego design mojego sedana wciąż tak mi się podoba że powoduje iż idąc do domu odwracam się by rzucić na nią okiem .

  7. Cześć, dziękuje za artykuł. jak zwykle fajnie się czytało. Rozważałem taką Mazdę gdy zmieniałem starą 626 GF (auto mimo 22 lat miało całkowicie sprawną elektronikę, osprzęt, guziczki, siłowniki, silniczki , etc – tylko rdza zjadała nadkola, progi, podwozie). Ja kupowałem używane i miałem małe dzieciaczki to wybór padł jednak na Mazdę 5 CR fl (te przesuwne drzwi) w benzynie (silnik 2.0 mpi, zagazowałem, zwykła instalka IV gen) i śmigam do dziś. Pozdrawiam.

  8. 626 to jedna z najładniejszych Mazd, ale sedan to nie moja bajka. Trzy razy przymierzałem się do Mazdy i nigdy mi nie wyszło. CX 3 miała krótkie siedzenia (jak wszystkie Mazdy) i kiepskie zawieszenie tyłu z Mazdy 1. CX 30 miała przereklamowany (jako benzynowy diesel) silnik Skyaktiv X, który miał wysokie sprężanie, ale bez świec nie pojechał, był mało elastyczny trzeba go było piłować, bo zaczynał chodzić powyżej 2500 obr. MX 30 RE-V pociągała mnie Wanklem, ale nadwozie miała totalnie niepraktyczne.
    Ale nie o tym chciałem. tak się składa, że mam samochód też z 2008 r, też z rejestracją w 2009 r.,też turbodiesla, z podobnym przebiegiem 168 000 km, więc nasuwają się porównania. Mojego (a teraz żony) Citroena C4 Hdi co prawda sprowadziłem z bankrutującej firmy we Francji w 2011 r. , jako sociala (na dwie osoby, choć z wszystkimi siedzeniami, w dodatku w skórze i musiałem w Polsce mieć fakturę na demontaż kratki, której nigdy nie było). Miał przebieg zaledwie 26 000. Jeździ niezawodnie do tej pory, niespecjalnie szanowany, porysowany gałęziami i z obruszanym zderzakiem od „równania” kretowisk w sadzie. Teraz służy już raczej do pracy w sadzie, na zakupy i do wożenia psa (dotknięcie klamki powoduje jego piszczenie i ślinienie, bo to jest też jego samochód) Silnik, jeszcze bez dpf Jest bardzo elastyczny. Jak się ruszy z krótkiej jedynki to ciągnie równo od 1200 obr do końca (diesla nie wkręci się na wysokie obroty jak benzyny; przy pewnych obrotach moment przestaje rosnąć, później tubina odcina i spaliny idą w bypass). To dla mnie był na początku problem, ale na piątce można spokojnie przyspieszać od 80 km/h. Pali jak pół hybrydy; żona- 4,8, ja-5,2, córka-5,8 niestety. Silnik 120 KM samochód na pewno lżejszy od Mazdy. Zawieszenie najtwardsze jakie spotkałem w Citroenie, ale drogę lepiej trzyma niż współczesne DSy. I ma fabryczne bixenony Valeo – rewelacyjne ( w ciągu 16 lat upalił się jeden żarnik).
    Zwróciłem uwagę, że Mazda ma podniszczoną tapicerkę, najbardziej kierowcy i powycierane tworzywa, szczególnie na kierownicy i w podłokietniku. W Citroenie siedzenia zachowały pierwotną formę mimo mojej potężnej postury, jeżdżenia w roboczych ciuchach i wożenia narzędzi i dużego psa z tyłu (lekko przytarła się tylko skór na szwie oparcia). Podobnie wszystkie plastiki i wyłączniki są w doskonałej formie mimo rzadkiej konserwacji. Korozja występuje w jednym kuriozalnym miejscu, purchel na krawędzi aluminiowej pokrywy silnika.
    Żona rok się do niego przyzwyczajała, a teraz ona i pies nie pozwalają go sprzedać, zresztą nie warto się go pozbywać za grosze. I to takie tam porównanie youngtimerów.

  9. Ogólnie mazda przez lata miała problem z fotelami , zwłaszcza kierowcy. Nawet dopytywałem o to wo ASO i potwierdzili że ten typ tak ma . Chodzi konkretnie o „skrzypienie” gąbki lewego boczku o stelaż .

  10. Mazda to jedna z niewielu marek, które przez te ostatnie lata produkują normalnie, a nawet ładnie wyglądace auta, a nie rozdeptane robale i żaby, jak np. crossovery z niechlujnymi przednimi światłami typu parodia Eclipsa, obie generacje Hyundaia Kony i inne kopie Pontiaca Azteka. Szóstka z tego wpisu jest całkiem niezła, a następca jest piękny zarówno w sedanie i w kombi. MX-5 ND to jedno z najfajniejszych aut ostatnich 10 lat. Mam nadzieję, że nowa Miata będzie tak samo dobra, a nawet lepsza.
    Niech automobiliści się nie martwią, cars will never die!

  11. Czy tylna kanapa w tym samochodzie jest wygodna? Pytam, bo wnioskując po zdjęciu, wydaje się, że ma taką samą przypadłość jak co większość nowożytnych samochodów – zupełnie płaskie oparcie bez przytulnego wyprofilowania w które można się zatopić. 🙂

    • Z tyłu siedziałem tylko chwilę, więc trudno powiedzieć. Ja się mieściłem, ale jak czułbym się po 300 km, nie mam pojęcia. Inna sprawa, że takie „zatapianie się” właśnie najbardziej obciąża kręgosłup, a odpowiednio rozwiązane podparcie robi mu najlepiej.

  12. Miałem 7 lat Mazdę 6 z 2009r, 2.0 benzyna, hathback Tamura i uważam, że to auto co najmniej PÓŁ klasy lepsze, niż Toyota Avensis , 2.0 diesel z 2012r, którym jeżdzę od 2 lat.

  13. Kurcze, dzięki za ten artykuł, bo sam się zastanawiam nad jakimś japońcem z segmentu D z tych lat. Nigdy akurat tej generacji 6ki nie testowałem, chociaż jeździłem biodegradowalnym poprzednikiem. ZTCW to już tu blacha poprawiona. Zastanawia mnie silnik 2,0 MZR z oczywistych względów diesla odrzucam. Swoją drogą to teściu późno zaczął karierę kierowcy nawet jak na lata 80. Heh ja ze swojego otoczenia obserwuję , że jak ktoś z tego pokolenia zaczynał od maluchów to zwykle trzyma się małych aut. W segmenty D, E uderzają dawni właściciele Wartburgów czy dużych fiatów.

    Z czystej ciekawości mogę wiedzieć ile teściu w 2008 roku zapłacił za tą Mazdę ?

    • Zaczął późno, bo siedem lat czekał na wylosowanie przedpłaty, założonej w 1981r. I tak mu się udało, bo prawie pół miliona ludzi, czyli 1/3 wszystkich przedpłatowiczów, nie doczekała się nigdy. W zamian dostawali zwolnienie z cła przy sprowadzaniu grata z Zachodu, albo coś równie śmiesznego. Natomiast Maluch teścia zaczął się konkretnie sypać w wieku 6 lat – czyli nie przejeździł nawet tyle, ile trzeba było czekać na jego odbiór.

      W 2008r. Mazda kosztowała ledwie ponad 100 tys. Dziś za tyle można kupić Fiata Tipo. A nie, przepraszam – można było w zeszłym roku, bo od 2025r. Tipo już wycofali…

      • @SzK, w salonach jeszcze stoją egzemplarze z 2023 roku , więc chciałoby się powiedzieć w końcu wycofali. Szczególnie po covidzie sprzedaż mocno siadła , no cóż w EU nikt nie jest zainteresowany modelem który jest tyle lat na rynku.

        No cóż inne były zarobki w 2008. Chociaż ZTCK Vectra na koniec produkcji startowała jakoś od 80 tysięcy.

      • Nie chodzi o tyle lat na rynku, tylko o dzisiejsze ceny. Sto tysięcy złotych za najprostszego Fiata nie da nikt. I taki właśnie jest cel, żeby poznikały proste samochody.

        Mam przygotowany artykuł o pierwszej Dacii Logan. Na Logana dzisiaj w Rumunii pracuje się oczywiście dużo krócej niż w 2005r., kiedy wchodził na rynek, ale to kwestia rozwoju wschodnioeuropejskich gospodarek. Natomiast na Zachodzie w przeliczeniu na czas pracy najtańsze auta podrożały o grubo ponad 50%. A to dopiero początek, bo jak widać, one jeden po drugim znikają. Na razie alternatywą jest taka Mazda po moim teściu, za 1/3 nowej Dacii, ale po pierwsze, do miast już mło gdzie wolno nią wjeżdżać, a po drugie, niedługo takie auta też poznikają, bo się zwyczajnie zużyją. I wrócimy do feudalizmu – albo jesteś milionerem, albo jeździsz hulajnogą.

  14. SzK, tylko wiesz weź pod uwagę aspekt utraty wartości. Czym innym jest naprawa za 3 tysiące w takiej Maździe, a czym innym w 6letnim BMW w którym właśnie skończyła się gwarancja.

    No w 2008 roku to mało kto mógł sobie pozwolić w Polsce na auto za 100 tysięcy. Wtedy moi rodzice kupili Mondeo mk III po Niemcu z 2002 roku za chyba 35 tysięcy złotych i na dzień dobry do wymiany były wtryski (było to 2,0 TDCI 130 KM). Pamiętam, że było to jedno z lepszych aut na osiedlu. Sąsiedzi jeździli autami typu Corolla E10, Golf III , Fiesta mkV itp. fakt, że nie były to już czasy Polonezów. Ale mimo to w takim towarzystwie to taka Mazda by robiła sądzę, że większy szok niż dzisiaj robi Tesla S , czy nowe Cayenne.

    Wiesz też weź pod uwagę że w zachodnich metropoliach jeździ się głównie metrem. No, ale nigdy w takiej nie mieszkałem więc nie będę sie wypowiadał.

    • Rozmawiamy o zaniku tanich, prostych samochodów. O to tutaj chodzi, a nie o to, na co kogo stać i co w jakim towarzystwie robi wrażenie – bo widzę, że każda rozmowa z Tobą sprowadza się właśnie do tych kwestii. Stać każdego na to, co sobie zarobi. Jak ktoś w dzisiejszych warunkach opracuje w życiu takie technologie, jak mój świętej pamięci Teść, jak zgłosi tyle patentów, na których została zbudowana jedna z większych firm przemysłowych w regionie, to będzie sobie wybierał między Bentleyem a Aston-Martinem. On robił takie rzeczy w innych czasach, dlatego jeździł Uno, Focusem i Mazdą. Ale nie rozmawiamy o tym, tylko o kierunku, w jakim zmierza Europa – że te same pieniądze da się kupić coraz mniej, i niedługo trzeba będzie być milionerem, żeby w ogóle wybrać się gdziekolwiek poza własne osiedle.

      Co do jeżdżenia metrem to też jest propagandowe pranie mózgu, bo poza największymi miastami też mieszkają ludzie, a średnie przebiegi samochodów w Niemczech czy Holandii są ponad dwa razy większe niż w Polsce. Cytowałem już na FB badania, pokazywałem wykresy – ze w Warszawie zbiorkomem jeździ 2x tyle ludzi co w Kopenhadze albo Amsterdamie, ale to nam się wmawia „przyspawanie do samochodów”. Niestety z tą machiną się nie wygra – jeśli z każdej strony słyszymy, że 2×2 = 5, to każdy twierdzący inaczej będzie odsyłany do wariatkowa. Odsetek ludzi, który się temu oprze, to może 5%. Dlatego właśnie ten świat wygląda, jak wygląda. Natomiast na koniec jeszcze raz podkreślam, że to nie jest temat rozmowy – tematem jest to, że jeszcze niedawno były proste i tanie auta, a dziś nie ma. To jest prawdziwy problem, który warto zauważyć, a nie wypominać komuś, że na coś zapracował.