PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: SPOD ZACZAROWANEGO OŁÓWKA

Citroëna CX w dzieciństwie nazywałem Pallas. Nie jest to oczywiście nazwa modelu, tylko topowej wersji wyposażeniowej, którą raz, w głębokich latach 80-tych, miałem szczęście zobaczyć na krakowskim Starym Mieście (bodajże na Jagiellońskiej). Auto było lśniąco srebrne, z wypolerowanymi kołpakami ze stali nierdzewnej, co niesamowicie komponowało się z superniską, superopływową sylwetką i frapującym napisem PALLAS, który mocno zapadł mi w pamięć. Jeśli jakikolwiek znany mi samochód zasługiwał na miano „kosmicznego”, to w pierwszej kolejności właśnie ten. Tak wtedy to postrzegałem. Dlatego też, kiedy jakiś czas później oglądałem w telewizji bajkę o Zaczarowanym Ołówku – takim, co to w magiczny sposób powoływał do istnienia każdy narysowany nim przedmiot – zaraz pomyślałem, że takim ołówkiem nakreśliłbym sobie CITROËNA PALLAS. Nic bardziej godnego nie przyszło mi do głowy, więc to chyba musiał być mój pierwszy samochód marzeń.
Gdy trochę podrosłem, zacząłem studiować książki Zdzisława Podbielskiego. On nazwę Pallas wspominał tylko jako wersję modelu GSA, ale dzięki zdjęciom z książki skojarzyłem, że tamten kosmolot z Jagiellońskiej musiał nazywać się CX. Autor tłumaczył, że to symbol współczynnika oporu aerodynamicznego i cały pierwszy akapit opisu poświęcił jego objaśnieniu. Flagowa „Cytryna” tak właśnie się nazywała, bo miała mieć świetną aerodynamikę, jednakże pierwotnie podawaną wartość 0,3 producent sam później skorygował na 0,369, z powodu zastosowania „lepszych metod pomiaru”. Trochę słabo to wyszło.
CX pozostał w produkcji do 1991r., ale z lat 90-tych prawie go nie pamiętam. Francuskich aut wtedy się nie ceniło, a jeśli już, to najwyżej te małe i proste. CX był wielki i hydropneumatyczny, więc raczej odstraszał. Nawet dziś, w epoce ogromnej fascynacji motoryzacją klasyczną, egzemplarz do przejażdżki znalazłem dopiero w 2023r., po ponad dziewięciu latach blogowania. A dlaczego nie opisałem go wcześniej? Ano dlatego, że trafiła się sztuka nietypowa: z pierwszego rocznika 1975, więc mocno zubożona i bez układu DIRAVI, będącego esencją tego modelu. Dlatego kontakt trzymałem na liście rezerwowej, mając nadzieję na pojawienie się „dojrzalszego” egzemplarza.
Tak się jednak złożyło, że DIRAVI w międzyczasie doświadczyłem i opisałem w Citroënie SM. Gdy więc w zeszłą sobotę znanego mi, ceglastoczerwonego CXa zobaczyłem na „Giełdzie Klasyków”, pomyślałem, że rzadką specyfikację można potraktować jako ciekawostkę – zwłaszcza że chodzi o jeden z najstarszych zachowanych egzemplarzy w ogóle, z udokumentowaną historią. Szczęśliwie Właściciel – Wojtek, który już wcześniej udostępniał mi Lancię Gammę – znalazł czas z dnia na dzień, w niedzielny poranek. „Lepiej nie czekajmy, w następny weekend może być zbyt późno” – dodał, bo telefony odbierał od pierwszych chwil.
Fastback z silnie pochyloną szybą, pionowo ciachniętym odwłokiem i w połowie zakrytym tylnym kołem – to klasyka gatunku Hydrocytryny. Ilość chromu (a dokładniej – nierdzewnej stali) wskazuje na głęboko zabytkowy już wiek designu. Skromny, ceglasty kolor i srebrzyste, lecz zredukowane kołpaki kół odróżniają egzemplarz Wojtka od lśniącej rakiety, która kiedyś zszokowała mnie tak bardzo, że zaraz zachciało mi się rysować ją Zaczarowanym Ołówkiem. Taka okazja niestety się nie trafiła, za to dziś, po z górą czterdziestu latach, dzięki uprzejmości Wojtka udało się odbyć prawdziwą przejażdżkę.
Foto: praca własna
***
Już Zdzisław Podbielski wiedział, że współczynnik Cx Citroëna CX nie przystaje do oczekiwań. Zorientowani wiedzą też, że do oczekiwań nie przystają silniki, w zasadzie wszystkie. Dlaczego więc samochodziarze tak się ekscytują?
CX to duży Citroën z hydropneumatyką. Trzeci taki w historii i… ostatni, który odniósł sukces, bo też ostatni, który robi wrażenie prawdziwej klasy wyższej.
Poprzednik, legendarny DS, przez 21 lat powstał w 1,455 mln egz., CX – przez 17 lat w 1,17 mln. To po prawie równo 69 tys. rocznie, choć w tym drugim przypadku była szansa na więcej: do 1981r. model nie mógł uzyskać homologacji amerykańskiej (hydropneumatyka nie pozwalała uzyskać przepisowej stałej wysokości zderzaka nad jezdnią), a w 1984r. o włos przegrał kontrakt na masową produkcję w Chinach. Przegrał z Volkswagenem – i nigdy się już nie dowiemy, jak mocno wpłynęło to na układ sił w XXI-wiecznej motoryzacji europejskiej.
CX został skonstruowany na ramie pomocniczej, połączonej z karoserią szesnastoma silentblokami. Francuzi tłumaczyli to względami komfortu i bezpieczeństwa biernego, mimo że Niemcy w tym samym czasie rezygnowali z ram pomocniczych, twierdząc że utrudniają one pochłanianie energii zderzenia. To były ostatnie chwile takiej różnorodności i rozbieżności zdań, w skali całej branży.
Materiał producenta
Ilustracje w prospektach podkreślały opływową formę nadwozia, choć jeszcze nie pokazywały aerodynamicznych tuneli ani wełnianych frędzelków przyklejanych do blach
Foto: materiał producenta
Rozstaw osi 2.845 mm przewyższał konkurentów, wymiary 4.666 x 1.730 mm – już niekoniecznie. Przedni napęd poprawiał przestronność wnętrza, z kolei forma fastbacka bez unoszonej szyby tylnej zmniejszała bagażnik. Co gorsza, ograniczenia przestrzenne bardzo skomplikowały kwestię silnika.
Materiał producenta
Citroën CX powstawał jako bliźniak Lancii Gammy. Jako jego napęd na różnych etapach projektu rozważano zwarte, czterocylindrowe boxery oraz jeszcze mniejsze silniki Wankla – trójwirnikowe, przygotowywane przez spółkę Comotor z udziałem NSU. Niestety, zerwanie współpracy z Włochami odcięło tę pierwszą opcję, a konstrukcje z wirującym tłokiem, zastosowane pilotażowo w Citroënach GS Birotor, okazały się kompletną porażką. Francuzi zostali z awangardową skorupą postawioną na jeszcze bardziej zaawansowanym zawieszeniu modelu SM, ale… bez pomysłu na silnik i nawet miejsca do jego zabudowy. W desperacji zdecydowali się na kolejne upudrowanie antycznych czterocylindrówek pamiętających epokę przedwojenną, które już w DSie odstawały od całej reszty. Tutaj, dodatkowo, nie chciały się zmieścić pod maską…
W końcu się jednak zmieściły: zostały obrócone poprzecznie, pochylone o 30º i wysunięte daleko w przód. Pomogło to skutecznie wytłumić kabinę (w DSie silnik wręcz wbijał się pomiędzy pasażerów), ale skupiło prawie 2/3 masy na przedniej osi i pozostawiło bardzo mało miejsca przekładni, która w związku z tym musiała pozostać czterobiegowa. W tej klasie, i to we Francji – trochę wstyd, ale dłużej się czekać nie dało. Pełnym dopracowaniem konstrukcji i usunięciem takich braków inżynierowie zajmowali się już po premierze – ale to też część charakteru marki, bo czym byłby Citroën bez nietypowych, lekko załamujących smaczków…?
Honor CXa ostatecznie uratował… Cx, to znaczy współczynnik. Dzięki dobrej aerodynamice stareńka dwulitrówka OHV, z której inżynierowie wykrzesali 102 KM przy 6.000 obrotów i 155 Nm przy 3.000, potrafiła nadać sporej limuzynie szybkość 100 km/h w dwanaście sekund po starcie, a później rozbujać ją do 175 km/h – jak dużo bardziej żarłoczna, 2,3-litrowa szóstka Mercedesa. Bardziej wymagający mogli zamówić 112-konną wersję 2200, a oszczędni – względni wystraszeni niedawnym kryzysem naftowym – 2000 Economique, ze standardowym silnikiem, ale wydłużonym czwartym biegiem. W ciągu kolejnych lat paleta szybko się rozszerzała: do 1991r. objęła przedłużane limuzyny, kombi, benzynowe silniki 2.300, 2.400 i 2.500 (również wtryskowe i turbodoładowane), 2,5-litrowe diesle i turbodiesle, wreszcie skrzynie pięciobiegowe i automatyczne – nigdy jednak nie zawierała trójbryłowego sedana, hatchbacka ani żadnego motoru w układzie innym niż R4 (bo chociaż koncern PSA dysponował V6-tkami serii PRV, pod maskę CXa wcisnąć się ich nijak nie dało).
Podwozie opierało się oczywiście o firmowy układ hydropneumatyczny, w nowym wydaniu znanym już ze zjawiskowego grand tourera nazwanego SM. Hydropneumatyczne zawieszenie i wysokociśnieniowy hamulec były oczywiście seryjne, natomiast rewolucyjny, lecz kosztowny i budzący kontrowersje układ DIRAVI, z funkcją samopowracania kierownicy nawet na postoju, w CXie oferowano opcjonalnie. W standardzie kierownica nie miała żadnego wspomagania, co w połączeniu z dużym naciskiem na przednią oś mocno utrudniało kierowanie.
W 1975r. podstawowy CX – dwulitrowy, 102-konny, bez żadnych dodatków – kosztował w RFN 16.900 DM, topowy 2200 Pallas – 20.700 (ale i on wymagał dopłaty 990 DM za DIRAVI, również 990 za konwerter momentu obrotowego i 1.800 za skórzaną tapicerkę, miał za to seryjne elektryczne szyby, zagłówki, regulowaną wysokość fotela kierowcy, bezwładnościowe pasy, metalizowany lakier i kilka innych dodatków). Bazowy Mercedes 200 – naonczas jeszcze W115, o mocy 95 KM – był od „Cytryny” prawie 200 DM tańszy (ceny od 16.705), a i sześciocylindrowy, 120-konny 230.6 wychodził aż 1.500 DM mniej niż 2200 Pallas (19.269 DM). Francuzi – podobnie jak Anglicy czy Włosi – wcale nie cenili się wówczas niżej od Niemców, bo i nie mieli przed nimi kompleksów. Nie znam jednak ówczesnych cenników z Francji – podejrzewam, że relacje mogły być odwrotne.
Tak wyglądał topowy CX Pallas z początku lat 80-tych – wprawdzie biały, nie srebrny, ale z tym samym napisem i tymi samymi lśniącymi kołpakami, które swego czasu wręcz oślepiały swym blaskiem. Przynajmniej w czasach, kiedy krakowskie Stare Miasto było w ruinie, a przechodnie tylko wypatrywali, z której kamienicy poleci im na głowę cegła, kawałek dachówki, ewentualnie pusta butelka.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Nie pamiętam, czy tamtej „Cytrynie” zaglądałem przez szybę, ale myślę że nie, bo taki widok na pewno bym zapamiętał. Jednoramienne kierownice, zwariowane deski rozdzielcze i dzikie detale w rodzaju kulistej popielniczki należały do citroenowskiej tradycji, jednak w Polsce pozostawały kompletną egzotyką.
Foto: materiał producenta
***
„Cytryna” Wojtka pochodzi z rynku austriackiego. W 1975r. kupił ją znany architekt z Grazu (o dziwo, nie wolał Saaba 🙂 ), nazwiska kolejnych właścicieli też figurują w dokumentach. Do Polski auto trafiło w 2016r. i nigdy nie było restaurowane: w ciągu półwiecza przeszło jedynie położenie nowego lakieru, obszycie tapicerki (w zgodzie z oryginalnym materiałem i kolorystyką), regenerację skrzyni biegów, gaźnika, hamulców, zapłonu, rozrusznika i przednich sfer zawieszenia, a także wymianę sfer tylnych, akumulatora ciśnienia i sprzęgła. Z bliska można dopatrzyć się kilku kosmetycznych mankamentów, ale to nie jest nic, z czym nie poradziłby sobie profesjonalny detailer.
By sfotografować samochód pod kątem z góry, zazwyczaj muszę wejść na jakiś murek lub ławkę. Tu nie musiałem: CX-a przerastam o prawie 40 cm, i to bez wypuszczania ciśnienia ze sfer. Smukła sylwetka do dziś robi wrażenie, jeśli uświadomimy sobie, że wóz pojawił się na rynku zdominowanym przez Mercedesa W115 (nawet nie W123!!), Peugeota 404 i 504, Renault 16 czy Fiata 132. Fastbacki – jak Lancia Gamma, Renault 20/30 albo Rover SD1 – dopiero pojawiały się w klasie wyższej.
Foto: praca własna
Zgodnie ze swą nazwą CX świetnie przecina przodem powietrze. Długi, zaostrzony dziób wydaje się do tego stworzony, choć nietypowe wrażenie robią niewidoczne z tej strony koła (kwestia długiego zwisu) i czarne osłony końcówek ramy pomocniczej, przywodzące na myśl raczej solidną terenówkę.
Foto: praca własna
Tu lepiej widać ramę i dukty doprowadzające powietrze do tarcz hamulcowych (inaczej niż w DSie, tarcze CXa znajdują się przy piastach kół, bo przy skrzyni biegów nie było już miejsca)
Foto: praca własna
Dukty są konieczne, bo w feldze nie przewidziano otworów. Ciekawostka: CX miał standardowo szersze opony przednie (odpowiednio 185 i 175/14), kompensujące nierówny rozkład masy, jednak w Austrii zabraniały tego przepisy, więc u Wojtka są cztery 185-tki. Warto dodać, że i rozstawy kół są różne: przedni 11,5 cm szerszy od tylnego. To i tak lepiej niż w DS, gdzie różnica wynosiła 20 cm, ale widać, że z podsterownością walczono intensywnie.
Foto: praca własna
Reflektory oczywiście francuskie, z żółtymi żarówkami
Foto: praca własna
Jedno lusterko raczej nie dziwi, jedna wycieraczka – już prędzej (zwłaszcza że ona nie siedzi na mimośrodzie, jak w późniejszych Mercedesach, tylko zatacza zwyczajne półkole). Pierwszy rocznik łatwo poznać po wybulwieniu maski – to taki prowizoryczny sposób zmieszczenia układu dolotowego, zanim konstruktorzy wszystko przeprojektowali.
Foto: praca własna
Tym razem odpuściliśmy sobie fotografowanie czterech wysokości zawieszenia, ale sylwetkę CXa i bez tego uważam na najładniejszą spośród wszystkich Hydrocytryn. Do dziś na jej widok myślę o Zaczarowanym Ołówku 🙂
Foto: praca własna
Z tyłu CX podoba mi się bardziej niż (skądinąd mój wymarzony) SM: wygląda lżej, zwinniej, ma więcej polotu i francuskiego wdzięku. Szkoda więc, że to nie on występował z dwojgiem drzwi.
Foto: praca własna
Aerodynamice pomaga pionowa ściana tylna, od nazwiska pomysłodawcy nazwana Kamm-Back (w okresie międzywojennym czołowym badaczem zjawisk aerodynamicznych był niejaki Wunnibald Kamm)
Foto: praca własna
Wklęsły kształt tylnej szyby zapobiega jej brudzeniu, eliminując potrzebę zastosowania wycieraczki (do tego tricku nawiązał po latach Citroën C6). U Wojtka wklęsłość widać słabo, bo maskuje ją plastikowa osłona przeciwsłoneczna, będąca poszukiwanym gadżetem z epoki.
Foto: praca własna
Bagażnik ma pojemność 475 litrów, ale subiektywnie nie powala, mimo że nie pomniejsza go koło zapasowe (przeniesione do komory silnika). Trudno powiedzieć, czy brak wykładziny to bug czy feature – zdjęcia wczesnych egzemplarzy często tak wyglądają.
Foto: praca własna
Otwarcie ceglastoczerwonych drzwi ukazuje krwistoczerwone wnętrze. Tapicerka została odnowiona, ale w pełnej zgodności z oryginałem. Mnie akurat nie zachwyciła, bo po pierwsze, nie przepadam za tym kolorem, a po drugie – jakość materiałów to jeden z nielicznych aspektów CXa, który nie przystaje do klasy wyższej. W przeciwieństwie do precyzji i odgłosu zatrzaskiwania drzwi, którym niczego nie można zarzucić.
Foto: praca własna
W środku nasycenie czerwieni zahacza o absurd, natomiast obicia są trochę lepsze, a przestronność i komfort siedzeń – wręcz doskonałe. Dokładnie takie, jakich spodziewamy się po flagowej limuzynie Francuzów.
Foto: praca własna
Foto: Wojtek Wiecha
Z przodu mamy to samo, wzbogacone jeszcze o awangardowy design godnie kontynuujący tradycje poprzednika. Pełnowymiarowa konsola środkowa – wcale nieoczywista w przednionapędówce – mieści radio z monofonicznym głośnikiem, popielniczkę (niestety nie kulistą, jak w Pallas) i zaślepki przycisków elektrycznych szyb, na których austriacki architekt akurat przyoszczędził. Dalej sterczą dźwignie przekładni i hamulca ręcznego. Tę drugą zaciąga się do położenia prawie pionowego…
Foto: praca własna
…z kolei panel radia leży zupełnie poziomo.
Foto: praca własna
Pomiędzy fotelami znajdziemy suwaki nagrzewnicy, nawiewu i dmuchawy. Pod nogami – trzy tradycyjne pedały: hamulec nie ma już formy grzybkowego przycisku, którą nie wszyscy polubili. Jednoramienna kierownica jest bardzo duża (przy braku wspomagania mniejsza być nie może) i niestety podniszczona – co jednak nie wynika z wytarcia, a raczej długotrwałego działania słońca.
Foto: praca własna
Na mostku kapitańskim kierowca czuje się świetnie, jak w prawdziwej limuzynie klasy wyższej (dopóki nie popatrzy na wyjątkowo tandetny boczek drzwi). W 1975r. superawangardowy kokpit musiał naprawdę szokować.
Foto: praca własna
Funkcje dźwigienek pod kierownicą przejęły „satelity”: pstryczki po stronie prawej włączają reflektory (na dole) i przełączają światła mijania/drogowe (na górze), przycisk z boku pozwala błysnąć długimi. Z lewej znajdziemy wyłącznik wycieraczek, klakson i pływający przełącznik migaczy. Migacze niestety nie wyłączają się automatycznie po skręcie: producent tłumaczył, że to powinna być „świadoma decyzja kierowcy”, choć niektórzy komentatorzy wskazują raczej na utrudnioną realizację tej funkcji przy jednoramiennej kierownicy.
Foto: praca własna
Zestaw wskaźników jest lekko niekonsekwentny. Dominują w nim bębenkowe wskaźniki szybkości i obrotów, ukazujące pojedynczą liczbę powiększoną przez lupę, zegar godzinowy pozostawiono w pełni analogowy, poziom paliwa i ładowanie akumulatora prezentują poziome kreski, za to o temperaturze wody czy ciśnieniu oleju powiadomią nas dopiero lampki alarmowe. Wygląd całości jest fascynujący, czytelność – przeciętna (choć oczekiwałem gorszej).
Foto: praca własna
Wczesny rocznik CXa można poznać po jeszcze jednym szczególe: możliwości pozostawienia skręconych kół na postoju. DIRAVI na to nie pozwala, dlatego takie zdjęcie, jak poniżej, można zrobić bardzo niewielu zachowanym egzemplarzom.
Foto: praca własna
***
W artykule o germańskiej dominacji w klasie wyższej pisałem, że limuzyny francuskie czy włoskie, mimo budzenia wielkiego entuzjazmu samochodziarskiej braci, nie stoją na tym samym poziomie. To jednak dotyczyło dopiero przełomu stuleci: w Epoce Chromu żadnej „germańskiej dominacji” nie było, bo ze współczesnej niemieckiej trójcy funkcjonował praktycznie tylko Mercedes, a duże Citroëny, Peugeoty, Rovery, Triumphy, Lancie, a nawet Fiaty nie musiały się przed nim wstydzić. „Przełamywać” należało co najwyżej bariery handlowe, ale w latach 70-tych i one były już mocno zmurszałe.
Citroën CX jest prawdziwą limuzyną klasy wyższej – bo nawet jeśli plastiki wnętrza wyraźnie od konkurencji odstają, to całą uwagę absorbują inne wrażenia. Subtelne zatrzaśnięcie drzwi, zatopienie się w głębokim fotelu, objęcie dłońmi jednoramiennej kierownicy i każdy kolejny ruch potwierdzają, że zasiadamy we flagowym okręcie motoryzacji kraju, który samodzielnie rozwija technikę atomową, naddźwiękową i kosmiczną.
Mimo temperatury bliskiej zeru zimny silnik rusza bez ssania. Mistrzem kultury pracy niestety nie jest, choć w CXie maskuje to oddalenie od kabiny i podwójnie elastyczne mocowania (silnika do ramy pomocniczej i ramy do nadwozia). Czerwona lampka STOP gaśnie po dosłownie trzech sekundach, choć zawieszenie podnosi się kilkakrotnie dłużej.
Sprzęgło działa dość twardo i bierze ostro, jednak większym problemem jest kierownica: brak wspomagania przy ciężkim przodzie bardzo utrudnia manewry i wymusza ich staranne planowanie: dobrze jest np. parkować na raz, by nie musieć poprawiać, a nawet „taktycznie” podchodzić do skrętów, bo nawet w czasie jazdy kręcenie wymaga wysiłku. To auto zdecydowanie zaprojektowano pod DIRAVI, z którym zapewne zamieniłoby się w latający dywan, jednak pośpieszne wdrażanie produkcji wymogło początkowo pewne kompromisy. CX to nie Jelcz, da się go prowadzić bez serwa, tyle że po tym modelu spodziewamy się czegoś innego. Na szczęście jednak więcej wad dostrzec tu trudno.
50-letnie hydropneumatyczne zawieszenie staje na wysokości zadania – co najlepiej poczuć na krętych, wiejskich dróżkach, na jakich robiliśmy test. Wojtek wywiózł mnie nawet na kawałek szutrówki, gdzie nic nie stało na przeszkodzie, by rozwinąć normalne prędkości szosowe. Natomiast na zniszczonym, podziurawionym asfalcie zniszczeń i podziurawień trzeba specjalnie wypatrywać, bo przez siedzenie nie poczujemy ich wcale.
Foto: praca własna
Kierownica i sprzęgło są twarde, hamulec oczywiście przeciwnie. Dozowanie siły ułatwia „zwyczajna” forma pedału: w SMie uzyskanie płynnego hamowania zajęło mi chwilkę, w CXie nie miałem problemu od samego początku, choć i tutaj trzeba wykazać się odrobiną wyczucia. Ogólnie jednak po raz kolejny powtórzę, że przepisywane w wielu artykułach opinie o „zero-jedynkowym” hamulcu Hydrocytryn to echo szoku z 1955r., kiedy punktem odniesienia dla zaprezentowanego właśnie DSa były auta przedwojenne. Kierowca współczesny – owszem, musi przywyknąć do bardzo krótkiego skoku pedału, doceni też doskonałą, praktycznie dzisiejszą skuteczność wysokociśnieniowego układu, na pewno jednak nie powie, że siły hamowania nie da się precyzyjnie dawkować, bo przez ostatnie 60 lat branżowe standardy bardzo się przesunęły.
Przyzwyczajenia wymagają też „satelity” z przełącznikami świateł i wycieraczek. W trakcie przejażdżki używałem głównie przycisku kierunkowskazów: naciska się go inaczej niż klasyczny patyczek, ale to wchodzi w krew po dosłownie kilku skrętach, a wyraźny sygnał akustyczny nie pozwala zapomnieć o ręcznym wyłączeniu (choć pewnie nie każdemu).
Ciekawe, że w tak wielkiej karoserii nie było gdzie zmieścić porządnego silnika. CX V6 – to byłby sztos (zapewne porównywalny z SMem 🙂 ), jednak w 1975r. sukcesem było samo zmieszczenie tu jakiejkolwiek dostępnej producentowi jednostki napędowej. Upchnięcie dolotu wymagało dodatkowego wyprofilowania maski i… opracowania specjalnego filtra powietrza, stosowanego tylko w tym roczniku i przez to dziś prawie niedostępnego na rynku.
Foto: praca własna
Całość wpasowano tak ciasno, że kawałek nadkola zastąpiono gumą, by pracująca skrzynia biegów nie waliła w blachę!! Czasem podziwiam dawnych inżynierów i ich zdolności improwizacji na żądanie…
Foto: praca własna
102-konna czterocylindrówka nie wzbudza dreszczy emocji, ale do sprawnej jazdy wystarcza. Bazowy Mercedes rozwijał 7 KM mniej przy masie 100 kg wyższej (poza tym jego standardowa przekładnia też nie miała piątego biegu, a kierownica wspomagania). Dokręcany do 4.000 obrotów CX przyspiesza całkiem żwawo, nie wykazuje dziur w gazie ani nie hałasuje nadmiernie, a zejście do 25 km/h na trójce też znosi bez krzyku. Licznikowe 100 km/h odpowiada 3.000 obrotów – to wcale niedużo, jak na 1975r., zwłaszcza że szybkościomierz praktycznie nie przekłamuje (sprawdziliśmy „informacyjnym” radarem z centrum wioski). Przy 4.000 byłoby więc ponad 130, czyli bardzo dobra autostradowa prędkość z tamtych lat, przy normalnych ówcześnie obrotach długodystansowych. W późniejszych latach pojawiły się skrzynie pięciobiegowe, które zapewne jeszcze poprawiły sytuację.
Jako wersja bazowa dwulitrówka wystarcza więc w zupełności – tyle że nie daje sześciocylindrowego komfortu, dostępnego nie tylko u Mercedesa czy BMW, ale również Alfy-Romeo, Rovera albo Renault 30. We Francji nie miało to większego znaczenia, bo dużych silników prawie nikt nie kupował, a później Citroën zaoferował też benzynowe silniki z wtryskiem i turbo, rozwijające do 170 KM i 220 km/h (były też 120-konne turbodiesle, naonczas najszybsze w świecie – 195 km/h, 11 sekund do setki).
Jeśli chodzi o spalanie, Wojtek mówi o 10-12 litrach, przy przewadze jazdy pozamiejskiej. Dawne testy podają 12 w cyklu mieszanym – dużo, jak na dzisiejsze standardy, ale całkiem akceptowalnie w limuzynie wyższej klasy, skonstruowanej ponad pół wieku temu.
Foto: praca własna
***
CX był zapowiadany jako produkt na kolejne 20 lat – dokładnie tyle, ile na rynku przetrwał jego poprzednik. Do tego celu brakło niewiele, a że techniczna i stylistyczna koncepcja obu modeli była taka sama, można powiedzieć, że zdolność robienia wrażenia zachowała przez ponad trzy i pół dekady.
Najciekawsze, że tę zdolność straciła… dokładnie po wyeliminowaniu największych braków: model XM z 1989r. oferował szeroką paletę jednostek napędowych, od bardzo oszczędnych do bardzo mocnych, a ponadto olbrzymi bagażnik wersji kombi, udoskonalony system hydropneumatyczny, a opcjonalnie też układ DIRAVI. Nie odniósł już jednak sukcesu: częściowo z powodu innej sytuacji rynkowej i zmieniających się priorytetów nabywców, wśród których czołowe miejsce komfortu zajęła teraz dynamika, ja jednak uważam, że przynajmniej równie istotna była wspomniana zdolność robienia wrażenia. Tak zwany czynnik WOW, który w DSie i CXie (a także SMie) wręcz wylewał się z każdej strony, zaś u następców mocno rozwodnił się i zanikł.
DS, CX i SM do dziś promienieją Klasą i Niesamowitością. To Wielkie Dzieła Wielkiej Francji, prawdziwie zapierające dech w piersiach. O XMie albo C6 – które obiektywnie rzecz biorąc są dużo lepszymi samochodami – żaden dziennikarz tak nie napisze, a żaden przedszkolak na ich widok nie pomyśli o Zaczarowanym Ołówku. Kto nie wierzy, niech sprawdzi trendy sprzedaży: po prawie 1,5 mln DSów i 1,7 mln CXów powstało tylko 333 tys. XMów i żałosne 23 tys. C6-tek – bo w wyższych segmentach samochodowego rynku nie sprzedaje się parametrów ani cen, tylko ludzkie marzenia, a u Citroëna zdolność budzenia marzeń skończyła się na CXie.
CXa Wojtka wciąż można kupić: LINK DO OFERTY
Foto: praca własna
Foto tytułowe: Wojtek Wiecha
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Pamiętam takiego, ale znacznie późniejszego CX. Własność mojego wujka (tak miałem takiego wujka, co nie za bardzo lubił Mercedesy i w Polsce jeździł Wołgą a w Niemczech CX’em). Czasem jeździłem tym autem, ale nigdy jakoś go nie lubiłem. Może dlatego, że był używany niezgodnie z przeznaczeniem, jeździł przede wszystkim po i wkoło miasta. A ja doceniałem, całkiem inaczej niż autor artykułu, tylko silnik w tym aucie. 2,5l diesel. Uważałem wtedy ( w latach 1986-1989) że był to jeden z najlepszych dużych diesli, lepszy niż 5 cyl. Mercedesa (nie porównywałem wtedy jeszcze do 2,5 T1 Audi). Reszta auta była dla mnie przedobrzona. Wnętrze obszerne, ale siedzenia jakieś takie za miękkie, te plusze to tez mnie nigdy nie lubiły. Jeżdżenie po mieście, mimo że ten model miał wspomaganie, było co najmniej uciążliwe. Duże auto, słaba widoczność do parkowania. No a poza miastem prowadzenie nie powalało. I może jeszcze coś, w tym czasie w Niemczech drogi były na tyle dobre ze te super wygodne hydro-pneumatyczne zawieszenie tu nie mogło wykazać swej wyższości nad konwencjonalnym. W rodzinie jeździł wtedy BMW E34 i on był, przynajmniej dla mnie, o niebo lepszy. Ale to tylko moje odczucie a sam CX na pewno zasługuje na pamięć jako auto nietuzinkowe i „inne niż wszystkie ” a dzis sammelwürdige Klassiker.
Jak widać, Twój ranking to po prostu historia rozwoju techniki. E34 było kilkanaście lat późniejsze od CXa, a CX też dużo późniejszy od techniki W115/W123. Więc preferencje jak najbardziej zrozumiałe 🙂
Porównanie do 5cyl. Mercedesa było do E124 90KM. Miałem okazje jeździć i CX ( miał 95KM ale w 4 cyl. ) i DB 124 i E34 ( benzyną i dużo więcej KM ) gdzieś ’89-91.I to dlatego je porównuje. Wszystkie były duże i trochę luksusowe. Ale oczywiście masz racje E34 było konstrukcja znacznie młodszą i 124 tez. Ale co bardzo mi się podobało w CX to wskaźnik poziomu oleju. A sprawdzać i dolewać to trzeba było często.
Pierwszego cx kupilem z polskiego rynku w 88r 2.0 benz 1980r i nie bylem zadowolony .Archaiczna instalacja elektryczna ze szklanymi bezpiecznikami ciagle szwankowala.I te irutujace zegary.Potem kupilem ph2 25trd wolnossaka no i to byla niezawodna fura do wszystkiego i pod lawete tez .Duzy ciezar na przodzie pozwalal ciagnac pezyczepe w kazdych warunkach.Motor niesamowicie silny i trwaly.Kiedys 200km przyjechalem z urwana linka sprzegla .Potem byl 25 turbo2 o ten to i odejscie juz mial .Piekny ciemny granat z kosmicznymi alusami.Bylo minelo a jeszcze na strychu czesci zbierane okazyjnie do cx leza po 30 latach.
No no mega futurystyczne auto jak na lata 70. Przyznam szczerze, że nie jestem zwolennikiem takich i mając do wyboru W115 i CX-a wybrał bym zdecydowanie W115. Ale szanuję Citroena za odwagę. Co do C6 ojciec znajomego miał takiego bodajże przez 3 lata i w tym czasie popsuło tam się wszystko co mogło się popsuć. Nie dziwię się tak małej sprzedaży, poza tym to auto było po prostu brzydkie. W PRL ogólnie nie było za dużo Citroenów , chociaż z lat 90 jakieś tam pojedyncze sztuki GS/GSA kojarzę.
Szkoda, że wspominając o Niemczech nie wspomniałeś o NRD wszakże była to limuzyna samego Honeckera. Może i było tak, że więcej ich jeździło w NRD niż w RFN. Chociaż „dla ludu” to były raczej GS/GSA. Sporym rynkiem zbytu dla CX-a były kraje Beneluxu. Jeszcze kilkanaście lat temu jeździło ich tam naprawdę dużo.
WnNRD było sporo GSA, dostępnych w Intershopie, podobnie w Czechosłowacji. U nas zdarzały się (pamiętacie 07 zgłoś się i odcinek Zamknąć za sobą drzwi).
Natomiast na nrd.blog jest info, że cytrynkę CX miał tylko Erich. W innym źródle znalazłem też, że dlatego import do NRD był zakazany.
Poza tym enerdowska wierchuszka lubiła Volvo (internacjonalizm i lewicowość Olofa Palme), a Wandlitz czyli zamknięte miasteczko dygnitarzy nazywano Volvogradem.
Marian Zacharski opowiadał, że gdy w 1986 czy 87 był w NRD, to Volvo, którym go wożono jako założonego wywiadowcę było zawsze oplute.
Ja znalazłem info o 35 sztukach CXa w NRD, wyłącznie w rękach partii. GSA było ponoć 5500, z czego większość sprzedana za dewizy, nieliczne egzemplarze za wszchodnie marki na partyjny przydział.
W RFN CXów sprzedało się 111 tysięcy, a lokalnych i zagranicznych konkurentów w tym czasie całe miliony. Żrodlo: https://www.auto.de/magazin/tradition-40-jahre-citroen-cx-weltmeister-wunderauto-und-werkstattwagen/
PS historyczny artykuł o CXie pewnie jeszcze napiszę, na razie jest przejazdżkowy
Dobre z tym Volvem. Muszę wreszcie przeczytać Zacharskiego, wielu ludzi mi polecało.
@SzK, o to ciekawe info. Niemniej i tak zastanawiające , że zdecydowali się na Citroeny, wszakże serwis tego musiał być bardzo ciężki.
Co do Volvo , myślę, że nie jest to kwestia Olofa Palme, a Volvo ogólnie robiło interesy z komunistami. Podział na Volvo Cars i Volvo truck to zdaje się istnieje od 1999, a wcześniej była to jedna firma. Zmierzam do tego że w socjalistycznych firmach świadczących transport międzynarodowy , trzon taboru zawsze stanowiło Volvo chociaż inne marki też się trafiały(głównie Mercedesy). Jeszcze w latach 00 dało się spotkać ciągniki siodłowe F10/F12 w żółtym malowaniu świadczącym o przeszłości w PEKAES na polskich drogach. Dużo Volvo w pomarańczowym malowani miało też radzieckie Sovtransavto. Na 40ton.net można poczytać sporo o historii tych firm. Co ciekawe jedynie węgierski Hungarocamion korzystał ze Scanii i to w dość małych ilościach. A co do osobowych Volvo wiem, że takowe trafiały się w ZSRR, chociaż słabo znam rosyjski i nie znalazłem źródeł na temat ich sprzedaży. W końców PRL-u też dostarczono do garaży rządowych 760 GLE , którymi jeździła potem jeszcze ekipa Wałęsy. Fakt, że jeśli chodzi o „luksusowe osobówki” to Polacy woleli raczej Mercedesy, a przynajmniej mieli do nich łatwiejszy dostęp ze względu na brak wiz do Berlina Zachodniego. Niemniej Volvo też się trafiało na drogach, pamiętam relacje z giełdy z 1986 roku gdzieś na youtube, gdzie Volvo 760 sprzedano za 25 mln zł i było tam najdroższym samochodem.
A może jednak kwestia Olofa Palme. Za komuny sporo szwedzkich firm budowalo sporo rzeczy w Polsce. Novotele, wieze Centrali Handlu Zagranicznego (stalexport), wiezowiec pll lotu.
Wydaje mi się, że Szwedzi po prostu robili interesy gdzie mogli. Wszak wtedy jeszcze kolonie i jakieś zależne postkolonialne twpry istniały.
Nie zapominajmy o IKEI, chociaż to były chyba jeszcze lata 70-te
Właśnie w tym odcinku „07 zgłoś się” występował CX, a nie GSA i to w dwóch sztukach, czerwony używany przez Capuccino i Adolfa, no i biały, który wespół z Peugeotem 504 i przyczepą kempingową tworzył „białą karawanę”, którą przyjechali panowie z Jugosławii w interesach.🙂
Cudowny egzemplarz, oglądałem go kilka miesięcy temu na YouTube na kanale Jana Garbacza.
Z CX’em bliski kontakt miałem raz, znajomy taty jest ich fanatykiem, a z zawodu stolarzem, swego czasu używał CX’a kombi w turbodieslu do wożenia formatek i jako daily, pozytywny świr 🙂
Wiózł nas nim raz z Warszawy gdzieś pod Łódź na oględziny auta dla taty. Notabene, miała to być Xantia, tacie bardzo się spodobały hydrocytryny bo pożyczał ode mnie czasem BX’a, ale oglądany egzemplarz miał za dużo wad i finalnie udało się znaleźć i kupić 406 kombi w Warszawie. Moje doświadczenie zapamiętałem przede wszystkim z ogromnej przestrzeni we wnętrzu, super wygodnych foteli, ciekawych rozwiązań jak satelity czy otwieranie drzwi od wewnątrz poprzez naciśnięcie spustu jak w pistolecie, no i oczywiście niebiańskiego komfortu zawieszenia. Mój BX był komfortowy, ale do większego CX’a nie miał startu, on zdawał się unosić nad jezdnią. 2,5-litrowy turbodiesel miał zupełnie współczesne osiągi i był dość dobrze wyciszony, nie miał problemu z utrzymywaniem stałej prędkości 180km/h na autostradzie we względnej ciszy.
Szwedzi lubili rozliczać się w barterze co dla oglądających kilka razy każdy dolar demoludów było idealnym rozwiązaniem.
Scanie wychodziły ponoć drożej.
@Marcin tak , tak masz rację. Chyba za te Volvo to częściowo poszedł polski węgiel , chociaż już czytałem o tym tak dawno, że mogę się mylić.
Niesamowite auto i świetny egzemplarz – dla mnie dużo bardziej interesujący niż późniejsze wersje (czuć w nim klimat futuryzmu lat 70-tych i filmów Rogerem Moorem). Zastanowiła mnie ta widoczna rama pomocnicza: czy jej obecność ratuje nadwozie w przypadku korozji, tak jak w starych autach z USA, czy rzeczywiście przekłada się na wzrost bezpieczeństwa biernego (ta wystając stalowa sztaba przypomina taran w dawnych galerach) oraz czy producent przewidywał wymianę poduszek pod nadwoziem, tak jak obecnie wymienia się poduszki pod silnikiem?
Nie pamiętam jak dokładnie miało to działać, ale czytałem kiedyś rys historyczny CX’a na stronie Klubu Cytrynki, i podobno ta rama pomocnicza miała za zadanie „wciągać” silnik pod auto w razie zderzenia zamiast wciskać go wgłąb kabiny pasażerskiej, nie jestem jednak w stanie tego zweryfikować. Na YT znalazłem film z testów zderzeniowych z epoki i muszę przyznać że całkiem nieźle znosi uderzenia frontem przy 50km/h.
Jak w 95 strzelilem cx w doope z boku 125p bo mi droge zajechal to widzialem jak baczki robil ze 3 razy .Nic mi nie wciagnelo .Poszly lampy i maska .Zjechalem o wlasnych silach tylko na zderzaku mialem juz slad odcisniety w plastiku nadkola fiata.
A, to Szczepan pisze o CX-ie drugi artykuł, tym razem historyczny, rozumiem. Bo niezmiernie się dziwiłem dlaczego zabrakło w tym artykule znakomitego wprowadzenia historycznego, będącego od lat znakiem firmowym Szczepana.
A było by o czym pisać: lata 70. to czas we Francji bogaty w wydarzenia: odrzutowy naddzwiękowy Concord, rozbudowa elektrowni atomowych, pierwsze testy super szybkiej kolei TGV, pierwsze oznaki powojennego kryzysu czy definitywny koniec kolonialnej potęgi Francji.
A na świecie to rozplenienie się terroru wspomagane przez Sowietów, polityka odprężenia pomiędzy mocarstwami (détente), afera Watergate czy demokratyzacja Hiszpanii i Portugali.
Przejażdżki po godzinach, artykuły historyczne i pomniki trwalsze niż że spiżu to absolutny Olimp twórczości motoryzacyjnej.
Na razie nie piszę, ale to jest model godny bliższego opisania. Wiele było już takich modeli, które opisywałem w dwóch artykułach, historycznym i testowym.
Zabawne, w tygodniu odświeżałem sobie komiksy z Asterixem, wczoraj oglądałem popisy Jeana Reno cytryną beiksem w „Operacja Corned Beef”, a dzisiaj CX z „Zamknąć za sobą drzwi” ; ) Powiem szczerze, z całego wozu to tylko mi się przód podoba, linia boczna może być, ale już tył wygląda mi na taki dosztukowany na ostatnią chwilę. Już nie wspomnę o tym, że ma beznadziejny otwór załadunkowy jako fastback. Serio, ktoś nie podumał – przy liftbacku IMO byłoby lepiej i równie kosmicznie 😉 Chociaż jak pamiętam, klasa wyższa wolała sedany mimo wszystko. Większe wrażenie pamiętam zrobił na mnie CX w kombi ze zmatowiałym lakierem – może dlatego że wygląda jak karawan, nie wiem :>
Wtedy jakaś dziwna moda na fastbacki panowała. VW 1600 TL, potem właśnie wysyp w klasie wyższej. Ludzie woleli sedany, albo ewentualnie hatchbacki, ale producenci jakby się zmówili.
Wydaje mi się, że ze względu na pewną „nowość” że tak powiem – bo choć wcześniej już kombinowano z nimi – Renault 16, Citroen Dyane czy rodzima Syrena 110 – to na dobrą sprawę przy premierze Golfa I i Passata I, Fiata 127 hatchbacka czy Zastavy 101 i innych Civiców zaczęto myśleć że w sumie skoro w niższych segmentach zażarło, to czemu i nie w wyższych ; ) Tylko nowości mają to do siebie, że przyjmują się na długo, albo zanikają dość szybko
Takie były wtedy czasy – spójrz, że Fiat 127 czy Opel Kadett D również występowały w takich niezbyt przemyślanych wersjach.
Dobry, korekta obywatelska bo kłuje w pczy „nazwiska kolejnyh właścicieli też”.Reszta smaczniutka!!
Wpis pod samym sobą, ale rzeczywiście, takie koralowe wnętrze jest nie do wytrzymania, nie wiem po ilu kilometrach będzie się miało dość. To już lepsze z jakiegoś Buicka takie czerwone burgund, niebieskie czy coś.
Siedząc w aucie tapicerki widzi się mało 🙂 Ale ja po prostu mam osobiste uczulenie na jaskrawą czerwień, dlatego mi ten egzemplarz nie leży. Cenię natomiast dostępność wyboru – wtedy tych tapicerek oferowali od groma, każdy mógł wybrać co lubił.
zapewniam Cię, że po każdym kilometrze chce się go więcej 🙂
a ja uwielbiam takie czerwone wnętrza, najpiękniejsze są! choć niestety ja to bym strasznie szybko wybrudził 🙁
w oczy oczywiście, korekta do korekty 🙂
Jest jeszcze literówka w zdaniu : Zorientowani wiedzą też, że do oczekiwań nie przystają siniki .
Już literówki usuwam, dzięki
Nie zgadzam się ze stwierdzeniem autora że CX to najładniesza hydrocytryna. Deesy nic nie przebije 👍
Wiadomo, że każdy ma swój gust. Ale dla mnie CX ma najbardziej czystą linię.
Zgadzam się z SzK, że to jeden z najładniejszych Citroenów. Dziś już takich nie robią, mimo ogromnego postępu w tworzeniu tłoczników do blachy, pozwalających na uzyskanie wyrafinowanych kształtów.
Na początku lat 90. nawet przymierzałem się do kupna CX 2200 albo 2500 GT od sąsiada zza płotu, który udawał się na emigrację do Austrii. Ale mały „pojemnik” na bagaż i brak rozkładanych siedzeń (prowadziłem firmę) oraz wielki na moje ówczesne możliwości silnik sprawiły, że kupiłem we Francji BXa, z wielką tylną klapą i wielkim bagażnikiem). Załapałem się na niewygodny, twardy przełącznik kierunkowskazów na rogu deski i bębnowy prędkościomierz. Obrotomierz był już na ledach.
Pierwszy samochód w życiu, którym przewieziono mnie 200 km/h. Działo się to pod Monachium w roku jaruzelskim 1982, zatem kontrast z życiem codziennym w PRL był doprawdy dojmujacy.
Była krótka seria hatchbacków z unoszoną tylną klapą, tyle że wykonana przez firmę zewnętrzną. Tak samo jak kabriolet.
Czekam na wpis historyczny, mogę zdradzić że pierwotnie nadwozie było wzorowane na projektach Pinifariny dla BMC – konketnie Rover SD1! Francuzji jedynie je „dopracowali”.
Specjalne wersje będą w artykule historycznym
Nieunoszona szyba to dla mnie wielka zaleta CXa – programowo nie cierpię hatchbacków (a jeszcze bardziej liftbacków), kombi traktuję neutralnie, a lubię sedany, szczególnie dwudrzwiowe, i coupe.
Auto jest zjawiskowe, aczkolwiek lubię francuską motoryzację, wiec jest to tendencyjne. Jak miałem Xsare to serwisowalem ja u fachowca tylko od Citroenow, mimo ze to byla już technika PSA. Jeden z powodów byly wlasnie CX, które często tam bywały.
Naprawdę nie ma nikogo komu to auto się nie podoba? 🙂
Wizualnie to auto zawsze było dla mnie dziwne – jakby zlepione z przypadkowych elementów.
Druga para drzwi bez wycięcia na blotnik wygląda jak drzwi z autobusu.
Dalekie umiejscowienie tylnej osi sprawia wrażenie jakby się ona urwała i przesunęła zbytnio. W ogóle ciekawe czemu tak te auta projektowano – zmniejsza to bagażnik, pewnie zwieksza promień skrętu.
Zawsze podobały mi się auta w których tylna linia okien (a dla sedanów również bagażnik) się wznosiła, a tu zakryte tylne koła, szerszy rozstaw przednich, sprawiają wrażenie ociężałości. Całość to taka kluska na kołach.
No i ta kierownica z jednym ramieniem – wygląda jak w mikrusie – jakby ktoś na niej zaoszczędził – tu można było zaszaleć z jakimiś ciekawymi rozwiązaniami.
Mam w ogóle jakieś skrzywienie ale wiele francuskich aut uważam za pokraczne, idące własną droga nie dlatego, że to ciekawa droga ale tylko po to, by zrobić coś inaczej niż reszta.
2cv nigdy nie wydawało mi się urocze, Renault 5 to żelazko na kołach, a cx to auto wizualnie kompletnie dla mnie niezrozumiałe i niespójne- wrażenie lekkości z jazdy wplecione w ociężałą karoserię na ramie.
Wg mnie auta francuskie miały swój ciekawy czas nieco później czyli w latach 90-tych. Pierwsze megane, 206, C5 drugiej generacji.
Z gustami się nie dyskutuje. Ale przesunięta do tyłu oś, przez wiele lat kultywowana przez Citroena, sprawiała, że nadkola nie wrzynały się w tylną kanapę jak w większości innych samochodów i nie przeszkadzały we wkładaniu stopy do kabiny przez tylne drzwi. Faktycznie trudniej wjechać w miejsce parkingowe, ale duży rozstaw osi poprawia jeszcze i tak niewiarygodny komfort hydrauliki.
Mnie się tylko w sumie przód podoba z CX-a : > generalnie mam uczulenie na większość wozów z Francji i Włoszech i ten nie jest wyjątkiem – wozy robiące „inaczej” dane zagadnienie albo wychwalane za design, który nie jest szczególny; nie wspominając o różnie wypadającej kwestii bezawaryjności. Baa, takie Thesis czy inna 159 Brera wyglądają jak potworki klepnięte ot tak. Nawet Scenic pierwszej generacji jest ładniejszy od nich – a nie oszukujmy się, designem nie powala. Co do peżotów, to bym powiedział że najlepsze lata skończyły im się w latach 90.
Chyba jestem za mało „hipsterski” albo „alternatywny” na te środki lokomocji
Skoro już przy tym jesteśmy, to faktycznie – dla mnie samochody z wielkim przednim i małym tylnym zwisem (np.: gro Citroenów, z DS włącznie, Fiat Uno lub Tipo i wiele innych pojazdów) zawsze wyglądały okropnie. Jak atrakcyjna kobieta o drobnej twarzy z nosem a la Cyrano de Bergerac.
Ten egzemplarz jest w ładnym stanie i ciekawej konfiguracji. Super. Poza tym na pewno wyróżnia się na tle masy zabytkowych MB czy BMW, ewentualnie wyrobów FSO. Doceniam. Chociaż osobiście taki design odrzuca mnie jak mało co; najważniejsze że są inni, którym się to podoba. Kwestia gustu.
No właśnie kwestia gustu. Bo moim zdaniem np. Skoda Octavia I zrobiona na płycie podłogowej Golfa, z wielkimi nawisami i z przodu i z tyłu , z perspektywy czasu też wygląda karykaturalnie. CX miał 35 cm większy rozstaw osi i tyle więcej miejsca w wygodnej kabinie z komfortowymi fotelami (a jest tylko 15 cm dłuższy od Skody). A ja pół życia jeździłem Cytrynami i ciągle mam zdrowy kręgosłup.
To czy takie a nie inne auta są popularne na zlotach/spotach to też kwestia dostępności części i łatwości serwisowania. Mimo wszystko NIE KAŻDY będzie miał na tyle zajawkę danym wozem, że w przypadku możliwości jego kupna to go nabędzie. Ewentualnie trzeba mieć w sobie żyłkę druciarza albo drugi zapasowy wóz na podwórku do tego ; )
„Migacze niestety nie wyłączają się automatycznie po skręcie: producent tłumaczył, że to powinna być „świadoma decyzja kierowcy”, choć niektórzy komentatorzy wskazują raczej na utrudnioną realizację tej funkcji przy jednoramiennej kierownicy.” Nie wiem co ma piernik do wiatraka, ja bym bardziej winił tutaj zastąpienie dźwigienki przyciskami. W tym pierwszym wariancie stosuje się elementy zahaczające o spodnią część kierownicy i pozwalające na samodzielny powrót, konia z rzędem temu kto wymyśli jak w taki sposób zintegrować przyciski z tak oddaloną od nich kierownicą. Swoją drogą wkradł się przy satelitach mały błąd – wszystkie przełączniki na nich są opisane jako występujące po prawej.🙂
Dokładnie to samo miałem napisać odnośnie automatycznego wyłączania kierunkowskazów.
To kwestia oddalenia włącznika od osi kolumny kierowniczej.
Podobnie było to rozwiązane Seacie Ibiza pierwszej generacji. Nietypowe, nieco upierdliwe ale do opanowania.
A sam CX to było „auto marzeń” i „kosmiczna technologia” kiedy wchodziło na rynek (a ja byłem mały). Im wiecej o nim się dowiadywałem tym bardziej okazywało się zlepkiem mniej i bardziej udanych pomysłów.
Ten projekt doprowadził Citroena do bankructwa. Auto wygląda jak nieukończony prototyp wprowadzony do produkcji bez większych poprawek- uproszczona linia boczna bez żadnych wyraźnych przetłoczeń, wciśnięty na siłę silnik z poprzedniego modelu. Egzemplarze z pierwszej serii miały tendencje do pożarów.
Co prawda model był dużo bezpieczniejszy od DS-a, ale kwestii sztywności nadwozia rama dużo nie wnosiła. Proszę zerknąć z fotografię z linka
https://mediaeu.invisioncic.com/m304542/monthly_2009_08/103237986_cxkc01.jpg1..jpg.4948f8a246da7c051fd06d68a74b7e9f.jpg
Załączam raz jeszcze
https://www.pinterest.com/pin/334110866077632487/
Sama fotografia wiele nie mówi, jeśli nie znamy szczegółów wypadku. Nie wiemy, czy uderzenie było rowerem jadącym 20 km/h, czy czołgiem jadącym 100.
Poza tym to jest projekt sprzed ponad 50 lat – wtedy standardy były kompletnie nie takie jak dziś. Wiele popularnych samochodów nie miało jeszcze żadnych stref zgniotu i nie było w ogóle projektowanych pod kątem przeżywania wypadków.
Cx to moje marzenie, mam duży sentyment do tego auta. W rodzinie był jeden wujek który miał kilka takich i opowieści o wyjazdach citroenem do Niemiec obrastały do rodzinnych legend. Komfort, niewielkie spalanie diesla, przestronność itd. Wielokrotnie słyszałem że tylko w cx dało się zrobić trasę Hamburg-Gdynia bez większego zmęczenia.
Co do słabej sprzedaży późniejszych modeli, zwłaszcza C6 to trochę mam inne zdanie. Wiele osób marzyło o tym aucie a jednak kończyli w BMW 5 z dieslem 2.0 albo podobnym Audi A6. Powód był prozaiczny – znacznie lepsze finansowanie. W Polsce dopiero od nie dawna o tym tak głośno się mówi, ale na zachodzie od bardzo wielu lat sprzedają się auta do korporacji w różnych formach finansowania i końcowym rachunku decyduje bank. Często bank słabo wylicza wartość rezydualną citroena i rata jest wyższa, niektóre firmy wręcz narzucają „marki mile widziane”. Do tego dochodzi fakt aspiracji. C6 był najdroższym modelem w gamie, E klasa, A6, seria 5 są dopiero w połowie drabinki i nie ma dużo tańszych modeli. Niestety widać dla niektórych ma to znaczenie.
Ah, CX, CX. Tak, jak bym chciał, żeby mi się ten samochód podobał, tak podobać się do końca nie chce.
Projekt boczków drzwi jest straszny, przednie reflektory osadzone wgłąb sprawiają wrażenie, jakby samochód był fabrycznie po dzwonie, tylna wklęsła szyba też wygląda dziwnie, zagłówki na zatrzaski też jakieś takie dziwne…
No sądząc po zdjęciach, to XM byl jakieś 100 razy bardziej spójny i ładniejszy.
Ja z wrocławskich ulic i osiedli przełomu wieków pamiętam kilka CX, w stanie od wskazującego na spory przebieg po gruzy i wrosty.
Czy ja dobrze pamiętam, że geometria przedniego zawieszenia też była inna niż zwykle? Gdzieś na youtubie był film z porównaniem CX, i jakiś niemieckich samochodów (MB, Audi?) – poszukam później, CX dobrzy wypadal w slalomie i na pionowej sinusoidzie.
To chyba to video bylo:
https://m.youtube.com/watch?v=1Wcc3N1eI1w
A mi się podoba. Sylwetka ewidentnie mówi, że to projekt z wczesnych lat 70, zwłaszcza że produkowali go bardzo długo, ale na tle konkurencji jest zupełnie inna i może się podobać. Co innego wersje kombi zarówno w CX jak i XM – te Citroenowi ewidentnie nie wychodziły. Drobny, klinowaty przód połączony z kanciastym, olbrzymim zadem, a fuj, okropność. A co do stylistyki – ja z kolei nie mogę się przekonać do kanciastych samochodów z przerośniętym zadem. Taka Alfa Romeo 155, która dla wielu była i jest pięknym wozem, dla mnie zawsze jawiła się jako spasiony klabzdron z opasłym tyłkiem. Podobna sytuacja jest np. z pierwszym Seatem Toledo, VW Vento czy samochodem o stylistyce lodówki na kołach, czyli Renault 21.
Lubię stare francuskie auta, ale CX średnio mi podchodzi. Właściwie większość hydrocytryn ma stylistykę mocno średnią w moich oczach. Chyba BX podoba mi się najbardziej. No i nie wiem ile w tym prawdy, ale CX podobno mocno rdzewiał. Choć z drugiej strony, we wczesnych latach 70. chyba wszystkie auta rdzewiały na potęgę. Zdziwił mnie brak wspomagania. Na zakończenie: wideo jak Francuzi projektują… BX-a 😉 https://m.youtube.com/watch?v=PRX76hJhdys&pp=ygUUQ2l0cm9lbiBieCBkZXNpZ25pbmc%3D
Alfa Romeo w sumie praktycznie przez całe lata 70 nie oferowała 6-cylindrowego komfortu. Ostatnie rzędowe 2600 to 1968 rok. Pierwsze Busso to 1979. Nie licząc Montreala flagowe limuzyny Alfy przez ponad 10 lat napędzane były 2litrowym Bialbero. Motor zacny ale to nadal tylko 4 cylindry i 2 litry
Zgadza się, w latach 70-tych nie. Ale z całego okresu produkcji CXa wypadły tylko 4 lata (1975-78). A alfowskie DOHC to całkiem inny świat od citroenowskiego żeliwa pamiętającego przedwojnę.
Jak zawsze super artykuł!
Co do Citroena – jestem fanem tej firmy odkąd kupiłem pierwszego C5 w 2003 roku. Jazda prubna trwała 2 czy 3 godzniy – takie Citroen miał wtedy standardy – żeby poczuć o co tu chodzi.
Od małego uznawałem tylko Mercedesy, ale to się zmieniło.
Citroen czy ładny czy brzydki zawsze jest niezwykły. To że wyniki sprzedaży spadały to wina głownie marketnigowców, którzy nie potrafili/nie chcieli wykorzystać przewag i atutów konstrukcji ich firmy. Dlaczego tak się stało – nie wiem, może Peugeotowi się nie podobało coś, a teraz przyszło Stellantis i zaorało Citroena praktycznie całkowicie. Definitywna kasacja i likwidacja.
Marketingiem można dokonać cudów w dzisiejszym świecie – wystarczy sprawdzić wyniki sprzedaży np BMW X6 – jak to wygląda i jak jest trwałe każdy wie. Mercedes od ponad 20lat jedzie na oparach opinii z lat 70, 80 i 90tych i dużo im tych oparów jeszcze zostało. A prawda taka że ten mit powstał na oparach ropy, bo benzynowe silniki były znacznie poniżej konkurencji – nawet niemieckiej.
Taki świat…
Z tym hydropneumatycznym zawieszeniem to też nie jest tak że go nikt nie potrzebuje i już jest zbędne. Ja potrzebuje!
Nie chce auta które trzęsie, niszczy kręgosłup, obrusza plomby z zębów i po prostu męczy. To czuć nawet na super gładkiej autostradzie, kto nie wierzy niech pojeździ C5 czy C6 a zrozumie o co chodzi.
Trasa 900km na raz praktycznie wcale nie jest męcząca, nie wysiada się połamanym czy z bolącą głową lub dolną częścią pleców:)
Nawet na krótkich trasach czy miejskim ruchu jest ta przewaga jest odczuwalna. A aspekt bezpieczeństwa jest nieopodważalny – Citroen ignoruje koleiny, boczny wiatr czy wjechanie jedną stroną w kałuże. Jedzie tam gdzie chce kierowca i gdzie skieruje go kierownicą – i tak ma być.
Wyszli na szczyt w konstrukcji zawieszeń, silników diesla HDI …i wszystko to porzucili – ogromne marnotrawstwo!!!
P.S. A czy ktoś widział Poloneza z zawieszeniem z CXa? A była taka co najmniej jedna prototypowa sztuka.
Święta prawda. Po 25 latach porzuciłem Citroeny i DSy przez arogancję Stellantisa, od którego wyegzekwowanie wymiany wadliwego od początku modułu sterującego trwało dwa lata.
Jak na ironię, w momencie kiedy robiłem poprzedni wpis, dostałem ofertę zimowej promocji serwisowej DS. Nie napisali tylko czy dotyczy zimy 2026, czy 2027.
Marketing obecnie to podstawa, w Citroenie IMO bym raczej doszukiwał się podcinania skrzydeł i ich „inności”, niekoniecznie tej związanej z hydrozawiasem. Z nim to raczej losowa dostępność części, pamiętam jak ktoś narzekał na zawór którego nie ma. A, no i chyba rzadko przytaczany aspekt – części. Do starszych meroli czy bawar części są, do wozów z innych krajów (nie tylko Citroen czy inne francuskie lub włoskie, Toyoty, starsze Lexusy czy mniej popularniejsze „amcary” też mają dość losowy dostęp do nich) już różnie bywa.
Polonez Acvita z hydropneumatyką stał swego czasu na wystawie w Skarbie Narodu w 2021 – teraz jest chyba wystawiony w tym samym miejscu, ale innej placówce 😉 on jak pamiętam nie miał zawiasu z CXa – chyba że pomysł albo jakieś elementy wzięte z niego, był złożony na głowicach hydropneumatycznych i elektrozaworach z dosztukowanymi drążkami z seryjnego polda i z drążkiem Panharda z Łady 2107; układ sterowania był autorskim dziełem Politechniki która go „wymodziła”. Generalnie ciekawy koncept, ale raczej bez szans na produkcję.
fajny artykuł, mi osobiście CX tak średnio się podoba, najpiękniejsza jest Xantia którą miałem i fajnie się nią jeździło ale jak już kiedyś mówiłem nie była to jakaś przepaść, osobiście muszę powiedzieć że Mercury Villagerem (Nissan Quest 1) jeździło się przyjemniej i wygodniej, trasa z Lublina nad morze była dla mnie zupełnie nie męcząca i bez problemu mógł bym jechać 2x dalej albo zaraz wracać, Xantia była taka raczej zwyczajna, w sumie to Żonka nią jeździła i jej się podobało, no ale jej się głównie podobała lekkość prowadzenia (dobre wspomaganie kierownicy, mocne hamulce itd) szczególnie po jej przesiadce z taczki pod nazwą Uno no to wszystko było lepsze 🙂 no i Xantia to był XUD 1.9D więc tam przyśpieszenie praktycznie nie istniało, w sumie to pasowało do „dostojności” ogólnej samochodu 🙂 ale przynajmniej kompletnie nic się tam nie popsuło przez jakieś 5 lat mimo, że był to potaxówkowy grat za 1500zł mający ponad 400tyś przebiegu i brak synchronizatorów już na 1, 2 i 3 biegu 😉 jedynie fotele wymieniłem a trafiły się fajniutkie welury na złomie, bo orginalne były strasznie podarte, wszystkie oraz lampy tylne bo też były spękane
a co do CX-a – ten „niedobywalny” filtr powietrza o którym mowa wygląda jak od C-15 i pewnie nawet z C15stki będzie pasować 😉
jedyne moje doświadczenie z CX-em to mam takie, że jak rodzice kiedyś kupowali dom, to w garażu stał taki właśnie wrośnięty CX brązowy, wnętrze robiło kosmiczne wrażenie, ale niewiele więcej pamiętam, bo go oczywiście zabrali poprzedni właściciele, nie wiem nawet czy o własnych siłach czy lawetą…
nawet nie spodziewałem się że on jest na ramie!!
no i jeszcze sławna scena z Gangu Olsena jak „przecinają” CXa bramą i potem przodem jeżdżą 🙂
https://www.youtube.com/watch?v=mvQ7I7H6AR8