PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ŚWIECKIE TRADYCJE

Od dłuższego czasu myślę nad zestawieniem najsłynniejszych taksówek. Zacząć można by od Epoki Mosiądzu, kiedy paryskie fiakry były masowo zastępowane landauletami marek Unic i Renault, potem przejść do pierwszego dieslowskiego Mercedesa (260D z 1936r.), do W123 i W124, taksówek londyńskich (którym kiedyś już poświęciłem osobny wpis), nowojorskich Checkerów (podobnież), indyjskich Hindustanów, radzieckich Wołg, meksykańskich „Garbusów” bez przedniego fotela… Konkretne modele jako lokalne synonimy taksówki przez lata tworzyły „świeckie tradycje” (cytat). Natomiast zamykać taki artykuł może wyłącznie Toyota Prius.
O pierwszym Priusie też już pisałem, tam jednak chodziło głównie o genezę modelu. To jeden z niewielu samochodów obecnego stulecia, o którym można opowiadać niebanalne historie. Prawie każdy inny jest zwykłym produktem konsumenckim – tańszym lub droższym, czasem nawiązującym do jakichś tradycji, ale w istocie wtórnym. Prius miał być inny: już sama jego nazwa („wcześniejszy”) sugerowała otwarcie nowej epoki – takiej, w której posiadania samochodu nie trzeba by ukrywać przed najbardziej fanatycznymi ekologami. No i coś w tym faktycznie jest: rodzaj napędu hybrydowego, który opracowała wtedy Toyota, to prawdopodobnie najefektywniejsze i długofalowo najczystsze rozwiązanie dla samochodu osobowego. My, Europejczycy, słabo to zauważamy, bo u nas politycy długo promowali diesle, a teraz usiłują zakazać niemal wszystkiego poza bateriowozami, jednakże Toyota, jako producent japoński, do dziś przekonana jest o wyższości koncepcji Priusa. A mnie w niej przekonuje to, że przekonać dali się taksówkarze.
Taksówkarz to kierowca, który musi umieć liczyć. Taki oszołom jak ja może ględzić o wspaniałym pomruku i kulturze pracy rzędowych szóstek, wpatrując się w rysunki z wzajemnie znoszącymi się wektorami sił, bo ja rocznie pokonuję mniej niż współczesny taksówkarz w 6-8 tygodni.
To nie przesada. Mam w rodzinie taksówkarza Maćka – męża kuzynki, który kiedyś zorganizował mi jazdę pięcioma „Maluchami”. On w dokładnie pięć lat nakręcił 390 tys. km – więcej niż średnią odległość Księżyca od Ziemi. Gdyby jeździł żółtym 125p z numerem 1313, po drodze zrobiłby ze trzy remonty silnika, ale na szczęście zdecydował się na Corollę Hybrid – dlatego wykonywał wyłącznie planowe przeglądy i wymieniał pojedyncze elementy zawieszenia. Fabryczne klocki hamulcowe wytrzymały 100 tys. km, tarcze 200 tys. Jedyną awarią było przepalenie bezpiecznika falownika, z powodu nagromadzonej warstwy brudu powodującej nadmierne nagrzewanie. Bezpiecznik kosztował 25 zł, brud został wydłubany drutem.
Witek, właściciel przedstawianego dziś Priusa IV, rocznik 2017, jest mniej aktywny, bo swój czas pracy dzieli między prowadzenie Naturalsklep.pl, treningi i od jakiegoś czasu taksówkę. Dawno temu, w początkach istnienia bloga, udostępniał mi Porsche 924 i Jeepa Grand Cherokee. O tym drugim mówił, że nie ma wad: „Jeep jest całkiem uniwersalny, nadaje się i w trasę i na miasto, jako auto rodzinne i firmowy dostawczak„. Wtedy jednak Witek nie przypuszczał, że będzie potrzebował taksówki – a w tej funkcji miejskie spalanie 25 litrów LPG trochę jednak wadzi.
Lepszym wyjściem było posłuchać autorytetu Włodzimierza Zientarskiego i zainteresować się hybrydami Toyoty. Priusa IV Witek kupił w czerwcu i zaraz postanowił zaprezentować na łamach Automobilowni – stąd pierwsza na blogu przejażdżka samochodem z niebieską poświatą wokół firmowego znaczka w kształcie litery T.
Foto: praca własna
***
Toyota Prius wciąż uchodzi za świeży pomysł – tymczasem jej aktualna generacja jest już piątą, a linia modelowa liczy już sobie ponad ćwierć wieku. W początkach 2025r. skumulowana wielkość produkcji przekroczyła 5,3 mln sztuk wyprzedzając klasyczne Mini (bo Citroën 2CV i Fiat 500 zostały pokonane już lata temu). To już od dawna nie jest żadna nowość, tylko świecka tradycja zbliżająca się do wieku zabytkowego.
W międzyczasie rozstaw osi Priusa urósł o ćwierć metra (do 2.700 mm), długość o 30 cm (do 4.570 mm), szerokość o 6,5 cm (do 1.760 mm), masa własna o 150 kg (do prawie 1.400). Pojemność silnika benzynowego zwiększyła się z 1,5 na 1,8 litra, jego moc – z 58 na 98 KM, moc systemowa – z 72 na 122 KM. Osiągi pozostały podobne (165 km/h, 11 sekund do setki), natomiast zużycie paliwa udało się znacząco zmniejszyć: według danych producenta ze średnio pięciu na zaledwie trzy litry na 100 km – i choć użytkownicy podają mniej optymistyczne wyniki (szczegóły za moment), postęp i tak budzi szacunek.
Foto: materiał producenta
Taki postęp obserwujemy w całej motoryzacji. Większą rewolucję stanowi wprowadzona w 2015r. TNGA (Toyota New Global Architecture): filozofia projektowania samochodów, którą inni producenci stosują już „ho-ho-ho, a może i dłużej” (cytat), ale przed którą Toyota długo się wzbraniała. Chodzi o standaryzację i modularność najważniejszych elementów różnych modeli: wspólne płyty podłogowe, silniki, przekładnie… U Toyoty na taką skalę tego jeszcze nie grali.
Jest to nowość, bo unikatowa korporacyjna filozofia (The Toyota Way) zakładała indywidualne podejście do każdego problemu i krojenie rozwiązań na miarę. Było to bardziej czasochłonne i droższe, więc dla ludzi Zachodu niezrozumiałe, ale w długim okresie doprowadziło koncern do pierwszej pozycji w świecie – zarówno pod względem wielkości produkcji, jak i zadowolenia klientów. Co więcej, skutecznie chroniło przed stratami: w dobrych czasach Toyota nie biła rekordów zyskowności, ale w tych gorszych – włącznie z okresem II wojny światowej, szoku naftowego czy kolejnych kryzysów finansowych – ani na moment nie przestawała zarabiać, nie uciekając się przy tym ANI RAZU do masowych redukcji etatów. Tego też Zachód pojąć nie potrafił.
Pierwszą stratę netto Toyota odnotowała w 2009r.: było to powiązane z globalnym kryzysem, ale również z odejściem od dotychczasowych zasad firmy, w tym z nadmierną ekspansją prowadzoną kosztem stabilności i operacyjnej efektywności oraz z rozluźnieniem kontroli jakości. Mniej więcej odtąd użytkownicy narzekają na spadek legendarnej wcześniej niezawodności. Epokowa zmiana trwa: strategia TNGA przyspieszyła wzrost i krótkoterminowo oszczędziła sporo kosztów, dlatego aktualnie zyskowność Toyoty bije historyczne rekordy, jednak niektórzy powątpiewają w stabilność tych wyników, zwłaszcza w przypadku nadejścia kolejnych kryzysów. A kolejny kryzys to zawsze tylko kwestia czasu.
„Toyota wykształciła prawdopodobnie najskuteczniejszą formę organizacji przemysłowej w historii. Jej sednem jest ukierunkowanie na własne przetrwanie, które umożliwia zachowywanie się przypominające naturalny, ewoluujący organizm” – mówił przed laty John Shook, amerykański manager z doświadczeniem w wielu korporacjach, w tym 11-letnim u Toyoty. Dziś można powiedzieć, że ta wyjątkowa filozofia odchodzi w przeszłość.
***
Prius IV jest większy i mocniejszy od poprzedników, co miał skompensować szereg udoskonaleń: współczynnik Cx spadł do 0,24 (poziom Tesli Model S), a cieplna sprawność silnika spalinowego pobiła rekord wśród jednostek benzynowych – 41% (i nie jest tylko teoretyczna, bo układ hybrydowy pozwala korzystać z benzyny w bardzo efektywny sposób). Dostępna w USA wersja czteronapędowa dostała nowocześniejsze baterie litowo-jonowe o pojemności 0,75 kWh, jednak dostępna u nas FWD zachowała starszego typu niklowo-wodorkowe (1,3 kWh).
„Wybrałem Priusa, bo to auto o klasę wyższe od Corolli, co widać w każdym calu” – mówi Witek, któremu udało się znaleźć rzadki okaz: pochodzący z polskiego salonu, z założoną instalacją LPG i potwierdzonym przebiegiem poniżej 100 tys. km. Sam dokłada do tego do tysiąca tygodniowo. Słowa „naprawa” zdążył w międzyczasie zapomnieć. Wymiana oleju wypada mu co 2,5 miesiąca, natomiast realny koszt paliwa na taksówce spadł poniżej 13 zł / 100 km – tyle wynosi iloczyn 5,1 litra i aktualnej ceny LPG. Oszczędna jazda w trasie pozwala zejść do 4,5 (tak, gazu!!), natomiast szybka podróż autostradami pochłania do 8. Trudno sobie wyobrazić lepsze wyniki, chyba że ktoś ślepo wierzy w urzędowe procedury testowe: norma WLTP podaje średnie spalanie 4,5 litra, przy umiarkowanej prędkości w trasie – 3,8, przy „bardzo wysokiej” – 5,5. Tyle realnie osiągnąć się nie da, choć różnica nie jest już rażąca.
Prius IV ma klasyczny wtrysk pośredni, więc gaz znosi bezproblemowo. Wraz z wydajnością napędu hybrydowego daje to rekordowo niskie koszty paliwa.
Foto: praca własna
Poza oszczędnością taksówka musi być pakowna. Bagażnik klasycznego Priusa IV (tzn. nie plug-in) ma pojemność 502 litry, z możliwością powiększenia do 1.635 (to ważne, bo niektóre hybrydy nie mają składanej kanapy, z powodu umieszczenia tam baterii).
Foto: praca własna
Możliwości przewozowe Witek demonstruje obrazowo, lokując przy okazji swój produkt
Foto: praca własna
Tylny przedział nie przypomina przedłużanej limuzyny: wąskie drzwi i ograniczone miejsce na nogi nie nadają się do świadczenia usług Uber Black, lecz do przejazdów standardowych wystarczają. Dodatkowe maty służą łatwiejszemu utrzymaniu czystości jasnej tapicerki.
Foto: praca własna
Niezawodność, oszczędność i pakowność mamy omówione, czas przyjrzeć się autu z zewnątrz. Mówi się, że Toyota zrobiła koncepcji hybrydy kiepski PR, lansując ją w modelu ekstremalnie nudnym i „niesamochodziarskim” – dlatego przez lata entuzjaści nabijali się z niej i unikali jak ognia. Dopiero potem elektryczne wspomaganie napędu pojawiło się w supersamochodach (z Ferrari włącznie) i w Formule 1. Tymczasem Prius pozostał Priusem: modelem niezawodnym, oszczędnym i praktycznym, ale zupełnie pozbawionym emocji.
Pierwszy Prius był małym sedanem na małych stalowych kółkach, o raczej odpychającym wyglądzie. Generacje II i III narysowano bardziej neutralnie, zaś IV, jako chyba pierwsza z rodziny, hołdowała bieżącej modzie. Sylwetka pozostała pękata, by zmieścić układ elektryczny zachowując wymaganą pakowność, natomiast ostre, głębokie przetłoczenia bezbłędnie datują projekt na drugą dekadę wieku.
Foto: praca własna
Dzisiejsze samochody straciły ludzką twarz – nie mają już uśmiechniętego grilla ani pary pociesznych oczu, jak kiedyś. Wydajność rozwiązań aerodynamicznych i oświetleniowych pozwala niemal dowolnie formować każdy element: służy to efektywności, ale pozbawia maszynę niegdysiejszego humanizmu. Mnie nieco zaskakuje spora wysokość przedniego pasa – najwidoczniej nie podnosi on współczynnika Cx tak bardzo, jak mogłoby się wydawać.
Foto: praca własna
Kiedyś poszczególne modele najłatwiej rozpoznawało się po światłach. Współcześnie… w zasadzie też by się dało, ale kształty są tak skomplikowane, że nie sposób ich pozapamiętywać.
Foto: praca własna
To zdjęcie chcieliśmy zrobić na postoju taksówek, ale… postojów w zasadzie już nie ma. Na moim peryferyjnym osiedlu zlikwidowali wszystkie, a na jazdę do centrum nie chcieliśmy marnować czasu – w końcu dla taksówkarza czas to zupełnie dosłownie pieniądz.
Foto: praca własna
Tył jest jeszcze wyższy niż przód i pełny dumnych haseł reklamowych – oklepanych i mało kreatywnych, ale przynajmniej rzeczowych. Widoczność do tyłu – wbrew przypuszczeniom – jest znośna, bo oprócz silnie pochylonej szyby z wycieraczką przezroczysta jest też pozornie czarna powierzchnia pionowa.
Foto: praca własna
Tak to wygląda od środka. Jak na dzisiejsze czasy chyba nie najgorzej.
Foto: praca własna
Gdyby ktoś jednak narzekał – kamerę cofania dostajemy w Priusie seryjnie
Foto: praca własna
Lampy tylne prezentują się równie oryginalnie jak przednie. Droga pokonana od czasów pierwszego Priusa jest bardzo długa, a technologia LED w żaden sposób nie ogranicza kreatywności stylistów.
Foto: praca własna
Równie nowocześnie wygląda wnętrze: linie krzywe mieszają się tu z prostymi, które w dodatku zawsze biegną pod kątem. Materiały są twarde, co odrzuca fanów Volkswagena, ułatwia za to czyszczenie. Mimo intensywnej eksploatacji i wielości elementów białych utrzymanie czystości nie wymaga wielkich nakładów (to samo obserwuję w swoim aucie, 16-letnim z jasnobeżową tapicerką – absolutnie nie potwierdzam obaw o mocne brudzenie, ale to temat na kiedy indziej).
Foto: praca własna
Bezstopniowa przekładnia systemu Hybrid Synergy Drive nie potrzebuje oczywiście pedału sprzęgła, natomiast hamulec postojowy jest uruchamiany nożnie, klasyczną linką: „kosztuje mniej i nie sprawia problemów” – tłumaczy producent.
Foto: praca własna
Myślę, że na widok takiego stanowiska pracy Jacek Żytkiewicz z Kasią Piórecką vel Marianem Koniuszką mogliby zemdleć z przebodźcowania. Są tutaj dwa smartfony z dwiema aplikacjami zastępującymi radio i polikwidowane postoje, dwa wyświetlacze fabryczne, wielofunkcyjna kierownica, ładowarka indukcyjna i USB oraz kilka uchwytów na napoje. Uchwyt ostatni z prawej, z zielonym shakerem, to samoróbka, chłodzona przez wylot klimatyzacji. Są też prywatne ozdoby – w końcu kierowca spędza tu dużą część dnia, więc chce się czuć dobrze.
Foto: praca własna
Innym usprawnieniem właściciela jest kawałek gąbki na wysokości prawego kolana. Tak jeździ się przyjemniej, choć warto zauważyć, że konsola Lexusa CT200 jest tutaj fabrycznie miękka.
Foto: praca własna
Od strony pasażera kabina wygląda bardziej przejrzyście. Centralne umieszczenie zestawu wskaźników bywa nazywane „jednym z częstszych błędów konstruktorów samochodów”: Corolla czy rzeczony Lexus mają zegary przed kierowcą, jednak Witek szybko się przyzwyczaił i nie widzi żadnego problemu.
Foto: praca własna
Design jest awangardowy i całkiem udany – z estetycznego punktu widzenia symetria wygląda nawet lepiej (no i ułatwia produkcję wersji prawo- i lewostronnych). Całe to środowisko faktycznie może przytłoczyć ludzi nienawykłych do nieustannego bombardowania migotaniem i pikaniem…
Foto: praca własna
…choć siedząc tutaj nie czułem tego tak bardzo, jak patrząc teraz na zdjęcia. Ludzki mózg ma zadziwiającą zdolność filtrowania i selekcjonowania napływających danych – o ile tylko dostarczający ich system jest mądrze zaprojektowany. Warto podkreślić obecność fizycznych przycisków klimatyzacji, trybów jazdy, tempomatu, itp.: Prius to nie jest Tesla, w której zmienić tryb wycieraczek albo otworzyć schowek można tylko z ekranu. Niektórzy będą narzekać na niewidoczną maskę, ale to typowe dla japończyków – nie tylko hybryd i nie tylko współczesnych.
Foto: praca własna
***
W niektórych aspektach samochody nowoczesne są dla mnie bardziej egzotyczne od skrzydlatych krążowników z lat 50-tych. Być może dlatego, że sam na co dzień jeżdżę starociem – niby już XXI-wiecznym, ale jeszcze niesprawiającym niespodzianek kierowcom starej daty.
W Priusie nie zapalamy na przykład silnika, tylko odpowiednim przyciskiem „włączamy samochód”. Ekrany ożywają, nic jednak nie warkocze. Tryb przekładni wybieramy czymś w rodzaju joysticka.
Foto: praca własna
Litery R-N-D nie wymagają wyjaśnień. Tryb parkingowy aktywuje osobny guzik, który jednak nie pełni funkcji hamulca postojowego – ten trzeba zaciągnąć nogą. Natomiast tryb B, który swego czasu polubiłem w samochodach elektrycznych, tutaj też wzmacnia hamowanie silnikiem, ale – inaczej niż w elektrykach – NIE ODZYSKUJE ENERGII. Toyota zaleca używać go na zjazdach, by odciążyć hamulce (bo system Hybrid Synergy Drive nie może „zredukować biegu”), podkreśla natomiast, że w jeździe miejskiej lub autostradowej nie daje on żadnych korzyści, a nawet może zwiększać zużycie paliwa i niepotrzebnie obciążać zespół napędowy. Przycisk Drive Mode przełącza tryby Normal, Eco i Sport, co w Priusie naprawdę robi różnicę. Jest też EV Mode, czyli jazda na samym prądzie, która jednak nie ma sensu: kiedy tylko możliwe, komputer sam odłącza silnik spalinowy, a jeśli akurat tego nie robi, to znaczy, że ma jakiś powód. Naciśnięcie przycisku skutkuje wtedy komunikatem, że jedziemy za szybko (tzn. ponad 45 km/h), przyspieszamy zbyt mocno albo mamy za mało prądu. Gdyby było inaczej, EV Mode wskoczyłby samoczynnie.
„W takiej taksówce proszę pana, jedzie się tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Dialogi niedobre… Bardzo niedobre dialogi są. W ogóle brak akcji jest. Taki taksówkarz… na przykład, no ja wiem? Na przykład dojeżdża do skrzyżowania, nie? I proszę pana patrzy tak: w lewo… potem patrzy w prawo… prosto… i nic… Dłużyzna proszę pana…„. Cytat z „Rejsu” pasuje do bezemocjonalnego Priusa. Jasne, na mieście widać czasami bardziej krewkich taksówkarzy (nie będę próbował definiować, o jakie grupy chodzi), ale ogólnie to auto wybitnie zniechęca do dynamicznej jazdy.
Prędkość, stan baterii i przepływ energii możemy odczytać z wyświetlacza HUD
Foto: praca własna
Napędu praktycznie nie słychać – jest znacznie cichszy niż w starszych generacjach, które chyba wszyscy znamy (bo kto nie zamawia czasami taksówki?). Małe prędkości są bezgłośnie osiągane na samym prądzie, przy wyższych słychać głównie wiatr. Spalinowy silnik pracuje, kiedy chce, lecz jego włączenie trudno zauważyć, a słyszalny warkot pojawia się wyłącznie podczas pełnego przyspieszania. Jednostajność odgłosu, jego oderwanie od chwilowej prędkości i jej zmian robiły kiedyś dziwne wrażenie, lecz dziś już nie przeszkadzają, bo dobre wytłumienie eliminuje efekt wycia.
„Panie, tu się nie zagląda” – brzmi stara handlarska gadka. W Priusie to szczera prawda: przykładowo Witek wciąż się nie nauczył, gdzie oprzeć wspornik otwartej maski, więc do zdjęcia przytrzymywał ją rękami. „Ja tutaj tylko płynu do spryskiwacza dolewam” – dodał. W komorze silnika jest bardzo ciasno i niczego ciekawego nie widać.
Foto: praca własna
Dynamika wystarcza do sprawnego poruszania się po mieście czy utrzymywania 140 km/h na autostradzie (również pod górę), gdy jednak wciśniemy gaz głębiej, czuć pewną ospałość. To zrozumiałe, bo główną funkcją Priusa jest oszczędzanie paliwa. Jak na miejskie spalanie 5,1 litra gazu przyspieszenia są bardzo dobre, w dodatku dostępne w każdym momencie, tyle że dreszczyku emocji tu nie poczujemy. Podobnie zresztą jak w Passacie TDI albo Mercedesie 200D, bo to te auta Prius de facto zastąpił. Praktyczność, oszczędność, niezawodność i niski koszt w długim okresie – o to się tutaj rozchodzi i te świeckie tradycje Toyota wzniosła na nowe poziomy.
Jednym tylko od nich odstaje: twardością zawieszenia. Tego też można się było spodziewać, bo z biegiem lat samochodowe podwozia nieustannie twardnieją, ale… Dla pasażera to nie problem, bo on taksówką jedzie chwilkę, jednak Witek, spędzający za kółkiem więcej czasu, nieraz ciężko wzdycha. W Krakowie główne arterie od dawna już mają dobre nawierzchnie, ale osiedlowe uliczki roją się od nader nieprzyjemnych progów zwalniających, a wiele kursów kończy się (lub zaczyna) w bardzo dziwnych zakątkach, znanych wyłącznie tubylcom i wyglądających jak przed półwieczem. „Zanim zacząłem jeździć na taksówce, nie miałem pojęcia, ile mamy w Krakowie dziurawych dróg szutrowych” – mówi Witek, który do pracy życzyłby sobie czegoś miększego. Po dwunastogodzinnej dniówce we współczesnej Toyocie można zatęsknić za zawieszeniem w rodzaju W123.
Jak w każdym teście auta nowoczesnego, pokażę parę zrzutów ekranu wyświetlacza – bo jak mówiłem, dla mnie to wciąż egzotyka i wierzę, że mogę w tym nie być odosobniony.
Monitor energii, wizualizujący jej przepływ pomiędzy silnikiem spalinowym, elektrycznym i baterią, to hybrydowa klasyka (dokładnie to samo – tylko w mniej efektowny sposób – pokazuje słupek ECO/PWR/CHG). Standardem jest też zielona ikonka READY oznaczająca po prostu, że samochód jest „włączony”.
Foto: cyknął Witek
Do zwykłych parametrów podróży dochodzi procent jazdy na prądzie
Foto: praca własna
Ciekawsze jest zapamiętywanie bilansu paliwowego i liczenie statystyk – w ujęciu minutowym…
Foto: praca własna
…dziennym…
Foto: praca własna
…miesięcznym…
Foto: praca własna
…a nawet z prezentacjami na wykresie.
Foto: praca własna
Jeśli zechcemy wklepać ceny paliwa, komputer wyliczy koszty – choć takie kalkulacje psuje instalacja LPG, bo system nie uwzględni odcinków przejechanych na benzynie
Foto: praca własna
Samochód wystawia oceny za styl jazdy, z podziałem na podkategorie…
Foto: praca własna
…a nawet chwali (lub ruga) za (nie)prawomyślne korzystanie z klimatyzacji.
Foto: praca własna
Jak każde dzisiejsze auto, Prius pilnuje kierunku jazdy, wysyła kierowcę na kawę, itp. Ja za przydatne uważam tylko monitorowanie martwego pola lusterek (choć tutaj jest ono zdecydowanie nadwrażliwe i świeci nawet wtedy, gdy można bezpiecznie zjeżdżać). Na szczęście wszystko to da się powyłączać.
Foto: praca własna
Ekran centralny obsługuje między innymi nawigację (bez sensu, telefon jest dużo lepszy) i multimedia, w tym łączność ze światem
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Może też pokazać kolejny monitor energii
Foto: praca własna
***
Toyota Prius jako „świecka tradycja” – samemu nie chce mi się wierzyć, ale to już ponad ćwierć wieku. Tradycją można nazwać koncepcję układu napędowego wykorzystującą synergię pomiędzy silnikiem spalinowym i elektrycznym, charakterystyczną stylistykę (stopniowo unowocześnianą, ale tworzącą ciągłość przynajmniej od generacji II), a także… bezemocjonalność. Prius potrafi wiele, jednak bicia samochodziarskiego serca wciąż nie przyspiesza. I dobrze, bo to nie jest jego przeznaczenie – za to taksówkarze za hybrydowe Toyoty daliby się pokroić tak samo, jak 30 lat temu za dieslowskie Mercedesy W123.
Mnie natomiast, jeśli mówimy o świeckich tradycjach, intryguje zwrot w firmowej strategii. Doskonalona przez cztery pokolenia „Droga Toyoty” dawała postęp mało spektakularny, ale nieprzerwany. Przez 80 lat przynosiła fenomenalne wręcz rezultaty, jednak dzisiejszy świat woli chodzić na skróty. Maksymalizować profit tu i teraz, a o jutro martwić się… jutro. Nie pochylać się nad każdym problemem z osobna, tylko wszystkie uśrednić i odpowiedzieć jednym, uśrednionym rozwiązaniem. Tak jest szybciej i taniej, ale zawsze kompromisowo. To nie jest kultura japońska, ani tym bardziej kultura Toyoty.
Na razie plusy przesłaniają minusy: koncern wciąż przewodzi rankingowi największych samochodowych firm świata, a jego zyski netto wzrosły z 10-12 mld dolarów przed rokiem 2015 do 34 mld w 2024 i prognozowanych 31 mld w 2025. Jednak z drugiej jednak strony użytkownicy nie są już tak entuzjastyczni ani lojalni jak kiedyś, a kiedy nadejdzie kolejny kryzys… Przyszłości oczywiście nie znamy, ale znamy podobne przypadki. Choćby General Motors, które całe trzy pokolenia znały jako największą i najbogatszą firmę świata, nie do ruszenia żadną siłą. Co stało się później, dobrze wiemy. A historia naprawdę lubi się powtarzać…
P.S. Tuż przed publikacją wpisu odezwał się do mnie Maciek: jego Corolla właśnie po raz pierwszy zaświeciła check engine, przy stanie licznika 390.435 km, 19 listopada – dokładnie JEDEN DZIEŃ po spłaceniu pięcioletniego leasingu i przerejestrowaniu auta. Nie mam pojęcia, czy to przypadek, natomiast znamienne, że jeszcze przed zaświeceniem kontrolki komunikat błędu pojawił się w mobilnej aplikacji, a półtorej godziny później proaktywnie zadzwonił serwisant z pytaniem, czy czasem nie trzeba pomocy? Taka inwigilacja to chyba też już nowa świecka tradycja. Do serwisu auto dotarło o własnych siłach, a problemem okazała się awaria pompy wody. Pierwszy realny problem od wyjazdu z salonu, w dodatku nie unieruchamiający auta. Po 390 tys. km.
Witek, przy stanie licznika 113 tys., takich przygód na razie nie ma. Życzmy mu, by nie miał ich nigdy!!

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Osobiście nie przekonuje mnie stylizacja Priusa IV. Jest przekombinowany, poprzednicy (choć następca też) wyglądali bardziej neutralnie, a tutaj efekt końcowy wygląda, jakby stylista spożył za dużo sake. Choć wiadomo, design to kwestia gustu i pewnie niejedna osoba nie zgodzi się ze mną. Co do jakości współczesnych Toyot – słyszałem z kilku źródeł, że problemem tych samochodów jest kiepskie wygłuszenie wnętrza oraz fatalne zabezpieczenie antykorozyjne i cienkość blach – stąd te agresywne przetłoczenia, by wzmocnić blachy. Jeden z użytkowników wręcz przezywał swoją corollę „blaszanka” ze względu na hałas w środku. Ciekawe ile w tym prawdy?
P.S. widzę, że i w Toyotach występuje tendencja ze współczesnych samochodów, by bombardować kierowcę jak największą ilością informacji i ikon na jak najmniejszym wyświetlaczu. Czytelność mocno na tym kuleje
Dużo jest informacji, ale niekoniecznie potrzebnych w trakcie jazdy. Potrzeba jest w zasadzie tylko szybkość i nawigacja – ta pierwsza to wielkie cyfry (i powtórzenie na wyświetlaczu HUD), NAVI zwykle masz w telefonie. Resztę studiujesz sobie w czasie przerwy kawowej 🙂
Widziałem kiedyś filmiki z zakładu konserwacji pojazdów. Od spodu jest tylko lakier i to pomiary miernikiem wskazały, że cienki. Wydaje się więc że przezwisko jest adekwatne.
Z drugiej strony Japończycy podobno często zmieniają auta, więc po co więcej jak to po paru latach idzie na żyletki. Taki modus-operandi.
Nie wiem, jak jest z korozją – zawsze można zrobić dodatkowe zabezpieczenie, ale większość właścicieli robi jednak ogromne przebiegi i prędzej zmieni auto z powodu przekroczenia iluś set tysięcy km niż z powodu korozji. Tak przynajmniej mi się wydaje. Gorzej gdyby blacha Yarisa czy C-HR była słaba, ale nie mam pojęcia, jak tam jest.
patrzac na priusy 2jki ktore dzielnie po krakowie nakrecą już 6,7 setke tys km i dobijaja juz do akceptowalnego przez korporacje wieku 20lat ośmielam sie watpic w te teorie o slabej blasze
Jeździłem jakiś czas temu Corollą Cross z wypożyczalni – przy prędkościach autostradowych maska falowała, a w deszczu efekty dźwiękowe były zbliżone do przystanku autobusowego z blachy falistej.
Priusem jechałem 140, był momentami lekki deszcz (widać na zdjęciach), ale na pewno nic nie dzwoniło o blachę
Jak maska falowała w czasie jazdy to znaczy, że była odblokowana i trzeba było ją docisnąć.
Ewentualnie była bita i spartaczona została naprawa, czego też nie można wykluczyć.
W żadnym samochodzie maska nie ma prawa falować, podskakiwać itp
Nie była – to była moja pierwsza myśl, otworzyłem ją na stacji i sprawdziłem odboje i zamek. Po prostu poszycie było tak cienkie, że pod wpływem naporu powietrza falowało. Trudno też spodziewać się żeby auto z przebiegiem 10 000 km miało jakieś przygody – ale tego nie wiem. Miało to miejsce w Dubaju, być może auta na tamtej rynek są gorzej wykonane – na pewno są uboższe, bo tamten wóz nie miał ani ESP, ani poduszek powietrznych.
w Ticu też maska zaczyna falować jakoś koło 140-150, dla tego też więcej bałem się jechać żeby szyby nie rozwalić bo nie lubię wymieniać szyb
Zupełnie jak w Civicu X. Też maska podskakuje powyżej 100 km/h.
Zasadniczo Prius to nie ma być Maserati, bo musi być pakowny. Natomiast uważam, że generacja IV odstaje mniej niż poprzednie.
O zabezpieczeniu się nie wypowiadam, bo nie mam doświadczeń, natomiast nie zgodzę się co do rezonansu. Być może dlatego, że rzadko jeżdżę nowoczesnymi autami i mam niedzisiejsze standardy, ale ogólnie nie mogę narzekać na jakiekolwiek hałasy w tym aucie.
Bo to raczej jeszcze nie ta generacja – choć może też Priusa Toyota sobie w kwestii oszczędności pozycjonuje wyżej? Na pewno w aktualnej Corolli wyciszenie jest marne, i to słychać już przy prędkościach miejskich.
Pamiętam, ze jak pierwszy raz widziałem Priusa czwartego (co było „parę lat” temu widok wnętrza przez szybę wywołał we mnie swoim designem skojarzenie z toi toiem.
Później w delegacje dostałem Corolle z wypożyczalni i wnętrze było strasznie plastikowe w porównaniu z 301.
Kolega kupił hybrydowa Corolle czy innego Aurisa i z tego co podsumował lekturę forow/facebookow to i w hybrydowych toyotach sa elementy, na które trzeba uważać. Jak np. wspomniana pompa wody.
Z perspektywy pasażera taksówek najlepsze były Superb i Sportage. Priusow 2 nie pamiętam, ale RapidToledo wymuszały wsadzenie głowy miedzy kolana. Podobnie jak szklany dach w Corolli kombi.
W sumie z napędowy hybrydowych bardzo mnie ciekawi Renault z 4 biegową skrzynią. A za najlepsze rozwiązanie na podstawie moich teoretycznych rozważań uważam elektryka z generatorem.
PS. Fajne wąsy 🙂
„Elektryk z generatorem” – to jest dokładnie hybryda Toyoty czy też Hondy (opisywałem w zeszłym roku), tyle że w nich oba rodzaje napędu współpracują, by zmaksymalizować efektywność. Też uważam, że to optymalne rozwiązanie, o ile naszym priorytetem jest właśnie sprawność energetyczna.
dziekuje, na glowie prawie nic nie zostalo, musze kombinować 😉
Bardzo ciekawy test nowego (dla mnie) samochodu. Zdjęcia ekranów są jak najbardziej mile widziane, dla mnie mają spory walor edukacyjny. Witkowi życzę spokojnej eksploatacji.
A co do historii Maćka i jego Corolli, z jednej strony fantastyczna trwałość, a z drugiej strony dziwny zbieg okoliczności jeśli chodzi o termin awarii. Skojarzyła mi się nie tak dawna afera Newagu. Nie insynuuję, że to zaplanowana akcja, wszak 390kkm bez problemów robi ogromne wrażenie. Z drugiej strony inwigilacja powoduje lekki dyskomfort u mnie.
W 100% zgadzam się z każdym słowem 🙂
Ostatnio dostałem na aplikacji podsumowanie miesiąca – przebieg i średnie zużycie paliwa, po czym następuje „Twoje najpopularniejsze cele” (skąd i dokąd jechałem najcześciej), „Twoja najbardziej efektywna jazda (skąd – dokąd, kiedy i zużycie na tym odcinku) oraz „Twoje emisje CO2” (aż się boję)… PERMAMENTNA INWIGILACJA!
No, a podczas konfiguracji klika się OK, OK, OK… 😉
Nie napisałeś o jaki samochód chodzi ale w Toyocie można tę inwigilację wyłączyć (a raczej nie włączać)
Ale i tak państwo będzie wiedzieć dokąd pomykasz, chyba że zostawisz telefon w domu, w co nie wierzę. Takie czasy.
No właśnie o to chodzi, że wyłączyć niby można, ale tak naprawdę nie można. A chować telefon w szafie w innym pokoju podczas prywatnych rozmów zalecał mi człowiek pracujący w jednym z największych koncertów technologicznych świata, informatyk. To on też mówił mi, że niewymienne baterie telefonów nie są po to, żeby było je trudniej wymieniać (bo i tak każdy serwis robi to tanio, a producenci oferują baterie na wymianę), tylko po to, żeby nie dało się wyłączyć nasłuchu i GPSa. O czym zresztą dobitnie świadczą wyświetlane treści reklamowe, dziwnym trafem związane z naszymi luźnymi rozmowami.
@Hurgocie, ta aplikacja o której wspomniales to dobrze rozumiem, że to aplikacja do samochodu? Czy nawigacja takie podsumowanie zrobila?
@Wojluk – to apka samochodu; poza standardową obsługą otwórz/zamknij zdalnie, włącz kamerki itp, mogę sobie np. dokupić profile do ambientowego oświetlenia w aucie, albo dodatki, które akurat mam fabrycznie (np. pakiet asystentów jazdy)
hej,
„Od tego czasu elektryczny hamulec postojowy pojawił się w innych Toyotach (również tańszych), ale nie w Priusie.”
Prius 5gen. ma elektryczny hamulec postojowy.
jakbyś był kiedyś w okolicach Monachium, zapraszam na (niezbyt emocjonującą) przejażdżkę – to w dalszym ciągu Prius, nawet jeśli wygląda dynamiczniej niż wcześniejsze generacje.
Dziękuję bardzo, ale na razie się nie wybieram w okolice. Co do ręcznego – usunę tą uwagę.
Zwróćcie uwagę, że umiejący liczyć siano taksówkarz ma na kołach opony całoroczne. Czyżby nie były tak drogie w użytkowaniu jak się o nich mówi (szybkie zużycie)?
odpowiedz jest trywialna, na takich go kupilem i poki działają to jezdzę 😉
Odjemij koszt zmiany 2x w roku, przechowywania i czasu poświęconego na wymianę.
to prawda co piszesz i do cywilnego auta do jazdy miejskiej inne opony niz caloroczne nie maja sensu
w przypadku taxi dopiero „badam sprawe” to bedzie moja pierwsza zima
chodzi jeszcze o skutecznosc tych opon w warunkach podkrakowskich górskich wioch w śniegu…
Ja i kolega od lat jeździmy na całorocznych. Jakieś zimowe wyjazdy uniwersalne opony tez zaliczyły, chociaż nawet w tych górskich wioskach, gdzie sie kręciliśmy drogi w zimie były dobrze utrzymane, wiec ja nie planuje powrotu do opon sezonowych. Wolę wydać wiecej na całoroczne segmentu premium niz sie potem bujać z wymianą (w tym samym momencie, co wszyscy inni 😀 )
A, ze najważniejszy jest pierwszy śnieg, jestem zawsze gotowy 🙂
Ciekawe jak sie sprawdza w Twoim przypadku, jednak w górach śniegu wiecej pada i poza głównymi drogami na plugopiaskarke trzeba dłużej poczekać.
Kraków to jeszcze nie góry, ale fakt, że czasami trzeba podjechać gdzieś na taki koniec świata, gdzie naprawdę nikt nie odśnieża, a lokalsi kupują terenówki tylko dla ostatnich 500 metrów dojazdu do domu. Dlatego mimo wszystko używam zimówek.
Miałem takiego Priusa z 2016 roku. Dojechałem do 82000 km.
W trakcie zmieniłem opony bo oryginalne z serii eco były twarde i hałasowały.
I po prostu nic , dosłownie nic więcej oprócz serwisów co 15000 km.
Do funu miałem wtedy Abartha 595. Prius załatwiał 95 % pozostałych wymagań .
Genialne auto.
ogólnie lipa, ale póki co przełożyłem tylnie na przód , bo jednak były dużo mniej zjechane
dziękuje za wspaniały artykuł
tak teraz czytając go na gotowo myśle sobie że może można jeszcze było pokusić się o jakieś odczucia porównawcze porsche / jeep / prius , sa to wszak auta z zupełnie „innych parafii”
jakby ktoś był zainteresowany pociągnięciem wątku to jestem do usług w komentarzach
co do uwag które sa w komentarzach powyżej, to zarzut o głośność w środku jest absolutnie nie trafiony, no ale może to zależy tez od punktu odniesienia , pewnie w nowym mercedesie E klasie jest ciszej, ale ja osobiście jeszcze cichszym autem od tego priusa nie jezdzilem 😉
bo różnica w głośności między Corollą i Priusem jest dość duża. Prius jest cichy, również przy prędkościach autostradowych.
zawsze możesz odczucia porównawcze napisać w komentarzach 🙂
co do Pirusa, to owszem hybryda w mieście ma duży sens, głównie w korkach
a jak jest ciepły silnik to od razu odpala z gazu? czy z benzyny i się przełącza? bo jak z benzyny no to pewnie sporo tej benzyny i tak idzie na te ciągłe odpalania
nie wiem, ale benzyny praktycznie nie tankuje, wiec tak duzo nie idzie
jeśli silnik (a właściwie reduktor/parownik) jest rozgrzany (temperatura do ustawienia) to można zaznaczyć w sterowniku LPG opcję „Ciepły start” – silnik uruchamia się od razu na gazie.
wiem, ale musi być na prawdę dobrze wykalibrowany gaz (dobór dysz, ciśnienia i dobrze zestrojona charakterystyka a nie tylko wciśnięta „autokalibracja” 😉 ) żeby odpalał od razu z gazu, zwykle nie chce tak dobrze zapalać jak z benzyny
IV generacja LPG nie pozwala na rozruch na zimnym silniku, ciekły gaz to w tym wypadku pewien problem dla silnika.
Mi udało się zejść (dla testów) minimalnie do 15*C (temp. przełączenia) reduktora w swoim prywatnym aucie, choć nie pamiętam czy próbowałem schodzić niżej.
Jeszcze do Ciepłego startu to opcja jest dobra dla taksówek albo samochodów w szkołach nauki jazdy.
ufam mojemu gaziarzowi ze gaz jest dobrze zestrojony, jednak dla kilkuset pln w perspektywie półrocznej szkoda narażać silnika
1. Jaki sposób używania klimatyzacji daje wynik excellent? Tryb AUTO cały czas?
2. Największe zaskoczenie to że tryb B przekładni nie pozwala na ładowanie baterii, jeździłem kilka razy hybrydowymi Toyotami i jazda bez użycia hamulca jest mega satysfakcjonująca 🙂
jezdze w trybie auto w dodatku eco (bo auto moze byc eco/fast) czasami mnie chwali nie wiem od czego to zalezy
Polecam poszukać sobie nagrania ze współczesnego ruchu ulicznego w Ułan Bator. 80% ruchu ulicznego to prius 2.
A w kwestii twardego zawieszenia, to nie można by zmienić amortyzatorów na miększe? Czy nie ma takowych albo zbyt duży koszt, nawet jak na optymalizację zakładu pracy😉
Btw, pamiętam jak w jakimś starym filmie Motoniedostatek nabijał się z civikarzy, że muszą jeździć na glebie, bo zwykłego zawiasu nie dostaniesz w sklepie 😁
Nie wiem, co jest dostępne, ale wymiana jednego elementu może tylko zepsuć całe dostrojenie – co widać właśnie po autach z amatorskim tiningiem. Podwozie to złożony układ wielu elementów, więc po wymianie jednego najprawdopodobniej jazda się pogorszy. Żeby skutecznie zmienić charakterystykę, trzeba by złożyć (z głową) całe zawieszenie, z dopasowanych do siebie części.
Producenci często oferują w seryjnych autach amortyzatory o zmiennej charakterystyce. Kiedyś w instrukcji serwisowej Citroena dopuszczano konkretne zamienniki o innej charakterystyce. Sądzę, że niewielka zmiana na jakieś mniej twarde, markowe, dedykowane (Bodge, Koni, Kayaba) nie powinno zburzyć zawieszenia.
pytalem w aso to pani powiedziala ze nic nie mozna zmienic
z drugiej strony na grupach amerykanskich widze ze zarowna 'glebią’ jak i 'liftują’
wiec jakos sie da , mimo wszystko nie chce tego rozbabrać
jak za ileś lat zawieszenie sie „skonczy” to wtedy bede myslal…
W ASO to nigdy nic nie można 🙂
Ostatnio w internetowym sklepie holenderskim znalazłem część do mojego SLa, która w serwisie jest niedostępna od lat. Oryginalna, w folii, za 46€ – a katalogowa cena w tysiącach złotych (towaru nie ma, ale ceny podają, jak w PRL 🙂 ). I nie że ktoś ma jedną sztukę zadekowaną, tylko to jest w wolnej sprzedaży i pewnie jeszcze będzie przez x lat.
Kiedy indziej taką samą sytuację widziałem z Ferrari z lat 90-tych: w serwisie części nie ma, u Boscha nie ma, tymczasem jak się zna numer, można znaleźć łatwo i wcale niedrogo.
Serwis nigdy nie poleci innego źródła ani innego producenta niż ten, który dostarczał fabryce. Ale to nie znaczy, że towaru nie ma nigdzie na świecie.
zwracam uwagę że w przypadku auta w salonie (bo rynek wtórny nieco wypłaszcza, wiadomo) różnica w cenie między corolla a priusem to około 100 tysiecy pln ( tendencyjnie moge podac nawet 160 tysiecy, bo bazowa corolle salony toyoty daja z duzym upustem dla taksowkarzy ponizej 100k, a maksymalnie dopasiony prius to prawie 250k
dlatego porownania priusa z corolla w niektorych komentarzach sa raczej bez sensu
wiem ze zalew priusów 2 z mocno opalonym kierowcą za fajerą tworzą nieco inny wizerunek, ale prius to jednak model premium, tuż przed camry
nie przepadam za drzewkowym charakterem komentarzy, ciężko potem wracać i dobrze odnaleźć właściwą dyskusje, postarałem się na wszystkie poodpisywać
Zastanawia mnie dlaczego w kolejnej, piątej generacji Toyota zdecydowała się drastycznie podnieść moc (ze 122 na 223 konie). Czas 0-100 spadł z niecałych 11 do 6,5 sekundy, a poziom osiagów stawia Priusa mk5 w jednej lidze z E39 540iA, WRX-em GD i GT86 (wszystko w wersjach z automatem żeby było sprawiedliwie) – PO CO?!
W ogóle mam wrazenie, zd współczesne samochody sa za szybkie.
Czasami oglądam na YT „testy” na niemieckich autostradach i dzisiejsze samochody potrafią do 200 przyspieszyć w kilkanaście sekund i spokojnie przekroczyć 300. Niektóre nawet 400. W czasach, w ktorych piekni i potezni mysla nad ograniczeniem do 30 w mieście 😀
Niedługo tęgie głowy wprowadzą w życie New Red Flag Act i przed każdym samochodem będzie musiał jechać rowerzysta z czerwoną flagą. Taka neokomuna z akcentami z XIX wiecznej Anglii.
Tak, prawda…
W Anglii w XIX wieku to była kwestia lobby kolejowo-końskiego, które czuło się zagrożone rozwojem komunikacji drogowej i po prostu przegłosowało takie prawo (w hodowlę koni i spółki kolejowe inwestowali arystokraci, którzy z urodzenia zasiadali w parlamencie). A dzisiaj – kto na tym korzysta…?
W mieście wariować nie wolno, to jasna sprawa. Gorzej, jeśli mówimy o innych sytuacjach.
Jakiś czas temu czytałem francuski artykuł mówiący, że ponad 90% mandatów wystawionych przez system fotoradarów dotyczy przekroczeń poniżej 20 km/h, poza obszarem zabudowanym – czyli praktycznie niewpływających na bezpieczeństwo (zwłaszcza że tam limity są naprawdę drakońskie). I nawet dziennikarz w jednym z mainstreamowych dzienników (nie pamiętam już którym) konkludował, że władza wydająca kilkaset milionów euro na system represjonujący miliony osób niezagrażających nikomu nie da się nazwać inaczej niż totalitarną. Ale takich głosów nikt absolutnie nie słucha.
Oczywiście to prawda, że 300 km/h przy dzisiejszej infrastrukturze nie jest nikomu potrzebne, ale też nie chodzi o to, żeby tyle jeździć – bardziej o to, żeby przy setce mieć na obrotomierzu 2.000, a nie 4.500, tak jak jeszcze niedawno. Dzięki temu można w trasie spalać 5 litrów i rozmawiać niepodniesionym głosem, a po 500 km wysiadać bez pękającej głowy. No i żeby nie redukować do dwójki na 10-procentowym wzniesieniu. A także żeby był jakiś postęp, bo na początku XX wieku Wilhelm Ripper słyszał od krakowskiej socjety, że „na pewno pozabija wszystkich naokoło i siebie też”, bo swoim automobilem jeździł „z chyżością 20 km/h”. Gdyby nie tacy jak on, do dziś chodzilibyśmy piechotą.
A rozwagi w korzystaniu z techniki nie da się zadekretować żadną ustawą – to kwestia kultury budowanej przez pokolenia. W Niemczech na autostradach wolno nawet barierę dźwięku przekroczyć, jeśli ktoś ma czym, a ludzi ginie mniej niż we Francji, gdzie prawie wszędzie jest 110 km/h (ustawowa 130-tka to raczej teoria), a fotoradary szaleją, co nawet gazety opisują.
Skorzystają jak zwykle cykliści. Zgadzam się że rozumu nie nauczą, ani bezpieczeństwa nie poprawią najbardziej drakońskie kary i represje. Nawet rok ciężkich robót za przekroczenie ciągłej, ani dożywocie za nieustąpienie pierwszeństwa jedynie zaspokoi ego i w wprawi w dumę graniczącą z samozachwytem ustawodawców (polityków).
Mam takie samo odczucie, że granica umownego rozsądku w przypadku mocy została już dawno przekroczona, zwłaszcza w dobie ilości samochodów, korków i wszechobecnych ograniczeń. Ostatnio miałem okazję być przewiezionym elektrykiem. Ot, zwykły popularny suv, dostępny dla każdego i zapewne kupowany przez wielu. Pierwsza myśl, gdy poczułem pełne przyspieszenie wozu była taka, że to mało rozsądne, by udostępniać tak znaczne zapasy mocy i przyspieszenia dla przeciętnego kierowcy. Przecież by komfortowo i oszczędnie jechać na trasie we względnej ciszy wcale nie trzeba mieć 300 KM i więcej pod maską, a wystarczy odpowiedni dobór przełożeń i lepsza izolacja akustyczna.
Czy istnieje jakiś obowiązek kupowania 300-konnnego auta? Ogromna większość modeli jest dużo słabsza, można nawet znaleźć takie poniżej 100 KM. Lubisz słabsze auta, kupuj słabsze, proste.
Ogólnie z czasem wypadków na drogach jest coraz mniej, ofiar również. Trend jest ogolnoświatowy i bardzo wyraźny. W Polsce najbardziej niebezpiecznie było wtedy, jak większość jeździła Maluchami, 24-konnymi. Nie da się więc połączyć wzrostu mocy z jakimkolwiek wzrostem ryzyka. A wybór własnego samochodu każdy z nas wciąż ma.
Chcę zauważyć, że elektryki godzą zwolenników posiadania olbrzymiej mocy, z przeciwnikami osiągania dużych prędkości – obserwując auta elektryczne na autostradzie dochodzę do wniosku, że jeszcze nigdy tak mocne auta nie jeździły z tak niewielkimi prędkościami 😉
„Jeśli widzisz samochód o wyglądzie Lamborghini z kierowcą w zimowej kurtce wlokącym się autostradą za tirem, to wiedz, że to elektryk” 🙂
Pracuję w lokalu przy wylotówce z miasta – zwykłej dwupasmówce przecinanej przejściami dla pieszych. Od kilku lat z tej perspektywy widzę, co się dzieje na drogach. Psychopatów w bardzo mocnych autach którzy cisną tu, nie zwracając uwagi na nic, trafia się coraz więcej. Stąd uważam, że mocne samochody stają się zbyt ogólnodostępne – nie mylić, z popieraniem obostrzeń czy ograniczaniem wyboru. 🙂
Psychopatów trzeba bezwzględnie eliminować, natomiast nie wierzę, że ludzie, o których mówisz, rozwijają w mieście prędkości niemożliwe do osiągnięcia Polonezem albo Lanosem. Problem nie jest w przyspieszeniu w pięć sekund do setki, tylko w przestrzeganiu podstawowych reguł zdrowego rozsądku, a tego nie da się rozwiązać zmniejszeniem mocy. Możemy zadekretować maksimum 10 KM, ale i dziesięciokonnym autem da się pojechać niebezpiecznie szybko np. w centrum miasta.
Moc silnika nie ma z tym nic wspólnego – bo psychopatą nie jest ten, kto jedzie 250 km/h po niemieckiej autostradzie, tylko ten, co jedzie 80 tam, gdzie powinno się jechać 40, a to można zrobić nawet Maluchem. W Polsce do lat 90-tych ludzie ginęli na drogach masowo nie dlatego, że osiągali kosmiczne prędkości, tylko dlatego, że nie dostosowywali ich do warunków. Znak obszaru zabudowanego był całkowicie ignorowany, praktycznie nikt nie hamował z samej racji jego minięcia – dlatego (między innymi) było tak niebezpiecznie, mimo że połowę aut na drodze stanowiły Maluchy i inne „perły PRL”, a modeli naprawdę mocnych nie było prawie wcale (mocnych w dzisiejszym rozumieniu – w ogóle).
Odnośnie zbyt wysokich mocy – faktycznie, zastanawiam się po co para idzie w gwizdek. Obecnie nawet drogie samochody mają wprawdzie wnętrza z obleśnych plastików i pcv na fotelach, ale za to oferują czasem absurdalne przyspieszenia czy prędkości. Ja wiem, że w Niemczech można szybko jechać; gdzieniegdzie, ale generalnie w 99% miejsc na świecie 130 / 140 to już maksymalna prędkość. Coś co ma ogranicznik na 250 już wzbudza lekkie zdziwienie, ale coś co jedzie 300 – 320 (a mówimy o limuzynach, czy SUVach, nie autach stricte sportowych)? Zamiast 400 KM w SUVie lepiej by chyba było zaoferować bardziej przystępną cenę, albo normalne materiały we wnętrzu. Tudzież subtelniejsze ekrany, nie wyrastające z deski rozdzielczej jak spłuczka sponad sedesu na dworcu autobusowym w latach 80. Do tego dochodzi wygląd, który ma krzyczeć do innych: „von z drogi, to jadę ja, Nikodem Dyzma”. I tak się prezentują nawet najzwyczajniejsze i najtańsze auta!
Myślę, że tutaj wchodzi w grę efekt psychologiczny i wszechobecny materializm / merytokracja naszych czasów, „to jest temat długi” cytując.
Niestety problem pojawia się wtedy, kiedy chcemy auto, które nie jest po prostu przekombinowane (mnóstwo wyposażenia, mnóstwo ekranów, co za tym idzie wysokie koszty napraw i części), nie wygląda jak jeździec apokalipsy i jest relatywnie przystępne cenowo. Ale za to nie składa się z pękającego wszystkiego w jakości bliskiej chińskim trampkom z bazaru z roku 1998. Bo akurat jeszcze aut słabowitych nie brakuje, przynajmniej tyle.
Jeszcze raz powtarzam: nie wszystkie samochody mają po 400 KM, takich jest wręcz bardzo niewiele. Widać ich wiele w mediach i katalogach – bo to normalne, że o Bugatti Veyron rozmawiamy często, chociaż nikt z nas go nie widział, a już na pewno nikt sobie go nie kupi.
To, że dobre osiągi stały się dostępne, to chyba lepiej niż gorzej? Ale ogromna większość aut wciąż bardziej przypomina Priusy z artykułu. Mało kto kupuje modele 400-konne i Ty też nie musisz, jeśli nie chcesz – a z komentarza domniemywam, że wcale nie chcesz.
Znacznie większym problemem jet to, że taka Dacia czy Toyota Yaris – mimo że ma wciąż umiarkowaną moc – musi mieć na pokładzie turbo, wtrysk bezpośredni i milion elektronicznych gadżetów, które naprawdę podnoszą koszt zakupu i eksploatacji do granic absurdu, do tego państwo nakłada kary finansowe za jej zakup. I to jest niestety nie do ominięcia, bo auta używane kiedyś się pokończą, o ile wcześniej nie zabroni się jeżdżenia nimi.
Nigdy nie pojmę, dlaczego ludziom przeszkadza produkt, którego nie chcą i nie nie mają obowiązku kupować, a jednocześnie nie zauważają, że gigantyczny wzrost kosztów wymusza się sztucznie w produktach popularnych, na które jesteśmy skazani?
Mnie koszty eksploatacji auta 400-konnego kompletnie nie interesują, bo to nie mój problem – tak samo nie interesują mnie ceny pałaców w Monaco ani brylantowych kolii. Jeśli ktoś chce płacić, jego decyzja – ja nie interesuję się cudzym życiem i cudzymi finansami. Martwię się za to tym, że nawet najprostsze auta kosztują dziś 3x tyle co kilka lat temu, mimo że wcale 400 KM nie mają, i że jest to wzrost wymuszony sztucznie i celowo.
Reasumując: samochody mocne ogromnie potaniały i stały się nieporównanie lepiej dostępne (co Komentatorzy sami przyznają) – i to jest uważane za PROBLEM, natomiast samochody popularne przeciwnie, podrożały o kilkaset procent (nawet przy mocy 90 KM) – i tutaj problemu nikt nie widzi. Każdy się zżyma, że sąsiadowi łatwiej kupić 400-konnego SUVa, zamiast protestować że jemu samemu odbiera się możliwość zakupu auta przystępnego cenowo. Więc ja przewrotnie zapytam, kto tutaj stoi na głowie…? Na tym właśnie polega tresura społeczeństwa i taki jest jej cel, żebyśmy wyładowywali się na sąsiedzie z fajnym autem nie zauważając, że nas przestaje być stać na jakiekolwiek.
Mi tam akurat wszystko jedno czym i za ile jeździ sąsiad, byle tylko zachowywał elementarne zasady kultury w społeczeństwie i na drogach. Może jeździć rowerem, kompaktem, czy przerośniętym RAM-em. Dla mnie problemem jest coraz większa ilość ludzi, którzy wychodzą z założenia, że jeśli zapłacił za całą moc, to będzie najczęściej korzystał z pełnej, terroryzując hałasem i prędkością wszystkich dookoła. 😀 Co do sztucznego podwyższania cen – ja odnoszę wrażenie, że aktualnie żyjemy w kolejnej „malaise era”.
Co do kultury jazdy i przestrzegania zdrowego rozsądku – tysiąc procent zgody. Od tego jest władza, żeby pilnowała naszego bezpieczeństwa – tyle że właśnie BEZPIECZEŃSTWA, czyli np. szybkości na osiedlach i przy szkołach, a nie prostych autostradach. Zawsze będę wręcz chwalił fotoradar postawiony przy szkole, ale nie wśród pustych pól z absurdalnym ograniczeniem. To samo z hałasem – odpowiednie normy przecież istnieją, wystarczy je egzekwować. Ale bardziej zyskowne jest egzekwowanie innych, pożal się Boże, przepisów.
Ależ mi w ogóle nie chodziło o to aby ograniczać, po prostu lepsze wrogiem dobrego. Wazacy 3 tony CUV z silnikiem o mocy 1500 koni, przyspieszający w 3 sekundy do setki nie da frajdy z „bliskości jezdni” i z przyspieszenia w sumie tez tak średnio, bo ledwie wdepniesz gaz i juz musisz hamować bo drogą sie kończy.
A co do tych wszystkich „pipczyków”, które „samochodziarze” tak „uwielbiają” to bądźmy szczerzy – one faktycznie poprawiają bezpieczeństwo. Masa wypadków wynikala po prostu z rozkojarzenie czy innej chwilowej utraty uwagi. Wspolczesny samochod do rowu nie wjedzie, jak cos sie przed nim pojawi to sam przyhamować, a jak kierowca bedzie „nieobecny” to go jakoś przywola do porządku.
Te pipczyki pipczą co pięć sekund bez powodu, dlatego każdy je wyłącza. Super byłoby, gdyby faktycznie przywoływały rozkojarzonych kierowców do porządku, ale w praktyce to tak nie działa. A mnie już raz zahamowały awaryjnie na prostej drodze, co opisywałem w teście Mazdy. Cud, że za mną nikt nie jechał.
A trzytonowych CUVów o mocy 1500 KM nie widziałem i nie sądzę, żeby coś takiego zdobyło jakąkolwiek popularność.
@SzK, no ja jednak mimo wszystko popieram fakt, że moce „cywilnych” aut wzrosły do takich gdzie da się bezpiecznie wyprzedzić na jednopasmówce autobus, bo robienie czegoś takiego 60konnym Punto to igranie z ogniem. Mnie też nie interesują ceny 400konnych aut, ale jak ktoś ma potrzebę kupna takiego? Co za problem, wszystkiego trzeba używać z rosądkiem. Byle nie „zastaw się , a postaw się”
Co do wypadków w Polsce to najwięcej ich było w 1997 roku, a najwięcej ofiar śmiertelnych było w 1991 roku. Więc nie PRL tylko rodząca się w bólach III RP. Nie chcę mi się teraz szukać statystyk nt. marek jakie brały w nich udział. Niemniej w latach 90 średnie osiągi przeciętnego samochodu na polskich drogach rosły wręcz błyskawicznie. Stosunkowo tanie stały się rejestrowane jako składaki BMW 325i E30, BMW E34 525i , Ople Manta, Volkswageny Scirocco itp. Sami wiemy też że tego typu samochody przyjeżdżały do Polski najczęściej jako „przystanek autobusowy”, więc siłą rzeczy taka złożona ze szpachli beemka łamała się szybciej niż bezwypadek. O kulturze jazdy wiadomo każdy chciał się popisać. Więc ostrożny byłbym z twierdzeniem , że perłami PRLu powodowano tyle wypadków. Także co do pereł PRL–u to o ile w maluchu zginąć było bardzo łatwo, to jednak Polonez był jednym z bardziej bezpiecznych aut tamtych czasów, oczywiście o ile nie był zgnity i chałupniczo naprawiany.
Zasadniczo zgadzam się z wszystkim, co napisałeś. Ale muszę dodać ważną rzecz: liczbę wypadków i ofiar musimy odnieść do pojazdokilometrów – i w tym ujęciu wygląda to całkiem inaczej. Twoje statystyki są jak najbardziej prawdziwe, tylko nie uwzględniają tego, że w latach 90tych ogromnie wzrosła nie tylko liczba aut, ale też ich przebiegi, bo na stacjach pojawiło się paliwo. Kartkowa benzyna pozwalała na 3-4 tys. rocznie, a po 1990r. to ograniczenie znikło, dlatego wzrost liczby wypadków był bardzo względny.
Można też spekulować dlaczego nagle zmienili stylistykę z kosmicznego pudła, (kojarzy mi się razem z toyota mirai 1gen z dekotorą) na bardzo ładny klin, który na żywo skojarzył mi się z … Lamborghini countach. Nie wiem, czy przez kolor czy po prostu zdziwienie tym że nowy samochód może wyglądać ciekawie i inaczej od „agresywnych mydeł” widzianych na ulicach.
Toyota doszła do wniosku że taksówkarze i ludzie którym zależy na niskim spalaniu chętniej wybiorą hybrydową Corolle lub Yarisa a nie droższego i radykalnie stylizowanego Priusa. Trzeba było rozróżnić te dwa w gruncie rzeczy podobne modele i zrobiono to właśnie mocą. I szybka refleksja , gdyby miał dowolną inną skrzynię niż cvt, byłby to świetny samochód na daily dla miłośnika motoryzacji chowającego sobie w garażu coś ciekawszego. Jednak osobiście uważam cvt (na razie tylko z perspektywy pasażera) za wyrok śmierci dla przyjemności z jazdy. Może wirtualne biegi trochę to ratują, nie wiem nie miałem okazji sprawdzić. Ale tak prius i Hyundai staria ratują dla mnie design „codziennych” samochodów.
CVT w niczym absolutnie nie przeszkadza w codziennej jeździe, w stosunku do 7-biegowego hydrokinetyka w moim Mercedesie praktycznie nie czuć żadnej różnicy, o ile człowiek nie chce się ścigać.
A co do wyróżnienia Priusa: on kiedyś wystarczająco wyróżniał się układem hybrydowym, ale od kiedy hybrydą stała się każda jedna Toyota, musieli coś innego wymyślić.
„na żywo skojarzył mi się z … Lamborghini countach” taki mały Hurracan Tecnica….
w sumie nie 'mały’ Hurracan Tecnica ale bardziej 'podpompowany’ Lambo…
W międzyczasie przybyło dużo konkurencji z Korei i Chin, Toyota postanowiła zapewne przeskoczyć do innej ligi „premiumowej”. Można sądzić, że miejsce „oszczędnowozu” zajmie Corolla.
te wielosezonówki na wczorajszą noc nie starczyły…
Dzień dobry. Mam nadzieje, że dojechał Pan bezpiecznie. Pozdrowienia z Mazowsza (też popadało ale niewiele).
ostatnie kursy 20 na godzine…
20 na godzinę, to fajna pogoda musiała być.
W sumie jestem ciekawy jak w takich samych warunkach pierwszego śniegu (zmieszane ze wszystkim co leżało dotychczas na jezdni) sprawdziłaby się zimówki, znaczy czy uniwersalne faktycznie są kiepskie, czy po prostu warunki były po prostu ciężkie.
Jak wybierałem opony, to testy sugerowały, ze dobre całoroczne sa na poziomie takich sobie zimówek. Jakieś pomiary w warunkach pierwszego śniegu byłyby bardzo ciekawe.
Wielosezonówki są dobre w mieście na płaskim terenie. Na jakichkolwiek podjazdach robi się znacznie słabiej. Oczywiście, kiedyś jeździłem na D-124 w ciężkich zimach, po górach – i dało się, mimo że byłem całkiem początkujący i mało umiałem (okazjonalnie ktoś mnie popychał, ale wtedy nikt się temu nie dziwił). Jednak komfort po założeniu Goodyearów UG 5 dwa lata później był niewiarygodny.
Moje doświadczenia z oponami całorocznymi są jak najlepsze od wielu lat. Zimą po górach raczej nie jeżdżę, ale nie tylko ich używam w mieście i na krajówkach, sporo też jeżdżę po drogach powiatowo-gminnych, bez kompleksów, ale mam zawsze dobre opony premium (francuskiej albo włoskiej firmy). Latem też się sprawdzają (na autostradach również), choć są głośniejsze niż letnie. Wymiana opon z czujnikami 2x do roku to 500-600 zł, czyli koszt jednej dobrej opony rocznie. „Eksperci” z serwisów opon zdecydowanie zalecają wymianę na zimówki/letnie, głownie dlatego, że mają żniwa dwa razy w roku.
W płaskim terenie to może być OK. Na górkach robi się ciężej, choć tak jak mówię, kiedyś nikt specjalnych opon na zimę nie zakładał. Ale też drogi były luźne, a połowa kierowców w zimie nie jeździła wcale.
W to, ze wyspecjalizowany produkt jest w swojej dziedzinie lepszy od uniwersalnego to wiadomo. Pytanie o ile. No i zimówki miedzy sobą też się różnią.
Biorąc przykład Witka, gdzie całoroczne opony pozwalały na bezpieczna jazdę z prędkością 20 kph pytanie na ile by pozwoliły zimówki. 25, 30 czy 50?
W sumie bede musiał znowu poszukac testów.
Osobne pytanie, czy właśnie calosezonowka nje jest optymalną oponą na współczesne „zimy” gdzie w ciągu dnia potrafi spaść kilka-kilkanascie cm śniegu by następnie sie roztopić i zostawić suchy asfalt – wszystko naraz, czyli idealne warunki dla opony y uniwersalnej 😀
Jasne, masz rację. Ja tylko mówię, że na południu Polski te warunki wyglądają zupełnie inaczej niż np. w centrum, dlatego ja mimo wszystko koła zmieniam (mam całe koła zimowe, to ułatwia sprawę).
A dorzucę kamyczek do ogródka. Ja też jestem z południa, miasto Cinquecenta. Na moje znikome przebieg 5kkm/rok używam wielosezonówek i uważam to za świetne rozwiązanie przy takich małych przebiegach i eksploatacji aglomeracyjnej.
No czeka mnie początkiem grudnia jeden wyjazd na Żywiecczyznę i zobaczymy jak wtedy. Ale jeśli ma być coś źle, to będzie to ta tzw. „ostatnia mila”.
Prawda, ostatnia mila. Ale ona jest równie ważna jak reszta. Znam wielu ludzi, którzy kupują samochody 4×4 – nie żadne szpanerskie, tylko np Suzuki Ignis – dlatego, że mieszkają kilometr od asfaltu, na sporej górce. W ciągu roku potrzebują tego 4×4 np. przez trzy minuty kilkanastu dni, no ale jednak potrzebują. A taksówkarz może mieć takie kursy częściej.
Z doświadczenia – wielosezonowe Continentale są lepsze w każdym zimowym scenariuszu od zimowych nokianów WR A4. Za to w letnich scenariuszach nie przebiją dobrych, letnich opon. Brakuje mi w Polsce klasy gum wielosezonowych, ale bliżej letnich, coś jak Michelin Pilot Sport All Season. W USA da się zamówić na nich Corvette z salonu.
Btw kiedyś oleje też były letnie i zimowe, dziś inne niż całoroczne to produkty bardzo niszowe.
widze że temat opon najbardziej ciekawi, więc dodam kontynuację:
inspekcja wzrokowa wykazała, że porzedni właściciel nie rotował oponami przód/tył tylko przejechał ok 40 tys km w jednym setupie , i choć opony są świeżutkie (2023) to oś napedzana (przednia) w dodatku mocniej obciazana przy hamowaniu miała już dalece bardziej zużyte opony
póki co dałem te z tyłu na przód, i nawet wczoraj w nocy świątniki górne obskoczyłem , więc wygląda że bedzie ok