PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: TECHNIKA MOCNOPROUDOVÁ

 

Marka Tesla była mi znana od dzieciństwa.

Jak to możliwe? A normalnie – mój ś. p. Dziadek posiadał czechosłowacki telewizor Tesla-Lotos. Czarno-biały, w drewnianej obudowie i pracujący na lampach elektronowych, a przez to włączający się dobre pięć minut. Nieraz złościłem się o to, bo uciekały mi początki jakiejś bajki albo Pankracego.

Kiedy podrosłem, przeczytałem o postaci Nikoli Tesli i byłem przekonany, że to jego imię nosiły czechosłowackie zakłady elektrotechniczne. Dopiero w czasach internetowych dowiedziałem się, że tamta Tesla nie była niczyim nazwiskiem, tylko skrótem od Technika Slaboproudová. Co być może pasuje do urządzeń AGD, ale na pewno nie do amerykańskiego samochodu, sprzedawanego dziś pod marką Tesla. On jest jak najbardziej proudový, ale na pewno nie slabý. To nie pudełkowata Kia Soul, gadżeciarski Fiat 500e, drobnomieszczański e-Golf ani podtatusiały Nissan Leaf. Producent lansuje się wręcz na pełnoprawnego członka klubu premium. To już nie jest technika slabo-, a zdecydowanie mocnoproudová.

Wrażenia z przejażdżek zaczynam zwykle tłem historycznym, wizerunkowym opisem modelu, itp., ale w przypadku Tesli mija się to z celem, bo PR-owy przekaz firmy bombarduje nas nieustannie. Niedługo będziemy czytać, co Elon Musk jada na śniadanie albo wręcz zaczniemy się bać przygotowywać własne (jak w starym radzieckim kawale: „Poniedziałek: kupuję gazetę, a tam Lenin. Wtorek: włączam radio, a tam Lenin. Środa: oglądam film, a tam Lenin. Czwartek: boję się otworzyć lodówkę„). Zresztą, co by nie pisać, każdy wie swoje: społeczeństwo podzieliło się nam na fanatyków elektryfikacji transportu oraz jej zapiekłych przeciwników, przy czym, co najciekawsze, 99% (albo i więcej) przedstawicieli obu obozów w elektrycznym aucie nawet nie siedziała. Przynajmniej jeśli chodzi o nasz kraj.

Można też zauważyć inną zależność: im bardziej ktoś pasjonuje się motoryzacją, z tym większą odrazą patrzy na technikę proudovą (wszystko jedno – słabą czy mocną). Ja sam, przetestowawszy dotąd cztery pojazdy elektryczne, wyrobiłem sobie już zdanie: każdym z nich bardzo przyjemnie jeździ się po mieście, ale wyjeżdżać poza nie nie ma sensu. Tesla głosi natomiast, że jej produkty to prawdziwe premium, gotowe stawić czoła automobilowym tuzom, no i przede wszystkim odpowiednie również do dalekich podróży.

Ile w tym prawdy? Czy Tesla naprawdę przejedzie 500 km na jednym ładowaniu? A przede wszystkim – czy ona istotnie przypomina samochodowe premium, zdolne zadowolić auto-maniaka wyciągającego z kieszeni cenę BMW albo Lexusa? Tego najbardziej byłem ciekaw.

***

Przejażdżkę niebieską Teslą Model 3 Long-Range jeszcze w ubiegłym roku obiecała mi firma GO+ EAUTO pana Grzegorza Olchawskiego, ale prawie trzy miesiące przyszło czekać na dopełnienie formalności importowo-rejestracyjnych, oklejenie karoserii firmowymi napisami i stopnienie śniegu zalegającego na małopolskich drogach, a niesprzyjającego testowaniu tylnonapędowej maszyny o mocy 211 kW (ponad 280 KM) i przyspieszeniu do setki poniżej pięciu sekund.

Teslę odebrałem w czwartek 7 marca, załatwiwszy sobie urlop na piątek. Bateria nie była całkiem naładowana, lecz nie żałowałem tego: ponieważ auto miałem oddać dopiero w sobotę, a w jednym z jego bagażników leżała sieciowa ładowarka, miałem okazję samodzielnie sprawdzić tempo ładowania i późniejszy, realny zasięg. Oczywiście w trasie – bo miejskie elektryki gościły na blogu już czterokrotnie, natomiast Mr Musk obiecuje nam elektromobilność długodystansową.

Maszynę przekazał mi pan Edward, który 30 lat temu serwisował Mercedesy mojego taty, a do 2011r. również i moje. To on podał mi „kluczyk” w postaci karty magnetycznej i dwie broszurki zawierające zasady bezpieczeństwa. „Resztę znajdziesz sobie na tablecie, bo ja sam się nie orientuję” – dodał, wskazując gigantyczny, 15-calowy ekran zamontowany pośrodku deski rozdzielczej. Dałbym sobie głowę uciąć, że jeśli nie liczyć drewnianej obudowy, dziadkowa Tesla-Lotos była niewiele większa.

Czy wyobrażacie sobie prostsze wnętrze samochodu? Surowy minimalizm designu nie spodoba się raczej w Rosji, Arabii Saudyjskiej czy Chinach, ale dla Europejczyka powinien być zaletą – to taki samochodowy odpowiednik wnętrzarskiego stylu skandynawskiego. Na zdjęciu widać natomiast dwie największe wady auta – opiszę je w pierwszej kolejności, by mieć to już za sobą i przejść do przyjemniejszych spraw.

Pierwszy minus to jakość wykonania. W tym względzie krążą różne opinie, zależne głównie od oczekiwań (pamiętajmy, że mówimy o aucie amerykańskim!!). Ja na miejsce przyjechałem Mercedesem – wprawdzie 14-letnim i ubogo skonfigurowanym, ale eko-skóra Tesli, nielakierowana deska ciągnąca się przez całą szerokość kokpitu i pojedyncze niedociągnięcia montażowe stoją poniżej poziomu współczesnej Kii. Od samochodu kosztującego w USA 42.900 dolarów – więcej od podstawowych wersji C-Klasy (42.760$), Acury TLX (41.095$), BMW 3 (40.250$) Lexusa IS (39.405$), Infiniti Q50 ($39,295$) czy Audi A4 (37.400$) – spodziewałbym się więcej.

Testowany model był jeszcze droższy, bo doposażony w 19-calowe koła, pakiet Premium Upgrades (szklany dach, podgrzewanie i elektryczne ustawianie foteli z pamięcią, cztery porty USB, lepszy system audio, elektrycznie składane lusterka, automatyczne światła drogowe, przeciwmgielne LEDy i bezprzewodowa ładowarka dla dwóch smartfonów), a przede wszystkim opcję Long-Range zwiększającą zasięg wg EPA z 350 do 500 km (ale też i masę – z 1.610 do 1.730 kg). Łączna wartość dodatków to aż 15.500 dolarów – 1.500 za koła, 5.000 za pakiet i 9.000 za większą baterię. Z drugiej strony do cen aut spalinowych też należałoby doliczyć parę opcji, no i podatki stanowe – zwykle kilka do 12%, choć tu i ówdzie zdarzają się zerowe stawki.

Oczywiście, entuzjaści dodadzą, że amerykańscy nabywcy Tesli mogą liczyć na wyciągnięcie 3.750$ z kieszeni podatników (do końca 2018r. było to nawet 7.500). Porównuję jednak ceny netto, bo po pierwsze pożądanie rzeczy należących do naszych bliźnich jest niemoralne, po drugie humor polityków na pstrym koniu jeździ, a po trzecie – mówić, że Tesla jest tańsza, bo dopłaca nam do niej sąsiad, to tak jakbym ja twierdził, że serwis Mercedesa CLK wychodzi tanio, bo tata nie bierze ode mnie pieniędzy za wymianę oleju albo kół na zimowe. Jeśli ktoś uważa, że dany koszt nie istnieje, jeśli pokrywa go ktoś inny, to słabo świadczy o jego umyśle i życiowej dojrzałości.

Jakości wykonania nie można jednoznacznie skrytykować, ale czynnika WOW!! tutaj nie znajdziemy. W marce popularnej nie czepiałbym się, jednak przy tym przekazie marketingowym i przede wszystkim cenie muszę powiedzieć to głośno: koło Lexusa Tesla nawet nie stała (przebieg egzemplarza wynosił 10 tys. km).

 

Druga wada jest już czysto subiektywna. Zapewne wielu uzna ją za zaletę, ale ja, jako automobilowy i życiowy dinozaur, źle czuję się w samochodzie obsługiwanym NIEMAL WYŁĄCZNIE z ekranu dotykowego. Stawiam diamenty przeciwko żołędziom, że dzisiejsza młodzież, nieodrywająca wzroku ani palca od tabletów i smartfonów, znacznie szybciej i łatwiej nauczy się jeździć Teslą niż Fiatem Pandą. Mój prawie 40-letni umysł pracuje jednak inaczej i mimo że ogromną część życia spędzam online, trudno mi zaakceptować ten poziom zelektronizowania i „zwirtualizowania” samochodu. Pamiętam, że jeszcze całkiem niedawno projektanci starali się rozmieszczać przyciski tak, by „kierowca nie musiał odrywać rąk od kierownicy” – tymczasem w Tesli każdą funkcję trzeba odszukać w odpowiednim menu, co zmusza do odrywania nie tylko rąk od kierownicy, ale co gorsza, również wzroku od drogi. I to bynajmniej nie na ułamek sekundy.

Zacznijmy od początku. Auto otwiera się przyłożeniem karty magnetycznej do czytnika w środkowym słupku. Niestety tylko lewym – nie można więc po rycersku wpuścić najpierw pasażerki, ale w dzisiejszych czasach to może i lepiej, bo jeszcze ktoś oskarżyłby nas o seksizm, albo co gorszego (mówiłem już, że jestem dinozaurem?). Jest też drugi czytnik, przy środkowym podłokietniku – ten trzeba pomiziać kartą po każdorazowym trzaśnięciu drzwiami. Niestety, kartę trzeba wydobyć – nie wystarczy trzymać w kieszeni, albo tapnąć całym portfelem.

(zamki, a także klimatyzacja dają się też obsługiwać z aplikacji mobilnej, o ile w samochodzie zainstalujemy kartę SIM. Ja jej jednak nie miałem).

Z tradycyjnych, instynktownie odnajdowanych elementów Tesla zachowała dwa pedały, klakson w piaście kierownicy, dźwigienkę kierunkowskazów, wybierak trybu P-R-N-D oraz tradycyjne przyciski ustawiania foteli i opuszczania bezramkowych szyb. Fizycznie włącza się też lampki do czytania (przez ich naciśnięcie), światła awaryjne (przyciskiem w… podsufitce!!) i spryskiwacz szyby (wzdłużnym wciśnięciem dźwigienki migaczy), ale tych elementów trzeba się już naszukać – ja się poddałem i wykorzystałem koło ratunkowe w postaci telefonu do przyjaciela. Nie ma osobnej dźwigni/przycisku hamulca postojowego – elektryczny „ręczny”, oczywiście z funkcją hill-hold, jest tożsamy z trybem P, aktywowanym naciśnięciem końcówki wybieraka.

Od wewnątrz drzwi otwieramy w dwojaki sposób: elektrycznie (przyciskiem na górze podłokietnika), albo mechanicznie (dużym klawiszem przed czterema mniejszymi od szyb)

 

Poza tym „fizyczne” są jeszcze tylko dwa przyciski-rolki na kierownicy, ale one służą głównie obsłudze tabletu, który steruje większością  funkcji: oświetleniem zewnętrznym, wycieraczkami, systemem audio, klimatyzacją, nawigacją, ogrzewaniem szyb i foteli, ustawianiem lusterek i kierownicy, trybem pracy układu kierowniczego (comfort-standard-sport), a nawet… zamkami pokryw i schowka!!

Tak – schowek otwiera się wyłącznie z tabletu. Podobnie jak pokrywę przedniego bagażnika i klapkę gniazda ładowania – jedynie bagażnik główny (tylny) można otworzyć również tradycyjnie, z zewnątrz. Interfejs przypomina podobno iPhone’a – ja nie wiem, bo nie używam, ale pokazywałem Teslę paru osobom i zwolennicy jabłuszka skakali z radości.

 

Z lewej części ekranu odczytujemy szybkość, tryb „przekładni”, stan baterii, pozostały zasięg i aktualne ograniczenie szybkości (w km/h, ale przekłamane – wynoszące np. 48, 72 albo 88 km/h, tak jakby komputer przeliczał znaki na najbliższą wielokrotność piątki w mph, a potem z powrotem na km/h, już bez zaokrąglenia). Widzimy też poruszające się w pobliżu pojazdy i pieszych, śledzone przez jeden radar, osiem kamer i dwanaście czujników ultradźwiękowych. System odróżnia nawet osobówki od ciężarówek, dostawczaków, motocykli, itp., wyświetlając odpowiednią sylwetkę (przepraszam za jakość zdjęć tabletu: nie byłem w stanie uniknąć refleksów na fotografiach, na szczęście w naturze są one mniej wyraźne).

 

Drobiazgi na górze ekranu nie wymagają opisu (może poza kłódką blokady centralnego zamka), natomiast treści wyświetlane w głównej części wybieramy sami – tu widzimy zużycie energii z ostatnich 10, 25 lub 50 km, z prognozą zasięgu. Zielony dołek na wykresie to oczywiście zjazd z góry, z hamowaniem rekuperacyjnym. Generalnie, przy spokojnej jeździe Tesla zużywa do stu kilkudziesięciu Wh/km, a przy prędkościach autostradowych – 200-400.

 

Ooo!! Wizualizacja wiuchania!!” – powiedziała moja żona przechodząc po kolei przez różne menu (tym razem to ona robiła większość zdjęć, w tym wszystkie w czasie jazdy). Jak w innych elektrykach, powietrze wpada do kabiny nie kilkoma dużymi kanałami, a wąskimi szparami ciągnącymi się przez całą szerokość kokpitu. W standardowej specyfikacji znajduje się oczywiście pompa ciepła, redukująca energochłonność układu do minimum.

 

W menu Quick Controls wszystko jest jasne. Śmiesznie było, kiedy mój brat, Grzegorz, wsiadł do auta i popatrzył na tablet: „SKĄD ON WIE, JAK JA SIĘ NAZYWAM?!?!” – krzyknął. Spokojnie – to nie żadna inwigilacja, tylko zbieżność imion z panem Olchawskim, właścicielem firmy GO+ EAuto 🙂

 

Oświetlenie i wycieraczki dają się zautomatyzować, ale fizycznego wyłącznika nie znajdziemy (poza lampkami do czytania, które można nacisnąć palcem)

 

Nic ciekawego, scrollujcie dalej

 

Tutaj możemy zdusić moc silnika (standardowa jest naprawdę potężna), stopniować siłę wspomagania kierownicy i intensywność hamowania rekuperacyjnego, a także włączyć creep mode, czyli emulację tradycyjnej przekładni automatycznej (pełzanie po puszczeniu hamulca bez gazu).

 

Nowa funkcja nawigacji – na razie w wersji beta – wylicza prognozę zużycia prądu, podpowiada, gdzie może się on skończyć i gdzie po drodze można go uzupełnić z superładowarki. Co z oczywistych względów nie działa w Polsce.

 

Nawigacja jak nawigacja, po co drążyć temat

 

Menu bezpieczeństwa pozwala między innymi stale ograniczyć prędkość, włączyć ochronę przed przegrzaniem kabiny (schładzanie wnętrza przez 12h po opuszczeniu auta lub do wyczerpania baterii poniżej 20%), a także całkowicie odłączyć zasilanie. Tę ostatnią opcję instrukcja odradza („nie ma żadnego powodu, by jej używać„), bo system i tak usypia po zaryglowaniu drzwi z zewnątrz, a po trzaśnięciu drzwiami nie ruszymy ponownie bez tapnięcia kartą.

 

Tryb serwisowy służy do holowania, ustawiania świateł, wymiany wycieraczek i… resetowania ustawień. Tak – dożyliśmy czasów, kiedy deska rozdzielcza auta może się zawiesić i trzeba ją zresetować. Możemy też poczytać instrukcję obsługi – niestety tylko online, bo ona się zmienia po każdej aktualizacji software’u. Ponieważ nie miałem karty SIM, pozostało mi ściągnąć pdf na komórkę.

 

Na górze, obok termometru, znajduje się logo marki, zwane „przyciskiem Tesla„: przywołuje ono sylwetkę samochodu z aktualnym przebiegiem, numerem VIN i aktualną wersją oprogramowania

 

Oprócz obrazu ze standardowej kamery cofania system pokazuje odległość od przeszkód z dokładnością do 1 cm. To bardzo fajna sprawa, zwłaszcza że pozwala dojechać dość blisko (bodajże do 15 cm).

 

Autoblog.pl, który wytrwale relacjonuje nam każde słowo Elona Muska, donosił ostatnio, że Tesla cichaczem wycofuje się z obietnicy autonomicznej jazdy w aktualnych modelach. Na razie w Modelu 3 możemy dobrowolnie aktywować: ostrzeżenia o przekroczeniu dozwolonej szybkości, automatyczne dostosowanie się do niej (z regulowaną tolerancją), akustyczny alarm kolizyjny z samoczynnym hamowaniem awaryjnym (trzy stopnie „wrażliwości”), ostrzeżenie przed niezamierzonym opuszczeniem pasa ruchu (wibracje kierownicy) i blokadę przyspieszenia w obecności fizycznej przeszkody. Tylko tyle i aż tyle.

 

Osobiście poniekąd cieszę się z braku postępów na drodze do autonomicznej jazdy – bo jakkolwiek OPCJA drzemki za kierownicą na pewno nikomu by nie zaszkodziła, a w wielu sytuacjach ogromnie pomogła (prawdopodobnie również mnie), to znając zapędy polityków jestem przekonany, że szybko zostałaby jedyną możliwością legalnego korzystania z samochodów. A w tej sytuacji wolę, by nie było jej wcale.

Kończąc kwestię obsługi i tabletu dodam jeszcze dwie uwagi. Po pierwsze, istnieje możliwość wydawania komend głosowych – nie testowałem jej jednak, bo nie odnalazłem opcji konfiguracji. Po drugie – Tesli brakuje choćby najprostszego systemu HUD. Ponieważ przed oczami nie mamy klasycznych wskaźników, ogromnie przydałby się szybkościomierz na szybie, by nie musieć odwracać co rusz wzroku. Tak, wiem: entuzjaści Postępu prawdopodobnie odpowiedzą, że nie rozumieją, po co kompulsywnie sprawdzać szybkość zamiast aktywować jej elektroniczny ogranicznik, ale ja z kolei nie rozumiem, po co tacy w ogóle prowadzą samochód, zamiast wezwać taksówkę. Oczywiście z tabletu.

***

Dajmy już spokój ekranowi i jakości materiałów, a w zamian popatrzmy na auto całościowo.

Tesla ma rozstaw osi 2.880 mm – to więcej niż u któregokolwiek sedana premium segmentu D, a z wymiarami 4.694 x 1.850 mm (bez lusterek) jest też najszerszą i jedną z najdłuższych (po Infiniti i Audi). W połączeniu z najmniejszym układem napędowym powinno to dawać bardzo przestronne wnętrze – i tak jest w istocie.

Zarówno z przodu jak i z tyłu miejsca jest dużo, wsiada się wygodnie, a wrażenie przestrzeni potęguje specyficzny kokpit, którego rozległa połać robi mało samochodowe, ale też anty-klaustrofobiczne wrażenie. Ponadto pomaga nieprzesadnie rozbudowana konsola i płaska podłoga z tyłu.

 

 

Fotele Tesli są tak wygodne, jak to tylko możliwe bez regulowanego podparcia lędźwiowego. Pompowanie jest niedostępne nawet w opcji, co ma pewne znaczenie dla ludzi z niedomagającym kręgosłupem (jak ja), ale zdrowi będą w pełni zadowoleni. Zresztą nawet moje plecy dobrze zniosły trzy godziny jazdy z jedną tylko, kilkuminutową przerwą na zdjęcia.

Przyjemnie prezentuje się widok zza kierownicy – wystarczy nie patrzeć na pozbawioną zegarów deskę rozdzielczą, tylko skoncentrować się na profilu dobrze widocznej maski siln.. po prostu maski: ona wygląda trochę jak w Ferrari, z charakterystycznie podniesionymi błotnikami (patrz zdjęcie tytułowe), co cieszy oko w każdej sytuacji, a zwłaszcza na krętych, górskich drogach.

W czwartek wieczór przejechałem przez miasto i obwodnicę, ale bez fotografowania, natężania zmysłów i skupiania się na pomiarach – to miałem w planie na piątek. Na razie chciałem przyzwyczaić się do samochodu, który okazał się prowadzić nadzwyczaj łatwo i instynktownie – o ile kierowcy nie przeszkadza silne hamowanie rekuperacyjne. Ja zaprzyjaźniłem się z nim w grudniu, nie czułem więc potrzeby zmniejszania jego siły, jeśli jednak ktoś chce, to może – wystarczy pogrzebać w menu tabletu.

No dobrze – jeden test we czwartek zrobiłem: przejechałem się autostradową obwodnicą w tempie… nieosiągalnym dla Nissana Leafa czy Kii Soul. 280-konna Tesla dała się tu poznać jako prawdziwe auto sportowe. Po pierwsze, ona wgniata w fotel od prędkości zerowej aż do… w zasadzie dowolnej. Elon Musk podaje 5 sekund do setki, lecz prasowi testerzy uzyskują lepsze czasy (ja nie mierzyłem, bo zwykłym smartfonem nie osiągnąłbym wystarczającej precyzji), a co ważne, w przeciwieństwie do elektryków miejskich, Tesla nie dostaje zadyszki powyżej szybkości spacerowych. Wciśnięcie gazu przy 140-tu daje efekt niewiele mniejszy niż przy 50-ciu. Również stabilność w szybkich łukach pozostaje wzorowa, a precyzja układu kierowniczego – w trybie sport – pozwala poczuć się znacznie lepszym kierowcą, niż się faktycznie jest. A to podobno podstawowa cecha aut sportowych.

To, co zaskakuje na autostradzie, to… stosunkowo wysoki poziom hałasu, głównie szumu powietrza. Być może powodem są krzywo spasowane, bezramkowe szyby, które huczą robiąc wrażenie niedomkniętych. Freeware’owa aplikacja na smartfonie zmierzyła 71-72 dB przy 120 km/h – być może to nie jest najrzetelniejszy sposób pomiaru, ale lepszym sprzętem nie dysponuję, a uszy moje i mojej żony potwierdzają: przy szybkiej jeździe Tesla jest po prostu GŁOŚNA (TUTAJ znajdziecie skalę porównawczą, włącznie z droższymi modelami Tesli).

Ponieważ na kolejny dzień nie planowałem jazdy po autostradach, sprawdziłem też zużycie energii: co prawda przejechany odcinek był stosunkowo krótki, ale przy 140-170 km/h należy liczyć, że z każdym przejechanym kilometrem zasięg spada o trzy kilometry. Teslą po autostradach jeździ się więc wspaniale, ale niezbyt długo. Choć i tak dobre trzy razy dłużej niż uprzednio testowanymi elektrykami, które przy swoich maksymalnych prędkościach, sięgających ledwie 130 km/h, mogłyby mieć kłopot z objechaniem całej obwodnicy Krakowa na jednym ładowaniu (mówię o istniejącym fragmencie – bo do pełnego kółka wciąż sporo brakuje). Arytmetyka jest tutaj niezawodna: Fiat 500e ma baterię 24 kWh, Tesla – 75 kWh, Ani chybi, 300% różnicy. No i nie trzeba mieć kompleksów na lewym pasie – w zasadzie przed nikim na świecie.

Zużyciem prądu się nie przejmowałem, bo przez noc zamierzałem naładować auto do pełna. Podłączywszy ładowarkę sieciową przy około 40%-towym stanie baterii ustawiłem prąd ładowania na 10A (na mój głupi rozum jest to maksymalna bezpieczna wartość dla domowej instalacji 220V, a ja, jako mieszczuch-blokers, nie dysponuję gniazdem trójfazowym). Ujrzałem komunikat: time remaining 20 hr 50 min. Wprawdzie fabryczna specyfikacja mówi o home charging rate = 30 mil zasięgu na każdą godzinę, ale drobnym druczkiem dodaje, że to przy prądzie 32A * 230V.

 

***

Gdy przyszedłem do garażu rano, zielony pasek wypełniał ikonę bateryjki w około 80% (system nie pokazuje dokładnych procentów, tylko obrazek). Prognozowany zasięg wynosił 370 km – po dwunastu godzinach wzrósł więc o niecałe 160 km.

 

Kolejne etapy piątkowej, trzygodzinnej trasy wyglądały następująco:

  1. odcinek osiedlowy z fragmentem obwodnicy: po 10 km prognoza spadła dokładnie o 10,
  2. dwujezdniowy odcinek Zakopianki Kraków-Lubień, górzysty, 70-120 km/h, z różnicą wysokości +120 m: po 44 km ubyło 56,
  3. relatywnie płaski odcinek Lubień-Mszana Dolna, częściowo zabudowany, 50-80 km/h, wysokość +50 m (dość podobnie do wiejskich dróg nizinnej Polski): po 12 km ubyło 10,
  4. dwie przełęcze górskie, Przysłop i Ostra pod Limanową (opisywana kiedyś na Autoblogu jako najciekawsza droga w Polsce), pierwsza przejechana spokojnie, druga – dość dynamicznie, wysokość w sumie +50 m, ale z amplitudą ponad 400 m: po 45 km ubyło 47,
  5. powrót z Limanowej do Krakowa przez Kasinę Wielką i Dobczyce, mocno górzystymi drogami przez wioski, 40-80 km/h, wysokość -220 m: po 81 km ubyło 63.

Łącznie: po 192 km w pętli (czyli z zerowym przyrostem wysokości) ubyło 186 km zasięgu. Przy jeździe raczej spokojnej (maksymalnie 120 km/h na ekspresowym odcinku Zakopianki), prócz dynamicznego przejazdu jednej przełęczy i trzech manewrów wyprzedzania z pełnym przyspieszeniem.

À propos wyprzedzania: po wciśnięciu pełnego gazu Tesla wystrzeliwuje naprzód jak naddźwiękowy myśliwiec na dopalaczach, migając przy tym lampką kontroli trakcji. Na autostradzie to fajne, ale poza nią trzeba dobrze się zastanowić, szczególnie jeśli jedziemy wąską, dziurawą drogą z koleinami. 211 kW mocy elektrycznej wymaga wielkiego respektu, ale w zamian pozwala niewiarygodnie łatwo i szybko wyprzedzać.

Po powrocie do garażu tablet zasugerował, żeby „rozważyć ładowanie, bo zasięg może się znacząco zmniejszyć, jeśli rano będzie zimniej„. Sprytne. Na szczęście nazajutrz prognoza spadła o zaledwie 3 km, czyli niecałe 2%. Inaczej niż w eGolfie, którego wskaźnikowi nie można było pod tym względem zaufać.

Kiedy jechałem oddać auto – w ruchu miejskim, ale mało intensywnym, w sobotnie przedpołudnie – po 15 km zasięg zmalał o 14.

Reasumując: przy prędkościach dwucyfrowych, bez wariowania, wskaźnik zasięgu Tesli działa rzetelnie. Mimo że nie wyjeździłem 100% baterii, przypuszczam, że deklaracjom producenta co do możliwości przejechania 500 km można śmiało wierzyć. Podobnie jak w innych elektrykach, zasięg w małym stopniu zależy od warunków ruchu, bo większość strat wyłapuje hamowanie rekuperacyjne (o ile dobrze je wykorzystujemy). Gorzej, jeśli pojedziemy szybciej: od 100 km/h wzwyż prąd ucieka znacznie prędzej niż przewiduje wskaźnik, a przy 140 i więcej  – zasięg topnieje w oczach. Co zresztą nie odbiega zbytnio od zachowania aut spalinowych – tyle tylko, że sok z dinozaurów zatankujemy w pięć minut w każdej wiosce, a prądu niestety nie.

Aha – w czasie wycieczki górskiej temperatura zewnętrzna wynosiła 12-15ºC, nie wymagała więc wytężonej pracy ogrzewania ani klimatyzacji. Mrozy albo upały zapewne pogorszą zasięg, choć tego przetestować nie mogłem.

Tak na monitorze energii wyglądał przejazd przełęczy Ostrej. Doskonale widać, gdzie kończy się obszar zabudowany i gdzie jest najwyższy punkt 🙂

 

Na przełęczy po raz drugi pochyliłem czoła przed własnościami jezdnymi Tesli: tę drogę znam na pamięć, jeździłem tam dziesiątki razy różnymi Mercedesami i Hondami, a raz nawet Mazdą MX-5 drugiej generacji, ale na serpentynach z biało-czerwonymi apexami (LINK1 LINK2) żadne auto nie dostarczyło mi takich wrażeń, jak Tesla Model 3. Przyczepność – jak w szynach. Myślę, że w tym aucie, na drodze publicznej, człowiek z jakimkolwiek bezpiecznikiem w mózgu nie będzie w stanie sprowokować układu ESP, przynajmniej na suchym. Przechyły poprzeczne nie występują praktycznie wcale, a kierownica w trybie sportowym pracuje jak w gokarcie. Do tego dochodzi ta piekielna moc, rozwijana całkowicie liniowo i płynnie, niezależnie od prędkości i bez konieczności zmiany biegów (która oczywiście też potrafi sprawić radość, ale bez niej można podwójnie skoncentrować się na zakrętach). Gdyby jeszcze elektryczny silnik umiał jakoś brzmieć, no i gdyby widzieć przed sobą ładne zegary…

Taki opis prowadzenia rodzi pytanie – co z komfortem? Owszem – jest twardo. Nawet bardzo. Na dobrej drodze się o tym nie myśli, ale na gorszej… trzeba po prostu lubić sportowe auta. No i lepiej mieć zdrowy kręgosłup.

***

Sesję fotograficzną zrobiliśmy przy DK28, na przełęczy Gruszowiec, niedaleko Tymbarku.

Już od jakiegoś czasu w Tymbarku nie produkują Tymbarku. Nawet w tym barku w Tymbarku nie mają Tymbarku :-). A barek to nie byle jaki – słynny na całe Beskidy bar „Pod Cyckiem„.

 

Tesla widziana z przodu mogłaby być włoskim supersportowcem – gdyby tylko dodać jej prawdziwy grill

 

Z boku już niekoniecznie, choć ze swymi małymi zwisami, dużymi kołami (opcjonalne 235/40 R19) i czystą, nieprzekombinowaną linią samochód wygląda atrakcyjnie: bardzo nowocześnie, ale nie odpychająco, jak wiele dzisiejszych, kipiących agresją modeli (zwłaszcza SUVów). Z zewnątrz, podobnie jak w środku, przywodzi na myśl skandynawski minimalizm.

 

Ja nie przepadam za ściętym tyłem, ale przyznaję, że dla czterodrzwiówki o wybitnie sportowym charakterze jest to naturalny wybór. Niski współczynnik Cx – zaledwie 0,23 – pomaga zniwelować sporą masę (1.730 kg w wersji Long-Range). Szkoda tylko, że tylna szyba nie unosi się z klapą bagażnika, co zmniejsza jego praktyczność.

 

Z przodu prawie Maserati, z tyłu – bardziej jak Audi. Niezbyt użytkowo, ale zgrabnie i dynamicznie. W oczy mocno rzuca się wielki, szklany dach, będący częścią pakietu Premium Upgrades.

 

Oba bagażniki mają łączną pojemność 425 litrów, ale subiektywnie sam tylny wydaje się większy (być może niedoszacowanie bierze się z amerykańskich metod pomiarowych, zakładających użycie sporych sześcianów)

 

Pod podłogą kufra mamy jeszcze dodatkowe miejsce

 

Z przodu raczej skromnie, ale to zawsze lepiej niż nic (mieści się ładowarka i sporo innych rzeczy)

 

***

Podsumowując: Tesla Model 3 to moim zdaniem stosunkowo stonowana, przyjemna stylistyka, dużo miejsca dla pasażerów, nadspodziewanie sportowy charakter pod postacią MIAŻDŻĄCEJ mocy i doskonałego prowadzenia, ale też twardego, nie całkiem komfortowego zawieszenia. Z minusów – przeciętna jakość wykonania, która nie przystaje do nieprzeciętnej ceny, oraz kompletnie niesamochodowe, tabletowo-dotykowe sterowanie prawie każdą funkcją, mocno gryzące się z osiągami i własnościami jezdnymi skrojonymi pod prawdziwych petrolh… samochodziarzy.

Czy to nie brzmi przypadkiem jak opis preferencji Pokolenia Z – tego, które kończy właśnie drugą dekadę życia…?

Pokolenie Z uwielbia rzeczywistość wirtualną, dlatego zaprojektowany dla nich tablet, oprócz funkcji praktycznych, ma też dodatkowe, ukryte menu z tzw. easter eggs

 

Przykładowo, obrazek Tesli można zamienić na coś, przy czym latające spodki Jetsonów wyglądają na starożytne, egipskie rydwany. Podpis Model 3 Long-Range całkiem dosłownie nabiera tu innego wymiaru…

 

…można pojeździć sobie po powierzchni Marsa…

 

…pograć w antyczną Stonogę…

 

…albo porealizować się artystycznie, a potem udostępnić swoje dzieło na Facebooku – w czasie gdy kierowca przekracza prędkość dozwoloną na drogach jednojezdniowych 😉

 

…Fart App zmienia odgłos włączonych kierunkowskazów, tudzież przycisków na kierownicy w… sami wiecie co…

 

…wreszcie Romance Mode wyświetla na ekranie płonące drewno, jak w kominku, włącza oświetlenie ambientowe, ciepły nadmuch i podgrzewanie foteli. Idealne rozwiązanie na okoliczność utknięcia w korku podczas wieczornego powrotu z nart we dwoje – pozostaje tylko otworzyć szampana (bezalkoholowego, oczywiście) i… bacznie obserwować wskaźnik baterii.

 

Ja nie należę do Pokolenia Z, więc jakkolwiek lubię posiedzieć przy kominku, to nie ekscytuje mnie jego emulacja na dotykowym tablecie przyczepionym do konsoli samochodu. Tyle tylko, że ja w przyszłym roku osiągnę wiek serialowego inżyniera Karwowskiego. Jeśli Elon Musk faktycznie zamierza zrobić wszystko to, o czym mówi, to… chyba idzie we właściwym kierunku.

Żeby wiedzieć to na 100%, musiałbym spytać ludzi z Pokolenia Z. Oni na pewno nie kręciliby nosem na krzywe szczeliny szklanego dachu, ale też nie zachwycaliby się przyspieszeniem w 5 sekund do setki ani prowadzeniem w serpentynach z apexami. Zaś co do tabletu… Podobno dzisiejsi kilkulatkowie, kiedy uczy się ich czytania, przesuwają palec po papierze, żeby scrollować strony – dla nich to odruch bardziej naturalny niż fizyczne obrócenie kartki. Moje lata szkolne – kiedy chcąc sprawdzić liczbę ludności Buenos Aires szło się do biblioteki – są dla nich równie odległe i abstrakcyjne jak dla nas wyłącznie listowna komunikacja z Ameryką, albo trwający trzy tygodnie przejazd powozem hrabiny Potockiej z Łańcuta do Paryża.

Właśnie pod Pokolenie Z, nie znające świata bez całego Internetu w kieszeni, skrojona jest strategia „dostarczania usług mobilności” w miejsce sprzedawania lśniących chromem, skrzydlatych krążowników z silnikami V8, pomysł całkowitego zastąpienia sieci salonów konfiguratorami online, no i dalekosiężne plany związane z Autopilotem. A także z hiperładowarkami o mocy 250 kW, które mają dawać 120 km zasięgu w 5 minut – czyli, pi razy oko, 1.200 km w ciągu dnia z mniej niż godziną przymusowych postojów. To pomału zaczyna brzmieć jak alternatywa…

Czy to wszystko wypali? Czy będzie się dało wytworzyć tyle ekologicznego prądu i nauczyć komputery ogarniać ruch drogowy z wszystkimi jego pułapkami? Przyszłości nie przewidzi nikt, ale wizja jest jasna. Zupełnie nie moja, lecz jasna.

Ponieważ dobry tekst powinien się kończyć nawiązaniem do wstępu, wrócę teraz do dziadkowego telewizora i wrzucę zdjęcie pt. TeslaLotos.

Superchargera na razie tu nie ma, ale czy nadal nie będzie go za kilka lat…? Warto pamiętać, że pierwsi automobiliści zabierali z sobą benzynę na całą podróż – bo w drodze nie było szans jej zatankować.

 

Wszystkie fotografie są pracami własnymi i mojej żony

Share Button
Tagi: , , ,
93 comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: TECHNIKA MOCNOPROUDOVÁ
  1. Bartek pisze:

    Według wujka Googla łapię się jako przedstawiciel pokolenia Z, ale równocześnie jestem petrolheadem, więc pozwolę sobie odnieść się do pana słów. Żyję z komputerem prawie całe moje świadome życie. Przyznaję, dużo czasu spędzam ze smartfonem, ponieważ w dużej mierze zastępuje mi komputer w życiu codziennym i zawodowym. Mimo że uwielbiam klasyczną motoryzację w jej najlepszym wydaniu, to fascynuje mnie elektryfikacja i wszystko, co z nią związane. Wszystko wskazuje na to, że w bliższej czy dalszej przyszłości nie jesteśmy w stanie jej uniknąć.
    Jednak to wszystko, co razi pana w Tesli, raziłoby również mnie (być może uda mi się kiedyś to sprawdzić). Niedopracowania jakościowe, użyte materiały i brak przycisków dyskwalifikują dla mnie to auto. A na kwestię autopilota spuszczę zasłonę milczenia 😉

    • SzK pisze:

      Każdy człowiek jest indywidualnym przypadkiem i urodzenie w takim albo innym momencie nie determinuje wszystkiego. Jednak statystycznie dają się zauważyć pewne trendy – ogólne zainteresowanie młodego pokolenia motoryzacją spada, dlatego same samochody ewoluują. Samo to jest zjawiskiem pozytywnym, bo to produkty trzeba dostosowywać do użytkowników, nie odwrotnie. Gorzej tylko, jeśli pewne zmiany wymusza się odgórnie, bez względu na potrzeby użytkowników – nie tylko estetyczne, ale i praktyczne (chodzi przede wszystkim o wciąż bardzo problematyczną kwestię ładowania baterii i jej wydajności).

      P.S. Miło mi, że niektórzy młodzi ludzie wciąż lubią sami prowadzić samochód 🙂

      • Daozi pisze:

        Też się podpisuję. Ja po prostu lubię prowadzić samochód, lubię manualną skrzynię, lubię dźwięk silnika (a od niedawna mam okazję jeździć V6-tką), nawet nigdy nie włączam radia w samochodzie, bo nie potrzebuję!
        I niech sobie istnieją auta elektryczne, nawet mogą sobie istnieć auta jądrowe albo zimno-fuzyjne. Byle nie zakazywać starych, dobrych samochodów benzynowych, a niestety w tę stronę zmierza polityka antymotoryzacyjna.
        Moim zdaniem zwykły samochód (ok – nie każdy) daje niepodrabialne poczucie obcowania z maszyną. Tesla daje poczucie obcowania z jeżdżącym smartfonem, z gadżetem – to nie jest to samo.

    • Hshan pisze:

      O to to to, mógłbym się podpisać.

  2. Robal_pl pisze:

    Hałas i twarde zawieszenie… Słabo.
    I konieczność smyrania ekranu do włączania/wyłączania wszystkiego jest słaba. Pewnie po to są te asystenty aby pilnować jazdy, gdy kierowca smyra włączenie wycieraczek. Albo świateł. Albo ogrzewania…

    • SzK pisze:

      Wycieraczki i światła mają też czujniki do automatycznego włączania, więc problem jest o tyle mniejszy. Ale jeśli chcesz włączać ręcznie – to tak, trzeba chwilkę poszukać.

      • Robal_pl pisze:

        Ciekawe czy można głosowo włączać np ogrzewanie foteli albo zmianę temperatury…
        Ale i tak ergonomia jest ważna a brak przycisków do najczęściej używanych funkcji jest poważnym błędem. I np. to, że w Aurisie mam do regulacji temperatury, siły nawiewu i kierunku nawiewu takie same przesuwane włączniki jest błędem. Bo bez patrzenia lub dłuższego macania ciężko ustalić na dotyk, który jest który.
        Polecam książkę „Dizajn na co dzień”, autor Don Norman.

        PS. Wiem, że są światła automatyczne ale czułość automatycznych wycieraczek zmieniam w czasie jazdy w zależności od intensywności opadów czy prędkości jazdy. Brak takiej regulacji straszliwie mi przeszkadzał w Peugeot 3008.

    • Wojtek pisze:

      Mysle ze tak naprawde to brakuje HUD wyswietlajacego predkosc/ostrzezenia/wskazowki z nawigacji na wprost oczu kierowcy. I to jest najwiesza wada.

      Z innych rzeczy, to o ile automatyczna klimatyzacja, swiatla i wycieraczki dzialaja dobrze to da sie je obslugiwac bez fizycznych guzikow (w sumie nie pamietam kiedy musialem recznie wlaczyc swiatla w moim aucie).
      No moze najslabiej z tymi wycieraczkami, bo jednak warunki moga byc bardzo rozne i automatyka czasem sie gubi. Poza tym pewnie da sie to wszystko ustawiac glosowo.

  3. krzysiek3452 pisze:

    Jako, że do 30 brakuje mi bardzo niewiele czuję się wywołany do tablicy. I po tym tekście tylko upewniam się, że Tesla nie jest dla mnie jak i o dziwo wiem, że może się nie spodobać dużej części znajomych w podobnym wieku do mojego.
    Obsługa samochodu z wielkiego ekranu to naprawdę wada, brak liczników (chociaż by HUDa) to jeszcze większa. Do tego dochodzi fakt, że mieszkając w północnej polsce i chcąc pokonać taki dystans jak w teście wynik miałbym zupełnie inny. U nas nie ma zbyt wielu szans na tak dobre i mocne wykorzystanie hamowania rekuperacyjnego.
    Tak na marginesie – coraz częściej rozmawiając z osobami w moim wieku i podobnym słyszę o przeładowaniu informacjami i nakazami/zakazami. Samochody autonomiczne? Po co mamy ubera/taxi. Aktywny tempomat z asystentem pasa ruchu? Sprzedaję nowe auta z takimi systemami i mało kto im potrafi zaufać, one nie są zaletą. Pełen komplet informacji/samochód non stop połączony z siecią? Pojawiają się pytania kto i co z tymi informacjami będzie robił.

    • SzK pisze:

      Serce roście, patrząc na te komentarze 🙂

      Prawda, że w Polsce jesteśmy – jak zresztą zwykle – do tyłu za światowymi trendami, co czasami ma pewne zalety 🙂 Trzeba też uwzględnić to, że spotykamy się na blogu przeznaczonym dla miłośników klasycznej motoryzacji, jesteśmy więc społecznością niereprezentatywną pod tym względem 🙂 Ale cieszę się, że jesteśmy, że na razie wciąż jeszcze możemy korzystać z życia w sposób, jaki lubimy, no i że samochodowi pasjonaci mają też swoich przedstawicieli wśród młodych 🙂

      • Hurgot Sztancy pisze:

        serce roście, ale trzeba wziąć pod uwagę, że czytelnicy Automobilowni to raczej elita, a nie średnia 😉

      • SzK pisze:

        Na pewno nie jesteśmy grupą reprezentatywną, o czym zresztą wspomniałem w komentarzu 🙂

      • Daozi pisze:

        Ja tylko dodam, że mam 34 lata. Wśród znajomych w podobnym wieku znam jedną (sic!) osobę, która odrobinę interesuje się motoryzacją. Może jeszcze jedną; w ostateczności.
        I nie – nie obracam się w środowisku hipsterów ani vege-eko-socjaldemokratów.
        Także stety czy niestety: sądzę, że motoryzacja staje się passe, może nawet za jakiś czas będzie niszą podobną do modelarstwa, gier RPG czy paralotniarstwa.
        Oczywiście cieszy mnie to, że są jeszcze młodzi ludzie, którzy pasjonują się motoryzacją, tylko że jest ich, jak sądzę, coraz mniej.

      • Aleksander pisze:

        Daozi, ja mam dokładnie przeciwne spostrzeżenia. Mam 28 lat i w grupie moich dziesięciu najbliższych znajomych właściwie wszyscy interesują się motoryzacją. Co najmniej siedmiu z nas ma samochody o mocy powyżej 200 koni mechanicznych. Oczywiście moc nie jest jedynym wyznacznikiem fajnego samochodu, więc wśród nich są co najmniej cztery coupe i jeden sedan z drzwiami bez ramek – takie samochody nie mają sensu i naprawdę trzeba je lubić, żeby nimi jeździć. W naszej paczce nikt nie ma SUVa ani crossovera i mieć nie zamierza. Zdecydowanie przeważają silniki benzynowe, diesle są w mniejszości, nie ma żadnej hybrydy, ani elektryka.

      • SzK pisze:

        Gratuluję paczki!! 😉

  4. kierowca bombowca pisze:

    Samochód pod względem technicznym i estetycznym mi się w zasadzie podoba, ale strona praktyczna jest dla mnie nie do przyjęcia. Choć nie chciałbym żyć w rzeczywistości, gdzie wszystko jest uregulowane, tak moim zdaniem elementy wpływające na bezpieczeństwo prowadzenia powinny być łatwo dostępne, widoczne, działające w wyczuwalny sposób a już w ogóle najlepiej czysto mechanicznie 🙂 Prędkościomierz powinien być w miejscu widocznym, przełączniki świateł, wycieraczek, ogrzewania szyb, otwierania drzwi i bagażnika itd. podobnie. Jak już coś ma być dotykowe, to niech będzie to jak panel klimatyzacji w nowym Civiku – nic się nie przesuwa, zawsze jest w tym samym miejscu, właściwie taki przyciskowy panel zamieniony na inny przyciskowy panel, tylko bez wciskanych guzików. Inna sprawa tej Tesli ( ale i w wielu innych współczesnych fastbackach i sedanach ) – brak dobrego dostępu do bagażnika ( bo to co jest teraz to bardziej należy nazwać otworem rewizyjnym ).

    Pewnie jestem w mniejszości, ale wśród moich znajomych w wieku ok. 30 lat mało jest takich, którzy kupując samochód woleliby dopłacić do większego ekranu niż do większego silnika.

    • SzK pisze:

      Jednym słowem – samochód powinien pozostać samochodem 🙂 O to mi właśnie chodzi.

    • truten23 pisze:

      Kierowco, w kwestii bagażnika- zależy do czego przywykłeś.
      Ja poruszam się głównie sedanami, więc otwór tej Tesli nie jawi mi się jako rewizyjny.
      Ale jeśli ktoś użytkuje głównie różne fastbacki i kombi, to trudno się nie zgodzić 😉

  5. Krzyś pisze:

    Bardzo ciekawy i wartościowy Artykuł! 🙂 Czekałem na tą relację i się nie zawiodłem 🙂

    Wygląd zewnętrzny jest dla mnie ok – nawet spójnie i estetycznie to wygląda. W połączeniu z wrażeniami z jazdy połączenie tych dwóch aspektów to rewelacja. Sam napęd elektryczny w wydaniu Tesli rzeczywiście jest dopracowany i wypada o wiele korzystniej aniżeli testowana do tej pory konkurencja.

    Jest jednak jedna rzecz, która mnie zupełnie odrzuca. Chodzi o całokształt wnętrza. Sposób sterowania, wygląd i zastosowane rozwiązania są dla mnie zupełnie nie do przyjęcia. Zastosowane materiały i sposób zmontowania – w pojeździe za taka kwotę – również stanowią dysonans. Minimalnym minusem jest również typ nadwozia fastback zamiast liftbacka ale to już niuans. Autonomia – no tutaj w zupełności zgadzam się, że moim zdaniem już lepiej żeby tego w ogóle nie było.

    Czyli reasumując – gdyby zrobić to samo ale z tradycyjnym wnętrzem, no to już byłoby coś dla mnie interesującego. A tak, jest to tylko ciekawostka, która mnie nie przekonuje. No ale ja jeszcze nieco ponad dwa lata temu miałem Nokię E52 więc widocznie nie jestem w założonej grupie docelowej.

  6. Robert pisze:

    Moje marzenie, przyszłość której nie mogę się doczekać i której nie wiem czy się doczekam (też mam prawie 40 na karku). Przyszłość która moim zdaniem nie nadejdzie szybciej niż wydobycie soku z dinozaurów 🙂 przestanie być opłacalne dla Tymabrków. Dzięki za ten materiał Panie Szczepanie, świetnie się czytało o Tesli jak i pozostałych autach. Nissan wydaje się być najrozsądniejszy z nich wszystkich, zwłaszcza na dojazdy do pracy, krótsze odcinki, szczególnie nowy model ze zwiększonym zasięgiem.

    Pozdrawiam Robert.

    • SzK pisze:

      Pytanie tylko, skąd wziąć ten cały prąd – bo jak na razie źródła odnawialne są marginalnym ułamkiem, mimo gigantycznych nakładów na ten cel, i nie zanosi się na zmianę tego stanu rzeczy. W przypadku Norwegii, złożonej z tysięcy górskich strumieni i bardzo rzadko zaludnionej, hydroelektrownie dają radę, ale gdzie indziej jesteśmy nadal skazani na węgiel, ropę i gaz. A ropę bardziej ekologicznie jest spalać w samochodzie, niż mnożyć liczbę przemian energetycznych i związanych z tym strat, nie mówiąc o produkcji i utylizacji baterii. To trochę jak z tymi dopłatami do Tesli – koszty wcale nie znikają, tylko przenoszą się w inne miejsce, na które mało kto patrzy i mało kto zwraca uwagę.

      • Wojtek pisze:

        Atom wspomagany przez wiatr, slonce i wode.
        Na dzis to jedyne rozwiazanie.

      • SzK pisze:

        Rozwiązań jest dużo. Ale pytanie nie brzmi „CO I JAK?” tylko – „ILE?”. Żródła odnawialne, przy gigantycznych inwestycjach (w Niemczech i Austrii gdzie byś nie spojrzał, wszystkie pola są już zawalone wiatrakami) dają marny ułamek OBECNEGO zapotrzebowania na energię. UŁmek znacznie mniejszy niż pokazuje to propaganda, bo w propagandzie wykorzystuje się chwilowe maksima udziału energii odmnawialnej, a nie średnią całoroczną. Niemcy, najbardziej chyba zaawansowani w rozwoju OZE, w dalszym ciągu spalają więcej węgla (w tym nabrudniejszego brunatnego) niż ktokolwiek w Europie, również w ujęciu per capita. A przy elektryfikacji trnasportu zapotrzebowanie jeszcze wzrośnie, i to kilkukrotnie.

        Mało tego – Niemcy dobrowolnie zrezygnowali z rozwoju elektrowni atomowych, przez co za jakiś czas pojawi się wielka, czarna dziura nawet w dzisiejszym bilansie, a co dopiero przy zwielokrotnionym zapotrzebowaniu.

        Jeli chodzi o atom, to od lat 70-ych ma on w ogóle jeszcze gorszą prasę niż ropa, ale to jest osobna historia, oczywiście znów polityczna.

        Co to wszystko oznacza? Że przed nami jeszcze bardzo, BARDZO długa droga, zanim będzie można mówić o uniezależnieniu się od energii kopalnej.

      • Hurgot Sztancy pisze:

        atom…

      • Wojtek pisze:

        Droga moze byc bardzo krotka, jesli sprawdza sie te mniej optymistyczne prognozy odnosnie zmian klimatu. Choc wtedy to raczej nie bedzie mial kto taka Tesla jedzic.

      • SzK pisze:

        O tym dyskutowaliśmy już nie raz. Każdy mówi co innego i nikt nie ma możliwości tego sprawdzić. W średniowieczu CO2 było mniej, a temperatury panowały sporo wyższe, w czasach Rzymian też. Nikt nie ma pojęcia dlaczego. Ba – nikt nie ma pojęcia, ile będzie stopni za trzy dni, a co dopiero za 20 lat. Kiedy studiowałem, to pisali, że do 2010r. zniknie ileś wysp na Pacyfiku – tymczasem mamy już 2019r., a hotele na tamtejszych plażach stoją tam, gdzie stały.

        Natomiast jeśli już koniecznie chcemy obniżać emisje CO2, to trzeba przede wszystkim dłużej eksploatować aktualnie istniejące urządzenia, w tym AGD i samochody, zamiast bezmyślnie produkować nowe – bo to przemysł odpowiada za lwią część emisji. Takie były zresztą zalecenia od początku istnienia ruchu ekologicznego aż do momentu, kiedy ktoś się zreflektował, ile można zarobić na wykorzystywaniu szczytnych idei do kreowania popytu.

        Ostatnio widziałem też fajną rzecz – rachunek za prąd z rezydencji Ala Gore’a, który na straszeniu świata dwutlenkiem węgla zarobił Nobla i 1,5 miliarda dolarów, po czym zszedł ze sceny i zaszył się w pałacu, który zużywa energii za ponad 1000$ miesięcznie. Przy cenach niższych niż w Polsce. Ale wiadomo, że to ja jestem winien, że w sypialni mam żarówkę wolframową o mocy 60 W, która działa dwie minuty dziennie, zamiast zmienić ją na świetlówkę z rtęcią.

        Proponuję poszukać sobie informacji o prototypach z lat 70-tych – próbach stworzenia samochodów zdolnych przejechać kilka mln km bez remontu, właśnie z pobudek ekologicznych – żeby zdjąć ze środowiska największy ciężar, to jest produkcję kopalń, hut i fabryk. Ale na tym nie zarobiłby rząd ani korporacje, wiec szybko odwrócono kota ogonem i zaczęto wmawiać, że troska o środowisko to wyrzucanie produktów przemysłowych do śmieci i produkowanie w zamian kolejnych. Najlepiej takich zawierających połowę więcej stali i plastiku niż kiedyś, a do tego jeszcze pełno metali ciężkich, których starsze produkty nie miały.

      • Wojtek pisze:

        Dlatego wlasnie nie wierze, ze dzialania podejmowane w celu zatrzymania zmian klimatu cokolwiek dadza. Nic nie dadza, bo sie probuje te dzialania przerzucic na najbiedniejszych kiedy najwiecej truja najbogatsi.

        Nie zgadzam sie tylko z twierdziem ze kazdy mowi co innego i nic nie wiadomo. Byla to prawda jakies 15 lat temu. Od kilku lat naukowcy sa bardzo niepokojaco zgodni a modele zmian klimatu w przeszlosci jak i w przyszlosci duzo dokladniejsze.

      • SzK pisze:

        Nie obawiaj się.

        Zmiany klimatyczne następują od narodzenia Układu Słonecznego. Epoki lodowcowe przychodzą i odchodzą jak dnie i noce. Nikt nie wie dlaczego i nikt nie potrafi tego modelować nawet w największym przybliżeniu. Ocieplenie starożytne, a potem średniowieczne nadeszły bez spalania węgla i ropy i bez niego odeszły. Uczeni też o tym mówią, tylko zazwyczaj nieoficjalnie – np. na wykładach, których słuchał mój kuzyn, magister geologii z AGH. Takich rzeczy nikt nie opublikuje oficjalnie, bo nigdzie go potem nie zaproszą i nie dostanie żadnych grantów, ale na boku studentom mówi swoje. Podobnie jak profesor makroekonomii z mojej uczelni, który zasiadał w Radzie Polityki Pieniężnej NBP, a studentom dawał lektury mówiące, że żadnej Rady Polityki Pieniężnej ani banku centralnego w ogóle nie powinno być. Robienie kariery zawsze polega na dostosowywaniu się do trendów politycznych. Dopóki ktokolwiek na świecie nieoficjalnie opowiada co innego niż głosi w mediach, dopóty nie można wierzyć w ani jedno słowo, które na te tematy czytamy.

        Jeszcze raz powtarzam – warto sprawdzić sobie, co pisano 15-20 lat temu na temat czasów obecnych – o całkowitym zatopieniu wielu wysp albo Wenecji, o bankructwie wszystkich ośrodków narciarskich położonych poniżej 2.500 metrów, i o innych bzdetach. Jutro, o 5.00 rano, wyjeżdżam do jednego ośrodka narciarskiego – położonego o połowę niżej, w którym aktualnie, u progu kalendarzowej wiosny, śniegu jest w bród (już szósty rok z rzędu – w ubiegłym roku pokazywałem nawet zdjęcia w teście Fiata Pandy). Wenecja też jest jeszcze na powierzchni, i wszystkie tropikalne wyspy, jakie odkryto w epoce przedindustrialnej.

        Przemądrzałe próby wpływania na nieprawdopodobnie złożony system, o którym wiemy bardzo niewiele (nie znamy nawet w przybliżeniu czynników, które się nań składają, a już kompletnie nie potrafimy ich skwantyfikować) to czysta demagogia. Zwłaszcza, że zawsze kończą się morałem – płaćcie nam więcej, bo inaczej zginiecie.

        Nie, ja nie twierdzę, że klimat się nie zmienia, ani że nie musimy się do pewnych rzeczy dostosować – tylko że politykom nie wolno wierzyć w ani jedno słowo. Nigdy, w żadnej epoce i w żadnej sprawie. Odkąd klimatologia stała się nauką polityczną i profesorowie co innego mówią studentom, a co innego piszą w mediach – zawsze z morałem, że musimy płacić więcej podatków i kupować więcej nowych produktów, wyrzucając wszystko stare – nie ma co tego w ogóle czytać. Tak było od tysięcy lat, tylko ideologiczne uzasadnienia się zmieniają.

      • Buran pisze:

        I to jest właśnie moje główne zmartwienie co do elektryków. Stosując klasyfikację z tekstu, jestem w obozie ich przeciwników, ale nie ze względu na wrażenia z jazdy – dla mnie to po prostu znak postępującego przejścia samochodu z kategorii maszyny do kategorii sprzętu AGD. Natomiast cały przemysł uruchomiony dla akumulatorów, ich utylizacja, a w drugiej kolejności konieczność pozyskiwania prądu oraz stworzenie sieci zdolnej to uciągnąć – to są realne problemy i, o ile moja wiedza na tym polu nie uległa w międzyczasie dezaktualizacji, nie zapowiada się na ich rozwiązanie, które nie pogarszałoby sytuacji ekologicznej.

      • SzK pisze:

        Dokładnie tak – oficjalnie przedstawiany bilans ekologiczny elektryfikacji jest bardzo, ale to bardzo niekompletny. Gdy popatrzeć nań całościowy, wynik zmienia się diametralnie.

      • mirek57 pisze:

        Nie trzeba być geniuszem, żeby policzyć sprawności poszczególnych elementów pomiędzy paliwem a kołami. Dla nowoczesnego diesla uzyskujemy wynik w granicach 0,42-0,46, a dla „elektryka” 0,23-0,25. Wniosek jest prosty, tylko w oparach ekopropagandy łatwo pomija się straty energii w elektrowni, na liniach wysokiego, średniego i niskiego napięcia, przetwornicach i tych wszystkich „pierdółkach”, których nie widać, bo prąd powstaje w gniazdku. Ale co z tego, skoro elektromobilność jest „trendy” i obiecuje ogromne zyski?

      • truten23 pisze:

        Skoro już czepiamy się obliczeń, przypomnij mi, w jakim to ciągu technologicznym z surowej ropy z odwiertu, otrzymujemy paliwo w dystrybutorze stacji?
        Skoro już chcemy być obiektywni to bądźmy. A nie zasłaniajmy się jakże fajnie brzmiącym sformułowaniem „ekopropaganda”.

        BTW, choćby nagle zezłomować wszystkie auta spalinowe to ropa i tak Musi być wydobywana. Bez niej nie było by choćby reklamówki w Biedronce. Czy farby na płot.

  7. Cham w Audi aka Jan Kofalski pisze:

    Pamietam, gdy parę lat temu Opel był krytykowany za ogromną ilość guzików w kabinie. Wtedy wszyscy mocno ograniczali ich ilość.
    I nagle znów wpadliśmy w skrajność (choć pewnie tylko my), że płaczemy za tymi guzikami.
    Żeby nie było – ja też wolę guziki 🙂

    • SzK pisze:

      Zgadzam się, że rzadko używane funkcje – takie jak np. ustawianie foteli, lusterek, różne tryby działania elektroniki, itp. – faktycznie lepiej jest wyrzucić na tablet, bo przy dzisiejszym stopniu zawansowania samochodów nie da się mieć guzików do wszystkiego. Ale światła, wycieraczki albo otwieranie schowka (!!) z ekranu dotykowego to już jest bardzo gruba przesada.

      • Krzyś pisze:

        Jak kupowaliśmy od pierwszej właścicielki Fiestę rocznik 1996 w wersji Ghia to bardzo narzekała, że samochód taki super fajny a nie ma regulacji fotela na wysokość. Pierwszego dnia po zakupie zauważyłem, że na plastikowym elemencie obudowy fotela jest pstryczek-elektryczek jak np. do otwierania okien. Oczywiście była to regulacja wysokości fotela ale elektryczna 🙂 A biedna pierwsza właścicielka pewnie oczekiwała takiej tradycyjnej wajchy z boku a guzik przeoczyła 😉

      • SzK pisze:

        No to ja się może do czegoś przyznam: na zdjęciach w artykule nie zobaczycie standardowych ekranów TRIP A / TRIP B z resetowalnym przebiegiem i zużyciem energii. A dlaczego? Bo ich nie znalazłem!! Co nie znaczy, że nie istnieją – teraz już wiem, gdzie są, ale w czasie testu musiałem zapisywać wszystko w notatniku. Oczywiście na smartfonie 🙂

      • RRR pisze:

        Co do schowka, to Ferrari F430 ma otwierany przyciskiem… którego działanie jest uzależnione od przekręcenia kluczyka w stacyjce.

      • SzK pisze:

        Zgoda, ale Ferrari to jest zabawka milionerów – jeśli się zepsuje, to milioner sobie poradzi, zresztą sam się o to prosił. A Tesla to produkt z pretensjami do popularności – a takie muszą być jak najprostsze i jak najbardziej bezproblemowe. Maybach niech sobie ma dziesięć turbin, jeśli afrykańskich dyktatorów na to stać. Ale ja wolę silnik wolnossący, żeby mieć mniej do regenerowania i wymieniania.

      • RRR pisze:

        Jasne, zgadzam się co do „zabawkowości vs. popularności” (sam zresztą mam tylko samochody z wolnossącymi silnikami i jestem fanem rozwiązań tak prostych, że aż dziw, że działają), ale chodziło mi o pokazanie, że kiedy idzie o zupełnie niepotrzebnie przekombinowane rozwiązania, ludzka pomysłowość bywa zaskakująca.
        Myślę, że ten przycisk w Ferrari to nie problem potencjalnej awaryjności (choć z Włochami nigdy nie wiadomo ;)), a raczej niewygody – nie można po prostu otworzyć schowka, trzeba włożyć kluczyk, przekręcić i dopiero cieszyć się dostępem do ukrytych dóbr.

  8. Buran pisze:

    Jestem kolejny z kolejki – ćwierć wieku zaliczone i oczywiście uwielbiam starą motoryzację i to, co sobą reprezentuje, ale ja jestem absolutnie i definitywnie niereprezentacyjny w większości dziedzin życia, bo analogowość u mnie jest wyjątkowo szeroko zakrojona.
    Ale żeby nie było za różowo – ostatnio zadałem po kolei dwóm klasom w podstawówce podczas lekcji pytanie, kto interesuje się motoryzacją – znalazła się jedna osoba. Ot, signum temporis. I wierzę, że te osoby za te 5-10 lat, jak będzie kupować swoje samochody (o ile!), to absolutnie nie zwróci uwagi na silnik, poza faktem rodzaju paliwa. Nie wspominając o zawieszeniu czy wrażeniach z jazdy. Ale na aplikacje dostępne na tablecie w wozie już jak najbardziej. Dość powiedzieć, że wśród znajomych (rówieśników, uściślijmy) o wiele, wiele popularniejszy jest fakt, że Tesle pozwalają zostawić klimę włączoną w lecie po opuszczeniu pojazdu, by móc w aucie nie ugotować psa, niż ten, jak szybko Tesle przyspieszają.

    • Klakier pisze:

      Nie bój żaby, jak się jakaś histeryczka kociara trafi to nim połapie że klima działa to najpierw wywali szybę żeby pieska uwolnić od niechybnej śmierci a później właściciela zawlecze do sądu za to że piesek się nie poznał na dobrym uczynku i scharatał jej łapska.

      • Hurgot Sztancy pisze:

        jedna uwaga – kociara na pewno nie uwolni pieska 🙂

      • Klakier pisze:

        No nie wiem,to z reguły uniwersalne istoty zdolne do wszystkiego z rozbuchanym instynktem macierzyńskim tyle że skierowanym w stronę braci mniejszych ;)Taki przypadek z mojego miasta ,gość z psem jedzie w lecie samochodem ,auto z klimą wychłodzone stawia w cieniu uchyla szyby idzie po przysłowiowe zapałki do kiosku,po trzech minutach nieobecności już jest psi „aktywista” za chwilę straż miejska i biorą się za „uwalnianie maltretowanego” psa,cale szczęście gość miał furą na oku to i się szyby ostały ale afera była na cztery fajery i lokalną gazetę. Żeby nie było zostawianie żywej istoty w rozgrzanym samochodzie to dla mnie debilizm ale nie można dać się zwariować,

      • truten23 pisze:

        Rany, to jak żeśmy w tych Maluchach i innych Kredensach przeżyli bez klimatyzacji?

  9. Wojluk pisze:

    O wpis o elektryku, a ja zmieniałem dziś akumulator, bynajmniej nie trakcyjny;)
    Dziękuję za rzetelny opis, bo sporo zamieszania wokół tej tesli3

    • truten23 pisze:

      Kiedyś w Roverze na samym końcu „suwaka” strzelił mi palec rozdzielacza.
      Ze skrzyżowania zjechałem na samym rozruszniku. Fart, że miałem mocny akumulator.

  10. Klakier pisze:

    Mieliśmy w firmie testową Bravę ,która była testowa a oprócz tego do szurania gdzie się da.No i tą Bravką pojechali kiedyś umyślni gdzieś w Polskę, służbowo w lecie, wrócili zgrzani jak szczury bo nie wiedzieli że maja włączone grzanie foteli, właśnie przyciski były w obudowie foteli i nie było kontrolek w widocznym miejscu…

    • Krzyś pisze:

      To jest dopiero ciekawa historia! 🙂

    • kierowca bombowca pisze:

      Ja tak kiedyś włączałem podgrzewanie foteli dla żartu pasażerom 🙂 „Dziwnie” się kręcili na siedzeniach…

  11. jonas pisze:

    Pan Samochodzik nowej ery – samodziałowy swap napędu z rozbitej Tesli, odkupionej od bogatego dewizowego turysty, do jakiejś lekko złachanej budy po generycznym Hyundaiu albo innym Mercedesie w budyniu i leniuchu. Jeździłbym jak szalony, gdyby tylko nie to długie ładowanie.

    • SzK pisze:

      Porządne gniazdo trójfazowe i po problemie. Jeśli tylko nie musisz robić setek km dziennie. Ja czasami robię – np. dziś od 5.00h zrobiłem 1150. Tego Tesla na razie nie potrafi 🙂

      • Wojtek pisze:

        I tak się musiałeś o drodze ze dwa razy zatrzymać a jak jechałeś na południowy zachód to w Wiedniu jest supercharger a potem kolejne. Akurat na ten temat była rozmowa, chyba Zachara, z właścicielem modelu S który twierdził że z dojazdem Tesla do Wenecji nie ma żadnego problemu.

      • SzK pisze:

        Stawaliśmy nawet 4 razy, ale na 10 minut.

        Natomiast test uświadomił mi jedno: 500 km da się zrobić, ale z prędkością spacerową. Jak pojedziesz 140 – jak my dzisiaj, żeby być w hotelu na kolację – zasięg spada o ponad połowę. A to już jest dramatyczna różnica. No i pozostaje kwestia wytwarzania takich ilości prądu – dla garstki aut nie ma problemu, ale dla miliarda robi się mały challenge 🙂

      • Daozi pisze:

        „twierdził że z dojazdem Tesla do Wenecji nie ma żadnego problemu.” Jak byłem mały to ludzie jechali rodziną w Maluchu nad morze i też „nie było problemu”. Powiedziałbym, że to kwestia względna 😉
        Pytanie ile czasu zajęło im ładowanie po drodze i czy konieczność szukania superchargera w konkretnym miejscu to problem czy nie.

      • SzK pisze:

        Ja dodam jeszcze jedno: dziś wcale nie jechałem przez Wiedeń. Gdybym musiał, byłoby to spore nadłożenie drogi i strata czasu.

        Najbliższy tydzień mamy zamiar spędzić w górach, na wsi. Tutaj nie ma żadnych ładowarek, a dojeżdżać na narty trzeba. Z elektrykiem nie byłoby na to szans. Świat nie składa się z samych metropolii – o tym nie możemy zapominać.

      • truten23 pisze:

        No ale w zasadzie, prąd jest?
        Trzeba tylko uświadomić sobie, że ładujesz samochód jak smartfona.
        Jeśli wiesz, że będziesz go intensywnie użytkował, to podpinasz tak często, jak się da.

  12. Aleksander pisze:

    Czekałem na ten test, bo zawsze kiedy wydaje mi się, że czegoś nie lubię, to podchodzę do tego z jescze większą ciekawością, żebym w razie potrzeby mógł zmienić swoje zdanie na dany temat.

    Obawiam się, że sama jazda Teslą bardzo by mi się spodobała. Duża moc jest według mnie jedną z najlepszych recept na motoryzacyjny ubaw 😉 Jest dość ciężka, ale zastanawiam się jak wypada jej rozkład mas i środek ciężkości w porównaniu ze spalinowymi, tylno napędowymi sedanami. Ciekawe jak się zachowuje na granicy przyczepności w porównaniu z serią 3 albo Giulią. Nie wiem, czy w tekście była informacja i zapomniałem, ale to jest RWD czy AWD? Da się w pełni wyłączyć ESP?

    Dla mnie największą wadą Tesli jest brak dźwięku silnika. Ja nawet wolałbym brak dźwięku w Fordzie, niż klekot czterocylindrowego diesla, ale na pewno nie zrezygnowałbym z wycia benzynowego V10 w BMW, nawet dostając w zamian lepsze przyspieszenie.

    Drugą największą wadą jest dla mnie wygląd tego wnętrza. Najgorzej wygląda tablet. Jest zbyt wielki i sprawia wrażenie doczepionego na siłę. Poza tym nie wszystko co minimalistyczne musi automatycznie dobrze wyglądać. Generalnie skandynawski styl nawet mi się podoba, ale wnętrze tej Tesli nie. Poza tabletem cała reszta jest nudna, nijaka i generyczna.

    • SzK pisze:

      Ten egz. to RWD, ale jest opcja 4WD. Wyłączania ESP nie widziałem, ale mogłem przeoczyć.

    • truten23 pisze:

      Rozkład mas, jest bodajże 50:50. Bateria położona jest pod podłogą, na całej długości, pomiędzy przednią a tylną osią auta.
      Więc środka ciężkości chyba już niżej położyć się nie da.
      To dlatego prowadzi się jak po szynach.

      Właściwie, sam się dziwię, dlaczego producenci w elektrykach od razu nie umożliwiają włączenia sobie dźwięku silnika z głośników. Przeca nawet już w BMW nie dziwi wspomaganie głośnikami dźwięku silnika…

      No, ten tablet jest taki no.. :/
      Chociaż pewnie, że bym jeździł 😉

  13. Soul_Man pisze:

    Wszyscy tu psioczą na elektryki ale ja się wypowiem trochę „pod prąd” 🙂
    Uważam, że elektryki są bardzo fajne i Tesla robi naprawdę dobrą robotę, pokazując, że elektryk nie musi być nijaki jak Nissan Leaf. Tak jak Szczepan popieram motoryzacyjną różnorodność i dla mnie ktoś kto jeździ elektrykiem może być tak samo petrolheadem. To tylko napęd, bo równie dobrze można rozpocząć wojnę o to czy jesteś petrolheadem jak masz diesla… 🙂
    ALE! Jest wielkie ale. Nie można do tego zmuszać. Podpisuję się obiema nogami pod tym co Szczepan mówił wiele razy – jeżeli coś jest dla ludzi lepsze to samo się przyjmie bez żadnych nakazów (jak koń vs samochód).

    I jeszcze jedno. Narzekacie na Teslę i tablety, a wystarczy się przejechać nowym citroenem czy peugeotem. Prawie ten sam stopień utrudnienia życia 🙂

    • SzK pisze:

      Tesla to super sprawa, jeśli ktoś ją chce dobrowolnie. Tak jak mówisz – kolejny element różnorodności, bardzo fajny do pewnych rzeczy w pewnych warunkach. Ale jako przymus to jest katastrofa, tak samo zresztą, jak każdy tego typu przymus.

  14. benny_pl pisze:

    tak na poczatek – nie widzialem tej karty, ale karta magnetyczna ma pasek magnetyczny ktorym trzeba przejechac po glowicy (umieszczonej zwykle w wycieciu w ktorym karte sie przesuwa) zeby zczytac z niego dane – jak karta bankomatowa czy telefoniczna „bez czipa”, natomiast jesli ta karte sie przyklada, to jest to karta RFID potocznie u nas zwana „zblizeniowa”, lubie zreszta to okreslenie, zawsze mowie fajnym dziewczynom jak cos naprawiam ze „akceptuje platnosci zblizeniowe” hehe 😉

    co do samochodu, jesli sie tak jezdzi jak mowisz, to z pewnoscia jezdzi sie fajnie, natomiast ekranow dotykowych wrecz nienawidze, strasznie mnie denerwuja, szczegolnie „dziubanie” miniaturowych „przyciskow” na ekranie i utrafianie w nie, nie mam macafona ani tableta, bo mnie to wnerwia 😉 wiec takiego wnetrza nie zaakceptowal bym wogole.
    macac to ja wole dziewczyne anizeli szybke, no ale co kto woli 😉

    mysle ze powinni robic 2 wersje deski rozdzielczej – z normalnymi przyciskami i galkami i zegarami, i taka jak tu, zapewne nie bylo by to skomplikowane, bo w nowoczesnych samochodach te przyciski zegary i galki i tak juz niczym nie steruja, tylko wszystko idzie po CAN-ie wiec te elementy wysylaja jedynie odpowiednie rozkazy dla glownego komputera, czyli dokladnie to samo, co robi tutaj ten nieszczesny tablet.

    i zeby nie bylo, uwielbiam deski rozdzielcze „digital”, szczegolnie Amerykanskie, na wyswietlaczach VFD (takie jak w magnetowidach) a nie tandetne europejskie LCD ktorych nie widac na sloncu czy przy wiekszym kacie patrzenia…

    • SzK pisze:

      Tak, oczywiście, to RFID. Niestety z telefonu tego nie poprawię, ale później oczywiście tak, dzięki.

    • Hshan pisze:

      Benny, Ty chyba jesteś importowany z lat 80. 😀

    • truten23 pisze:

      Kiedyś chyba nawet Zachar o tym filmik zrobił.
      produkując auto musimy wiedzieć co ma mieć za bajery.
      Do każdej funkcji przycisk trzeba zaprojektować. Przetestować dla najróżniejszych przypadków użycia. Zrobić jego homologację dla wszystkich razem i każdego z osobna.
      To są miliony monet i potrzeba na to wręcz lat.
      Więc nie dziwcie się, że pojawiają się dotykowe ekrany.
      Zhomologuje się go raz! A opcje na nim można sobie później zmieniać, jak się komu podoba. To chodzi o koszty producenta.
      Z tylko pośrednio o wygodę, lub jej brak, dla końcowego użytkownika.

      • Krzyś pisze:

        Ja rozumiem, że to jest oszczędność dla producenta ale jednak w aspekcie funkcjonalności wolałbym aby producent ten koszt poniósł i przerzucił m.in. na mnie jako ich potencjalnego klienta aby wnętrze było funkcjonalne, praktyczne i po prostu fajne a nie, że kupuje się samochód za wagon pieniędzy a tam chiński tablet na pół deski rozdzielczej… Ja rozumiem, w jakimś tanim aucie popularnej marki niech sobie robią oszczędności ale kurczę, Tesla nie jest takim autem 🙂 I uważam, że własnei ta pogoń za zyskiem i oszczędnością już odbija się czkawką na niektórych producentach, którzy tną gamę modelową.

  15. ndv pisze:

    Mnie elektryki troche rozczarowują, tzn. wszyscy zapowiadaja rewolucje a mamy w sumie zwykly samochod jakich wiele.

    Niezmiernie bawi mnie okreslenie „ekologiczne”, zwlaszcza stopniowane (co ma tyle sensu co dyskusja czy splajn jest bardziej matematyczny od elipsy) oraz „odnawialne xrodla energii”:).

    Jakis czas temu trafilem na opracowanie oplacalnosci „elektryka” pod wzgledem emisji dla USA (ktore tez weglem i gazem stoja) i przy zalozeniu 10 letniego okresu eksploatacji byl pewien (chociaz niewielki) zysk elektryka wliczajac caly proces produkcji.

    Generalnie jesli uda sie rozwiazac problem „tankowania” elektrykow raczej nikt po silnikach spalinowych nie bedzie plakal – chociaz na to sie na razie nie zanosi.

    Co do samochodow autonomicznych – ja jestem jak najbardziej za. Zdecydowanie czesciej jade gdzies w innym celu niz pojezdzic w kolko, kiedy to zdecydowanie wolalbym podziwiać widoki, cos przekasic czy sie po prostu zdrzemnac zamiast utrzymywac ciagle wysoki poziom skupienia wymagany do dotarcia do celu. Co do kontroli spoleczenstw to dzisiaj zadnego bezwysilku panstwa dysponuja narzedziami na mysl o ktorych funkcjonariusze securitae plona z zazdrosci 😉

    • SzK pisze:

      Nie wiem czy pamiętasz, ale kiedyś pisałem, jakie są w mojej opinii przyczyny politycznego parcia na elektryfikację („władza Rady Europejskiej plus elektryfikacja”, hehe): kontrolę nad ludźmi dałem tam na ostatnim miejscu, a na pierwszym – możliwość wyciągania od ludzi kasy i rozdawania jej odpowiednim podmiotom w dowolnych ilościach, bez ryzyka protestów. O ekologii nie wspomniałem, bo nie uważam jej tutaj za realny czynnik.

  16. pstrykEJ9 pisze:

    Heh wiem, że jestem staroświecki jak na swój wiek. Kompletnie nie siedze w elektrykach więc się nie wypowiem, aczkolwiek wnętrze tej Tesli woła o pomstę do nieba, jak to auto za takie pieniądze. Niemniej jednak zaskoczony jestem informacją o tym, że czechosłowacka Unitra nie wzięła swojej nazwy od nazwiska Nikoli Tesli. Całe życie byłem przekonany, że było inaczej. Wszakże Skoda to także kapitalistyczna fabryka z kapitalistycznym brandem.

  17. D4VETHEFIRST pisze:

    To chyba najlepszy i najbardziej obiektywny test tego pojazdu, jaki do tej pory pojawił się w polskich internetach. Dziękuję serdecznie! Jak zwykle czytało się z wielką przyjemnością.

  18. K1 pisze:

    Tesla osiągnie sukces.
    Po pierwsze skuteczny marketing (juz jest efekt wow wszystkiego co dotyczy tej marki), po drugie możliwość wykorzystania środków amerykańskich inwestorów daje ogromne możliwości.
    Oszczędności maskowe hasłem nowoczesności (tablet) są też coraz częściej stosowane przez tradycyjne firmy motoryzacyjne.
    Siłą Tesli (co akurat cieszy) jest natomiast dobry zasięg (ok. 500 km) co pozwala normalnie użytkować auto (w przeciwieństwie do innych elektryków) oraz bardzo dobre przyspieszenie i właściwości jezdne. Taka elektryfikacja nie przeraża.

    • SzK pisze:

      Nie przeraża, jeśli ktoś ma prawie 60 tys. $ na takie auto jak w teście 🙂

      No i pod warunkiem, że to wybór, a nie przymus.

    • truten23 pisze:

      No i Tesla sprzedaje miotacze płomieni, Hellow! 😀
      Wystrzelono samochód w kosmos, zamiast jakiejś tam nudnej „masy zastępczej”. A do czego służy Masa zastępcza podczas testów rakiet, to już mało kogo interesuje 😉
      O Tesli mówi się dobrze, źle, ale się mówi.
      A osiągnięcie takiego stanu to marketingowy majstersztyk.

  19. Ja pisze:

    Mam kilka uwag.
    Auta elektryczne są przez wielu krytykowane za rozdawnictwo publicznych pieniędzy, ale podatki od samochodów nie są równe dla wszystkich i tak np. w Polsce musimy zapłacić większą akcyzę od samochodów powyżej 2 litra, ale czy to sprawia, że mając taki silnik mam patrzeć spod łba na sąsiada jeżdżącego 1.6? A co ma powiedzieć taki Norweg, który chcąc kupić mustanga z silnikiem v8, musi dopłacić równowartość ceny nowego mustanga w Polsce, do już tak wysokiej ceny takiego Forda z ecoboostem?
    Druga sprawa to jeżeli pomyślimy, że możemy jeździć cichym samochodem (przynajmniej do tych 50-70km/h), do tego takim, który nie zanieczyszcza powietrza w miastach (w których większość z nas żyje), w którym nie musimy się martwić o turbinę, wtryski, dpf, panewki i bóg wie co jeszcze i który można podładować w domu, albo w miarę szybko w trasie (dzięki rozwiniętej sieci ładowarek), to wtedy cała tradycyjna motoryzacyjna spalinowa wydaje nam się niepotrzebnym reliktem.
    Co do braku dźwięku silnika, nie oszukujmy się większość osób jeździ autami czterocylindrowymi, często diesla, których kultura pracy jest daleka od ideału. Również cena auta wydaje się dość atrakcyjna, o ile będziemy pamiętali o jego osiągach i o tym, że należy do rynku droższych przecież aut elektrycznych.
    Jeśli chodzi o wykończenie to niestety w bmw czy w mb, tak gdzieś do segmentu D też nie jest zbyt kolorowo, no ale trudno się nie zgodzić, że w tym aspekcie Tesla raczej spełnia amerykańskie wymogi, niż europejskie.
    Zastanawiam się też czy duży tablet pod ręką mimo wszystko nie jest lepszy od małych ekranów dotykowych w innych samochodach?
    Tak, Tesla jest dla mnie zdecydowanie ciekawą alternatywną, ale pomimo wszystkich jej zalet nadal wolałbym kruzować choćby takim w129 przy dźwięku dużego silnika (ale to może dlatego, że jestem po trzydziestce). Mam więc cichą nadzieję, że będzie to możliwe jak najdłużej, zanim jacyś mądrzy urzędnicy wpadną na pomysł pozbycia się takich aut z dróg.

    • truten23 pisze:

      Podzielam ten punkt widzenia.
      Zauważ, jak się odnosili Petrolheadzi do ludzi jeżdżących na LPG jeszcze te 3 lata temu.
      Dla niektórych było to Tabu nie do przekroczenia.
      Ja tu dostrzegam ogromną analogię do podejścia „prawdziwych pasjonatów” do elektryków, choćby ten „odkurzacz” miał z 500 koni.

      Ja na przykład sam serwisuję sobie swoje klamoty. Tak mam i już.
      I jakkolwiek Brytyjską usterkowość Jaguara ogarniam z niejakim uśmiechem. Tak w aucie codziennym oczekuję absolutnej bezawaryjności. Ma się dobrze prowadzić, ma dawać jakiś tam komfort, ale ma się nie psuć.
      Wychodząc do pracy nie wyobrażam sobie zastanawiania się, czy auto odpali.
      Z roku na rok, coraz bardziej zauważam ile czasu rocznie poświęcam na utrzymanie w ruchu dailycara.
      I tak, na co dzień z przyjemnością cisnął bym taką Teslą wokoło komina.
      A w niedzielę rano znów ogarnął, co to tym razem szwankuje, potem przetarł statuetkę kota i w trasę 😉

      • SzK pisze:

        Jeśli kogoś stać na zapłacenie 50 tys. $ za jeżdżenie wokół komina, to nie ma sprawy. Ale dla mnie auto, które po 12 godzinach ładowania ma ledwie 160 km zasięgu, więc nie zawiezie mnie nawet do Zakopanego (to naprawdę żadna wyprawa z Krakowa), nie jest w ogóle samochodem.

        Superchargery mogłyby być fajne, tylko po pierwse, ich prawie nie ma, a po drugie. pytanie, skąd weźmiemy tyle prądu. Jak na razie, to w czasie upałów u mnie w pracy klimatyzację wyłączają, bo sieć nie wyrabia.

        A sformułowanie „ekopropaganda” jest w 100% prawdziwe dopóki na każdym aucie elektrycznym w Polsce nie będzie naklejki POWERED BY BEŁCHATÓW, który jest największym emitentem CO2 w Europie.

        Powtarzam jeszcze raz – Jeśli komuś pasuje Tesla, super, ja nie zabraniam. Ale niech nikt nie zabrania mnie jeździć czym innym, dopóki nie powstanie prawdziwa alternatywa. Bo na razie nie ma żadnej, poza luksusową wersją podmiejskiego tramwaju w cenie nowego Mercedesa.

      • ja pisze:

        Drogi Szczepanie, mysle ze patrzenie z polskiego punktu widzenia na motoryzacje nie jest najlepszym pomyslem. Nawet Twoj ulubiony w124 byl chybionym pomyslem, bo przeciez kosztowal ponad niewyobrazalne miliard zlotych i tak, pewnie zaraz by go ukradli (tak skonczyl sie jego test polskiego magazynu w latach 90). Szybkie ladowarki daja zasieg ok. 280km w ciagu 25minut i sa rozlokowane gesto w calej Europie Zachodniej i Polnocnej. Co do cen, to szukajac auta w takim segmencie i z takimi osiagami trzeba wydac 200 tysiecy zlotych, jak nie wiecej. A wiele gorszy e-golf kosztuje 160k. I spokojnie nikt obecnie nie zabrania Ci jezdzic czyms innym.

      • SzK pisze:

        Na początku lat 90tych Polacy zarabiali 100 dolarów miesięcznie, dziś już doganiamy biedniejsze kraje Zachodu, więc nie można tego porównywać. Poza tym w124 jako 10letni kosztował już w zakupie mniej niż nowy kompakt, w serwisie tyle co Poldek, a w paliwie mniej niż Maluch, zachowując wszystkie swoje przymioty. Ja swoim jeździłem po całej Europie i wszędzie dało się zatankować w 5 minut. Jeśli z Teslą za 10 lat będzie tak samo, to super, ale powtarzam po raz kolejny, że dziś tak nie jest i że nie jesteśmy w stanie zastąpić nawet 20% samochodów spalinowych elektrykami, bo jak je wszystkie podłączymy do gniazdek, to Ziemia wybuchnie jak planeta Melmac. W przyszłości może będzie inaczej, ale to na razie mgliste wyobrażenie.

        A co do nakazów, to wiele krajów już je planuje całkiem serio, z konkretnymi datami. Stąd mój ton.

      • ja pisze:

        Ja pamietam, ze jeszcze niedawno auta hybrydowe byly dosyc drogie. Natomiast ostatnio mialem okazje byc na Litwie (swoja droga to 17letnie auta premium przezywaja tam 2. mlodosc) i zamawiajac ubera mialem 50% szans ze przyjedzie ktos priusem II. Z reszta widze, ze w PL rosnie zainteresowanie uzywanymi elektrykami. Norwegia nie ma problemu w zasilaniu elektrykow w ogole. Trzeba wiec sobie zadac retoryczne pytanie, czy my jestesmy gotowi na samochodowa rewolucje? Jakby ktokolwiek pytal o pomoc w wyborze auta to w Norwegii polecilbym elektryka, a w Polsce, jesli ktos by sie zapytal o sens elektryka to popukalbym sie w glowe. Pytanie tylko, czy oni tak wybiegli do przodu, czy my zostalismy w tyle? Jedno mnie cieszy w Norwegii. Jesli chcemy zaoszczedzic na podatku i ubezpieczeniu wystarczy kupic 30 letniego veterana 🙂 i mam nadzieje ze tego predko nie zmienia.

      • SzK pisze:

        Norwegia to zupełnie inna sytuacja, bo tam jest śmiesznie mała liczba ludności w stosunku do powierzchni i przede wszystkim potencjału hydroelektrowni. Cały kraj składa się z ogromnych gór i spływających z nich rwących rzek. Tam można 100% prądu wytwarzać w hydroelektrowniach i jeszcze go eksportować. W tej sytuacji elektryczne auta faktycznie są ekologiczne, ale to niestety chyba jedyny taki kraj w świecie (ja nie znam innego w każdym razie).

      • Krzyś pisze:

        „Tak w aucie codziennym oczekuję absolutnej bezawaryjności. Ma się dobrze prowadzić, ma dawać jakiś tam komfort, ale ma się nie psuć.
        Wychodząc do pracy nie wyobrażam sobie zastanawiania się, czy auto odpali.” Mam dokładnie tak samo i dla wskazanych przez Ciebie czynników jestem w stanie dużo poświęcić. I dlatego jeżdżę trzecim już z kolei samochodem marki japońskiej i drugim wyprodukowanym w Japonii 🙂 Wolnossąca benzyna – tylko lać paliwo, wymieniać rzeczy eksploatacyjne i jeździć 😉

      • Daozi pisze:

        Jeszcze a propos Norwegii: czytałem, że przewidywane są pewne zmiany eliminujące m.in. uprzywilejowane pasy ruchu itp. A to z tej prostej przyczyny, że aut elektrycznych jest coraz więcej, a uprzywilejowanie większości pojazdów mija się z celem i powodem jego wprowadzenia. Ponoć znalezienie wolnych ładowarek w Oslo też nie należy obecnie do łatwych.
        I pamiętajmy: Norwegia jest wielka powierzchniowo, ale ma mało ludności, niewiele tam samochodów, posiada złoża ropy (trochę hipokryzją to trąci tak na marginesie), jest jednym z najbogatszych krajów świata i posiada wspomniane hydroelektrownie. NIJAK nie nadaje się na przykład do dyskusji o motoryzacji. Tak jak Tybet czy Papua Nowa Gwinea. Bo to są unikatowe państwa w skali świata.

      • SzK pisze:

        Z ładowarkami w Oslo jest ostatnio ten problem, że wprowadzono oopłaty za ich używanie i stanie pod nimi. I jest to o tyle kłopot, że mnóstwo ludzi kupiło elektryki mieszkając w lokalach bez garaży i nie mając możliwości ładowania – bo na ulicy można to było zrobić gratis. Przy obecnej ilości elektryków to już oczywiście nierealne i teraz są pretensje, że ja kupiłem, bo można było pasożytować na podatnikach, no i co teraz mam zrobić? Sięganie po pieniądze sąsiada zawsze się tak kończy, niezależnie od szczytności i szlachetności pretekstu.

  20. st druciarz w firmie C&G pisze:

    Soku z dinozaurów i węgla nie zastąpi atom.Zasoby uranu też nie są jakieś wielkie i w dodatku w łapach mocarstw jądrowych.Tylko zimna fuzja ,ale kiedy to nastąpi? Technologia może i szybko powstanie ,ale lobby firm wydobywczych mogą ją wstrzymać na wiele lat.

    Porównanie do planety Melmac wyborne! Cieszę się że są ludzie którzy pamiętają ten serial 🙂 .

  21. mg pisze:

    khm, khm, przypieprzę się do matematyki: 300% różnicy. 75-24=~50, z tego 300% to jest 150… ale ja się nie znam, nie wiem…

    wiem, wiem, czepiam się…

    pzdr
    p.s. dziękuję autorowi za wkład w pogłębianiu mojej wiedzy bezużytecznej

    • SzK pisze:

      W sumie masz rację, ale mnie chodziło o to, że 75 to ponad trzykrotnie więcej niż 24 🙂

  22. Jaro pisze:

    Jak dla mnie elektromobilność to póki co ślepa uliczka. Wysokie ceny baterii, wyczerpalność rzadkich metali potrzebnych do produkcji baterii, zużycie tych baterii z czasem, ich ciężar i długość ładowania ograniczają rozwój tego rodzaju napędu. Dodatkowo jakby odjąć podatki i dotacje od danych źródeł napędu to się okaże że prąd wcale nie jest taki tani w porównaniu do węglowodorów, zwłaszcza gazu.
    Elektryczne samochody z ekologią też są na bakier, sam prąd jest produkowany zwykle w elektrowniach węglowych, a baterie są bardzo nieekologiczne w produkcji.
    Może moje wywody są mylne, ale póki co elektryczność to dla automobili napęd dalej przyszłości, chyba że nastąpią jakieś nowe zmiany w technice baterii i ich ładowania.
    Sam przypuszczam że w niedługim czasie (około 5 lat) czeka nas powrót do koncepcji ogniw paliwowych czy też ekopaliw.

  23. Jałmużna pisze:

    Witam,
    czy jest Pan w stanie sprawdzić, z którego roku i miesiąca jest wyprodukowana ta Tesla? Powinien znaleźć Pan informacje po numerze VIN.

    Pozdrawiam i szerokiej drogi! 😉

    • SzK pisze:

      Niestety nie znam numeru VIN, ale spróbuję skontaktować się z firmą udostępniającą auto.

      • Jałmużna pisze:

        Bardzo bym poprosił w ramach ciekawostki 🙂
        I też z racji tego, że wczesne pojazdy Tesli 3 miały wpadki jakościowe, więc bardzo możliwe, że ten model może być również z początku, a w efekcie widać nierówne spasowania czy oderwane miejsca.

        Pozdrawiam!

      • SzK pisze:

        Tesla 3 wypadła z amerykańskiego rankingu produktów polecanych – i było to calkiem niedawno, nie na początku produkcji. Raporty niezadowolonych użytkowników, również z Polski, obficie cytował Autoblog.pl. Ale zapytać się oczywiście spróbuję.