PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: TORT SACHERA

 

Samochód to zasadniczo przedmiot użytkowy. Mechanizm służący do kontrolowanego przemieszczania siebie wraz z zawartością. Jednak niektóre modele samochodów stają się Legendami – czasem w stopniu wymykającym się wszelkiej logice.

O które modele chodzi i skąd bierze się ich mistyczna otoczka, od jedenastu lat próbuję wyjaśnić w serii POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU, liczącej sobie aktualnie 63 artykuły. Niektóre przypadki są proste, bo w swoim czasie czymś się wybijały: były superszybkie, superluksusowe albo zjawiskowo piękne. Wprowadzały epokowe innowacje, na zawsze zmieniające obraz motoryzacji, albo łamały ogólnie przyjęte reguły. Często kosztowały fortunę, co zawsze stymuluje wyobraźnię, ale bywało też przeciwnie – niektóre z Legend po prostu umożliwiały osobistą mobilność szerokim rzeszom szaraczków. Legendarny status Citroëna 2 CV nie jest uzasadniony słabiej niż Rolls-Royce’a Silver Ghost.

Istnieją też jednak przypadki, które na pierwszy rzut oka zrozumieć trudno.

***

Wielkie dzieła bywają wynikiem improwizacji. Nieraz gorączkowej, wręcz desperackiej. Słynny na cały świat jest wiedeński tort Sachera, wynaleziony w 1832r. przypadkiem, przez czeladnika z kuchni księcia Klemensa von Metternicha. Gdy pewnego dnia księcia niespodziewanie odwiedziła ważna delegacja, trzeba było szybko wymyślić odpowiednie menu. Bez wcześniejszego przygotowania, bez odpowiedniej ilości czasu i żadnego otwartego Lidla ani Żabki w okolicy. Co gorsza, doświadczony szef kuchni był właśnie zaniemógł, więc cała odpowiedzialność spadła na szeregowych wyrobników i uczniów.

Najtrudniej było z deserem. Na szczęście jeden z młodych, niejaki Franz Sacher, zręcznie połączył to, co leżało w spiżarni: upiekł proste czekoladowe ciasto w czekoladowej polewie i przełożył dwiema warstwami marmolady morelowej (z czego jedną bezpośrednio pod polewą). Goście byli zachwyceni, dostojny pryncypał również.

Ciasto nazwane Sachertorte zrobiło zawrotną karierę: najpierw w kręgach dworskich, a później mieszczańskich, bo syn Franza, Eduard Sacher, w 1876r. otwarł w Wiedniu elegancki hotel z wykwintną kuchnią, którego sztandarowym produktem do dziś pozostaje Sachertorte (co ciekawe, produkt nie został zastrzeżony, więc sprzedawać go może każdy, z tym że wyłączne prawo do nazywania wypieku ORYGINALNYM tortem Sachera zostało hotelowi przyznane sądowo w 1962r.).

Foto: David Monniaux, Licencja CC

Zwykły murzynek z marmoladą w polewie – a jednak, od półtora stulecia Sachertorte pozostaje szlagierem lokali całej byłej c. k. Monarchii udowadniając, że udana improwizacja pod presją potrafi przynieść zaskakujący rezultat.

W tajemnicy dodam, że romantyczną opowieść o czeladniku księcia Metternicha niektórzy historycy uważają za zmyśloną gadkę marketingową. Ale to nieważne, bo podobne sytuacje znam z autopsji. Moja własna żona wyczarowała kiedyś w kwadrans obiad z resztek odnalezionych w lodówce – i to coś, co miało nam doraźnie zapełnić żołądek, okazało się tak dobre, że zostało naszym ulubionym daniem na celebrowane sobotnie kolacje z winem. Makaron w oliwie podsmażonej z czosnkiem, kostkami podsmażonego kurczaka, suszonymi pomidorami, oliwkami, świeżą rukolą i parmezanem. Składniki leżały w napoczętych opakowaniach, przyrządzenie trwało tyle, ile zagotowanie makaronu, a efekt – myślę, że mógłby śmiało zostać światową klasyką, tyle że nie powstał w kuchni księcia Metternicha, więc nie sądzą się o niego wiedeńscy hotelarze.

A opowiadam te dykteryjki, by obrazowo wytłumaczyć legendę Porsche 356: samochodu zaimprowizowanego w warunkach skrajnej prowizorki, wyklepanego młotkiem wokół podzespołów Kūbelwagena z wojskowego demobilu – tyle że z głową, zgodnie z duchem epoki i pod nazwiskiem sławnego konstruktora. Tylko tyle – a może aż tyle – wystarczyło do zbudowania jednej z największych automobilowych Legend.

Na bliskie spotkanie z Legendą zaprosił mnie pan Marcin Kus, który wraz z synami prowadzi grupę salonów Opla, BMW i Porsche, a prywatnie zgromadził poważną kolekcję zabytkowych aut i ciągników (wspominaną w relacji z Minogi).

Foto: praca własna

***

Historię Porsche 356 opisałem w artykule pomnikowym. W wielkim skrócie przypomnę, że model narodził się pod koniec życia Ferdynanda Porsche, jako spełnienie jego największego marzenia. Czasy były ponure: dawna III Rzesza leżała w gruzach, pod okupacją aliantów, i była ostatnim w Europie miejscem do produkowania i sprzedawania jakichkolwiek przedmiotów zbytku. Brakowało nawet jedzenia i opału, nie mówiąc o surowcach przemysłowych, a eksport blokowały alianckie władze.

Mimo to, klan Porsche dopiął swego i niedługo przed śmiercią seniora rozpoczął seryjną produkcję rasowego auta sportowego z rodowym nazwiskiem na masce

Foto: public domain

Porsche 356, niczym tort Sachera (i popisowy makaron mojej żony), powstało z banalnych składników – komponentów wojskowych odmian Volkswagena. Nic innego nie było dostępne. Parametry nie imponowały: moc 40 KM nawet wtedy wyglądała blado, ale supernowoczesna, opływowa stylistyka, niezależne zawieszenie na drążkach skrętnych, wojskowe standardy wytrzymałości, a także niewielka pojemność silnika i powszechna dostępność volkswagenowskiego serwisu okazały się receptą znacznie lepszą niż pozwalałyby przypuszczać warunki ówczesnej, zrujnowanej i wygłodniałej Europy.

Pomysł miał wielki potencjał rozwojowy: w ciągu 17 lat nieustannych modernizacji z 40 KM zrobiło się 95, ze 140 km/h – ponad 190. 

materiał producenta

Jednak to nie liczby są tutaj najważniejsze: wszak wybierając w cukierni kawałek tortu do aromatycznej kawy nie pytamy o zawartość energii czy tłuszczów, a jedynie patrzymy, wąchamy i próbujemy wyobrazić sobie smak. A to, co Porsche wydobyło z technicznej koncepcji „Garbusa”, można porównać do legendarnego dzieła czeladnika terminującego w kuchni księcia Metternicha.

Foto: materiał producenta

***

Na spotkanie zaprosił mnie pan Marcin Kus, ale podejmował Oskar Hudyka: opiekun tej i kilku innych wspaniałych kolekcji oldtimerów, mechanik, elektryk, blacharz i szofer w jednym (profil Instagram). Poza pracą przy samochodach Oskar śpiewa w zespołach The Magic Juice i Moja Szkatułka, więc określenie „człowiek-orkiestra” jest tutaj bardzo na miejscu.

Po przywitaniu Oskar wyjaśnił, że do dyspozycji mamy dwie sztuki: 356 A 1600 Super Cabriolet z rocznika ’59 i 356 B 1600 Super 90 Coupé ’61. Obie po pełnej odbudowie – od której minęło już wprawdzie kilka lat, ale bardzo niewiele kilometrów. Auta są jeszcze wręcz niedotarte.

Foto: praca własna

Najpierw wyciągnęliśmy przywieziony z USA cabriolet – standardowy (to nie Speedster ani wersja D), z najmocniejszym naonczas, 75-konnym silnikiem.

Dziś trudno uwierzyć, że topowe Porsche mogło być tak słabe (co zresztą wzmaga wątpliwości co do statusu marki). Trzeba jednak zrozumieć, w jakim świecie rodziła się 356-tka. Kto zna filmową klasykę, wie, że ówcześni Europejczycy zastawiali w lombardzie matczyną pościel, by kupić używany rower, natomiast samochody… Modele podstawowe rozwijały po kilkanaście koni mechanicznych, marzenie mieszczan, czyli Volkswagen „Garbus” – 25 koni, a Mercedes 180 („Ponton”), produkowany równolegle z Porsche 356 A, ze swojego 1,8-litrowego dolniaka (!!) wyciskał całe 52 konie, kosztując prawie pięćdziesiąt zachodnioniemieckich pensji. Średnich, czyli dobrze powyżej mediany.

Porsche, przy podobnej cenie, swym wyglądem zapierało dech w piersiach, prowadziło się jak wyścigowy bolid, a naprzeciw mercedesowskich 125 km/h i 31 sekund do setki oferowało 175 km/h i 14 sekund. W ówczesnych Niemczech to była istna rakieta ziemia-ziemia.

Foto: praca własna

Design łączył barokową modę lat 50-tych z wymogami aerodynamiki: w porównaniu do pierwszych prototypów współczynnik Cx spadł z 0,465 do zaledwie 0,31 (bez użycia tunelu aerodynamicznego – jedynie dzięki obserwacjom przyklejonych do blachy nitek). Ferry Porsche przypisywał to umieszczeniu silnika z tyłu i chłodzeniu powietrzem, dającym pełną swobodę kształtowania przodu nadwozia (co prawda kosztem wielkości bagażnika, ale o nią nikt tutaj nie pytał).

Foto: praca własna

Na masce zagościło firmowe logo, zasugerowane w 1952r. przez amerykańskiego handlowca, Maxa Hoffmana…

Foto: praca własna

…zaś na przednim błotniku podpisywała się karoseryjna firma Reutter, dostarczająca Porsche nadwozi od czasu powrotu z wygnania z Gmünd.

Foto: praca własna

Usiłując zneutralizować niedociążenie przodu konstruktorzy przenieśli tu akumulator (pod estetyczną osłoną) i bak (tankując trzeba otworzyć bagażnik i uważać, by nie oblać pakunków benzyną – chociaż tyle, że od 1953r. poziomu paliwa nie trzeba już sprawdzać patykiem). Miejsca na bagaż nie ma wiele, a jeszcze nie włożyliśmy nawet koła zapasowego!!

Foto: praca własna

Sylwetka boczna w wariancie deszczowym…

Foto: praca własna

…i najbardziej pożądanym. Zdjęcie dachu nie jest trudne, ale chwilę trwa: trzeba złożyć stelaż ruchem od przodu do tyłu i przepiąć długi szereg zatrzasków.

Foto: praca własna

Jak to w autach ze Stanów, łezkowate lampy są jednolicie czerwone. Wrażenie robi misterne ukształtowanie zderzaka i wkomponowany weń podwójny wydech.

Foto: praca własna

Nie każdy wie, że 356 jest 2+2-osobowe – to właśnie przemożna chęć dołożenia tylnej kanapy wymusiła przeniesienie silnika za tylną oś. Wątpię, czy było warto, bo z tyłu lepiej położyć podręczny bagaż niż sadzać ludzi.

Foto: praca własna

Za kierownicą na moment usiadłem, jednak w tamtym momencie już wiedziałem, że… cabrioletem za bramę nie wyjedziemy, ponieważ w międzyczasie Oskar odkrył, że skończyło się OC (zabytkowa rejestracja zwalnia z obowiązku ciągłości ubezpieczenia)

Foto: praca własna

Słoneczny, letni dzień byłby idealny do pośmigania Porszakiem topless, ale nie ma tego złego: ponieważ z dwóch przejażdżek zrobiła się jedna, mieliśmy na nią dwukrotnie więcej czasu, więc wypróbowaliśmy tylko jedno auto, za to na dłuższej i znacznie ciekawszej trasie.

Foto: praca własna

***

356 B 1600 Super 90 Coupé – to jedna z fajniejszych spośród dziesiątków specyfikacji modelu. Po niej przyszedł jeszcze udoskonalony 356 C (z tarczowymi hamulcami i kilkoma innymi zmianami), ale to była już końcówka, kiedy wszyscy czekali na 911. Graliście kiedyś w „NFS: Porsche Unleashed„? To wiecie, o czym mówię.

Zamknięte nadwozie jest mniej bajeranckie, za to sztywniejsze, wygodniejsze i cichsze. Jednak funkcja nie zdołała przyćmić formy – przeciwnie, dla wizualnego efektu poświęcono aerodynamiczną doskonałość 356 A, bo współczynnik Cx wzrósł z 0,31 do 0,398. Reflektory stanęły wyżej, podobnie jak zderzaki, które równocześnie straciły finezyjne „galeryjki”. Tylne okna dają się uchylać, nowe, aluminiowe bębny hamulców działają skuteczniej, humory tylnej osi temperuje pozioma sprężyna kompensacyjna (wyróżnik najmocniejszej wersji Super 90), a topowy, dwugaźnikowy silnik osiąga moc 90 KM przy 5.500 obrotach i moment 121 Nm przy 4.300, dając maksymalną prędkość 180 km/h i przyspieszenie do setki w 13 sekund. W roku 1949r. byłby to poziom Ferrari, w 1959 już zdecydowanie nie, jednak ceny nadal nie przekraczały troszkę lepszego Mercedesa „Pontona”, a osiągi pozostały poza zasięgiem nawet jego wersji sześciocylindrowych.

To oczywiście prawda, że w latach 60-tych istniały szybsze samochody, ale radości nie mierzy się stoperem. Metafora tortu Sachera jako królewskiej uczty z banalnych składników pasuje tu nawet lepiej niż do modeli wczesnych – bo one autentycznie brylowały na tle ogólnej mizerii, natomiast docenienie 356 B wymaga osobistego posmakowania.

Foto: praca własna

Mniej ozdób, prostszy, lecz wyższy zderzak, bardziej pionowe reflektory – rzut oka na przód nadwozia nie pozostawia wątpliwości co do aerodynamicznej przewagi poprzednika

Foto: praca własna

Genezę tego logo już znamy

Foto: praca własna

Do coupé koło zapasowe włożyliśmy i… zaraz stało się jasne, że z turystycznymi wyjazdami nie byłoby łatwo

Foto: praca własna

Wlew paliwa pozostał pod maską. Na błotnik przeniesiono go dopiero w 1962r. modyfikując przy okazji kształt zbiornika, by nieco powiększyć przestrzeń bagażową.

Foto: praca własna

Firmowe akcesoria – eleganckie jak zawsze

Foto: praca własna

Logo Reuttera wciąż tutaj jest – choć już nie po angielsku, bo rynek nie ten

Foto: praca własna

Numer seryjny, kod lakieru – wszystko na swoim miejscu

Foto: praca własna

Niewiele marek samochodów zachowuje stylistyczną ciągłość przez 75 lat – ale wśród takich z pewnością prym wiedzie Porsche

Foto: praca własna

Światła wsteczne i odblaskowe przeniesiono niżej, a oświetlenie tablicy wkomponowano w zderzak, który przeszedł analogiczną zmianę jak przedni

Foto: praca własna

Kabina – po germańsku chłodna i rzeczowa

Foto: praca własna

Elementów współwymiennych z „Garbusem” ostało się niewiele, lecz wciąż widać volkswagenowskie geny: linia okien i kokpitu idzie wysoko, a przestrzeń na nogi zwęża się ku przodowi

Foto: praca własna

Stojące pedały nie są wygodne, ale wbrew obawom nie wykręcają nóg w prawo. Grzybek po lewej to nie przełącznik świateł – ten umieszczono nowocześnie, w dźwigience kierunkowskazów – tylko pompka spryskiwacza. Ciekawszym elementem jest kranik paliwa – obecny mimo zastosowania pompy, ze względu na bak położony wysoko i daleko od gaźnika. Mimo dodania wskaźnika poziomu paliwa kranik zachował osobną pozycję rezerwy (obejmującej 6 z 52 litrów objętości zbiornika).

Foto: praca własna

Kolejna osobliwość to zmiana biegów blokowana kluczykiem. Czarne pokrętło z przodu otwiera nagrzewnicę. 

Foto: praca własna

Tylne okna już się uchylają, ale wcisnąć się tutaj niełatwo, nawet na chwilę, w celu sfotografowania kokpitu

Foto: praca własna

Jakoś jednak dałem radę 🙂 Jak w każdym klasycznym Porsche widzimy podniesione błotniki, stacyjkę z lewej strony i… odbijające światło wskaźniki. Witamy w Zuffenhausen. Wyposażenie jest zaskakująco kompletne: zamykany schowek, kieszenie boczne, elektryczny zegarek, czterozakresowe radio Blaupunkta, ręczny gaz, przednie światła przeciwmgielne.

Foto: praca własna

Koronkowe formy instrumentów są typowe dla Epoki Chromu, ale centralnie umieszczony obrotomierz, skala szybkości sięgająca 200 km/h i herb Porsche na piaście kierownicy zapowiadają mocne wrażenia. Wskaźników ładowania i ciśnienia oleju brak (zastępują je lampki na lewej tarczy – niestety niepodpisane, tak jak i pozostałe), mamy za to podany poziom paliwa i temperaturę oleju, która przy chłodzeniu powietrzem nabiera szczególnego znaczenia. Koniecznie muszę dodać, że wszystkie wskaźniki działają precyzyjnie – to ewenement w zabytkach, nawet restaurowanych.

Foto: praca własna

Silnik 1600 Super 90 to prawie szczytowe stadium rozwoju czterocylindrowego „wiatraka” (w 356 C rozwijał tylko pięć koni więcej, a czterowałkowy Fuhrmann-Motor z modeli Carrera to mimo wszystko odrębna konstrukcja, przeznaczona do wyczynu). Ten konkretny okaz jest praktycznie nowy, z przebiegiem 2.200 km po pełnej obudowie. Właśnie to cudo było mi dane przegonić po dwóch małopolskich przełęczach.

Foto: praca własna

***

Legenda Porsche 356, podobnie jak tortu Sachera, nie wzięła się z oryginalnego pomysłu ani wyszukanych składników, a ze starannego przyrządzenia, pięknego podania i szlachetnego rodowodu. Niestety, smaku nie można oddać liczbami ani słowami.

Przy zajmowaniu miejsca widać archaiczność konstrukcji – co raczej nie dziwi w modelu o korzeniach przedwojennych. Głębokie osadzenie foteli, wielka kierownica, stojące pedały czy brak pasów bezpieczeństwa dobitnie przypominają o wieku auta. Tym bardziej należy docenić to, co dzieje się po ruszeniu.

Czterocylindrowy boxer jest wyraźnie słyszalny w każdej sytuacji, ale nie zagłusza myśli ani rozmowy z pasażerem. Zapala bezproblemowo, na zimno i ciepło. W czasie przejażdżki dwukrotnie gasł, ale dawał się ponownie uruchomić: za pierwszym razem zaczął się dławić po około minucie – bo Oskar specjalnie zamknął kranik benzyny, żebym mógł go sobie otworzyć i poczuć klimat, a ja tego nie dosłyszałem, więc pojechałem na samej zawartości gaźników i przewodów (ponownie odpalenie trwało dobre pół minuty, bo pompa musiała naciągnąć paliwa – na szczęście akumulator wytrzymał). Kwadrans później kontakt stracił zaśniedziały od stania przewód cewki zapłonowej. Po doraźnym oczyszczeniu przez Oskara motor nie tylko ruszył, ale jeszcze nabrał dodatkowego wigoru.

Auto waży niewiele ponad 900 kg, po dziesięć na każdego mechanicznego rumaka – to prawdziwa potęga, jak na tamtą epokę. Jeśli dodać responsywne, dwugaźnikowe zasilanie i przyjemną, boxerową kulturę pracy, dostaniemy bezmiar radości. Ferrari to oczywiście nie jest, bo mówimy o silniku 1,6-litrowym: w 1961r. porównywalnej pojemności modele w rodzaju Forda Taunusa, Opla Rekorda albo Peugeota 404 legitymowały się mocami 55-65 KM, maksymalnymi prędkościami 135-148 km/h i 20-sekundowymi przyspieszeniami do setki. Tutaj liczby są zupełnie inne, a wrażenia subiektywne – nie tylko jeszcze szybsze, ale przede wszystkim dobre ćwierć wieku młodsze.

Motor chętnie przyjmuje gaz już poniżej 2.000 obrotów i gładko wkręca się do głębokiej prawej połowy wskaźnika (z powodu niecałkowitego dotarcia nie przekraczałem 4.000, ale to wystarczało z okładem). Nie ma mowy o zawahaniach, wibracjach czy dziurach w gazie (o ile nie zapomnimy otworzyć kranika paliwa 😉 ). Na podjazdach do głosu dochodzi alpejski rodowód marki: redukować trzeba jedynie przed zakrętami, podczas gdy na prostej można na czwórce przyspieszać od 50 km/h, również na stromiźnie ze zdjęcia. Mimo 30-stopniowego upału i żwawej jazdy po górach termometr oleju ani na moment nie wyszedł poza połowę skali – w końcu jednym z głównych założeń konstruktorów była odporność na długotrwałe obciążenie w każdych warunkach, od Stalingradu po El-Alamein 🙂 .

Foto: Oskar

Najszybciej pojechałem licznikowe 100 km/h (3.400 obrotów na czwórce). Bez żadnych obaw, co rzadko zdarza się w tak starych autach. Częściowo odpowiada za to idealny stan mechanizmów, nie da się jednak przecenić samej konstrukcji – zarówno dziarskiego silnika, jak i harmonijnego podwozia.

Niezależne zawieszenie na drążkach skrętnych daje nie tylko dobry komfort, ale też świetną stabilność w zakrętach – przynajmniej jak na ten poziom mocy. Osławiona nerwowość tyłu pojawiłaby się pewnie na granicy poślizgu, jednak ja nigdy się do niej nie zbliżam (zwłaszcza tak cennymi zabytkami), natomiast przy prędkościach nieodstających od współczesnego ruchu – czyli wysokich w skali odniesienia lat 50-tych – żadnego stresu nie ma. Nie chodzi nawet o samą przyczepność, a przede wszystkim o zaskakującą precyzję kierowania, zupełnie niespodziewaną w tak starym aucie z tak wielką kierownicą.

Kierownica obraca się łatwo (również na postoju), nie wykazuje luzu, a utrzymanie prawidłowego toru jazdy nie wymaga ponadstandardowej koncentracji. Żabowaty dziób Porsche jest idealnie posłuszny: mimo niedociążenia nie myszkuje na prostej (przynajmniej do 100 km/h, nie wiem jak wyżej), a w łukach ochoczo reaguje na najmniejszy ruch, podążając za ręką jakby miał o dwadzieścia lat mniej. 

Foto: Oskar

Powtórzę jednak, że wrażenie nowoczesności dotyczy głównie silnika i zawieszenia. Całokształt jest jednoznacznie muzealny: cała stylistyka, wystrój kabiny ze stojącymi pedałami i dużą kierownicą o metalowych ramionach czy dobiegający zza pleców donośny gang boxera są nieodłącznymi dziećmi swojej epoki. Podobnie hamulce i skrzynia biegów.

Z hamulcami sprawa wygląda niejednoznacznie. Mamy tu cztery bębny bez wspomagania, więc deptać trzeba mocno, a reakcja budzi zaufanie, ale tylko do pewnego momentu. Przy spokojnej jeździe pozostaje liniowa i całkiem adekwatna, jednak próba pełniejszego wykorzystania dość szybko blokuje koła, co gorsza – robi to nierówno. „Próbowałem hamulce wyregulować, jak dotąd bez powodzenia” – mówi Oskar, który w swej pieczy ma też wiele aut przedwojennych, więc odpowiednie doświadczenie ma. Właśnie ograniczony potencjał hamulców jest tym, co powinno powściągać temperament kierowcy 356 – mimo kuszących możliwości silnika, a nawet zawieszenia. Konieczność zachowania pokory to oczywiście wymóg większości klasyków, jednak w 356 zapomnieć się jest szczególnie łatwo.

Sprawa ostatnia to przekładnia. Da się z nią zaprzyjaźnić – mnie udało się w drodze powrotnej, czyli po pół godzinie jazdy – ale konieczne jest dobre wyczucie. Ze starymi mechanizmami trzeba się dogadywać, a zabytkowe skrzynie biegów są tego najlepszym przykładem. Pozycji biegów musimy się nauczyć, bo one nie leżą wzdłuż bocznych oporów dźwigni, tylko trochę bliżej osi wzdłużnej. Prowadząc drążek „po ścianie” trafimy… w drugą ścianę, a to trochę łyse uczucie, szczególnie przy intensywnym przyspieszaniu pod górę lub dohamowaniu przed serpentyną na zjeździe. Nie ma rady innej niż chwila praktyki i zapamiętanie prawidłowych ruchów drążka (a także znów odrobina pokory, jeśli się mimo wszystko nie uda). Nie od rzeczy będzie też podwójne wysprzęglanie – które nie jest bezwzględnie konieczne, ale wskazane w każdym klasyku, a w jeździe sportowej zalecane i dzisiaj (nawet ostatni Civic Type-R ma tryb automatycznych przegazówek, poprawiający przełączanie biegów i redukujący ryzyko poślizgu przy puszczaniu sprzęgła).

Porsche 356 B 1600 Super 90 na przełęczy Gruszowiec, potocznie zwanej przełęczą Pod Cyckiem

Foto: praca własna

Ludową nazwę wyjaśnia rzut oka w przeciwną stronę (wyjaśniałby jeszcze lepiej, gdybym użył szerszego obiektywu 🙂 ). To kulminacyjny punkt naszej przejażdżki, pół godziny jazdy od startu: dwoma autami nie zdążylibyśmy dojechać aż tutaj, dlatego nie żałuję, że podobny w gruncie rzeczy cabriolet okazał się niedostępny.

Foto: praca własna

***

Z tego opisu nie jestem zadowolony, bo on nie oddaje pełni wrażeń z jazdy 356 – w tym gładkiej, ochoczej pracy silnika i reakcji zawieszenia zupełnie nieprzystających do jego wieku. Takich odczuć nie da się opisać słowami, podobnie jak nie opiszemy smaku tortu Sachera.

Da się natomiast po raz kolejny podkreślić, że radość z jazdy nie zawsze wynika z danych technicznych, a Legendy nie zawsze rodzą się z najbardziej wyszukanych koncepcji i rekordowych mocy. Nie wykreują ich też same wysiłki marketingowców, choćby nie wiem jak sprytnych. „Tradycją nazwać niczego nie możesz. I nie możesz uchwałą specjalną zarządzić, ani jej ustanowić” (cytat). Można natomiast próbować trafić w tzw. ducha czasu – czyli odnaleźć to, czego ludziom szczególnie brakuje, czego szczególnie potrzebują albo o czym szczególnie marzą – a potem im to dostarczyć w sposób, który nie rozczarowuje. Tak zrobił Citroën z modelem 2 CV, Ford z Mustangiem, a Porsche z 356-tką. Żadnego z tych aut nie zrozumiemy studiując jego dane – można to zrobić tylko przez poznanie historycznego kontekstu i ludzkich pragnień, na jakie odpowiadały.

Ekipa Porsche zrobiła tu fantastyczną robotę – zwłaszcza jak na warunki, w których tuż po wojnie działała. Z takich osiągnięć rodzą się Legendy, a obcowanie z nimi to najwspanialsze z automobilowych przeżyć.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

42 Comments on “PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: TORT SACHERA

  1. Szczepanie, czy nie jest to najdroższy samochód, jaki testowałeś na przejażdżce po godzinach? Bardzo lubię Twoje testy i nie przypominam sobie droższego testowanego przez Ciebie pojazdu.

    Pewnie miałeś sporo stressu prowadząc to auto. Sam jeżdżę wymarzonym autem za sto tys i często wzdycham za czasami, gdy jeździłem poobijanym starym szrotem.

    Drogie i piękne auta są super ale stress potrafi skutecznie uśmiercić przyjemność z jazdy.

    • Dlatego właśnie w latach 60-tych w USA mówiło się, że na samochód nie powinno się wydawać więcej niż kilkumiesięcznej pensji – tyle, że wówczas robotnik faktycznie za kilkumiesięczną pensję mógł kupić nowego Chevroleta, a jego przełożeni odpowiednio Buicka i Cadillaca. Z drugiej strony jadąc nowym autem stajesz się uprzejmiejszy na drodze, chętniej wpuszczasz zmieniających pas, zachowujesz większy odstęp i generalnie jeździsz bezpieczniej, więc suma summarum chyba na plus 😉

      • Zasadniczo co cenniejsze auta się ubezpiecza. Ale fakt, że ładowanie zbyt wielkich kwot w przedmiot błyskawicznie tracący to jeden z większych i niestety częstszych błędów w zarządzaniu finansami. To jednak zazwyczaj nie dotyczy klasycznych samochodów, bo one wartości nie tracą (ale też i nie zyskują już tyle, co w ubiegłej dekadzie – więc zarabiać na nich trudno, natomiast brak budżetowej pozycji „amortyzacja” to wspaniały bonus w oldtimerowej pasji).

        A co do Amerykanów – tak, słusznie zauważyłeś, że oni za śmieszne pieniądze kupowali najokazalsze samochody świata. W Polsce przed 1990r. Maluch kosztował oficjalnie 30 pensji, w praktyce 60, a każde normalne auto 100 lub więcej. W dodatku bardzo szybko zamieniało się w „nieruchomość”: wspominałem już, że Maluch mojego ś. p. Teścia nie przeżył nawet tylu lat, ile trwało oczekiwanie na jego odbiór…

    • 356B Super 90 Coupe kosztuje około 100k€, według szacunków ze strony https://www.classic-analytics.de. Zdarzały się chyba cenniejsze okazy, ale fakt, to już są bardzo poważne kwoty.

      Stres oczywiście występuje, ale to głównie przed jazdą. W jej trakcie górę bierze koncentracja na wrażeniach 🙂 Ale to prawda, że właśnie z powodu tego stresu bardzo nie lubię jeździć czyimiś samochodami bez właściciela na pokładzie. Zdarza się to rzadko, ale czasami niestety tak. Wtedy faktycznie stres jest zwielokrotniony.

    • A po Polsku, „stress”, to się pisze, po prostu, stres. Przepraszam. Musiałem. Bo „stress” 😉

  2. Uwielbiam tort Sachera, to jedno z moich ulubionych ciast, artykuł i prezentowany samochód nawet bardziej smakowity. Analogia do tego deseru bardzo mi się spodobała ponieważ sam im starszy sie robię (jak na 32-latka), tym bardziej doceniam coś prostego, ale zrobionego po prostu porządnie i zgodnie ze sztuką. Dla przykładu – kiedyś byłem mocno wkręcony w piwa rzemieślnicze, testowałem różne style i eksperymenty, a dziś po prostu najbardziej lubię czeskiego pilsa 🙂

    • Wspominasz o hamulcach. Hamulce są dla słabych:) !
      Ja ostatnio naprawiałem S124 -klient zgłosił słaby hamulec zasadniczy z tyłu, a postojowy w zasadzie zerowy. Auto serwisowane w jakim serwisie w Katowicach.
      Hamulce były pięknie posmarowane smarem grafitowym. 2 litry zmywacza nie mogły temu zaradzić, więc wszystko musiałem wymienić na nowe 🙂

      Ciekawostka: filtr oleju do tych Porsche zaprojektowany został na specjalne zlecenie przez firmę Hengst.

      • Ja bym się się chętnie w tym warsztacie spytał, jaka była ich myśl przewodnia?

      • może wcześniej hamowały za mocno (a przy tylnych hamulcach to gorsze niż nie hamowanie wcale) albo ręczny co rusz zagniwał no to posmarowali ile mogli 🙂 ja tam też jak ręczny gdzieś robię (a zdarza się to niezwykle rzadko bo ja ręcznego w ogóle nie używam, no ale jak urwą na przeglądzie to na kolejny trzeba zrobić) to też obficie smaruję żeby nie zgniło 🙂

      • Oj Benny! Trochę się z tobą nie zgodzę. Bo jak mi kiedyś zamontowali odwrotnie rozpieracze szczęk przy wymianie w Chevrolecie (lewy na prawą stronę) w jakimś ludowym American serwisie i zamiast dociągać szczęki do bębna, to je luzowały to ciężko było wrócić do domu, bo zamiatał tyłem na zakrętach jak d…. teściowej na parkiecie.

      • Benny, podziwiam (a jednocześnie patrzę z przerażeniem) na Twoje podejście do techniki. Smarowanie hamulców bo hamowały za mocno, któż by mógł na to wpaść? 🙂 Raz a dobrze zrobiony ręczny po prostu działa.

      • D. Jak się rzadko używa ręcznego, to na skutek trudnych warunków w jakich pracują hamulce (nisko,kałuże i częste zmiany temperatury – nagrzewanie się bębnów lub czy tarcz) następuje przyspieszona korozja i zapiekanie się linek w pancerzach i śrub w dźwigniach rozpieraczy. Jak nie posmarujesz to nie pojedziesz, bo zwolnienie dźwigni nie odblokuje ręcznego, albo odwrotnie nie zaciągniesz ręcznego wcale, bo wszystko stoi jak przyspawane.

      • Wiem, dlatego myślę, że nieużywanie go, bo się psuje to trochę pokrętna logika. W każdym swoim aucie używałem regularnie ręcznego i nigdy nie miałem z nim problemów. Jedyne „ale” mam z autem w którym ręczny działa na tarcze z tyłu – co by nie kombinować, to skuteczność tego ręcznego jest taka sobie.

    • Też uważam że w kuchni prosta, acz dobrze zrobiona klasyka to najlepsze, co istnieje 🙂

      • O torcie Sachera nie słyszałem, choć pochodzę z cukierniczej rodziny,. Mój dziadek na czas okupacji został zdegradowany przez swego pracownika Niemca, a właściwie volksdeutscha Fredka na szeregowego cukiernika (taki Kryptonim Szef w reżyserii Goebbelsa), ale i on nie wprowadził tortu o tej nazwie, choć jako dzieciak pamiętam przekrawane w plastry torty smarowane marmoladą i kolejnymi warstwami kremu. Nie lubiłem – za słodkie. Na specjalne zamówienie tort nasączano syropem (z buraków cukrowych) z dodatkiem spirytusu. Taki był lepszy.
        A 356. z brzydkiego kaczątka wyrosło na pięknego łabędzia – 911, i ciągle dostojnie się starzeje, jako kolejna mutacja Carrery. Choć z wieloma przeszczepami i endoprotezami trzyma się prosto i nie potrzebuje podpierać się laską (choć te same garną się do pomocy na każdym parkingu).

      • Tort Sachera funkcjonuje raczej tylko na terenach dawnej c.k. Monarchii. Nie widziałem go nigdzie indziej, chociaż oczywiście nie wykluczam, że ktoś może sprzedawać go w Warszawie czy Rzymie. Ale to zdecydowanie lokalny specjał wiedeński.

      • ja tam wyznaję zasadę (zresztą samemu wymyśloną), że „niema nic lepszego od kotleta schabowego” 🙂

  3. Wspaniały artykuł, do którego przeczytania czekałem na odpowiedni moment i się nie zawiodłem. Tylko mała uwaga, ile bym nie patrzył to nie widzę w 356 pedałów wiszących… Ale może to ja się nie znam wobec tego niech mnie ktoś poprawi.

    • Oczywiście mają być „stojące”. Skutek wielokrotnych korekt i zmian konstrukcji zdania 🙁 Już poprawione, dziękuję.

  4. fajna przejażdżka, słyszałem niejednokrotnie że Garbusem się jeździ zaskakująco bardzo dobrze, tak więc takim sportowym Garbusem musi się jeszcze lepiej jeździć

    a co do paliwa sprawdzanego patykiem, to w Trabancie się tak sprawdzało do samego końca produkcji dwusuwa, czyli jakoś do 90r 😉

    • Garbusem jeździ sie zaskakująco normalnie jak na technologie przedwojenne.

      • Najpierw powinniśmy zdefiniować, co znaczy „normalnie”. Bo zasadniczo, to prawie każdym samochodem w historii się jeździ „normalnie” – są trzy pedały, wajcha i kierownica. Wyjątki od tego były nieliczne.

        Zapewniam Cię, że gdybyś wsiadł do przedwojennego Opla Olympii albo Citroena TA też byś mówił, że są „normalne”. Ale to nie znaczy, że „współczesne” – bo to dwie zupełnie różne sprawy.

        Poza tym nie wiem, jakiego masz Garbusa – sądząc po nicku, to raczej późnego. Ten naprawdę przedwojenny miał mechaniczne hamulce, niesynchronizowaną skrzynię, wlew paliwa pod maską (bez wskaźnika), itp. No i moc 25 KM. To wszystko robi ogromną różnicę. Nie mówiąc o tym, że nawet ten przedwojenny pod wieloma względami wyprzedzał epokę: miał np. całostalowe nadwozie, bez butwiejącego szkieletu z drewna, miał ogrzewanie kabiny (ewenement przed wojną), a przede wszystkim niezależne zawieszenie na drążkach skrętnych.

        To – i wszystkie modyfikacje poczynione po drodze – sprawiało, że do lat 90-tych „Garbus” w zasadzie nikogo niczym nie szokował. Ale dzisiaj już szokuje, jak każde auto z XX wieku. Dziś w autach prawie nie ma ma już pedałów sprzęgła i zmiany biegów, a brak wspomagania albo kamery cofania dla więlu świeżo upieczonych kierowców jest nie do przejścia. Nie mówiąc o mocy, która przy garbusowym zużyciu paliwa powinna przekraczać 200 albo 250 KM.

  5. Możliwe, że hamulce da się zrobić porządnie. Tomasz z Abcars (ten co Mikiciukowi Porsche robił) to zamiast serca ma boxera i w litanii pochwalnej Porsche właśnie i heble były. Coś tam jest jakiś patent. Nagrywał składanie jakiegoś roadstera rzadkiego i tam zwracał uwagę na pewne kwestie. Ciekawy był film o replice 356 z lat ’70 zrobionej przez Szwajcarów na Garbusie. Sam z wiekiem zaczynam doceniać klasyczne Porsche jako coś zrobionego porządnie. Prosto a skutecznie.

    • Co do tych hamulców – ja nie podejmuje się osądzać, czy są dobrze zrobione, ale wszystko zależy od punktu odniesienia. W latach 50-tych na pewno były super, bo daje się je ławo dozować i reagują ostro, ale w dzisiejszych czasach potrzebujemy znacznie większych opóźnień, jak ktoś np. wjedzie przed Ciebie i zahamuje (wielu kierowców kompletnie nie kojarzy, że zabytek nie zahamuje tak jak oni). Dlatego dziś trzeba bardzo uważać.

      • Gorzej, że niezabytki hamują teraz same i wielu kierowców też tego zupełnie nie kojarzy. A jeszcze mają ostrzegawczo wibrujące kierownice, jak samolot przed przepadaniem. Sam to z trudem przerabiam. Tym bardziej, że żona się zżyma, że mam wibrujący drążek.

      • Skuteczność hamowania klasyków dodatkowo pogrążają fatalne opony. Nie wiem jak wygląda sytuacja Porsche, ale sądząc po wysokim profilu i wyglądzie jak od taczki, te opony nie mają startu nawet do współczesnej średniej półki. Z własnego doświadczenia wiem też, że pięćdziesiąt lat temu renomowane firmy produkowały wysokie profile z dobrej jakości gumy i z porządnym bieżnikiem a dzisiaj jestem skazany na opony do dostawczaków. Istnieją specjalistyczne produkty do klasyków, ale poza kilkoma wyjątkami prawdopodobnie i one mają niewiele do zaoferowania.
        Podsumowując, jest szansa, że taku klasyk kiedy był nowy i miał nowe opony dobrej klasy hamował lepiej niż dzisiaj, ale i tak raczej było to duuużo gorzej niż jakikolwiek współczesny samochód.

      • Dzisiejsze opony są nieporównanie lepsze niż dawne, tak jak każdy inny element. Rozmiar musisz oczywiście zachować, ale dzisiejsze materiały i konstrukcja opony są o tyle samo nowocześniejsze to cała reszta samochodu.

      • Wydaje się, że odnosił się i do dzisiejszych standardów. Wnioskuję to z tego, że klasyki z swojego warsztatu testuje ostro a na co dzień jeździ i nowszymi autami. To było coś z okładzinami bębnów hamulcowych. Polecał bardziej szczęki z nitowanymi okładzinami niż z kolejnymi. Albo odwrotnie jednak zwracał uwagę na takie szczegóły drobne. A i pojawił się wątek opon. I jeden twierdzi, że współczesna opona jest najlepsza ale zwrócono słusznie uwagę, że rozmiary dobrych opon współczesnych nie pokrywają się z oryginalnymi felgami z klasyków i bierze się co jest. I możliwe, że taki Tomek z Abcaru ma dostęp do klasycznych opon i to o bardzo dobrych parametrach jako zawodowy restaurator Porsche. Dzisiaj dorobił się manufaktury gdyż coś około jednego Porsche zjeżdża mu z warsztatu (w tym są to auta po kompletnej renowacji) a i na targach klasyków jest powszechnie znany.

      • Co do hamowania, to różnicę standardów czuje się już przy samochodach z lat 90-tych, a co dopiero przy bębnach bez wspomagania w zasadzie z okresu II wojny św. Dlatego do znudzenia powtarzam o tym przy prawie każdej przejażdżce, żeby taką wiedzę propagować.

        Słyszałem już od handlarzy youngtimerami, jak to przyjeżdża facet kupić sobie młodzieńcze marzenie w postaci E34 albo W124, a po pierwszej przejażdżce mówi – panie, tu jest wszystko zajeżdżone, bo przecież Yaris mojej żony jeździ lepiej. No i tak będzie, bo inżynierowie nad czymś przecież pracują przez te wszystkie lata. Natomiast w skali lat 70 różnica jest kosmiczna – zawsze, niezależnie od modelu.

      • ja tam nie wiem, przesadzacie, ja tam swoją 30 letnią Astrą F jeżdżę codziennie obwodnicą do roboty i to ja zwykle siedzę na zderzaku innym bo jadę 140-150km/h i z hamowaniem również nie mam żadnego problemu, jedynie jest W MIARĘ zadbana, znaczy się to co ważne jest dopilnowane, i zarówno ruszam szybciej niż większość jak i jeżdżę szybciej niż ogromna większość i nie czuję żadnego dyskomfortu 🙂
        a opony owszem są bardzo ważne, ale trafiły mi się od sąsiada niesamowicie dobre opony Uniroyal Rainexpert 3 i na prawdę tak dobrym opon nigdy nie miałem, mimo że mają z 10 lat (są po jego matki Lanosie) to po prostu można jechać z 30km/h więcej po zakrętach i nadal trzymają się drogi, jestem na prawdę pod wrażeniem bo ślimaki zjazdowe z ekspresówki można teraz pokonywać jakieś 80km/h bez stresu (na ograniczeniu 40 / 50)

      • Żeby to właściwie ocenić, musiałbyś tym samym autem, po tej samej drodze, przejechać się z jednymi, a potem drugimi oponami. Wtedy porównanie miałoby wartość. I zapewniam Cię, ze doznałbyś szoku mierząc dokładnie drogę hamowania albo osiągalne przyspieszenie boczne.

      • Wielu kierowców po prostu nie kojarzy, i jezdzi szybko ale bezpiecznie…
        Albo gada przez telefon, albo wciąga kreskę przez całą szerokość kokpitu, albo pije prostego drinka (6 objętości wody, 4 spirytusu) – ale to chyba temat na inną dyskusję.

      • „i to ja zwykle siedzę na zderzaku innym bo jadę 140-150km/h ” – chyba nie ma się czym chwalić…

      • Jak auto zajezdzone to „bicza nie ukręci” ;D plus jak znam się na ludziach to taki przeciętny facet kupujący furę młodości z rocznika E34 to zazwyczaj będzie narzekał (albo się wymądrzał) lub czuł frustrację, że na dzisiejszych młodych dziewczynach te auta nie robią wrażenia. Co do hamulcy pradawnych to ja nie twierdzę, że to będzie identyko z dzisiejszym ABS ale ogarnięty kierowca nie powinien się czuć mocno skrępowany z takimi po restauracji pieczołowitej i paroma kilometrami za sobą na dobrych oponach. Sam mam Astrę F i jeszcze parę lat temu czytałem jej porównywania do współczesnych modeli na jej plus. Moja akurat jest bez ABS i zajeżdżona ale zadbanej z ABS i mocniejszym silnikiem nie zamieniłbym na jakiegoś świeżego suva z którymi miałem do czynienia. Ta lekkość prowadzenia… I natychmiastowa reakcja na moje polecenia – czy ma przyspieszyć, czy skręcić, czy hamować.

      • Ale one nie są zajeżdżone – po prostu lepiej nie będzie, bo to nie ta epoka. Różnica w drodze hamowania jest widoczna z dekady na dekadę, niezależnie od subiektywnych odczuć. Subiektywnie to czujemy przede wszystkim to, że nami rzuca na wszystkie strony i hałasuje – wtedy mamy poczucie dynamiki, a pomiar centymetrem wskazuje zupełnie coś innego.

        Na co dzień, w normalnych sytuacjach, stare hamulce mogą być wystarczające, ale w sytuacji nagłej okazuje się, że one nie dadzą z siebie nic więcej. Tego nie poczujesz przy okazjonalnych przejażdżkach dla relaksu, ale np. ja SLem zrobiłem już 40tkm i dwukrotnie miałem sytuacje, że byłem przekonany że właśnie się rozbiłem – ja szczęście udawało się o centymetry. Raz na Zakopiance, w czasie powrotu z gór w gęstym ruchu, zapomniałem się z odstępem i jechałem jak nowoczesnym autem – a jak cały peleton nagle depnął po hamulcu, to tylko cudem mi się udało nie walnąć w gościa przede mną. Drugi raz nie było nikogo przede mną, tylko na ostrym zjeździe, zakończonym zakrętem, czekałem z hamowaniem tyle co w nowoczesnym aucie – no i to było dużo za długo. Też się udało w zakręcie zmieścić, ale jakby ktoś pojechał z przeciwka, to już by się nie udało. To nie były żadne wyjątkowa sytuacja, tylko konstrukcja z lat 80-tych, w której ABS włącza się zaskakująco szybko jak na dzisiejsze przyzwyczajenia. Dodam, że opony mam Goodyeara, aktualnie 3-letnie, wcześniejsze Micheliny zmieniłem przed upływem 10 lat, klocki są specjalne miękkie, żeby lepiej hamowały (trwałość mnie nie obchodzi, bo robię 3000 km rocznie), do tego Paweł założył mi przewody w stalowym oplocie, żeby reakcja była szybsza. No i jest, ale w porównaniu do C-Klasy z 2009r. to przepaść taka, że ludzi szokuje, jak sobie porównają. A to tylko 20 lat różnicy, i dobrze utrzymane auto wysokiej klasy.

  6. Odnośnie opon to jednak w tej dziedzinie postęp jest tak znaczący, że nie wierzę iż pięćdziesięcioletnie opony „sportowe” miały szansę z dzisiejszą średnią półką. Przypomina mi się tu porównanie z bodaj auto świat classic gdzie Michelin xas (chyba) czyli opona dedykowana do oldtimerów produkowana tak samo jak x lat temu, jest deklasowana przez nowe bodajże barumy. Jednocześnie chwalono serię chyba Continentala, który tylko przez zmianę mieszanki gumowej na nowoczesną (bieżnik bez zmian) osiągał wyniki na poziomie „nowych” opon.

    • Obiektywna przewaga nowszych opon nad (konstrukcyjnie) starszymi jest tak oczywista, że nawet nie ma sensu z tym polemizować. Tylko, że te drugie kupuje się wyłącznie z powodu przewagi subiektywnej, czyli wyglądu. 😀
      Mi, szczerze mówiąc, niespecjalnie zależy na wyglądzie bieżnika ani przyczepności. Bez wahania przehandluję je za wysoki profil (pogromca krawężników), niską cenę i takąż ścieralność. Biorąc pod uwagę te trzy czynniki, za oponę ostateczną uznaję całoroczne bieżnikowane Targumy 195/65R15 – dzięki nieco plastikowej mieszance po 70k km zostało im grubo ponad 60% bieżnika. A nie były oszczędzane.

    • nie tyle postęp jest ogromny, co po prostu guma się szybko starzeje, a do tego współczesne opony mają „za dużo KAŁU a za mało CZUKU i ta guma jest świetna ale tylko przez pierwsze 5-max10 lat, potem jest śliska jak plastik i nadaje się tylko na lato i to bez deszczu

      • Ależ postep jest właściwie w każdej dziedzinie inżynierii materiałowej.

        OIDP naturalny kauczuk był bardzo odporny na starzenie (i również szybko się ścierał). Któryś z koncernów oponiarskich pisał, że przechowywana w odpowiednich warunkach (chłodno, ciemno, sucho) opona po 7 latach leżakowania może być wciąż traktowana jako nowa pod każdym względem.

  7. Podobna do tortu Sachera jest historia tarty Tatin. Otóż pewnego razu niejaka Stéphanie Tatin upiekła tartę odwrotnie – kładąc na spód jabłka, a na wierzch ciasto. Okazało się, że (po odwróceniu rzecz jasna) tarta wyszła idealnie i cóż – mamy taką wersję.

  8. Co do opon, to mam nieco odmienne odczucia. Nowe opony są robione z bardziej miękkiej mieszanki, przez co mają lepszą przyczepność, ale ścierają się szybko i niestety – pękają również szybko. Miałem też kilka opon „vintage” zamontowane na kupionym samochodzie – Micheliny z 1988 oraz Dunlopy z 1990 w drugim samochodzie. W obu przypadkach, po wielu latach zostawało im sporo bieżnika, ale był on twardy, plastikowy, przyczepność symboliczna. Co ciekawe, te z 1990 po trzydziestu latach dalej nie miały śladów pęknięć…

  9. Czytając ten wpis zatęskniłem za NFS: Porsche Unleashed. 356A wygląda najlepiej ze wszystkich wersji 356. 😉 Za to 911 to jedno z moich ulubionych aut, przynajmniej pierwsze 4 generacje z silnikiem chłodzonym powietrzem. A ze współczesnych Porsche to GT3 RS też jest wspaniałe. 🙂