PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: UCZCIWA NAZWA

Symbol lilii kojarzymy zazwyczaj z Francją, względnie dynastiami Andegawenów i Burbonów. Był on tam używany już od czasów panującego w XI wieku Filipa I, natomiast od 1376r. przyjął się klasyczny herb stosowany aż do rewolucji 1789r., to jest trzy złote lilie na niebieskim tle.
Lilie w różnych liczbach i kolorach do dzisiaj widać w herbie Paryża, kilku francuskich departamentów i kanadyjskiej prowincji Quebec, a w Polsce – na herbach wielu szlacheckich rodów oraz miast (np. Bielska-Białej czy Nysy). Harcerstwo używa podobnego znaku zwanego lilijką, w kościele katolickim lilia jest symbolem maryjnym, a balladę pt. „Lilije” napisał Adam Mickiewicz („Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana…”). Natomiast w motoryzacji lilia pojawiła się w logo przynajmniej dwóch modeli samochodów: Nissana Figaro i Chevroleta Caprice.
Słowo Caprice oznacza kaprys, zachciankę. Występuje w słowniku angielskim, ale pochodzi z francuskiego – stąd pewnie wybór francuskiego symbolu, a także samej nazwy, bo w amerykańskim rozumieniu francuskie konotacje pasują do rzeczy luksusowych. A Chevy Caprice był największym i najdroższym modelem marki.
Grafika: Yorick, Licencja CC
„Luksusowy Chevrolet” – to ciekawe hasło. Zwłaszcza w Polsce, gdzie nowe Chevrolety pojawiały się średnio raz na pokolenie, w bardzo różnych charakterach: przed wojną były autami dużymi, lecz relatywnie niedrogimi (kosztowały mniej niż 150% Polskiego Fiata 508), niedługo po niej pełniły rolę rządowych limuzyn zwanych „demokratkami”, a w naszym stuleciu – tanich wozideł będących przemetkowanymi modelami Daewoo. W międzyczasie z rzadka sprowadzano je prywatnie: wtedy były to zwykle olbrzymie, ośmiocylindrowe landary, ale też mniejsze modele Chevette czy Corsica. Można się zdezorientować. Jednak z amerykańskiego punktu widzenia sprawa zawsze była jasna: Chevrolet to najbardziej masowa marka najbardziej masowego producenta aut – tyle że tam, zależnie od epoki, samochód masowy mógł mierzyć 5,6 metra, a pod maską kryć 7,4-litrowe V8.
***
Nazwa Caprice pojawiła się w 1965r., jako opcja w cenniku Impali 4d hardtop, zawierająca wzmocnioną ramę i zawieszenie, kilka akcentów stylistycznych, elegantszą tapicerkę, drewniane okleiny wnętrza i emblematy z lilią.
Opcja nosiła kod RPOZ18 i nazwę Caprice Custom Sedan
Foto: materiał producenta
Rok później Caprice został osobnym modelem, pozycjonowanym na szczycie oferty Chevroleta. Chodziło wciąż o najtańszą markę największego koncernu świata, która jednak, w porównaniu do poprzedniej dekady, zdążyła rozszerzyć swój program do trzech segmentów: kompaktowego (w którym występowały dwa zupełnie odrębne modele – awangardowy Corvair i tradycyjny Chevy II/Nova), klasy średniej (Chevelle/Malibu) i „pełnowymiarowej” (z aż trzema modelami, tyle że bardzo zbliżonymi – Bel Air, Impala i Caprice, poza tym były jeszcze sportowe Corvette i Camaro). Na takim tle faktycznie można było mówić o „kaprysie”.
Caprice ’66 oferował już wybór nadwozi: dwu- i czterodrzwiowy hardtop oraz sześcio- i dziewięciomiejscowe kombi (z rozstawem osi 119 cali, czyli 3,02 metra i długością 5,4 metra). Jako napęd dostępne były wyłącznie silniki V8: 283-calowy small-block o mocy 195 lub 220 KM i 396-calowy big-block rozwijający 325 lub 425 KM. Większość egzemplarzy miała przekładnie automatyczne, klimatyzację, wspomaganie kierownicy, tempomat, elektrycznie poruszane szyby i fotele i automatycznie przełączane światła, choć zasadniczo były to płatne dodatki.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Tak bogata specyfikacja u Chevroleta – marki z najniższego szczebla koncernowej „drabiny sukcesu” – przypominała XXI-wieczne Volkswageny Phaetony. Z jedną wszakże różnicą: w USA w pojedynczym sezonie ’66 sprzedało się 181 tys. Caprice’ów, podczas gdy w naszym stuleciu Phaetonów – 84 tys. w CZTERNAŚCIE lat, i to na całym świecie. Jeśli zaś chodzi o szerszy obraz, używana między innymi przez Caprice’a GM-owska platforma B z lat 1965-70 znalazła prawie 13 mln klientów, co czyni ją czwartą najpopularniejszą konstrukcją samochodu w historii (po Volkswagenie „Garbusie”, Fordzie T i Fiacie 124).
Szczegółami corocznych zmian nie będę zanudzał, ale pokażę pierwsze roczniki kolejnych generacji.
W 1971r. ukazała się nowa platforma B – wydłużona (121,5 cala dla sedanów i coupé, 125 cali dla kombi), z okazałą, opływową stylistyką i wielkimi grillami á la Cadillac. Długości nadwozi oscylowały wokół 5,6 metra, pojemności silników wynosiły 350, 400, 402 lub 454 ci, zakres mocy – 165-365 KM (z tym że rok później, po wycofaniu 350-tki i przejściu na podawanie wartości netto, zakres przesunął się na 170-230 KM). Ciekawostką były dwuczęściowe tylne drzwi kombi z samoczynnym otwieraniem i zamykaniem – z powodu ich masy ręczne operowanie stało się uciążliwe dla co wątlejszych użytkowników.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
I tak dochodzimy do generacji trzeciej, do której należy testowane auto. Weszła ona na rynek w sezonie ’77, czyli jesienią 1976r.
Ówczesny gospodarczy klimat skłaniał do zmniejszania samochodów i GM faktycznie to uczyniło: kosztem 600 mln dolarów przygotowało samochody krótsze o aż 10 cali (ćwierć metra). Równocześnie zwiększona została wysokość, ale rozstaw osi skrócono o tylko 5,5 cala (dla coupé i sedanów, bo dla kombi w ogóle). W rezultacie przestrzeń pasażerska i bagażowa nawet się powiększyły, a masa spadła bardzo znacząco – o 280-400 kg, zależnie od wersji. To było duże osiągnięcie, zwłaszcza że od wybuchu energetycznej paniki minęło było zaledwie 2,5 roku.
Zmniejszenie pełnowymiarowych modeli General Motors wspomniało w swym rocznym sprawozdaniu jako czynnik ryzyka – bo odbiór takiej decyzji przez najbardziej konserwatywną część nabywców był bardzo niepewny. Kto chciał mniejszego auta, od dawna już kupował kompakty i subkompakty, zaś full-size istniał po to, by być full-size’em. Po decyzji GM konkurencja natychmiast zaczęła się chwalić największymi samochodami na rynku – bez wydawania choćby centa!!
Kanciaste i mniejsze karoserie były niespodzianką, ale największy paradoks polegał na tym, że modele intermediate miały teraz rozstaw osi identyczny z full-size’em, a nadwozie jednego z nich – coupé Monte-Carlo – okazało się nawet dłuższe!! Jednak by zachować odpowiednią perspektywę należy dodać, że Caprice sedan wciąż mierzył 5.390 x 1.915 mm, czyli był o 12 cm dłuższy i 8,5 cm szerszy od Rolls-Royce’a Silver Shadow – i to tego szoferskiego, przedłużonego. A przecież wciąż mówimy o Chevrolecie, czyli najtańszej marce amerykańskiej!! Pojęcie „taniości” bywa ogromnie względne.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Coupé słynęło z trzyczęściowej szyby tylnej bez metalowych separatorów
Foto:
Foto:
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
Piąte drzwi kombi straciły samoczynne otwieranie
Foto: materiał producenta
Ciężkie czasy wymusiły też powrót mniejszych silników: bazowego Caprice’a napędzała teraz 250-calowa, 110-konna V6-tka, zaś dopłacić można było za V8-mki – 305 cali, 145 KM lub 350 cali, 170 KM. Co oznaczało, że opcja minimalistyczna w 1972r. stała się teraz maksymalistyczną. Jedynym elementem, który nabrał rozmachu, były przekładnie, które po raz pierwszy u Caprice’a były wyłącznie automatyczne (choć od samego początku odsetek zamawianych manuali był symboliczny).
Zmniejszone-pełnowymiarowe Chevrolety okazały się długowieczne – dotrwały do 1990r. W międzyczasie przeszły dwa liftingi, w 1980 i 1986r., i wiele modyfikacji zwiększających efektywność energetyczną – w tym odchudzających i poprawiających aerodynamikę. Z drugiej strony silnik V6 został powiększony do 4,3 litra i wzmocniony do 140 KM, a w 1989r znikł całkiem – bo po pierwsze, realne ceny paliw spadły do poziomów sprzed 1973r., a po drugie, ci Amerykanie, którzy wciąż kupowali auta pełnowymiarowe, chcieli wyłącznie V8. Również w 1989r. gaźniki zastąpił wtrysk paliwa, który znów obniżył spalanie, a moce podniósł na 170 i 190 KM.
W 1986r., podczas ostatniego liftingu, wycofano niższy model Impala pozostawiając Caprice’a jako jedynego pełnowymiarowego Chevroleta. Z braku zainteresowania znikły nadwozia dwudrzwiowe, a kolejną opcją silnikową została 307-calowa V8-mka Oldsmobile’a – słabsza od chevroletowskiego small-blocka (140 zamiast 170 KM), za to bardziej awaryjna. Tak, zgadliście – nie była popularna.
Foto: materiał producenta
Również od 1986r. wprowadzono topową specyfikację Caprice Brougham. Wyróżniała się ona kilkoma detalami wyposażenia i szlachetnym wykończeniem, w tym winylowym dachem, drewnianymi okleinami kokpitu, bardziej puszystymi dywanikami i welurowymi siedzeniami „typu poduszkowego” (ang. pillow design). Rok później doszła opcjonalna tapicerka skórzana i pakiet Brougham LS wzbogacony o przezroczysty fragment dachu i opera windows (trzecie boczne okienko, w tylnym słupku). To dla niektórych niespodzianka, bo nazwa Brougham jest kojarzona głównie z Cadillacami.
Foto: materiał producenta
Kombi występowało już tylko w jednej, ośmiomiejscowej wersji, z przestrzenią ładunkową 2,5 m³. W latach 1980-85 można je było zamówić z ośmiocylindrowym, 105-konnym dieslem Oldsmobile’a, słynącym z ogromnej awaryjności.
Foto: materiał producenta
W latach 1977-90 powstało 2,88 mln Chevroletów Caprice, przy czym w ostatnich latach ich popularność wzrosła (w 1990r. sprzedano prawie 224 tys. – najwięcej od 11 lat). Następca, Caprice generacji czwartej, miał zostać ostatnim ramowym, tylnonapędowym krążownikiem GM (na blogu poświęciłem mu osobny artykuł), chociaż tej samej nazwy jeszcze do 2017r. używały pewne modele australijskiego Holdena.
***
Skoncentrowałem się na ostatnich rocznikach, bo właśnie z 1989r. pochodzi przedstawiany egzemplarz – własność Mariusza, który pięć lat temu sprowadził go od pierwszej właścicielki, zamieszkałej w Stanach. Konkretnie – w stanie Michigan, w miasteczku Pontiac. Chevrolet z Pontiac to prawie jak major Generał i generał Major z powieści „Paragraf 22” (niestety nie istnieje żadne miasteczko Chevrolet, w którym mogłyby jeździć jakieś Pontiaki).
Rocznik ’89, 305-calowy small-block (po naszemu 5-litrowy, wtryskowy, o mocy 170 KM, a co ważniejsze produkcji Chevroleta, czyli niezniszczalny), do tego pakiet Brougham – który w połączeniu z emblematami lilii robi specyficzne, bardzo mieszczańskie wrażenie. Te lilie skojarzyły mi się skądinąd z przebojem „Lily Was Here„ – wydanym dokładnie w 1989r., a reprezentującym styl tak bardzo odmienny, że trudno uwierzyć w równoczesność tych zjawisk.
Caprice to typowy przedstawiciel malaise ery: zmniejszony, ale wciąż wielki (dokładnie 5.405 x 1.915 mm), bardzo kanciasty, z relatywnie krótką kabiną, staroświeckimi chromami, a w tym przypadku jeszcze winylowym dachem. Patrząc nań aż chce się wyjechać na sześciopasmowy, pustynny highway z tempomatem ustawionym na 55 mph i puścić sobie „It Never Rains In Southern California„.
Foto: praca własna
Kratownicowy grill wywodzi się z tradycji Cadillaca, masywny zderzak wynika z federalnych przepisów wprowadzonych w 1972r., a czarny pasek nad nim – z transportowego uszkodzenia oryginału.
Foto: praca własna
Amerykański full-size wręcz powinien być eklektyczny i lekko pretensjonalny, więc andegaweńska lilia jest tutaj w sam raz
Foto: praca własna
Odrobinie zbyt długi wydaje się bagażnik, ale full-size musi być pakowny. Do stylu auta pasuje winylowy dach i szprychowe koła z oponami z białym bokiem.
Foto: praca własna
Tak to z bliska wygląda jedno…
Foto: praca własna
…a tak drugie. Oba bajery są tylko nakładkami: winyl kryje normalnie pomalowaną blachę (co zresztą nie sprzyja jej trwałości), a szprychy i błyszczący, dwubarwny bok koła – zwykłą stalową felgę i opony 205/75 R15.
Foto: praca własna
Kolejny ciekawy detal to opływowe lusterka – słabo harmonizujące z pudełkowatą bryłą nadwozia, ale faktycznie poprawiające aerodynamikę. W dobie gorączkowego szukania oszczędności paliwa przyćmiewało to estetyczne niuanse.
Foto: praca własna
Gdy dobrze się przyglądniemy, zauważymy delikatnie łukowatą linię brył zewnętrznych – to jednak złudzenie wynikające z nachylenia pokryw. Dziennikarze określali tę sylwetkę jako „szczupłą” i zachwalali nowe podejście General Motors, polegające na rozpoczęciu projektowania od wyznaczenia pożądanej przestrzeni pasażerskiej, ładunkowej i zapewnienia widoczności, by dopiero potem przekazać model stylistom w celu możliwie estetycznego opakowania. W rezultacie „wreszcie dostaliśmy czyste, proste linie, które są oczywistością w samochodach importowanych” – pisał magazyn „Road Test„.
Foto: praca własna
Potrójne lampy tylne to znak rozpoznawczy dużych Chevroletów od co najmniej 1958r.
Foto: praca własna
Bagażnik ma 590 litrów – mniej niż 20 lat wcześniej, ale wciąż niemało. Koło zapasowe marnuje mniej miejsca niż wtedy, choć cały czas leży na widoku.
Foto: praca własna
Wlew paliwa znajduje się pod tablicą rejestracyjną, zamek bagażnika – pod odsuwaną lilią
Foto: praca własna
W dużym Chevrolecie czuć (i widać) piniondz!!
Foto: praca własna
Pasy bezpieczeństwa wychodzące z drzwi to specyfika amerykańska – podobnie jak welurowe fotele pillow design. Przednia kanapa, podzielona w stosunku 55/45, po podniesieniu podłokietnika umożliwia jazdę w trójkę.
Foto: praca własna
Boczek drzwi jest bardzo elegancki, z zaskakująco porządnym welurem, lampkami ostrzegawczymi…
Foto: praca własna
…i srebrzystymi przyciskami sterującymi elektrycznymi szybami, lusterkami i fotelem. Jedyna nieprzekonująca rzecz to ten pas: inżynierem nie jestem, ale wątpię, czy on spełnia swą funkcję bez zakotwiczenia w nośnych elementach nadwozia.
Foto: praca własna
Opcja Brougham przez lata występowała głównie w Cadillacach – i faktycznie, wystrój wnętrza bardziej przypomina najdroższą niż najtańszą markę koncernu. Z drugiej strony przestronność jest… po prostu dobra, ale niekoniecznie przystająca do gabarytów auta.
Foto: praca własna
Z przodu obicia są te same, natomiast wrażenie odrobinę psuje grubo ciosana deska rozdzielcza
Foto: praca własna
Pokrętła obok włącznika świateł sterują jasnością oświetlenia wnętrza (można zrobić romantyczną atmosferę!!) i opóźniaczem gaszenia reflektorów „odprowadzającym” wysiadających do domu. Hamulec postojowy działa jak w Mercedesie – zaciągamy nogą, zwalniamy ręką. Najciekawszym szczegółem są jednak dodatkowe wyloty klimatyzacji na… środek spodni kierowcy i pasażera. Rzecz rzadko spotykana, a w upałach Dzikiego Zachodu wcale dorzeczna.
Foto: praca własna
Pamiętacie, jak Jeremy Clarkson przedrzeźniał akcent amerykańskiego stylisty wściekłego, że cały zamysł psuje mu kierownica, bo nie jest kwadratowa? Można się z tego śmiać, ale to kółko naprawdę tu bruździ :-). Przynajmniej komfort jest iście bajeczny.
Foto: praca własna
No dobrze, okrągła jest jeszcze skala szybkości – pewnie przez niedopatrzenie, bo ona akurat wcale by nie musiała
Foto: praca własna
Panele radia rozmiaru 1,5 DIN i klimatyzacji (działającej do dzisiaj, bardzo skutecznie!!) wyglądają jak prawdziwe antyki
Foto: praca własna
***
Do Caprice’a wchodzi się jak do salonu babci. To nie jest przytyk, tu tak ma być – przynajmniej w wersji Brougham, z jej tapicerką przypominającą zestaw wypoczynkowy. W znalezieniu właściwej pozycji pomaga pełny zestaw elektromotorków poruszających siedzeniami, lusterkami i kolumną kierownicy. Pozycja jest oczywiście inna niż w autach europejskich – właśnie kanapowa, bez podparcia z żadnej strony, co paradoksalnie może męczyć na dłuższym dystansie. Jednakże na krótszym auto jest dokładnie tak wygodne, na jakie wygląda.
Chevrolet został skonstruowany odmiennie niż Acura z poprzedniego wpisu (ma ramę nośną, tylny napęd, V8 OHV i sztywną oś tylną na wzdłużnych wahaczach), ale w obejściu jest dość podobny – oczywiście z zastrzeżeniem skalibrowania oczekiwań stosownie do dwudziestoletniego odstępu na osi czasu. Przy spokojnej jeździe silnik pracuje miękko i cicho, kręci się leniwie i pozwala swobodnie przyspieszać z niskich obrotów. Cztery biegi przełączają się ledwie zauważalnie i w odpowiednich momentach – tzn. reakcje na gaz nie są zbyt żywe, ale przy tak elastycznym silniku nie muszą. Pod większym obciążeniem silnik słychać donośnie i efektownie, również z uwagi na częściowo nieoryginalny wydech.
Maksymalną moc 170 KM motor osiąga przy 4.400 obrotach, moment 346 Nm – przy 2.400. Jak wiele amerykańskich V8-mek, w przepastnym nadwoziu wygląda niepozornie, mimo pojemności pięciu litrów. Więcej miejsca zajmuje osprzęt – np. podciśnieniowa gruszka tempomatu (przy lewym błotniku) albo potężnie zwymiarowana klimatyzacja (przy prawym).
Foto: praca własna
Mniej typowo prezentują się sztywne przewody wtrysku paliwa – bo w takim otoczeniu spodziewamy się zwykle gaźników
Foto: praca własna
Pięciolitrową pojemność kojarzymy nie tylko z wielkimi rozmiarami, ale też z piekielną mocą i ogromnym zużyciem paliwa. Tu nie do końca tak jest: 170 KM wystarcza do sprawnego poruszania się, ale – podobnie jak w Acurze – ścigać się nie pozwala. Auto przyspiesza sprawnie i płynnie (60 mph osiąga w 10 sekund), jednak w fotel nie wciska, z kilku różnych powodów: poślizgu konwertera, miękkiego zawieszenia, miękkich foteli i ogólnie łagodnego sposobu rozwijania mocy. W subiektywnych wrażeniach dominuje płynność i dostojeństwo – przy ruszaniu, wyjeżdżaniu pod górę, wychodzeniu z zakrętów czy utrzymywaniu prędkości autostradowych.
W tym ostatnim przypadku wydaje się, że przyspieszać można w nieskończoność. Pełnowymiarowe krążowniki z Epoki Chromu, mimo znacznie wyższych mocy, od około 70 mph dobitnie oznajmiają, że jedziemy już szybko (czym zresztą mocno rozczarowują Europejczyków). Natomiast tutaj, przy dłuższych przełożeniach i dobrym wygłuszeniu, takiego odczucia nie ma. Nie jest to oczywiście BMW, projektowane do połykania setek kilometrów z prędkościami wyścigowymi, ale domknięcie 80-milowego licznika odbywa się niepostrzeżenie, w pełnym komforcie i bez wrażenia przeciążania silnika. Pomaga włączenie nadbiegu – trybu przekładni z literką D w kółeczku, który dodatkowo wydłuża przełożenie. Dzięki temu na długich trasach można uzyskać zużycie 11 litrów na 100 km – co niewiele odbiega od równoletnich modeli europejskich o porównywalnej mocy, zupełnie niezależnie od litrażu. Większą różnicę widać w mieście, gdzie w intensywnym ruchu Chevrolet spala 20 litrów. Taka jest cena za poruszanie się babcinym salonem na kołach, siedzenie na welurowej sofie, potężny moment obrotowy bulgoczącej V8-mki i miękkie zmiany biegów.
Tym razem najtrudniej opisać mi to, co w aucie z Detroit powinno być najłatwiejsze, to znaczy podwozie. A to dlatego, że ono jest równocześnie amerykańskie i nieamerykańskie.
Ruszając autem w pierwszej kolejności chwytamy kierownicę (na której skądinąd widnieje jedyny w całym samochodzie znaczek Chevroleta, wszędzie indziej zastąpiony lilią). Ona jest amerykańska, z bardzo silnym wspomaganiem niwelującym prawie cały opór (obraca się wyraźnie lżej niż w znacznie młodszej Acurze). W czasie manewrowania to fajne, zwłaszcza w połączeniu z doskonałą widocznością rogów nadwozia i jeszcze lepszą zwrotnością (typową dla dużych tylnonapędówek – nie ma tu przegubów napędowych, a koła mają się gdzie schować, więc można je skręcić bardzo mocno). Można by powiedzieć, że Caprice’a łatwo zaparkować – tyle że najpierw trzeba znaleźć odpowiednio długą lukę, co na naszym kontynencie często okazuje się niemożliwe.
Ciekawiej robi się po włączeniu do ruchu – bo oto w full-size’owym krążowniku czujemy, co dzieje się z przednimi kołami!! Nie jest to poziom Mazdy MX-5 ani nawet Mercedesa W124, ale o profilu nawierzchni i jej ubytkach jesteśmy po prostu poinformowani. Druga niespodzianka to stosunkowo nieduża masa auta, nieco ponad 1,6 tony – dzięki której Chevy’ego nie trzeba siłą zmuszać do skrętów. Znów jednak podkreślę, że nie ma to nic wspólnego z prowadzeniem sportowym, bo „bezoporowa” kierownica nie ostrzega przed nadmiernym przyspieszeniem bocznym. Domyślam się więc, że w razie przesadzenia skutek będzie podobny jak w skrzydlatym Cadillacu, a przesadzić nietrudno: skręcając w boczną drogę usłyszałem delikatny pisk opon przy całych 15 mph – i to z kolei jest typowo amerykańskie.
Reasumując: mamy zawieszenie miękkie, wygładzające nierówności, ale nie izolujące od nich całkowicie, kierownicę obracaną małym palcem lewej ręki, która nie usiłuje prostować się w szybszych zakrętach, ale skutecznie auto w zakręty wprowadza. To wszystko nie oznacza jednak europejskich własności jezdnych, bo granica bezpieczeństwa leży nisko. A żeby całkiem nas skonfundować, tarczowo-bębnowe hamulce Chevroleta działają całkiem skutecznie (przed ruszeniem Mariusz ostrzegł mnie, żebym na nie uważał, ale na tle większości produktów Detroit, zwłaszcza starszych, nie ma się czego obawiać).
Większość prasowych testów Caprice’a zachwalało „pakiet F41„, czyli elementy zawieszenia pochodzące ze sportowych modeli GM (w tym Camaro i Firebirda). Według dziennikarzy pakiet F41 był „absolutną koniecznością” i „pozwalał pomyśleć, że Caprice urodził się wśród gór Schwarzwaldu” (czytaj – że jest Mercedesem). Jestem ogromnie ciekaw, jak on się sprawuje w praktyce i jak na redaktorskie opinie wpływała amerykańska skala odniesienia – ale niestety, pierwsza właścicielka testowanego auta nie zaznaczyła tej opcji. Szkoda, bo taka przyjemność kosztowała zaledwie 36$, wobec czego rezygnowało z niej niewielu nabywców. Widocznie jednak precyzja prowadzenia nie znajdowała się na liście priorytetów każdego klienta (czy też w tym przypadku klientki).
***
Takie przejażdżki, wraz z lekturami dawnej prasy, przekonują o wadze właściwej skali odniesienia. Dla nas Caprice jest dłuższy od przedłużanego Rolls-Royce’a, a mimo to nieszczególnie przestronny – zaś dla Amerykanów był niedorzecznie mały, za to dobrze wykorzystujący bieżące cale, a do tego wyjątkowo lekki. Dla nas pięciolitrowy silnik o mocy 170 KM, spalający w mieście dwadzieścia litrów, to szczyt marnotrawstwa – a oni pisali, że 305-calowy small-block zapewnia „żwawe przyspieszenie, prędkość na poziomie 200% dozwolonego limitu i spalanie, którego pozazdroszczą wszyscy sąsiedzi„. No serio. My od zawsze rozumiemy, że techniczne zaawansowanie musi kosztować, tymczasem kierownictwo GM zastanawiało się jak teraz wytłumaczy klientom, że w stosunku o poprzedniej generacji muszą zapłacić 5% więcej za samochód krótszy o 10 cali i lżejszy o 700 funtów…? Przecież każdy powie, że to rozbój w biały dzień!!
Z drugiej strony coś zaczynało się jednak zmieniać. Magazyn „Road Test” chwalił każdy aspekt Caprice’a stwierdzając, że Detroit wreszcie uczy się budować samochody lekkie (!!) i prowadzące się jak importowane („po pełnym doposażeniu można go traktować jak krajowy odpowiednik Mercedesa 450 SE”). A zaraz potem dodawał, że jeśli ktoś nie jeździ regularnie w sześć osób, to nie ma żadnego powodu, by płacić za full-size, bo miejsce dla szóstej osoby było jego jedyną wymierną przewagą nad Chevroletem Novą – klasyfikowanym jako intermediate, ale wciąż mierzącym pięć metrów (bez 4 mm), a po dopłacie za 305-calowy silnik tańszym o aż ponad dwa tysiące dolarów (ceny odpowiednio 3.300, i ponad 5.300$).
Tu jednak chyba nie o to chodzi. Pełnowymiarowego krążownika nikt nie kupuje dla jednego dodatkowego siedzenia. Przykładowo Mariusz używa go „jako odstresowywacza, na smutne dni” – i ja to doskonale rozumiem, bo uczucie ogarniające człowieka sadowiącego się na welurowej kanapie pillow design i budzącego ze snu pięciolitrowe V8 jest nie do opisania słowami. Nawet jeśli samochód pochodzi z roku 1989 i nie ma żadnych skrzydeł błotników ani Dagmar bumpers. To nie są rzeczy do ogarnięcia szkiełkiem i okiem – co chyba w GM rozumieli, jeśli największego Chevroleta uczciwie nazwali Kaprysem.
Foto: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

(…)”wyjechać na sześciopasmowy, pustynny highway z tempomatem ustawionym na 55 mph”
Amerykanie są bardzo dziwni. Pustynne odludzie, trzymasmowa prosta autostrada, żadnych zabudowań a przepisy każą jechać 55 mil (90 km). Przecież to gwałt na naturze ludzkiej!
Dlaczego w krainie wolności tłamsi się chęć wciśnięcia na gaz w warunkach, które idealnie wręcz nadają się do szybkiej jazdy? Nigdy tego nie pojmę.
W Niemczech nie ma ograniczeń nawet na autostradach dwupasmowych, co jest jednak pewną przesadą, bo prawy pas okupują ciężarówki a lewym podróżują osobówki z prędkością około 120 km.
Na autostradach spokojnie może nie być ograniczenia, w Niemczech liczba wypadków jest jedna z najniższych w świecie.
Natomiast w USA to bardziej złożony temat. 55 mph zrobili po kryzysie naftowym, jak wpadli w panikę, ale oszczędności okazały się bliskie zeru. Przepis był zresztą bardzo niepopularny i powszechnie ignorowany, a realne kary groziły dopiero powyżej 70-75 mph. Po 1987r. ograniczenie federalne zostało podniesione na 65 mph, a w 1995r. zniesione całkiem – bez żadnej szkody dla bezpieczeństwa w skali krajowej (trend spadkowy istnieje od 1970r. do dziś). Najdłużej brak ograniczeń występował w Montanie – samochodzarze z całej Ameryki przyjeżdżali tam, by z tego korzystać i mimo to statystyki nic się nie pogorszyły.
Dziś ograniczenia są ustalane lokalnie: na wschodzie zazwyczaj 65, na pustynnym południowym zachodzie – 75-80 (poza Kalifornią i innymi stanami wybrzeża), w Teksasie miejscami 85. W praktyce ludzie jeżdżą ciut szybciej, a kontrole istnieją praktycznie tylko w pobliżu miast. W czasie wakacji na południowym-zachodzie jeździliśmy z tłumem, zwykle 75-90 mph, czyli dokładnie jak w Europie. Jest też przepis mówiący wprost, że jeśli tłum jedzie powyżej limitu, to jazda z tłumem nie jest wykroczeniem – bo pojedynczy maruder stwarza większe zagrożenie niż jazda szybsza, ale jednostajna i bez wyprzedzania. Dlatego w praktyce ta jazda wygląda całkiem inaczej niż zapisano w ustawie.
Zgadzam się, zdarzyło mi się jechać i 100-110 mph pustawą autostradą na Florydzie – może nie z tłumem, ale z kilkoma innymi autami.
W Niemczech na autostradach nie ma limitu ale dużo ludzi jeździ 130-140. Szybciej jeżdżą najczęściej … Polacy 🙂
Dawno już nie byłem, ale kiedy bywałem, to wcale to tak nie wyglądało 🙂 być może ostatnio ruch się wzmógł – z taką sytuacją miałem do czynienia zawsze w trakcie wyjazdów na narty, pomiędzy Salzburgiem i Rosenheim, że jechało się w sznurku 80 kmh. Ale kilkanaście lat wcześniej lewym pasem śmigali wszyscy jak dzicy.
55 mil jest po kryzysie naftowym. Jadąc wolno samochody paliły po 10-15 litrów a pędząc pełnym gazem te mastodonty paliły 30-50 litrów.
Post factum oszczędności na tym ograniczeniu są oceniane na maksymalnie 1% w skali kraju, większość szacunków mówi o ułamku procenta.
To prawda, że pełny gaz oznaczał duże zużycie, ale przed kryzysem ludzie nie jeździli 120 mph, tylko zwykle 65-80, tak samo zresztą jak dziś.
O, Kaprys, jeden z wozów co bym się przejechał chętnie – ale bardziej wersją kombi niż sedanem. Siedziałem w takim Kaprysie kombi – siedziałem a nie jechałem, bo wóz był chwilowo nieczynny ; ) – i powiem szczerze, że miejsca to tam jest od groma. Pamiętam że bagażnik z dwuczęściową klapą był ogromny – jak pamiętam czasem w Europie wywalano tylną kanapę i przerabiano kombiaka na karawan. Co do wnętrza to pamiętam że kierownica podobna jak nie ta sama była w późnym Checkerze czy Jeepie Cherokee XJ. A, no i jak kojarzę to wtryskowe V8 można przerobić na gaźnikowe – jak pamiętam część osób tak robi, bo wtryskowe GM z tamtego okresu potrafi być dośc upierdliwe w naprawach ; ) i to bardziej chodzi o układ emisji spalin a nie wtrysk sam w sobie.
Ostateczna generacja dużego Chevroleta, zazdrościomierz wywaliło poza skalę!
I to jeszcze w takiej specyfikacji (4 biegi, wtrysk, komplet wskaźników na desce)!
Zostaje wygrać w totka i spełnić w końcu kaprys.
Kiedyś miałem okazję pojeździć prostu wsiąść do takiego (no dobra, to były Buick Electra i mniejszy Olds Cutlass Supreme) i mnie zauroczyły. Od tego czasu przestudiowałem masę stron o tych Chevroletach.
Linia maski i bagażnika to są splajny, o ile dobrze pamiętam, to przy liftingu z 79 zmieniono prawie całe zewnętrzne oblachowanie, podniesiono linie bagażnika, zmieniono lekko profil tylnej części dachu – wszystko dla poprawy aerodynamiki.
Tylna szyba w coupe była początkowo pojedyncza, w USA pisali o niej „wire bended” ale w sumie nie szukałem jak ja dokładnie produkowali.
Silniki Oldsa o ile pamiętam pozwalały spełnić normy emisji (przynajmniej donczasu) bez konieczności stosowania całego układu oczyszczania.
Nie pamiętam od którego momentu GMowskie -body stało się „platformą” węglową współczesnym rozumieniu – tj. te same komponenty – bo pierwotnie -body to była po prostu wspólną karoseria, pod którą była zupełnie inna technika (z ramami włącznie).
Kurcze, no fajna bryka, chociaż pewnie obiektywna lista minusów krótka nie jest.
Nie pojeździć, tylko posiedzieć, ale komórka wie lepiej 😀
Minusy czy plusy trzeba zawsze rozważać w odniesieniu do jakichś warunków eksploatacji. W warunkach europejskich, na ciasnych i krętych drogach, przy naszych kosztach paliwa i podatków drogowych, takie auto nie ma żadnego sensu. Ale w Stanach jak najbardziej, bo pod takie warunki było projektowane. Nim jeździ się praktycznie jak S-Klasą V8, tylko za ułamek tej ceny zakupu i przy śmiesznie tanich naprawach. Własności jezdne pełnomorskiego statku zupełnie w Stanach nie przeszkadzają. Za to u nas kompletnie nie ma gdzie zaparkować, na krętej drodze stajemy się zawalidrogą, a tankowanie kosztuje majątek. To po prostu zupełnie inne warunki, wymagające zupełnie innych rozwiązań.
Mam wrażenie, że paradoksalnie, pomimo znacznie większej liczby marek w portfolio, w gamie GM brakowało odpowiednika Mercurego u Forda, tj. takiego lepiej wykończonego i wyposażonego Chevroleta (Pontiacki, Biucki i Oldsmobile z lat 80-tych, to były jednak inne, przednionapędowe platformy) – w efekcie Caprice łączył w jednym modelu rolę samochodu dla flot, jak i auta dla prywatnego odbiorcy (pewnie 60+ z klasy średniej) – stąd takie wersje jak Brougham. Swoją drogą ciekaw jest czy jest jakaś istotna różnica pomiędzy nim a Fordem Crown Victoria.
Platforma B występowała we wezystkich markach, tyle że z innym poszyciem nadwoziem, więc nie było widać, że to jest to samo 🙂 to wyglądało podobnie jak u VAGa w naszym stuleciu.
No tak, ale w połowie lat 80-tych wszystkie marki GM poza Chevroletem i Cadillakiem przeszły na nową, przednionapędową platformę-H.
Tak, to był taki właśnie okres. Ale kolejna generacja już występowała równocześnie pod trzema markami – Chevy, Olds, Buick. O niej był na blogu artykuł pt ALE GŁUPI CI RZYMIANIE 🙂
Porównanie z LTD Crown Victoria latwo znaleźć:
https://www.curbsideclassic.com/curbside-classics-american/vintage-review-1979-caprice-versus-1979-ltd-downsized-duo-duke-it-out/
https://www.curbsideclassic.com/vintage-reviews/vintage-review-1980-caprice-versus-1980-ltd-rematch/
Generalnie Chevrolet zdaje się dość powszechnie był uważany za lepszy samochód. Lepiej jezdzil, skręcał i hamował. Stylistyka też była uważana za lepiej dopracowaną. Forda uważano za bardziej komfortowego.
Oba tak naprawdę nie miały następców, dostały tylko nową karoserie. Forda produkowano chyba 10 lat dłużej. I oba były uważane albo za służbowy samochód taksówkarza lub urzędnika albo prywatny „grzyba”.
W sumie oba mi sie podobają 😀
Jako właściciel i miłośnik tych aut czuje się zawołany do tablicy, by wytłumaczyć sprawę 307 z oldsmobila.
Silnik ten paradoksalnie jest najmniej awaryjna jednostką montowaną w owym czasie w produktach GM’u. Jedyny elementem, który sprawia problemy w tych silnikach to quadrajet wyposażony w CCC, czy taki prymitywny komputerek sterując, który czasem lubi głupieć, nie lubi się z LPG i znajdowanie części do niego bywa bolesne. Jednak nie stanowi to jakiegoś większego problemu, bo 307 to de facto rocket v8, wiec można na niego założyć praktycznie dowolny aftermarketowy gaźnik.
Kolejnym problemem, za który trudno winić ten silnik jest rozbudowany system emisyjny, wyposażony w masę podciśnień, EGR i pompę smogową, ale niestety takie były realia lat 80tych i każdy amerykański silnik na to cierpiał. Plus 307 jest taki, iż smog jest łatwo usuwalny i po wywaleniu wszystkie i odpowiednim zaślepieniu podciśnień silnik nie będzie kulał, jak wiele jednostek z epoki. Jedyny problem to pompa smogowa, która jest na tym samym pasku co sprężarka klimy i po odłączeniu jej ma za mały opór, a po zdemontowaniu nie ma paska zasilającego sprężarkę Klimy. Oczywiście jest to do obejścia i da sie te pompę przerobić tak, iż stawia ona opór z odłączonym smogiem.
Co do występowania tego silnika w caprice, pojawił się on w 1985 na rok modelowy 86. 305 zostało wtedy zastąpione przez niego w kombi jako silnik bazowy, w sedanach występował on jako opcja premium nad chevy 305.
Powodem wprowadzenia tego silnika do oferty chevroleta był większy moment obrotowy i większa niezawodność w stosunku do 305. Ogólnie 307 old’sa występowało w masie produktów GM’u od G body po D body. Szukając w Internecie opinii o tym silnik trudno coś znaleźć poza tym, że istniał i miał stosunkowo mało mocy – jak wszystko w latach 80tych. Głównie dlatego, że nie był problematyczny i po prostu działał w przeciwieństwie do wielu silników z tych lat, a to że generował 140 koni, czasem miał problemy z podciśnieniami, czasem nie trzymał wolnych obrotów, brał olej, i miał wyciągający się łańcuch rozrządu, który powodował jeszcze większy spadek mocy – cóż takie były realia tej epoki XD, przynajmniej nie wymagał generalnego remontu po 120-150k km i można nim robić przebiegi po 300k km bez rozbierania go.
Jak mówimy o amerykach z 80tych to jak mamy pod maską coś, co częściej odpala niż nie odpala, nie gaśnie na światłach i pozwala rozwijać prędkości autostradowe 130km/h i włącznie do współczesnego ruchu nie jest przerażające to jest jest naprawdę dobrze, ta epoka był naprawdę mroczna i zrodziła masę straszydeł. Których nie ratuje nawet 10 warstw ironii, które trzeba mieć by je posiadać.
I tak największym zabójcą tych aut nie są silniki, a 4 biegowe skrzynie…o których nie chce mi sie pisać. Bo sam muszę ją naprawić, by przywrócić mojego kombiaka na drogi.
Co do samej jazdy i obcowania z autem, jest ono mega przyjemne. Jazda tym wozem naprawdę wycisza i za każdym razem gdy jeździłem nim z tatą, to tata zasypiał po 5 min jazdy. Poziom komfortu, odizolowania i takiego poczucia świętego spokoju jest po prostu nieosiągalny w nowych samochodach i piszę to w kontekście nawet nowych aut typu lexus LS czy nowa bemka 7. Nic nie pika, nic sie nie wyściela, zero komunikatów o tym, że skończył sie płyn do spryskiwaczy albo ciśnienie w 1 kole odrobine spadło. Brak wbudowanego drogowego żandarma, który szarpie kierownicą, gdy najedziemy na linie lub zmienimy pas bez kierunku i „zapika” nas na śmierć gdy będziemy jechać 65 na ograniczeni do 50. Zupełna cisza i izolacja od drogi.
Mam 26 lat, wiec jestem przedstawicielem pokolenia Z, które w teorii lubi ekrany, sportowe prowadzenie i całą tą technologiczną – ekologiczną otoczek nowych aut. Jednak ja osobiście jej nienawidzę i widzę, że duża część znajomych ma podobnie. Jestem naprawę zmęczony nowoczesnymi autami, które ciągle starają sie absorbować moją uwagę i coraz częściej marzę o zakupie jakiegoś starocia amerykańskiego na daily. Poświecenie w postaci 17-20 paru litrów na 100km jest niczym przy wyciszeniu i spokoju, który zapewniają te drogowe jachty. A to, że ma on 150 koni i jest zasilany benzyną, która miała się już skończyć z 10 razy w ciągu ostatnich 50 lat…cóż bywa.
Ogólnie motywem przewodnim, dla ludzi z pokolenia Z jest odkrywanie tego jak fajne i dużo lepsze były rzeczy produkowane w przeszłości i zadawanie sobie pytania: Czemu obecna rzeczywistość i obecnie produkowane rzeczy są tak bezpłciowe, słabe i często po prosty beznadziejne.
Dlatego tez, coraz więcej młodych zaczyna kupować stare auta i to często takie, które w oczach poprzednich pokoleń uchodziły za bezsensowne i słabe, jak właśnie np, różnorakie malaise erowe krążowniki. W stanach z dnia na dzień rośnie ilość Z’tek za kierownicą stalowych gigantów i tylko czekać, aż moda ta za pośrednictwem Instagrama i TikToka zawita w pełni do Polski.
Dlatego jak ktoś chce kupić taki wóz jeszcze za rozsądne pieniądze, to należy się śpieszyć, bo paradoksalnie młode pokolenie chce tych auta i powoli zaczyna mieć budżet, by je kupować:)
Ale to były okropne czasy i brzydkie auta 🙂
Coś strasznego. Trudno mi dostrzec w tym chevy cokolwiek fajnego.
No chyba, że wspomnienia z oglądanej drużyny A, nagiej broni itp.
Pamiętam też odcinek serialu „na południe” gdzie jeden z bohaterów stracił swojego buicka rivierę 3 (ratując życie, wycelował w bak auta by unieszkodliwić wroga) i potem jeździł takim właśnie chevy/fordem.
Bardzo narzekał.
Bardzo rozumiem 🙂
Generał Malfunction miało wtrysk TBI -do przepustnicy. Podobne coś jak monowtrysk popularny w VW i oplu w latach 90tych.
EFI Forda był (i jest) znacznie efektywniejszy czy to w Windsorach czy później w serii Modular. Szczególnie w ruchu miejskim oszczędność paliwa sięga 30%. Do tego dużo lepiej reagował na ruch prawej nogi i warunki otoczenia tj. wysokość npm czy wilgotność i temperatura powietrza.
Te rurki metalowe przy kolektorach wydechowych to wdmuch powietrza w wydech lub chłodniczka do EGR. Tylko ekologia i nie jest składnikiem wtrysku.
Auto wspaniałe! Może bym nawet któreś moje na takiego zamienił:)
Miałem okazję trochę pojeździć takim autem – nawet dwoma, bo jeden był cywilny, drugi w specyfikacji policyjnej, jakoś specjalnie oznaczonej, ale nie pamiętam jak. Oba o ile pamiętam na wtrysku i w porządnym stanie, nie jakieś ulepy ściągane za grosze. Ten cywilny był w stanie zejść poniżej 10 litrów na setkę przy jednostajnej jeździe autostradowej z prędkościami 90-100 km/h, ale (co ciekawe) – gliniarski w żaden sposób nie schodził poniżej 15, choć osiągi miał identyczne (nie mierzyłem stoperem, ale nie odczuwałem jakiejkolwiek zmiany dynamiki). Komfort jazdy bez zarzutu, świetne fotele i porządna tapicerka, wyciszenie nienajgorsze, silnik okropnie mułowaty, skrzynia jeszcze gorsza, hamulce zaskakująco przyzwoite, ale zawieszeniowo totalny dramat, auto jeździło wręcz odstręczająco źle. W skrócie – stylizacja na plus, bardzo mi się ta generacja Caprice podoba, ale poza wyglądem to nie ma w nim niczego, co mogłoby mnie nakłonić do kupienia i jeżdżenia nim. Za to Caprice ogórek w wersji SS (Impala SS) to już zupełnie inna para kaloszy, NAWET względnie na drodze daje radę. Względnie – bo szału dalej nie ma, ale przynajmniej nie odrzuca od razu jak ten.
Chciałem zadać pytanie apropo różnic między słynnymi „Police spec” a normalnym full size kanapami, a jak widać to odpowiedź zastała mnie pierwsza… Ciekawe że skoro wersja policyjna nie prowadzi się znacząco lepiej to nie myśleli o zmianie tego na jakieś mniejsze i sensowniejsze wozidła. Chociaż specyfika pościgów obejmujących raczej długie proste i zakręty 90 stopni, ratuje takie podejście. No i wytrzymałość ramowej konstrukcji. W końcu z jakiegoś powodu policja w stanach nie poszła śladami taksówkarzy, i nie przechodzi masowo na priusy…
To jest jeden z niewielu fajnych amerykańskich samochodów z poprzedniej malaise ery. W latach 70 i 80 było dużo beznadziejnych aut, ale np. Blazer K5 i Pontiac Trans Am nie były tak straszne jak komunistyczne wyroby samochodopodobne. Dla mnie prawdziwe amcary to te z lat 50 i 60, a Bel Air z 1955 to jest coś pięknego. 😉
z Gangu Olsena 🙂
Mam ambiwalentne odczucia dotyczące amerykańskich pełnowymiarowych limuzyn. Z jednej strony budzą respekt graniczący z podziwem swymi majestatycznymi sylwetkami szosowych transatlantyków i wielkimi silnikami, z drugiej rażą często bezguściem interioru, ilością chromu i ciasnymi jak na swe wymiary wnętrzami. Bliżej im do Wołgi niż do Mercedesa, chociaż sami Amerykanie szydzili z Wołgi Gaz 24, że to duży postęp Rosjan „już nie traktor, ale jeszcze nie samochód”. I takie uczucia budzi we mnie Caprice. Fajnie wygląda, ale jeździć bym nim nie chciał.
SzK, z tym Chevroletem jako marką najniższego szczebla to bym się nie do końca zgodził. Taki dualizm: z jednej strony popularna masówka dla plebsu, ale z drugiej Suburban od trzydziestu (już piąta generacja) lat jest flagowym samochodem amerykańskich agencji rządowych i dyplomatów, jeździ nim Sekretarz Stanu, a i prezydencki Beast jest zbudowany na bazie Chevroleta Kodiak (nie mylić ze Skodą Kodiak). Nieco niżej notowany jest Tahoe. Cadillakami jeżdżą raczej bogole, gwiazdy country music i mafia.
Pozycjonowanie marek to kwestia hierarchii cen. Chevrolet był i jest najtańszy. A że kupują go urzędnicy, to właśnie jedna z różnic kulturowych – w Stanach przepych za pieniądze podatników jest niedopuszczalny, tak samo zresztą jak w Szwajcarii albo Skandynawi. Prezydent oczywiście ma Cadillaca, ale niższej szczeble nigdy. Zresztą znamienne, że już przed wojną Roosevelt miał dwie limuzyny, w tym jedną na wypadek awarii, a Mościcki – DWADZIEŚCIA DWIE, z osobnymi szoferami. Takie jest podejście do rozporządzania cudzymi środkami w poszczególnych krajach.
O Kolumnie Zamkowej i samochodach Mościckiego, Piłsudskiego oraz o samochodach cara (carów) w kontekście Spały napisałem trzyczęściowy artykuł. Więc temat zgłębiłem.
@Szymon, tak z ciekawości, gdzie można przeczytać ten artykuł?
Przyłączam się do pytania – prośba o link 🙂
No nie wiem. Wypasiony cywilny Suburban kosztuje ok. 100 000 S. Za 10 specjalnych w wersji HD rząd zapłacił podobno 36 000 000 z opcją dostawy kolejnych 200 szt. Najtańszy?
Podstawowy Suburban kosztuje od 62k dolarów, Escalade od 93k.
Oczywiście można doposażyć oba auta, ale hierarchię wyznacza cena i specyfikacja bazowa. Tańszej marki od Chevroleta GM nie posiada.
Pierwsze dwie części są w nr, 10 i 11 wydawanej przeze mnie promocyjnej Gazety Bunkrowej https://schrony.eu/gazeta-bunkrowa/, kolejne dwa, jak się okazało, w niepublikowanych na stronie w pdf numerach. Za pośrednictwem Automobilowni, bo nie znam adresów mailowych, mogę je udostępnić indywidualnie zainteresowanym.
Mnie tam się podoba ten samochód. Wnętrze wygląda na bardzo komfortowe i budzi skojarzenia z francuskimi samochodami z lat 80/90.
Jak już pewnie wspominałem wcześniej, ubolewam nad brakiem welurków we współczesnych samochodach.
PIĘKNY JEST!! takie amerykańce lubię najbardziej, uwielbiam je odkąd 1 raz zobaczyłem w różnych Gliniarzach z Beverly Hills, Nagich Broniach, Akademiach Policyjnych itp, Amerykańska motoryzacja lat 80 to coś pięknego <3
deska też piękna, choć akurat deski zdarzały się jeszcze fajniejsze (oczywiście że takie meblościankowe!)
a welury w ogóle są najfajniejsze, szkoda co prawda że nie czerwone, bo to już w ogóle bomba, ale i tak zarąbiste
zazdraszczam samochodu! miejsce kontenerowe wykorzystane w najlepszy możliwy sposób 🙂
Nadmuch na jajka to ciekawy element wyposażenia i faktycznie spotykany głównie w USA. 🙂 Na przykładzie starych toyot, wersja europejska nie ma tego gadżetu, podczas gdy amerykańska/kanadyjska już tak. 🙂 Przyznam szczerze, że bardzo doceniam to udogodnienie latem. 😀
Mazda 626 chyba GD lub GE miała takie coś. Może to był właśnie amerykański Cronos? Jajczana dmuchawka 😉
Ja miałem taki w Oplu Fronterze poliftowym i muszę powiedzieć, że w upalne dni to było pomocne.
Jak na amcara to wygląda dość nudno, kompletnie bez polotu jak większość aut zza oceanu z tamtych lat (sprawdzić czy nie Taurus) – lata 50/60 to to nie są. Swoją drogą dwóch moich znajomych ma dwie identyczne sztuki tego w wersji kombi, jeden z nich porównuje ten model do FSO – zazwyczaj jestem przeciwnikiem nazywania wszystkich samochodów na świecie „literalnie Polonezami”, ale tutaj: staromodny, żeby nie powiedzieć przestarzały, design, kanapowiec w prowadzeniu, zawieszeniu i tapicerce, tylny napęd, duży mułowaty silnik, no i coś, czego nie uświadczyliśmy tutaj na zdjęciach: prymitywne kluczyki wyglądające na coś pomiędzy tymi z chińskich kłódek, a tymi od Syreny. Sprawia to wrażenie, jakby ten wóz dało się otworzyć i odpalić nawet patyczkiem do lodów. Kluczyk z dwoma grotami i latarką z dwa lata późniejszej Astry F z tego samego koncernu to przy tym szczyt designu, wyrafinowania i technologii.
W przygodach Kajtka i Koka – Londyński Kryminał – występowali Lord i Lady Chevrolet 🙂
„-Sir! Lady nagle zemdlała
– to przykre, a co to poza tym Jones?”
Jak byłem takim kilkuletnim maluchem, gdzieś tak w pierwszej połowie lat ’80 tych ( coś koło 80-82r) to spotkałem takiego Caprisa na rodzinnej wycieczce w Beskidzie Śląskim. My byliśmy Trabantem Kombi, a potem podjechało to. Wyglądało jak statek kosmiczny. Zrobił na mnie kolosalne wrażenie, do tego stopnia, że całe lata szukałem informacji o tym Chevrolecie. A raz nawet mało nie kupiłem w wersji diesel. Ale to akurat dobrze.
A w Paragrafie 22 był nie generał Major, tylko major Major Major Major.