PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: ZIELONA KONICZYNKA

Jeden do dziesięciu tysięcy – tyle wynosi stosunek liczby okazów koniczyny cztero- do trójlistnej. Tzn. średnio, bo w pewnych miejscach jest ich znacznie więcej, ale jak dotąd nikt nie badał dlaczego (być może chodzi o lokalnie rozprzestrzeniającą się mutację genetyczną, albo jakiś niezidentyfikowany czynnik środowiskowy). Nikt też nie wie, skąd wzięło się przekonanie o szczęściu przynoszonym przez znalezienie czterolistnej koniczyny. Być może wymyślili to rodzice, by wyprowadzając dzieci na spacer móc zająć je poszukiwaniami i zyskać odrobinę spokoju (tak podejrzewam, bo kilkuletniego mnie zajmował czasem w ten sposób mój dziadek). W każdym razie takie przesądy „pozytywne” są fajniejsze od „negatywnych”, bo nikogo nie stresują i nie skłaniają do robienia głupot – a kiedyś ponoć zdarzali się kierowcy, którzy ujrzawszy przebiegającego drogę czarnego kota zatrzymywali się i czekali, aż jego tor przetnie ktoś inny, a że samochodów jeździło wtedy mało, stali tak czasem po kilka godzin.
Czterolistna koniczyna tym jeszcze różni się od czarnego kota, że szczęście przynosi naprawdę. Co prawda nie mówię tu o roślinie – bo mimo zachęt dziadka nigdy nie udało mi się takowej znaleźć – ale o oznaczonych jej symbolem Alfach-Romeo. Uśmiech, który wywołują na twarzach samochodziarzy, jest naprawdę szeroki. Dopiero co przekonałem się o tym osobiście.
***
Historia alfowskiej koniczynki sięga kwietnia 1923r. i sycylijskiego wyścigu Targa Florio, naonczas najbardziej prestiżowego we Włoszech. Alfa-Romeo wystawiła wtedy cztery bolidy serii RL, które mieli prowadzić Antonio Ascari, Enzo Ferrari, Giulio Masetti i Ugo Sivocci.
Ten ostatni często doznawał pecha, więc w celu odpędzenia go namalował na aucie czterolistną koniczynkę wpisaną w biały kwadrat. Chyba zadziałało, bo Sivocci imprezę wygrał, dając swej stajni jej pierwsze poważne zwycięstwo.
Foto: , Licencja CC
Niecałe pięć miesięcy później, 8 września, Sivocci testował na Monzy prototypowy bolid P1, na którym nie zdążono namalować mu koniczynki – i niestety doznał śmiertelnego wypadku. Od tego momentu ekipa Alfy-Romeo umieszczała czterolistną koniczynkę na wszystkich swych wyścigowych pojazdach, a z szacunku dla Sivocciego kształt białego tła zmieniono na trójkątny.
Alfa-Romeo RL ’24
Foto: , Licencja CC
Ta tradycja wciąż trwa – na zdjęciu bolid Alfa-Romeo C42, który w sezonie 2023 prowadził Fin, Valtteri Bottas
Foto: , Licencja CC
W 1964r. symbol zielonej czterolistnej koniczynki – po włosku quadrifoglio verde, często skracane do QV – po raz pierwszy pojawił się na samochodzie drogowym, konkretnie Giulii TI Super. Od tamtej pory oznaczone tak wersje sportowe oferowały między innym modele Alfasud, Sprint, 33, 75, 164, 145, 8C Competizione, MiTo, Giulietta, Giulia i Stelvio. Niektóre miały też luksusowe odmiany z koniczynką złotą (quadrifoglio oro).
Foto: Mic, Licencja CC
Dzisiejszy wpis będzie jednak o tradycyjnej koniczynce zielonej. Konkretnie – o Alfie-Romeo 33 Quadrifoglio Verde Permanente 4 z 1991r.
Foto: Robert Małodobry
Foto: Robert Małodobry
***
Alfa 33 była produkowana pomiędzy 1983-95r., jako rozwinięcie modelu Alfasud – jednego z najlepiej zaprojektowanych, a równocześnie najgorzej wykonanych samochodów ówczesnej Europy. Płyta podłogowa, większość podwozia i zespoły napędowe zostały przejęte z niewielkimi zmianami, dlatego też, mimo upływu czasu, samochód zachował opinię najbardziej sportowo prowadzącego się kompaktu. Pozostawiono też konstrukcję karoserii, natomiast stylistyka, autorstwa Ermanno Cressoniego, była nowa i świeża, zgodna z ówczesną modą na ostre kanty (trochę według szkoły Giugiaro). Największa bolączka Alfasuda – fatalna jakość, zwłaszcza w kwestii korozji – tu też początkowo dokuczała, lecz z biegiem czasu poprawiała się, aż do przejścia na cynkowane blachy w ostatniej serii.
33 była dostępna z dwoma nadwoziami pięciodrzwiowymi. W obu przypadkach rozstaw osi wynosił 2.475 mm (2.470 w wersjach 4×4), gabaryty – 4.075 x 1.614 mm, masa – 890-1.070 kg. Wariantem podstawowym był liftback wyglądający jak trójbryłowy sedan…
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
…zaś drugim – kombi, opracowane i produkowane przez Pininfarinę, a nazwane tradycyjnie Giardinetta.
Foto:
Ciekawostką był zestaw wskaźników poruszający się przy ustawianiu kolumny kierowniczej, podobno inspirowany Lamborghini Miurą
Foto: materiał producenta
Podwozie zostało skonstruowane podobnie jak w Alfasudzie: McPhersony z przodu (z nowego typu wahaczami poprzecznymi) i belka na wzdłużnych wahaczach z drążkiem Panharda z tyłu. Dla zmniejszenia kosztów zrezygnowano z poprzecznego stabilizatora i uproszczono hamulce: po raz pierwszy od dwudziestu lat z tyłu znalazły się bębny (nad czym fani marki bardzo ubolewali), a przednie tarcze wróciły na zwyczajowe miejsce przy piastach kół (wcześniej były przy skrzyni biegów). Hamulec ręczny działał teraz klasycznie na koła tylne, co ułatwiło jego zastosowanie w jeździe kontrolowanymi poślizgami.
materiał producenta
Pierwsza seria, z lat 1983-86, nosiła kod 905. Napędzały ją silniki typu boxer z dwuprzelotowymi gaźnikami, o pojemnościach 1,35 i 1,5 litra, rozwijające odpowiednio 75 i 85 KM (półtoralitrówka występowała z bogatszym wyposażeniem Quadrifoglio Oro). Wszystkie wersje, również najsłabsze, dostały pięciobiegowe skrzynie manualne – bo na włoskie przekładnie można narzekać, ale to właśnie Alfa-Romeo najwcześniej spopularyzowała piąty bieg. Wkrótce pojawiły się konkurujące z Audi 80 warianty czteronapędowe (z dźwignią dołączającą napęd tylny i podniesionym zawieszeniem), oraz sportowe Quadrifoglio Verde.
Zielona Koniczynka miała pod maską motor 1,5 wzmocniony do 105 KM (między innymi dzięki dwóm dwuprzelotowym gaźnikom), a prócz tego np. zmieniony grill, sportowe fotele, dodatkowe instrumenty na desce rozdzielczej, skórzaną kierownicę, spoilery u dołu nadwozia, alufelgi z niskoprofilowymi oponami i jeden z tylko dwóch kolorów, czerwony lub srebrny.
Foto: materiał producenta
W 1984r. silnik 1,3 występował też w dwugaźnikowej wersji S o mocy 85 KM, a 1,5 zyskał dwa gaźniki seryjnie, co wzmocniło go do 95 KM. Rok później nastąpił lifting, na który składały się białe klosze migaczy, nowy kształt scudetto (trójkątny w miejsce pięciokątnego), nowe wzory felg i zestaw plastikowych nakładek, natomiast z wnętrza znikła ruchoma deska rozdzielcza. Silnik 1,5 miał teraz zawsze 105 KM, jak dotychczas w QV – gdzie z kolei znalazł się gruntownie zmodernizowany motor 1,7-litrowy, z hydraulicznymi popychaczami rozrządu i mocą 118 KM. Jako nowość Alfa-Romeo wprowadziła trzycylindrowego turbodiesla firmy VM, o pojemności 1,8 litra i mocy 72 KM. W 1988r. Quadrifoglio Verde zyskało elektroniczny wtrysk LE-Jetronic (na niektórych rynkach również katalizator spalin), a kombi przemianowano z Giardinetty na Sport Wagon.
33 1.8 TD
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
33 1.5 4×4 Sport Wagon
Foto: materiał producenta
33 1.7 Quadrifoglio Verde
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Głębszą modernizację – oraz nowy kod 907 – 33-ka otrzymała z końcem 1989r. Stylistykę zunifikowano z flagową Alfą 164, pojawiło się nowe wnętrze, wspomaganie kierownicy i wtrysk paliwa (z wyjątkiem najsłabszych wersji), a ofertę zwieńczyła topowa wersja QV z 16-zaworową 1,7-litrówką osiągająca 137 KM, czterokołowymi hamulcami tarczowymi i opcjonalnym stałym napędem na cztery koła, nazwanym Permanente 4. Od połowy 1992r. standardem stał się też katalizator, zgodny z obowiązującą odtąd normą Euro 1.
Alfa-Romeo 33 serii 907
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Sport Wagon
Foto: materiał producenta
Topowy model Quadrifoglio Verde 16v Permanente 4 z elektronicznym rozdziałem momentu obrotowego pomiędzy osie
Foto: materiał producenta
Do 1995r. powstało 989.324 egzemplarzy, w tym 122.366 kombi (w historii Alfy-Romeo ten wynik nieznacznie przebił tylko Alfasud). W międzyczasie producent planował wprowadzić nadwozie cabriolet, kompaktowego minivana z sześcioma miejscami, a nawet napęd hybrydowy – dziesięć lat przed Toyotą Prius!! Żaden z tych projektów nie wyszedł jednak poza fazę prototypu.
Minivan 33 Tempo Libero („czas wolny”) był dziełem studia Zagato pokazanym w 1984r. w Genewie
Foto: materiał producenta
Prototyp hybrydowy miał nadwozie kombi, a pod maską półtoralitrowego boxera i maszynę elektryczną firmy Ansaldo (o mocy 16 KM i momencie obrotowym 61 Nm), połączoną ze skrzynią biegów za pomocą paska zębatego. Na samym prądzie przejeżdżał do 5 km z prędkością do 60 km/h.
materiał producenta
Ten samochód miał wyprzeć diesle w zastosowaniach taksówkowych i komercyjnych, ale ostatecznie do produkcji nie trafił
Foto: materiał producenta
Na konsoli znalazły się wskaźniki napięcia i prądu akumulatora oraz maszyny elektrycznej, a także temperatury akumulatorów i falownika
Foto: materiał producenta
Akumulatory i falownik znajdowały się pod podłogą bagażnika
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
***
Zielona Koniczynka Roberta to prawdziwy rarytas.
Po pierwsze, rarytasem jest sama Alfa 33. Dodatkowy duży punkt dochodzi za wersję QV, a kolejne – za stały napęd 4×4 i kompletne wyposażenie, z elektrycznymi szybami, ABSem i katalizatorem (brakuje tylko klimatyzacji, która standardem w QV stała się kilka miesięcy później). Auto zostało wyprodukowane w 1991r., kiedy w EWG nie obowiązywała jeszcze norma Euro 1, ale pochodzi z rynku szwajcarskiego, gdzie systemu oczyszczania spalin wymagano już wcześniej. Niektóre dodatki dla Szwajcarów fabryka montowała „w postprodukcji”, co widać gołym okiem: np. przewody od ABSu były kilka razy dłuższe niż trzeba, bo pewnie takie akurat mieli i woleli zwinąć je w kłębek niż dopasować. „Dobra, będzie, idziemy na espresso” – to hasło pojawia się w niemal każdym opisie klasycznego auta z Włoch.
Testowany egzemplarz kupił zamieszkały w Genewie Polak, który trzymał go co najmniej 15 lat (w zachowanych dokumentach ostatni zapis jego nazwiska pochodzi z 2006r.). Później działo się niewiele, aż dwa lata temu auto nabył Robert. Blacharsko poprawił tylko próg kierowcy, reszta była nienaruszona. Mechanicznie, poza pełnym serwisem, wymienił sprężyny i gumy zawieszenia, uszczelki silnika i kilka drobiazgów elektryki. Niewiele, jak na ponad 30-letnią włoszkę, wyprodukowaną w dodatku w Pomigliano d’Arco – osławionej fabryce Alfasudów, gdzie na przestrzeni dziesięciu lat miało miejsce 700 strajków, wielu robotników przychodziło na zakład jedynie poza sezonem prac rolniczych, a część prowadziła przy taśmie prywatne biznesy, np. fryzjerskie albo bukmacherskie – i nikogo nie dało się zwolnić, bo Alfa-Romeo wzięła od rządu sowitą dotację za zatrudnienie określonej liczby ludzi. Niepolakierowane karoserie miesiącami leżały pod chmurką, przez co dealerzy dostawali auta już zardzewiałe i musieli powtórnie je lakierować (oczywiście na rdzę, bo też chcieli czym prędzej iść na espresso).
To były jednak czasy Alfasuda. 33–ka też początkowo nie słynęła z jakości, ale późniejsza seria 907 trzymała już znośne standardy. U Roberta blacha jest naprawdę zdrowa, a przejechane przez niego 10 tys. km (do aktualnego stanu 128 tys.) było całkowicie bezproblemowe.
Tak, to jest prawie 35-letnia, nierestaurowana Alfa-Romeo
Foto: praca własna
Foto: praca własna
Jeśli już jesteśmy pod maską, pokażę od razu alfowskiego boxera. Skonstruował go Austriak, inż. Rudolf Hruska (1915-95), który przed wojną pracował przy hitlerowskim projekcie KdF-Wagen, a po niej – wyjechał do Włoch, gdzie tworzył między innymi wyścigowe bolidy Cisitalia, Alfę-Romeo 1900 i Fiaty 124 oraz 128, ale za dzieło swego życia uważał Alfasuda, napędzanego tym właśnie silnikiem. Uwagę zwraca przegroda komory silnika, bardzo poprawiająca sztywność nadwozia i prowadzenie w zakrętach: jej dołożenie umożliwił nadzwyczaj zwarty układ silnika.
Foto: praca własna
Zachowała się nawet naklejka z zalecanymi materiałami eksploatacyjnymi
Foto: praca własna
Tak kiedyś wyglądała drapieżność i jadowitość. Ostre linie, plastikowe nakładki i poszerzenia, potężnie podniesiony bagażnik zakończony spoilerem, rasowe alufelgi i soczysta czerwień lakieru (nazwanego po prostu rosso Alfa) i dzisiaj zapowiadają mocne wrażenia.
Foto: praca własna
We współczesnych samochodziarzach rozmiar 185/60 R14 wywołuje najwyżej uśmiech, ale bazowa 33-ka miała opony 175/70 R13, a 10-otworowe alufelgi są naprawdę skręcane – to nie imitacja!!
Foto: praca własna
Przód serii 907 został zmodyfikowany na wzór Alfy 164. Przetłoczenia maski, wcześniej biegnące równolegle od reflektorów do szyby, tutaj rozchodzą się skośnie od rogów scudetto, a podniesienie zderzaka dodało dynamizmu. Wyjątkowość wersji podkreśla w całości lakierowany spoiler…
Foto: praca własna
…i czerwona listwa wewnątrz scudetto.
Foto: praca własna
Boczna linia znów przypomina 164: jest wybitnie klinowana (zwłaszcza że niski silnik umożliwił obniżenie maski) i bardzo kanciasta, choć odrobinę łagodzą ją sportowe dodatki (w tym specyficzne dla tej wersji nakładki progów, rozszerzające się ku tyłowi i dziś bardzo trudno dostępne)
Foto: praca własna
W serii 907 tylna szyba została powiększona i mocniej pochylona. Tylna oś stoi wyżej od przedniej, do czego prawdopodobnie przykładają się wyższe sprężyny (na rynku występują trzy typy, Robert wybrał ten środkowy). Tylna część nadwozia jest bardzo masywna, co wzmacnia dynamiczny wizerunek.
Foto: praca własna
Odblaskowy pas łączący lampy to kolejny element liftingu. Z wysokim tyłem i spoilerem kontrastuje bardzo skromny wydech (dlaczego pojedynczy?! W lidze boxerów nawet „Garbus” miał dwie rury!!). Na klapie brakuje emblematu koniczynki i napisu PERMANENT 4, ale one niedługo mają się pojawić.
Foto: praca własna
Bagażnik niestety płytki, tylko 290-litrowy – to cena napędu 4×4 (przednionapędówki miały 400 litrów)
Foto: praca własna
Pod wykładziną z lewej strony znajdziemy zbiornik płynu tylnego spryskiwacza…
Foto: praca własna
…a z prawej – moduł ABSu (okablowanie Robert już uporządkował).
Foto: praca własna
Brak rdzy na 35-letnim aucie to cecha zupełnie niewłoska, jednak wszystko inne nie daje zapomnieć o pochodzeniu z kraju niekoniecznie najsolidniejszych, ale zdecydowanie najbardziej emocjonujących samochodów.
Aż się zdziwiłem, że zdjęcie wyszło tak ładnie, bo tworzywa drzwi – jak to w niemłodej włoszce – są wyraźnie zmęczone
Foto: praca własna
Tylna kanapa wygląda lepiej, choć nie wiemy, czy ktokolwiek na niej siadywał. Przestrzeni niemało, jak na kompakt o tak starej konstrukcji.
Foto: praca własna
Wnętrze jest jednolicie czarne, a plastiki i ich spasowanie… FSO robiła oczywiście gorsze, ale na półce Alfy-Romeo niełatwo znaleźć np. tak odstającą pokrywę schowka. Poza nim i malutką półką poniżej nie ma niestety miejsc na drobiazgi, długo też szuka się niewidocznej klamki wewnętrznej.
Foto: praca własna
Doskonale oceniam za to sportowe fotele – świetnie trzymają po bokach i łagodnie obchodzą się z wrażliwymi kręgosłupami. To ogromna zaleta.
Foto: praca własna
Seria 907 nie ma już ruchomej deski rozdzielczej, ale kokpit wciąż wygląda rasowo, bez zbędnego efekciarstwa
Foto: praca własna
Ciepłym powietrzem dmuchają tylko nawiewy na szybę w konsoli środkowej (na zdjęciu). Te po bokach nie są połączone z nagrzewnicą, co w naszej zimie może irytować. No cóż, to nie jest samochód szwedzki ani radziecki, tylko włoski.
Foto: praca własna
Kierownicy dałbym przynajmniej dwukrotność jej faktycznego przebiegu
Foto: praca własna
Zestaw wskaźników zaostrza apetyt kierowcy zachowując czytelność. Do przycisków poniżej niełatwo dosięgnąć, ale ich używa się raczej rzadko (może poza grzecznościowym mrugnięciem awaryjnymi).
Foto: praca własna
No dobrze, ponarzekałem na włoską jakość i ergonomię, teraz czas pozachwycać się jazdą – bo na krętych, górzystych drogach Alfa z zieloną koniczynką zachwyt wręcz gwarantuje.
***
Przed wybuchem zachwytu trzeba jeszcze odrobinę pozgrzytać zębami: fotele są świetne, ale pedały – przesunięte w prawo i rozłożone bardzo blisko siebie, a stacyjka, umieszczona po lewej stronie kolumny kierowniczej, działa odwrotnie niż wszędzie (tzn. silnik zapala się obracając kluczyk do siebie). Wyjeżdżając z parkingu musimy jeszcze przecierpieć fatalny promień skrętu i słabą widoczność do tyłu. Natomiast potem… Potem zaczyna się uczta.
Alfowski boxer nie brzmi jak Subaru, bo ma kolektory równej długości (niektórzy je podmieniają, żeby posłuchać bulgotu, to jednak psuje oryginalność i przede wszystkim odbiera zauważalną część mocy). Nie jest to jednak dźwięk zwyczajnego R4, tylko specyficzne, zachrypnięte vibrato. Nie mylić z wibracjami silnika, bo tego problemu tu nie ma – jest za to nieustanne zgłaszanie gotowości bojowej i dopingowanie kierowcy.
Boxer wręcz tryska radością życia. Jak każdy włoski motor, aż pali się do akcji. Uwielbia wysokie obroty, zwłaszcza po dynamicznej redukcji pod górę – ciągnie wtedy ochoczo i soczyście. Z dołu też się wygrzebie, tyle że wolniej, no i nie sprawi tyle frajdy odgłosem i przyspieszeniem. A przyspieszenie zapewnia fenomenalne: 137 KM i 161 Nm na ledwie ponad tonę masy własnej pozwalają osiągać setkę w nieco ponad osiem sekund – w 1991r. był to poziom Porsche 944, BMW 530i (E34), najszybszych sześciocylindrowych Mercedesów (W124 300E-24 albo mojego 300 SL-24), ewentualnie 12-cylindrowego Jaguara XJ-S!! To budzi szczery podziw, zwłaszcza że konstrukcyjnie 33 wywodzi się z Alfasuda, czyli kompaktu zaprojektowanego w latach 60-tych. Widocznie Herr Hruska zostawił w swym dziele naprawdę duże rezerwy, bo w ciągu kilkunastu lat jego pierwotne 63 KM udało się więcej niż podwoić, przy zachowaniu dobrej trwałości mechanicznej. Inna sprawa, że wzrósł apetyt: Robert podaje zużycie nawet ponad dziesięciu litrów w trasie, ale ponad trzydzieści lat temu istniało niewiele oszczędniejszych aut o takich osiągach (160-konny Civic 1,6 VTi kłania się po japońsku!!).
Silnikowi pomagają krótkie przełożenia: 100 km/h na piątce odpowiada nieco ponad 3.000 obrotów, 140 to już 4.300. Tak oczywiście można jechać – nic się nie rozpadnie ani nie przegrzeje, będzie natomiast dość głośno (również na niższych biegach, jeśli zechcemy korzystać z takich obrotów). Maksymalnie Alfa może rozpędzić się do 208 km/h, ale już przy legalnych w Polsce 140 w rozmowie trzeba podnosić głos, a słuchanie muzyki nie miałoby sensu. W takich warunkach kilkusetkilometrowa trasa zapewne mocno by zmęczyła, tyle że w kompakcie z tamtych lat jest to raczej nieuniknione.
Nie męczy natomiast samo prowadzenie Alfy. Podwozie nie ukryje swojego wieku, ale jest responsywne i posłuszne. Kierownica ma spore przełożenie (to trochę zagadka, zważywszy na seryjnie montowane wspomaganie), lecz polecenia wykonuje gorliwie i dokładnie. Na autostradzie auto jedzie prosto, bez ustawicznych korekt, w zakręty wchodzi precyzyjnie i trzyma zadany tor – trochę się przy tym kładzie na boki, ale w tamtej epoce nie oznaczało to niczego niebezpiecznego. Na wyboistej drodze jest trochę zbyt twardo, co wyraźnie czują kości (a poniekąd i uszy, bo włoska jakość wnętrza manifestuje się nie tylko krzywym spasowaniem i wycieraniem plastików, ale też ich trzeszczeniem, dzwonieniem i szczękaniem). To integralny element pakietu Quadrifoglio Verde, bo przed wynalezieniem układów wielowahaczowych nie istniał sposób na połączenie naprawdę dobrego prowadzenia z naprawdę dobrym komfortem, nikt zresztą takich cudów się nie spodziewał. W Alfie-Romeo – zwłaszcza takiej z zieloną koniczynką – priorytety były jasno określone i to nikogo nie dziwiło. Zwłaszcza że na odrobinę lepszej nawierzchni komfort zadowoli każdego.
Osiągi i prowadzenie Alfy są niesamowite w kontekście wieku konstrukcji. Ów wiek czuje się w zasadzie tylko w dwóch aspektach: względnej miękkości zawieszenia (przekładającej się na przechyły w zakrętach, ale nie na tłumienie mocniejszych wstrząsów) i niedzisiejszej skuteczności hamulców (wyposażonych wprawdzie w ABS, ale nieprzystających do oczekiwań rozbudzanych przez moc i zawieszenie). Przyzwyczajenia wymaga skrzynia biegów – typowo włoska, tzn. nieprecyzyjna i ze szwankującą synchronizacją. Zgrzytanie dwójki, wymagającej uzgodnienia obrotów przy każdej zmianie, usunęłaby pewnie wymiana synchronizatora, ale np. położenie piątki, której trzeba szukać pod kolanem pasażera, odrywając plecy od oparcia, to już urok konstrukcji. Typowo zresztą włoski. Dawne testy 33-ki zauważały też typową przypadłość mocnych przednionapędówek, czyli wyrywanie kierownicy z rąk po dodaniu gazu – tyle że Robert ma napęd 4×4, więc to zjawisko nie występuje. Z tego samego powodu możemy zapomnieć o kłopotach z trakcją, nawet w ciasnych, powolnych zakrętach.
Ogółem więc jest to rewelacyjny wózek na kręte, górskie drogi. Może nie lepszy od Mazdy MX-5, za to mieszczący pięć osób z pakunkami, wspaniale brzmiący i bardziej włoski niż bolońska lasagna z tartym parmezanem i kieliszkiem Chianti Fiasco. Dla samochodziarzy – sama radość.
Foto: Robert Małodobry
***
Alfa-Romeo 33 to model dość zapomniany i okryty złą sławą. W jego czasach producent – będący od przed wojny własnością państwową – przeżywał głęboki kryzys, wskutek czego włoski rząd wystawił go na sprzedaż. W 1986r. nowym właścicielem został koncern Fiata, który wygrał z jedynym kontrkandydatem, czyli Fordem, obiecując odnowić gamę modelową i rozwiązać wszystkie problemy, przede wszystkim jakościowe.
Udało się to tylko częściowo. 33-ka nigdy nie została wzorem niezawodności ani staranności montażu, ale w późnych rocznikach ogromnie poprawiło się zabezpieczenie antykorozyjne (co widać na załączonych obrazkach), a częstotliwość awarii spadła do akceptowalnego poziomu. Relatywnie słabymi punktami pozostały pompa wody, pompa wspomagania, szybkościomierz (elektroniczny, bez linki) i pewne drobiazgi elektryczne, jednak problemy są znacznie mniejsze niż głosi fama i internetowe dowcipy. Główne podzespoły – w tym silnik – są bardzo trwałe, a przy okazjonalnej eksploatacji rekreacyjnej będą wręcz wieczne. Jedyny szkopuł tkwi w znalezieniu zadbanego egzemplarza. Zwłaszcza w ciekawszej wersji – np. takiej, jak u Roberta. Niewykluczone, że dorodną Czterolistą Koniczynkę łatwiej jednak znaleźć na łące.
Foto tytułowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Dla mnie sztos. W latach 90-tych byłem zakochany w tej stylistyce (szczególnie czerwony lakier + zderzaki lakierowane + halogeny). Podobała mi się dużo bardziej niż 75 i 164 bo miała lepiej zachowane proporcje i była zwarta, lekka, kompaktowa. I jeszcze te tylne światła w postaci długiej cieniutkiej linii… Mmmm.
Jedyne co mi się nie podobało, to wyloty powietrza na desce rozdzielczej, które kojarzyły mi się z FSO 1500. Dziś jednak już inaczej na to patrzę.
Poza tym, ta Alfa to świetny, acz rzadki przykład, że lifting może poprawić wygląd auta. Szczerze mówiąc, przedliftowa 33 kompletnie do mnie nie przemawia, jest mi obojętna jak opel astra.
Co do koloru – wiadomo, że czerwone są najszybsze 🙂 Ja akurat mam ostrą alergię na czerwień pod każdą postacią, ale dla włoskich aut sportowych mogę zrobić wyjątek 🙂
Co do liftingu – fakt, że 33-ka miała lifting udany. Ale też warto zwrócić uwagę, czy przypadkiem nie porównujemy przedliftowej bazowej 1,3 do poliftowego QV – bo różnica specyfikacji też tutaj wiele zmienia.
Powiem Ci Szczepan, że do dziś pamiętam artykuł z motoru, gdzie przedstawiona była taka alfa w podstawowej wersji z czarnymi zderzakami, ciemno niebieskim lakierem i silnikiem boxer 1.7. Wciąż bardzo mi się podobała.
A nawet najbogatsza wersja przedliftowej 33 nie zmieniłaby tego obojętnego postrzegania… zupełnie jak Astra GSi 😉
Miałem dwie 33ki. 1.4 boxer i 1.7 boxer 137KM bez QV. Te pierwszą próbowałem zabić. Nie udało się:). Żadnych awarii. Żadnych. A mowie o autach nastoletnich wtedy. Obie z serii 907.
ja, kiedyś dawno, miałem ochotę kopic Alfasuda, i już nawet wybrałem egzemplarz ale jakoś nie do handlowaliśmy do końca. No i może to dobrze. A wracając do artykułu, to ten Amperomierz w Hybrydzie, jest powalający. ( tak wiem ze to nie seria) i mimo to ukłon w stronę efektownego ( i taniego ) rozwiązania problemu. Choc z doświadczenia wiem, ze takie „przyżady ” w aucie długo nie wytrzymują.
Te wskaźniki to oczywiście były w prototypie, gdzie taka prowizorka to norma. W seryjnym aucie na pewno by ich nie montowali (chociaż dziś w hybrydach są zawsze jakieś „monitory energii”, ale to raczej dla zabawy).
Świetna sztuka! Sam najchętniej pojeździłbym 1.8 TD – jest tak głupie, że fajne.
Muszę nieco zdementować informacje o przyspieszeniu do 100 km/h podobnym, jak w XJ-Sie – on robi 100 w 8,5s przy jednym albo dwóch niepalących cylindrach (sprawdzone! xD). Za to przy niższych prędkościach spodziewam się, że wyniki mogłyby być równorzędne.
33QV katalogowo w 8,4 sekundy – i to jest różnica o jakiś nieznaczny ułamek sekundy.
No dokładnie tak, jak pisałem – do 100 idzie równo z XJ-Sem z wyłączoną 1/6 maszynowni. 😉
Ja porównuję dane katalogowe, w praktyce odchyłki w obie strony zawsze są możliwe. Podobnie jak odchyłki wskazań szybkościomierzy…
Właśnie dlatego mierzę innymi sprzętami bazującymi na GPS 🙂
te 1,8 TD to chyba była opcja tylko we Włoszech. Nigdy o tym w De. nie słyszałem.
Kapitalny wóz pod każdym względem! Przychylam się również do powyższej wypowiedzi, że lifting dodał MNÓŚTWO charakteru temu modelowi. Ten model przedliftowy jakiś taki nijaki i mało urodziwy, a modyfikacja z ’85 roku to wręcz zakrawa na fabryczny wiejski tuning. 🙂
Pojedyncze 33 pamiętam jeszcze z ulic. Chyba polifty, ale takie detale się już rozmyły w pamięci.
33 mi się podobała od zawsze, podobnie jak późniejsza 146.
Muszę poszukać informacji o tym napędzie, 4×4 w 33 kojarzyłem tylko jako ten dopinany wajchą na sztywno.
Swoją drogą te fabryczne zdjęcia 33 na łuku pokazują ciekawy kąt kontaktu opon z jezdnią.
Trochę pogmerałem, podobna ma swój wątek na retrorides (specyfika stronki taka, że jest rdza) https://forum.retro-rides.org/thread/223683/1991-alfa-romeo-16v-permanent
Napęd był na „wisko” czyli tył był dopinany zależnie od poślizgu i temperatury. Czasami stosowano różne przełożenia w przednim i tylnym moście aby przy normalnej jeździe po prostej moc trafiała też na tył – ale jak to było w 33 już nie chciało mi się szukać.
Myślałem, że P4 miała z tyłu niezależne zawieszenie. Jak się sztywny most sprawdza w takim dość lekkim samochodzie, do tego z lekkim tyłem? Tył nie ma tendencji do uskakiwania na dziurawych łukach czy dzisiejsze drogi są po prostu na tyle dobre, że to już praktycznie nie ma znaczenia?
Dobre pytanie. Ja na swojej trasie testowej
– o ile test robię „u siebie” – mam autostradowy ślimak z głębokimi klapami kanałowymi, idealnymi do badania uskoków tylnej osi. Otóż w 33 uskoki są, ale delikatne – porównywalne np. z nową Mazdą 3 testowaną w zeszłym sezonie. Jakaś 1/5 skali zjawiska z Poloneza albo starych Fiatów na resorach.
PS W porównaniu Mazdy do Civica też w sumie to pominąłem – a różnica między belką skrętną a wielowahaczem i dziś da się wyczuć, z tym że nie jest to różnica wielka, podczas gdy kiedyś była ogromna. No ale fakt, że moje W204 albo SL (tudzież aktualny Civic) po wpadnięciu jednego koła w dziurę na ślimaku przy 60-70 kmh nie uskakują wcale, a Alfa 33 albo Mazda 3 z 2024r owszem. Można to śmiało zignorować, ale zauważyć sie da.
Sztywna oś w praktyce mnie ciekawi. Ja samochodów w życiu prowadziłem tylko kilka. I tak na skrzyżowaniach z przejazdem przez tory tramwajowe było czuć jak 301 zarzucała tyłkiem (ale tam to w ogóle miałem wrażenie, że we dwóch chlopa mozna chwycic za zderzak i tyl podnieść), gruzo be me we e34 nie. Innych samochodów w tym miejscu nie testowałem, zresztą oba skrzyżowania wyremontowano, więc więcej porównanie nie będzie.
Ale z przełęczy walimskiej pamiętam, że Astra G potrafiła przodem uskoczyć w bok w zależności od położenia otworów w serze… tzn. ubytków nawierzchni.
Wiadomo, że sztywna oś to znacznie większe różnice pochylenia obu kół przy najechaniu jednym na coś, przy moście mamy jeszcze dużą masę nieresorowaną wydłużającą czas, w którym koło ma ograniczony kontakt z nawierzchnią, ale za to kąt między kołami a średnią powierzchnią drogi jest staly.
No i znam opinię z lat 80 czy 90, że powszechny wtedy uklad niezależnego tylniego zawieszenia ma tyle wad, że bez „zbetonowania” w ogóle nie nadaje się do zastosowania do ostrzejszej sportowej jazdy.
I jeszcze ciekawe jak na tym tle wypadały Alfy z transaxle gdzie była oś deDion.
Ahh, gdyby tak mieć do dyspozycji tor testowy i zestaw różnych samochodów…
Ja jakieś porównanie mam, bo większość testów robię na tej samej trasie (tzn mniej więcej, bo w zależności od charakteru auta czasem trasę mocno skracam). Tyle że nie jestem wyścigowcem i nie zbliżam się do granicy przyczepności – zwłaszcza w ruchu drogowym, autem starym i do tego cudzym.
Co do zalet osi sztywnej – myślę, że chodziło o jej przewidywalność. Ona mocno wyjeżdża na zewnątrz przy każdym wyboju, ale jest to sprawa znana i łatwa do opanowania – tzn. nie wymaga w ogóle żadnej reakcji, dopóki przednia oś zachowuje przyczepność. Natomiast różne osie wahliwe czy wahacze skośne pokazywały humory nagle, kierowca miał ułamek sekundy na kontrę, dlatego te zawieszenia miały złą sławę. Ale były ogólnie lepsze, bardziej komfortowe i lepiej „klejące”, tyle że z nimi bezpieczniej było zachowywać większy margines. Jako samochodziarz rekreacyjny, nie wyścigowy, wolę więc tę drugą opcję 🙂
PS W starych testach znajdziesz setki porównań samochodów z różnymi koncepcjami zawieszeń. Można szukać na Flickr u Triggera (sam mi kiedyś polecałeś, nieraz korzystam – dziękuję bardzo!!), albo np. na facebookowej grupie Archiwum Skanów Motoryzacyjnych. O stronie magazynu Zwischengas nie wspominam, bo tam trzeba za pełny dostęp płacić parędziesiąt CHF rocznie, no i znać niemiecki, bo stare gazety są w formie skanów, nie można przekleić do tłumacza Google.
Czy wahacze skosne były ogólnie lepsze mozna polemizować. Na pewno dawały lepszy komfort i większy kufer, ale biorąc pod uwagę, że w jakiejś nieprzewidzianej sytuacji typową reakcją jest jednoczesne hamowanie i próba ucieczki w bok…
Sporo testów jest też na CurbsideClassics, ale nie wiem czy da się je jakoś łatwo wysortować. Kiedyś widziałem u nich test AC Ace zanim stał się Cobrą 🙂
A wszelkie subiektywne opinie (bo tym generalnie są prasowe testy) mają tą wadę, że zależą od otoczenia. Ot np, jeśli większość samochodów w danym okresie zamiatała tyłem nie było co się rozwodzić, że testowany robi to samo.
wielowahaczowe zawieszenie ma przede wszystkim tą wadę, że po jakiś 20 latach wszędzie zaczynają się już robić luzy, i wtedy to się dopiero kiepsko prowadzi, a znowu komu by się chciało tyle tulejek wymieniać jak to tyle roboty, no a przecież jeździ, to nie sworznie, koło nie odpadnie, no i tak jeździ 😉
Dbałość o auto polega na tym, żeby wszystko co trzeba wymieniać kiedy trzeba, a nie czekać, aż coś odpadnie i kogoś zabije. Ja w 16-letmim aucie mam zmieniony jeden wahacz przedni i obie sprężyny tylne, w zeszłym tygodniu (sprężyny po 205 zł sztuka, firmowe). Jeśli coś się zuźywa, to się wymienia, a nie czeka na tragedię – bo hamulce, opony czy zawieszenie mogą kogoś zabić. Bez radia albo elektrycznej szuby można jeździć, na wytłuczonym zawieszeniu nie wolno, bo to igranie z życiem, w dodatku nie tylko swoim.
ja po prostu nie mam wielowahaczowego zawieszenia 🙂 więc tylko 2 sworznie i 2 końcówki drążków kierowniczych w razie czego się wymienia 🙂
Pamiętam jak niespełna 15 lat temu (ale ten czas leci), 18-letni ja szukał dla siebie pierwszego auta. Rozsądek podpowiadał na pierwszy wóz coś normalnego i taniego w utrzymaniu (patrzyłem na jakieś Audi 80, Astry, Escorty, Civiki), serce chciało czegoś ciekawego, z potencjałem na youngtimera, aczkolwiek wtedy chyba jeszcze nawet nie znałem tego pojęcia. Poważnie rozważałem Alfę 33 bo bardzo mi się podobała, podaż na rynku już wtedy była niewielka (kilkanaście-max kilkadzięsiąt egzemplarzy na sprzedaż), ale cenowo były to auta po kilka tysięcy złotych. Finalnie wystraszyłem się potencjalnych problemów wynikających z niekonwencjonalnej konstrukcji, a skończyłem… z Citroenem BX’em, który okazał się być bardzo dzielny i służył prawie bezawaryjnie przez prawie 5 lat przy minimalnych nakładach finansowych, bo pieniędzy za wiele wtedy nie zarabiałem ;D
Wielu użytkowników chwali sobie francuskie auta, ciekawe skąd te opinie negatywne?
Z czasów PRL jeszxze, kiedy mechanicy nie znali tego, a to było inne i takie narzekania…
W każdym razie gratuluje pierwszego wozu 🙂
Moim zdaniem dokładnie tak, obiegowa opinia o produktach jest wypadkową ich rzeczywistej awaryjności i trudności z naprawami wynikającymi z dostępności części i obyciem – często domorosłych – mechaników i użytkowników, czasem też przydatności i użyteczności w danym klimacie i lokalnych warunkach.
I tak te same francuzy – stare Pugi, R19 czy R21 – uchodzą za solidne żelazo w dawnych koloniach w Afryce (choć teraz straciły już pozycję na rzecz używanych Toyot, a nawet koreańców), gdzie służą dzielnie mimo daleko niższej kultury technicznej i ciężkich warunków, podczas gdy u nas przy pierwszej większej awarii uważa się je za niewarte ratowania – inaczej niż równoletnie Volkswageny, Audi czy BMW.
Albo łatka jednorazówek dla japończyków w latach 80-tych, daleko przecież trwalszych od rodzimych aut, które jednak szło naprawić niewielkim kosztem u przysłowiowego kowala
Francuskie auta w Afryce to świetny przykład. Ja zawsze dodaję drugi: 99% polskich samochodziarzy i mechaników uważa K-Jetronica za „pomiot szatana” i woli wszystko, łącznie z konwersjami na gaźnik, byle się go pozbyć. A mój mechanik mówi, że K-Jet to najtrwalszy, najbardziej niezawodny i najłatwiejszy w obsłudze system zasilania – o ile tylko nie zepsuje go domorosły „mechanik” albo użytkownik, który dopuszcza do kondensacji wody w paliwie lub wielomiesięcznych postojów.
No i chyba ma rację, bo w żadnych zagranicznych gazetach ani na zagranicznych forach nikt na K-Jeta nie narzeka – bo tam w swoim czasie każdy uczeń zawodówki musiał się na tym systemie znać. U nas nie, więc dziś jest to egzotyka, przy któej prawie wszyscy majstrują na oślep i wszystko rujnują. Tymczasem obecny tutaj często Paweł ustawia K-Jeta perfekcyjnie w jedną minutę z zegarkiem w ręku – i jeszcze dodaje, że pełna instrukcja regulacji jest przyklejona pod maską, tylko trzeba się na nią popatrzeć i ją zrozumieć 🙂
myślę, że w Afryce jeżdżą bo:
1) nikt się nie przejmuje ich stanem, ma po prostu jechać, a do tego wystarczy plus do pompy (jak diesel) albo plus do cewki (jak gaźnikowiec) i tyle
2) nie mają marudzących przeglądziarzy „że paaanie tu dziura w progu tu w podłodze a tu ta lampka nie świeci i niech Pan nie mówi że dopiero co świeciła bo ja wiem że to francuskie, a tu jeszcze belka tylna zużyta i koła już krzywo są…..”
3) jest ciepło i sucho więc też ta elektryka ma o wiele lepsze warunki do łaczenia 😉
4) jest tego tam tak dużo że i z częściami niema problemu – to już i u nas z 15 lat temu było, ale opinia wzięła się z lat 80 gdzie ogólnie nic nie było do niczego, ale jednak do wyrobów FS czy ruskich szło łatwiej (i taniej) coś „załatwić”
a co do K-Jeta to po prostu łatwo go zabić gazem, więc większość tak została pozabijana, jeśli nawet nie wybuchem (bo mając dobre kable, świece i kopułkę niema prawa nic wybuchać – ja cały czas jeżdżę Asterką F na gazie 1gen i nie kojarzę żeby kiedykolwiek strzeliło) to pracą na sucho
gaźnik znosi dużo więcej, po prostu jest beznadziejny cały czas 😉
choć i w gaźnikach przecierają się pływaki, ośki przepustnic się szybciej wycierają na sucho
99% oldtimerowców w ogóle nie uznaje gazu. To nie są opinie sprzed 20 lat, kiedy tymi autami się gruz z budowy wywoziło, tylko dzisiejszych entuzjastów, którzy mają czas i budżet, tylko nie mogą znaleźć nikogo, kto by się na rzeczy znał. W Polsce jest takich ludzi pewnie kilku, na Zachodzie każdy starszy mechanik umie zrobić wszystko z K-Jetem, bo inaczej w latach 80-tych czy 90-tych nie byłby mechanikiem.
ale te oldtimery 20 lat jeździły na gazie, więc już zdołały te k-jety od tego poumierać, a niepoumierane na zachodzie już dawno przetopione w hucie 😉
widocznie tych kilku fachowców wystarcza, wszak tego aż tak dużo nie jeździ, do tego skoro mówisz że raz dobrze ustawione po prostu działa, no to nie muszą oni wciąż na te regulacje jeździć
ja miałem raz do czynienia z k-jetem w Deloreanie i tam wymieniłem ten dystrybutor ponieważ ktoś ukradł z niego ten tłoczek regulujący i go nie było wcale, nowy cały dystrybutor kosztował coś koło $500 więc to nie były duże pieniądze (wtedy dolar coś koło 3zł był, jak nie mniej) i nawet nie pamiętam czy musiałem coś doregulować czy po prostu działało normalnie, na pewno nie było z tym jakiś ceregieli bo bym pamiętał, a miałem z czymś takim do czynienia 1 raz w życiu
gdzieś nawet miałem ten stary bez tłoczka, ale już nawet nie wiem gdzie…
Chyba początek wieku i znane problemy z elektroniką i dieslami. Ja wtedy jeździłem służbowymi Renówkami, a lista ich usterek i awarii była konkretna, włącznie z dwoma krytycznymi awariami silnika (1.9 dci i 1.5 dci), wymianą skrzyni w Lagunie, całą litanią elektryczno/elektronicznych psikusów, pękającymi szybami w Magane, żarówkami przepalającymi się co 10tys km, ciągle rozłączającą się kostką airbaga pod siedzeniem, czy klimatyzacją dmuchającą gorącym powietrzem na nogi i lodowatym na buzię. Ale rdza ich nie brała i miały bardzo przyjemne wnętrza.
Patrzę na ten wyrób samochodopodobny i szczerze mówiąc chyba nie jestem samochodziarzem, skoro to ma wywoływać uśmiech u mnie : D raczej śmiech, no ale wiadomo, jeden lubi alfy, inny merole a trzeci rozbija stare „amcary” na derbach czy wrak race. Mimo wszystko, jak jestem otwarty na różne samochody, tak ta alfa nawe(t z koniczyną) nie wygląda mi na „spełnienie marzeń”, chyba że miałbym taką i wcisnąłbym jakiemuś fanowi włoskich wozów za chorą kasę. Dziwnie kanciasto wykoślawione nadwozie z tym podwyższonym tyłem, front wygląda dziwnie, te plastiki, ich spasowanie czy ergonomia wnętrza – noo nie. A co do prowadzenia – no cóż, jeśli sam feeling obcowania jest okej i faktycznie czuć że jest sportowo zestrojone, to fajnie. Ale chyba mi jednak ten urok konstrukcji, czyli przytoczone w tekście zgrzytanie skrzyni, mi nie pasuje.
Niedawno bylo o Lancii, a teraz o Alfie. Same dobroci.
Lifting faktycznie dobrze zrobił 33. Boxery byly dostepne takze w 145/146 także dzieło pana Hruski niemal dożyło XXI w. Tak na marginesie 145 zaprojektował pan Bangle i podoba mi sie tak samo bardzo jak jego BMW 7.
fajna Alfa, z pół roku temu był na otomoto taki silnik boxer za 1500zł i się tak zastanawiałem z czego to taki boxer który nie jest Subaru, no i teraz wiem 🙂
w życiu bym nie przypuszczał że Alfa tak „podmałpowała” Subaru robiąc też 4×4 i boxera 🙂
ale jednak wolę Subaru 🙂 miałem Forestera 1 i to na prawdę fajny samochód, szkoda że nie był w automacie, ale ten silnik to tak pięknie równiutko pracuje, wkręca się tak chętnie i tak aksamitnie, nie trzęsąc się przy tym i nie sprawiając wrażenia że się ma rozpaść, normalnie nie jak 4 cylindrówka, ciekawe czy ten Alfowy też tak pięknie pracuje
No przecież napisałem, że właśnie tak pracuje 🙂 Boxera nie wymyślili w Subaru – takie silniki były już przed wojną, a silnik Alfasuda był gotowy już w latach 60-tych.
Nie wspominając o Kubelwagenie – Garbusie. Chociaż pięknie to on nie pracował.
Z wizyty w muzeum Tatry pamietam, że oni w latach 20 już stosowali silniki z ukladem boxer. To byl model 30 chyba.
A zapewne jeszcze wczesniej we Francji lub Niemczech taki układ używano. Także nic nowego.
Ciekawa jest ta hybryda 33. Pamietam, ze w latach 90 xsara miala wersje dynalto (dzisiejszy mild hybrid) i dynactive (hybryda równoległa). Ciekawe czemu tak długo producenci czekali z wdrożeniem do produkcji seryjnej czegoś co bylo już calkiem dopracowane.
Po pierwsze – właśnie nie wiemy, czy było dopracowane, może właśnie zrezygnowali z powodu jakichś technicznych problemów. A po drugie – to na pewno było bardzo drogie (nie chcę myśleć, wile wtedy kosztował falownik i sterowanie tym całym ustrojstwem). Podejrzewam, że przy wysokich przebiegach znacznie taniej wychodził klasyczny diesel, więc benzynowej hybrydy raczej nikt by nie kupił.
bardziej mi chodziło czy w porównaniu z boxerem Subaru też tak ładnie pracuje, bo ogólnie to boxer wiadomo że powinien lepiej pracować od rzędówki. Jednak Japończycy jak coś wyprodukują to już lepiej się nie da 🙂
—–
falowniki w latach 80 to były głównie tyrystorowe jeszcze, a one się nadają tylko do prądu przemiennego a w samochodzie z tym problem. nie było tranzystorów polowych IGBT, a zwykłych trzeba dużo do dużej mocy, a dużo tranzystorów równolegle to też niezbyt dobry pomysł bo każdy tranzystor jednak się troszeczkę różni, więc i obciążenia na nich nie rozkładają się równo, a więc takie coś lubi wybuchnąć niespodziewanie,
no i ten pakiet akumulatorów rodem z wózka Balkancar „może i nie mają za dużej pojemności, ale za to są ciężkie” 🙂 więc ogólnie więcej wad niż zalet
benny, a jakby tak dać silnik prądu stałego? Z silnikami elektrycznymi ostatni kontakt mialem na studiach i mało co pamiętam. Ale zdaje się, że silniki DC były dość łatwe do sterowania. Oczywiście komutator że szczotkami to zło, któreś tam miały tendencje do rozbiegania się, ale jestesmy w końcu w internecie, więc możemy zapuścić wąsy i gdybać co by było gdyby 😉
oczywiście że prościej, jeśli to robimy opornicą i stycznikami 🙂 wtedy jest to wykonalne nawet w PRLu 🙂 wszystkie Melexy itp pojazdy elektryczne tak miały, a nawet…. lokomotywy, w sumie do dziś większość tak ma, ale ekonomiczność tego jest zerowa.
a jeśli falownik no to owszem, jedną „fazę” impulsujemy a nie trzy, no ale przy tej samej mocy mamy 3x większy prąd na tym jednym kablu więc raczej gorzej niż lepiej, tyle że można się mniej przejmować przebiegiem który może być bardziej prostokątny, a raczej to po prostu impulsy o różnym wypełnieniu PWM więc owszem sterowanie niby prostsze, ale to co najgorsze czyli elementy mocy muszą znieść więcej + iskrzenie komutatora, więc i tak źle i tak niedobrze 🙂
a jak do tego dojdzie wilgoć a nawet woda z przegnitej podłogi podlewanej jeszcze kwasem z tych ołowiowych akumulatorów to mamy ładny przepis na pożar 😉