SEKCJA GOSPODARCZA: CZY HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ?

 

Który z producentów Wielkiej Trójki jest najbardziej amerykański?

Amerykańskie są oczywiście wszystkie – bo wszystkie narodziły się w USA i do dzisiaj mają tam swe siedziby. Wszystkie mają również amerykańskiego ducha, choć w każdym z nich oznacza to coś nieco innego.

Jako ostatni do Wielkiej Trójki załapał się Walter Chrysler: człowiek, który jeszcze po trzydziestce wynajmował kąt do spania i pracował jako majster w parowozowni, zaś w wieku lat sześćdziesięciu był jednym z najbogatszych ludzi świata, jedynym właścicielem najwspanialszego drapacza chmur Manhattanu i drugim producentem samochodów w skali globalnej, wyprzedzającym nawet Forda – wynalazcę masowej produkcji nie tylko aut, ale w ogóle czegokolwiek.

Historia Waltera Chryslera jest jednym z najbardziej dobitnych przykładów tzw. amerykańskiego marzenia: jego koncern w szczycie swojego rozwoju dawał chleb aż ponad ćwierćmilionowej rzeszy pracowników

Foto: public domain

Znaczenie geniuszu Waltera podkreśla fakt, że gdy zmarł, jego firma w zasadzie przestała się rozwijać. Zwyczajowo zaliczano ją do Wielkiej Trójki, bo większe od niej były tylko dwie inne, ale odtąd przeżywała kryzys za kryzysem, błądziła w strategiach i stopniowo traciła udziały w rynku. W 1998r. straciła też niezależność wiążąc się z kolejnymi partnerami zagranicznymi, dla których nigdy nie stanowiła centrum zainteresowań.

Niedługo przed Chryslerem powstało General Motors – modelowy przykład kolegialnego zarządzania biznesem, choć nadal oczywiście opartym wyłącznie na prywatnym kapitale i prywatnym ryzyku. To ważne rozróżnienie, bo być może niektórzy nie zdają sobie sprawy, że kierownictwo firmy nie musi być tożsame z jego właścicielami: ci – zwani udziałowcami – zatrudniają kierowników i nadzorują ich, ale niekoniecznie są z nimi tożsami.

General Motors również założyli ludzie niezwykle rzutcy i przedsiębiorczy: William Durant i Alfred Sloan (zauważmy, że było ich dwóch). Obaj biedy nie klepali, ale zaczynali z niczym, tzn. na początku swej ścieżki utrzymywali się z etatowej pracy. Obaj mieli jednak wielkie ambicje.

Durant marzył o wielkim biznesie i w końcu udało mu się kupić warsztat produkujący powozy (za pieniądze pożyczone w banku pod zastaw przyszłych profitów), a następnie zdobyć dominującą pozycję rynkową i przejąć kolejne przedsiębiorstwa – częściowo za odłożone zyski, ale głównie za nowe kredyty i wpływy z emisji akcji. W ten sposób Durant „rozwadniał” swój udział – jego pozycja jako współwłaściciela stopniowo słabła, co w końcu doprowadziło do jego usunięcia. Jednak sama organizacja rozwijała się błyskawicznie i szybko została największym przedsiębiorstwem świata.

William C. Durant (1861-1941)

Foto: public domain

Głównym jej architektem był Alfred Sloan – człowiek, który działał bardziej jak pracownik niż współwłaściciel (choć w różnych okresach posiadał znaczące pakiety akcji), a całą organizacją kierował przez ponad 30 lat. Zaczynał w fabryce łożysk Hyatt Roller Bearing, która na początku XX wieku zaopatrywała całą amerykańską branżę samochodową. Między innymi Henry’ego Forda, który jako klient wytłumaczył Sloanowi wymogi produkcji masowej, ale nie przekonał go do swego autorytarnego modelu zarządzania. Swoją własną strategię Sloan tworzył w opozycji do fordowskiej – powołując wielu dyrektorów odpowiedzialnych za konkretne odcinki i cieszących się dużą samodzielnością.

Alfred Sloan (1875-1966) zbudował największą organizację przemysłową swoich czasów. Często brutalnie wykorzystywał jej siłę, przez co firmowi prawnicy długo blokowali wydanie jego autobiografii (w obawie przed prawnymi konsekwencjami ujawnienia pewnych decyzji i strategii). Jednak znalezienie skutecznych sposobów zarządzania takim molochem – w epoce bez Internetu, komputerów, a nawet faksów – to też część amerykańskiego dziedzictwa i wkładu w rozwój cywilizacji.

Foto: public domain

Prekursorem obu koncernów była oczywiście Ford Motor Company.

Henry Ford – syn niebiednego, acz prostego farmera – do szpiku kości przeniknięty był amerykańskością. Głęboko wierzył w Boga, ciężką pracę i purytańskie zasady, które kazały mu spędzać wolny czas na hobbystycznym naprawianiu ludziom różnych urządzeń (głównie zegarków). Wśród wielu zalet miał też jednak wady – w tym chorobliwy wręcz despotyzm i przekonanie o własnej nieomylności. Stosownie do tego Ford nienawidził się zadłużać i do samej śmierci nie pozyskiwał kapitału na giełdzie – wolał pozostać niezależny, samodzielnie dysponować całością zysków i w każdej kwestii mieć zawsze ostatnie słowo.

Henry Ford (1863-1946) fundamenty efektywnej gospodarki miał we krwi. Podporządkowywanie podaży popytowi, ustawiczne szukanie wydajności, reinwestowanie lwiej części zysków – to wszystko, wraz z pewnymi praktycznymi obserwacjami, doprowadziło go do wynalezienia produkcji masowej, która w krótkim czasie zbudowała niespotykany wcześniej dobrobyt w każdej społeczności, która odważyła się ją zaadoptować. 

Foto: public domain

Istniejąca dziś Ford Motor Company to dopiero trzecia samochodowa firma jej własnego założyciela. Dwie pierwsze bankrutowały w przeciągu kilkunastu miesięcy – to jednak w biznesie normalna kolej rzeczy, którą prawdziwi wizjonerzy nie mogą się zrażać. Ford się nie zraził: trzykrotnie startował od zera, aż w końcu wpadł na pomysł, który uczynił go największym przemysłowcem i najbogatszym człowiekiem ówczesnego świata. A także twórcą nowego rodzaju gospodarki, w której analfabeta bezmyślnie przykręcający jedną i tą samą śrubkę przez osiem godzin dziennie może żyć lepiej niż w tradycyjnym modelu niejeden wysoko wykwalifikowany rzemieślnik z własnym warsztatem lub rolnik ze sporym gospodarstwem.

Ford Motor Company wciąż istnieje. Od 1956r. jest już spółką giełdową, lecz do dziś decydujący głos ma w niej rodzina Fordów (aktualnie posiadająca tylko 2% akcji, ale na mocy statutu spółki są to akcje uprzywilejowane, które na walnym zgromadzeniu udziałowców ważą więcej niż pozostałe razem wzięte).

Uważam, że właśnie koncern Forda – z powodu swojego pierwszeństwa i historycznego znaczenia – jest najważniejszym i najbardziej amerykańskim spośród członków Wielkiej Trójki.

***

W szczycie swojej potęgi, około 1923r., Ford kontrolował prawie 2/3 rynku samochodowego – nie amerykańskiego, a światowego. W czasach, kiedy za morze nie dało się nawet zatelefonować, a wszelkie dokumenty podróżowały przez oceany parostatkami, Model T wyjeżdżał z fabryk i montowni na wszystkich kontynentach, a centrala w Dearborn jakoś radziła sobie z corocznym zbieraniem i księgowaniem dwóch milionów samych faktur sprzedażowych i nieznanej mi liczby zakupowych. Co więcej, obsesja niezależności kazała Henry’emu Fordowi wykupywać huty, stalownie, a nawet kopalnie rud metali i plantacje drzew kauczukowych – to wszystko podlegało ostatecznie jednemu człowiekowi, który nigdy nikogo o nic nie pytał i nie znosił najmniejszego śladu sprzeciwu. Tyle że nikt w świecie nie jest nieomylny – i stary Ford też nie był: jego upór w kwestii niezastępowalności Modelu T doprowadził do utraty większości udziału w rynku (w 1927r. spadł on poniżej 10%, i to w samych Stanach Zjednoczonych), a pozycji światowego lidera firma nie odzyskała już nigdy: najpierw, przez długie lata, głównymi rywalami byli GM i Chrysler, a później w coraz większym stopniu koncerny europejskie i japońskie.

U progu XXI jeszcze nie było źle. Ford miał w portfelu wiele szlagierów: wśród modeli tradycyjnych przede wszystkim Focusa, Taurusa, Crown Victorię i Mustanga, a wśród arcyważnych już wtedy SUVów i pick-upów – takie hity jak Explorer, Excursion, Econoline, a przede wszystkim serię F-150 i Super Duty (która wcześniej nazywała się F-250). Razem zaspokajały one prawie 1/4 popytu na największym rynku świata – czyli porównywalnie ze złotą epoką lat 50-tych i 60-tych, kiedy koncerny Wielkiej Trójki były najbardziej zyskownymi firmami na całym globie (i to mimo nieprawdopodobnej rozrzutności w postaci choćby corocznych restylizacji wszystkich nadwozi).

Tyle że za popularnością produktów niekoniecznie szły zyski. W 2001r. Ford stracił 5,45 mld dolarów netto (przede wszystkim przez koszty wymiany milionów wadliwych opon Firestone), rok później wciąż jeszcze prawie miliard. Sytuację pogorszył nagły wzrost cen paliw po wybuchu wojny w Iraku, bo najbardziej paliwożerne produkty Forda były równocześnie najbardziej rentownymi.

W 2006r. strata netto sięgnęła astronomicznych 12,7 mld dolarów, a dwa lata później, pośród finansowego kryzysu, wzrosła jeszcze do 14,77 mld. Mimo wszystko Ford – jako jedyny z Wielkiej Trójki – nie ogłosił bankructwa i dobrowolnie zrezygnował z państwowego wsparcia. Koszty były ogromne: dostosowanie firmy do wielkości popytu oznaczało 14 zamkniętych fabryk, 44 tys. zlikwidowanych etatów, uśmiercenie marki Mercury i sprzedaż zagranicznych marek premiumVolvo, Jaguara, Land Rovera, Aston Martina. Ważnym punktem okazała się elastyczność związkowców: chcąc ratować koncern zgodzili się oni na redukcję przywilejów pracowniczych i emerytalnych, podczas gdy brak takiego porozumienia z General Motors (w tym głównie niemożność wywiązania się z wyśrubowanych obietnic emerytalnych) był główną przyczyną jego bankructwa.

Dalej, aż do wybuchu pandemii, Ford był w stanie zarabiać, choć jego udział w rynku stopniowo malał – od wspomnianych 24% w roku 2000, do 13,7% w 2020. W 2007r. w amerykańskim rankingu sprzedaży po raz pierwszy wyprzedziła go Toyota, spychając z odwiecznego miejsca drugiego na trzecie. Tego trendu nie udało się już zahamować.

Historycznym zwrotem był kwiecień 2018r., kiedy to kierownictwo Forda zapowiedziało przeniesienie produkcji wszystkich samochodów osobowych poza USA, z wyjątkiem jedynie Mustanga. Chodziło oczywiście o koszty: w przypadku produktów wysokomarżowych – SUVów, pick-upów i właśnie Mustangów – koncern mógł sobie pozwolić na dalsze wytwarzanie w Ameryce, ale tam, gdzie konkuruje się głównie ceną, nie było to już możliwe. Produkcja osobówek wywędrowała do Chin, a import stamtąd obciążony był cłami, które też niszczyły konkurencyjność – i tak oto, w 2020r., skończyła się era osobowych Fordów w ojczyźnie Modelu T. Z wyjątkiem powtórzmy – Mustanga.

Drugim zapowiedzianym od lat kierunkiem jest koncentracja na pojazdach elektrycznych. W tym celu w 2019r. zawiązany został alians z koncernem Volkswagena: dzięki niemu Ford chciał w ciągu siedmiu lat sprzedawać 2 mln bateriowozów rocznie, jednakże w 2025r. – czyli po sześciu latach – sprzedał całe 84 tys. (!!), a produkująca elektryki „dywizja” koncernu, założona w marcu 2022r. i nazwana Ford Model E, do końca 2025r. wygenerowała straty w wysokości 12 mld dolarów.

***

Gdyby jeszcze kilkanaście lat temu ktoś powiedział nam, że w Stanach nie będzie się sprzedawać żadnych osobowych Fordów, uznalibyśmy to pewnie za absurd podobny do całkowitego wycofania się General Motors z Europy albo spadku Fiata na dwudziestą lokatę rankingu najpopularniejszych marek w Polsce (ze sprzedażą poniżej 10% wyniku Mercedesa, BMW albo Audi, 6% Lexusa albo 18% chińskiego MG). Zaiste, rację miał klasyk twierdzący, że pewne są w naszym świecie tylko śmierć i podatki.

Przegląd aktualnej oferty amerykańskiego Forda zaczniemy od ostatniego dostępnego auta osobowego – słynnego Mustanga. Ten model w swojej historii przeżywał wiele wzlotów i upadków, a aktualna generacja, sprzedawana od 2022r., jest już siódmą z kolei. To jedno z ostatnich wciąż produkowanych coupé i cabrioletów, oraz jedna z ostatnich wolnossących V8-mek w autach osobowych (obok Chevroleta Corvette oraz Lexusów LC 500 i RC F).

Wizualnie Mustang pozostał Mustangiem – wciąż trudno pomylić go z czymkolwiek innym. Podstawowa karoseria mierzy 4.810 x 1.915 mm, a podstawowym napędem jest czterocylindrowa, 2,3-litrowa jednostka Ecoboost, która dzięki turbodoładowaniu i kombinacji wtrysku bezpośredniego z pośrednim rozwija 315 KM. W połączeniu z 6-biegową skrzynią ręczną lub 10-biegowym automatem pozwala do przyspieszać do 100 km/h w nieco ponad 5 sekund. O sekundę szybciej uda się to zrobić w wersji GT, napędzanej pięciolitrowym V8 o mocy 480 KM. 

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Maniacy szybkości wybiorą serię Dark Horse z V8-mką wzmocnioną do 500 KM – tutaj wynik można poprawić na 3,7 sekundy

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

W USA oficjalne ceny Mustangów zaczynają się aktualnie od 32.640$ – wprawdzie bez lokalnych podatków i kosztów dostawy, ale też przed wszelkimi promocjami i negocjacjami, które często potrafią zniwelować wymienione dopłaty. Za V8 trzeba zapłacić od 46.560$, zaś za Dark Horse – od 64.080. W 2025r. Mustang znalazł w Stanach 45.333 klientów (dla porównania: w 1966r. było to 607 tys., czyli 13 razy więcej, ale to tylko na marginesie).

I jeszcze ciekawostka: ponieważ na rynku naprawdę zaczyna już brakować normalnych osobówek, Mustangami zainteresowała się amerykańska policja (która we własnym zakresie przystosowuje je do roli radiowozów, bo fabryka takiej opcji nie oferuje). Już choćby to świadczy o skali degeneracji współczesnego rynku.

***

Od jesieni 2019r. Ford oferuje też Mustanga Mach-E, czyli elektryczny crossover „inspirowany Mustangiem„, o osiągach porównywalnych ze wspomnianą wyżej serią Dark Horse (487 KM, 3,7 sekundy do setki – przy baterii o pojemności 88 kWh, dającej zasięg około 500 km).

Ciekawostką jest tutaj opcjonalny system BlueCruise łączący adaptacyjny tempomat i asystenta pasa ruchu, podobno umożliwiający zdjęcie rąk z kierownicy w warunkach autostradowych (choć wymagający interwencji w sytuacjach awaryjnych i w tym celu monitorujący ruchy głowy i oczu kierowcy). BlueCruise jest dostępny tylko w abonamencie, miesięcznym lub rocznym.

Złośliwi mówią, że „inspirację Mustangiem” można tu zauważyć wyłącznie w kształcie tylnych lamp, a inni tworzą memy z klasycznym Mustangiem ’64 ubranym w maskę Dartha Vadera i oznajmiającym nowoczesnemu crossoverowiNIE – nie jestem twoim ojcem„. Więcej cech wspólnych można dostrzec z Teslą – od całokształtu sylwetki po detale typu chowane klamki. Mustang Mach-E kosztuje od 37.795$ (ponad 5.000 więcej niż tradycyjne coupé z Ecoboostem), a w 2025r. jego amerykańska sprzedaż wyniosła 51.620 sztuk.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Kompaktowy crossover można jeszcze u Forda kupić z silnikiem spalinowym: nazywa się on Escape i jest spokrewniony ze znanym u nas modelem Kuga. W Stanach produkcja została zakończona z końcem 2025r., ale zapasy będą wyprzedawane jeszcze przez wiele miesięcy.

Ford Escape ma wymiary 4.585 x 1.882 mm i cztery warianty napędu: turbodoładowane R3 1,5 litra (183 KM),  turbodoładowane R4 2,0 (250 KM) oraz dwie hybrydy, klasyczną i plug-in, bazujące na 2,5-litrowym R4 pracującym w cyklu Atkinsona i przekładni eCVT (odpowiednio 200 i 210 KM, z deklarowanym średnim spalaniem 42 mpg, czyli 5,6 litra na 100 km). To aktualnie najtańszy amerykański Ford (ceny od 30.350$), a koniec produkcji umożliwia uzyskanie głębszych rabatów. W 2025r. sprzedało się 139.387 sztuk.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Jesienią 2020r., po spowodowanym pandemią opóźnieniu, Ford reaktywował tradycyjną nazwę Bronco prezentując dwa różne modele: mniejszy Bronco Sport (oficjalnie określany jako „kompaktowy crossover” – już trzeci w ofercie!!) i większy Bronco (mid-size SUV).

Bronco Sport to odpowiednik wcześniejszego Mavericka, oparty na technice Escape’a i wycofanego w międzyczasie Focusa. Wygląda relatywnie bojowo sugerując zdolności off-roadowe, za czym idzie standardowy napęd 4×4 (o wdzięcznej nazwie GOATGoes Over Any Terrain) i pakiet Badlands zawierający między innymi blokady dyferencjałów i wektorowanie momentu obrotowego. Silniki pokrywają się z dwoma tańszymi dostępnymi w Escape’ie, nie można natomiast zamówić hybryd.

Ford Bronco Sport – na zdjęciach z pakietem Badlands – jest najmniejszym modelem w cenniku (4,387 x 1.887 mm). Kosztuje od 31.845$, a produkcja w 2025r. wyniosła 134.493 sztuk.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Pełnowymiarowe Bronco jest reklamowane jako mid-size SUV. To rodzaj modelu retro – prawie jak Mustang. Ideowo i stylistycznie nawiązuje do pierwszej generacji z 1965r. i jest zbudowany jak prawdziwa terenówka – na ramie, ze stałym napędem 4×4, standardowymi blokadami dyferencjałów i prześwitem aż 295 mm (technika opiera się na pick-upie Ranger). Przednie zawieszenie jest niezależne, na wahaczach poprzecznych, ale z tyłu pozostała sztywna oś. Model występuje z dwojgiem lub czworgiem drzwi i zdejmowanym dachem, a nawet drzwiami (które można bezpiecznie umieścić w bagażniku). Do tradycji nawiązują liczne serie specjalne.

Dwudrzwiówka ma rozstaw osi 2.550 mm i wymiary 4.440 x 1.928 mm. Na zdjęciach edycja Heritage.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Wersja 4-drzwiowa jest o 40 cm dłuższa, cały przyrost znajduje się między osiami. Tutaj z kolei widzimy edycje na 60th Anniversary z 2025r.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Standardowym silnikiem jest 2,3-litrowy R4 Ecoboost (270 KM), a opcjonalnym – podwójnie doładowane, 2,7-litrowe V6 (330 KM). Oba można połączyć z 10-biegową skrzynią automatyczną, a ten mniejszy – również z ręczną firmy Getrag, reklamowaną jako 7-biegowa, choć w istocie posiadającą sześć biegów i jeden superkrótki terenowy (przełożenie 6.588:1). Większość klientów decyduje się jednak oczywiście na automat.

W 2025r. Ford Bronco powstał w 146.007 egz. – większej niż którykolwiek z modeli opisanych powyżej (to jakby się ktoś zastanawiał, czy jest jeszcze popyt na prawdziwsze terenówki). Bazowa wersja kosztuje od 39.995$…

…natomiast topowa Bronco Raptor już 79.995$. Tyle że ona jest całkowicie przekonstruowana, ze wzmocnioną ramą, zawieszeniem i półosiami, prześwitem 330 mm, największym kołami w klasie SUVów (amerykański rozmiar 37 x 12,50 R17), 420-konną V6-tką o pojemności trzech litrów i możliwością holowania dwutonowych przyczep.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

W segmencie mid-size crossover pozycjonowany jest Explorer, spokrewniony z Lincolnem Aviatorem. Mid-size oznacza w tym przypadku przełamanie granic trzech metrów rozstawu osi, pięciu metrów długości i dwóch szerokości.

Paleta jednostek napędowych i tutaj zawiera Ecoboosta R4 2,3 (w specyfikacji 300-konnej) i V6 3,0 (365 lub 400 KM w usportowionej wersji ST), a dodatkowo dostępna jest hybryda z 3,3-litrowym V6 i mocą systemową 318 KM. Jedyną dostępną przekładnią jest 10-biegowy automat.

Według naszych standardów Explorer wygląda raczej jak mega-SUV niż średniej wielkości crossover, ale mówimy o Ameryce, gdzie wciąż istnieje rynek na samochody ogromne. Co nie oznacza że drogie: w tym przypadku cennik zaczyna się od 38.465$, a kończy na 54.905 za 400-konną wersję ST ze sportowym podwoziem i systemem BlueCruise (swoją drogą niezupełnie rozumiem kombinację wielkiego SUVa i autonomicznej jazdy z 400-konnym biturbo i utwardzonym, obniżonym zawieszeniem, ale zapewne chodzi o zaznaczenie wszystkich możliwych krzyżyków na liście). 

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Sprzedaż w 2025r. wyniosła 222.706 sztuk – jak dotąd widać więc, że im auto większe, tym bardziej rozchwytywane. Co w sumie nie dziwi patrząc na relacje cenowe i amerykańskie warunki, w których w zasadzie żadne gabaryty osobowego auta nie utrudniają jego użytkowania. Nie przeraża  też wcale spalanie: deklarowane 23 mpg w trasie i 15 w mieście (dla Expedition EL) oznacza po naszemu 10,2 i 14,8 litra na 100 km. Wcale nie gorzej niż w porównywalnych SUVach z innych kontynentów.

***

Ostatni model niebędący pick-upem – i równocześnie jedyny, jaki według producenta zasługuje na miano full-size – nazywa się Expedition. Można go kupić w dwóch rozmiarach: standardowym i EL, z rozstawami osi 3.112 i 3.340 oraz wymiarami 5.331 / 5.631 x 2.032 mm. Konstrukcja bazuje na platformie wykorzystywanej też przez Lincolna Navigatora i pick-upa F-150, jest więc oczywiście ramowa i ogromnie wytrzymała – zależnie od specyfikacji umożliwia holowanie przyczep nawet do 4,4 tony.

W kwestii napędu wyboru nie ma: jedyny dostępny wariant to 3,5-litrowe V6 EcoBoost biturbo o mocy 365 KM z 10-biegowym automatem, reduktorem i napędem 4×4 z blokadą centralnego mechanizmu różnicowego.

Ford Expedition to aktualnie najmłodszy produkt w ofercie (premiera nastąpiła w październiku 2024). Tak wygląda wersja standardowa…

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

…a tak Expedition EL. Tylna klapa jest dzielona w poziomie, a część dolna w pozycji opuszczonej może utrzymać ciężar 500 funtów. 

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Główny ekran deski rozdzielczej ma przekątną 24 cale, centralny ekran dotykowy – 13,2 cala. Większość specyfikacji zawiera w standardzie układ BlueCruise.

Foto: materiał producenta

„Krótki” – tzn. 5,3-metrowy – Ford Expedition kosztuje od 62.700$, wersja EL – od 73.615. W roku 2025 – czyli pierwszym po premierze – sprzedało się 85.921 sztuk.

***

Modeli elektrycznych wciąż nie widać (poza opisanym Mustangiem Mach-E i elektrycznym pickupem F-150 Lightning, którego sprzedaż wciąż nie może przekroczyć 1/30 wyniku wersji spalinowych) – mimo że Ford cały czas obiecuje ich wdrażanie inwestując olbrzymie środki. Głównie z tego powodu w 2025r. zanotował stratę w wysokości aż 11 mld dolarów – trzecią najwyższą w historii, po 2006 i 2008r. Aktualnie udział w amerykańskim rynku pozostaje stabilny (na poziomie około 13%), ale warto przypomnieć, że  na początku stulecia było to 24%, a w liczbach bezwzględnych sprzedaż spadła z 4,2 mln samochodów w roku 2000 do 2,05 mln w 2025.

Jak to się ma do czasów Henry’ego Forda? On sam bardzo długo kierował się osobistymi przekonaniami, to jest przedkładaniem czystej użytkowości, solidności i niskiej ceny nad pożądaną przez klientów moc, komfort i efektowny design – ale po załamaniu sprzedaży i bezprecedensowym sukcesie General Motors przyjął do wiadomości, że każdym biznesem ostatecznie zarządzają klienci. Dzięki temu zaoferował pojazdy wciąż porządne i bardzo tanie, ale w stylu odpowiadającym gustom ogółu – np. napędzane pierwszymi w historii masowo produkowanymi silnikami V8.

Czy ta historia ma szanse się powtórzyć? Czy aktualne wyniki finansowe koncernu też skłonią kierownictwo do przemyśleń? Czy kiedykolwiek zobaczymy jeszcze normalne auta osobowe z niebieskim owalem na masce? Jak by nie było, fani klasycznej amerykańskości wciąż mogą kupić Mustanga V8 albo ramowe Bronco – i te modele raczej nigdzie się nie wybierają.

 

Foto tytułowe: 42-BRT, Licencja CC

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

79 Comments on “SEKCJA GOSPODARCZA: CZY HISTORIA LUBI SIĘ POWTARZAĆ?

  1. Jeszcze dwa małe błędy:

    przez co firmowi prawnicy DŁUGI blokowali

    samą śrubkę RZEZ osiem godzin dziennie

  2. „Nie przeraża też wcale spalanie: deklarowane 23 mpg w trasie i 15 w mieście (dla Expedition EL) oznacza po naszemu 10,2 i 14,8 litra na 100 km. Wcale nie gorzej niż w porównywalnych SUVach z innych kontynentów.”
    Szaleństwo. Hamburgeranie podają ile mil auto przejedzie na galonie paliwa. Dla Europejczyka to jakiś kosmos. Bo ile ma mila a ile galon. 😄

    • Prosta sprawa: dla galonów amerykańskich dzielimy liczbę 23,5 na podaną wartość MPG, dla brytyjskich – 28,25. Wtedy dostajemy litry na 100 km.

      Nie tylko Amerykanie używają takich jednostek – Latynosi też, tyle że oni podają w kilometrach na litr. Tutaj wystarczy odwrócić liczbę i dodać dwa zera.

  3. Przepraszam, że nie na temat ale dziś mamy pierwszy dzień obniżonych cen paliw a to interesuje chyba każdego.

    Cytuję:

    „Paliwa w Polsce należą teraz do najtańszych w Europie – przyznał minister energii.

    To może skłonić zagranicznych kierowców do korzystania z niskich cen paliw w Polsce, co faktycznie oznaczać będzie ich dotowanie kosztem budżetu Polski”

    Czy teraz państwo dokłada do ceny paliwa? Przecież paliwo ciągle zawiera podatek, obniżony, bo obniżony ale jest. Poza tym gdy zwabiony tanim paliwem Niemiec pofatyguje się do Polski to uzna, że skoro już przyjechał to zrobi duże świąteczne zakupy, prócz tego kupi jakieś sprzęty do domu, papierosy jak nie dla siebie to dla znajomych, alkohol a żona pójdzie do fryzjera i na manicure. Później zgłodnieją to pojdą do knajpy, zarobią restauratorzy a na końcu po posiłku pójdą się załatwić i w ten sposób zarobią nawet babcie klozetowe.
    Słowem zarobi lokalna społeczność i Skarb Państwa. Po co wypędzać Niemców spod stacji paliw? Powinno chyba nam zależeć, żeby przebywali hurmem.

    Czy ktoś mi wytłumaczy pomysł z pędzeniem Niemców z Polski?

    • Patrząc na czwartkowe promocje na sprzęty domowe w Kauflandzie jak również ceny innych towarów to raczej Polacy będą jeździć do Niemiec 🙂
      Co do reszty zgoda. W litrze paliwa jest tyle fiskalnych obciążeń, że dobry pan łaskaw był trochę opuścić.
      A pędzenie Niemców z Polski to chwalebna tradycja, wielowiekowe utarczki sąsiedzkie 😀 Ostatnim razem tak pamiętam, że chyba jednak ktoś pomógł w tym pędzeniu Niemiec. Do dzisiaj zresztą płaczą po tym zdarzeniu.

      • Papierosy tańsze w Niemczech niż w Polsce? Byłeś kiedykolwiek za granicą?

  4. Ten Bronco fajny. Explorer i Expedition także fajne, oczywiście na warunki USA, dla mnie tutaj gdzie mieszkam taka landara jest już mniej fajna, zwłaszcza jeśli chodzi o parkowanie na osiedlu. Co do oferty Forda to 2 największe Explorer i Expedition są dostępne z nawet 7/8 miejscami, widać dalej zapotrzebowanie na rodzinne samochody tam jest.
    Z Fordów to osobiście mi się podoba nowy Transit (czy tam Turneo Custom), Torneo Curier i Ford Caddy. Nowy Transit jest taki fajny, że nawet VW go metkuje jako Transportera. I taka metkowana jest chyba przyszłość Forda w Europie. Słyszałem, że elektryczne Renault 5 będzie nową Fiesta. Akurat dobry wybór, bo Renault 5 to ponoć super samochód.
    A tak na marginesie to chyba Ford europa ma więcej modeli osobowych niż USA: Puma, Capri, Explorer (jakiś inny), Mustang-E, Mustang, Kuga, Focus, Toruneo Curier, przemetkowany Caddy i Transit – 10 modeli. Część z nich to EV, ale nie wiem które dokładnie.

    • Tak, w Europie jest ciut lepiej, chociaż Fiestę, Focusa i Mondeo też już pożegnaliśmy (jeszcze wcześniej znikł Scorpio, ale jego chyba już nikt nie pamięta).

    • @wojluk, właśnie Focusa już pożegnaliśmy bez następcy, tym samym Ford wyzbył się wszystkich charakterystycznych dla Europy segmentów. Również Galaxy, Smax itp. nie dostali następców.

      Zastanawia mnie ciągłe pchanie do Europy Mustanga V8. Przez to mocno im skacze średnia emisja spalin , co myślę, że rzutuje na to, że pozbywają się charakterystycznych dla Europy modeli bez następców. Chociaż w UK twardo Puma jest bestsellerem. Naród trzyma się Fordów od 70 lat 😉 Chociaż pozycja grupy VAG coraz wyższa.

  5. USA zawsze wydawały mi się oazą zdrowego rozsądku, wolnego rynku i ogólnie takim zaprzeczeniem przeregulowanej UE, gdzie rynkiem zarządzają urzędnicy nakazujący liczyć emisję CO2. A jeżeli tak jest, to dlaczego ludzie z własnej nieprzymuszonej woli wybierają elektryczną abominację Mustanga i jeszcze za nią dopłacają zamiast kupić to ociekające wspaniałością Coupe z V8 pod maską? I dlaczego skoro na rynku jest takie zapotrzebowanie na tradycyjne samochody, że policja przerabia Mustangi na radiowozy, producenci po prostu ich nie produkują – gdzie prawo popytu i podaży?

    • „USA zawsze wydawały mi się oazą zdrowego rozsądku, wolnego rynku i ogólnie takim zaprzeczeniem przeregulowanej UE” – kilkadziesiąt lat temu tak, dziś już wcale nie. To tak jak Mercedes czy Volvo wielu ludziom wciąż kojarzą się z solidnością sprzed lat, z którą nie mają już nic wspólnego.

      Dlaczego producenci nie produkują osobówek w USA? Ford przeniósł produkcję do Chin, żeby cenowo konkurować z Chińczykami, a importować stamtąd do USA jest trudno, z powodu ceł. Więc Amerykanom sprzedają SUVy, które przynoszą wyższe marże, więc można sobie pozwolić na droższą produkcję. Kiedyś było inaczej, bo poza krajami rozwiniętymi nie dało się nic produkować, wszystkie fabryki musiały się znajdować w I Świecie, a i cenowa konkurencja była mniejsza.

      Co z popytem? Jeśli producentów jest tylko kilku i wszyscy postępują podobnie, to klient ma mały wybór. Ale jakiś jeszcze ma – dlatego sprzedaż Forda w USA spadła od 2000r. o połowę, a wynik finansowy jest katastrofalny (to drugie akurat głównie z powody brnięcia na siłę w elektryki, które kosztują w opracowaniu krocie, a które mało kto kupuje).

      • @SzK i tak Mercedesy są o wiele solidniejsze niż BMW i Audi.

      • @SzK „Mercedes czy Volvo wielu ludziom wciąż kojarzą się z solidnością sprzed lat, z którą nie mają już nic wspólnego”
        Zapomniałem kiedyś zapytać, jak pisałeś artykuł o przejażdżce 240, ale czy jest jakieś Volvo lub Saab, które osiągnęło pomnikowy status także poza Szwecją i Norwegią? Klasyczne Mercedesy wiadomo, że są cenione na całym świecie, ale zastanawiam się, jak jest ze szwedzką motoryzacją. 🙂

      • Volva były bardzo cenione w zasadzie wszędzie, gdzie występowały w zauważalnych ilościach – czyli w całej Skandynawii, UK, a w mniejszym stopniu też w krajach Beneluxu i w Stanach. Oczywiście zgadza się, że to dotyczy tylko starych „cegieł” – od Amazona do serii 900 włącznie (ewentualnie przed-amazonowych garbusów, ale one faktycznie prawie nie były eksportowane).

      • @SzK, @Ricer, w UK na przełomie lat 80 i 90 Volvo robiło nieco lepszą sprzedaż niż wszystkie marki z bloku komunistycznego razem wzięte. Ogólnie raczej seria 200 była ceniona.

      • @SzK @PstrykEJ9 Moim zdaniem Amazon i 240 też zasługują na wpis pomnikowy. 🙂 Jest wielu ludzi, którzy uważają że tylko cegły serii 200, 700 i 900 to prawdziwe Volva. Ja uważam, że najpiękniejsze jest P1800.

      • @Ricer, ale wpis pomnikowy o serii 200 już był 😉 Znamienną rolę to auto pełniło w NRD.

      • Był przejażdżkowy wpis o Volvo 200, ale fakt – historię modelu próbowałem tam zawrzeć. Na drugi wpis chyba nie będzie już materiału (zresztą o szwedzkich autach zazwyczaj piszę przejażdżkowo – tak się złożyło trochę przypadkiem, ale wpisuje się to w stereotyp o pragmatyczności Skandynawów 🙂 ) .

      • @SzK Pisanie artykułów o pomnikach wcale nie jest takie łatwe. 😉

      • Zgadza się – to dużo trudniejsze niż przedstawianie własnych odczuć np. z przejażdżki.

      • Jeśli chodzi o skandynawskie żelazo to miałem Saaba 9-5 i Volvo V70 drugiej generacji. Obydwa bardzo solidne, obydwa bardzo przyjemne, dodatkowo Volvo było bardzo szybkie (2.4T). Wnętrza raczej zachowawcze, dość tradycyjne.
        Pierwsze bardzo wyraźne wrażenie solidności miałem wiele lat temu, gdy kupiłem Audi A6. Wszystko (poza gumowanymi przyciskami) sprawiało wrażenie, jakby było dwa razy większe i solidniejsze niż potrzeba. Co ciekawe w Q5 już nie mam takiego wrażenia, ale tez nie można mu niczego zarzucić. W Volvo i Saabie jest trochę gorzej pod tym względem (wciąż piszę o starszych modelach), ale nie jest to absolutnie duża różnica.
        IMHO Volvo V70 jest pod wieloma względami lepsze od Saaba 9-5, ale ten drugi tak mnie urzekł, że wciąż się za nimi oglądam i chyba jeszcze sobie takiego kupię.
        Co do Fordów to trudno mi się wypowiadać, miałem tylko Mondeo. Było OK – i w zasadzie tylko tyle.

    • Wolny rynek nie oznacza, ze ludzie za sensowny uwazaja taki sam wybor jak mój.

      Mustangi w policji to nic nowego, 3., lisia generacja przecież jeździła w CHP.
      A i użytkownicy po zmianie CrownVictorii na SUVy mkwili, ,e w koncu maja samochod z miejscem w środku, który do tego przyspiesza, skręca i hamuje 😉

      Zeby sie troche lepiej orientować w rynku należałoby zebrać dane sprzedaży z różnych segmentow na przestrzeni kilku lat, optymalnie jeszcze z uwzględnieniem iem konkurencji i przedstawić na wykresie.
      Kilka liczb zbyt wiele nie mówi.

    • Z drugiej strony w Chinach Ford tłucze sobie następną generację Mondeo, ale na pozostałych kontynentach chyba ten pociąg odjechał – nawet amerykańska policja z CV czy Taurusów czy innych fordowskich sedanów przesiadła się do SUV-ów typu Explorer, Expedition, nawet to Bronco widziałem w barwach PD/Sheriff/Marshalls.

  6. Nie ogarniam mody na wszechobecne, wielkie ekrany LCD przed kierowcą. Przecież nawet po mocnym ściemnieniu, podświetlenie tak wielkiej tafli ekranu daje po oczach. Żeby to jeszcze było chociaż czytelne i z minimalistyczną grafiką…

    • Cena jest odpowiedzią. Co może być tańsze, panel LCD czy zegary? Zwłaszcza, że na pokładzie samochodu jest już całkiem solidna moc obliczeniowa, dla której taki ekranik to żadne obciążenie.

      • Prawda – elektronika w ostatnich dekadach ogromnie potaniała w relacji do swych możliwości, a mechanika nie. Dlatego np. wtrysk elektroniczny wyparł mechaniczny, chociaż przez długi czas w niczym lepszy od niego nie był. Od lat 90-tych zaczął być po prostu sporo tańszy. Dopiero później eksplozja mocy obliczeniowej procesorów pozwoliła elektronice robić cuda, których mechaniczne systemy nie potrafiłyby bez ogromnych komplikacji.

        Dobrze widać to na przykładzie zegarków. Istnieją szwajcarskie zegarki pokazujące np. wieczny kalendarz z fazami Księżyca i aktualną mapą nieba (w czasie rzeczywistym, dla jakiejś konkretnej lokacji na Ziemi), ale taka zabawka kosztuje mniej więcej milion złotych – wcale nie tylko z powodu prestiżu marki, ale głównie za sprawą stopnia komplikacji miniaturowej mechaniki. Tymczasem chiński kalkulator za 20 dolarów z odpowiednim programem zapewne potrafiłby to samo z większą dokładnością.

      • Pewnie macie rację, ale co w przypadku, kiedy potrzebujemy prostego prędkościomierza i obrotomierza, może z dodatkowymi kilkoma kontrolkami? Ja rozumiem – to jest do bólu proste, ale czy naprawdę, nie ma nabywców, którzy chcieliby zwyczajne, nieskomplikowane rozwiązanie, użyteczne, pragmatyczne i przy okazji ergonomiczne? Czy tylko ja jestem jakiś niedzisiejszy?
        Dla mnie tablet z nadmiarem zbytecznych funkcji i informacji jest idiotyczny, niepotrzebny, nieestetyczny (zazwyczaj) i modlę się, żebym nie musiał kiedyś posiadać czegoś podobnego w samochodzie.

      • No tutaj akurat się nie zgodzę – w przypadku ekskluzywnych zegarków (podobnie jak w przypadku innych produktów tej kategorii) marże są horrendalne, a realny koszt wytworzenia produktu nie przekracza 5-10% jego ceny końcowej, cała reszta to marka, marketing, dystrybucja i marża na kolejnych etapach sprzedaży. Oczywistym jest natomiast, że wytworzenie instrumentu mechanicznego będzie tańsze niż elektronicznego robiącego to samo.
        Natomiast czy w samochodach stosowanie ekranów wynika z tego, że są tańsze niż instrumenty mechaniczne – śmiem wątpić – zauważcie, że w najtańszych wersjach wyposażenia cały czas często pozostają zegary analogowe. Ekrany pozwalają po prostu pomieścić mnóstwo funkcji, które ma współczesny samochód, bez konieczności robienia setek przycisków – nie da się też na analogowych zegarach zrobić nawigacji, systemu night vision etc. – to tak jak z tym przykładem z analogowym zegarkiem – nawet jeżeli kosztem ogromnej komplikacji będzie pokazywał fazy księżyca, to i tak nadal nie będzie mierzył pulsu, przebytego dystansu, zjedzonych kalorii, ani nie będzie odbierał SMS-ów – w przypadku zegarka można z tego zrezygnować, bo zamiast niego mamy smartfon – w przypadku samochodu wszystko musi być w jednym miejscu, stąd ekran.

      • Z zegarkami częściowo masz rację co do marży, ale to w tych mechanicznie prostych. Ale ja mówię o tych naprawdę złożonych, z tourbilonem i wszystkimi komplikacjami – to jest kosmiczny koszt, właśnie z uwagi na mechanikę.

        Prosty zegarek topowej marki kosztuje kilkanaście tysięcy euro, taki z maksymalnymi komplikacjami – setki tysięcy. To absolutnie nie jest tylko kwestia marży – polecam poczytać o konstrukcji tych topowych arcydzieł. Oczywiście, że to jest sztuka dla sztuki, ale naprawdę niewiarygodnie złożona.

      • Tzn. wytworzenie elektronicznego będzie tańsze niż mechanicznego.

      • Jasne, ze zegarek z milionem wskazówek jest bardzo złożonym mechanizmem, ale to przecież nie jest tak, ze wszystko robi się na uniwersalnych obrabiarkach przestawianych po wykonaniu każdej części i wszystko trwa pol roku…

        Skoro japonski zegarek automatyczny kosztuje 300-400 zł a Rolex 40 tys., chinski mechanik z budzikiem ok 1700 a Vulcain Cricket 20 tys. to czemu ta relacja cenowa nie miałaby wyglądać podobnie w górę cennika? Przecież wszystko co jest w katalogu ma opracowaną całą technologie produkcji.

      • Nie mówię o tych za 40 tys., bo to jest taśmówka. Mówię o tych za 2 mln, robionych ręcznie w seriach po 50 sztuk.

      • No kurcze, sikor za dwie bańki tym bardziej nie oddaje kosztu produkcji. Klient płaci za markę, za złoto, brylanty i za to, że nikt inny takiego zegarka nie bedzie miał.

        A przygotowanie produkcji dla 50 scalakow też bedzie idiotycznie drogie – stąd popularność układów FPGA.

        Taki Lycomin 360 (4 góry, 6 litrow) kosztuje ponad 100 tys. USD. Tontskintroche większy silnik od Garbusa. Przy czym silnik KdFWagen był chyba bardziej skomplikowany…

    • Ekrany raczej nie oślepiają, bardziej rozpraszają nadmiarem komunikatów. Rozrastają się, takie trendy i podobnie, jak w wielkich telewizorach wyświetlane komunikaty pozostają ciągle małe (pisane małą czcionką), tak że trudno je czasem odczytać. Problemem jest trafienie w konkretną ikonę na ekranie dotykowym bez odrywania oczu od drogi (fizyczne przyciski można wymacać na konsoli). Dobry jest natomiast wyświetlacz HUD, bo odczytuje się go właściwie podświadomie nie zmieniając kąta patrzenia.
      Na marginesie fizyczne wskazówki szybkościomierzy (zegarów) od lat 90. napędzane są nie linką, a silnikiem krokowym sterowanym czujnikami na wale czy w piastach.

  7. Ja jak zazwyczaj z refleksją: powiedzmy, że jesteśmy jakimś singlem czy tam nawet mamy dwuosobową rodzinę (coraz częstszy model biorąc pod uwagę spadek dzietności w całym świecie „zachodnim”). Jeździmy sobie po mieście, czasem gdzieś pod miasto, sporadycznie wyjedziemy kilkadziesiąt kilometrów / mil dalej, może raz w roku na wakacje. Chcemy kupić samochód. Wchodzimy do salonu Forda. Następnie wychodzimy z salonu Forda, gdyż mamy tam wybór jak weganin w steak-housie.
    Jasne, ja rozumiem, w Europie to niby jakiś Tourneo Courier jest czy coś, ale co ma kupić Amerykanin? Wielkiego SUVa albo terenówkę na ramie?
    Abstrahując od tego, że takie Bronco (naprawdę ładne skąd inąd, jedyne z powyższej oferty, w którym na deskę rozdzielczą da się patrzeć bez nabawienia się PTSD w następstwie) ma 270 KM w podstawowej wersji. Przydałoby się 1000. 270 to śmiesznie mało, przecież to się ledwie rusza.

      • Ekhm, no powiedzmy, że sobie jeździłeś czymś pokroju Fiesty albo Focusa (a jakbyś potrzebował kombi to już w ogóle), ale teraz stwierdzasz: „co mi tam, mam przecież aż dwie nerki, jedną mogę sprzedać i kupić Mustanga”.
        Sądząc po słupkach sprzedaży u Forda, ludzie preferują chyba posiadanie obu nerek :/

      • W Stanach Mustang kosztuje od 32 tys. $ – czyli mniej niż u nas większość kompaktów i niewiele więcej, niż za swojego życia kosztowała u nas Fiesta 🙂 Ale poza tym zgadzam się, że dwie nerki są lepsze niż jedna 🙂

      • W warunkach USA Mustang to jedno z tańszych aut (cenowo odpowiednik lepiej doposazonej Dacii Duster), Amerykanin prędzej sprzeda nerkę żeby zapłacić za dentystę 😉

      • Od razu widać, w jakich branżach działają kartele w poszczególnych krajach 🙂

        P.S. Nie wiem jak w Stanach, ale ja w Krakowie akurat zęba wyrywałem DZISIAJ RANO (rozpadł mi się na kawałki wczoraj przed snem) i zapłaciłem 780 zł. Fakt, że w gabinecie „awaryjnym”, działającym 24h (pierwszy raz w życiu naprawdę nie miałem wyjścia), ale i tak trochę mnie to zszokowało…

      • No ok, może te $32K to nie jest tak dużo w Stanach, ale przecież gdyby sprzedawali zwykłego Focusa obok takiego Mustanga (o Fieście nie wspominając) to ile ona musiałaby u nich kosztować? Ostatnie ceny jakie znalazłem to $19,245 z automatem i $17,950 z manualem. To jednak robi jakąś różnicę. Poza tym Mustang jest specyficzny, ciężko nim zastąpić Fiestę, Focusa czy jakiegoś minivana typu S-Max, C-Max, B-Max (już w ogóle pominę Ka, no ale takich aut to się raczej nie robi na ichniejszy rynek). Z jednej strony koncern zatrudnia analityków i być może produkcja takich pojazdów by się nie opłaciła, z drugiej jednak… Cóż z tego, że zatrudnia, skoro sprzedaż spada znacząco a straty rosną?

        @Szk – wybacz offtop; jakieś 1,5 roku temu miałem podobną sytuację, też rwali w gabinecie czynnym 24h ale to było coś w okolicach 350 PLN (Na Zjeździe). Chyba aż tak ceny nie pofrunęły w górę; obawiam się, że ktoś jednak przesadził. Natomiast jakbyś chciał implantacji (przerabiałem, też w Krakowie) rozrzut cen jest olbrzymi. Od ok. 7 do co najmniej 15 tys. i to za tę samą usługę, chociaż chyba „sky is the limit”. Warto sprawdzić, bo niektórzy okrutnie naciągają.

      • No właśnie Na Zjeździe to było 🙂 Rwanie plus zdjęcie panoramiczne. 780 zł…

        PS Tak, Mustang Fiesty nie zastąpi, ale ja się odnosiłem do uwagi o sprzedaży nerki – podczas gdy prędzej trzeba by ją sprzedać na Focusa w Polsce, bo on byłby na bank droższy…

      • Daozi, wybacz ale miksujesz trochę europejska rzeczywistość z amerykańską. Fiesty Focusy to nasz erupejski specyficzny klimat. I jest Puma oraz Kuga, godne następstwo zgodne z trendami. Dzieci nie ma i minivanów też nie ma. Są Suvy i crossovery zamiast, niektóre nawet na papierze 7-osobowe. Wygladaja lepiej, wsiada się równie dobrze. Osobiście ubolewam, że nie ma już minivanów. Strach co będzie można kiedyś w przyszłości?
        W USA Fiesty nie wiem czy w ogole były. A Focusy chyba były jakieś ichniejsze, inne niż u nas. Podejrzewam, że tam jednak inne auta cieszą się zaitneresowaniem.

      • Fiesty były, a przynajmniej pierwsza generacja pod koniec lat 70. Należy pamiętać, że samochody w USA są nieco przeskalowane. To co u nas jest dużym samochodem (Altima, Camry), tam stanowi zwyczajny samochód standardowej wielkości. Najmniejsze modele to kompakty w rodzaju Corolli czy Nissana Versa.

      • Corolla, Civic, Elantra – ceny tych na stronach startują od ~25 tys. USD.
        Yarisa w sedanie juz nie ma.

      • @ Wojluk, może trochę, faktycznie. Ale Focusy jak najbardziej były za oceanem i to od pierwszej generacji. Różniły się m.in. pasem przednim, detalami z tyłu, ale to były te same stare Focusy. Owszem – w USA wszystko jest większe, ale jednak kupuje się też auta „małe” czyli Elantry, Corolle, niegdyś Sentry – tego całkiem sporo schodziło, bo to tanie, proste sprzęty S-AGD (Samochodowe AGD). I Ford już podobnych nie ma.
        Przyznam, że nie sprawdzałem ile samochodów małych (klasa A / B) sprzedawało się w USA, ale one też jednak były – przypomina się pamiętny Yaris z Breaking Bad. No i tu też już Ford niczego nie ma.
        Czy Puma albo Kuga zastępują Fiestę i Focusa? Tak, ale nie. Puma jest znacznie większa i droższa niż Fiesta te kilka – kilkanaście lat temu. Kuga raczej też średnio nadaje się zamiast Focusa (zwłaszcza kombi). Rozumiem, że jest taka tendencja, przy czym istnieją jeszcze Golf czy Corolla. I zwłaszcza te ostatnie widać na ulicach u nas. Tak jak widać Camry za oceanem.
        Myślę, że producenci wciskają SUVy gdzie się da, bo pewnie mają na nich lepsze marże, a skoro wciskają i taka jest moda, to klienci kupują, przynajmniej niektórzy z nich. Corolla pokazuje, że da się i że nie każdy potrzebuje koniecznie SUVa (sam bym w życiu nie kupił, no ale to dowód anegdotyczny). To tak naprawdę gorsze dla nas – konsumentów, że wybór znika. Z drugiej strony, patrząc na spadek sprzedaży u rzeczonego Forda, ten brak wyboru jednak nie zawsze jest dobrym rozwiązaniem dla producenta ak sądzę.

      • @Daozi obecnie SUV-y to trochę kwestia mody, a trochę konieczności. Jak wszyscy wokół jeżdżą dużymi SUV-ami, to w końcu ty też kupujesz SUV-a, bo w przeciwnym wypadku najmniejsza kolizja skończy się dla ciebie tragicznie. Widzę po sobie – moja żona jeździ obecnie niewielkim autem segmentu B, ale jako następcę (typowy drugi samochód w rodzinie) nie rozważam już nic mniejszego niż SUV klasy B-C – nie dlatego, że to opłacalne, nie dlatego, że prestiżowe, ale dlatego, że w świecie gdzie pozostałe auta (w szczególności mając na uwadze wysyp elektryków) mają masę własną często w okolicach 2,5 tony, trudno żeby najważniejsze dla mnie osoby jeździły czymś innym – i tak to się samo nakręca, trochę jak przy wyścigu zbrojeń i coraz większych armatach i grubszych pancerzach.
        A co oznaczają coraz cięższe auta w przypadku kolizji dobrze obrazuje ten artykuł:
        https://40ton.net/czolowy-crash-test-bardzo-ciezkie-auto-osobowe-oraz-sredniotonazowa-ciezarowka/

      • producentom nie opłaca się po prostu produkować małych samochodów, bo cała linia produkcyjna w zasadzie jest taka sama jak dla dużo większego samochodu, więc koszta produkcji są bardzo zbliżone, a to że trochę więcej stali idzie to ma bardzo znikome znaczenie, więc po co mają zarabiać mało na małym samochodzie, skoro mogą zarobić dużo więcej na dużym samochodzie, przy niemalże tych samych kosztach? jak bym był producentem robił bym dokładnie tak samo

      • @Jerzy, rozumiem, że uważasz, iż kolizja Audi A8 D5 z Kią Xceed oznacza z automatu , że z kierowcy Audi nie ma co zbierać, a Xceed ma jedynie porysowany zderzak? Bo tak można wywnioskować z kontekstu Twojej wypowiedzi.

  8. Co do kosztu ekran vs analog to ostatnio czytałem wywiad z dyrektorem jednego z koncernów i mówił że, ekran to połowa kosztów analogowego zestawu ( dochodzi prostsza wiązka elektryczna itd.). Do tego mnogość ustawień i opcji do wyboru we współczesnych autach jest nie ogarnięcia inaczej niż na dużym ekranie . Do tego dochodzi likwidowanie przycisków fizycznych w drzwiach i kierownicy na rzecz haptyki i przy skali produkcji idącej w setki tysięcy sztuk albo i więcej to daje realny zysk .

  9. Szczepan idealnie wpisał się w moment, bo dosłownie wczoraj Ford ogłosił „ofensywę modelową” i zapowiedział aż 6 nowych ofert. Pośród nich jest kilka zgodnych z naszymi oczekiwaniami, ale jest też odpał, od którego zacznę:
    – Mustang w wersji Raptor. Napęd AWD, podwyższone zawieszenie, amortyzatory Fox – ktoś się zasugerował 911 Dakar czy uterenowionym Lambo Sterrato?
    – dodatkowo nowe, jeszcze bardziej sportowe wersje Bronco RTR i samego Mustanga.
    – tani elektryczny pick-up, średniej wielkości hybrydowy SUV o trzech rzędach siedzeń,
    – klasyczny sedan o klasycznej nazwie Taurus oraz bazujący na nim pick-up, który ma nazwiązywać do historycznego modelu Ranchero. Ciekawe czy to z rozpędu pójdzie też od razu do Australii, bo toż to wypisz-wymaluj – UTE.

    • Terenowy Mustang?
      Jak dostanie klinowaty przód, kompresor Welanda i naklejki „V8 Interceptor” 😉

    • Żart na 1 kwietnia z tym Mustangiem Raptorem? Dziwna to by była „krzyżówka” 😉

    • Terenowy Mustang to brzmi jak dowcip pod nazwą Mitsubishi Eclipse… ostatniej generacji.
      Albo nowy Ford Capri. Albo elektryczne Renault 5. Albo większość oferty Mini, które powinno już od dawna zmienić nazwę na: „Maxi”, albo: „Mega”. Trochę tego nie rozumiem – to tak jakby robić przez lata ciastka o nazwie, dajmy na to: „Pieguski” i nagle wypuścic serię desek klozetowych „Pieguski”. Chociaż w tym ostatnim kontekście to mógłby być niezbyt trafiony wybór :/

      • Albo nowożytny DS, niby „nawiązujący do legendy”. Albo chińskie MG. Albo marka Zelmer, dziś należąca do Hiszpanów… Przykładów jest dużo, ale z jakiegoś powodu marketingowcy wciąż uważają, że dobrym pomysłem jest odkurzenie starych nazw. A może ludzie naprawdę nie kojarzą, że kiedyś to było zupełnie coś innego? W przypadku Zelmera założę się, że większość kupujących myśli, że wspiera polski przemysł…

      • Może komuś się przyda. Istnieje jeszcze polski zelmer, zelmotor sie to nazywa. A nazwa handlowa to Smapp czy snapp.

      • Są też inne polskie marki AGD, np. Botti, ale ludzie widzą na półce napis ZELMER i ani się nie zastanowią, że to może być zagraniczne – bo przecież przez całe życie kupowali i było polskie…

      • Ford mógłby jeszcze nawiązać modelowo do sportowego etosu Escorta i jego sukcesów w maratonach: Londyn-Sydney i dominacji w Londyn-Meksyk w 1970 i rajdach (Safari 1972) ze słynnymi nazwiskami Mikkola, Makinen, Clark. Wystarczyło wtedy 1600 ccm, 112 KM i 8,2 sek do 100. A dziś to wynik niegodny najtańszych kompaktów.
        Legendzie nowożytnego DSa dałem się uwieść, nawet nie raz. I faktycznie jeśli chodzi o design ma czym uwodzić, chociaż już nie zawieszeniem. Ale z jego magii odarł go niestety czarnoksiężnik Stellantis.

      • hehe legenda Escorta to legendarna korozja i odpadające tylne belki 😉

    • A tam, mnie trochę bawi ten kult Mustanga. 🙂 W Europie obrósł jakąś legendą, zupełnie jakby był nie wiadomo czym, podczas gdy za oceanem to tani samochód sportowy dla amerykańskiego sebiksa. Fakt faktem – trzeba przyznać, że ładnie stylizowany.

      • W Stanach też obrósł legendą. Mustang miał chyba najlepszy w historii stosunek bajeranckości do ceny. Właśnie dlatego, że był tani, a wyglądał jak Ferrari i przyspieszał prawie tak samo, po dopłacie za porządny motor.

      • tak jak u nas Manta czy Calibra, przy czym o ile Manta jest paskudna, to Calibra jest na prawdę bardzo ładnie zaprojektowana

      • Mustang, jakby nie było, jest produkowany od 62 lat i raczej na pewno jest kultowy od samego początku. A hitowy film Bullit z 1968 z fastbackiem GT dał mu dodatkowego kopa. Później było gorzej, MK II wyglądał jak rozdeptane Pinto, MK III też raczej niesławne, dopiero MK V powróciło do pierwowzoru z negatywem grilla i tak do tej pory ciągnie z dobrym skutkiem, chociaż nie wiem, która to kolejna generacja. A jeszcze po drodze był (i jest) Shelby GT 500 (w filmie „60 sek” Eleonor). Ale to raczej nie tani wóz dla amerykańskiego sebiksa. Przejechałem się tylko tylko III gen., ale jestem tak stary, że nie pamiętam jak było. Z wielu kultowych amerykańców – Couguar, Chrarger, Challenger, Camaro, Barracuda, GTO, Mustang jest jednak najbardziej rozpoznawalny ( pomijam Corvette i Cobrę, bo to trochę inna stylistyka)

    • Terenowy mustang, ciekawy pomysł. Serio, to moze być fajne. Pewnie to coś dla rezydentów Dubaju. Tylko trochę spóźniona premiera, bo ludzi na potencjalnym rynku zbytu ubylo.

      • sąsiad ma terenową Mazdę Miatę – zrobił lift zawieszenia i wsadził terenowe Simexy 15″ 😉 jako że jest to bardzo lekkie to daje sobie radę w terenie, zresztą ja mam Yariskę i też po zrobieniu liftu „2.5 cala” (5cm, ale lifty się w calach przecież podaje hehe) i założeniu największych 14″ jakie znalazłem u siebie (chyba 185/80) Frigo z powycinanymi co drugimi kostkami zewnętrznego bieżnika (Frigex) też świetnie sobie radzi w terenie, tylko silnik 1.0 trochę za słaby, jak by 1.3 był to myślę że by był wystarczający, a tak to pod sporą górę ciężko mu ruszyć

      • Benny, albo cale, albo cm. 2,5 cala to 6,35 cm. A w terenie to rewelacyjny był maluch, szedł przez błoto i zaspy jak bawół, byle trzymało go się prosto do kierunku. Pomagały bardzo opony M+S, miałem prototypowe D 98 z Dębicy.

  10. Ktoś coś pisał o konieczności Suvizacji. Ma rację. Pamiętam jak kupiłem swoje pierwsze auto ok. 10 lat temu. Ford Fiesta MK3. Już wtedy był lekki strach bo większość aut do okoła to były duże sedany. 10 lat minęło i mam deja vu. Jako wielbiciel gruzów jeżdżę Passatem B5 kombi. Wyjeżdżam aktualnie na autostradę i się czuję jak wtedy w tej Fieście.
    Co do Pana Forda to mam ambiwalentne odczucia. Bo fakt. Produkcja staniała i na taśmie mogła stać małpa, natomiast rzemieślnicy mogli zawijać swoje warsztaty.

    • Rozumiem, że co do motoryzacji też masz ambiwalentne uczucia, bo wszyscy kołodzieje i siodlarze musieli zwinąć warsztaty?

      Na tym polega postęp – że wytwarzany coraz więcej dóbr i żyjemy coraz wygodniej przy coraz mniejszym wysiłku. Kiedyś 98% ludzi orało ziemię drewnianą sochą i przymierało głodem, a dzisiejsze rolnictwo zatrudnia 2% ludności produkując gigantyczne nadwyżki, z którymi nie ma co robić. 96% ludzi musiało zmienić zajęcie, ale czy to oznacza, że lepiej wrócić do drrewnianych soch i jedzenia kory drzew na przednówku?

      • Szkielety z paleolitu sa najzdrowsze i najsilniejsze, wiec może? 😉 (tak, wiem, kwestia przezywalnoaci, chociaż generalnie uwaza sie, ze rolnictwo spowodowało spadek jakości życia – ale lepiej mieć wielu słabych poddanych niz klan kilku silnych kuzynów).

        No i motoryzacja też ma masę ciemnych stron: wypadki, zanieczyszczenie, hałas, efekt cieplarniany…

        Dzisiaj zaś postęp nie jest lubiany przez „samochodziarzy”, powszechnie niechętnych napędom elektrycznym i wycinajacym EGRy i DPFy

      • Postęp zawsze kreuje problemy, ale zawsze mniejsze od tych, które rozwiązuje. Jeśli ktoś uważa inaczej, nie musi z postępu korzystać. W dżungli nie brakuje społeczności żyjących do dziś jak w paleolicie – kto chce mieć zdrowszy szkielet, może do mich dołączyć, nikt tego nie zabrania. Wydaje mi się jednak, że chętnych na to nie ma.

      • Faktycznie, zauważalny jest trend gloryfikowania życia na wsi, jakie prowadzili nasi pradziadkowie. Tylko mało kto pamięta, że wtedy nie używano soku z dinusia do napędzania maszyn i nawożenia. Plus jedzenie (nie przeczę, że na pewno organiczne i bardziej wysycone minerałami i witaminami) było dużo uboższe i mniej zróżnicowane. Krotko mówiąc sprzedaje się opowieść o ludziach zdrowych i silnych, a w rzeczywistości tak idealnie nie było.

      • Temat rzeka, ale ogólnie przed XX wiekiem niedożywienie 90% ludzi było tragiczne, a zagrożenie zakaźne, brak czystej wody i jakiejkolwiek sensownej medycyny to coś, co nam dzisiaj wręcz nie mieści się w głowie. A jeśli cofnąć się jeszcze dalej, faktycznie do paleolitu. to trzeba dołożyć codzienną walkę z dzikimi zwierzętami, dla których homo sapiens był łupem wcale nie trudniejszym niż one dla niego. No i brak szans przetrwania przy jakimkolwiek poważniejszym urazie – bo kto został w tyle za grupą, na tego nikt nie czekał, bo czekanie oznaczało zagładę wszystkich.

  11. Terenowy mustang spoko, przecież historia zna takie projekty i to czesto są hity sprzedażowe

    ten elektryczny też miał zajebistą wersje Rally, ale chyba mocno limitowana

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.