SEKCJA GOSPODARCZA: PYTANIE, KTÓREGO NIKT NIE ZADAŁ

Domowy komputer to bardzo nowoczesna technika, prawda? Starsi jej nie ogarniają. A już komputerowe gry, to wyłącznie młodzież, czyż nie? No bo przecież nasi rodzice tego nie mieli…
Tymczasem fakty są takie, że ośmiobitowe komputery, które w domach służyły głównie do zabawy, rozpowszechniły się w latach 80-tych, czyli, jak by nie liczyć, 40 lat temu. Ludzi, którzy w ogóle pamiętają tamtą epokę, nie da się nazwać młodymi, a ci, którzy tę technikę tworzyli, w dużej części zdążyli już pożegnać się z tym światem, niekoniecznie przedwcześnie. Ci najsłynniejsi – Bill Gates i Steve Jobs – urodzili się w 1955r., równe 70 lat temu, ale to zdecydowanie młodziki. Prawdziwie nostalgiczny hardware tworzyli znacznie starsi: marki Commodore, Amiga i Atari wypromował niejaki Jack Tramiel (urodzony w 1928r., w dodatku w Łodzi, jako Idek Trzmiel), Amstrada – Sir Alan Sugar (ur. 1947), najtańszą w swym czasie serię Sinclair ZX – Sir Clive Sinclair (ur. 1940). Przy czym z nich wszystkich jedynie Gates i Sugar wciąż jeszcze przebywają z nami na świecie.
Biografie tych postaci są naprawdę niezwykłe – i nic dziwnego, bo mowa o pionierach. Pionierami, nieważne jakiej dziedziny, zawsze zostają ludzie niezwykli: wybitnie kreatywni, ale równie wybitnie odważni, zdeterminowani i niepoddający się presji otoczenia. Bez tych cech nie można myśleć o zmienianiu świata, a co najwyżej dostosowywać się do kolejnych prądów i trendów.
***
Zmarły w 2021r. Sir Clive Sinclair zaliczył w życiu niezliczone porażki i właściwie tylko jeden międzynarodowy sukces, którym była seria komputerów ZX-80, ZX-81 i ZX Spectrum. To jednak wystarczyło mu do zdobycia pokaźnego majątku, otrzymania tytułu szlacheckiego i zapisania się w historii świata.
Sinclair wyróżniał się inteligencją – dzięki IQ=159 przez wiele lat przewodniczył brytyjskiej organizacji Mensa. W szkole miał świetne wyniki, zwłaszcza z matematyki, ale źle czuł się w towarzystwie i nie znosił aktywności fizycznych (co jednak nie przeszkodziło mu w ukończeniu wielu biegów maratońskich w wieku dojrzałym). Przez biznesowe niepowodzenia ojca podjął pracę w wieku nastoletnim, wciąż jednak uczył się samodzielnie. Opuszczając szkołę w wieku 18 lat potrafił samodzielnie obmyślać i lutować elektroniczne układy, które zaczął sprzedawać wysyłkowo, odbierał też wadliwe elementy dużych producentów, które naprawiał i odsprzedawał z zyskiem. W 1961r. założył firmę Sinclair Radionics, oferującą własnego pomysłu tranzystorowe radia, wzmacniacze, itp., a potem pierwsze tanie kalkulatory kieszonkowe, które zrewolucjonizowały pracę biurową i przyniosły firmie pierwsze duże pieniądze.
Właśnie dzięki kalkulatorom Sinclair Radionics wypracowywało zyski, ale wiele innych produktów okazało się niewypałami. Tak było np. z 10-watowymi wzmacniaczami z 1964r., pierwszymi w świecie kieszonkowymi telewizorami (projekt z 1966, debiut rynkowy dopiero w 1977) albo elektronicznym zegarkiem Black Watch.
Telewizorek Sinclair MTV-1 miał dwucalowy ekran, wymiary 101.6 x 158.8 x 41.3 mm, masę 800 g i zasilanie czterema akumulatorkami AA, jednak koszty opracowania i wysoka cena (205 funtów) nie dały mu szans powodzenia
Foto: , Licencja CC
Black Watch był znacznie tańszy (24,95 funta w całości lub 17,95 do samodzielnego montażu), ale często się psuł, łatwo uszkadzał mechanicznie, baterie wytrzymywały zaledwie 10 dni zamiast obiecywanego roku, a dokładność działania pozostawiała wiele do życzenia.
Foto:
Foto:
Nieudane produkty i ogólna gospodarcza zapaść po kryzysie naftowym przyczyniły się do potężnych strat Sinclair Radionics, które w 1978r. sięgnęły prawie 2 mln funtów. Firmę ratowała rządowa agenda National Enterprise Board (ta sama, która próbowała ocalić British Leylanda, z tym że w sektorze elektronicznym jej akcje przyniosły lepsze wyniki, bo ten rynek – inaczej niż samochodowy – żywiołowo rósł). Clive Sinclair został zmuszony do odejścia, więc skoncentrował się na drugim ze swych biznesów – wykupionej w 1973r. firmie Ablesdeal Ltd, później przemianowaną na Sinclair Research Ltd. To właśnie ona wypuściła tanie komputery osobiste.
Komputer ZX-80, zaprezentowany w 1980r., miał procesor 3,25 MHz, 4 kB pamięci ROM i – uwaga!! – 1 kB RAM (słownie – jeden kilobajt). Dźwięku nie generował wcale, tryb tekstowy wyświetlał 24 wiersze po 32 znaki, rozdzielczość graficzna (monochromatyczna) była dwukrotnie większa. Jeśli kogoś interesuje, jak wyglądały gry na komputerze z 1 kB pamięci, próbki znajdzie TUTAJ (niektóre pokazane tam tytuły wymagały zewnętrznego rozszerzenia RAM do 3 kB). Producent reklamował ZX-80 jako „urządzenie zdolne zawiadywać elektrownią atomową„, jednak w praktyce wykorzystywano je głównie do nauki podstaw programowania. Sprzedano 50.000 egz. w cenie 99,95 funta.
Foto: , Licencja CC
Dwa lata późniejsza rodzina ZX Spectrum oferowała już 16, 48 albo 128 kB RAM, grafikę 256 x 192 w 15 kolorach (ale na ekranie podzielonym na monochromatyczne bloki 8×8), a także trzykanałowy dźwięk, obsługę joysticka i stacji dyskietek. Najbardziej charakterystyczną cechą była gumowa klawiatura (stąd polskie przezwisko „gumiak”) i ciekawy edytor języka BASIC przyporządkowujący całe instrukcje do pojedynczych klawiszy, co przyspieszało wklepywanie kodu. ZX Spectrum pozostało na rynku do 1992r., a oprogramowanie – w tym dosłownie tysiące gier – powstawało jeszcze dłużej.
Foto: , Licencja CC
ZX Spectrum sprzedano ponad 5 mln sztuk, a w Europie Wschodniej i Ameryce Łacińskiej powstały liczne klony (np. produkcji wrocławskich zakładów Elwro). W Polsce popularność zdobył też oryginał – jego cena nie przekraczała poziomu radzieckiego telewizora Rubin, z tym że do 1984r. użytkownik musiał uzyskać specjalne pozwolenie na import mikroprocesora. Na takim komputerze redaktor Andrzej Kurek opracował logo z czołówki kultowego programu telewizyjnego „Sonda„, a astronom Jan Hanasz z Torunia przeprowadził spektakularny atak hakerski znany pod nazwą „Telewizji Solidarność” (chodziło o nadawanie sygnału nakładającego dywersyjne napisy na obraz TVP1 – wprawdzie tylko w promieniu kilku ulic od nadajnika, ale zawsze). Takie dokonania świadczyły o wcale niemałych możliwościach archaicznego, zdawałoby się, komputera, o ile trafił on w zdolne ręce.
Kieszonkowe kalkulatory i seria komputerów ZX były jedynymi wielkimi sukcesami Clive’a Sinclaira. Dzięki nim biznesmen otrzymał w 1983r. tytuł szlachecki, ale później nie potrafił utrzymać pozycji: już w 1985r., wskutek kolejnych nieudanych wejść nowych produktów, Sinclair Research zbankrutowało i zostało wykupione przez jednego z konkurentów, firmę Amstrad Alana Sugara.
A dlaczego ja tutaj w ogóle opisuję tę historię? Ano dlatego, że jednym z rynkowych niewypałów Sir Clive’a Sinclaira był ciekawy rodzaj elektrycznego samochodziku. Tym mianem – electric car – określała go prasa, choć sam producent świadomie unikał słowa car zastępując je przez vehicle.
Sir Clive Sinclair w swoim wynalazku
Foto: materiał producenta
***
Sinclair pasjonował się elektryką i elektroniką, nic więc dziwnego, że już jako nastolatek, na wakacyjnych praktykach w firmie Solartron, rozprawiał o małych, elektrycznych pojazdach użytku osobistego. Pierwsze kroki w tym kierunku poczynił jednak dopiero w 1979r., w firmie Sinclair Research.
Pierwsza koncepcja, oznaczona Sinclair C1, zakładała elektryczny napęd wehikułu zastępującego rower lub skuter z dodatkową ochroną przed złą pogodą, o zasięgu 30 mil i cenie do 500 funtów (odpowiednik około 1.900 funtów z 2023r.). Lista potencjalnych zalet – którą obecnie wszyscy znamy na pamięć – obejmowała oszczędność miejsca, energii, pieniędzy i środowiska naturalnego w czasie codziennych, wielkomiejskich dojazdów do pracy i sklepu.
Z braku środków na rozwój techniki bateryjnej Sinclair zdecydował się użyć klasycznych akumulatorów ołowiowych i liczył, że po zdobyciu pozycji rynkowej zainteresuje tematem wielkie koncerny, pragnące zostać dostawcami. Taki wybór wprowadzał szereg ograniczeń, ale wydawał się mądry w świetle dotychczasowych doświadczeń z komputerami, gdzie przedstawienie mało użytecznego ZX-80, z jednym kilobajtem pamięci, stworzyło zupełnie nowy rynek i nowe ludzkie pragnienia, pozwalające zarabiać i faktycznie opracowywać kolejne, coraz bardziej zaawansowane produkty. Branża środków transportu była jednak dojrzalsza: od dawna istniała ogromna oferta rowerów, spalinowych jednośladów i samochodów, nowych i używanych, a także rozwinięty transport publiczny. Tworzenie od zera konkurencyjnych alternatyw wymagało gigantycznych nakładów, niewspółmiernie wyższych niż eksplorowanie raczkującego dopiero rynku komputerowego, zapewniającego błyskawiczny przyrost obrotów przy wysokich marżach i słabej lub wręcz żadnej konkurencji.
C1 miał nie przekraczać prędkości skutera, jednak z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu Sinclair zażyczył sobie badań w tunelu aerodynamicznym. Opływowe, designerskie osłony z plastiku, ołowiowe akumulatory i dodatkowe wygody podniosły masę pojazdu do aż 150 kg, a koszt – znacznie ponad planowane 500 funtów, więc w 1983r. projekt zarzucono, zastępując znacznie szerszym i ambitniejszym programem.
Foto: materiał producenta
W marcu 1983r. Sinclair sprzedał część swoich udziałów w Sinclair Research, a z uzyskanych 12 mln funtów pokrył kapitał założycielski nowej spółki Sinclair Vehicles. Postanowił opracować trzy produkty różnych wielkości i mocy, oznaczone C5, C10 i C15. Za najważniejszy uznał ten najmniejszy, ponieważ brytyjski rząd wprowadzał właśnie nową kategorię pojazdów: elektrycznie wspomagane rowery. Ich użytkownicy nie musieli płacić podatku akcyzowego i drogowego, wykupywać ubezpieczenia OC ani nawet posiadać prawa jazdy – wystarczyło ukończenie 14 roku życia. To była niepowtarzalna szansa stworzenia całego nowego sektora przemysłu.
Niestety, były też ograniczenia: ustawa limitowała prędkość takich pojazdów do zaledwie 15 mph, moc – do 0,25 kW, a masę – do 60 kg. Sinclair wiedział, że przy tych parametrach użyteczność będzie niewielka (dlatego przewidział też większe modele), jednak przeważył entuzjazm i szansa zostania pionierem kolejnego sektora. Świeżo upieczony arystokrata tak się zapalił, że nie przeprowadził nawet badań rynkowych by zweryfikować, czy taki wynalazek ktokolwiek zechce kupić.
***
Sinclair C5 opierał się na stalowej ramie w kształcie litery Y. Pojedyncze koło przednie miało średnicę 12,5 cala, dwa tylne – po 16 cali. Nie było żadnego układu zawieszenia – resorowanie i amortyzację zapewniała tylko elastyczność ramy i opon. Całość mierzyła 1.744 x 744 mm, a ważyła 30 kg bez akumulatora i 45 z nim.
Foto: Prioryman, Licencja CC
Polipropylenowe „nadwozie” wykonywano jako pojedynczy element, na zwykłych wtryskarkach (w tamtym czasie był to ponoć najbardziej skomplikowany odlew ciśnieniowy na świecie). Użytkownik przybierał pozycję półleżącą, obsługując rowerowe pedały i kierownicę znajdującą się pod jego udami (producent tłumaczył, że inny układ bardzo utrudniłby wsiadanie i zsiadanie). Na kierownicy umieszczono włącznik zasilania, dozownik mocy i klamki hamulców, a za siedzeniem – schowek na bagaż o objętości jednej stopy sześciennej, czyli 28 litrów.
Foto: Prioryman, Licencja CC
Foto: Prioryman, Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Początkowa cena 399 funtów nie obejmowała wielu zobrazowanych na zdjęciach, a nieodzownych elementów (kierunkowskazów, lusterek, błotników, klaksonu, miękkiej wykładziny siedzenia i odblaskowego masztu przypominającego uchwyt sklepowego wózka). Nie było też żadnej ochrony przed deszczem, zastąpionej… ofertą firmowej, nieprzemakalnej odzieży.
Foto: materiał producenta
Ćwierćkilowatowy silniczek pochodził z włoskiej firmy Polymotor i oryginalnie napędzał wentylatory chłodnic w ciężarówkach. Wbrew reklamom mówiącym o „pojeździe elektrycznym” służył tylko wspomaganiu napędu nożnego: osiągał 4.100 obr/min i za pośrednictwem dwubiegowej przekładni napędzał lewe tylne koło, nadając wehikułowi przepisową prędkość 15 mph. Niestety… tylko przez chwilę.
Foto: Prioryman, Licencja CC
Akumulator firmy Oldham Batteries miał napięcie 12V, pojemność 35 Ah i żywotność 300 cykli ładowania (ładowanie 0-100% trwało aż 8h, 10-80% – 4h). Producent obiecywał zasięg 20 mil, wystarczający w eksploatacji miejskiej, jednak tyle dawało się uzyskać tylko w idealnych warunkach (w temperaturach ujemnych prąd kończył się po kilku milach) i przy optymalnej technice jazdy wybiegami (niemożliwej do zastosowania w mieście). Możliwości hamowania rekuperacyjnego nie było. Na wzniesieniach – wg instrukcji maksymalnie 8-procentowych – prędkość spadała poniżej marszowej, a pobór prądu ogromnie obciążał silnik i całą instalację. W takich sytuacjach, wskutek mocnego nagrzewania się silnika, sterownik odłączał go najdalej po 2-3 minutach, pozostawiając użytkownika z rowerem ważącym 45 kg.
Kontrola naładowania baterii była nieprecyzyjna: składała się z trzech diod (zielonej, żółtej i czerwonej), z których ostatnia oznaczała, że pozostało mniej niż 10 minut pracy. Podobny panel pokazywał pobór mocy – przy zapalonej czerwonej diodzie należało wspomóc silnik nogami.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Szczegóły mechaniczne dopracowywała firma Lotus (która dostarczała też przekładnię i tylną oś), design – 23-letni absolwent wzornictwa przemysłowego, Gus Desbarats. Ten, choć niedoświadczony, ujrzawszy prototyp natychmiast orzekł, że całość należałoby wyrzucić do kosza i zaprojektować od zera, bo jest niepraktyczna i wręcz niebezpieczna. Było już jednak za późno – na poprawki Desbarats dostał osiem tygodni, zdołał więc tylko dodać nieistniejący dotąd bagażnik, kołpaki kół czy „odblaskowy maszt”, bez którego kierowcy większych pojazdów mogli zwyczajnie nie zauważyć tak niskiego wehikułu (maszt ów po pewnym czasie włączono do wyposażenia standardowego).
Przestrzenny potencjał Sinclaira C5
Foto: materiał producenta
***
Nietrafione produkty Anglicy określają piękną frazą: „odpowiedź na pytanie, którego nikt nie zadał”. Do Sinclaira C5 pasuje to jak ulał.
Do produkcji i obsługi swojego wynalazku Sinclair zakontraktował firmę Hoover, znaną z produkcji sprzętu AGD i posiadającą ogólnokrajową sieć punktów sprzedaży i serwisu. Prezentację publiczną zorganizował pod londyńskim Alexandra Palace, 10 stycznia 1983r. – czyli w warunkach zimowych, które uwypuklały mizerną pojemność baterii i brak ochrony przed złą pogodą. Wyjścia jednak nie miał, bo pieniądze już się kończyły, a prasa publikowała coraz więcej przecieków.
Kampania marketingowa kosztowała astronomiczne trzy miliony funtów. Przedstawiała pojazd jako dojrzały i praktyczny środek transportu osobistego. „Pozycja kierującego wzorowana na Fordzie Capri!!” – grzmiały prospekty.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Prasa – wtedy jeszcze wolna od wymogów ideologicznej poprawności – widziała to inaczej i nie zostawiła na wehikule suchej nitki. Reporterowi „The Guardian” bateria padła po siedmiu minutach jazdy, innemu, z „Sunday Times” – „po pięciu jardach” (to oczywiście retoryczna hiperbola, ale bardzo wymowna). „Your Computer” stwierdził, że w lekko pofałdowanym parku wokół Alexandra Palace co rusz rozlegał się brzęczyk ostrzegający o przegrzaniu silnika i nakazujący pedałowanie. W teście uczestniczył sam Sir Stirling Moss – którego uśmiech zaraz ustąpił irytacji z powodu ustawicznego wdychania spalin ciężarówek i wyczerpania baterii po dojeździe na pierwsze wzniesienie. „W zimny, styczniowy dzień musiałem porządnie się spocić” – konkludował 54-latek.
Oczywiście, pedałowanie nieodłącznie wiąże się z poceniem. Tyle tylko, że Sinclair C5 był reklamowany jako pojazd silnikowy: jako taki ważył jak cztery klasyczne rowery, a kosztował jak pięć, niestety w zamian nie oferował nawet symbolicznej przewagi prędkości czy ochrony przed deszczem, a jedynie wygodniejszą pozycję i elektryczne wspomaganie nóg (jak się okazało, mocno iluzoryczne). „Gdyby producent nie nazywał się Sinclair, powiedzielibyśmy, że kompletnie zwariował” – pisał wprost „The Economist”. Niestety, znane nazwisko pomysłodawcy, powszechnie łączone z nowoczesnymi technologiami, niewiele produktowi pomogło.
Pozytywne opinie dotyczyły głównie prostej, instynktownej obsługi (mimo nietypowego położenia kierownicy, do którego człowiek szybko się przyzwyczajał) i pewne zachowanie na drodze – pojazd nie przewracał się nawet przy pełnym skręcie na pełnej prędkości (głównie dlatego, że „pełna prędkość” nie była wysoka, a i zwrotność nie powalała: promień skrętu reklamowano jako „1/3 mniejszy niż w Mini”). Dominowały jednak negatywy: słabowity, notorycznie przegrzewający się napęd, niska prędkość, mała bateria wymagająca długiego ładowania, brak biegu wstecznego wymuszający ręczne obracanie pojazdu, ciężar na tyle duży, by znacząco utrudnić pedałowanie, ale niedostatecznie wysoki by zapobiegać kradzieży przez zwykłe wyniesienie w rękach, wreszcie koszty: producent obiecywał zerowe wydatki na paliwo, ubezpieczenie i podatki, ale ładowanie i wymiana baterii po zaledwie 300 cyklach zbliżały koszt przejechania mili do spalinowych skuterów. Największe obawy budziło jednak bezpieczeństwo.
Dziś tłucze się nam do głów, że bezpieczeństwo zależy niemal wyłącznie od rozwijanej prędkości, ale to bzdura – wystarczy zauważyć, że najmniej wypadków generują autostrady (a jednymi z najbezpieczniejszych są autostrady niemieckie, pozbawione jakichkolwiek limitów prędkości na aż 60% długości). Sekretem jest eliminacja okazji do zderzeń poprzez rozdzielenie strumieni ruchu o różnych prędkościach i kierunkach – tymczasem Sinclair C5, w praktyce często wolniejszy od rowerzystów, był znacznie trudniejszy do ominięcia, wyprzedzenia, a nawet zauważenia, więc pałętając się między samochodami, autobusami i ciężarówkami wprowadzał na drodze mnóstwo chaosu.
Kierowcy ciężarówek – a czasem i aut osobowych – mogli przeoczyć takie maleństwo, również przy zapalonych światłach – małych, słabych i umieszczonych bardzo nisko. Dodatkowy problem zauważył Sir Stirling Moss: twarz jadącego znajdowała się dokładnie na poziomie rur wydechowych autobusów i ciężarówek. Z tych powodów Holandia – najbardziej rowerowy kraj Europy – zakazała importu pojazdu, a British Safety Council wydała rekomendację negatywną (z uzasadnieniem, że wypuszczanie 14-latków w czymś takim na drogi, bez żadnego szkolenia, ubezpieczenia czy ochronnego kasku, jest czystym szaleństwem). Wściekły Sir Clive Sinclair zagroził pozwem sądowym, ale nigdy go nie złożył.
Foto: materiał producenta
W zamian przekonywał, że użytkownik jego pojazdu siedzi wyżej od kierowcy Mini – co w sensie formalnym się zgadzało, jednak w warunkach drogowych zauważalność całego pojazdu oraz różnica prędkości były nieporównywalne (na zdjęciu Gus Desbarats – designer, który nadał pojazdowi ostateczny kształt). C5 szybko zdobył sobie przezwisko „jeża”, bo był równie często rozjeżdżany przez samochody…
Foto: materiał producenta
***
Producent spodziewał się sprzedaży przygotowanego zapasu 2.700 egzemplarzy już w dniu premiery. Zamiast tego sprzedał zaledwie 200, a produkcję zaraz zatrzymał z powodu wadliwego wykonania plastikowych elementów nadwozia. Gdy po trzytygodniowej przerwie taśma ruszyła ponownie, było już wiadomo, że zainteresowania nie ma, więc tempo pracy ustalono na 100, zamiast zakładanych 1.000 sztuk tygodniowo.
Sinclair C5 nie pozostał niezauważony. Poza spektakularną kampanią reklamową mógł liczyć na względy celebrytów: używali go między innymi Sir Elton John, Sir Arthur C. Clarke, a maleńcy jeszcze książęta William i Harry bawili się nim w ogrodach pałacu Kensington. Przy czym – zauważają złośliwi – tylko ci dwaj ostatni byli z pojazdu zadowoleni.
Zdesperowany Sinclair posunął się do zatrudniania „statystów” jeżdżących po Londynie wyłącznie w celu pokazania, że ktoś jego pojazdy kupuje i użytkuje, a gdy akcja wyszła na jaw – tłumaczył, że chodzi o „dodatkowe testy drogowe”. Prawdziwe testy przeprowadzali natomiast dziennikarze i rzeczoznawcy: recenzje The Automobile Association wskazywały maksymalny praktyczny zasięg 8-14 mil, realną prędkość maksymalną 12,5 mph i długofalowe koszty na poziomie Hondy PX50, co też wywołało reakcję ASA (Advertising Standards Authority) – brytyjskiego organu kontrolującego uczciwość reklam. Sinclairowi nakazano korektę materiałów deklarujących wyższe parametry.
Produkcja ostatecznie stanęła w sierpniu 1985. Rozpoczął się proces likwidacyjnej upadłości Sinclair Vehicles, przemianowanej w międzyczasie na TPD Limited. Do tego czasu powstało 14 tys. egz., z czego klienci odebrali 4,5 tys. Ostatnie sztuki sklepy wyprzedawały po 139,95 funta – ledwie 1/3 pierwotnej ceny. Niezapłacone zobowiązania firmy wyniosły 7,75 mln funtów, ale syndyk masy upadłościowej zdołał upłynnić sporą część zapasów (choć po śmiesznie niskich cenach, nawet poniżej 100 funtów). Przykładowo 1.000 pojazdów sprzedał pewnemu Egipcjaninowi, który chciał wynajmować je na terenie kampusu kairskiego uniwersytetu. Ostatecznie wierzyciele spisali na straty ponad milion funtów.
Jeden z likwidatorów, John Sapte, komentował, że kardynalnym błędem było pozycjonowanie C5 jako pełnoprawnego środka codziennego transportu zamiast luksusowej zabawki. „Każde dziecko marzy o takim prezencie pod choinkę” – mówił, a biorąc pod uwagę zadowolenie książąt z Pałacu Kensington trudno nie przyznać mu racji. Inni analitycy dodają, że Sinclair nigdy nie nauczył się badać rynku – zawsze bazował wyłącznie na własnych wyobrażeniach i intuicji. Tak było też tym razem: popyt nie został w żaden sposób oceniony, a specjalistów – Desbaratsa i inżynierów Lotusa – zatrudniono dopiero w końcowej fazie projektowania, do „udekorowania całkowicie błędnego designu„, zamiast do opracowania go od zera, z uwzględnieniem rozpoznanych uprzednio oczekiwań rynku. Zamiast odpowiedzieć na realne zapotrzebowanie, Sinclair zrealizował własną wizję, poświęcając 12 mln funtów z prywatnego majątku i milion z kieszeni nigdy niespłaconych wierzycieli.
Tacy użytkownicy też pojawiali się w prospektach Sinclaira. Nie byli jednak główną grupą docelową, choć najprawdopodobniej powinni.
Foto: materiał producenta
***
Kolejne planowane produkty – elektryczny samochodzik miejski C10 i podróżny C15 – pozostały na etapie wstępnych szkiców. Według założeń miały mieścić odpowiednio dwie i trzy osoby, a rozwijać 40 i 80 mph, jednak przy użyciu klasycznych akumulatorów ołowiowych ich masa, zasięg i czas ładowania nie mogłyby być atrakcyjne, a zaplanowanego programu dopracowania wydajniejszych baterii sodowo-siarkowych Sinclair nawet nie rozpoczął. „Pospieszyłem się o 25 lat” – skomentował po ogłoszeniu upadłości.
Clive Sinclair zmarł 16 września 2021r. w Londynie, w wieku 81 lat. W międzyczasie żył z inwestowania majątku zarobionego na kalkulatorach i komputerach ZX, usiłując dokonywać kolejnych przełomów technologicznych. W latach 90-tych Sinclair Research Ltd składała się już wyłącznie z niego i dwóch inżynierów opracowujących np. odbiorniki radiowe wielkości dziesięciopensówki. Jednak żaden ich produkt nie osiągnął stadium produkcji seryjnej.
Sinclair do końca życia wierzył w przyszłość lekkich, elektrycznych pojazdów osobistych, ale mimo postępów techniki bateryjnej nie zdołał sfinalizować ani projektu X-1 z 2010r. ani Iris eTrike’a z 2017. Wtedy nie twierdził już, że „się pospieszył”, tylko że świat nie docenia genialności tych wynalazków. Zapomniał przy tym, że rolą przedsiębiorcy jest dostarczanie tego, czego chcą klienci, a nie swych własnych wyobrażeń. I o ile częścią przedsiębiorczości jest oczywiście eksperymentowanie i wynajdowanie nowych produktów – wszak bez tego cywilizacja nigdy by nie ruszyła – to czasem trzeba pogodzić się z faktem, że innowacja nie zostanie zaakceptowana, bo klienci nie uznają jej za wartą ich pieniędzy. Wizja twórcy nie zawsze odpowiada potrzebom ogółu – to normalne biznesowe ryzyko, z którym należy się liczyć przy każdej inwestycji i które też daje się zawczasu zbadać. Tego jednak Sir Clive Sinclair nie robił nigdy, dlatego też – mimo niewątpliwego talentu i kreatywności – prawdziwymi hitami, prawdziwie trafiającymi w realne zapotrzebowanie, okazały się tylko dwa spośród jego niezliczonych produktów: w latach 70-tych pierwsze tanie elektroniczne kalkulatory, w 80-tych – komputery ZX.
Mimo wszystko istnieją ludzie, którzy na Sinclairze C5 potrafili zarobić: to ci, którzy kupili od syndyka ostatnie pojazdy, bo przewidywali, że niedługo staną się one przedmiotami kolekcjonerskimi. W pewnym momencie wehikuł dało się kupić za 70 funtów – tymczasem po kilku latach za nieużywany egzemplarz w fabrycznym kartonie kolekcjonerzy płacili nawet 6.000!!
Dziś ceny spadły już poniżej 1.000, przy znacznie słabszym funcie, więc zakupy „inwestycyjne” straciły sens. Wciąż jednak istnieje garstka fanów Sinclaira C5, którzy spotykają się, bawią, a czasem nawet instalują spalinowe silniki zdolne rozpędzić leciutką skorupę do ponad 200 km/h (podobno wehikuł prowadzi się znośnie do około 150 km/h, nie wiem tylko jak z hamowaniem). Być może na takim właśnie rynku należało się skupić, a na poważne potrzeby transportowe odpowiadać w poważny sposób?
Foto: Prioryman, Licencja CC
Foto tytułowe: Grant Mitchell, Licencja CC
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Ciekawostką jest Polska firma CLIC która nie dała rady.
Może po prostu zapotrzebowanie na takie ustrojstwa jest mniejsze niż wydaje się różnym filozofom?
Nie zgadzam się. Te jak to nazywasz ustrojstwa w dzisiejszej wersji znane jako Fiat topolino albo Citroen Ami bardzo sprawnie poczynają sobie po wielkich miastach
A ile ich jeździ?
One mogą sobie sprawnie poczynać w miastach, ale są osobnym bytem, przeznaczonym tylko do centrów miast i nigdzie indziej. Ludzi skłonnych kupić osobny pojazd do miasta (jako jedyny lub jeden z kilku) nie będzie raczej zbyt wielu.
Jeżeli nie wtrąci się jakaś władza to istotnie nie bardzo. Ot – kei cary. Właściwie to się sprzedaje tylko w Japonii. Ale głównie dlatego, że przepisy faworyzują podobne wynalazki, a z drugiej strony, stety czy niestety, penalizują alternatywne (wyższe podatki, wymogi miejsc parkingowych itp.).
Tak więc przy wolnym rynku zapewne popyt na coś Sinclairopodobnego będzie znikomy. Chyba, że władza zakaże większych pojazdów, albo dowali gigantyczne opłaty i wprowadzi obostrzenia. A, ekhem, my w Europie zmierzamy właśnie w tym kierunku.
W czasach C5 zasadniczo władza faworyzowała ten wynalazek, bo zwolniła go z wszelkich podatków, a nawet obowiązku ubezpieczenia i posiadania przez kierowcę prawa jazdy. Ale ogromna większość ludzi posiada prawko oraz jakiś samochód (już i tak ubezpieczony i opodatkowany), więc odsetek takich, którzy kupią DODATKOWO pojazd czysto miejski będzie niewielki.
Ewentualnie można liczyć na ludzi zamożnych i wylansować takie ustrojstwo jako „produkt lifestylowy”, ale musiałby on być znacznie bezpieczniejszy, pojemniejszy, no i z wyższą mocą (a to z kolei zabrałoby mu wszystkie administracyjne przywileje). Taką drogą próbował iść np. Smart – i jak wiadomo, furory nie zrobił, choć przez ileś lat był w europejskich metropoliach dość częstym widokiem. No ale Sinclairowi C5 do Smarta brakowało ogromnie dużo…
o kurde, mam taki telewizorek, tylko że ruski „Rówieśnik” , taki sam jak tu:
https://www.elektroda.pl/rtvforum/topic2866240.html
ciekawe, jak bardzo jest zerżnięty z Sinclaira, znając życie to tak bardzo jak się tylko dało, dostosowując do radzieckich elementów, w końcu Spectruma też podrabiali 🙂
Na elektronice zupełnie się nie znam, ale faktycznie, Spektrusie pół świata podrabiało, więc może telewizorki też 🙂
strasznie kiepskie te osiągi, to już lepiej i dłużej jeździ „dżipek” który córci zrobiłem poprzez przerobienie takiego plastikowego samochodzika elektrycznego – wywalenie orginalnego „napędu” czyli 2 silniczków od wkrętarek z przekładniami i w to miejsce zamontowanie zespołu napędowego z maszyny sprzątającej (most z silnikiem na 24V), do tego 2 akumulatory 12V 18Ah i sterowanie na stycznikach R15 (bez regulacji prędkości) i ze 3 godziny można tym jeździć po polu na oczywiście starych akumulatorach
Osiągi słabe, bo ograniczała je ustawa – chcąc jeździć bez prawka, podatków i OC musiałeś się dostosować. Planowane były mocniejsze wersje, ale tam nie było żadnych taryf ulgowych.
a o tej akcji z telewizją Solidarność to nie słyszałem nawet, a super fajne i ciekawe!
szkoda tylko że tak bezmyślnie dali się złapać, zamiast to nadawać gdzieś np z maszynowni windy w jakimś niepowiązanym z nimi wieżowcu, za każdym razem gdzie indziej…
Artykuł jak zwykle doskonały – poszerzył moje horyzonty. A historia z „Telewizją Solidarność” niesamowita – przypomina mi się historia mojego wujka – wynalazcy, który pod koniec lat 80-tych miał mały zakład rzemieślniczy produkujący witraże, lampy witrażowe itp. – w pewnym momencie uznał, że ułatwi sobie pracę, zatem z wymontowanych ze starych zabawek silniczków elektrycznych skonstruował maszynę do wycinania kształtów w szkle, napisał do zbudowanej przez siebie maszyny oprogramowanie na Atari i po podłączeniu do komputera maszyna wycinała kształty rysowane na ekranie – zawsze uważałem, że gdyby mieszkał w USA, to byłby wizjonerem na miarę Jobsa, chociaż on się śmiał, że gdyby mieszkał w USA, to pewnie po prostu kupiłby podobną maszynę w sklepie.
Kupiłby w sklepie, albo zacząłby sprzedawać swój program i pisać podobne, na czym zrobiłby na tym większą kasę niż na cięciu szkła 🙂
Sympatyczny wpis, ale doczepie się do jednej rzeczy. To nie czołówka programu Sonda została zmontowana na ZX spectrum, tylko samo logo programu 😉
OK, dzięki za poprawkę
Faktycznie, pomysł ma kilka słabych punktów i nie bez powodu po ciasnych miastach południa zasuwają skuterki a nie takie mikrosamochody i takie pojazdy. Ale producenci, np. Renault Twizzy dalej próbują podobną koncepcję co jakiś czas.
Jak ciekawostka to wspołczesne Velomobile (np. Milan) mają osiągi dużo lepsze a napędzane są tylko siłą mięśni. Choć do miasta też nie nadają się zbytnio.
Ile waży Velomobile?
Poza tym przypominam, że maksymalną prędkość narzucała ustawa. Producent planowałmocniejsze wersje, ale za nie trzeba by płacić podatki, ubezpieczenia, no i mieć prawo jazdy. C5, jako model bazowy, byłz tych obowiązków zwolniony, ale kosztem uciążliwych ograniczeń.
Współczesne Velomobile ważą około 25-30kg. Wspomniany Milan SL 25kg.
Tak trochę nie na temat , ale realia z epoki z tej strony muru .
Timex 2048 , portugalski klon ZX Spectrum , ale mechanicznie dopracowany , w Składnicy Harcerskiej w dniu 30 września 1988 roku kosztował 140 000 zł .
Ile to było ?
Średnia krajowa miesięczna w 1987 wynosiła 29 tysięcy , w 1988 było 53 tysiące a w 1989 już 206 tysięcy . Taka to inflacja była . Rachunek do tej pory w archiwum rodzinnym leży .
A wozidełko zacne , do rekreacji po parkowych alejkach , sam bym pociechom kupił.
Mocno nie na temat się wypowiem – ale jeśli mowa o ważnych postaciach dla rozwoju techniki komputerowej, jak Gates, Sugar, Tramiel, Sinclair itp., to moim skromnym zdaniem nie można, wręcz nie wolno nie wymienić Jaya Minera. Facet jest z reguły pomijany, a zdecydowanie jest znacznie ważniejszą postacią od Tramiela, Sugara, czy Sinclaira. Gates to inna branża 🙂
Oczywiście nie mam absolutnie pretensji o to do szacownego Autora, bo to i tak nie temat na Automobilownię – tak tylko chciałem dorzucić swoje zupełnie nieistotne trzy grosze.
Oczywiście, to Jay Miner stworzył Amigę, mój ulubiony system ever, na którym się wychowałem. Tyle że jego mało kto kojarzy niestety.
PS on też już nie żyje 🙁 A urodził się w 1934r. – to kompletnie nie jest rocznik kojarzony z komputerowcami, prawda?
podobnie jak Steve Woźniak, który to opracowywał i konstruował komputery Apple 1 i 2, będąc później praktycznie pominięty przez Jobbsa…
@benny_pl – Jobs to kolejny przypadek geniuszu, który nie znosił krytyki i uważał potencjalnych klientów za idi…ów. Miał przy tym po prostu odrobinę więcej szczęścia niż Sinclair i wyznawców traktujących go jak boga.
W temacie pojazdu z artykułu – na żywo taki pojazd można zobaczyć w Polsce w Muzeum Historii Komputerów i Informatyki w Katowicach. Sporo historii interesów Sir Cliva można zobaczyć w produkcji BBC „Micro Men”, do obejrzenia na YT – youtube.com/watch?v=XXBxV6-zamM
Instytucja pilnująca prawdy w reklamach 0_o kosmos… Ciekawe, czy jeszcze istnieje;)
A w tym wehikule pewnie sprawdziłby się jakiś tuning – tak jak jakieś 20 lat temu, jak byliśmy w gimbazie, kolega w swoim skuterze rozebrał silnik, wsadził inne pierścienie, tłok, i takim domorosłym strokerem zwiększył mu pojemność chyba na ponad 70 cm i vmax też prawie 2 x ponad skuterową normę:)
Moim zdaniem, ZX Spectrum był wtedy tym w świecie mikrokomputerów, czym obecnie jest Dacia w motoryzacji. Za to też doceniam Sinclaira, że stworzył najtańszy komputer o – w miarę – przyzwoitych parametrach. Bo sztuką jest zrobić coś niedrogiego i dobrego 🙂