SILVA RERUM: MUZYCZNY PRZERYWNIK – CHŁOPAKI Z PLAŻY

 

Ostatnia część MUZYCZNEGO PRZERYWNIKA będzie dotyczyć Chłopaków z Plaży (po angielsku Beach Boys). To kultowy amerykański zespół rockowy, założony w 1961r. i działający praktycznie do dziś, choć wszystkie jego ważne dokonania miały miejsce przed rokiem 1967.

Liderem, producentem, kompozytorem, aranżerem, wokalistą i basistą grupy był zmarły niedawno Brian Wilson (20 czerwca 1942 – 11 czerwca 2025). Pozostali członkowie zmieniali się wielokrotnie, ale najważniejszymi byli Mike Love, Bruce Johnston, Carl Wilson i Dennis Wilson. Charakterystyczny styl łączył elementy najstarszego rock’n’rolla i rhythm & bluesa, a pobocznie też innych kierunków, od jazzu po muzykę klasyczną. Brzmienie charakteryzowała intensywna eksploatacja harmonii głosowych i innowacyjnych technik nagrywania, a teksty największych przebojów – tych sprzed 1967r. – koncentrowały się na zabawowych aspektach życia amerykańskich nastolatków: mitycznej „kulturze kalifornijskiej plaży”, imprezach, surfingu i… oczywiście mocnych, ośmiocylindrowych samochodach.

Z czasem zaczęto wyróżniać cały muzyczny gatunek pt. California sound, który powoli dojrzewał i z początkiem lat 70-tych zajął się głębszymi tematami – włącznie z retoryką antywojenną i anty-establishmentową, rewolucją seksualną czy narkotykami. Widać to np. w twórczości grup Mamas & Papas, The Byrds czy chyba najsłynniejszej The Eagles, jednak za prekursora uchodzą właśnie Beach Boys i ich wczesne, dziecinnie naiwne kawałki. Sam Brian Wilson nie lubił przyklejanej jego dziełom pogardliwej łatki surfin’ music (jak na ironię, żaden członek grupy surfować nie umiał) i wielokrotnie tłumaczył, że jego kiczowaty styl był całkowicie świadomym wyborem, mającym na celu przełamanie sztywniactwa epoki prezydenta Eisenhowera.

Gdy to się ostatecznie udało, zespół faktycznie rozwinął ambitniejsze formy. Kulminacją miał być psychodeliczny, wielowarstwowy album „Smile„, nad którym Wilson pracował pomiędzy połową 1966 i 1967 roku, planując uczynić go dziełem swego życia. Skończyło się jednak smutno: artysta doznał załamania nerwowego i uznał, że publika nie jest jeszcze gotowa na taką sztukę, więc nie dokończył „Smile” i w dużym stopniu wycofał się z działalności.

W nieoficjalnym obiegu krążyło wiele materiałów łączonych z niewydanym albumem, który sam w sobie obrósł wieloma legendami. Dopiero w 2011r. oficjalnie ukazał się krążek pt. „The Smile Sessions. Podobno nie do końca odpowiada on pierwotnemu zamysłowi Wilsona, choć skala różnic jest szeroko dyskutowana i przez większość fanów uważana za niewielką.

Po 1967r. Beach Boys nadal grali i nagrywali. Postrzegani już raczej jako relikt minionej epoki, zdążyli mimo wszystko zostać jednym z najbardziej wpływowych zespołów rockowych wszech czasów: sprzedali ponad 100 mln płyt, do pierwszej setki amerykańskiej listy przebojów wprowadzili aż 40 piosenek i trafili na 12 miejsce skompilowanej przez magazyn „Rolling Stones” listy największych muzycznych twórców w dziejach.

Ja sam Beach Boysów poznałem już jako oldboyóww teledysku „Kokomo” z 1988r., nakręconym na Florydzie i bardziej pasującym do leniwego cruisingu niż do beztroskich ekscesów rock’n’rollowej młodzieży z Kalifornii lat 60-tych. Jednak największe przeboje grupy łączyły się właśnie z tym zabawowym światem i… nader często opiewały kultowe amerykańskie samochody szczytowej Epoki Chromu. Stąd też pomysł na ich zestawienie w niniejszym wpisie.

Skład Beach Boys z 1964r.: Brian Wilson, Dennis Wilson, Carl Wilson, Al Jardine i Mike Love

Foto: public domain

***

Wczesne lata 60-te to szczyt popularności surfin’ music, a równocześnie amerykańskiej kultury hot-rodowej. Pokolenie baby boomers, urodzone w pierwszych latach po wojnie i wychowywane w czasach żywiołowego rozwoju gospodarki, jako pierwsze w dziejach nie znało smaku biedy. Życie ówczesnych nastolatków upływało na nieustannym poszukiwaniu zabawy, a nadpodaż tanich aut używanych – czasem otrzymywanych w prezencie od kupującego nówkę ojca czy dziadka – zmotoryzowała milionowe rzesze młodzieży. Zrodziło to oczywiście niebezpieczeństwa w rodzaju powszechności nielegalnych wyścigów, ale przede wszystkim wytworzyło specyficzną kulturę, sugestywnie przedstawioną w wielu filmach (z których najsłynniejszym jest chyba „American Graffiti” George’a Lucasa z 1973r.), grach komputerowych (np. „L. A. Noire” albo opisywanej tu kiedyś „Street Rod), oraz oczywiście w niezliczonych przebojach rockowych.

Teksty tych przebojów najczęściej opowiadały o krótkich i burzliwych relacjach damsko-męskich (z którymi baby-boomers, znów jako pierwsi w historii, zupełnie przestali się kryć), zawieranych podczas nocnego krążenia po głównych ulicach małych amerykańskich miasteczek, za kierownicami ośmiocylindrowych krążowników, a potem muscle-cars. Beach Boys należeli do czołowych twórców tego (pod)gatunku.

Jednym z lepszych, choć nieszczególnie znanych przykładów jest piosenka „Car Crazy Cutie„, opisująca dziewczynę „strzelającą ze sprzęgła” i „ze smarem za paznokciami„, za którą szaleją wszyscy bywalcy wyścigów na ćwierć mili, ale która też studzi nazbyt wybujały temperament swojego chłopaka.

 

Takich kawałków Beach Boys nagrali dziesiątki. Większość z nich nie wspomina żadnego konkretnego modelu samochodu, ale istnieje kilka wyjątków. To na nich – i rzeczonych samochodach – skupimy się w artykule.

***

Spośród samochodziarskich piosenek Beach Boysów w pierwszej kolejności na myśl przychodzi „Little Deuce Coupe„: termin ten oznacza coupé Forda z 1932r., czyli pierwszy w świecie tani samochód z silnikiem V8, który po latach stał się najpopularniejszą bazą do budowy amatorskich wyścigówek, tzw. hot-rodów.

Trend ten rozpoczął sam Edsel Ford, który kazał połączyć seryjne podwozie z jednostkowo zbudowaną, pozbawioną drzwi karoserią z aluminium, niezwykle niską i smukłą. Zanim na rynku pojawiły się prawdziwe muscle-cars, młodzież uwielbiała klecić mniej lub bardziej profesjonalne hot-rody, wykorzystujące ramy i wszelkie części wyciągane za bezcen ze złomów.

Foto: Jim Evans, Licencja CC

Hot-rodderzy zazwyczaj wyrzucali z samochodu, co tylko mogli, żeby obniżyć masę. Zakładali nowsze, hydrauliczne hamulce (u Forda dostępne dopiero od rocznika ’39), z grubsza dostosowywali konstrukcję do aktualnych przepisów (np. wymieniając reflektory na obowiązkowe sealed beam) i tuningowali mechanizmy stosownie do posiadanego budżetu. Oryginalne 3,6-litrowe bloki silnika często wymieniali na czterolitrową wersję z Mercury’ego. Najczęściej (choć nie zawsze) zachowywali rozrząd dolnozaworowy, ograniczając się do modyfikacji kolektorów, gaźników, a w radykalnych projektach dodawali nawet kompresory doładowujące.

W powojennej Ameryce masowo produkowano repliki fordowskich dolnozaworowych V8-mek i karoserii z lat 1932-34 – głównie coupé i roadsterów – reprezentujące bardzo różne półki cenowe.

„Umiarkowany” hot-rod na trójokiennym coupé z rocznika ’34…

Foto: Holly Cheng, Licencja CC

…i bardzo radykalny projekt z obniżonym dachem i osiami, zdjętymi błotnikami, tarczowymi hamulcami i czterema gaźnikami z dolotem typu tunnel ram (dającym namiastkę doładowania poprzez spiętrzanie mas zasysanego powietrza)

Foto: public domain

Od połowy lat 60-tych dostępność niedrogich i piekielnie mocnych muscle-cars ograniczyła popularność hot-rodów, a tych, którzy wciąż woleli garażowy tuning, skłoniła do przejścia na nowocześniejsze silniki Hemi Chryslera, Windsor V8 Forda, small-blocki Chevroleta albo lekkie, aluminiowe 215-tki Buicka (znane też w Europie, dzięki licencji zakupionej przez British Leylanda). Jednak prawdziwym symbolem tej kultury na zawsze pozostały oryginalne dolnozaworowe Deuce Coupe Forda.

Brian Wilson z zespołu Beach Boys nie był samochodziarzem, ale miał hot-rodowych przyjaciół. Jeden z nich, Roger Christian, napisał tekst piosenki „Little Deuce Coupe„.

Piosenka opiewała „najszybszy wózek w mieście„, który „objeżdża Thunderbirdy, jak gdyby stały„, ma rozwiercone cylindry, wydłużony skok tłoka i powiększone zawory (tak, tekst opisuje te szczegóły). Dzięki temu „z gazem w podłodze jedzie sto czterdzieści [mil na godzinę]”, „zostawia gumowe ślady na każdym biegu” i „mógłby fruwać, gdyby miał skrzydła„, choć z drugiej strony „nieco trudno nim kierować„. Właściciel chwali się wyczynowym sprzęgłem, czterobiegową skrzynią z drążkiem w podłodze („four-on-the-floor„), mruczeniem wydechu przechodzącym gwałtownie w ryk, a przede wszystkim tym, że to cudo jest jego własnością („there’s one more thing – I got the pink slip” – pink slip to slangowe określenie odpowiednika naszego dowodu rejestracyjnego, który zresztą i u nas przez wiele lat był różowy). Bo pamiętajmy, że wciąż mowa o nastolatkach.

Wypada też pokazać wspomnianego tu mimochodem Thunderbirda: ponieważ piosenka pochodzi z 1963r., chodzi zapewne o generację III, produkowaną pomiędzy 1960-63r. Inaczej niż generacja pierwsza, mieścił on cztery osoby i kładł nacisk na komfort, ale ponieważ dysponował 6,4-litrowym V8 o mocy 300 KM (opcjonalnie – 340 KM), „objeżdżanie go, jak gdyby stał” było nie lada osiągnięciem tunera przedwojennych dolniaków, wychodzącego od fabrycznego poziomu 65 KM.

Thunderbird – też produkt Forda – miał być autem luksusowym, zupełnie innym niż masowo wytwarzane dolnozaworówki z lat 30-tych. Jednak w oczach nastolatków liczyło się głównie przyspieszenie, a pod tym względem nowe naonczas coupé było godnym rywalem chałupniczych hot-rodów. Na zdjęciach – Thunderbird ’63.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

***

Samemu Thunderbirdowi Beach Boys poświęcili osobną piosenkę pt. „Fun, fun, fun„. Znamienne jednak, że jej tekst mówi o dziewczynie, która „wzięła samochód ojcu” – bo młodzież nie tyle nie miała pieniędzy na takie fury (w 1964r., z którego pochodzi utwór, najstarsze Thunderbirdy miały 9 lat i na pewno kosztowały już grosze), ale przede wszystkim preferowała inny, bardziej dynamiczny styl.

Rzeczona dziewczyna „właśnie przejechała pod hamburgerownią” (w takich miejscach gromadzili się często uliczni ściganci), „chyba zapomniała o bibliotece, o której mówiła staremu” i „śmiga tak szybko, jak tylko potrafi„. Przy niej „Indy 500 wygląda jak rzymskie wyścigi rydwanów„, więc chłopaki próbują ją gonić, ale nie dają rady. „Ona będzie się BAWIĆ, BAWIĆ, BAWIĆ – aż stary zabierze jej T-Birda” – mówi refren. A gdy to się już stanie – no cóż: mogła się spodziewać, że kłamstwo będzie mieć krótkie nogi, ale… to nie szkodzi, bo „teraz pojedzie ze mną, na pewno nie będziemy się nudzić, tylko BAWIĆ, BAWIĆ, BAWIĆ – teraz, kiedy stary zabrał ci T-Birda„. Ależ oni mieli młodość, nie…? Bo najciekawsze jest to, że to wcale nie były mokre sny, tylko codzienność ówczesnych amerykańskich nastolatków.

***

Były dwa Fordy, kolej na General Motors.

W 1962r. – rok przed nagraniem „Little Deuce Coupe” – Beach Boys wypuścili piosenkę „409„. Główną rolę grał w niej Chevrolet 409, czyli najmocniejszy dostępny wtedy model najpopularniejszej samochodowej marki Ameryki.

Liczba 409 oznacza tu pojemność silnika w calach sześciennych – po naszemu 6,7 litra. Chodziło o największą wersję motoru nazwanego big-blockiem, który zadebiutował w 1958r. jako 348-calowy (5,7 litra), uzupełniając podstawowe small-blocki. Ponieważ w ówczesnym Detroit właśnie rozpoczynał się autentyczny wyścig zbrojeń, duchowy ojciec Chevroleta Corvette, inżynier Zora Arkus-Duntov, dostał zadanie przygotowania na sezon ’61 czegoś naprawdę miażdżącego.

I chyba mu się udało, bo 409-tka z niebotycznym sprężaniem 11:1 osiągała 360 KM, czyli czterokrotność mocy topowego spośród niewyczynowych Porsche 356

Foto: materiał producenta

W teście magazynu „Motor TrendChevrolet Impala SS 409 przejechał ćwierć mili w 14,02 sekundy. W późniejszych rocznikach pojawiły się jeszcze ostrzejsze wersje 380-, 400-, 409 i 425-konne, jednak w momencie nagrywania piosenki „409” szczytem było 360 KM.

Foto: D. Miller, Licencja CC

She’s real fine, my four-oh-nine…!!„. Tekst piosenki stworzył producent muzyczny, Gary Usher, który jednak nie popisał się kreatywnością: w pierwszej zwrotce dowiadujemy się tylko o „zbieraniu każdego grosza” na zakup 409-tki (która skądinąd kosztowała niebagatelne 3.500$), zaś z drugiej pośrednio wynika, że uzbierać się już chyba udało, bo auto „wykręca najlepsze czasy„, będąc wyposażone w czterobiegową skrzynię, dwa poczwórne gaźniki i dyferencjał PosiTraction. Podobno słyszalny na początku ryk silnika został nagrany przed domem Briana Wilsona, a wygenerował go samochód należący do Gary’ego Ushera – dużo słabszy niż 409-tka, ale przynajmniej noszący markę Chevrolet.

***

Szczyt popularności Beach Boys zbiegł się w czasie z premierą drugiej generacji Corvette’y – samochodu uwielbianego przez wszelkich ulicznych ścigantów. Piosenka o niej ukazała się jeszcze w tym samym roku 1963.

Corvette C2 to moja ulubiona generacja: kiedyś dlatego, że była topowym sprzętem w amigowskiej grze „Street Rod„, dziś bardziej z powodu mocy big-blocków połączonej ze wspaniałą stylistyką – niebywale muskularną, przywodzącą na myśl kopalne gady, a jednocześnie proporcjonalną i niepozbawioną niemalże europejskiego wdzięku (zgodnie zresztą z pierwotną ideą Corvette z 1953r.).

Corvette II była zwana Stingray („płaszczka”) i miała w sobie coś z Jaguara E-Type – szczególnie na fabrycznych „turbinowych” felgach z centralną nakrętką. Podzielone tylne okno – zwane po angielsku split-window i wyróżniające wyłącznie rocznik ’63 – było ponoć inspirowane przedwojennym Bugatti 57 Atlantic. Zostało chłodno przyjęte ze względu na ograniczanie widoczności, ale gdy w kolejnych latach producent z niego zrezygnował, fani natychmiast za nim zatęsknili (podobny los spotkał udawane wloty powietrza w masce, również usunięte po jednym sezonie). Dziś właśnie egzemplarze split-window osiągają najwyższe ceny.

Foto: materiał producenta

Foto: materiał producenta

Podstawowa Corvette C2 była napędzana 327-calowym (5,4-litrowym) small-blockiem o mocach 250-365 KM, później równolegle oferowano big-blocki o pojemnościach 396 lub 427 ci (6,5 / 7 litrów), rozwijające 390-435 KM. Rocznik ’63 – ten z podzielonym oknem – mógł mieć tylko najmniejszy silnik i maksymalnie 340 KM, a za dopłatą – elektroniczny zapłon Delcotronic.

Tekst piosenki „Shut Down” napisał znów Roger Christian: opowiada on o podmiejskim wyścigu z bliżej niezidentyfikowanym produktem Chryslera, napędzanym 413-calowym silnikiem Max Wedge: była to bardzo rzadka opcja dostępna w średniej wielkości Plymouthach i Dodge’ach, czyli coś w stylu wczesnego muscle-car, z czasów sprzed zdefiniowania tego gatunku. Moce wynosiły 410 lub 420 KM (przy stopniach sprężania 11 i aż 13,5:1).

Piosenka nie wspomina marki i modelu rywala Corvette’y, podaje za to wiele smakowitych szczegółów. Akcja rozgrywa się na szerokim, prostym odcinku drogi. Chevrolet – wyposażony we wtrysk paliwa i opony typu slick – początkowo zostaje w tyle z powodu słabej trakcji. Po wrzuceniu dwójki sytuacja się odwraca: pedał można wcisnąć do dechy, dwa czterogardzielowe gaźniki wciągają hektolitry paliwa – i mimo że tarcza sprzęgła zaczyna się smażyć, chryslerowski tunnel ram nie potrafi dorównać układowi wtrysku, więc przewaga przeciwnika topnieje.

Czy rywala udało się dogonić? Tego zasadniczo nie wiemy: choć końcowe słowa „buddy, now I shut you down” można interpretować jako okrzyk triumfu, to tekst ma zakończenie otwarte, a utwór pt. „Shut Down, pt II” jest już wyłącznie instrumentalny…

***

Chevroleta Corvette często porównywano do Jaguara E-Type’a – nie tylko z powodu zewnętrznego podobieństwa, ale też podobnych osiągów i… cen. To rzadka sytuacja, bo sportowe auta europejskie były zazwyczaj znacznie droższe i wolniejsze od amerykańskich, tymczasem w 1963r. 265-konny Jaguar XKE – tak nazywał się w Stanach E-Type – kosztował 5.495$, czyli ledwie 1.400 więcej od Chevroleta. Wyścig obu modeli – podobny do relacjonowanego w piosence „Shut Down” – opiewał utwór „Dead Man’s Curve” duetu Jan & Dean, natomiast rok wcześniej Beach Boys nagrali „Our Car Club„.

Oto amerykańska specyfikacja Jaguara XKE, który w „Our Car Club” występował obok opisanych już wcześniej Deuce Coupe, Corvette Stingray i tajemniczego rail job (tym mianem określano slangowo wczesne dragstery – składające się z dwóch szyn pełniących funkcję ramy, wielkiego silnika i… mało czego innego).

Foto: Greg Gjerdingen, Licencja CC

Piosenka opowiada o paczce chłopaków dysponujących wymienionymi wyżej, bajeranckimi samochodami i myślących o założeniu szpanerskiego klubu. Klub będzie miał sponsora, składki członkowskie i firmowe kurtki, a jego celem będzie pokazywanie wyższości nad konkurencyjnymi klubami. Na razie nic nie wyszło poza etap mglistego marzenia, choć samochody są jak najbardziej realne – więc jeszcze raz powtórzę, że ta realność, wśród bądź co bądź młodzieży, szokuje dzisiaj najbardziej.

***

Już znacznie później, w 1975r., Beach Boys wydali piosenkę „Spirit Of America„. Sławiła ona tak samo nazwany, eksperymentalny pojazd odrzutowy, którym w listopadzie 1964r., na słonej pustyni Bonneville w pobliżu Salt Lake City, niejaki Craig Breedlove pobił absolutny rekord prędkości na lądzie przełamując barierę 600 mph.

966 km/h, bez odrywania kół od ziemi – to wielkie osiągnięcie sprzętu i człowieka, które umożliwił odrzutowy silnik General Electric J47, kupiony przez Breedlove’a z wojskowego demobilu za całe 500 dolarów. Spirit Of America trudno nazwać samochodem, lecz mimo to wehikuł doczekał się swojej piosenki.

Foto tytułowe: Insomnia Cured Here, Licencja CC

Słone równiny Bonneville widziały trochę dziwnych rzeczy, ale najdziwniejszą z nich był odrzutowiec bez skrzydeł” – tak rozpoczyna się piosenka. W drugiej zwrotce pojawia się nazwisko Breedlove’a, a w trzeciej – nawet model użytego silnika.

 

Ciekawe dlaczego „Beach Boys” wybrali akurat wyczyn Breedlove’a, a nie cztery lata późniejszy rekord Gary’ego Gabelicha, wynoszący 1.001 km/h? Być może dlatego, że w USA, gdzie nie używa się jednostek metrycznych, 600,6 mph wygląda ładniej niż 630, jakieś znaczenie może też pewnie mieć nazwa Spirit of America (odrzutowiec Gabelicha zwał się Blue Flame). Odrobinę dziwi powolne, wręcz flegmatyczne tempo piosenki – ale w roku 1975 obowiązywała zupełnie inna estetyka muzyczna niż kilkanaście lat wcześniej.

***

To oczywiście nie wszystko. W twórczości Beach Boysów samochody są wszechobecne, a niektóre z nich – przede wszystkim Deuce Coupe i Corvette Stingray – pojawiają się wielokrotnie, w różnych piosenkach.

Przykładowo, „Ballad of Ole’ Betsy” opowiada o Fordzie z 1932r., noszącym tytułowe imię. Betsy „widziała więcej niż ja kiedykolwiek zobaczę„, była „wierniejsza niż jakikolwiek przyjaciel„, „miała już innych, zanim spotkała mnie, ale teraz, kiedy jest moja, oni wszyscy muszą o niej zapomnieć„, „przeszła wiele, ale nigdy nie narzekała” i „nawet jeśli jest tylko zardzewiałym żelazem, to dla mnie – szczerym złotem„. Tutaj spokojne, balladowe tempo pasuje lepiej niż do „Spirit of America„.

Little GTO” to cover nagrania grupy Ronnie and The Daytonas, w którym główną rolę gra kultowy Pontiac GTO ’64 – często uznawany za pierwszego przedstawiciela gatunku muscle-car, bo łączący „średni” rozmiar nadwozia z „dużym” silnikiem (389 ci = 6,5 litra). W rzeczywistości takie połączenia występowały już wcześniej (patrz choćby wspomniany wyżej Plymouth/Dodge z motorem 413-calowym), ale to General Motors najskuteczniej pomysł wypromowało. Egzemplarz z piosenki ma trzy podwójne gaźniki, cztery biegi i oczywiście silnik 389 („three deuces and a four speed and a three-eight-nine„), dzięki czemu regularnie objeżdża dragstery. Słowem – beach boysowy standard, nawet jeśli nagranie jest coverem.

Zupełnie nietypowy, jak na Amerykę, jest natomiast kawałek zatytułowany… „Little Honda„. Pochodzi on z 1965r., kiedy w USA „mała Honda” mogła być tylko jednośladem – i faktycznie, w tekście słyszymy o pójściu do salonu Hondy w celu zakupu takiego pojazdu. „To nie jest wielki motocykl, tylko malutki motorower, ale zabawniejszy od stada małp!!„, „Zabiorę cię wszędzie, gdzie tylko chcesz„, „Lepiej włączę światła, żebyśmy mogli jeździć wieczorem…”. Mówiłem już, że to młodzieżowe piosenki?

Młodzieżowe i w pewnym sensie kontrkulturowe, choć z czasów, kiedy kontrkulturowość nie wiązała się jeszcze z życiem w komunach, odmawianiem służby wojskowej i zażywaniem LSD, tylko najwyżej ze spędzaniem wieczorów za kierownicą i jeżdżeniem bez wyraźnego celu w kółko po kilku tych samych kwartałach ulic. Chociaż…

Chyba najsłynniejsza spośród „surfingowych” piosenek Beach Boys, pt. „I get around„, nie wymienia wprost żadnego konkretnego modelu samochodu, opowiada natomiast o jeżdżeniu od miasta do miasta, ponieważ „nudzi mnie szwendanie się wzdłuż jednej jedynej ulicy„. „Zawsze zabieramy mój samochód, bo nikt go jeszcze nie pokonał – i nigdy nie pudłujemy z dziewczynami, które spotykamy„. Co więcej, żaden z członków paczki woli nie mieć stałej partnerki, bo „byłoby niefajnie zostawiać swoją laskę w domu w sobotnie wieczory„. A w tej sytuacji zarzucanie przejażdżkom bezcelowości jest całkowicie bezpodstawne…

 

Foto tytułowe i końcowe: public domain

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

23 Comments on “SILVA RERUM: MUZYCZNY PRZERYWNIK – CHŁOPAKI Z PLAŻY

  1. Super artykuł. Korekta obywatelska: „trafili na 12 miejsce skompilowanej przez Rolling Stonesów listy największych muzycznych twórców w dziejach.” Tu chyba jednak chodzi o magazyn The Rolling Stone, który publikował takie listy, nie o zespół Micka Jaggera, mimo identycznej nazwy.

    • Bardzo dziękuję za wyprowadzenie z błędu!! Już oczywiście poprawiłem.

  2. Przyznam, że z Beach Boys mam ten sam problem, co z ZZ-Top. Słuchając ich płyt, ciągle mam wrażenie, że leci jedna i ta sama piosenka, twórczość trochę „na jedno kopyto”. Za to kawałek „Kokomo” faktycznie bardzo fajny, kojarzy się z leniwymi wakacjami gdzieś na plaży na drugim końcu świata. 🙂

  3. Samochody fajne, ale Beach Boys to taki Boys Band (chociaż wtedy takie określenie powstało chyba później). Pamiętam tylko Good Vibrations, ale u mnie good vibrations zaczynało się od small blocka i 4 litrów, a w piosence wcale nie o to chodziło. Amerykańskiego rocka uczyłem się post factum od Woodstocka i jeszcze paru kapel jak Grand Funk, Wishbone Ash, czy Guess Who.

    • Z tego, co mówił Wilson, styl Beach Boys był świadomym wyborem, o czym pisałem we wstępie. A ten jego album „Smile” można znaleźć na YT – jest bardzo specyficzny, może faktycznie ambitny 🙂

  4. Ta mała Honda zabawniejsa od stada małp to motorynka Honda Monkey – modelowo seria Z z silnikami od 50 do chyba 125 ccm. Produkowana od lat 60 przez kilka dekad. Sprzedawała się masowo w stanach gdzie do bagażnika przeciętnego rodzinnego auta pewnie weszło by z pięć sztuk.
    Na bank była też inspiracją dla naszej rodzimej motorynki Romet Pony. Ale pewnie Szczepan wie bo Honda połączyła swoje salony samochodowe z motocyklowymi a nowa odsłona Monkey jest od niedawna dostępna tym razem także na naszym rynku. 🙂

    • O widzisz – w jednośladach w ogóle nie siedzę, mimo że faktycznie one stoją w salonie taty już jakiś czas 🙂 Jedyne, co od 30 lat niezmiennie mnie fascynuje, to Goldwing 🙂

      Tak że dziękuję za uzupełnienie.

      • Goldwing czyli bądź co bądź motocyklowa wielka turystyka. Ale potwierdzam że u mnie pomimo braku zainteresowania motocyklami goldwing też wywołuje jakiś rodzaj fascynacji. Zaraz obok mocnych dwusuwów. Poza tym wspaniała trylogia (chyba tak to można nazwać), Sienkiewicz się chowa. A jest może plan na więcej wpisów motoryzacyjno muzycznych?

      • No to tak jak ja – motocykli wręcz się boję, ale Goldwing ma w sobie coś z grand tourera. Jak tylko zobaczyłem w motocyklu sześć cylindrów, to szczęka mi opadła…

        Co do wpisów – dotąd popełniłem w sumie cztery (w tym trzy pod rząd teraz). Na razie nie mam pomysłu na dalsze, a odzew był raczej średni. Ale może coś jeszcze kiedyś przyjdzie mi do głowy.

      • Jestem bardzo ciekawy, czy nazwa zwyczajowa motorynek Honda serii Z („Honda Monkey”) nie pochodzi przypadkiem własnie od tej piosenki Beach Boys, wypuszczonej dokładnie w roku wprowadzenia tych motocykli na rynek USA. Monkey to moped kultowy i ikona wzornictwa – składany, lekki, superpraktyczny pojazd. Według internetów nazwa zwyczajowa (która została dziś zaanektowana przez Hondę) wzięła się od specyficznej pozycji siedzenia na tym sprzęcie.

    • Na czymś takim jeździł po pustyni, a potem woził na dachu Challengera w charakterze policyjnego koguta niejaki Kołolsky w „Znikającym Punkcie”

      • Czyli widziałeś reżyserską wersję filmu – w większości wersji, w szczególności tych emitowanych w telewizji, ta scena została wycięta 🙂

      • Widziałem w polskim kinie po premierze, ale i z telewizji pamiętam te sceny.

  5. Może Goldwing tak się wam podoba właśnie dlatego że większości motocyklistów jakich znam uważa, że jest grubą przesadą i bliżej mu do kabrioletu niż motocykla.:-)
    No i pierwsze generacje Goldwinga miały 4 cylindry a w tym samym czasie istniało kilka innych sześciocylindrowych motocykli gdzie silnik wyglądał bardziej spektakularnie bo raz że cylindry były w rzędzie a do tego silnik ustawiony poprzecznie np. Honda CBX1300

    • Skoro już mowa o motocyklowych silnikach to istniały jeszcze ciekawsze konstrukcje (produkowane seryjnie) jak na przykład Megola z silnikiem gwiazdowym zamontowanym w przednim kole czy Ariel Square Four z jak sugeruje nazwa silnikiem gdzie cztery cylindry ustawiono jak puszki piwa w czteropaku 🙂

    • Kabriolet? Raczej ciezarowka 😀
      Jak dla mnie to jest absolutne przeciwienstwo motocykla i zaprzeczenie wszystkich cech dajacych frajde z jazdy.
      Ale widocznie jest wystarczajaco duzo osob myslacych inaczej (a do tego zarabiajacych wystarczajaco dobrze) zeby sie oplacalo to produkowac.

      Silnik Square Four to chyba nie byl jedyny produkcyjny silnik w ukladzie U, tj. z dwoma przeciwbieznymi walami korbowymi. Powinno to generowac malo drgan.

      NSU (czy DKW?) stosowalo dwusuwy z dwoma tlokami w jednej komorze spalania, Honda miala owalne tloki (nsr 750?).

      Ale w innych zastosowaniach to dopiero byly dziwne silniki. Chrysler Multibank z Shermana, brytyjskie lotnicze H24 (tez dwa waly korbowe), 42 cylindrowa zvezda m503 z ruskich kutrow rakietowych czy moj ulubiony niepodobny do niczego Napier Deltic. OIDP brytyjski Scammel stosowal w ciezarowkach dwutlokowe diesle z jednym walem korbowym.

      • Dwa tłoki że wspólną komorą spalania i wspólnym korbowodem (w kształcie litery Y) było sposobem na uzyskanie asymetrii rozrządu (otwierania i zamykania okien ssących vs wydechowych) DKW na pewno bo oni wnieśli najwięcej w konstrukcje silników dwusuwowych ale możliwe że także inne marki

      • Goldwing miał możliwość podczepienia bocznego kosza wielkości angielskiego kabrioleta. Wyglądał bardziej nobliwie mimo 3 kół.
        Z nietypowych silników ukraiński czołgowy 6TD (2-4)U, dwusuwowy diesel z przeciwbieżnymi tłokami we wspólnych cylindrach, ciągle uważany za najbardziej rozwojowy silnik diesla, nawet Amerykanie kupili ( wyłudzili) tą technologię.

      • Jedyne co Amerykanom mogło przyjść z dostępu do 5td/6td to okreslenie resursów i potencjału armii używającej takiego sprzętu.
        Diesle z przeciwsobnymi tłokami są znane od dawna, Jumo 204 wszedł do produkcji w 1929 i zdaje sie, że któreś z okrętów podwodnych USNavy z lat 40 też miały diesle z przeciwsobnymi tłokami.

      • Krótko mówiąc: jak niegdyś konstruktorom dano trochę swobody w ich twórczości i sponsora oczywiście, to powstawały konstrukcje wykraczające poza wyobraźnię przemysłowców, a nawet uniwersyteckich wyroczni. Teraz jak AI zaprojektuje i wyprodukuje jakiś mechanizm, to żaden żywy człowiek nie ogarnie takiej konstrukcji umysłem, ani nawet nie rozkręci używając do tego własnych rąk i klasycznych narzędzi.

  6. Proszę uprzejmie Jaśnie Wielmożnego Pana Administratora o dopasowywanie języka wpisów do epoki, której dotyczy, pisanie więcej archaizmów typu automobil, aerpolan itp.