PRZEJAŻDŻKA PO GODZINACH: SPEKTRUM ARTYZMU

Zimowa przerwa w przejażdżkach była tym razem długa, za to nowy sezon wystartował z przytupem. Wszystko dzięki Arturowi z firmy Szafran Inwestycje, w którego ofercie pojawiła się wspaniała Lancia Flavia coupé 2000 z 1969r.
Lancia z czasów niezależności firmy, nazwana od rzymskiej drogi, z dwudrzwiowym nadwoziem Pininfariny utrzymanym w firmowych, niebieskich tonacjach – to prawdziwa automobilowa uczta. Autentyczny przebieg 121 tys. km, silnik i większość mechaniki w stanie oryginalnym, natomiast lakier i częściowo tapicerka – odnowione w fabrycznej kolorystyce. Całość prezentuje się pięknie i sugestywnie przenosi w czasy, kiedy motoryzacja była daleka od technicznej doskonałości, ale emanowała artyzmem, zahaczającym momentami o magię.
***
O Flavii popełniłem już kiedyś artykuł historyczny, przypomnę więc tylko w skrócie. W tamtym czasie marka nie należała jeszcze do Fiata, więc konkurowała równocześnie z nim i Alfą-Romeo (oczywiście tylko w wyższych segmentach). Z nich trzech była zawsze najdroższa, głównie ze względu na najmniejszą skalę produkcji i największe zaawansowanie techniczne. Turyński moloch programowo stawiał na rozwiązania najprostsze (jak to się ładnie mówi – „dobrze sprawdzone”), Alfa-Romeo – również na klasykę, ale w ambitniejszym wydaniu, natomiast Lancia niezmiennie szła w stronę awangardy.
Jako pierwsza – w 1960r. – do produkcji weszła Flavia sedan, która nie miała ani jednej chromowanej listwy ozdobnej, nie mówiąc o skrzydlatych błotnikach czy panoramicznych szybach (jedynym barokowym motywem był przedni pas z podwójnymi reflektorami, niezupełnie pasujący do reszty). Rozstaw osi 2.600 mm, wymiary 4.580 x 1.610 mm i półtoralitrowa pojemność silnika oznaczały wtedy klasę wyższą. Cena 1,8 mln lirów stanowiła aż 4,5-krotność wartości Fiata 500 i niemal dwukrotność Fiata 1100, przewyższając o kilkanaście procent kwotę żądaną za sześciocylindrową, ministerialną limuzynę 2100. Za granicą było jeszcze drożej – w RFN ledwie 75-konna Flavia kosztowała tylko symbolicznie mniej od 120-konnego Mercedesa S (odpowiednio 14 i 14,9 tys DM) !! Co takiego wyjątkowego dostawało się za te pieniądze?
Foto: public domain
Na przykład przedni napęd, płaski i gładko pracujący silnik typu boxer (z aluminiowym blokiem i głowicami), doskonale dopracowane i zestrojone podwozie i dwuobwodowe hamulce firmy Dunlopa z czterema tarczami, podciśnieniowym wspomaganiem i korektorem siły hamowania tylnej osi – takie same jak w Ferrari 250!! To wszystko zaordynował nowy główny konstruktor Lancii, Antonio Fessia, który niedługo wcześniej opuścił był Fiata po spięciach spowodowanych jego zbyt śmiałymi, zdaniem zarządu, wizjami. Oni woleli tylnosilnikowe maluchy i topornie budowane większe samochody, Fessia wolał przecierać nowe szlaki – i taką właśnie możliwość dostał u Lancii.
Dziennikarze zgodnie opiniowali, że Flavia byłaby wspaniała, gdyby nie kosztowała więcej od większości oferowanych wówczas sześciocylindrowców. O dziwo, wysokie ceny nie przeszkodziły klientom ustawiać się w nawet półrocznych kolejkach – choć warto dodać, że kolejki generowały raczej skromne możliwości fabryki niż liczebność chętnych.
Jak to we Włoszech, na sedanie się nie skończyło: rok po nim studio Pininfarina zaprezentowało coupé, przypominające większą i znacznie droższą Flaminię. Później ukazał się jeszcze cabriolet i drugie coupé, od Zagato, ale o nich wspominałem w artykule historycznym…
…natomiast dzisiejszym tematem jest dzieło Pininfariny, o rozstawie osi skróconym do 2.480 mm, wymiarach 4.555 x 1.605 mm i prawdziwie artystycznej formie
Foto: public domain
Foto: public domain
Silnik coupé dostał wyższe sprężanie i dwa gaźniki, co podniosło moc na 90 KM, jednak klienci płacący ponad 2,1 mln lirów czuli wyraźny niedosyt – dlatego wkrótce pojawiły się większe jednostki, o pojemnościach 1,8 i 2,0, z jednym lub dwoma gaźnikami albo wtryskiem benzyny (najpierw mechanicznym, produkcji Kugelfischera, a potem elektronicznym Bosch D-Jetronic). Te najmocniejsze osiągały moc 126 KM, maksymalną prędkość 187 km/h i przyspieszenie do setki w 10 sekund, przewyższając np. BMW 1800ti czy Porsche 912.
Zblokowany układ przednionapędowy nie był typowy dla ówczesnych coupé. Antonio Fessia przełamał tu pewne tabu, bo przedni napęd uważał za bezpieczniejszy, a niejako przy okazji uzyskał obszerniejszą kabinę i bagażnik (częściowo kosztem pogorszenia rozkładu masy, bo silnik został wysunięty przed przednią oś).
Foto: public domain
W 1969r. Lancia została wykupiona przez Fiata. Pierwszy model wypuszczony pod nowym kierownictwem zwał się Lancia 2000 i był tak naprawdę Flavią po gruntownym liftingu. W formie czterodrzwiowej ukazał się w 1971r., natomiast jako coupé już w 1969. Przygotowany został oczywiście wcześniej – z tego powodu fani marki mówią o ostatnim samochodzie zaprojektowanym przez Lancię jako samodzielną firmę.
W przejściowym okresie 1969-70 restylizowane coupé nosiły nazwę Flavia 2000 – i do tej serii należy przedstawiany dziś samochód
Foto: materiał producenta
W latach 1960-71 wyprodukowanych zostało 89.324 Flavii, z czego 23.456 (ponad 26%) miało nadwozia Pininfariny. Niemało, z tym że sama Flavia 2000 coupé powstała w ledwie 3.458 sztukach. Ta od Artura nosi numer 698.
Foto: praca własna
***
Lancia z czasów przedfiatowskich – z taką perełką nie miałem jeszcze osobiście przyjemności. A przyjemność to wielka, bo samochód mojego ulubionego gatunku, technicznie ciekawy i emanujący artyzmem.
Do 2001r. jeździł w Szwecji, potem trafił do kolekcji niemieckiej, skąd został sprowadzony do Polski. Tu zajął się nim fachowy warsztat. W 2022r. auto wygrało konkurs KLASYCZNE NOWE WŁOCHY, skąd zdjęcia – jeszcze na białych tablicach – znajdziecie na stronie forzaitalia.pl.
Klasyczne projekty Pininfariny to mistrzostwo proporcji. Są pełne gracji, w przeciwieństwie do skrajnie pudełkoawatych sedanów marki (typu Fulvia czy czterodrzwiowa Flavia). Jedyne, czego mógłbym się czepić, to restylizowany pas przedni, który znowu nie całkiem pasuje, bo tym razem wygląda nowocześniej od reszty. To odrobinę psuje spójność, ale być może nie zwróciłbym na to uwagi, gdybym nie znał wersji pierwotnej.
Foto: praca własna
Gdy boku nie widać, przód nie budzi zastrzeżeń. Podwójne reflektory dodają dynamiki, a bogate chromy pomagają właściwie datować całość.
Foto: praca własna
Lusterka na błotnikach kojarzymy zazwyczaj z Japonią, tak jednak nie musi być. Są małe, trudne do ustawienia, a w dzisiejszym ruchu prawie w ogóle się nie przydają, ale to urok całej klasycznej motoryzacji.
Foto: Szafran Inwestycje
Fiat 2300S coupé? Volvo 1800S? BMW E9? W latach 60-tych podobnych samochodów nie brakowało, jednak każdy z nich dawał się bezproblemowo rozpoznać, a forma trójbryłowego coupé wyglądała chyba najładniej w historii.
Foto: praca własna
Znaczki Pininfariny na błotniku i Lancii na feldze potrafią ekscytować. Obręcze wyglądają na aluminiowe, choć są stalowymi wytłoczkami, natomiast opony Michelina, o wymiarze 165 SR 15, to specjalny produkt dla aut zabytkowych (na szczęście typu radialnego).
Foto: praca własna
Obie firmy podpisały się na tabliczkach znamionowych, których w tym wypadku znajdziemy pod maską aż trzy (trzecią – tę z lewej – dodali Niemcy, bo u nich tabliczka musi obowiązkowo podawać pewne dane, w tym dopuszczalną masę całkowitą i naciski na obie osie).
Foto: praca własna
Flavia nigdy nie miała nadmiaru ozdób ani panoramicznych szyb – również dlatego nie raziła we wczesnych latach 70-tych. Środkowego słupka brak, ale drzwi mają pełne ramki, a tylne okna nie dają się opuszczać, a jedynie uchylać. Nie można więc uzyskać efektu hardtopu, lecz w zamian, w egzemplarzu 57-letnim, nie ma problemu ze szczelnością i wiatrem świszczącym w uszczelkach.
Foto: praca własna
Trzecia bryła jest nadspodziewanie długa, co daje nadzieję na porządny bagażnik. Ciekawie wygląda jego klapa z ukośnymi przetłoczeniami (łudząco podobnymi do późniejszej Gammy – widać wspólne geny Pininfariny), z kolei napis LANCIA FLAVIA 2000 wyróżnia rzadką, przejściową specyfikację z lat 1969-70.
Foto: praca własna
Faktycznie, kufer ma pojemność 455 litrów, wbrew powszechnemu przeświadczeniu, że w coupé wozi się tylko szczoteczkę do zębów i kartę kredytową (nie mam pojęcia, skąd to się wzięło – klasyczne coupé mają zwykle bagażniki identyczne albo bardzo podobne do sedanów, z których się wywodzą). Eleganckie wykładziny rzadko spotykało się w tamtej epoce.
Foto: praca własna
Włosi zadbali nawet o estetykę wewnętrznej powierzchni klapy!! Obicie w firmowym kolorze Lancii na żywo robi lepsze wrażenie niż na zdjęciu.
Foto: praca własna
Zdjęcia kilku wizualnych mankamentów znajdziecie w galerii z ogłoszenia, natomiast tzw. substancja prezentuje się jak poniżej
Foto: Szafran Inwestycje
Na tle lat 60-tych takie materiały to prawdziwe premium. Kolejnym plusem jest lekkie zamykanie drzwi, z łagodnym, szlachetnym dźwiękiem – zapewne pomagają tu metalowe ramki, które nie sprawiają takich problemów jak odpowiednie wyjustowanie i uszczelnienie nieosłoniętej szyby (co potwierdzi wielu właścicieli zabytkowych coupé). Przed nieostrożnym kopaniem w tapicerkę chroni ryflowana, metalowa osłona.
Foto: praca własna
U Pininfariny artystyczne są nawet podsufitki. Aż przypomina się Fiat 130 coupé – to samo studio i praktycznie ten sam wzór. Jak widać, projektowanie metodą ctrl-C – ctrl-V uskuteczniano nawet u coachbuilderów, i to na długo przed epoką komputeryzacji designu 🙂
Foto: Szafran Inwestycje
Siedzenia z kolei przywodzą na myśl starszego Fiata 2300 S coupé. Są mniej stylowe i spatynowane, nie roztaczają też zapachu dawnego sklepu obuwniczego (choć wykonano je z prawdziwej skóry, będącej u Lancii kosztowną opcją). Za to ich profil został lepiej dostosowany do ludzkiej anatomii, co można docenić w trasie.
Foto: praca własna
Z tyłu – jak to w coupé, trasa 500-kilometrowa byłaby ciężkim przeżyciem, ale 50-kilometrowa nie sprawia żadnego problemu. O ile oczywiście nie przekraczamy przeciętnego wzrostu i wagi.
Foto: praca własna
Pasażerowie drugiego rzędu mają oczywiście mało miejsca, jednak nie muszą czuć się zaniedbani – przewidziano dla nich np. osobne popielniczki. Z tyłu nie ma wprawdzie pasów bezpieczeństwa, ale w latach 60-tych ludzie bardziej śmiali się z nich niż o nie dopytywali. Zwłaszcza we Włoszech, gdzie jeszcze pod koniec stulecia świetnie sprzedawały się „antymandatowe” podkoszulki z nadrukiem zapiętego pasa.
Foto: praca własna
Projekt Flavii powstawał w latach 50-tych, ale design wnętrza pozostał na czasie do samego końca produkcji, przy stosunkowo niewielkich zmianach
Foto: praca własna
Pedały są tu wiszące, fotele wyprofilowane, a kierownica pochylona pod wygodnym kątem. Na polu ergonomii Lancia o całą epokę wyprzedziła Fiata, a poniekąd i Porsche.
Foto: praca własna
Proszę wsiadać, drzwi zamykać
Foto: praca własna
Jest dynamicznie i wciąż nowocześnie, po prawie dekadzie na rynku. Liczba 2000 widnieje na pokrywie schowka, nie ma jeszcze natomiast drewnianej okleiny, którą dostała dopiero specyfikacja z usuniętą nazwą Flavia (1971r.). Może i lepiej, bo sportowej włoszczyźnie boazeria nie całkiem pasuje.
Foto: praca własna
Konsola środkowa bywała krytykowana jako „schlebianie dyskusyjnym trendom modowym” – bo przecież przekładnia Flavii znajdowała się daleko z przodu, więc nie istniała potrzeba zajmowania tak dużej przestrzeni przez dźwignię zmiany biegów
Foto: praca własna
Zestaw wskaźników jest prosty i przejrzysty, choć ma dość ciasne skale i niestety mocno odbija światło
Foto: Szafran Inwestycje
***
Że włoska motoryzacja emanuje Pięknem, to wyświechtany frazes. Trzeba jednak zauważyć, że Piękno też podlega stopniowaniu. Istnieje wręcz całe spektrum artyzmu.
Dwudrzwiowa Flavia natychmiast skojarzyła mi się… nie, nie tyle z późniejszą Gammą, co przede wszystkim ze wspomnianym już Fiatem 2300 S coupé. To auta podobne, przedstawione w tym samym roku, a równocześnie wykazujące, że efektowność i emocjonalność wymaga pewnych wyrzeczeń. Tak jak w inwestowaniu musimy zdecydować, czy bardziej zależy nam na maksymalizacji zysku, czy minimalizacji ryzyka, tak w klasycznej motoryzacji porywający Styl najczęściej wyklucza się z komfortem, użytkowością i szeroko pojętą wydajnością. Efektowność lub Efektywność – o tym decydujemy my, poruszając się wzdłuż wspomnianego już spektrum artyzmu.
Przykładowo fotele Lancii nie hipnotyzują tak jak szlachetna patyna na pachnącej skórze Fiata, lecz w zamian wygodnie podpierają plecy. Kierownica nie ma drewnianego wieńca ani wygrawerowanego autografu Enrico Nardiego, za to dużo lepiej leży w rękach i nie męczy ramion. Silnik ma cztery zamiast sześciu cylindrów, pojemność mniejszą o 300 cm³ i moc niższą o 21 KM, ale w praktyce zapewnia podobne osiągi przy niższym spalaniu, a dzięki przeciwsobnemu układowi i osadzeniu w pomocniczej ramie mocowanej na gumowych poduszkach, wcale nie pracuje mniej przyjemnie. Na tym właśnie polega postęp: na asymptotycznym zbliżaniu się do matematycznego ideału, który swe zadania wykonywałby ze stuprocentową sprawnością, lecz z drugiej strony nie cieszyłby użytkownika w stopniu, jakiego można by się spodziewać.
Niecałe dwa lata temu, dokładnie z tego powodu, artykułowi o Fiacie nadałem tytuł IDEAŁ NIEDOSKONAŁOŚCI. Natomiast Lancia… ona pochodzi z tej samej epoki, więc do perfekcji też jej daleko, ale jakby nieco mniej. Na spektrum artyzmu przesuwa się w stronę Efektywności, co jednak nie znaczy, że nie cieszy oka. To w końcu dzieło Pininfariny z epoki najpiękniejszych samochodów w dziejach.
Foto: praca własna
***
Motoryzacja Epoki Chromu była nie tylko piękna, ale i różnorodna. Taka Flavia zachowała przykładowo sztywną oś tylną, ale z przodu ma poprzeczne wahacze na dole i poprzeczny resor wyżej, a jej hamulce są żywcem wyjęte z Ferrari. Do tego dochodzi nietypowy wówczas napęd przedni i aluminiowy silnik w układzie boxer.
Nieoczywiste są nawet podstawowe procedury: przykładowo po przekręceniu stacyjki w pozycję włączonego zapłonu rozrusznik uruchamia się nie dalszym obrotem kluczyka, a jego wciśnięciem. Ciekawy pomysł, którego niewtajemniczony kierowca mógłby nie rozszyfrować.
Foto: praca własna
Czterocylindrowy boxer rozbrzmiewa donośnie. Na zimno pracuje trochę chropawo, ale tylko na biegu jałowym, a po rozgrzaniu zaraz się uspokaja. Wchodząc na obroty brzmi ładniej od każdej rzędowej czwórki, jest jednak dostatecznie wytłumiony, by nie przeszkadzać w rozmowie i nie męczyć w dłuższej trasie, nawet szybkiej.
Sprzęgło załącza się łagodnie. Trochę jak gdyby domagało się uwagi mechanika, jednak bez oznak ślizgania, nawet przy kilkukrotnym z rzędu ostrym ruszeniu pod górę (moje testowe trasy są momentami strome). Tyle że nie można brutalnie zapiszczeć kołami, ale nie o to przecież chodzi w eleganckim klasyku.
Pod maską siedzi dwulitrówka z jednym dwuprzelotowym gaźnikiem Solexa, o mocy 115 KM przy 5.400 obrotach (według DIN – podawane czasem wyższe liczby dotyczą włoskiej normy CUNA lub amerykańskiej SAE) i momencie obrotowym 166 Nm przy 3.500. Według danych fabrycznych wystarcza to do osiągania 185 km/h i przyspieszania do setki w 11 sekund. O wytrzymałość na ostre traktowanie dba termostatycznie włączany wentylator i dodatkowa chłodnica oleju.
Foto: praca własna
Silnik najprzyjemniej pracuje w średnich obrotach, trzeba jednak wziąć pod uwagę długie przełożenia czterobiegowej skrzyni: w czasie przejażdżki myślałem, że obrotomierz zaniża odczyty, bo nie chciało mi się wierzyć w ledwie 3.500 przy 60 km/h na dwójce i 3.000 przy 100 na czwórce – ale w Internecie, w starym hiszpańskim teście, doczytałem, że „na najwyższym biegu każdy tysiąc obrotów odpowiada 33,4 km/h„. Wskaźnik działa więc idealnie.
Tak długa czwórka może zaskakiwać tych, którzy pamiętają niegdysiejsze czterobiegowe auta z Niemiec czy z RWPG, które po przekroczeniu setki potępieńczo wyły. Lancia to jednak włoskie GT: mimo braku piątego biegu rozpędza się powyżej 180 km/h, a podróżna prędkość 120 km/h – tyle sam osiągnąłem – jest całkiem przyjemna i wcale nie nadmiernie głośna. Tylko przy mniejszych prędkościach trzeba używać niespodziewanie niskich biegów, a żwawe przyspieszanie najlepiej zacząć od redukcji. Z dzisiejszej perspektywy odrobinę brakuje elastyczności oraz pary w górach, ale warto pamiętać, że w latach 60-tych mocy 115 KM i przyspieszenia do setki w 11 sekund nie uzyskiwała nawet każda sześciocylindrówka, tymczasem wspomniany hiszpański test podaje nawet zużycie paliwa przy stałej prędkości 180 km/h (!!) – 22 litry na 100 km. „Spalanie wyraźnie rośnie po przekroczeniu 160” – dodaje redaktor. Ja z kolei dodam, że w 1970r., kiedy powstawał ten artykuł, w Hiszpanii prawie nie było autostrad – no ale już nieraz pisałem, że ówcześni testerzy nie byli do końca zrównoważeni mentalnie. Nie tylko ci z Południa.
Skrzynię pięciobiegową Lancia wprowadziła jako jedna z pierwszych w świecie, bo już w modelu Ardea z 1948r. – jednak z jakiegoś powodu Flavia dostała. Piąty bieg powrócił dopiero w Lancii 2000 z 1971r. W testowanym aucie drążek pracuje przyjemnie, jak na lata 60-te i włoskie pochodzenie przekładni, warto też zwrócić uwagę na kolejny artystyczny detal w postaci niebieskiej wstawki na gałce (tak, ona jest fabryczna i nawet wspominana w artykułach z epoki jako firmowy smaczek – bo niebieski kolor został symbolem Lancii, odkąd w latach 50-tych włoski rząd zaczął zamawiać limuzyny z takim lakierem).
Foto: Szafran Inwestycje
W podwoziu najbardziej wyróżniają się hamulce. Nie, wróć – dziś one w ogóle się nie wyróżniają, tyle że w samochodzie pochodzącym z 1960r. jest to rzecz absolutnie wyjątkowa. Lancia hamuje jak Citroën DS albo Mercedes „Pagoda”, tzn. bardzo skutecznie i ostro, przy niewielkim nacisku na pedał. Najwidoczniej odpowiednio dobrane cztery tarcze ze wspomaganiem i korektorem siły hamowania są czymś, co po prostu wystarcza w każdej epoce, tyle że wtedy występowały w bardzo nielicznych samochodach. Flavia to akurat jeden z nich.
Prowadzenie nieco utrudnia brak wspomagania kierownicy (które było dostępne w opcji, ale niestety nie ma go w testowanym egzemplarzu). 1.200-kilogramowa masa auta, skupiona w dodatku na przedniej osi, daje się we znaki zwłaszcza na postoju, ale i w czasie jazdy opór daje się wyczuć. Kiedyś ambitni kierowcy to lubili, dziś przywykliśmy do innych standardów, dlatego wspomagania brakuje. To jednak można potraktować jako urok epoki.
W szybciej przejeżdżanych zakrętach nadwozie przechyla się umiarkowanie, a moc silnika nie jest na tyle wielka, by wyrywała kierownicę z rąk. Jej wręcz odrobinę brakuje, gdy chcemy np. dynamicznie wyjść na prostą, a zapomnieliśmy wcześniej zredukować. Można jednak stwierdzić, że w ostatecznym rozrachunku Lancia góruje nad Fiatem, w którym nawet przy niedużych prędkościach tylna oś uskakuje na boki jak w Polonezie (z którym zresztą zapewne dzieli nie tylko ogólną koncepcję), a złożenie się w ostrzejsze zakręty wymaga odrobiny wysiłku. We Flavii nic takiego nie występuje: ona prowadzi się łagodnie i przewidywalnie, o ile tylko przywykniemy do wielkiej kierownicy i jej oporu. Oraz do nie najlepszej zwrotności, ale to nie powinno dziwić w tak starej przednionapędówce.
***
Lancia Flavia coupé ma wygodne wnętrze i duży bagażnik, wydajny i gładko pracujący silnik o świetnych osiągach, jak na swoją wielkość i czas powstania, zaskakująco dobrze pracującą skrzynię biegów oraz doskonałe podwozie, a zwłaszcza hamulce. Z wad można wymienić ciężko pracujący układ kierowniczy i zbyt długie przełożenia ograniczające dynamikę w dokładnie tych sytuacjach, w których najbardziej chcielibyśmy się nią nacieszyć. Obie kwestie poprawiono w 1971r., fundując Lancii 2000 ciaśniej zestopniowaną skrzynię pięciobiegową i seryjne serwo kierownicy – tyle że przy okazji pojawiła się słabo tu pasująca boazeria kokpitu, znikła za to piękna, starorzymska nazwa modelu.
Po przejażdżce lepiej rozumiem, dlaczego Lancia znajdowała zwolenników mimo naprawdę wysokich cen. Ona nie zachwyca suchymi parametrami, a czterocylindrowa dwulitrówka niezupełnie licuje z segmentem piccolo gran turismo – jednakże przemyślana konstrukcja, efektywne podwozie, fenomenalne hamulce i aluminiowy, efektywny silnik o niemalże sześciocylindrowych osiągach i kulturze pracy potrafią przekonywać i dzisiaj. W swoim czasie dochodziła do tego dobra jakość, chwalona nawet w artykułach szwajcarskich (dziś trudno ją ocenić, bo na obecne wrażenie – tutaj zresztą bardzo dobre – bardziej wpływa praca restauratorów niż fabryki).
Flavia jest samochodem nowocześniejszym od pokazanego równocześnie Fiata 2300 S. Ma mniej cylindrów, chromowanej galanterii i czaru epoki Sophii Loren i Marcella Mastroianniego, dlatego gorzej komponuje się z rajdowymi rękawiczkami z brązowej skóry albo kubańskim cygarem i kapeluszem borsalino, za to jeździ dużo bardziej współcześnie, gorliwiej słucha poleceń kierowcy i nieporównanie mniej męczy, fizycznie i umysłowo. Do dzisiejszych samochodziarzy przemówi więc skuteczniej. Co ciekawe, w tej konkretnej parze – Flavia coupé kontra 2300 S – Lancia była akurat tańsza (odpowiednio 2,1 i 2,6 mln lirów). Zapewne też dlatego znalazła aż siedmiokrotnie więcej klientów, a wyższa podaż do dzisiaj przekłada się na niższe ceny egzemplarzy kolekcjonerskich. W bonusie dostaje się status ostatniej Lancii, której do produkcji nie zatwierdzała rodzina Agnellich.
Oba auta są prawdziwymi dziełami artystów – jedno Ghii, drugie Pininfariny. Oba nie służą czystej użytkowości, ale karmią zmysły i duszę w stopniu, o jakim my dzisiaj dawno już zapomnieliśmy. Artyzm zawsze kosztuje i zawsze wymaga wyrzeczeń, ale w zamian sprawia, że w życiu jest do czego dążyć i jest po co się starać. Przybiera przy tym różne formy i natężenia – tworzy wręcz całe spektrum, jak widać na załączonych przykładach. A punkt zajmowany przez Flavię coupé wydaje się szczególnie kuszący.
Foto: praca własna
Foto tytułowe: , Licencja CC
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)


Piękny wóz. Chyba każdemu tutaj się spodoba. Faktycznie „pieści” zmysły. Choć ja – o zgrozo – jednak wybrałbym Gammmę Copue. Bez specjalnego powodu, po prostu te lata już bardziej do mnie przemawiają.
zgadzam się w 100% – ładna, ale Gamma dużo piękniejsza (bo ja uwielbiam kanciaste auta), ale i tak ta z artykułu dużo ładniejsza od tej pierwszej ze „świńskim ryjkiem”
No i to jest właśnie fajne, że każdy wybiera to, co mu się podoba.
Gamma coupe nie jest głupia, tyle że tam brak dwóch dodatkowych cylindrów razi bardziej ni we Flavii. Ale autko bardzo zacne.
Z porównanej dwójki, zdecydowanie bardziej przemawia do mnie Fiat. Zwłaszcza estetycznie, jednak R6 też wyraźnie podnosi go w moich oczach. Lancia też jest cudowna, ale Fiat… bardziej. Jako fan dziwności, lubię w niej za to nietypowy układ zawieszenia.
Ostatecznie jednak do Fiata przekonuje mnie jego jeszcze większa niedzisiejszość. Lubię samochody, które są wyzwaniem: ciężko działający układ kierowniczy, takiż hamulcowy (a mimo to, umiarkowanie skuteczny), hałas, dym i wibracje. 😀
Fiat jest bardziej staroświecki i bardziej hardkorowy. Dużo mocniej angażuje i więcej wymaga. To oczywiście ma swój urok, ma więcej artyzmu – tyle że dziś większości ludzi nie chce się podejmować takich wyrzeczeń.
Wygrała całe Klasyczne Nowe Włochy, a nie w „swojej klasie”.
OK, dzięki, zmienię
Fantastyczny pojazd, a dodatkowo wyjątkowo ładnie zrobiony egzemplarz. Z drugiej strony wnętrze prezentuje się aż za dobrze. Moim zdaniem skórzane fotele najlepiej wyglądają już po tych paru tysiącach gdzie widać drobne wgniecienia, naciągnięcia i przetarcia. Takie to bardziej życiowe i autentyczne 😉 . Wielki plus za niebieską wstawkę na gałce skrzyni biegów. Prosty, a piękny detal.
Zgadzam się, że przód sprawia wrażenie minimalnie niepasującego do reszty, ale… przed liftingiem jest moim zdaniem jeszcze gorzej pod tym względem. Mimo to oba bardzo mi się podobają i nie wiem, który bardziej.
Jeśli chodzi o opór na kierownicy to bardzo dużo zmieniają chwilowe przyzwyczajenia. Ostatnio trochę najeździłem się nowszymi samochodami z bardzo mocnym wspomaganiem i kiedy przesiadłem się do Barchetty to po jednej przejażdżce ciągle wydawało mi się, że kierownica ciężko chodzi (a też ma wspomaganie tyle że z 1997 roku). Przedtem w ogóle tego nie odczuwałem. Zakładam jednak, że przy Twoim spektrum objeżdżonych samochodów jesteś w stanie lepiej to rozróżniać 🙂 .
Oczywiście, opór na kierownicy jest kwestią przyzwyczajenia. W bardzo starym i archaicznym aucie nie razi, we Flavii już trochę tak, bo ona ogólnie jest znacznie wygodniejsza i nowocześniejsza. Ale to moje wrażenie, kto inny może mieć inne. W sprawach estetycznych nie ma żadnego jedynie słusznego poglądu 🙂
Ekhem, jest, szanowny pan chyba nie widział nigdy pikapa od Ssangyonga😉
Auto ładne, ale poliftowy przód faktycznie jakiś niespójny. Wydaje się taki nieproporcjonalnie niski, względem starszej wersji modelu.
Auto rzeczywiście ładne. Mam takie wrażenie, że jego rysunki ciągle wisiały nad deską kreślarską designerów Pininfariny, gdy projektowali Peugeota 504 Coupe.
To pewnie byli ci sami ludzie, po raz kolejny sprzedający te same pomysły 🙂
Ja zresztą uważam, że takiej sytuacji trudno uniknąć. Sam talentów artystycznych nie mam ani za grosz, ale nie potrafiłbym np. napisać dwóch artykułów na temat jednego samochodu, które nie byłyby w 3/4 identyczne. Dlatego myślę, że nie do uniknięcia są takie właśnie podobieństwa, jeśli większość samochodów na rynku projektuje kilka tych samych biur, w dodatku wymieniających się pracownikami albo kontraktujących tych samych freelancerów 🙂
Ależ nie twierdzę że to jakieś powielenie projektu graniczące plagiatem. Każde studio stylistyczne miało swoją manierę. Ale dzięki niej, po latach można poznać ich bajecznie nieskrępowane projekty nadwozi.
Off top na temat pisania. Przerabiam to często. Jak napisać drugi raz o tym samym nie to samo.
Offtop z mojej strony: dlatego zawsze podobał mi się Peugeot 406 Coupe i poważnie rozważałem nabycie drogą kupna, bo przypomina Ferrari 456 GT dla ubogich. To znaczy: po latach dla ubogich, bo jak widziałem cenniki to w ówczesnej Polsce było to auto dla wyjątkowo bogatych. Oba auta projektowało to samo studio i pewnie ci sami ludzie.
Niestety strefa czystego transportu wykluczyła to auto z listy samochodów, które realnie mógłbym kupić i tak. Więc temat pozostaje teoretyczny.
@Daozi, SCT zabytków chyba nie dotyczy?
Tak – tych na żółtych tablicach. Od 2024r., przygotowując się do wprowadzenia SCT, zaostrzono wymogi tak, że dzisiaj mało kto dostaje wpis. Nie mówiąc o formalnym limicie 40 lat wieku (który absolutnie niczego nie gwarantuje).
Tak – tych na żółtych tablicach. Od 2024r., przygotowując się do wprowadzenia SCT, zaostrzono wymogi tak, że dzisiaj mało kto dostaje wpis. Nie mówiąc o formalnym limicie 40 lat wieku (który absolutnie niczego nie gwarantuje).
A ja jako jedyny się wyłamie i powiem że wolę poliftowy przód. Poprzedni jest zbyt barokowy i nie pasuje do tyłu samochodu. Polift jest delikatnie zbyt nowoczesny i kanciasty ale nie tworzy to takiego dysonansu. Wspaniała ta Lancia, idealna dla młodego dziedzica szanowanej kancelarii adwokackiej. W sam raz do szybkich przelotów autostradami budowanymi za Mussoliniego pomiędzy kolejnymi miastami, a napęd na przód pozwoli podjechać pod alpejskie stoki bez zakładania łańcuchów co 5 minut.
Po przekonaniu się na własnej skórze stwierdzam, że wspomaganie jest jednak bardziej wyczynowe. Przynajmniej hydro i nie przesadzone (jak jechałem po ten sam model auta co miałem to nie sprawdziłem czy ma wspomaganie). Przede wszystkim szybciej idzie wejść w ciasny zakręt (po długiej prostej trasie można się zdziwić, że tyle siły trzeba by zaliczyć zjazd z skrzyżowania) i mniej trzeba się w ogóle w zakrętach nakręcić bo można było dać ciaśniejsze przełożenia. A jak jest wspomaganie to już tak nie bolą szersze opony. A i kiera mniejsza. Tyle o fwd. W Polonezie jednak na odwrót, wspomaganie w Plusie sprawia, że w ogóle nie wiadomo już co się z kołami dzieje (albo to akurat tamten egzemplarz albo to stare, wielkie kółko).
Zawsze zastanawialo mnie jak sie prowadzily przednionapedowe auta z zawieszeniem opartym o poprzeczny resor. W latach 50 i 60 bylo ich sporo, potem wyginely. Bo to nie tylko obie Lancie czyli Fulvia i Flavia, ale takze Lloydy, przednionapedowe Taunusy czy Autobianchi Primula (A111 chyba tez). W sumie zawieszenie zwarte gabarytowo i proste technologicznie. Calkowicie wyparte przez podwojne wahacze (czy to na sprezynach czy drazkach skretnych) i kolumny MacPherson. Podejrzewalem ze taki uklad byl nieprecyzyjny w prowadzeniu przednich kol lub niekomfortowy. Ale z tego co autor (ktorego wielkie doswiadczenie w tym wzgledzie bardzo sobie cenimy) tu przedstawil rozwiazanie to zdecydowanie sie broni. Czyzby lepsze po raz kolejny bylo wrogiem dobrego? Tylko czy na pewno lepsze? A jesli tak to na Ile?
Ja nie jestem kierowcą wyścigowym, tylko bardzo przeciętnym. Dziwnym zrządzeniem losu stało mi się dane wypróbowywać wiele pięknych samochodów z różnych epok i segmentów i to jest piękne doświadczenie. Tyle że trudno jest porównywać samochody, którymi przejechało się po 20 kilometrów w odstępach np. trzyletnich, a które do tego były w całkiem różnym stanie zachowania.
Generalnie więcej zależy od konkretnego modelu, jak jest zaprojektowany i dostrojony, no i od jego stanu utrzymania, założonych opon, itp., niż od konkretnego rozwiązania zawieszenia. Flavia jeździ na pewno lepiej od Fiata 2300S, bez dwóch zdań, bo jest ogólnie nowocześniej skonstruowana, a testowany egzemplarz – naprawdę ładnie odrestaurowany. Ale czy takie same odczucia mieliby testerzy nowych aut np. w 1965r., to ciężko powiedzieć.
Trabant 601 ma poprzeczny resor z przodu i prowadzi się bardzo dobrze, 100x lepiej od Dużego Fiata.
Co z tego że DF ma podwójne poprzeczne wahacze (czyli teoretycznie bardzo dobrze) jak ma też ślimakową przekładnię kierowniczą i 6 czy 8 końcówek drążków na których momentalnie robią się luzy, to po roku od wymiany wszystkich sworzni i drążków znów jeździ jak chce.
Ogólnie z prowadzeniem się to im mniej elementów na których mogą się zrobić luzy tym lepiej, bo jeśli mogą, to na pewno się zrobią
Corvette do C7 włącznie ma poprzeczne resory na obu osiach i to zupełnie nie przeszkadza w dobrym prowadzeniu 😛
W Corvette za prowadzenie koła odpowiadają sztywne drążki, resor to tylko sprężyna.
Podobnie Sprinter miał z przodu kolumny i poprzeczny resor.
W klasycznym rozwiązaniu resor byl elementem prowadzącym zamocowania tylko na środku, wiec dosc podatnym we wszystkich kierunkach.
Z ciekawostek Peugeot stosunkowo niedawno testował zastąpienie wahacza kompozytowym resorem w przednim zawieszeniu.
Po prostu Fiat 125p jak każdy włoski supersamochód ma zawieszenie wielo-drążkowo-końcówkowe, które wymaga odpowiedniej dbałości i kultury technicznej – w Ferrari przecież tak samo co 40 tys. km trzeba wyjmować silnik i nikt nie narzeka 😉
Benny – to co powiesz na klasycznego Land Rovera? Ten układ wygląda tak, jakby inżynierowie zapytali prezesa ile ma być przegubów w układzie kierowniczym, a ten odpowiedział: wszystkie.
https://www.landyzone.co.uk/attachments/wp74420ce2_06-png.99651/