STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: DZIESIĘĆ LAT Z KLASYKIEM

 

Fajnie jest mieć klasyczny samochód. Szczególnie taki wymarzony od dzieciństwa: ulubionej marki, ulubionego segmentu, z epoki własnego dorastania, nauki świata i życia, w praktycznie idealnej konfiguracji, no i w stanie pozwalającym na eksploatację niemal tak bezstresową, jak auta kilkuletniego. Ale czy to w ogóle możliwe…?

Aż trudno mi uwierzyć, że własnego youngtimera mam już od równych dziesięciu lat (a bloga gryzmolę od równych dwunastu). Publikowałem już teksty o poszukiwaniach klasyka, o pierwszym roku jego posiadania i wielkoturystycznej wyprawie wakacyjnej (LINK1 LINK2). Teraz natomiast, na dziesiątą rocznicę zakupu, postanowiłem opisać sprawy eksploatacyjno-serwisowo-finansowe.

Będzie więc nudno, z mnóstwem liczb, ale piszę ten artykuł, bo ludzie wielokrotnie pytają mnie, jak jeździ się samochodem 33-letnim? Czy on się psuje? Ile pali? Czy objedzie zagraniczny urlop? Jak z częściami? No i najważniejsze: ile taka fanaberia kosztuje?

Jako człowiek starej daty, w dodatku analityk finansowy, starannie dokumentuję eksploatację. Zbieram rachunki i zapisuję każdy wyjazd, ze stanem licznika. Wiem, że to lekkie zboczenie, ale dzięki niemu mogę teraz wszystko podsumować i opowiedzieć.

Dla przypomnienia: chodzi o Mercedesa 300 SL-24 (R129) z kwietnia 1993r., który pierwsze 23 lata życia spędził w Szwajcarii. 2 sierpnia 2016 kupiłem go we wrocławskiej firmie Klasyka Gatunku, która wystawiła ogłoszenie z ceną 63.500 zł.

Foto: praca własna

***

Auto kupiłem za cenę wywoławczą – zamiast rabatu wynegocjowałem dostawę pod dom i usunięcie kilku zauważonych usterek. W pakiecie była kompletna historia serwisowa od nowości. Licznikowy przebieg 162.500 km, pieczątki serwisowe kończące się na lipcu 2013 i 154.920 km, a świadectwa szwajcarskich badań spalin, wymaganych co dwa lata – na maju 2014r. i 157.160 km. Było kilka faktur za przygotowanie do szwajcarskich badań technicznych (gruntowne mycie i czyszczenie, każdorazowo 200-300 CHF), wymianę opon (2012r., 122 CHF), wymianę rozrusznika i stacyjki (2013r., 1.338 CHF, w tym 331 CHF za robociznę), montaż haka z uchwytem rowerowym (2013r., 417 CHF), a także gwarancja na samochód używany wystawiona przez berneński salon Mercedesa w sierpniu 1996r. (auto zmieniło wtedy właściciela).

Specyfikacja egzemplarza jest bliska mojej wymarzonej: mocniejsza wersja sześciocylindrówki, rzadki automat pięciobiegowy, dwukolorowy niebieski lakier i kremowa skóra, do tego kluczyki w oryginalnej kasetce i dokumentacja w mercedesowskiej skórzanej aktówce. Lakier na wielu elementach drugi i ze śladami użytkowania, ale bez grama rdzy, a struktura nośna i podłoga – jak z salonu. Na zgrzewach widoczny fabryczny wosk antykorozyjny. Nienaganny stan nadwozia i układu jezdnego potwierdził diagnosta SKP, jeszcze przed zakupem.

Mankamenty na dzień transakcji: kilka pękniętych detali wnętrza, zapocona miska olejowa, falowanie wolnych obrotów, parę niesprawnych elementów wyposażenia (przerywany tryb wycieraczek, tempomat, antena elektryczna) oraz dwie grubsze sprawy: zużyty soft-top i plamy oleju w płynie chłodniczym. Sprzedawca w cenie zrobił wszystko oprócz wymiany dachu i uszczelki pod głowicą: w tym drugim przypadku niestety szedł w zaparte („płyn wymienimy i będzie OK„), ale ponieważ silnik M104 wydmuchuje uszczelki mniej więcej co 150 tys. km, uznałem, że ten wydatek doliczę.

Auto zarejestrowałem 4 sierpnia, dwa dni później pierwszy raz przejechałem się na dłuższą próbę. A potem… zaczęło się jeżdżenie po warsztatach.

***

Jak nieraz się „chwaliłem”, posiadam zerowe umiejętności manualne: umiem zmienić koło, akumulator, wycieraczki, bezpiecznik, żarówki – tyle. Dlatego nie jestem dobrym kandydatem na oldtimerowca, ale klasyczny Mercedes, jeśli jest zadbany i starannie serwisowany, daje szanse na przejeżdżenie sezonu bez niespodzianek. Przez dziesięć lat sprawdziło się to w… powiedzmy, że w 95%.

Do końca 2016r. odwiedziłem trzy warsztaty: dwa mechaniczne i jeden detailingowy.

11 sierpnia oddałem auto znajomemu, który doradzał przy zakupie, na tzw. pakiet startowy: wymianę olejów w silniku, skrzyni i dyfrze, kompletu filtrów, paska klinowego z napinaczem, świec, przewodów wysokiego napięcia, pełną geometrię zawieszenia, serwis klimatyzacji i najważniejsze – wymianę miękkiego dachu. Podejrzenia co do uszczelki pod głowicą znajomy obalił, wykrył za to nieszczelną pompę wody.

Auto stało prawie miesiąc, bo pompa była zamawiana czterokrotnie (trzy pierwsze, mimo dobierania po VINie, miały niepasujące mocowania). Rachunek wyniósł 7.720 zł, w tym 2.100 za robociznę. Sam dach kosztował 2.450 (polski, firmy CABRIO TOP z Żagania – polecam, dziesięć lat zniósł śpiewająco), pompa wody 565, kable zapłonowe 550, olej skrzyni (7 litrów) 420, olej silnikowy (8 litrów) 320, świece 150, reszta to drobnica (chociaż liczna). Znajomy poddał się jednak przy regulacji KE-Jeta i skrzyni biegów.

26 września odwiedziłem więc firmę Merc-Gal, gdzie serwisuję wszystkie swoje Mercedesy od 2010r., z bardzo dobrym skutkiem. Tam natychmiast ustawili wtrysk i skrzynię, poza tym wymienili spalone żarówki deski rozdzielczej (wcześniej niezauważone), doradzili wymienić zestaw uszczelek silnika (312 zł), kopułkę (218 zł) i palec rozdzielacza (135 zł), a co najważniejsze – bez żadnej sugestii zauważyli wypaloną uszczelkę pod głowicą. Zrobili wielkie oczy na wieść, że ktoś to specjalnie sprawdzał i orzekł, że jest OK.

Rachunek wyniósł 3.046 zł, w tym 1.800 za UPG z obróbką głowicy

Foto: Merc-Gal

Niestety, w trakcie powrotu do domu, na obwodnicy Krakowa, auto zgasło!! Ledwie zdążyłem wbić się na prawy pas, pomiędzy ciężarówki, i bezpiecznie stanąć na pasie awaryjnym. Pierwszy raz w życiu wyciągałem z bagażnika trójkąt, pełny obaw, że może głowicę źle złożyli…? Na szczęście tylko spalił się palec rozdzielacza – ten nowy, firmy BREMI, po całych kilkunastu kilometrach. Zaraz przyjechał mechanik z Merc-Gal (dodzwoniłem się w ostatniej chwili przed fajrantem), zholował mnie do zjazdu i na parkingu założył stary palec, biorąc nowy do reklamacji. Na drugą wymianę, darmową, pojechałem tydzień później, ale to była ważna lekcja: dzisiejsze części, nowe i „firmowe”, są chińskie i często gorsze od 25-letnich oryginałów.

Nareszcie mogłem zacząć jeździć. Do końca sezonu zrobiłem kilka weekendowych wycieczek po Małopolsce spalając 10-13 litrów na 100 km, po czym – 5 grudnia – oddałem auto do S-POINT KRAKÓW, na detailing i konserwację przed zimą.

Odświeżenie lakieru z powłoką nano kosztowało 1.968 zł, pielęgnacja tapicerki 738, konserwacja profili zamkniętych 4.305 – razem 7.011 zł. Chciałem też prysnąć podwozie, ale szef warsztatu (stały współpracownik salonu mojego taty) odradził to mówiąc, że tak ładnej blachy szkoda mazać i że jeśli będę unikał soli, to lepiej zostawić jak jest.

Foto: s-point.pl

Foto: s-point.pl

Auto odebrałem 15 grudnia, ze stanem licznika 163.557 km – w pierwszym sezonie przejechałem więc równy tysiąc.

Podsumowanie:

-serwis u kolegi-doradcy – 7.720 zł
-serwis Merc-Gal 3.046 zł
-detailing s-point.pl 7.011 zł

SUMA: 17.777 zł

***

Od tej pory miało być lepiej – i zdecydowanie było. Baza okazała się znakomita, jednak utrzymanie stanu wymaga dobrych warunków przechowywania i porządnego serwisu.

Garażu początkowo użyczał mi brat, zamieszkały kilometr ode mnie. Tam też przechowywałem hardtop. Hardtop w klasyku jest tylko kłopotem, bo zajmuje mnóstwo miejsca, a wcale się go nie używa (zabytkiem nie jeździ się w warunkach nieodpowiednich dla dachu miękkiego). Szybko kupiłem aluminiowy stojak autorskiej konstrukcji Klasyki Gatunku, za bodajże 300 zł. Odtąd hardtop stoi w garażu pionowo, osłonięty folią malarską. Czasem nachodzi mnie ochota go sprzedać, ale to byłaby dekompletacja auta i obniżenie wartości.

Żadnemu samochodowi nie służą długie postoje, dlatego ich unikam (również w zimie, o ile nie ma soli: przez dziesięć lat auto tylko dwukrotnie stało dłużej niż dwa tygodnie). W sezonie jeździmy z Anią na weekendowe wycieczki, SLa smakują też często właściciele aut testowanych na blogu. Kiedy nie ma takich okazji, albo codzienny wóz stoi w serwisie, zdarza mi się jechać klasykiem gdziekolwiek – do pracy, na zakupy, a w ostateczności na półgodzinne kółko dookoła komina, żeby mechanizmy się nie zastały. Soli unikam bezwzględnie, deszczu w miarę możności, jednak w Polsce nieraz pada wbrew prognozom, bywają też sztywne terminy wizyt w warsztatach albo rajdów. Wychodzę z założenia, że auto służy do jazdy i okazjonalny deszcz go nie rozpuści.

Długich przestojów nie znosi zwłaszcza wtrysk KE-Jetronic. Po początkowym ustawieniu w Merc-Gal nie miałem z nim problemów technicznych (dwukrotnie zdarzył się nietechniczny – szczegóły za moment). Podstawa to regularne jeżdżenie i każdorazowe dotankowywanie pod korek (z powietrza w baku wytrąca się wilgoć, największy wróg KE-Jeta). Kiedyś lałem zwykłą 95-tkę, ale odkąd zrobili z niej E10, wolę dowolny rodzaj E5 (E5 chłonie mniej wody, co jest szczególnie ważne przy małych przebiegach i 80-litrowym zbiorniku, który spowalnia rotację). Raz w roku wlewam dodatek czyszczący wtryski – wtedy wyjątkowo wypalam bak bez dolewek, w miarę możliwości szybko.

Po każdej zimie lakier dostaje porządny wosk, a skóra i miękki dach – impregnację. Robi to specjalista z salonu taty (tegoroczny koszt 700 zł). Dodatkowo samodzielnie zabezpieczam uszczelki sztyftem silikonowym, a zamki i antenę specjalnym olejem w sprayu (oba preparaty po kilkanaście złotych, starczają na wiele lat, to samo robię w aucie codziennym). W ciągu sezonu 2-3 razy odwiedzam myjnię bezdotykową (rzadko, bo jeżdżę prawie wyłącznie w dni pogodne, wystarczy więc okazjonalnie spłukać kurz z nawoskowanego lakieru).

***

W 2017r. przebieg wyniósł 2.919 km (końcowy stan licznika – 166.476 km). Taki jest odtąd standard, do 3 tys. rocznie.

Wiosną przez kilka tygodni jeździłem SLem na co dzień, bo CLK stało u lakiernika po obcierce na włoskiej autostradzie.

4 maja odwiedziłem Merc-Gala na drobne poprawki: wymianę ułamanego joysticka elektrycznych lusterek (szukałem go długo, bo w SLu jest nietypowy, trójpozycyjny, poruszający też lusterkiem wewnętrznym), podklejenie pękniętego nawiewu, dokręcenie mocowania dachu. Robocizna 300 zł plus cena używanego joysticka z Allegro (rzędu 200 zł, niestety nie wydrukowałem rachunku).

W lipcu byłem na pierwszym w życiu zlocie zabytków w Lanckoronie, a we wrześniu na Śląsku, na V Zlocie Pojazdów Epoki Minionej. Przy tej okazji ustanowiłem rekord niskiego spalania – 8,2 litra na 100 km na dystansie 280 km. Przeciętnie pomiędzy tankowaniami wychodzi więcej: z całych dziesięciu lat średnio około 11 litrów, przy poszczególnych tankowaniach – 9-14, w eksploatacji weekendowo-turystycznej z okazjonalnymi przejazdami przez miasto. Zużycie oleju silnikowego pomiędzy corocznymi wymianami jest do dzisiaj niezauważalne na bagnecie.

5 października zrobiłem coroczny serwis: ogólny przegląd, wymianę oleju, termostatu, poprawkę mocowania czujnika temperatury zewnętrznej, ponowne dokręcenie softtopu. Rachunek 849 zł, w tym 307 za robociznę.

Podsumowanie:

-serwis Merc-Gal pierwszy 300 zł,
-serwis Merc-Gal drugi 849 zł,
-pióro wycieraczki 42 zł (montaż samodzielny),

SUMA: 1.192 zł

***

W 2018r. SL przejechał 3.017 km (stan licznika na koniec roku – 169.493 km).

11 kwietnia z kilkoma drobiazgami pojechałem eksperymentalnie do Innego Warsztatu, bo był bliżej, a Merc-Gal nie miał dobrego terminu: ogólny przegląd, skasowanie luzu łożyska w przednim kole, wymianę płynu hamulcowego i elastycznych przewodów hamulcowych z tyłu, wspornika układu kierowniczego i wieszaka tłumika. Koszt 1.530 zł, w tym 1.012 za oryginalny wspornik.

W czerwcu wymieniłem dwa głośniki basowe w drzwiach, bo jeden charczał (niestety nie zachowałem rachunku).

1 lipca braliśmy udział w IV Rajdzie Gratów Bielskich – z marnym wynikiem, coś koło 25 miejsca.

W sierpniu konieczne było dokręcenie śruby dzwoniącego wydechu. Sprawa załatwiona na podnośniku serwisu taty w pięć minut, bezkosztowo.

W międzyczasie udało się załatwić żółte tablice: bez konserwatora, dzięki wpisaniu auta na inwentarz Muzeum „Skarb Narodu”. Urzędnicy z WK Kraków-Podgórze (łącznie z panem Naczelnikiem) w ogóle nie znali takiej ścieżki, dlatego sam wskazywałem im przepisy ustawy (!!). Procedura trwała dwa miesiące, jednak 20 lipca odebrałem stały dowód „na żółtych”. Diagnosta przeprowadzający przegląd wieczysty stwierdził, że „życzyłby sobie, żeby tak wyglądały wszystkie trzyletnie samochody na pierwszym przeglądzie„.

Niestety, w lecie zauważyłem nagrzewanie się płynu chłodniczego do 100-105°C pod obciążeniem (głównie w górach). Producent dopuszcza wprawdzie 120°C, a fabryczne wentylatory interweniują z pełną mocą dopiero przy 110°C, ale po pierwsze, takie temperatury nie służą głowicy, a po drugie, wcześniej tak nie było i mnie to zaniepokoiło.

Jesienny serwis wykonał 10 października Merc-Gal wymieniając olej i pompy paliwa (SL ma dwie, pracowały głośno). W sprawie grzania silnika zalecono wymianę wiska wentylatora. Rachunek wyniósł 1.660 zł (w tym 788 zł za pompy i 430 za robotę).

Wisko zostało wymienione tydzień później, ale to nie pomogło – dlatego Merc-Gal zaproponował nową chłodnicę i profilaktycznie termostat. Wizyta 20 listopada kosztowała 1.952 zł, w tym 1.290 za chłodnicę, 350 za robotę i dodatkowo 80 za zużyte osłony amortyzatorów. Przegrzewanie ustało, z tym że pogoda była już zimowa. Wiosną problem niestety powrócił…

Podsumowanie:

-serwis Inny Warsztat 1.530 zł,
-serwis Merc-Gal pierwszy 1.660 zł,
-serwis Merc-Gal drugi 1.952 zł,

SUMA: 5.142 zł + głośniki

***

W 2019r. SL przejechał najwięcej, bo 7.601 km – w tym 4.965 w czasie jedynych do tej pory zagranicznych wakacji. W kraju wyszło 2.636 km, końcowy stan licznika – 177.094 km. Rok obfitował w przygody.

Gdy zrobiło się ciepło, silnik zaczął się grzać na podjazdach (o czym od jesieni zdążyłem byłem zapomnieć). Tymczasem znów jeździłem SLem na co dzień, w trakcie wymiany codziennego auta z CLK na W204.

23 kwietnia Merc-Gal zrobił serwis klimatyzacji, wymienił simmering wału korbowego (trzeba było zdjąć skrzynię biegów), nieszczelną pompkę podciśnienia i ostatni z niewymienionych wcześniej elementów układu chłodzenia – zbiornik wyrównawczy (937 zł). Faktura 3.300 zł, w tym 1.230 za robociznę.

Mimo wymiany całego układu chłodzenia na podjazdach termometr wciąż przekraczał setkę – co nie wróżyło dobrze wobec planów dwukrotnego przejechania Alp w najgorętszym momencie roku. Wprawdzie Towarzysz podróży – komentujący tu często PawełH, który prowadzi serwis klasycznych Mercedesów niedaleko Bielska-Białej – uspokajał mnie, że 100ºC to nic strasznego, ja jednak byłem sceptyczny.

Trzy dni przed wyruszeniem zobaczyłem zielony zaciek na chłodnicy klimatyzacji. Paweł zamówił nową chłodnicę i przyjechał do mnie z narzędziami, 80 km, po pracy, półtorej doby przed wspólnym wyjazdem (stanowiska i sprzętu użyczył po godzinach serwis taty). Mało który mechanik zrobiłby coś takiego i mało który 26-letni samochód oferuje dostępność nowych części z dnia na dzień. Na szczęście udało się – koszt chłodnicy z usługą wyniósł 2.200 zł.

Wakacje opisałem w osobnych artykułach (LINK1 LINK2). Spalanie na 4.965 km wyszło 9,9 litra, oleju – zero, a jedynymi awariami okazały się spalona żarówka i bezpiecznik. Auto bezproblemowo zniosło najtrudniejsze góry Europy i korki w śródziemnomorskich upałach, choć temperatura płynu osiągała momentami 110ºC. Paweł zaprosił do siebie na diagnozę po powrocie.

Foto: mojej żony

10 lipca zostawiłem mu auto na tydzień. Jako pasjonat Paweł wykonał wiele prac niepodejmowanych przez większość warsztatów. Przede wszystkim porządnie wyregulował układ wtryskowy – i wtedy okazało się, że podwyższona temperatura wynikała ze zubożenia mieszanki pod obciążeniem. To wreszcie rozwiązało problem (ale przy okazji mam nowy układ chłodzenia na następne 25 lat).

Do tego doszła naprawa wycieraczek reflektorów i sterownika wycieraczki szyby (szwankował tryb przerywany), profilaktyczna wymiana wszystkich żarówek i bezpieczników, oleju tylnego mostu, oleju wspomagania kierownicy i hydrauliki dachu, poprawki elementów wnętrza i hardtopu (w tym odstającego drewna konsoli, które inni uznawali za trwale wypaczone), założenie osłonek zamków, montaż modułu świateł dziennych i – dla mojego spokoju – opornika w obwodzie wentylatorów, obniżającego próg włączenia ze 110ºC na 98. Odtąd wskazówka nigdy nie osiągnęła setki – nawet w górach i korkach przy 40ºC za zewnątrz (w czerwcu 2026). Rachunek wyniósł 1.866 zł (w tym 1.000 robocizna) i ogromnie podniósł satysfakcję z jazdy.

Ta zubożona mieszanka nie dawała mi spokoju. Paweł jest fanem KE-Jetronica, uważa go za najbardziej niezawodny system zasilania – pod warunkiem niezniszczenia przez wodę w paliwie, długie postoje albo partackie majstrowanie. Odpowiednia regulacja przy pomocy multimetru i śrubokręta zajmuje mu trzy minuty i teoretycznie nie ma prawa rozjechać się sama…

Niedługo potem spalił się bezpiecznik, przez który szedł obwód świateł dziennych (a także sprzęgło klimatyzacji i funkcja kick-down). Po wymianie samego bezpiecznika problem nie wrócił.

We wrześniu brat zakomunikował mi, że garażu będzie potrzebował dla siebie. Jeszcze tego samego dnia znalazłem ofertę sprzedaży miejsca w garażu wielostanowiskowym, kilka bloków ode mnie. Cena 28,5 tys. zł, comiesięczna opłata administracyjna – aktualnie 112 (było mniej). Dziś miejsca garażowe w okolicy potrafią już kosztować 100 tys., a ich wynajem – 300-500 zł miesięcznie.

Posezonowy przegląd w Merc-Gal (25 października) sprowadził się do wymiany oleju z filtrem i jednej żarówki wnętrza, za łącznie 385 zł (w tym 100 zł robocizna).

Pod koniec roku zdarzyła się śmieszna historia: 1 grudnia ujrzałem w garażu kałużę oleju pod tylną osią. Wyglądało to na wylany tylny most, więc zamówiłem lawetę do Merc-Gal. Pół godziny po zostawieniu auta zadzwonił mechanik, który ze śmiechem przekazał, że auto do odbioru, bezkosztowo. Pięknie podziękowałem, a co się stało? Otóż leżąca w bagażniku gaśnica przedziurawiła kanister z resztką oleju silnikowego, który przez odpływ wydostał się na ziemię. Incydent kosztował więc tylko 200 zł za lawetę.

Podsumowanie:

-serwis Merc-Gal pierwszy – 3.300 zł,
-akcja z chłodnicą klimy – 2.200 zł,
-serwis Pawła – 1.866 zł,
-serwis Merc-Gal drugi – 385 zł,
-laweta w grudniu – 200 zł,

SUMA: 7.951 zł + zestaw bezpieczników (bodajże kilkanaście zł)

***

Nadszedł pamiętny rok 2020. W lutym udało się jeszcze pojechać do Włoch na narty (nie SLem), potem zaczęła się domowa niewola. „Polowaliśmy dziś na spacerowiczów w parku, ależ się grzywny sypały!!” – usłyszałem raz od znajomego policjanta. W takich warunkach cabriolet pomagał zachować zdrowie psychiczne: pozamiejska jazda bez dachu to prawie jak spacer, a w razie łapanki byłem umówiony z wujkiem – starszym człowiekiem z podkrakowskiej wioski, leczącym się kardiologicznie – żeby powiedzieć „jadę do wujka-zawałowca, bo źle się poczuł„. Byle nie wysiadać w lesie, bo to było przestępstwem bezwzględnie.

Gdy w lecie reżim zelżał, film o SLu nagrał Bassdriver.pl (30 sierpnia).

Sezon zakończył się przebiegiem 2.025 km i stanem licznika 179.119 km. Na serwis nie wydałem nic: „przyjedziesz na wiosnę, nic się nie stanie” – powiedział Paweł.

Podsumowanie: zero złotych.

***

W 2021r. przebieg wyniósł 3.048 km, końcowy stan licznika – 182.167 km.

Serwis Paweł zrobił 11 kwietnia: wymiana oleju, filtrów powietrza, paliwa i kabinowego oraz płynu hamulcowego, naprawa pompki centralnego zamka, ponownie I biegu wycieraczki, wymiana gumowo-metalowego przegubu wału napędowego. Rachunek 2.149 zł, w tym 700 za robociznę.

Przygody w sezonie były dwie.

Jedna, czysto emocjonalna, to najpiękniejsza przejażdżka z dotychczasowych: 28 marca, w Niedzielę Palmową, na zwykły spacer do Puszczy Niepołomickiej („legalny”!!), na obiad w pobliskiej restauracji (nielegalny – ale właściciel nie zamykał działalności, seryjnie wygrywając sądowe procesy o samodzielną pracę na chleb i zapewnianie go wielu innym osobom) oraz na konkurs palm wielkanocnych w Lipnicy Murowanej (konkurs rozgrywano bez publiczności, bo imprezy masowe były zakazane, na szczęście w południe sołtys magicznie odgonił zagrożenie okrzykiem „koniec konkursu!!” i gęsty tłum mógł całkowicie bezpiecznie przepychać się łokciami do wystawionych palm). Piękne doświadczenie, pozwalające głęboko docenić normalne codzienne życie.

1 sierpnia byliśmy zapisani na VII Rajd Gratów Bielskich. Ponieważ prognozy zapowiadały ulewy, założyłem hardtop – i to był błąd, bo hardtop okazał się przeciekać. Ze startu uciekliśmy do domu tamując powódź szmatami, wściekli na samych siebie – bo dach miękki jest szczelny, nawet na myjni ciśnieniowej, tylko mnie się zachciało kombinowania. Odtąd hardtopu już nie dotknąłem (wg Pawła uszczelnienie jest trudno wykonalne i mogłoby rozszczelnić dach miękki, a to byłaby katastrofa).

Podsumowanie:

Serwis Pawła 2.149 zł.

***

W 2022r. przebieg wyniósł 2.346 km, końcowy stan licznika – 182.167 km

W kwietniu kupiłem nowe opony Goodyeara za 2.200 zł.

U Pawła byłem 10 maja: prace ograniczyły się do wymiany oleju z filtrem i hamulców. 1.651 zł kosztowały cztery tarcze z klockami (miękkimi, typu sportowego – bo robiąc 3.000 km rocznie wolę lepsze hamowanie niż trwałość), 362 zł – komplet niepuchnących przewodów w stalowym oplocie, które zauważalnie poprawiły reakcję na naciśnięcie pedału, 540 zł robocizna. Razem 3.155 zł.

Pod koniec maja szwankujące fabryczne radio Becker zostało wymienione na nowego Blaupunkta Bremen – nowoczesnego, z Bluetooth i slotami na karty pamięci z MP3 w imitowanej kieszeni kasety, ale utrzymanego w estetyce z epoki. Cena 1.600 zł (podobne modele w stylu lat 60-tych kosztują tyle samo, ale euro).

Foto: praca własna

18 czerwca filmy o obu moich autach nakręcił kanał Motopasje Kamila: SL, W204.

18 sierpnia silnik zaczął przerywać i zaraz zgasł – na szczęście pod serwisem taty w Wieliczce. Po zdjęciu kopułki i czyszczeniu wewnątrz udało się wrócić do domu, ale nazajutrz, na testowym kółku, sytuacja się powtórzyła. Zamówiłem lawetę do Innego Warsztatu (tego wspomnianego pod 2018r., bo był najbliżej). Diagnoza: olej przedostaje się do aparatu zapłonowego. Wymieniona kopułka (595 zł), palec rozdzielacza (220 zł) i uszczelnienia (280 zł) – w sumie 1.700 zł. Znów niestare części zapłonowe okazały się tandetą.

Niedługo potem zauważyłem falujące wolne obroty i… podwyższoną temperaturę na podjazdach. Teraz wentylatory reagowały przy 98ºC, ale działo się to stanowczo zbyt często. Nagle olśnienie: Inny Warsztat każdorazowo na powitanie zachwala swą fachowość w temacie KE-Jeta. „Gdyby źle działał, walić jak w dym, pomożemy od ręki” – i każdorazowo po wyjeździe stamtąd… KE-Jet zaczynał źle działać!! Zagadnięty Paweł powtórzył: „śrubki regulacyjne same się nie przestawiają„.

Jeśli ktoś chce wiedzieć, co to za warsztat, to powiem na priv, ale publicznie nie napiszę, bo za rękę nikogo nie złapałem. Nie mniej jednak więcej tam nie byłem – a szkoda, bo mam tam kilkanaście minut tramwajem zamiast 1,5h do Merc-Gala albo 80 km do Pawła.

Podsumowanie:

-opony 2.200 zł,
-serwis Pawła 3.155 zł,
-radio 1.600 zł,
-naprawa w Innym Warsztacie 1.700 zł + 200 zł laweta

SUMA: 8.855 zł

***

W 2023r. auto przejechało 2.407 km, z końcowym stanem licznika 186.920 km.

20 kwietnia byłem u Pawła. Oprócz oleju z filtrem i ponownego wyregulowania KE-Jeta (silnik śmiga odtąd idealnie) wpadł nowy akumulator za 980 zł, sterownik tempomatu za 450 (używany z Vito, jest identyczny) i kolejna naprawa sterownika wycieraczek (jak dotąd ostatnia). Rachunek 2.362 zł, w tym robocizna 420 zł.

23 kwietnia pojechaliśmy w I Rajdzie “Jedźże Gratem w Małopolskę!!” (wynik w trzeciej dziesiątce). 158-kilometrowa trasa z mnóstwem kręcenia się w kółko dała spalanie 12 litrów na 100 km.

Warto być grzecznym na drodze – za to zdjęcie dostaliśmy dodatkowy punkt

Foto: Iwo Wachowicz

21 czerwca wykonana została pełna geometria zawieszenia i wyważenie kół na samochodzie, za 600 zł. Odtąd w dużym stopniu (lecz nie w 100%) znikły delikatne wibracje na kierownicy i lekkie ściąganie w prawo.

22 sierpnia film o SLu nagrał kanał Szafran Motoryzacja.

Podsumowanie:

-serwis Pawła 2.362 zł,
-geometria z wyważaniem kół 600 zł,

SUMA: 2.962 zł

***

Rok 2024 przyniósł wynik 2.450 km (stan licznika na koniec – 189.370 km).

W styczniu miał miejsce pierwszy postój dłuższy niż dwa tygodnie – z powodu soli z garażu wyjechałem dopiero 26 stycznia.

Serwis u Pawła 5 maja znów składał się jedynie z wymiany oleju, filtra kabinowego oraz lutowania sterownika tempomatu (założonego rok wcześniej jako używany, po naprawie działa do dziś). Koszt 991 zł, w tym 300 za robotę.

1 grudnia niespodziewanie rozładował się akumulator – kupiony półtora roku wcześniej, po ledwie dwutygodniowym postoju po dłuższej trasie. Zapaliłem auto na kablach, pojeździłem godzinę i… dwa dni później znów był rozładowany. Paweł, bawiący kilka dni później w Krakowie, podmienił go na inny (stary) i wykluczył nadmierny upływ prądu. Do kolejnej wizyty u niego auto odpalało dobrze, mimo starej baterii i zimowego trybu eksploatacji (przejażdżki krótkie i rzadkie).

Podsumowanie:

-serwis Pawła 991 zł

***

W 2025r. przebieg wyniósł 3.075 km, stan końcowy – 192.445 km.

W lutym, ze względu na nadchodzącą Strefę Czystego Transportu, postanowiłem wpisać SLa do ewidencji zabytków (dotąd miałem żółte tablice „muzealne”). Od 1 marca małopolski konserwator podniósł minimalny wiek zabytku z 30 na 40 lat – na szczęście wniosek zdążyłem złożyć 29 lutego, dzięki szybkiej akcji przygotowania dokumentów przez znajomego rzeczoznawcę Tadeusza Roika (polecam w każdej sprawie!!), znanego Czytelnikom jako współprowadzący warsztat Motopasja Tarnów (LINK1 LINK2).

15 marca u Pawła dostałem na gwarancji nowy akumulator, zwracając ten zastępczy. Został zmieniony olej w silniku (460 zł) i skrzyni biegów (580 zł), filtr powietrza (188 zł), świece (pierwszy raz od 9 lat) i klamka schowka środkowego (prawdopodobnie ułamana przez niedopilnowane dziecko na jednym ze spotów, 228 zł). Ponadto zdiagnozowana została nieszczelność zaworu EHA we wtrysku paliwa: oryginał został zamówiony za 2.112 zł, na montaż wróciłem kilka dni później (jazda 2x 80 km po każdą bzdurkę bywa kłopotliwa, ale nie zdarza się często, a rzetelność mechanika jest nie do przecenienia). Razem – 4.578 zł, w tym 700 za robotę.

25 maja miał miejsce III Rajd „Jedźże Gratem w Małopolskę

Foto: MN Drawing & Photography

Rajd był rekordowo długi (pokonaliśmy aż 255 km, z niewielką, choć zauważalną ilością błądzenia, poza domem byliśmy prawie 11 godzin). Wynik jak zwykle mieliśmy słaby, a wysokie spalanie – 13,9 litra na 100 km – można wyjaśnić charakterem trasy. Niestety, po drodze wyszły dwie nieprzyjemności: przejściowa utrata czwartego biegu (skrzynia zmieniała 3-5), która po chwili sama ustąpiła, oraz awaria wycieraczek i spryskiwaczy reflektorów (zawieszenie silniczków w pozycji włączonej – musiałem odpiąć zasilanie).

3 września odwiedziłem MercGal na kontrolę skrzyni biegów i zawieszenia (auto zabytkowe nie jeździ na SKP, więc pilnuję sam). W podwoziu mechanicy nie znaleźli nic do wymiany, poprawili tylko zbieżność (w aucie 32-letnim, po 9 latach i 30 tys. km od ostatniej kontroli!!). W skrzyni też nie wykryli awarii, poza nieszczelnością podciśnieniowego przełącznika trybów pracy. Oryginał – o czterocyfrowej cenie w euro – okazał się niedostępny, ale dostałem numer części i… w minutę znalazłem ją w holenderskim sklepie internetowym, za całe 40€ (nową!!). Kupiłem, ale ponieważ auto jeździło dobrze, wymianę odłożyłem do kolejnego serwisu. Koszt wizyty 652 zł (bez szczegółów, bo ten jedyny rachunek mi zginął – kwotę spisałem z historii karty płatniczej).

Podsumowanie:

-serwis Pawła 4.578 zł,
-serwis Merc-Gal 652 zł,
-regulator 40€

SUMA: 5.230 zł + 40€

***

Z początkiem 2026r. w życie weszła krakowska Strefa Czystego Transportu. Auta zabytkowe zostały zwolnione z obostrzeń, ale pod warunkiem wpisu w specjalnym systemie – który odrzucił mój wniosek, gdyż w konserwatorskiej dokumentacji widniał nieprawidłowy numer VIN. Odkręcenie błędu trwało trzy miesiące, dlatego auto wpisałem jako mieszkaniec (krakowianie mogą jeździć po strefie każdym samochodem kupionym przed czerwcem 2025r.).

Z powodu ciężkiej zimy SL wyjechał z garażu dopiero 28 lutego, po aż dwóch miesiącach stania (akumulator był wymontowany i ładowany z gniazdka). Niestety, po paru minutach zgasł z objawami zapłonowymi – identycznymi jak w 2022r. Tym razem laweta zabrała go do Merc-Gala, bo nie chciałem ryzykować rozregulowania wtrysku po raz trzeci. Po kolejnej wymianie kopułki (589 zł) i palca rozdzielacza (341 zł) wszystko zaczęło działać. Pytanie tylko na jak długo – bo poprzednia kopułka i palec, firmy Bosch, wytrzymały całe 8.600 km. Rachunek 1.892 zł, w tym 850 za robotę (przy okazji Merc-Gal założył przełącznik przekładni z holenderskiego sklepu).

29 kwietnia Paweł wymienił olej za 494 zł, filtr kabinowy za 109 zł, czujnik położenia wału za 365 zł (profilaktycznie, po dyskusji na temat wiosennej awarii zapłonu) i silniczki wycieraczek reflektorów w załamującej cenie 3.690 zł – ponoć jedne z ostatnich dostępnych egzemplarzy. Rachunek 5.070 zł, w tym 300 za robociznę.

W czerwcu, w czasie powrotu ze spotu KKN, wrócił problem niedziałającego czwartego biegu – znów tylko na moment. Warsztaty są zgodne: trudno zdiagnozować niewystępującą usterkę, proszę przyjechać jak wróci. Na razie więc „jeżdżę, obserwuję” i nic się nie dzieje.

28 czerwca, w dzień rekordowych upałów, byliśmy na wycieczce w Karpackiej Troi pod Jasłem. Ponad 300 km po dużych górach SL przejechał śpiewająco, w temperaturze 35-39ºC. Płyn chłodniczy ani razu nie przekroczył 100ºC (choć bywał blisko), a klimatyzacja zapewniała nam suche podkoszulki na drugim z pięciu biegów dmuchawy, w słońcu przy OTWARTYM DACHU (!!). „Co w tym dziwnego? SL to auto dla Kalifornii, Florydy i Dubaju” – skomentował Paweł. Byle mieszanki nikt nie zubożył.

Podsumowanie na koniec czerwca 2026:

-naprawa Merc-Gal 1.892 zł, laweta 300 zł
-serwis Pawła 5.070 zł,

SUMA: 7.262 zł

Stan licznika 193.955 km.

***

Niezliczone artykuły twierdzą, że klasyczny samochód to znakomita inwestycja. Że ceny old/youngtimerów rosną szybciej niż jakichkolwiek innych aktywów i że aby z tego skorzystać, warto się nawet zapożyczyć. Jestem tylko ciekaw, ilu wygłaszających takie opinie posiadało kiedykolwiek stary samochód i wie, ile kosztuje jego utrzymanie.

(uwaga, protip: poważne wzrosty skończyły się lata temu, poza tym NIGDY nie wolno się zapożyczać na ŻADNE inwestycje spekulacyjne)

W ciągu dziesięciu lat wartość SLa wzrosła z 63,5 tys. zł do około 100 tys.: sumarycznie o 57,5%, przeciętnie 4,64% rocznie.

To niewiele ponad odsetki od lokaty bankowej, ale trzeba oczywiście odjąć wydatki: sama suma wypisanych wyżej koszów serwisu wynosi prawie 60 tys. zł, czyli… 160% przyrostu wartości. A nie policzyłem jeszcze ubezpieczenia (280-400 zł rocznie, łącznie ponad 3.000), myjni i pielęgnacji (łącznie około 7.000), garażowania (posiadając własne miejsce, czyli zamrożone kolejne dziesiątki tysięcy zł, płacę 112 zł miesięcznie, czyli 13.440 w 10 lat – a wynajem kosztowałby cztery razy tyle). I tak dalej…

Oczywiście dałoby się przyoszczędzić. Gdybym był zawodowym mechanikiem, zostałoby mi w kieszeni ponad 10.000 zł za robociznę (przy założeniu darmowego dostępu do wyposażonego warsztatu i niewliczania własnej pracy). Można naprawiać drutem i młotkiem, a wiele problemów zignorować: bez tempomatu albo wycieraczek reflektorów da się jeździć, nieimpregnowana skóra nie rozlezie się od razu – jednak taki „klasyk” traci na wartości jak nówka z salonu, a właściciela wyłącznie irytuje, zamiast cieszyć. Trzecia opcja to tańszy zakup – z tym że nie każdy chyba rozumie, że auto 30-letnie, które jest dziurawe, krzywe, szpachlowane i zmaltretowane sprawi zero radości i mnóstwo problemów. I nie, nie da się go „powoli doprowadzać”, żadnymi nakładami. Szrot zawsze pozostanie szrotem, wbrew znawcom twierdzącym, że „nie widać różnicy”. Różnicy nie rozumie tylko ktoś, kto nigdy nie widział i nie prowadził egzemplarza naprawdę dobrego.

Tymczasem okaz ze Szwajcarii, fachowo serwisowany na porządnych częściach (prócz palców rozdzielacza 🙂 ), potrafi po 10 latach i 30 tys. km wyglądać i działać lepiej niż w momencie zakupu, a na wartości zyskać połowę. To i tak nie pokryje kosztów, ale wydatnie poprawi bilans (na co nie można liczyć w samochodzie nieklasycznym). W międzyczasie natomiast dostarczy niezmierzonej radości, pozwoli bezstresowo planować niedzielne wycieczki i urlopy, doraźnie zastąpi pojazd codzienny, a diagnosta na SKP powie, że większość trzylatków jest w gorszym stanie.

Oczywiście, mój SL jest daleki od ideału: ideał już w 2016r. kosztował 40 tys. €, nie 15. Auto ma w większości drugi lakier (na jednym błotniku nawet gruby), nieszczelny hardtop (rzecz trudna do zwalczenia), wciąż nieusunięte drobne mankamenty wnętrza, lekko zdeformowane tarcze hamulcowe (dziś trudno znaleźć warsztat przetaczający tarcze, a wymieniać ich z klockami nie chcę, bo są prawie nowe), urwaną sprężynkę napinającą dach (problem estetyczny, na liście do zrobienia), a kierownica dalej minimalnie ściąga na prawo (mimo poprawki zbieżności). W egzemplarzu ponad 30-letnim i jeżdżącym regularnie trudno naprawić wszystko na raz, bo drobiazgi wyskakują często. Jeśli jednak nie dopuścimy do ich kumulacji, bieżące koszty pozostaną znośne, a jazda da niesamowitą frajdę.

Klasyczny samochód nie jest sprawą pierwszej potrzeby, jak codzienny obiad, tylko fanaberią – jak wino do obiadu albo deser po. Na obiedzie trzeba nieraz przyoszczędzić, jeśli życie nas zmusza, bo bez niego umrzemy. Jeśli jednak wino miałoby być kwaśne, a deser niedobry, lepiej zrezygnować z nich całkiem, bo za przykrość nie ma sensu płacić choćby złamanego grosika.

Jedyne prawdziwe awarie w ciągu dziesięciu lat wiązały się z palcem rozdzielacza – każdorazowo firmowym ze sklepu (aktualnie nie ma sposobu, żeby kupić go w dobrej jakości – można założyć zastępczy układ elektroniczny, ale to taka sama chińszczyzna, która tak samo pada w najgorszym momencie). Niejeden nowy wóz z salonu jeździ lawetą częściej niż moje dwa razy na dziesięć lat (dokładnie to trzy, ale przygody z rozlanym olejem nie liczę). Jeśli chodzi o części – u Mercedesa nie jest już tak różowo jak kiedyś, ale dotychczas jeszcze się nie zdarzyło, żeby czegoś nie dostać. Kilka razy mechanicy dorwali ponoć „ostatnią dostępną sztukę”, ale zawsze jednak dorwali.

***

Fajnie jest mieć klasyczny samochód. Szczególnie taki wymarzony od dzieciństwa: ulubionej marki, ulubionego segmentu, z epoki własnego dorastania, nauki świata i życia, w praktycznie idealnej konfiguracji, no i w stanie pozwalającym na eksploatację niemal tak bezstresową, jak auta kilkuletniego.

Tak, to jest możliwe. Trzeba jednak znaleźć naprawdę dobry egzemplarz – którego cena w żadnym razie nie przypomina „średniej” z otomoto – a potem starannie go pielęgnować. No i nie oczekiwać, że się na tym zarobi.

Nie ma się co łudzić, że „za pół z tego znajdę to samo” – bo „to samo” to będzie najwyżej dla gapiów na spocie (takich co widząc SLa pytają „ej, to jest diesel, co nie„?). Ale na pewno nie dla osoby, dla której klasyk ma być długofalową radością i długofalowym kosztem. To zresztą żadne odkrycie Ameryki: to samo powtarzam odnośnie aut kilkuletnich, tylko zaskakująco wielu ludzi nie przyjmuje tego do wiadomości i wszystkie swoje pieniądze wydaje na „średni” egzemplarz najdroższego modelu, na który ich stać – a potem płacze. Tymczasem celować trzeba w model, dla którego nasz swobodny budżet oznacza GÓRNY przedział cen. Samo to oczywiście nie zagwarantuje sukcesu, ale zredukuje ryzyko do minimum.

Foto: RETROspektywNie – Fotografia Paweł Ćwik

Foto tytułowe: praca własna

Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych  – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Postaw mi kawę na buycoffee.to

81 Comments on “STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: DZIESIĘĆ LAT Z KLASYKIEM

  1. Dajny opis. Ostatnie zdanie ze trseba celować w egzemplarze z.gory półki cenowej uważamzże odnosi sie do każdego auta którego zakupxrozważamy . Nauczyłem sie tej zasady i odkąd stosujemy ją w rodzinie auta służą i nie ma znamię problemów nawet stare. Co do zapłonu polecam BERU chyba najlepsza firma jeśli chodzi o elementy zapłonu na ten momemt

    • Ja o tym pisałem juz kilka razy.

      Wielu ludzi odpowiada – „na górną półkę mnie nie stac”. No to po kiego grzyba porywasz się na A6 3,0…? Może lepiej A4 TDI albo japoński kompakt? No i riposta, że nie będę płacił za „azję” jak za porządne auto. No to masz, co chciałeś, proste.

  2. Jeżdżę starociami, w tym jednym na żółtych tablicach od około 10-11 lat. Przez ten czas nauczyłem się pięciu dość istotnych rzeczy: 1 – Nie warto rozmieniać się na drobne i odkładać mniej istotnych napraw, bo to później mści się podwójnie. Oddając auto do mechanika, lepiej za jednym zamachem zrobić kilka rzeczy naraz, niż robić niezbędne minimum by zaoszczędzić. 2 – Jeśli oryginalne części z pierwszego montażu wykazują lekkie zużycie (ale nie zmasakrowanie), to zdecydowanie nie wymieniać ich, w nadziei, że będzie duża poprawa. Zazwyczaj nie było olbrzymich różnic, a zamienniki części żyły znacznie krócej. Ba, nawet oryginalne części z nowej produkcji potrafią być gorszej żywotności. Dobrym przykładem są np. poduszki silnika. 3 – Mając stare auto z taką sobie dostępnością części, trzeba nauczyć się żyć z pewnymi kompromisami i czasami przymykaniem oka na to, że nie będzie idealnie. Nie mylić z mentalnym druciarstwem, bo to inna para kaloszy. 🙂 4 – Żaden warsztat/mechanik nie pochyli się nad autem w tak dokładny sposób i nie zrobi czegoś „ekstra” przy okazji, tak jak zrobi to właściciel (pod warunkiem, że ma chęci i zacięcie). 5 – W każdym aucie gdzieś znajdzie się rdzę, nawet jeśli wydaje się ekstremalnie zdrowe. Konserwacja i przeglądanie zakamarków są niezbędne nawet, gdy auto nie jeździ zimą. To tyle z doświadczeń posiadacza starej Sierry i Camry. 🙂

    • Zgadzam się całkowicie, poza jedynie rdzą – u mnie usilnie szukam jej sam i proszę o to fachowców, nikt dotąd nie znalazł. Nie jest to częste, ale tez nie wyjątkowe – wiele opisywanych tu klasyków wygląda podobnie.

      • U mnie wydawało mi się, że jest idealnie, ale po zdjęciu dywanów czy osłon itp, zawsze udało się znaleźć coś do poprawki – co prawda kosmetycznej, wręcz oczyszczenia, ale jednak – choć pewnie to specyfika marki/modelu. 🙂 Jedno jest pewne – nie warto żałować na woski i wlewanie ich w każdą możliwą szczelinę. 🙂

      • Do tej pory na zlotach zdarzyło mi się oglądać egzemplarze „bez rdzy”. Na każdym oczywiście dało się ją znaleźć, ale inną sprawą jest, że to czasem czepianie się na siłę. Można wsadzić endoskop w różne zakamarki, tylko pytanie: po co? Ciężko mi uwierzyć, żeby nic nie wyszło, bo blacha to blacha a wilgoć jest po prostu w powietrzu. Kiedyś tam dawno oglądałem dokument mówiący o procesach korozji, w którym przekonywano, że można blachę co najwyżej ocynkować co wyłącznie spowolni proces, ale tu musiałby się jakiś chemik / inny inżynier wypowiedzieć jak to w praktyce działa.
        Jakby ewentualnie pokryć auto farbami okrętowymi po kompletnym rozebraniu (widziałem taki przypadek; koszt liczony w dziesiątkach tysięcy) to może… Może też gdyby niemal autem nie jeździć, trzymać w klimatyzowanym garażu z regulacją wilgoci i mieszkać w Teksasie czy na południu Hiszpanii ale inaczej…
        Ja po prostu regularnie naprawiam swój egzemplarz blacharsko; w około 6 lat poszło ponad 30 tys. na ten cel, albo i znacznie więcej (mam grubą teczkę i wszystkie rachunki, ale nie prowadzę bloga i nie chce mi się podliczać – zresztą wolę nawet nie myśleć ile to już kosztowało). Ile jeszcze pożyje tego nie wiem, ma u mnie zapewne dożywocie.

    • Jest blacha to i rdza być musi, prędzej czy później. Zazwyczaj jeśli coś widać z zewnątrz to najczęściej wierzchołek góry lodowej. Najważniejsze to zabezpieczać to, co dobre, a na wykwity odpowiednio szybko reagować. No i unikać soli, ale to chyba oczywiste. 😀

  3. Bardzo fajny „urealniający” artykuł odnośnie posiadania klasyka. Inna sprawa, że o wydatkach i lawetach czytałem trochę z przerażeniem – sam nie mam takich przygód i zastanawiam się z czego to wynika – od lat jeżdżę pogardzanymi powszechnie samochodami francuskimi i nie przypominam sobie żeby z którykolwiek z nich, bez względu na to czy kupiony był nowy, czy używany, kiedyś sprawił mi większe problemy – nigdy nie jeździły na lawecie i nigdy nie wymagały wydatków przekraczających 2-3 tys rocznie i to nie wynika z tego, że na czymś skąpię – nie znam się, więc wstawiam raz do roku do mechanika na przegląd i on już sam wymienia to co uważa za słuszne.

    • Co z czego wynika – opisałem szczegółowo. Lawety wyłącznie z chińskich części zapłonowych, a ceny można sobie z łatwością porównać.

  4. A i jeszcze jedno. Rozumiem, dlaczego w naszym kraju wśród klasyków dominują modele popularne typu W124 albo rozmaite VW. Jest to dość monotonne, ale… baza ludzi którzy mają takie auta, no i bogaty rynek wtórny części są jednak dużym ułatwieniem w posiadaniu klasyka. Pęknie jakiś plastik, brakuje jakiegoś detalu – zawsze znajdzie się jakiś forumowicz, który podpowie jak coś złożyć, albo będzie mieć takie coś w szpargałach. W przypadku starych japończyków czy francuzów, sytuacja jest zupełnie inna i można niejednokrotnie miesiącami albo latami polować na część, nie wspominając o dostępności informacji na forach.

    • Racja, natomiast w ostatnią sobotę, z okazji prezentacji francuskich piosenek, na płycie kęckiego rynku pojawiło się 5 starych aut: Pegueot 305 2 serii, Citroen BX GTI 2 serii, Citroen GS, Citroen Ami Break oraz Pegueot 204 sedan z 1972 właścicieli z Brzegu. Z racji pogody, schowałem się przed deszczem nieopodal właćiciela 204 i trochę sobie porozmawialiśmy – zarówno o jego znajomości z mechanikami Weny w Oławie, jego kolekcji innych francuskich samochodów i dostępności części do nich. Facet powiedział że nie ma większego problemu – zamawia przez niemiecką stronę z 3 katalogów – Citroena, Pegueota i Renault. Od momentu zamówienia do dostarczenia części mijają zazwyczaj trzy dni.

  5. Świetny artykuł! Z pozdrowieniami od posiadacza mercedesa również zakupionego w KG 🙂 …ale rok wcześniej.
    Moje auto ma także silnik M104, ale z kodem M104.99x (więc już ten na elektronicznym wtrysku i bez rozdzielacza zapłonu). Dlatego ominęły mnie wszystkie problemy związane z wtryskiem i zapłonem, o których piszesz, pomimo pokonania w tym czasie nieco większego dystansu (ok. 50 tys. km). W kontekście silnika w moim aucie były wymieniane tylko świece i kable plus uszczelka pod deklem zaworów. Termostat, profilaktycznie gumy układu chłodzenia. Oczywiście płyny wszelakie na bieżąco, wielokrotnie, a jednorazowo filtr paliwa, przewody hamulcowe gumowe, tarcze, klocki, amortyzator skrętu, wieszaki wydechu. Akumulatory już dwa i dwa podnośniki szyb elektrycznych. Laweta była raz (rozrusznik!).
    Część napraw miała charakter „preventative maintenance” – również jeżdżę tym autem w alpejskie trasy latem, więc układ chłodzenia i hamulcowy muszą być idealnie sprawne.
    Z mojej perspektywy – człowieka, który sam serwisuje swoje auta – taka eksploatacja to czysta przyjemność.
    Szerokiej drogi!

  6. łojezu, to wychodzi średnio z 7tyś rocznych wydatków, takich rocznych wydatków to ja nigdy nie wydałem na żadne swoje auto ani jego wszystkie naprawy 😉
    najdłużej mam chyba moją niebieską Astrę F 1.8 8v automat, już z 6 lat bo miejsca na pieczątki w dowodzie się skończyły
    kupiłem za 1300zł
    wszelkie naprawy to:
    -jedna półośka (miałem choć nie wiedziałem że z manuala pasuje, kupiłem za jakieś 80zł z automata, ale przyszła paskudna, zgnita i z luzami na przegubach, ale przymierzyłem do mojej z manuala w 100x lepszym stanie i okazała się identyczna, więc założyłem swoją)
    – alternator (dziwnie zdechł, zaczęły migać jak wściekłe lampki od oleju i ładowania, choć ładował i ciśnienie oleju oczywiście było) wymieniłem na jakiś z własnych zapasów ze złomu
    – parownik (ze starości, nowy 160zł, ale oczywiście założyłem jakiś ładny ze złomu niemalże za darmo bo to nic nie waży, max 20zł)
    – butla LPG się skończyła (teścia zgnita Astra szła na sprzedaż za grosze więc sobie podmieniłem butlę) 0zł
    – wydech w międzyczasie przegnił (tylny a potem chyba i środkowy), wymieniłem z części ze złomu (prawie za darmo, tyle co waży, łącznie z 50zł max)

    oczywiście coroczna wymiana oleju silnikowego i filtru oleju (ok 100zł/rok) (w automacie jeszcze nie zmieniałem, choć parę razy dolałem bo z początku trochę ciekł, ale o dziwo przestał) filtr powietrza wymieniłem chyba tylko raz – ok 40zł
    oczywiście OC coroczne (ok 330zł/rok)
    oczywiście przeglądy coroczne (150zł/rok), teraz drożej ale jeszcze nie byłem po nowej cenie
    czasem jakieś felgi, opony, ale to wszystko złomowe zdobycze jak się coś fajnego trafi – koła (nie aluminiowe) na złomie 10zł/szt
    aaa – fajne radio Pioneer z USB – 100zł z OLXa

    samochód całkowicie niezawodny, nigdy nie zepsuł się w czasie jazdy, a jak nim jeżdżę na codzień, no to na codzień czyli ok 10tyś/rocznie, ale czasem mam coś innego i Astra sobie stoi jedynie z odłączonym akumulatorem, najdłużej tak z rok stała nieruszana na dworze (na żwirze nie na ziemi, za firmą) i po podłączeniu klemy odpaliła normalnie i odjechałem normalnie, kilkanaście razy trzeba było pohamować jedynie żeby się hamulce rozruszały i normalnie hamowały a nie słabiej, akumulator oczywiście też stary, ze złomu, wszędzie mam akumulatory ze złomu, kupiłem sobie za 90zł miernik-opornicę do mierzenia akumulatorów i sobie wybieram najlepsze na złomie dając w zamian te zdechłe, w większej wadze i każdy zadowolony 🙂

    staram się wymyślić co ja mogłem jeszcze w tej Astrze wymienić ale nic nie przychodzi mi do głowy…
    aaa zrobiłem konserwację profili woskiem, to jakieś 100zł bo po jakieś 30zł jest puszka a wypsikałem 3 puszki, przydało by się jeszcze ze trzy chociaż, ale szkoda mi pieniędzy

    aaa – wymieniłem jeszcze 2 błotniki przednie (jeden miałem w kolorze z innej Astry a drugi ze złomu za 50zł) i 2 drzwi w kolorze bo ładne na złomie były (100zł/szt) a moje były przerysowane (tak już kupiona, po jakimś dziadku który poobijał ją do okoła pewnie nie trafiając do garażu, to była wersja inwalidzka z dźwignią ręczną go gazu/hamulca)

    także nie wiem ile to wyszło przez tyle lat, ale największym kosztem będzie z tego wszystkiego OC

    Astra jeździ nadal, choć pękła szyba przednia (szybę mam, muszę tylko wymienić), trzeba wymienić silniczek krokowy (też mam), no i parownik znów przydało by się wymienić, ale od niedawna jeżdżę Zafirą A w automacie (też kupioną za 1300zł ale mocno zapuszczoną, w której musiałem powymieniać sporo po zakupie – maglownicę cieknącą, hamulce tyle całość: przegnite (i zaklepane) przewody hamulcowe, zgnite tarcze, zgnity jeden zacisk (drugiego w ogóle nie było), totalnie usyfione fotele, podrapaną (niemam pojęcia czym) przednią szybę, wgnieciony przedni błotnik, popękaną przednią lampę, poniszczoną kierownicę, rozwaloną półośkę i wyjące łożysko koła (zmieniłem całą zwrotnicę przednią), popękane tylne sprężyny i totalnie wylane amortyzatory tylne, nieważną butlę LPG, umierające wtryski LPG i parownik oraz cieknącą chłodnicę, i dziurawe tłumiki
    za te wszystkie części dałem znajomemu ze złomu 2 zespoły napędowe od Tico, czyli równowartość jakiegoś 1000zł (o ile ktoś by to kupił, ja dałem z 250zł/szt kiedyś, a on miał kogoś co kupywał Tika na afrykę), oczywiście samemu rozkręcając stojącą tam Zafirę i przekładając do swojej (najgorsza wymiana maglownicy, trzeba sanki było opuszczać, na szczęście nie całkowicie) roboty do cholery, ale koszty żadne

    • Oczywiście Astra jest tańsza od Mercedesa SLa, to chyba żadne odkrycie.

      Dodam jeszcze poza tematem artykułu, że moje W204 C300 kończy w przyszłym roku 18 lat i poza olejami/filtrami/klockami zmieniałem w nim dwie sprężyny zawieszenia z tyłu i jeden wahacz z przodu, do tego jedną koronkę ABSu (działała, ale raz wywaliła błąd) i kostki tylnych lamp (działały, ale były przypalone).

      Tyle w ciągu 7 lat jazdy i 70 tys. Km. Z tym że 18 lat to nie 33.

      • 18 lat to prawie nowy samochód 🙂 ledwo co do Polski przyjechał 😉 (bo zwykle przyjeżdżają takie co mają 12-15 lat)

      • Ten przyjechał jako 10-latek. Ale w poprzednim stuleciu określenie „samochód pełnoletni” było synonimem czegoś nadającego się tylko na złom – tymczasem dziś takie auto może nie mieć śladu rdzy i jeździć całkiem niezawodnie. To właśnie pokazuje, jak zmieniły się czasy.

      • ale oczywiście przyznaję bez bicia, że o takim dbaniu jak Twoje o Mercedesa to każdy samochód na pewno marzy 🙂

      • Staram się, ale nie jest to wcale taki wyjątek, jak by się zadawało. Samochodów zadbanych są na rynku miliony, tylko mało kto je ogląda, bo większość woli za te pieniądze „lepszy model”. To, że on się będzie składał ze szpachli, jakoś niewiele przeszkadza. A potem ludzie płaczą.

      • 18 lat i klasyk… cóż, ja jeżdżę 16-letnim autem i nie wiem, czy to już klasyk czy dopiero stare auto… 😉 – a rocznie robię ok. 30 tysięcy km.

  7. Szczepanie dla tego ja nie wymieniam SPRAWNYCH ORGINALNYCH części, a jeśli mam co do nich podejrzenie, to wymieniam najlepiej na stare orginalne, ale i tak te co były zostawiam, dotyczy to głównie elektryki/czujników/osprzętu, wiadomo że nie zużyte sworznie czy dziurawe tłumiki 🙂
    także jeśli masz orginalny palec i kopułkę, to je wyczyść, zeskrob osad ze styków w środku kopułki i to będzie działać kolejne 20 lat

    • Z elementami podlegającymi naturalnemu zużyciu nigdy nie wiadomo, kiedy padną. W normalnym świecie mądrzej było wymienić 25-letni palec i kopułkę, niż stanąć w trasie i płakać. Tyle że niestety świat mocno się zmienił i dzisiaj części ze sklepu są zupełnie inne niż stare fabryczne – ale w 2016r nie było to jeszcze wiadome.

  8. Gratuluję fajnego klasyka i życzę wielu kolejnych bezproblemowych kilometrów!

    Piszesz że „4,64% rocznie to niewiele ponad odsetki od lokaty bankowej”. Obecnie to bardzo dobra lokata! Niektóre banki w Polsce oferuję trochę więcej, zwykle do ok. 6%, ale jest przy tym masa dodatkowych warunków i ograniczeń a takie oprocentowanie obowiązuje przez pierwsze promocyjne 3 lub 6 miesięcy. Na normalnych lokatach można liczyć na jakieś ochłapy typu 0.1%…

    Może nie powinienem o tym pisać pod artykułem o Mercedesie, bo ryzykuję słowoburzę, ale moja rada, poparta dwudziestoma pięcioma latami eksploatacji trzech kolejnych samochodów, dla kogoś kto szuka klasyka za niewielką cenę i takiego, w którego nie trzeba będzie wiele inwestować jest jedna. Amerykany!!! Ogromny wybór świetnie utrzymanych egzemplarzy, a do tego solidne, proste i niewysilone konstrukcje zapewnią dotarcie do celu za każdym razem. Nie chcę zapeszyć, ale w moim 46. letnim amerykanie przez ostatnie siedem lat jedynie wymieniałem oleje, filtry, klocki, itp. oraz lałem mnóstwo benzyny 😉 Jeśli już trzeba coś wymienić to dostępne są porządne części oraz masa zamienników dobrych marek.

    • Ciekawe.
      W kwesti inwestycji:
      Wartość w 2016 – 65 tys. srednia roczna pensja w Polsce 48,6 tys.
      W 2026 – ~100 tys., srednia roczna za 2025 – 106,8 tys.
      A że współczesna waluta to taki papierek po cukierkach wolę takie porównanie.

      Jak stare samochody mi sie podobaja, to zawsze dochodzę do wniosku, że nie na mój budżet – bo to w koncu nie jest artykuł pierwszej czy drugiej potrzeby.

      A z handlarzami jak z handlarzami – kiedyś na jakiejś imprezie widziałem starą beemke 5, ktora miała oczywiste wady natury estetycznej, czytaj uszkodzenia tapicerki. Potem trafiłem na zdjecia ogłoszeniowe w necie, gdzie oczywiście owych uszkodzeń nie było widać 🙂

      • Porównania do wynagrodzeń są ok na Zachodzie. U nas wynagrodzenia rosły w ostatnich latach najszybciej w świecie, dlatego nie jest to całkiem miarodajne.

        Szybkie wzrosty wartości oldtimerów miały miejsce w latach 2010-20. Wtedy naprawdę dało się zarobić, ale tylko na modelach chodliwych i drogich – bo w innych wzrostów albo nie było, albo zjadały je koszty.

      • Szczepanie kto jak kto, ale Ty takie banialuki opowiadać? jakie wynagrodzenia urosły… chyba inflacja tak rosła, co z tego że „zarabiam 2x więcej”, skoro wszystko podrożało te 2x

      • W latach 2014-19 płace REALNE (po odjęciu inflacji) rosły i 3-7% rocznie. W czasie pandemii to się faktycznie zatrzymało, ale tylko w 2022 roku płace realnie spadły (dokładnie o 1,8%), z powodu rekordowej inflacji. To był jedyny taki rok od upadku komunizmu.

        Rekordowy wzrost realnej płacy przyniósł rok 2024 (aż 9,3%), w 2025r. to było ciągle 5,5%. Takie wyniki są jednym z lepszych w całej historii, nie tylko Polski. Pisałem już niejednokrotnie, że aktualnie polska płaca – zarówno minimalna, jak i przeciętna – mają siłę nabywczą porównywalną do japońskiej.

        Oczywiście to jest statystyka, nie sytuacja konkretnego człowieka. Konkretny człowiek zazwyczaj musi ciągle wypatrywać okazji i zmieniać pracę raz za czas, żeby nadążyć zza wzrostem krajowym, bo niestety samo to nawet zboże na polu nie rośnie. Ja sam jedyne znaczące podwyżki dostawałem w momencie zmian stanowisk – nawet w obrębie jednej firmy, ale jednak zmian. Bez zmiany stanowiska faktycznie nie dostaje się nic ponad inflację, a czasami i mniej.

    • Amerykańskie auta są zawsze najtańsze i najłatwiejsze w eksploatacji, to oczywistość:-)

      Co do lokat – 10 lat temu było inaczej, a o takim okresie mówimy. Są też obligacje skarbowe, dają podobny zwrot.

  9. No typ z klasyki się nie popisał, chociaż prawdę mówiąc można go było ścignąć o naprawę UPG…
    Przyznam też że trochę nie rozumiem, że znawca Mercedesów musi kilkukrotnie wracać do naprawy tych samych elementow/modułów…
    A kopułkę trzeba było zostawić oryginalną – tylko przejechać drobnym papierem styki od środka. Jeździłaby do dziś

    • Co do sterowników – w 30-letniej elektronice to nie jest bardzo dziwne, że jak jeden lut poprawisz, to za dwa lata puści inny. Taka naprawa to 5 minut z lutownicą w ręku, płacone od roboczogodziny, a alternatywą jest nowy sterownik za czterocyfrowe kwoty albo używany w identycznym stanie.

    • Prawda, z UPG uwaga o wymianie płynu była załamująca. Opisywałem to w artykule o szukaniu klasyka. Ale to był zdecydowanie najlepszy z dostępnych egzemplarzy, więc się zdecydowałem.

  10. No powiem szczerze trochę się zaskoczyłem kosztami, no ale wóz już 10 lat w jednych rękach więc się nazbierało jakby nie patrzeć ; ) Przyznam się że spodziewałem się trochę większej trwałości po Mercedesie :> chociaż jak to kiedyś znajomy skwitował przy wymianie jakiejś części „jakie g* kiedyś robili, ledwie 30 lat wytrzymało” ; ) Co do napraw i serwisów to tak, zgadzam się, na samej robociźnie można oszczędzić, no ale jak Drogi Autorze wspominałeś nie każdy ma umiejętności do tego – i ja to rozumiem, też nie jestem aż tak biegły w naprawach. XD chociaż nie powiem, zawsze wymiana jakiejś pierdoły czy elementu w wozie sprawia mi satysfakcję że mi się udało. No ale mam takie szczęście, że mam gdzie grzebać – pod blokiem można najwyżej sobie filtr powietrza i żarówki zmienić.

    Co do „jakości” nowych części zamiennych to zgoda i niestety smutna prawda – kiedyś wymienialiśmy z ojcem końcówki drążka i jedna fabrycznie nowa już miała lekki luz. Inny znajomy miał podobny problem z włącznikiem świateł – nówka sztuka przestała szybko działać a stara część wyciągnięta ze złomu sprawuje się wyśmienicie.

    No i po trzykroć zgadzam się, jeśli chodzi o końcowy wniosek – na dobrą sprawę, w dłuższej perspektywie czasu, tylko może kilkadziesiąt modeli będzie zwyżkować w cenie; reszta prędzej czy później straci wartość. A to ile poniesiemy wydatków i ewentualnie jaką cenę będziemy chcieli i za jaką sprzedamy to już osobna kwestia. Ja tego nie biorę pod uwagę, bo kupuję wóz żeby nim jeździć do końca – mojego lub jego : > a nie spekulować.

  11. Wydaje mi się Szczepanie, że do zysków z posiadania tego SL-a powinieneś doliczyć zysk ze wzrostu wartości garażu czyli 71 tys 500, minus inflacja daje to jakieś 55 tys na czysto.

    Przecież gdyby nie oldtimer, nie kupiłbyś garażu, zysk jest oczywisty, wprawdzie nie bezpośredni ale jest.

    Trzeba było wtedy kupić tuzin albo i ze dwa tuziny takich garaży. Pomyśl, ile by to było dzisiaj warte!

    • Nieruchomości to zawsze najstabilniejsza inwestycja, jak najbardziej. Ale to można robić i bez posiadania klasyka, nie tylko w kontekście garażu 🙂

      • ale fakt faktem, garaże chyba zdrożały najbardziej (procentowo)

  12. Bardzo ciekawy artykuł! Śledzę losy Pana SLa od zakupu i byłem ciekaw tego podsumowania.

    Sam mam auto kupione w Klasyce Gatunku (BMW E32, również ze Szwajcarii). Auto bardzo fajne, ale sporo musiałem w nim zrobić przez pierwszy rok, niestety sporo rzeczy było uszkodzonych/niesprawnych/wybrakowanych co okazało się dopiero na oględzinach w KG, a o czym sprzedający, Pan M., przez telefon wspomnieć „zapomniał”. Zatarty kompresor klimy (zapłacili za naprawę), niesprawne radio, niesprawna regulacja kierownicy, przepalone zegary, kierunkowskaz który nie odbijał itd.
    Urok handlarzy.. 🙂
    Na szczęście dali mi niespodziewanie wysoki rabat (prawie 10 tys bez mrugnięcia okiem), więc mimo sporej ilości wad zabrałem BMW do domu, bo blacharsko i tapicersko był „top zustand”

    • Niestety z autami w tym wieku inaczej nie będzie.

      Najważniejsza jest właśnie blacha i rzeczy najtrudniejsze do odtworzenia, czyli np. wnętrze. Uszczelka głowicy albo nawet remont skrzyni biegów to sprawy wykonalne, których nie da się uniknąć na przestrzeni 30 czy 40 lat. Dlatego jak najbardziej trzeba ich szukać i wykorzystywać w negocjacjach, ale nie odrzucać egzemplarza z tego powodu, bo innego po prostu nie będzie.

  13. Rewelacyjny wpis. Ostatni akapit też świetny, nie kupuj tego na co cie nie stać. Święte słowa, choć w czasach wczechobecnych kredytów konsumpcyjnych to jest trudna prawda dla niektórych.
    Ja mam w głowie słowa mojej ś.p. babci, rocznik przedwojenny – nie stać mnie tanio kupować. I ta zasada zdaje się być bardziej uniwersalna niż myślałem słysząc ją pierwszy raz.
    Doceniam też tzw. buhalterię. Niesamowita skrupulatność, rozumiem w pewnym stopniu motywację do takich działań. Sam jeżdżę starym autem, żaden youngtimer – Sceniciem 2 z początku produkcji. Nie nazwałbym go gratem, ale też nie jest cud miód. Przyzwoity 22-latek. I tak samo notuję wszelkie serwisy i naprawy wraz z paragonami, chyba już tylko dla auto-złomu. Spalanie liczę każdorazowo po tankowaniu, ale już nie notuję. Rozbieżność między komputerem, a realnym z tankowania jest spora (10.5l/100km vs 7.5l/100km). Warto kontrolować. Rozumiem też tankowanie 98, sam robię to samo z tego samego powodu. Po co mi problemy od biododatków, jak auto więcej stoi niż jeździ.
    Pozdrawiam serdecznie i życzę dalszej spokojnej eksploatacji.
    P.S. No i zaufany mechanik to też mega istotna sprawa, nawet jeśli to 80km w jedną stronę.

    • Niemcy mają takie przysłowie: kto kupuje tanio, kupuje dwa razy – a za drugim razem drogo.

      W moich Mercedesach rozbieżność pomiędzy wskazaniami komputera i dzieleniem litrów przez kilometry to mniej niż litr. 2,5 litra, czy też 33%, to strasznie dużo – w tym układzie w ogóle nie warto na komputer patrzeć…

  14. Widzę, że zbieractwo i trzymanie różnych faktur i paragonów to nie tylko moje zboczenie. Ostatnio znalazłem kajet z rachunkami i listą „do zrobienia” w moim aucie który obejmował okres od 2012 do 2020 roku. Po krótkiej analizie i fuknięciu żony, że archiwum robię sobie w domu, los kajetu został przesądzony – przy najbliższej okazji wylądował w ognisku…

    „że nie będę płacił za „azję” jak za porządne auto” – też to parę razy słyszałem. Mieszkam w małej miejscowości na Pomorzu i był taki czas, że moi znajomi mieli fazę „że ino Golf a jak co lepszego to abo audik abo bawara”. Jedyną taryfę ulgową miała Toyota, ale to chyba wszędzie na świecie 😉 Kiedy mój kolega kupił sobie Legacy, a potem jego szwagier Imprezę ludzie patrzyli na nich jak na wariatów. I nie były to odległe czasy bo początek lat ’10 tego millenium. Że „japoniec” i w benzynie? Apage satanas!

    Te auta ciągle jeżdżą i nie doprowadzają do bankructwa swoich właścicieli. A prosta prawda jest taka, że auto ma przede wszystkim sprawiać satysfakcję właścicielowi. Puki dowozi, cieszy oko lub rośnie jego wartość kolekcjonerska (co kto preferuje) puty nie ważne co to za marka i czy jest prawilnie „vagowska” czy z drugiego końca globu.

    Ostatnie zdjęcie: Pulchra vita est 🙂

  15. Na prawdę bardzo ładny ten Mercedes jest, miałem przyjemność się nim przejechać i jeździ bardzo przyjemnie, żwawo i pewnie, w życiu bym nie powiedział, że ma 33 lata, dla mnie to normalny współczesny samochód, no może od współczesności odróżnia go K-Jetronic, ale poza tym to normalne współczesne auto, tyle, że dużo ładniejsze od współczesnych.

    PS. Bardzo ładny ten Blaupunkt! z początku zanim przeczytałem to po zdjęciu pomyślałem „oo mam gdzieś takiego Blaupunkta” a to się okazuje że to współczesny, w tak ładnym stylu zrobiony, kurde, czyli jak się chce to jednak można zrobić coś ładnego i porządnego nawet współcześnie! (no ale cena tego jest wysoka (dla nas, bo dna niemca pewnie nie))

    • W tym aucie wszystko jest muzealne, nie żadne współczesne.

      6 cylindrów, mechaniczny zapłon, mechaniczny wtrysk, hydrokinetyczna skrzynia bez elektroniki, hydrauliczne wspomagane kierownicy bez progresji, tylny napęd, żarówki w oświetleniu, pomarańczowe migacze, bębenkowy licznik kilometrów, zero wyświetlaczy i ekranów, manualna klima, zero kontroli trakcji (poza ABSem)… SL jest pod każdym względem bliższy latom 60-tym niż współczesności – jedyne faktyczne różnice to wielowahacz z tyłu i zmienne fazy rozrządu, ogromna większość reszty była nowoczesnością w latach 60-tych.

  16. A ja troszkę obok tematu głównego,czy mógłbyś Szczepanie polecić w okolicy Krakowa dobry zakład zajmujący się zabezpieczeniem antykorozyjnym (terenówka),które wie co robi ,a nie liczy sobie bajońskich kwot ,niektórych bowiem na fali mody i filmików na youtube pogrzało całkiem mówiąc kolokwialnie z cenami. Nie mam problemu z zapłaceniem za jakościową pracę,ale niektóre kwoty jakich żądają są nie do przyjęcia

    • Pozwolę sobie polecić S-Point (wspomniany w artykule). Korzystam z ich usług od lat, ale tanio nie będzie. Sęk w tym, że wątpię, żeby w ogóle dało się tanio zrobić zabezpieczenie antykorozyjne bo to kosztuje kilka ładnych tysięcy. Kiedyś w poprzednim warsztacie właściciel mi dokładnie tłumaczył jak długo to trwa i ile zajmuje im czasu i miejsca – bo auto schnie i całość to czasem kilka dni.

  17. Przyznam szczerze, że spodziewałem się znaczących kwot, ale powiem też, że nie aż takich – w końcu Mercedes to świetna jakość, jak to mówią. Z drugiej strony, niektóre części – jak te silniczki wycieraczek – mogą być już rarytasem i nie posiadać sensownych zamienników.
    Sam wydałem w ostatnich 6 latach sporo, proporcjonalnie do wartości auta pewnie porównywalne kwoty ale wciąż znacząco niższe. Natomiast z rdzą walczę i auto nie jest w tak dobrym stanie pod tym względem jak opisywany egzemplarz; najzwyczajniej w świecie trzeba je „robić” tu i ówdzie co jakiś czas; pomimo tego, że z zewnątrz mało widać i dokładnie trzeba zaglądać.
    Natomiast odnośnie wnętrza – jakość u Toyoty chyba jednak była lepsza. Co oczywiście może być wyłącznie kwestią egzemplarza (jedyne pęknięcie u mnie mieści się wewnątrz pokrętła regulacji fotela pasażera (niewidoczne z zewnątrz); ten plastik złamał już poprzedni właściciel. Poza tym brak śladów we wnętrzu).
    Niektóre natomiast awarie w klasyku są albo nieusuwalne, albo usuwalne za bajońskie sumy. Przykładowo: kilka lat temu popsuł mi się mechanizm domykania szyberdachu. Ów zamyka się, ale nie wskakuje na miejsce i zostaje 5mm szpary co groziłoby zalaniem. Mechanik zamknął go na szczęście i od tego czasu dach jest niedotykalny. Trzeba by rozebrać całą podsufitkę (w stanie perfekcyjnym – jak w nowym aucie), wymienić jeden mały bolec, który sprzedają zapewne w jakimś wszechświecie równoległym, albo innej galaktyce i poskładać całość tak, żeby jakość była zbliżona do obecnej. To się mija z celem.

    Natomiast na pytanie typu: „ooo, to musi być niezła inwestycja, prawda?” odpowiadam zazwyczaj coś w stylu: „chce Pan zobaczyć teczkę rachunków?”.

    • No to jeszcze raz powtarzam: można jeździć taniej. Tylko po 10 latach auto będzie wyglądało i jeździło zupełnie inaczej, jego wartość też będzie zupełnie inna. Jeśli natomiast chce się, żeby stan i wartość były utrzymywane, to niestety kosztuje.

    • Niestety koszty robocizny i części tak wzrosły, że o ile przed laty wydawało mi się rozrzutnością kupowanie nowego samochodu, to obecnie nie jest to już wcale takie oczywiste. Trochę jak ze sprzętem AGD – jak ostatnio zepsuła mi się zmywarka, to koszt naprawy oscylował w granicach 50% zakupu nowej, przy czym nikt nie dawał gwarancji, że za kilka dni nie padnie coś innego.

      • Jest jeszcze inna kwestia: dostępność części w ogóle. Jakiś czas temu padł mi programator w pralce. Działała blisko 10 lat i dowiedziałem się od paru serwisantów, że to długo jak na dzisiejsze czasy (sic!). No i przy okazji dowiedziałem się też, że tych programatorów już nigdzie nie ma. Nikt by nie naprawił, pomijając to, że wymiana plus część to blisko 50% ceny nowej.
        Po prostu musiałem kupić nową, bo nie było wyjścia. Pół biedy kiedy to się dzieje w pralce, a co kiedy w samochodzie?

      • @Jerzy , @Daozi mam takie samo spostrzeżenie apropo AGD. Tak mnie zastanawia tylko jakim cudem serwisy AGD nadal działają w najlepsze.

    • Wbrew pozorom, w Toyocie można bez problemów dostać rozmaite spinki czy inne bolce. Sam szukałem spinek listwy przedniej wokół szyby do Camry – dostępne w przeciągu paru dni, więc prawie „od ręki”, nie zdziwiłbym się gdyby taki bolec był dostępny. Kwestia chęci. Przyznać trzeba natomiast, że jakość elektryki w starej Toyocie jest pierwszorzędna i mało co wymaga napraw po wielu latach.

  18. Drogo i niedrogo zarazem. Jak się umie ogarnąć sporo samemu np. wymiany olejów, filtrów, klocków, i ma gdzie to można sporo zaoszczędzić. Spodziewałem się takich kwot ale nie wszystkich. Taka za wymianę oleju potrafi przerazić człowieka, który jak ja, zawsze robi to sam. Płacę tylko za bańkę oleju i filtr. po takiej chłodnej kalkulacji wyszło mi, że utrzymanie takiego klasyka porównywalnie kosztuje do utrzymania współczesnego auta średniej klasy. Nie licząc wyjątków, gdzie ostatnie dostępne części kosztują krocie. Tak, odpuściłbym sobie te wycieraczki reflektorów. Zostałyby, na ozdobę. Resztę trzeba było zrobić tak jak zrobiłeś, bo inaczej wóz straci kondycję i… skapcieje, tracąc wartość. A ten naprawdę fajny i zadbany egzemplarz na to nie zasługuje. Niech służy dobrze następne tysiące kilometrów. Ja wierzę, że klasyki mają „duszę”, w tym sensie, że ty dbasz o mnie ja dbam o ciebie i zawiozę cię wszędzie bezproblemowo a potem bezpiecznie odwiozę do domu i… cierpliwie poczekam w garażu. Pozdrów ode mnie Pawła Szczepanie. Świetny gość. Pozdrawiam Was. Na razie.

  19. Benny. Blaupunkt ma obecnie w ofercie trzy takie radioodtwarzacze wzorniczo oparte na starych modelach. Niestety jest drogo. Jest też Pioneer SXT C10PS. Dla mnie najfajniejszy bo ma Time Allignement i można na nim zbudować poważny system. No ale znowu drogo jest.

    • mam gdzieś jakiegoś współczesnego Blaupunkta i to niestety straszny badziew, chinol jak jakaś tam Manta, tyle że ładniej panej postarany, ciekaw jestem czy ten „retro” jest bardziej postarany ale wygląda ładnie
      Pioneer na pewno będzie dużo lepszy jakościowo, ja już w swoich samochodach wszędzie Pioneery założyłem (z mp3 na usb) i super się sprawują, choć jeden zdech sam z siebie, przestał się włączać, nic nie spalone a nie działa, ale znalazłem na złomie bardzo podobny bez panela i o dziwo mój panel z tamtego zdechłego pasuje i działa, mimo że ten znaleziony niema blutufa
      co do tego SXT C10PS to on wygląda…. jak Philips 🙂 wzorniczo o wiele ładniejszy tamten Blaupunkt

  20. Hm. Teraz coś z mojej strony. Wołga M21. Auto wyremontowane w 2010r – nowy lakier, chrom, tapicerka, część mechaniki(to, co było zużyte – remont mostu, sprzęgła, przekładni kierowniczej, wadliwego silnika, hebrowanie resorów). Wówczas było zdecydowanie taniej – cały remont kosztował około 30 tysięcy. Silnik, z uwagi na to że poprzedni był składakiem z pięciu różnych, kupiony później używany, za 2500. Auto eksploatowane średnio 1500 km rocznie, przy czym nierównomiernie – w 2015-16 przejeżdżało po 3-4 tysiące, potem 1000-2000. Sumaryczny przebieg po 11 latach eksploatacji – około 16 tysięcy. . Robocizna własna. Smarowanie, konserwowanie i regulacja zgodnie z instrukcją obsługi, czyli często – szczęki hamulcowe co 2000 km, smarowanie podwozia w praktyce co sezon, hamulec ręczny co 5000 km, smarowanie zamków etc co około 5 myć, uszczelki nacierane ciepłą gliceryną co dwa sezony. Demontaż, mycie i smarowanie linki szybkościomierza co pięć lat, gdy zaczyna skakać bardziej niż zwykle. Regularnie kontrole i sprawdzanie dokręcenia newralgicznych elementów – w szczególności śruby mocujące prądnicę lubią się luzować. Minionej zimy, przy mrozach, zaczął przeciekać filtr oleju – wystarczyło solidne wyczyszczenie przylgni uszczelki i dokręcenie pokrywki.
    Lista części i szacowany koszt:
    – pęknięcie membrany pompy paliwa – 20 zł *
    – wysprzęglik – 80 zł
    – wymiany oleju – około 1000 zł; świece zapłonowe – 50 zł
    – szczotki do prądnicy – 10 zł
    – pasek klinowy – zmiana profilaktyczna – 35 zł
    – gumki piór wycieraczek – 2×8 zł =16,00 PLN
    – końcówki drążków kierowniczych – 120 zł
    – termostat – nie zamykał się – 45 zł *
    – czujnik temperatury zawyża – każdy z trzech kupionych zawyżał jeszcze bardziej – 120 zł
    – pompka spryskiwaczy – 140 zł
    – komplet szczęk hamulcowych – zmieniony przy okazji – 250 zł
    – uszczelniacze cylinderków i pompy hamulcowej (jeden cylinderek przeciekał) – 150 zł *
    – czujnik przegrzania – 65 zł *
    – tuleje resorów – 48 zl
    – lakiery zaprawkowe, woski konserwujące, smar etc – 200 zł
    – kamyk? Przedziurawił zbiornik paliwa. Plastelina uszczelniająca – 8 zł, od 2016 się trzyma.
    – modyfikacja czujnika stop (ciśnieniowy włączał się zdecydowanie zbyt późno względem przyzwyczajenia współczesnych kierowców, założony mechaniczny od Poloneza) – 18 zł
    – awaria prędkościomierza – miałem drugi – bezkosztowo, ale wówczas można było je kupić za około 500 zł
    – spalony bezpiecznik wycieraczek – zadrutowany zgodnie ze sztuką – radzieckie bezpieczniki topikowe są wielorazowe i mają zapas drutu do drutowania
    – gasnące kierunkowskazy – demontaż i czyszczenie włącznika – kwadrans
    – akumulator po awarii – zwarcie płyt? – zastąpiony używanym po współczesnym aucie, od 2018 bez problemów

    Przeglądy – około 1200 zł. OC – 350 zł rocznie. Płyn chłodniczy – 300 zł. Płyn hamulcowy – 80 zł. Ocet – 140 zł.

    Zużycie: na tą chwilę obecny jest niewielki luz na górnych wahaczach (zawieszenie, jako niewykazujące luzu, nie było robione przy remoncie) Kosztują około 300 zł sztuka.
    Silnik pracuje dobrze, ale widać postępujące przedmuchy i zużycie oleju nieco ponad normę producenta (przewiduje 100 g/1000 km, auto spala nieznacznie więcej – szacuję że około 130). Kapitalka w planach, koszt około 2000 zł. Przy okazji w planach wykonanie nowej chłodnicy – 1500 zł. Auto nigdy się nie zagotowało, ale w upały się grzeje. Raz, po dwugodzinnym postoju w korku, w upale, auto zgasło z powodu zagotowania benzyny w przewodach.
    W radio zaczęły wypadać stacje/cos nie kontaktuje w zakresie UKF – zapewne pęknięcie jakiejś sprężynki albo coś w tym rodzaju. Szacowany koszt głównie w godzinach,
    Prawy przedni podnośnik szyby ciężko chodzi – smarowanie i regulacja – kilka godzin pracy.
    Zegarek nie chodzi – zapewne interwencja zegarmistrza by pomogła, ale auto i tak ma hebel, rozłączany przy każdym dłuższym postoju.
    Antena radia lubi położyć się na ostrym zakręcie – naprawa wymaga niestety demontażu podsufitki, więc odłożona jest na święte nigdy.

    Z uwagi na wiek (2010) myślę pomału o wymianie opon.

    Korozja: auto eksploatowane w każdych warunkach pogodowych, choć zimą wyjeżdża raczej od wielkiego dzwona.

    – pojawienie się nalotu rdzy na obiciach felg (kołpaków nie da się zdjąć bez podrapania kół)
    – pojawienie się rdzawych wżerow na jednym kołpaku (NOS) – tym który znajduje się najbliżej miejsca w garażu w którym lubi stać woda ściekająca z auta codziennego
    – drobne naloty na krawędziach blach podwozia – coroczne zaprawki.
    Gwiazdką oznaczyłem elementy które zepsuły się pomimo wymiany przy remoncie. Jedyna awaria która unieruchomiła auto to membrana pompy paliwa – stało się to zaraz po uruchomieniu auta po remoncie, kilometr od domu – prawdopodobnie źle założona bądź wadliwa. Bezpośrednio po remoncie, po dłuższych postojach sprzęgło się sklejało, wymagając rozblokowania śrubokrętem; ustąpiło wraz z eksploatacją.

    Prześwit pozwala na wykonywanie większości drobnych napraw i konserwacji bez użycia kanału,

    Zmiana wartości – Wołgi znacznie staniały od 2010r. Wówczas egzemplarz „driver condition” wart był 80-100 tysięcy. Import z Ukrainy obniżył to do 50-70; 100 tysięcy wart jest być może egzemplarz „mint”, choć ceny transakcyjne są nieznane.

    • @Jakub, żeby dać 100 tysięcy za Wołgę w 2010 roku trzeba było być naprawdę mega świrem. No części taniutkie. Pytanko w większości oryginalne sprowadzane z krajów b. ZSRR?

      • Być może – nie są to ceny transakcyjne tylko ogłoszeniowe – a cenić to sobie można. Tak czy siak, obserwując ogłoszenia widać wyraźny spadek cen o 20-30% względem sytuacji sprzed 10-15 lat.

        Części mechaniczne wyłącznie rosyjskie – niedaleko mnie jest sklep który zajmuje się importem, więc, przynajmniej przed wojną, każdą w/w rzecz kupowało się stacjonarnie, od ręki, z półki. Nie wiem jak teraz, bo po prostu niczego nie potrzebowałem.

  21. Niesamowity zysk i stopa zwrotu inwestycji! (mówię o garażu oczywiście)

    Kup bratu paczkę dobrej kawy albo zatankuj mu auto. W końcu gdyby nie to, że ów pogonił Cię z garażu, nie zarobiłbyś na tej nieruchomości.

    Wiedziałem, ze na immobiliach można zarobić ale ze aż tyle?

    • Taki jest wynik miejskiej polityki likwidowania parkingów. W Krakowie jest to wybitnie widoczne. Gdziekolwiek pojechałbym poza Kraków,jestem zdziwiony łatwością poruszania się autem po centrum i zaparkowania niemal wszędzie pod drzwiami.

      • Choroba ta również w Warszawie się szerzy – ulice są zwężane, zamykane, przerabiane na „rowerostrady” i „zielone bulwary”. Pominę SCT – tu Kraków dzierży niechlubną palmę pierwszeństwa.
        Dla nas, samochodziarzy, nadchodzą ciężkie czasy…

    • @Max, @SzK w Białymstoku jaki on by nie był większych problemów z parkowaniem nie ma, a mimo to garaże w postPRLowskich rzędach potrafią kosztować 70-90 tysięcy. Podwójne w nowych blokach dochodzą nawet do 100 tysięcy. W 2016 spokojnie byś kupił garaż za 20-30 tysięcy.

      • Białostockie ceny nieruchomości to w ogóle absurd względem zamożności miasta. A garaże? Cóż, ostatni raz takie budowano 40 lat temu, więc podaż jest mała, a one bardzo często są, bardziej niż garażami, zapleczami małych firm. Gdy mieszkałem na Nowym Mieście, gdzie blok miał halę osobnych garaży, to mniej więcej 1/3 służyła do parkowania – trzy były magazynami firmy dekorującej wesela, dwa służyły majstrom wykończeniowym za magazyny narzędzi, jeden był studiem fotograficznym, jeden prywatnym „klubem” do spotkań i gier komputerowych, jeden warsztatem stolarskim i tak dalej.

      • @Jakub , o kolega z mojego miasta, możnaby się spotkać kiedyś heh. Chodzi Ci o ten ciąg garaży na Pogodnej? Obecnie na drewnianej najtańszy w mieście garaż kosztuje 59k, kilka miesięcy temu na Kolejowej na terenie PKP ktoś sprzedawał garaż za 28k niemniej należało płacić za dzierżawę działki dla PKP.

        @SzK nie tylko o parkowanie tu się rozchodzi. Tak naprawdę wielu ludzi kupuje dzisiaj garaże czysto inwestycyjnie, lub też jak kto woli spekulacyjnie. W dalszym ciągu jest to tańszy i prostszy sposób na trzymanie gotówki niż mieszkanie.

        @Jakub, jeszcze co do białostockiego rynku nieruchomości. Tak wysokie ceny biorą się z dodatniego salda migracji ludności z różnych Hajnówek, Sokółek , Augustowów i okolic. Sama w sobie zamożność miasta nie ma nic do tego.

      • Po prostu trzeba zbudować więcej i tyle. Nie ma innego sposobu na obniżenie cen, nigdy.

    • Przykład z mojej okolicy (Stare Podgórze) – garaż murowany niedaleko mnie, którego zakup rozważałem, miał cenę wyjściową 170 tys. PLN. Dało się zejść do 140 – to już był minimalny limit. Akcja toczyła się w 2025 r.
      Owszem, z cegły, coś pod 12 mkw, ale wciąż… Ile musi być warty samochód, żeby go trzymać w garażu za blisko 150 tys., za który jeszcze trzeba często te 200 PLN miesięcznie zapłacić, bo prąd, podatki itp.?
      Dodam, że wspomniana kwota spokojnie wystarczy na wkład własny + opłaty pod kredyt na kawalerkę na wynajem. Inwestycja jakby znacząco lepsza.

  22. W sumie nieładu nie czytałem tak szczegółowego raportu na taki temat.
    Dzięki.
    To co teraz napiszę i o co zapytam, może wydać się głupie, ale…
    Prawdę mówiąc, sądziłem, że zasadniczo takie auta to już się nie psują, bo są zadbane i niewiele jeżdżą..
    Ciekawi mnie, skąd się usterki biorą: ze starości auta po prostu i normalnego zużycia eksploatacyjnego?
    A może z tego, że auto trochę stoi, co też mu szkodzi?

    • Mogę napisać jak to jest w moim, owszem, ze starości. Przykładowo: padła mi oryginalna chłodnica w zeszłym roku. Po 35 latach. Po prostu plastikowa osłona na górze się rozszczelniła – to nieuniknione w pewnym momencie. Kupiłem nową (zamiennik – oryginałów nie ma de facto), ta jest cała z aluminium. Ale robi wrażenie mniej solidnie wykonanej niestety.
      Tylne amortyzatory wymieniłem pomimo tego, że były w dobrym stanie (ponad 80%), ale mocowania w paru miejscach chwytała rdza. A tego elementu się przecież nie konserwuje, więc…
      Plastiki twardnieją i pękają (na razie u mnie nie, ale tak ogólnie), luty puszczają, guma parcieje – my też się starzejemy. Ja na przykład łysieję, a grzebienia nigdy nie nadużywałem, więc to nie od przebiegu. Ot – życie.

  23. Podziwiam pietyzm i pedantyczność SzK w podejściu do swego oldtimera. Też bym tak chciał mieć. Ale przy swoich gratach robię tylko to co wyskoczy (poza normalnym serwisem). Dwa normalnie eksploatuję. Służą, można powiedzieć jako pojazdy użytkowe. Chevrolet Blazer (1997) od 22 lat w moich rękach, przeżył dwie budowy wożąc materiały, np paletę gresu, czy 500 kg cementu, albo stalowe drzwi na relingach i to nie dwie ulice, a ponad 100 km. Czasem jeżdżę nim na powłóczyć się po mazurskich bezdrożach lub sudeckich krętych ścieżkach. Uaz (1978) od dwudziestu lat wozi turystów, beczkę z wodą, ciąga przyczepę. Największa awaria w Blazerze to padnięty sterownik skrzyni (w trybie awaryjnym miał dwa biegi zamiast czterech). Problemem było zdobycie sterownika do wersji europejskiej (dzwignia w podłodze -8 pin niedostępny , zamiast przy kierownicy – 7pin, 300 zł prosto z półki) Zakręcony elektronik zmutował stary z nowym ale walka trwała 3 miesiące. Raz pękł mi resor, raz całego lakierowałem, ale to raczej konsekwencja poobijania w terenie. Silnik nigdy nie otwierany, przebieg 150 tkm czyli podobny do Merca Szczepana. Opony wymieniałem dwa razy. Problematyczne były Fuldy Tramp, bo nie dosyć, że słabo trzymały na piachu i na asfalcie to po dwóch latach, głównie, stania w garażu zrobiły się kwadratowe i nie dały się wyważyć. Przez prawie 30 lat nie włożyłem w niego nawet połowy takich pieniędzy , jak Szczepan. Kupiłem go za 15000 i i dalej tyle jest wart. Nie straciłem W Uazie też silnik bezawaryjnie kręci od remontu w 2007 roku. O serwisie nie będę pisał, bo to w końcu ruska maszyna. Klucz w kieszeni i kombinerki zawsze się przydadzą.
    Jeszcze o długich postojach gratów.Zdarzało mi się odpalać silniki pojazdów, które stały 10 lat pod drzewem Gaz 69, motor Iż. Jak znalazłem iskrę to dawało radę ( w Iżu ustawiłem za wczesny zapłon i jak strielił to skończyło się małym pożarem, ale straży nie wzywałem, bo mam ze 3 gaśnice w garażu).
    Moim zdaniem samochód od stania (pod dachem) się raczej nie niszczy. Parcieją gumy. gęstnieją oleje, zestala się smar (np w pancerzach linek). Silnik dobrze odpalić co jakiś czas – to rozprowadza olej i odparowuje się wodę z układu paliwowego.
    Ostatnia uwaga: Odpaliłem w piątek Blazera na przegazówkę, i włączyłem sobie oryginalny 30. letni radioodtwarzacz Kenwooda z zielonym wyświetlaczem, equalizerem i kasetą wkładaną taśmą do przodu. Po długim niesłuchaniu, stwierdziłem, że chodzi dużo lepiej niż współczesny SYSTEM BOSE w moim obecnym samochodzie.
    .

  24. 2 lata temu sprzedawałem 25 letnie BMW e39 528iA. Moim zdaniem jeszcze trochę brakowało do ideału, ale osoba która po nie przyjechała mówiła, że to najlepszy egzemplarz jaki do tej pory widziała, a oglądała kilkanaście „perełek”.
    Perełki = duże felgi. Spękanego podszybia, kruszących się nakładek progów, czy innych braków aż tak nie widać.
    Wszystkie te elementy wymieniłem na nowe z ASO (koszt kawałka plastiku za 400 zł boli). Jeszcze kupującemu paczkę z częściami z ASO dosyłalem (znowu kilka pierdół za 450 zł) po kupnie, bo zamówiłem, a nie zdążyłem ogarnąć.
    Tak więc utrzymanie starego auta potrafi być… drogie. Do tej pory płaczę za tym autem, ale nie miałem gdzie trzymać i byłem świadom, że auto, które nie jeździ niszczeje 2x szybciej.

    • Właściciele starych BMW to często specyficzny typ posiadaczy. „Moja lalunia” w opisach ogłoszeń, górnolotne hasła typu „to jest miłość i pasja” a na żywo pianka w progach i wszystko trzymające się na patencie.

    • Mam e39 kombi od 6 lat i jestem zachwycony tym samochodem. Prawie wspoczesne w wyposazeniu i wygodzie, wymaga mało interwencji naprawczych, tanie w obsłudze (dostępność części)
      Tylko moje kosztowało 6k bo jest malowane na około 8 razy w różnych odcieniach i ma 450 przebiegu, dlatego nie wydaję na sprawy estetyczne kasy. Wszystkie układy i dodatki działają idealnie, to że coś połamanej mi nie przeszkadza, wiem że jestem ostatnim właścicielem 🙂

  25. Ładna ta R129-tka. Jeden z najładniejszych projektów Bruno Sacco. 🙂 Ja również kocham klasyczne Mercedesy. Gullwing też z każdej strony jest piękny. To jest mój ulubiony model tej marki. Do niedawna lubiłem najbardziej modele z ery Paula Bracqa, ale to Gullwing jest jednym z największych stylistycznych majstersztyków motoryzacyjnych wszechczasów. 😍 Nie było, nie ma i nie będzie drugiego takiego samochodu jak 300SL Gullwing. Do dziś to arcydzieło wygląda ponadczasowo. Pozdrawiam i cieszę się, że wielu ludzi się zachwyca czymś innym niż SUVowymi parodiami samochodu sportowego, które wszędzie widać na ulicach. 😉

    • Dobrze mówisz. SUVy to parodie samochodów sportowych. To w ogóle parodie wielu innych samochodów.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Ta strona używa Akismet do redukcji spamu. Dowiedz się, w jaki sposób przetwarzane są dane Twoich komentarzy.