STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: GARAŻ MARZEŃ – POP-KLASYKI

Święta Bożego Narodzenia to najbardziej nastrojowy moment roku, dlatego w tym czasie przedstawiam tu samochody marzeń. Wybrane oczywiście subiektywnie, ale zawsze z jakimś uzasadnieniem i w jakimś porządku. Tym razem wspólnym mianownikiem będzie przynależność do grona modeli cenionych zarówno przez kolekcjonerów, jak i szerszą publikę. Takich, które można nazwać pop-klasykami.
Co to w ogóle oznacza? Niekoniecznie pomnikowy status historyczny czy najwyższą wartość rynkową, bo na tym gawiedź rzadko się zna. Chodzi o modele, które najczęściej pojawiają się w przestrzeni publicznej, w filmach, albo po prostu w ludzkich myślach, gdy tylko ktoś wspomni o „klasycznej motoryzacji”.
To oczywiście też sprawa względna. W Polsce moglibyśmy umieścić tu Poloneza albo Warszawę (którą połowa gapiów i tak nazwałaby „syrenką” albo „kozackim amerykańcem”), ale wolałem nie ograniczać się do naszego kraju, a w skali świata o tych modelach mało kto słyszał. Chciałem pokazać tę część automobilowego dziedzictwa, która świetnie pełni rolę ozdoby wystaw (oldtimerowych i nie tylko), ale nadaje się też na tło pokazów mody czy fotografii pięknych modelek, na sezonowy eksponat w galerii handlowej lub po prostu symbol starej motoryzacji (oczywiście w kontekście pozytywnym, bo w mainstreamowych mediach najczęściej pokazuje się dymiącą rurę wydechową). To samochody przede wszystkim stylowe i charakterystyczne, względnie rozpoznawalne i podobające się ogółowi, a równocześnie występujące w przyrodzie w zauważalnych ilościach i dzięki temu relatywnie często spotykane, więc też osiągalne – bo chodzi nie tylko o poklask wśród szerokich mas, ale też realne zainteresowanie kolekcjonerów
***
Jednymi z najbardziej rzucających się w oczy detali zabytkowych samochodów są skrzydlate błotniki i chromowane ozdoby – a w tym względzie nic nie przebije gamy Cadillaca z 1959r.
To najsłynniejszy i najczęściej fotografowany stylistyczny detal tych samochodów, a zarazem symbol całej zwariowanej epoki
Foto: praca własna
Ówczesna oferta Cadillaca zasadniczo składała się z sześciu modeli: podstawowej serii 62, „pełnowymiarowych” de Ville i Sixty Special, przedłużonej limuzyny Seventy Five i dwóch wyjątkowo luksusowych: „osobistego” Eldorado i jego szczególnej wersji Eldorado Brougham (czterodrzwiowej, produkowanej przez tylko cztery lata 1957-60 i będącej najdroższym samochodem amerykańskim). Do zestawienia wybrałem najbardziej efektowne nadwozie otwarte, które występowało w dwóch modelach: bazowej serii 62 i topowej Eldorado. Przy czym ta druga, jako dziesięciokrotnie rzadsza i obecnie kilkakrotnie droższa, a dla laika trudno odróżnialna, gorzej nadaje się na pop-klasyka.
Podział na „modele” był wtedy zresztą względny: poza szoferskimi limuzynami Seventy Five, nieprzeznaczonymi dla zwykłych śmiertelników, wszystkie Cadillaki miały identyczny rozstaw osi i długość (odpowiednio 130 i 225 cali) oraz identyczny napęd (390-calowe V8 z jednym lub trzema gaźnikami i czterobiegowym automatem Hydra-Matic). Różniły się nieznacznie szerokością, wykończeniem i wyposażeniem, a także, częściowo, gamą nadwozi.
Tak wyglądała seria 62. Co znamienne, wszystkie reklamy marki pokazywały ludzi niemłodych i poważnych – bo tacy właśnie byli klienci Cadillaca, a wszechobecny kult młodości i przebojowości nie był jeszcze zdążył się rozpowszechnić. Odpowiednio do tego jako tło muzyczne wybrałem kokieteryjne wyznanie miłości w wykonaniu Tony’ego Bennetta – ulubieńca ówczesnych amerykańskich elit.
Foto: materiał producenta
O technicznych parametrach nie chcę dziś mówić zbyt wiele, bo w pop-klasykach nie o to chodzi. Przypomnę tylko, że 225 cali oznacza 5.715 mm, 390 cali sześciennych to 6,4 litra, a masa 2,3 tony to dokładna dwukrotność ówczesnego podstawowego Mercedesa. I że trzygaźnikowa V8-mka rozwijała 345 KM – o całe 100 KM więcej od Coopera T51 – czyli bolidu, którym w 1959r. Australijczyk Jack Brabham zdobył mistrzostwo świata Formuły 1.
Cadillac był oczywiście wolniejszy (do 60 mph rozpędzał się ponad 11 sekund), a w kwestii mocy i momentu musimy wziąć poprawkę na różne metody pomiaru. To jednak nie zmniejsza niesamowitości bulgotu V8-mki ani wrażenia uwalniania niezmierzonej potęgi przy każdym wciśnięciu gazu.
Nad stylistyką rocznika ’59, będącego ostatnim i najbardziej szalonym projektem Harleya Earla, nie będę rozwodził się po raz kolejny – wystarczy popatrzeć (na zdjęciach – najtańsza seria 62)
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Tony Bennett jeszcze gra? Pytam, bo wnętrza barokowych krążowników jako żywo przypominają szafy grające.
Foto: materiał producenta
Podam jeszcze skróconą listę wyposażenia. Czterobiegowa automatyczna skrzynia, wspomaganie hamulców i kierownicy były seryjne, natomiast domówić dało się między innymi klimatyzację, termostatyczne ogrzewanie, pneumatyczne zawieszenie, tempomat, reflektory z automatycznym rozpoznawaniem zmierzchu i ruchu z przeciwka, światła przeciwmgielne, elektryczny zamek centralny, elektryczne silniczki szyb, siedzeń i nawiewów, radio ze zdalnym sterowaniem, opony z białym bokiem, lustrzany lakier akrylowy i indywidualną tabliczkę z monogramem klienta. To wszystko w 1959r., kiedy w FSO dopiero pracowali nad dopasowaniem górnozaworowej głowicy Renault Frègate do radzieckiego silnika M-20 oraz mozolnym przerabianiem Syreny 100 na 101.
By po raz kolejny uświadomić gospodarczy potencjał ówczesnych Stanów Zjednoczonych i siłę nabywczą ich obywateli nadmienię, że w tylko jednym roczniku ’59 Cadillac wypuścił 142.272 samochody, z czego 12.450 cabrioletów. Mercedes sprzedał 3.284 „Pontonów” cabrio – aut o ponad metr krótszych, z silnikami o 1/3 pojemności i mocy Cadillaca. W dodatku nie w pojedynczy rok, a w całe pięć lat, i to w skali globalnej.
Idealny dla pop-klasyka kolor, elvisowski różowy, nie był wówczas fabrycznie dostępny, dlatego ja wybrałbym poniższy Beaumont Beige…
Foto: materiał producenta
…ewentualnie Wood Rose – który w zasadzie jest różem, ale nie takim, jaki kojarzymy z Elvisem. Jasne, użytkowanie i tankowanie takiego mastodonta jest dzisiaj pewnym wyzwaniem, ale w roli ulubieńca kolekcjonerów i publiczności Caddy sprawdzi się pierwszorzędnie.
Foto: materiał producenta
***
Przenosimy się do Francji, choć pozostajemy przy literze C. Chodzi o Citroëna i jego super-szlagier – model DS.
DS to ideał pop-klasyka. Wygląda niesamowicie, odegrał wielką rolę w historii nie tylko motoryzacji, ale też masowej kultury (choćby przez niezliczone role w filmach). Można nim bezproblemowo jeździć we współczesnym ruchu: gdy tylko zaakceptujemy dość toporny silnik, auto okaże się ogromnie wygodne, poręczne i niezawodne, a podaż, koszty i zaopatrzenie w części nie stworzą wielkich problemów.
Ten model w momencie premiery robił piorunujące wrażenie. W toku produkcji zdążył się zestarzeć (to swoisty paradoks, że najbardziej awangardowe projekty starzeją się najszybciej, choć od tej reguły istnieją wyjątki), natomiast dziś, jako oldtimer, fascynuje nie mniej niż w 1955r.
Foto: public domain
DS fascynuje na wiele sposobów. Niska, żabowata sylwetka latającego spodka to tylko jeden z nich – choć dla pop-kultury najważniejszy, bo z zewnątrz tylko tyle widać. Poza tym wspomnieć trzeba oczywiście hydropneumatyczne zawieszenie (jego magiczne zdolności też można zobaczyć na ekranie, np. żadne inne auta nie potrafią jechać na trzech kołach), nieznany wcześniej Europejczykom wspomagany układ kierowniczy, półautomatyczną skrzynię biegów bez pedału sprzęgła, wreszcie wysokociśnieniowy hamulec, działający na dotyk z niezwykłą naonczas skutecznością (która subiektywnie zdaje się nie różnić od współczesnej, jak w żadnym innym aucie lat 50-tych).
O wielu samochodach pisze się, że „wyprzedzały swoje czasy”, jednak Citroën DS okupuje szczyt tej listy (ponad nim widziałbym tylko NSU Ro80). W tle najlepiej zabrzmi Charles Aznavour ze swym nostalgicznym podsumowaniem życia bon vivanta. „Ja to sobie pożyłem„ – brzmi w wolnym tłumaczeniu tytuł piosenki, w której, podobnie jak w DSie, czuć niestłumiony upływem czasu wigor i spełnienie.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Wczesne specyfikacje uważam za ciekawsze ze względu na wnętrze, które – jak w wielu klasycznych Citroënach – po liftingach traciło swą oryginalność i spójność. Dla tego kokpitu mógłbym poświęcić metalizowane lakiery, a nawet ruchome reflektory wersji późniejszych, choć te bardzo przydałyby się w pokazowym pop-klasyku.
Foto: materiał producenta
Jak w każdym tekście o DSie, muszę koniecznie zaznaczyć, że do jego wspaniałości kompletnie nie przystają archaiczne, żeliwne silniki pamiętające epokę przedwojenną. Dlatego tym razem konkretna wersja napędu ma niewielkie znaczenie (w miarę upływu czasu moce stopniowo rosły, ale chropawo-mułowaty charakter pozostał do końca). Ideałem byłby oczywiście cabriolet Chaprona, ale on, jako bardzo rzadki i horrendalnie drogi, na pop-klasyka się nie nadaje.
Ważny jest za to oczywiście kolor – najlepiej jasny, pastelowy, z odcinającym się dachem. To esencja ówczesnej mody i panującego powszechnie optymizmu.
Foto: materiał producenta
***
Kolejny żelazny kandydat pochodzi z Włoch i nazywa się Fiat 500. Samochód tyleż uroczy, co budzący nieporozumienia – bo właśnie jego nieodparty wdzięk rozbudza oczekiwania i pozwala łatwo zapomnieć, że mamy do czynienia z najniższym ogniwem automobilowego łańcucha pokarmowego. Jeśli porównać 500-tkę do samochodów niemieckich, najbliższymi odpowiednikami byłyby nie Volkswageny, a mikrosamochody w rodzaju Isetty czy Heinkla Kabinenrollera.
Mówimy Fiat 500, myślimy Styl. W całej historii automobilizmu trudno znaleźć drugiego takiego słodziaka – o pociesznie maleńkich rozmiarach i pyzatej buzi przypominającej trzyletnie dziecko. Chyba żaden inny samochód nie budzi takich uczuć i nie komponuje się tak wspaniale z pięknymi dziewczynami.
Foto: materiał producenta
Zachwyt nad designem jest tutaj tak przemożny, że niejeden co roślejszy facet srodze się rozczarowuje konstatując, że w 500-tce zwyczajnie się nie mieści – a to sytuacja częstsza niż można by przypuszczać. Tuż po premierze autko prawie wcale się nie sprzedawało, bo nie miało żadnej tylnej kanapy, a dopłata ledwie 20% pozwalała kupić czteroosobową i czterocylindrową 600-tkę. Sytuację zmieniło dopiero dołożenie kanapy (mało zresztą użytecznej) z jednoczesną obniżką ceny (co ciekawe, wcześniejszym klientom Fiat zwrócił różnicę – rzecz nie do pomyślenia dzisiaj).
„Prędkość 85 km/h” – zachwalał katalog. Oczywiście maksymalnie, na pełnych obrotach, bo szybkość przelotowa jest znacząco niższa. A jaka miałaby być, przy mocy 13 KM? Te dane można znaleźć w dziesięć sekund, ale one trudno docierają do większości ludzi oczarowanych aparycją 500-tki. Szok przychodzi dopiero przy okazji naocznego przekonania się o niewypowiedzianej ciasnocie kabiny, niemal zupełnym braku bagażnika czy osiągach na poziomie chińskiego skutera.
Foto: materiał producenta
Największy szok przynosi porównanie 500-tki do naszego 126 – który był 8,5 cm dłuższy, 5 szerszy i miał znacznie obszerniejsze wnętrze, zwłaszcza z tyłu. Bagażnik? Aż 3,3 raza większy (odpowiednio 30 i 100 litrów). Moc? Śmieszne 24 KM „Malucha” to aż o 33% więcej niż oferowała 500-tka tuningowana przez Abartha (!!) i prawie 100% więcej niż pierwotna wersja podstawowa. „No ale jak to…? Przecież na świecie nie ma gorszej zarazy od Kaszlaka…” Doprawdy…? Fiat 126 zastąpił 500-tkę jako konstrukcja nowocześniejsza, górująca pod każdym względem i oczywiście droższa. W praktyce faktycznie jest dużo wygodniejszy, cichszy, szybszy i bezpieczniejszy.
„Maluch” nie nadaje się na pop-klasyka, bo jego fizjonomia nie pasuje do artystycznych zdjęć ani do klasycznie włoskiej ścieżki dźwiękowej, a co najważniejsze – nie kojarzy się z tzw. dobrymi czasami i parciem naprzód, a przeciwnie, z marazmem i rezygnacją. To takie czynniki, nie obiektywna wartość techniczna, decydują o postrzeganiu danego modelu.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Fiat 500 jest godny uwagi również z innego powodu – mianowicie takiego, że elementem włoskiego pejzażu pozostał przez aż pół wieku po zakończeniu produkcji, na równi ze skuterami Vespa i trójkołowcami Piaggio Ape. To się naprawdę nie zdarza, nawet w krajach znacznie biedniejszych. Dziś większość wciąż jeżdżących egzemplarzy pełni już rolę hołubionych klasyków, ale jeszcze kilkanaście lat temu widywało się je jako środki codziennego transportu, zwłaszcza w wioskach południa kraju.
Dla siebie wybrałbym wersję 500 F w kolorze czerwonym…
Foto: materiał producenta
…chociaż Fiaty 500 (i ogólnie Włochy) oczarowują w niemal każdej postaci. Zdjęcie warto zrobić nawet zardzewiałemu egzemplarzowi z przypadkowo przechodzącą staruszką – i też będzie się w co wpatrywać i uśmiechać. Trzeba tylko pamiętać, że na Stylu zalety 500-tki się kończą. Naprawdę.
Foto: Jules Verne Times Two, Licencja CC
***
Do samochodów na F obok Fiata należy też Ford. A najoczywistszym klasykiem Forda jest Mustang.
Mustang uosabia wszystkie aspekty amerykańskich lat 60-tych, za którymi dzisiaj tęsknimy. Że młodzi ludzie nie znali niedostatku, że było ich stać na sportowe samochody (prawdziwe, nie resoraki), które w wersjach podstawowych kosztowały po sześć przeciętnych pensji, a za dopłatą pensji siódmej lub ósmej oferowały 270-konne V8, sportowe zawieszenie i hamulce oraz wszystkie możliwe gadżety, z klimatyzacją włącznie. Na to wszystko naprawdę mogli sobie pozwolić co lepiej wykształceni Amerykanie jeszcze przed założeniem rodziny – w czasach, gdy w RFN siwiejący urzędnicy odwiedzali nowo narodzone wnuki 34-konnymi „Garbusami”.
„Chciałem, żeby za Mustangiem szalały kobiety, ale by jednocześnie pożądali go mężczyźni. Chciałem grilla à la Ferrari, z wielkim, wymownym logo pośrodku, i bocznych wlotów powietrza chłodzącego hamulce. Całość miała być maksymalnie dynamiczna i europejska w stylu” – mówił Joe Oros, kierownik stylistów Mustanga. Dla rewolucyjnego modelu przygotował trzy karoserie: trójbryłowe coupé, cabriolet i największy hit w postaci 2+2-miejscowego fastbacka.
Materiał producenta
Mustang okazał się perfekcyjnym połączeniem amerykańskiej techniki – zwymiarowanej z rozmachem, acz bardzo prostej, masowo produkowanej i niewiarygodnie taniej – ze stylistycznym sznytem europejskiego grand tourera. To był mokry sen młodzieży, choć Mustangi kupowali i starsi, chcący w ten sposób do młodości powrócić. W pierwszym pełnym roku produkcji, 1965, znalazło się aż 559 tys. chętnych, którzy przeciętnie liczyli sobie tylko 31 lat, ale z których aż 1/6 skończyła była lat 45. Ten pojedynczy model zyskał 6% udziału w olbrzymim i ogromnie różnorodnym rynku amerykańskim.
Trzy karoserie, cztery silniki i kilkadziesiąt opcji wyposażeniowych dawało ogromne możliwości konfiguracji. Zachęceni niską ceną bazową nabywcy szturmowali salony, a na miejscu wyskrobywali z kieszeni ostatnie dolary, by dostać taki samochód, jaki sobie wymarzyli – ku uciesze producenta podliczającego sowite marże. Zainspirowany autem soulowy muzyk Wilson Pickett wydał piosenkę pt. „Mustang Sally„.
Materiał producenta
Materiał producenta
Materiał producenta
Foto:, Licencja CC
Materiał producenta
Materiał producenta
Materiał producenta
Materiał producenta
W Europie często lekceważymy Mustanga, bo słysząc o ośmiocylindrowych silnikach i sześciu sekundach do setki stawiamy go obok Jaguarów czy Porsche – a takiego porównania on wytrzymać nie może. To nie jest klejnot dla milionerów, tylko prosty fordziak za sześć przeciętnych wypłat. Owszem, bajerancko narysowany i (po odpowiedniej dopłacie) piekielnie wręcz szybki, ale celujący w chłopaków dopiero rozpoczynających zawodową karierę i całe dorosłe życie.
W Garażu Marzeń stawiam fastbacka. Najlepiej w specyfikacji z filmu „Bullitt” i najsłynniejszej (choć niekoniecznie najlepszej) sceny pościgu w historii Hollywood. Rocznik ’68, metalizowany lakier Dark Highland Green, 390-calowy big block, 335 KM przy 4.800 obrotach, 578 Nm przy 3.200, czterobiegowy manual i szereg detali, których listę łatwo znajdziecie w sieci, przypominają najbardziej niesamowitą epokę w historii nie tylko motoryzacji.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
***
Właśnie – kinematografia. Dobra rola filmowa bardzo przystoi pop-klasykowi – choć dobrze, jeśli nie będzie zbyt wyświechtana, bo nam jednak bardziej chodzi o fajne samochody. Z tego powodu odrzuciłem DeLoreana (bo to nie jest fajny samochód) albo Aston Martina DB5 Jamesa Bonda (zbyt wysokie progi na pop-klasyka). Ale sam Bond jeździł też innymi autami – np. Lotusem Esprit. I on wydaje się świetnym wyborem.
Lotus Esprit był produkowany w latach 1976-2004. Grał w wielu kinowych przebojach, wygląda imponująco, nosi ekskluzywną markę, jest mocnym autem sportowym, no i wcale nie kosztuje dziś majątku. Czego więcej trzeba pop-klasykowi? Może trochę mniej problemowej eksploatacji – ale o to publika zazwyczaj nie pyta.
To nadwozie było jednym z pierwszych klasycznych dzieł Giorgio Giugiaro – tzn. tych, w których objawił się autorski styl artysty. Proste linie, gwałtowne załamania, ostre krawędzie i silnie klinowata sylwetka – to diametralne różnice w stosunku do narysowanej tą samą ręką Alfy-Romeo GT albo różnych modeli ISO.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Na pierwszy rzut oka Esprit nie wygląda jak typowy Lotus – bo markę kojarzymy z superlekkimi i super-zwinnymi roadsterami, jak np. Elise. To jednak nie do końca słuszne, bo przy wymiarach 4.260 x 1.861 mm auto waży ledwie 900 kg. Dzięki temu do uzyskania osiągów z najwyższej ówczesnej półki (niecałe siedem sekund do setki) wystarczał nieduży, czterocylindrowy silnik – tylko dwulitrowy, za to rozwijający godne uwagi 160 KM.
Później zaprezentowano wersje mocniejsze: w latach 80-tych turbodoładowane, a w 90-tych nawet ośmiocylindrowe. Ich pełne zestawienie trudno byłoby zmieścić w całym artykule, dlatego tylko napiszę, że mnie najbardziej odpowiadałaby limitowana seria Essex Turbo Esprit – bo jako pierwsza dostała turbosprężarkę i pojawiła się w roku mojego urodzenia (1980).
Te samochody oferowały 210 KM, 270 Nm, 240 km/h i równe 6 sekund do setki, a do tego poprawione zawieszenie i hamulce oraz elementy aerodynamiczne doszlifowane przez Giugiaro. Oryginalnych Essexów powstało tylko 45, choć później Lotus kontynuował produkcję tej specyfikacji z innym malowaniem, bez oznaczeń limitowanej serii.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Samochodziarze docenią rodowód auta: marki Lotus nie trzeba im zachwalać, a wśród fabrycznych zdjęć Esprita znajdziemy wizerunki Mario Andrettiego i Elio de Angelisa…
Foto: materiał producenta
…z kolei gawiedź będzie zachwycać się związkami z Agentem 007 i nucić piosenki z filmów: „The Spy Who Loved Me„…
Foto: kadr z filmu
…i „For Your Eyes Only„. Poza serią o Bondzie Esprit wystąpił między innymi w „Pretty Woman” i „Nagim Instynkcie„.
Foto: kadr z filmu
Wielu przypomni sobie gry komputerowe: ośmiobitową, naprawdę rewolucyjną „Lotus Esprit Turbo SE„…
Foto: zrzut ekranu z gry
…i szesnastobitową trylogię „Lotus Esprit Turbo Challenge„ / „Lotus Turbo Challenge 2″ / „Lotus III: The Ultimate Challenge„.
Foto: zrzut ekranu z gry
Jeśli jednak idzie o multimedia, nic nie przebije fotografii samego Colina Chapmana!!
Foto: materiał producenta
***
Na moment pozostaniemy w Wielkiej Brytanii – bo do pop-klasyków nie można nie zaliczyć żadnego British roadstera. Najlepiej tego, o którym na blogu jeszcze nie wspominałem, mianowicie MG MGB.
Przepraszam – raz przywoływałem piosenkę wychwalającą ten właśnie model, ale w niej chodziło o zamkniętą wersję MGB GT, tymczasem pop-klasyk zdecydowanie lepiej prezentuje się bez dachu. MGB to mój ulubiony brytyjski roadster: jest bowiem bardzo zgrabny, a jak na ten gatunek – rozsądnie skonstruowany, ze złagodzonymi typowymi wadami.
Foto: materiał producenta
Foto:
Foto: materiał producenta
MGB jest wygodniejsze i mniej problematyczne od typowych British roadsterów, a oferuje cały ich urok. Mimo że zadebiutowało już w 1962r., ma budowę samonośną i nawet strefy kontrolowanego zgniotu – już samo to wyróżnia je na tle konkurentów. Najlepsze roczniki to 1968-72: jeszcze zachowujące klasyczny wygląd z chromowaną galanterią, a mające już tapicerowany kokpit, dwuobwodowe hamulce, ulepszoną elektrykę, pięć łożysk wału i w pełni synchronizowaną skrzynię biegów z mocniejszego modelu sześciocylindrowego. Egzemplarze wcześniejsze są bardziej archaiczne i awaryjne, natomiast po 1972r. chromy zastąpił nieładny, czarny plastik, a jakość produkcji BLMC uderzyła o dno.
Podstawowym napędem jest czterocylindrowa 1,8-mka rozwijająca 95 KM – w sam raz do relaksowych przejażdżek po krętych, bocznych dróżkach. W tym samym nadwoziu, otwartym lub zamkniętym, oferowano też trzylitrowe R6 (pod nazwą MGC), a wyłącznie w zamkniętym – roverowskie V8 (MGB GT V8). Te jednak uważam za przerost formy nad treścią, bo British roadster ma być lekki i służyć delektowaniu się jazdą, a nie biciu rekordów na ćwierć mili (czego rzeczone pseudo-mięśniaki i tak nie potrafią).
Ideałem byłaby 1,8-mka z 1968r. – już po modernizacji techniki, a jeszcze z pełnym zestawem chromów (z którego już rok później wypadł grill). Oczywiście w kolorze British Racing Green, z opcjonalnym nadbiegiem i szprychowymi felgami z centralną nakrętką, do tego wiatrochronem i dodatkowym stelażem na walizki. To idealny przepis na upojne wycieczki nadmorsko-górskie, a także jeden z popularniejszych i lepiej rozpoznawalnych British roadsterów w historii.
Foto: DeFacto, Licencja CC
***
Ostatnim z pop-klasyków będzie Porsche 911 w swojej pierwszej odsłonie.
To nie był najlepszy sportowy wóz swoich czasów, ale zdobył ogromną sławę i niemal niebiański status, co poskutkowało wyprodukowaniem w ciągu ćwierćwiecza aż prawie 280 tys. egz., a także rozpoznawalnością w oczach niemal każdego dziecka.
Z powodu 911-tki firmę Porsche uznaje się za zafiksowaną na koncepcji tylnosilnikowej, choć w istocie ona w całej swej historii pokazała tylko dwa takie modele – 356 i 911. Co więcej, decyzja wynikała wyłącznie z chęci uczynienia auta typowo sportowego czteroosobowym. W mojej opinii nie było warto, bo miejsca z tyłu i tak nie nadają się dla ludzi (nadawały się ewentualnie dla dzieci, dopóki nie nakazano używania fotelików), a kłopotów sprawiły co niemiara.
911-tka – początkowo nazwana 901 – ukazała się w 1963r., piętnaście lat po premierze poprzednika. Poprzednik był garażową prowizorką opartą na gratach z wojskowego demobilu, ale na tyle trafioną, że firma poszła za ciosem i następcę zaprojektowała identycznie – tyle że z rozmachem odpowiednim dla lat 60-tych.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Sześciocylindrowy silnik poprawił osiągi, ale też mocno dociążył tył, co wraz z niefortunną budową tylnego zawieszenia jeszcze spotęgowało nerwowość i nadsterowność. Samochód wymagał dużych umiejętności i zimnej krwi (zakaz odejmowania gazu w zakręcie!!), wyglądał i brzmiał agresywnie, przyspieszał jak wściekły i kosztował jak najdroższe Mercedesy. Posiadanie 911-tki oznaczało jeździeckie umiejętności, odwagę, opanowanie, skłonność do rywalizacji i gruby portfel – czyli komplet cech super-męskich. Czy cokolwiek trzeba dodawać…? Niewiele zmienia tu fakt, że pierwotnie oferowana moc – 130 KM – dziś wywołuje co najwyżej przecieranie oczu z niedowierzania.
Podobnie jak 356, 911-tka podlegała nieustannemu rozwojowi. Jego najważniejsze kierunki to zwiększanie mocy i walka z nadsterownością.
Foto: materiał producenta
W 1967r. pojawiło się nadwozie targa, z wyjmowaną środkową częścią dachu – idealne do smakowania życia i odkrywania jego tajemnic…
Foto: materiał producenta
Kokpit stanowił całkowite przeciwieństwo obowiązującego wówczas, rozbuchanego baroku: był zimny, rzeczowy i równie męski jak sylwetka nadwozia
Foto: Herranderssvensson, Licencja CC
To byłby właśnie mój typ: targa z początku lat 70-tych, obowiązkowo z niepowtarzalnymi, kutymi alufelgami firmy Fuchs i silnikiem 2,4 E – środkowym z trzech oferowanych wariantów, oferującym dobry kompromis między osiągami (165 KM, 220 km/h, 8,5 sekundy do setki), a elastycznością i używalnością na co dzień. Lakier mógłby być błękitny, jak na zdjęciu, choć duchowi epoki lepiej odpowiadałyby kolory pomarańczy lub mlecznej czekolady.
Foto: Valder137, Licencja CC
Zaraz zaraz – czy ja przypadkiem nie pisałem wielokrotnie, że 911-tki nie poważam? Zgadza się – ale dziś nie ma być wyłącznie o moich marzeniach, tylko o pop-klasykach, a ten model wybitnie się tu nadaje. Ale jest tutaj w drodze wyjątku, bo ogólnie to z Zuffenhausen sto razy wolę 928 albo Boxstera 😉
***
Ten odcinek Garażu Marzeń jest nietypowy, bo bierze pod uwagę powszechnie panujące wyobrażenia – czyli coś, czego zazwyczaj w swych decyzjach nie uwzględniam. Postanowiłem jednak przedstawić modele ogólnie podziwiane, choćby ze względu na ich stabilną wartość i łatwość ewentualnej sprzedaży, która też gra ważną rolę. Poza tym sam tymi samochodami wcale bym nie wzgardził, a przynajmniej jeden z nich – MGB – miał już swoje miejsce w jednej z poprzednich siódemek, tyle że ostatecznie zdecydowałem się zastąpić go innym, jeszcze ciekawszym autem (nie bez dłuższego wahania). A zresztą – w temacie marzeń nie musimy się w żaden sposób ograniczać ani z niczego tłumaczyć. Nawet z wyróżniania modeli ulubionych przez gawiedź 😉
Foto tytułowe: Thomas’s Pics, Licencja CC
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Zabrakło mi tu Dodge Viper I gen
Wielu aut zabrakło, ale mam tylko siedem slotów i cztery wieczory na napisanie artykułu 🙂
Sam Viper jest super, tyle że chyba niewielu ludzi postrzega go jako zabytek. Mam youngtimera z podobnej epoki i wielu ludzi się dziwi, że „on jeszcze nie powinien mieć żółtych tablic”. A ma 32 lata – czyli tyle, co ostatnia garbata Warszawa w 1995r., tylko że ludzie nie dostrzegają tak mocno upływu czasu, który dokonał się za ich życia 🙂
Fajne zestawienie, chociaż żadnego z listy bym nie kupił, i nie ze względu na kwestie finansowe ; ) Nie wiem czemu, ale kojarzą mi się z przeróżnej maści handlarzami klasyków i innych „ruchomości”, co zawsze mają w swoim parku maszynowym 2-3 wozy z tej listy, a najczęściej Mustanga, prosiaka 911 czy Caddy’ego. Czytelnik wyżej podrzucił pierwszego Vipera do listy, ja bym zamieścił starego Willysa (nawet sprzed ery bycia Jeepem), wzorcową starą wojskową terenówkę.
Oczywiście, że chodziło o te bardziej popularne, a więc i rozpoznawalne modele
Willysa MB (Forda GPW) popieram. Ale kilka objeździłem i jest to bardzo dzielny i praktyczny pojazd dla żołnierza, ale totalnie niewygodny i ciasny dla cywila. Na niedzielne przejażdżki tylko teren, asfalt odradzam. Ja na równi z Willysem postawiłbym Land Rovera Series I do III (era sprzed Defendera). Jest to samochód trochę bardziej cywilizowany i uniwersalny. Frajda z jazdy podobna, ale kręgosłup mniej boli.
Do Willysa MB i Land Rovera Series I-III można też dorzucić Toyotę Land Cruiser FJ40. 😉
Myślę, że Esprit już nie jest tak obecny w świadomości ludzi by być pop-klasykiem, co innego takie Ferrari 308. Może nie występowało w aż tak dużych rolach filmowych (najbardziej znaną chyba serial Magnum P.I. z Tomem Selleckiem), ale w czerwonym lakierze każdy na pierwszy rzut oka rozpozna Ferrari. Mógłbym jeszcze od siebie dorzucić Mini i Citroena 2CV, ale ciężko by mi się było zdecydować pomiędzy którymś z nich, a Fiatem 500, najchętniej wziąłbym wszystkie trzy. Od Cadillaca wolałbym Lincolna Continentala z 1965, ale nie jest to pop-klasyk.
Lincoln Continental ’65 wystąpił w Matrixach, z tego co pamiętam 🙂
Fakt, kompletnie zapomniałem o Matriksie. Ja go głównie pamiętam z serialu Entourage (4-drzwiowy kabriolet), gdzie zagrał sporą rolę oraz w intro.
Continentalem w kabriolecie (chyba rocznik 1961 albo 1963, nie pamiętam dokładnie) po rzymskich uliczkach jeździł Jack Scalia w serialu „Tequilla i Bonetti w Rzymie”/”Nowe przygody Tequilli i Bonettiego” (zależnie od dłumaczenia były dwa tytuły). ; )
Z całej listy zamieniłbym tylko dwa samochody: Fiata 500 na Mini albo Garbusa, bo do 500-tki bym się nie zmieścił (ze względu na swoja urodę mogłaby ew. stanowić ozdobę salonu), natomiast Cadillac jest jednak zbyt duży i zbyt ostentacyjny – Bel Air z 1957 byłby w sam raz.
W Mini miejsca jest tylko trochę więcej 🙂 Ale jasne, popularnych super-szlagierów było w Europie pięć i każdy z nich mógłby się tu znaleźć – a wybrałem Fiata dlatego, że jest najładniejszy. Bel Air ’57 oczywiście też super.
Z tym „trochę” to jednak bardzo mocne niedopowiedzenie moim zdaniem – w Mini jest bardzo dużo miejsca w porównaniu z maluchem, a co dopiero z mniejszym od niego Fiatem 500 – miałem kilka miesięcy temu przyjemność zająć miejsce w tym brytyjskim klasyczku i wreszcie zrozumiałem skąd się wzięły te wszystkie peany na cześć Sir Issigonisa – z przodu da się normalnie siedzieć, z tyłu ani nogom ani głowie miejsca w najmniejszym stopniu nie brakuje: rzecz niesłychana w porównaniu z nie tylko wyżej wymienionymi, ale nawet Pandą I, czy Cinquecento.
Lista nieidealna wg mnie, i to z obu perspektyw – osobistej i popkulturowej. Z perspektywy osobistej jako lista klasyków, które są zbyt oklepane, żeby o nich marzyć, do usunięcia są 911 i Esprit – Lotus ma niepowtarzalną stylistykę a 911, mimo, że jest powszechniejsze niż grypa jesienią, też jest jedyne w swoim rodzaju. Amerykańskie krążowniki są zbyt duże, zbyt ozdobne i zbyt odległe kulturowo, żebym się nimi zachwycał. Citroen DS jest zbyt niedzisiejszy, wolałbym CXa perwszej serii. Fiat 500 jako mniejsza i gorsza wersja Malucha nadaje się tylko do patrzenia na niego. Pierwszy Mustang nigdy mi się nie podobał – za długi, za małe koła. Bryła Fiata 124/125/130 tylko bez włoskiej finezji. MGB jest zwyczajnie nudne – ma dla mnie tyle samo polotu co Astra G albo Octavia I. Z perspektywy popkulturowej nie jestem przekonany co do Esprita i MGB. Jako auto Bonda 99% pytanych wymieni Astona Martina, nie Lotusa, a MGB nie kojarzy mi się zupełnie z niczym (poza tym, że się dobrze sprzedawało).
Do tej listy zaliczyłbym też Chevroleta Bel Air z 1955, Forda Escorta Mk1, Volvo Amazona (niezniszczalna legenda), Mini Morrisa z lat 60, Jaguara XJ serii 1 (słuchałbym w nim brytyjskich klasyków heavy metalu z lat 70 i 80), BMW 2002, Mercedesa W108 (klasa i szyk), Alfę Romeo Giulię Bertone i wiele innych. Ja też uwielbiam superklasyki. 🙂
Pozdrawiam i cieszę się, że niektórzy ludzie zachwycają się czymś innym niż mega-SUVy w wersji liftback.
Mnóstwo jest pięknych klasyków, oczywiście. A mega-SUVy to jakiś glitch w Matrixie 😉
Określenie SUV przyszło z Ameryki ze 20 lat temu. Teraz jest to pojęcie z gumy, a właściwie lateksowy balon który zawsze można dodmuchać. Teraz każdy samochód, który nie ma wystającego bagażnika i stoi więcej niż 15 cm nad ziemią jest Sub Urban Vehicle, czyli samochód „ponadmiejski”, czy „ponadszosowy”, które sprowadza się dziś do tego, że można zjechać z asfaltu na leśny parking albo zaparkować na łące, nie musi byś nawet napędu na cztery łapy. SUV-em jest Dacia Stepway, Citroen C3 Aircross, Toyota Yaris Cross ale też Land Cruiser, Defender, Mercedes G, nie mówiąc o Hummerze. Jak można wrzucać do jednego worka takie SUV-y razem z terenówkami, którymi można skrosować zaorane pole, czy przejechać błotnistą drogę z koleinami pod górkę. Określenie -samochód terenowy wymarło (podobnie jak – minivan). A było i jest sporo samochodów, które wyróżniają się tym, że dobrze sobie radzą na autostradzie i w umiarkowanie trudnym terenie (nie mam na myśli totalnego offroadu)
A to oczywiście prawda, że termin powszechnie nadużywany traci jakiekolwiek znaczenie.
Co do autostrady: mam znajomą, która przesiadła się z typowego kompaktu na kompaktowego SUVa i – mimo że nie ma w ogóle samochodowej duszy, auta traktuje jako sprzęt domowy – to zauważyła natychmiast, że na autostradzie jedzie się jej „niepewnie” i że jazda stała się przez to bardziej stresująca. Tak że tego – krytyka SUVów to chyba nie jest tylko malkontenctwo świrów czy dinozaurów.
@Szymon B Coś w tym jest. Kiedyś SUV to była luksusowa terenówka z napędem na 4 koła, np. Jeep Wagoneer SJ, Range Rover Classic i Toyota Land Cruiser serii Station Wagon. Moim zdaniem Volvo XC60 i XC90 jeszcze ujdą o ile mają napęd na 4 koła. Za to BMW serii X z parzystą liczbą, Mercedesy serii GL w wersji „coupe”, Renault Arkany i Toyoty CH-R to jest tragedia. Segment SUVów „coupe” moim zdaniem nie powinien w ogóle istnieć. To jest segment zapoczątkowany przez najbardziej zbędną markę w Europie, czyli S*******ga (tak obrzydliwą nazwę wolę wykropkować). Co drugie nowe auto (szczególnie BMW XM!) wygląda jak S*******gi R****s i A****n.
PRZEPRASZAM, MUSIAŁEM
Bo to wszystko tak naprawdę nie są SUV-y, tylko tzw. Crossovery. Ja dla uproszczenia przyjmuję następująca definicję:
Terenówka – ma ramę i napęd na cztery koła w blokada mostów;
SUV – jest podwyższony i ma napęd na cztery koła, ale ma nadwozie samonośne, a napęd na cztery koła przenoszony jest przez sprzęgło wistkotyczne;
Crossover – ma większy prześwit od przeciętnego auta i „terenowe” akcenty stylistyczne, ale ma napęd tylko na przednią oś.
Bardzo sensowne definicje, niestety marketingowcy mają swoje zdanie 🙂
@Jerzy podpisuję się pod twoją klasyfikacją, ze świadomością jej uproszczeń (np.nie każda rasowa terenówka leży na ramie, chociażby Ford Mutt)
Był też KdF Kubelwagen z napędem na jedną oś, podobno dawał radę całkiem dobrze 🙂
VW Kubelwagen faktycznie nieźle sprawdzał się w terenie, głównie przez swoją niską masę i gładkie podwozie, ale to była trochę taka terenówka „z braku laku”. W ogóle jego geneza jest ciekawa, bo nazwa Kubelwagen pochodzi od całej klasy pojazdów „Kubelsitzwagen” (dosł. pojazdy z fotelami kubełkowymi), tj. przystosowanych do zastosowań militarnych pojazdów cywilnych, które celem zmniejszenia masy oraz umożliwienia szybszego opuszczania przez żołnierzy, pozbawiano drzwi, ale za to wstawiano odpowiednio ukształtowane „kubełkowe” siedzenia, żeby pasażerowie nie powypadali na wybojach. Obecnie widzimy powrót tej koncepcji w trwającej wojnie na Ukrainie, gdzie żołnierze pozbawiają używane masowo cywilne samochody drzwi (i innych zbędnych części), żeby móc szybko je opuścić w wypadku ataku drona.
Tak, oczywiście, no ale dawał radę. Istniała nawet wersja czteronapędowa, tyle że bardzo rzadka, bo dodatkowy koszt ponoć nie był uzasadniony przyrostem wartości użytkowej. Ale ekspertem wojskowym nie jestem, na sali są znacznie lepsi specjaliści od porównań Jeepa, Kubelwagena, Czapajewa, itp.
@Ricer, masz jakąś obsesję związaną z tą marką? 🙂 Już któryś raz widzę taki sam wpis 🙂
@D. Po prostu mam taką teorię, że ta marka wpłynęła na to, że prawie każdy teraz jeździ SUVami „coupe” i co drugie nowe auto wygląda jak te dwa modele. Na codzień widzę mnóstwo nowych BMW ze świńskim ryjkiem. Nawet XM widziałem kilka razy. Szkoda, bo kiedyś BMW było jedną z najfajniejszych marek, szczególnie w latach 80.
@Ricer
> Segment SUVów „coupe” moim zdaniem nie powinien w ogóle istnieć. To jest segment zapoczątkowany przez najbardziej zbędną markę w Europie, czyli S*******ga
Mówisz?
https://i.ebayimg.com/images/g/90gAAOSwrmRcBqGE/s-l1200.jpg
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/thumb/c/ca/INFINITI_FX50S.jpg/2560px-INFINITI_FX50S.jpg
https://en.wikipedia.org/wiki/Lexus_RX#/media/File:Lexus_RX400h_rear_20081220.jpg
To tak na początek 🙂
@Aaa Infiniti FX i Lexus RX jeszcze ujdą, ale to są moim zdaniem crossover SUVy bez „coupe”. Za to AMC Eagle SX4 jest całkiem niezły. Uważam, że to bardziej jest uterenowiona osobówka niż normalny SUV. W terenie sobie poradzi o wiele lepiej niż współczesne crossover SUVy. 🙂
Przepraszam, nie chciałem Cię obrazić. Ja po prostu lubię klasyczną motoryzację i z +/- większością wpisów Szczepana się zgadzam i uważam go za wspaniałego redaktora. 😉
@Ricer
Absolutnie się nie obraziłem, nawet nie wiem, o co mógłbym się obrazić po Twoim komentarzu. Po prostu sobie zażartowałem z Twojej niechęci do Ssangyonga podając przykłady innych marek, które równie dobrze mógłbyś przestać lubić i tyle.
Poza tym nie znoszę suvów/crossoverów, nie widzę w nich niczego interesującego i na pewno nigdy sobie żadnego nie kupię. Nawet od Ssangyonga 😉
@Aaa Odrobina czarnego humoru nie zaszkodzi. 😉
Panie Szczepanie, czy są jakieś auta z lat 2010 lub późniejsze, które zaliczyłbyś do pomników? Czy któreś z nich ma szansę na przetrwanie? Przez ostatnie lata mi się spodobały Mazda Miata ND, Porsche 991 i 992 GT3 RS, Chevrolet Corvette C7 Z06/ZR1, a nawet hybrydowa Wielka Trójka z 2013, ale nie wiem, czy któreś z nich wszystkich przetrwa. Tak czy inaczej moim zdaniem najwięcej superklasyków powstało w latach 50 i 60 i mnóstwo w latach 80 i 90. 🙂
Czy jakiś model stanie się cenionym klasykiem, można ocenić dopiero po latach. Dziś jeszcze poza tym nie wiemy, czy aktualne modele będzie się dało utrzymać w ruchu tak długo, czy ktokolwiek będzie tym zainteresowany i czy w ogóle będzie to legalne. Dlatego myślę, że jest jeszcze zdecydowanie zbyt wcześnie, by mówić o „klasyczności” samochodów XXI wieku – może poza modelami typu Bugatti Veyron albo Toyota Prius, które przyniosły konkretne przełomy w technice.
Toyota Prius I – chciałem taką kupić na taksę. Nie ma opcji. Ceny dobrych egzemplarzy są ok. 500% wyższe niż tych zajechanych
Prius I to już biały kruk, zwłaszcza w Polsce. Takie auta kupuje się zazwyczaj do jeżdżenia na 1,5 etatu, więc ładnych egzemplarzy 25-letnich nie będzie zbyt wielu.
to ja dzisiaj takiego kruka widziałem na złomie, tylko ciemno niebieskiego, to mnie strasznie zdziwiło że ktoś na złom oddał priusa… całego!!! z pogniecioną tylną prawą ćwiartką ale nie jakoś strasznie, no i nie jakoś zgnity bardzo więc aż dziw że ktoś go nie robił albo nie sprzedał normalnie… niestety to taki legalny złom i nie da się kupić całego a części mi nie potrzebne do Priusa
No właśnie dlatego biały kruk, że wszystkie na złomach leżą 🙂
Akurat w temacie malucha to niestety nie jestem się w stanie zgodzić z Autorem – ten samochód już osiąga status lokalnego pop-klasyka. Coraz mniej ludzi pamięta komunę, do głosu dochodzić zaczyna już kolejne pokolenie, które tamten ustrój pamięta tylko z opowieści i lekcji historii, a dla takich osób ten samochód nie zawiera żadnych negatywnych skojarzeń, a spośród wszystkich samochodów, jakie są obecne na polskich drogach w jakichś większych ilościach maluch wypada najbardziej pociesznie – wersje ST i eleganty w ogóle mają urok zabaweczek dzięki żywej kolorystyce i sympatycznym detalom, FL i Bisy wyglądają bardziej poważnie, ale nadal mają sporo z pocieszności. Jeśli jakiś samochód jest wykorzystywany w filmach, teledyskach, czy programach telewizyjnych jako estetyczna dekoracja, bądź element wzbudzający sympatię to coś musi być na rzeczy.
Piszę to z perspektywy własnej, czyli człowieka urodzonego w połowie lat 90. Dla mnie i moich rówieśników to nie była smutna namiastka samochodu zakupiona po latach oszczędzania, tylko albo śmieszny gruz do upalania w lesie za grosze, albo najtańszy środek transportu codziennego, w każdym razie nic co mogłoby budzić uczucie marazmu, czy rezygnacji. W sumie z tego powodu cieszę się, że nie żyłem w tamtym systemie, bo może z jednej strony nigdy nie zrozumiem wszystkich jego niuansów, a film „Rejs” już zawsze będzie dla mnie nie do końca rozwiązaną zagadką, a z drugiej strony mam zdrowy dystans do rzeczy pochodzących z tamtych czasów – dla moich rodziców Franek Kimono i kryształy to kicz, dla mnie pociągające elementy fascynującej (ale na szczęście już zakończonej) epoki.
No i jak dla mnie zdjęcia z włoskich reklam malucha można jak najbardziej puszczać włoską muzykę sprzed lat, np.: „24 000 Baci” Adriano Celentano, chociaż rozumiem, że dla większości ten samochód bardziej będzie się kojarzył z np.: piosenką „Za wszystkie noce” Anny Jantar.🙂
Bardzo cenny komentarz, dziękuję!!
To jest naturalne, że w Polsce klasykami zostaną samochody polskie, natomiast w artykule chciałem pokazać przede wszystkim te światowe.
„24 000 Baci” użyłem w pomnikowym artykule o 500-tce – ciekawa jest ta zbieżność skojarzeń. W Polsce mieliśmy oczywiście słynny wers „telewizor, meble, mały Fiat” z piosenki Perfectu.
Mi ta piosenka się tak skojarzyła, bo też będąc dziełem Włochów miała swój mini-epizod w historii bloku komunistycznego: służyła za motyw przewodni w debiutanckim filmie Emira Kusturicy „Czy pamiętasz Dolly Bell?” i dzięki temu jest rozpoznawana na Bałkanach do tego stopnia, że nawet niedawno bośniacki zespół Dubioza Kolektiv nagrał jej współczesną wersję – polecam zarówno film jak i tę wersję Dubiozy.🙂
Jestem od Was odrobinę starszy i pamiętam, że Maluch tak do 2010-2012 roku był tanim gruzidłem do przemieszczania się, choć prawda – większość wolała tanie Golfy 2, Kadety czy Escorty. Dopiero w trakcie drugiej dekady bieżącego wieku, wczesne Maluchy zaczęły odwiedzać zloty i zyskiwać status wychuchanego klasyka. Oczywiście z biegiem lat coraz to nowsze wariacje 126p dołączały do tego grona. W kategoriach zabawki to fajny samochód, ale nie chciałbym używać tego na codzień. Mam też wrażenie, że wśród środowiska maluchowców, łatwo odnaleźć kicz i przesadę w dekorowaniu samochodów. 🙂
Przepraszam, odpowiedziałem pod niewłaściwym wątkiem. Oczywiście tyczy się to wątku kolegi PstrykEJ9.
A ja Wam powiem wszystkim, że moim zdaniem maluch totalnym gruzidłem stał się wraz z wejściem do UE i otwarciem granic , wcześniej to był tani gruz do przemieszczania się. @benny_pl 30 lat temu maluch był synonimem biedy totalnej ? Oj zdecydowanie nie, wtedy to on był jeszcze w produkcji i kosztował prawie średni roczny zarobek. Jasne, że za te pieniądze szło kupić kilkuletniego składaka jak np. Asconę, a inne nowe auta były o wiele droższe , ale miał klientów najczęściej emerytów którzy nie wyobrażali sobie jazdy innym autem, ale zawsze. Jeszcze w 1993 roku był bestsellerem. Jasne, że w Warszawie, Gdańsku czy innych bogatych regionach to już był obciachem, ale na wsiach na wschodzie kraju dzielnie królował wraz z Polonezem do 2004 roku.
@Projektor to który Ty konkretnie rocznik że urodzony w połowie lat 90 i maluch robił za najtańszy środek transportu i gruz do upalania? Ja jestem 95 i jak wchodziłem w dorosłość to już maluch stawał się kultowym klasykiem. Za najtańsze środki transportu to robiły Corolle E10/E11 Civici Vi VI , Golfy III/IV Astry F/G itp.
co do cen to ja mogę się wypowiedzieć bo od zawsze kupuję najtańsze samochody 🙂
wg mnie maluchy były najtańsze jakoś 25-30 lat temu, wtedy to nawet porzucone na osiedlach bywały, ale i za mojej młodości 22 lata temu po zrobieniu prawka to dalej maluchy były raczej najtańsze (można było spokojnie kupić jeżdżącego za 300zł a niesprawnego za 100zł, wtedy to już Trabanty były droższe – tak od 400zł, Duże Fiaty w sumie też od 400 dało się kupić jeżdżący choć bardziej już od 500zł, podobnie Polonezy
Civica nigdy nie widziałem taniej niż z 800zł, ale Concerto miałem za 500zł i jeździło super, choć widać że było po srogim dachowaniu, ale prowadziło się zupełnie normalnie i nie było pognite
a co do Asterek F to jako że mam ich kilka to mogę powiedzieć że nigdy tańszej niż za 600zł nie miałem i ta za 600 to była od razu z przeznaczeniem na części (tak przegnita), choć z kolei taką za 750 jeździłem kilka lat (kupiłem z wywaloną UPG)
natomiast Corolle zawsze były drogie, tak, że nigdy nie miałem żadnej, więc musiały kosztować ponad 2tyś bo tak drogich to nawet nie oglądam ogłoszeń, dopiero jakoś od tej strasznej inflacji wojennej oglądam do 3.5tyś ale bardziej informacyjnie bo kupuję i tak do 2tyś 🙂
natomiast miałem Starletkę za 380zł i to w automacie, ale to takim drobnym fartem kupioną 😉 to było pierwsze autko którym uczyłem Córcię jeździć (jak miała ze 4 lata, na kolanach oczywiście, ale już czaiła i sama skręcała gdzie chciała) a dzisiaj to już sama jeździła Yariską (zgnitą i kupioną za 500zł ale kata miała i poszedł za 500 na skupie więc w sumie auto za darmo), sama już umie ruszać, kierować, ja jej tylko podpowiadam z prawej strony 🙂 Yariska po lifcie 5cm, (oj przepraszam, lifty się podaje w calach, więc o 2 cale) i założeniu Frigo z wyciętymi co drugą kostkę zewnętrznego bieżnika (działa jak Simex) idzie po wszystkim, po tym błocie co teraz jest wszędzie, bez problemu przez polne błotniste drogi, Córcia zakopała się tylko raz na koleinach po ciągnikowych, ale i tak do tyłu wyjechałem, sam byłem w szoku że tak dobrze to idzie!
Też 1995, tylko ja po prostu pamiętam czasy sprzed wejścia w dorosłość i dobrze jeszcze pamiętam jaki status miały te samochody przed 2010 rokiem. Wciąż normą było, że ludzie kupowali te auta za grosze i uważali za bezwartościowe, no i pamiętam jak na wioskach cały czas te samochody były kupowane zarówno na katowanie jak i na jeżdżenie po wygonach tam gdzie policja nie jeździ, bo normą wtedy było, że jak ktoś z kuzynostwa skończył te 12-13 lat to już dysponował samochodem i sobie jeździł gdzie potrzebował – zazwyczaj właśnie maluchem.
Moje prywatne doświadczenia z posiadaniem malucha po otrzymaniu prawka to oddzielny temat, chociaż wtedy też nie było problemu kupić tego wynalazku za grosze, zwłaszcza eleganta, bo one wciąż jeszcze nie miały szczególnej wartości.
U mnie na osiedlu chłopaki ze szkół samochodowych zaczynali obowiązkowo od Maluchów, ale to była końcówka lat 90-tych. Po 2000r. poprzesiadali się na E30, Kadetty, itp. Oczywiście brak przeglądu i OC nie przeszkadzał zbytnio 🙂
Ja jestem rocznik ’83 i Kaszlak w latach ’90 określał właściciela krótko jak u Wlaszka – bieda
lista fajna 🙂 ja bym wolał jednak DeLoreana zamiast MG 🙂 i Traction Avanta zamiast 911, ale nie pogardził bym żadnym 🙂
Ze sklepu Koła Fortuny biorę natychmiast dwie cyferki: 500 i 911.
A dokładam Alfę Spider Duetto, bo choć jej nie pożądam, to też jest symbolem włoskiego klasyka występujuącym w reklamach i w sławnym filmie.
Ja Koło Fortuny pamiętam z czasów, kiedy w sklepie kupowało się kombiwar, bonu Progresja i łóżka wodne, a potem Magda całowała pana 🙂
Spider Duetto oczywiście bardzo zacny, a produkcja do 1993r. naprawdę rozwala system (mimo że te późne wersje urodą nie grzeszyły).
DS wygląda ponadczasowo zwłaszcza z poliftowym przodem, który stylistycznie bardzo mocno wyprzedził epokę. Co do przyszłych pop-klasyków, wygląda na to, że niebawem do tego grona dołączą pierwsze Renault Twingo, które też powoli zyskują status pociesznej maskotki. Za to jakoś nie widzę w tej roli Cinquecento, mimo wieku jest zbyt utylitarne stylistycznie. Ja osobiście w garażu bardzo chętnie widziałbym Porsche 944 albo Escorta Mk3 XR3i cabrio – takiego jak w Dempsey & Makepeace. 🙂
Czytam tak te komentarze i zabrakło jednej rzeczy. Aut z epoki pierwszej grupy WRC. Subaru Impreza 2D, Mitsubischi Lancer, Seat Cordoba czy nawet Renault Megane Coupe. Może jest to tylko moje wrażenie ale wtedy dużo osób jarało się rajdami. Zresztą do tej pory jak widzę kogoś kto upala Subaru Impreza I 2D to mam odczucie – chcij to. To samo się tyczy Lancera. Mogłeś sobie kupić Lancera z silnikiem 1.3 czy 1.6 a i tak wszyscy postrzegali cię jako króla szos.
Nawet Corolla E110 teraz się na to łapie.
Artykuł jest o pop-klasykach. Ludzi, którzy potrafią wymienić najważniejsze rajdówki lat 90-tych jest w społeczeństwie może 2%? A może mniej.
Dla nas, samochodziarzy, sytuacja wygląda inaczej ale ten jeden wpis, wyjątkowo, mówi o postrzeganiu samochodów przez gawiedź 🙂
No nie wiem. Moja dziewczyna nie jest samochodziarą, nawet prawka nie ma, natomiast ładne Subaru I gen robi na niej wrażenie
Zgadzam się, z wyjątkiem ostatniego akapitu – cywilny Lancer 1.3 na tych śmiesznych miniaturowych stalówkach i morzem szarego plastiku w środku wyglądał jednak nieco biednie.
Życzę Wam wszystkim i redaktorowi Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku! 😉
Bardzo dziękuję i nawzajem!!
PS Jutro ukaże się osobny wpis z życzeniami dla wszystkich 🙂
Te wszystkie auta, no może oprócz 500-tki są do łaskotania wybujałego ego potencjalnego nabywcy.
Zawsze można kupić 500-tkę i łaskotać swoje ego tym, że wszyscy inni mają większe ego.
Nadawałby się jeszcze jakiś pick-up, E-type, praWrangler (tańszy od Defa) i coś międzywojennego, Mercedes może by się znalazł a i 4 okie BMW i chyba AR spider nie kosztuje drogo a przykuwa oczy. Myślałem o 740 Volvo jako kanciastym aucie ale znów USA i Mallaise jest odpowiedzią. I z takim zestawem pewnie można wyżyć jak się jest znanym agencjom reklamowym 😀
E-Type był w części o autach sportowych, Mercedesy miały swój osobny artykuł z cyklu o Garażu Marzeń 🙂
A mnie zaskoczył tutaj brak Jaguara X-Type’a. Bo umówmy się – stare 911 czy Esprit nie są o wiele tańsze (o ile w ogóle), a jednak X-Type to było stylistyczne arcydzieło. Jasne – nie każda wersja była ultra piękna i popularna (V12 to może średnio), ale inne… Sam bym go dorzucił usuwając natychmiast 911, ale to dlatego, że dla mnie 911 to ścisła czołówka najszpetniejszych aut w dziejach motoryzacji.
Oczywiście – wszystko też zależy od tego co to znaczy „przystępny”. 500-tkę można w ładnym stanie dostać za 35-40 tys. Pozostałe to raczej okolice 150 tys. wzwyż (widywałem tańsze DSy, ale to i tak ponad stówkę by trzeba było wyasygnować).
No i od siebie dołożyłbym koniecznie Ferrari 456 GT. Owszem, nie jest może bardzo popularny, nie jest zbyt tani (300 – 400 tys.), nie jest pop, ale ponieważ to najpiękniejsze auto w historii, to umieszczałbym je na każdej liście marzeń: np. „najlepsze auto miejskie” – oczywiście, „najlepsze auto do 20 tys.” – również, tylko po dołożeniu kredytu, „najbardziej oszczędne auto” – owszem; wystarczy jeździć na niewielkie dystanse, „najbardziej niezawodny pojazd” – jak stoi, to z pewnością, „najnudniejszy pojazd, którym mógłbyś się poruszać” – wystarczy kolekcja dwudziestu i szybko powszednieje, itp. itd.
Bardzo podoba mi się Twoje podejście do 456 GT, bo dla mnie to też auto marzeń (już dwukrotnie przeszła mi koło nosa okazja do przejażdżki nim, ale trudno, do trzech razy sztuka 😉 ). Chociaż ja jestem jak najdalszy od twierdzenia, że moje auta marzeń są najlepsze – one po prostu najbardziej podobają się mnie, jednak na pewno nie nadają się do wszystkiego. Poza tym nie wykluczam, że niektórymi mógłbym się rozczarować – chociaż te, z którymi miałem już okazję się zaznajomić, raczej nie rozczarowały (zapewne dlatego, że ja po kilkudziesięcioletnim aucie nie spodziewam się, że będzie równie wygodne, ciche i łatwe w obejściu jak dzisiejsze).
Co do Jaguara – domyślam się że chodzi Ci o E-Type’a – to on jest już w moim Garażu Marzeń, w kąciku poświęconym autom sportowym. Nie chcę w tej serii powtarzać modeli, dlatego go tutaj nie dołożyłem. Poza tym każdy kącik Garażu ma tylko siedem miejsc parkingowych (bo a) trudni opisać więcej aut w cztery wieczory, b) Czytelnicy mogliby się zanudzić i zniechęcić).
Co do cen – to oczywiście kwestia względna. Jeśli chodzi o naprawdę fajne klasyki w naprawdę fajnym stanie, to trudno zejść poniżej 200-250 tys. zł. Opisane tutaj raczej się w tym mieszczą, poza 911 kosztującym 300-400 tys.
Ferrari 456 jest całkiem niezłe. To jest chyba jedyne Ferrari 2+2 po 250 GT/E, które mi się podoba, ale 2-osobowe GT z V12 z przodu to moim zdanien najfajniejsze Ferrari na świecie. 😉
Jeszcze można wymienić GMC Vandura. Czarny z charakterystycznym czerwonym pasem, muzyka w głowie włączy się sama.
1959 Cadillac Eldorado/DeVille/Series 62 – moim zdaniem przepiękny i jest to najbardziej amerykański ze wszystkich amcarów, ale strasznie dużo pali.
Citroen DS – to jest elegancja i klasa.
Fiat 500 – fajny, ale ja bym go zamienił na Mini Morrisa, bo był nie tylko ikoną popkultury, ale też motorsportu.
Ford Mustang – w wersji Bullitt jest też moim zdaniem najfajniejszy. Steve McQueen to jeden z moich ulubionych dawnych aktorów wszechczasów.
Lotus Esprit – bardzo ładny, ale jak ktoś inny wspomniał nie wiem, czy zaliczyłbym do pop-klasyków, bo wyprodukowano tylko ok. 10 000 sztuk.
MG MGB – to był obok Lotusa Elana z 1963 najpiękniejszy British Roadster z lat 60.
Porsche 911 – mam nadzieję, że nikogo nie rozczaruję, jak to napiszę, ale jest to jedno z moich ulubionych aut. Szczególnie Carrera 2.7 RS, legenda wyścigów.
Jest mnóstwo klasyków, które uwielbiam, a BMW M3 E30 też bez problemu zaliczyłbym do „pomników trwalszych niż ze spiżu”, bo wygrało mnóstwo mistrzostw w wyścigach turystycznych. 🙂
Pop-klasyki to dla mnie.
Jeżeli chodzi o amerykańską motoryzację to przede wszystkim Checker. Samochód który zrobił karierę tylko jako taksówka i znany jest na całym świecie dzięki filmom amerykańskim.
Motoryzacja japońska to na pewno w Land Cruiser serii 40.
Proste i skuteczne żelazo które można znaleźć na całym świecie.
Motoryzacja Europejska to oczywiście Fiat 500 ale też Citroen 2CV. Może nie jest znany na całym świecie ale jest rozpoznawalny i tak odmienny technicznie że aż zachwycający.
Póki co moja prywatna kolekcja składa się z dwóch kabrioletów MR2 serii 30 i PT Cruiser cabrio. Ale cały czas myślę o powiększeniu kolekcji o jakiś starszy i bardziej pożądany model.
PT Cruiser cabrio? Czyli niewidomy może mieć samochód?
Moim zdaniem szkoda, że historycy nie archaizują tekstów o danej epoce, taki tekst byłby jeszcze bliższy opisywanym czasom, z drugiej strony byłoby trudno go zrozumieć i pełno byłoby przypisów
Ponieważ nie można dodawać komentarzy pod starszymi wpisami, a ja dopiero niedawno dowiedziałem się o istnieniu tego blogu, wpiszę parę refleksji i komentarzy do starszych notek.
1. Telefony w samochodach
W 1966 roku wszedł na ekrany film „Powiększenie” Antonioniego. Akca zaczyna się w londyńskiej noclegowni dla bezdomych, o poranku, gdy wszyscy opuszczają budynek i udają się na ulice.
Jeden z nich przechodzi na sąsiednią ulicę i wsiada do… własnego kabrioletu, a konkretnie był to Rolls-Royce Silver Cloud III – jeden z nielicznych kabrioletów tej firmy.
Już to wali widza po głowie, a do tego bohater w czasie jazdy wyciąga mikrofon, łączy się z operatorem i prosi o połączenie z telefonem miejskim. W 1966 to było raczej nietypowe, nawet w Londynie.
Ale dowodzi to, że jakiś system mobilnej telefonii wtedy w Anglii mieli.
2. Volksempfänger
Wyczytałem w dziale obalania mitów, że „w tym samym czasie funkcjonował też przykładowo „Volksempfaenger”, czyli „ludowy odbiornik” (radiowy), nastawiony fabrycznie na jedynie słuszną, państwową rozgłośnię i pozbawiony pokrętła wyboru częstotliwości.”
Nie, po prostu nie. VE oczywiście miał odpowiednie pokrętło i mógł bez problemu wybierać dowolne stacje z zakresu fal długich i średnich. Jako odbiornik z reakcją nie miał też problemów z czułością.
A do tego można było – normalnie w sklepie – dokupić przystawke umożliwiającą odbiór na falach krótkich.
Prostuję zatem popularny mit, który znalazłem w dziale obalającym mity.
3. Samochody rakietowe Maxa Valiera
W jednej z notek mowe jest o samochodach rakietowych Opel – RAK, napędzanych rakietami na paliwo stałe.
Tak było, ale był też RAK 7, którego silnik rakietowy spalał paliwo płynne, zresztą takie samo, jakie napędzało rakietę V2. Był to ciekły tlen i spirytus „nalewkowy” (70% spirytusu, 30% wody).
Konstruktor zginął w czasie testów silnika a pojazd mozna ogladać w Deutsches Museum w Monachium.
4. Automatyczne skrzynie biegów a Wołga
Trudno w to uwierzyć, ale na początku produkcji samochód Wołga miał być produkowany *wyłącznie* z trzybiegową skrzynią automatyczną. W tym okresie (rok ok. 1956) chyba żaden producent nie podjął tak śmiałej decyzji.
W „Młodym Techniku” opublikowano schemat takiej skrzyni: https://cdn.blabler.pl/image/1Idn
Znajomi fachowcy twierdzą, że to kopia skrzyni z Forda Mainline.
Ambitny zamysł nie powiódł się – z powodu niewłaściwego serwisu i niewłaściwego oleju skrzynie były tak awaryjne, że bardzo szybko zrezygnowano z automatów i Wołgi dostarczano ze skrzynią trzybiegową, ale manualną.
Zgadza się, o tym właśnie pisałem w kontekście Wołga GAZ-21