STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: POWRÓT DO DZIECIŃSTWA – EPIZOD 7

To były najlepsze lata Hondy. Każdy kto pyta, „co to właściwie jest ten hondowski charakter?”, powinien przejechać się którymś modelem z lat 90-tych.
Najlepiej którymś tanim – np. Civikiem V. Jasne, że NSX będzie bardziej ekscytujący, ale to nic dziwnego w jego segmencie. Co innego kompakt, który dziś ma już 35 lat, a wciąż potrafi robić wrażenie. Nawet jeśli jest tak już zmęczony, że sam właściciel wydał nań wyrok: z niniejszą przejażdżką musiałem się spieszyć, bo jej bohater idzie do rozbiórki, jako dawca części dla egzemplarza w ciekawszej specyfikacji. Ja jednak na tamten czekać nie chciałem – wolałem wersję bazową, bo taka właśnie była pierwszą Hondą w mojej rodzinie. Czyli pierwszą, z jaką miałem osobisty kontakt, przez jeden rok, pomiędzy wiosną 1995 i 1996r., a więc ponad trzydzieści lat temu.
***
Gdy z początkiem 1995r. mój tata został dealerem Hondy, uderzyła mnie uboga oferta tej marki. Nawet Polonez Caro miał pięć wersji silników benzynowych (1,5 GLE/GLI, 1,6 GLE/GLI, 1,4 MPI), jedną dieslowską (1,9 GLD) i niezliczone opcje wyposażeniowe, nie mówiąc o kolorystycznych. Honda natomiast oferowała pięciodrzwiowego Civica z Anglii w dwóch wariantach (1,4i, 1,6i LS) oraz Accorda w trzech (z tym samym silnikiem – 2,0i S/ES/LS). Kolorów Civic miał sześć, Accord nawet mniej (bodajże trzy), a z opcji dostępna była tylko montowana przez dealera klimatyzacja w cenie 4.000 zł (przy przeciętnym wynagrodzeniu na poziomie 8.431 zł – ale ROCZNIE). Poza tym w cenniku znajdowały się Civiki japońskie, jednak te, jako nieobjęte tzw. kontyngentem bezcłowym, kosztowały dobre 20% więcej (około 45 zamiast 38 tys. zł) i to przy znacznie uboższym wyposażeniu. Dlatego pozostawały marginesem.
Szybko jednak odkryłem, że ówczesna polska oferta Hondy była tylko wierzchołkiem góry lodowej. Na dojrzalszych rynkach można było kupić nie tylko oczywistości w postaci JDM-owych kei-carów, modeli Legend, Prelude, NSX czy Accordów coupé i kombi, ale też np. limuzyny z silnikami pięciocylindrowymi, minivany Shuttle/Odyssey albo Civiki z roverowskimi turbodieslami. Honda miała w zanadrzu coś dla niemal każdego samochodziarza na świecie, tylko nasz kraj – a poniekąd nawet kontynent – nie wydawał się jej na tyle istotny, by wszystko to tutaj wysyłać.
Weźmy takiego Civica V: w szerokim świecie można go było kupić w znanych u nas wersjach hatchback…
Foto: materiał producenta
…i sedan…
Foto: materiał producenta
…ale też jako coupé…
Foto: materiał producenta
…oraz targę, którą w Europie nazywano CRX del Sol, ale w USA – Civic del Sol.
Foto: materiał producenta
Auta były bardzo lekkie – ważyły nawet 930 kg. Zawieszenie wykorzystywało podwójne wahacze poprzeczne przy wszystkich kołach (ówczesna hondowska specjalność). Dostępnych silników naliczyłem aż szesnaście: od gaźnikowego 1,3 (75 KM) po dwuwałkowe, 16-zaworowe 1,6 VTi ze zmiennymi fazami rozrządu VTEC i mocą aż 160 KM. Były oczywiście automatyczne przekładnie, super-oszczędne wersje VX (z tylko dwoma pierścieniami tłokowymi na cylinder i możliwością spalania zubożonej mieszanki przy obrotach poniżej 2.500), albo rzadkie RTSi z napędem obu osi. Naprawdę było się czym ekscytować – mimo że chodziło tylko o tani kompakt, będący w Stanach dokładnie tym, czym u nas dziś Dacia Sandero.
Lekkość, sportowe prowadzenie i znakomita wydajność silników łączyły się tutaj z praktycznością, japońską precyzją wykonania, niezawodnością i zaskakująco niskimi kosztami zakupu i eksploatacji – dlatego uważam, że ówczesne Hondy przypominają krzyżówkę Toyoty z Lotusem. Wizualnie raczej nie imponowały (stąd oklepane hasło „Honda szybsza niż wyglonda„), ale niezwykle skutecznie przyciągały pewne typy kierowców i nigdy ich nie zawodziły, co generowało jeden z najwyższych wskaźników lojalności klientów na całym ówczesnym rynku (ponad 90% użytkowników Hond zmieniało swoje auto na inną Hondę).
Nie ma informacji o wielkości produkcji poszczególnych wydań Civica, ale szacunki mówią o 2,5-3 mln egzemplarzy generacji V wypuszczonych w krótkim, zaledwie czteroletnim okresie produkcji (1991-95). Złożyły się na to fabryki i montownie w aż jedenastu krajach: prócz macierzystego japońskiego zakładu Suzuka były to oddziały w Stanach Zjednoczonych (Ohio), Kanadzie (Ontario), Nowej Zelandii, Południowej Afryce, Indonezji, Malezji, Tajlandii, Pakistanie, na Filipinach i Tajwanie. Ten spis daje zresztą dobre wyobrażenie o azjatycko-amerykańskich priorytetach producenta – w jego planach Europa nigdy nie grała wiodącej roli.
***
Pierwszą prywatną Hondę mój tata kupił w maju 1995r. Przez pierwsze pięć miesięcy dealowania z Japończykami wciąż jeździł starym Mercedesem 240 D, bo taką miał filozofię, że wszystkie pieniądze inwestował w firmę. W końcu jednak zaczął dostawać jasne sygnały, że azjatycka kultura najwyżej ceni lojalność, a stara „Beczka” słabo wygląda wśród kilkudziesięciu Hond zaparkowanych pod warszawską centralą importera. Zdecydował się kupić Civica: używanego, od własnego klienta (producenta mebli z Kalwarii Zebrzydowskiej), który wymieniał swój granatowy egzemplarz z 1992r. na nowy.
Trzyletni Civic kosztował 18 tys. złotych (nowych – potocznie wciąż mówiło się „180 milionów”). Prawie dwukrotność ceny odsprzedaży Mercedesa („sto milionów”), ale niecałą połowę nowego, angielskiego Civica 5d z kontyngentu (37.900 zł). Chodziło o japoński, czterodrzwiowy model DXi – kompletnie goły, bez żadnej elektryki, poduszek, ABSu czy nawet wspomagania kierownicy, ale z fenomenalnym, 16-zaworowym silnikiem 1,5 o mocy 90 KM. Arytmetycznie było to tylko 25% więcej niż 72 KM antycznego diesla, jednak gdy pierwszy raz zostałem nim przewieziony…
Wrażeniem absolutnie dominującym było rakietowe przyspieszenie. Dziesięć sekund do setki, dzisiaj nic szczególnego, ale… „Beczka” katalogowo potrzebowała 22 s, a subiektywnie przepaść była jeszcze większa. Ja wciąż pamiętam ten moment: żaden strzał ze sprzęgła z piskiem opon – po prostu, po zjechaniu spod bloku do głównej drogi (skręt w prawo z ul. Bojki w Stojałowskiego, jeśli na sali są jacyś krakusi) tata przy jakichś 30 km/h wrzucił trójkę i… tyle wystarczyło, by opadła mi szczęka. Kontrast pomiędzy starym klekotem i najzwyklejszym półtoralitrowym kompaktem był wręcz kosmiczny, nawet przy normalnym nabieraniu prędkości na wysokim biegu. Dzisiaj ul. Stojałowskiego jest slalomem pomiędzy wysepkami, ale wtedy była prostą dwupasmówką, jak pas startowy: przed pierwszym skrzyżowaniem (z ul. Halszki) rozwinęliśmy szybkość, jaką dziś nie wypada publicznie się chwalić – równe 120. „Beczka” osiągała tyle tylko na długich zjazdach, z potępieńczo wyjącym silnikiem, który chciał wyskoczyć z ramy.
Na najbliższą wizytę w centrali tata pojechał „gierkówką”, zamiast krajową siódemką przez Kielce. „Niewiarygodne” – opowiadał – „jak zapodam 120, idzie 120, jak 140 – to 140„. To wtedy była dla nas nowość, podobnie jak zwykły piąty bieg. Najbardziej cieszyliśmy się na nadchodzące wakacje: pierwszy raz w życiu mieliśmy pojechać nie do Kołobrzegu, a na południe Francji (tam wcześniej mieszkała kuzynka taty, która załatwiła nam tanią kwaterę). Tę wyprawę planowaliśmy od dawna, odrobinę bojąc się o kondycję stareńkiego diesla. Ale trzyletnia Honda to coś zgoła innego…
Zachodnie autostrady dopiero nas zszokowały: oto okazało się, że 140-160 km/h jechali tam dokładnie wszyscy (poza sznurkiem tirów na prawym pasie, których zagęszczenie też nas zaskoczyło). Honda mogła godzinami utrzymywać ponad 5.000 obrotów – w lipcowym upale włoskim, bez przegrzewania ani nawet wielkiego hałasu. Dla nas, przywykłych przez lata do wolnossących diesli – dychawicznych od urodzenia, a jeszcze zajeżdżonych na śmierć – to była prawdziwa magia. Przez miesiąc zrobiliśmy ponad 6.000 km po autostradach, ale też alpejskich przełęczach i krętych, nadmorskich dróżkach Lazurowego Wybrzeża.
Panorama Menton – spokojnego miasteczka przy granicy francusko-włoskiej (tamtejsze przejście graniczne ukazuje wiele francuskich filmów, z kultowym „Gamoniem” na czele). To tam trzykrotnie spędziliśmy letnie wakacje w prywatnych mieszkaniach tubylców, którzy latem sami wyjeżdżali. Takie XX-wieczne Airbnb, tyle że bez Internetu, z grzecznościowym pośrednictwem kuzynki taty.
Foto: archiwum rodzinne
Honda nie miała klimatyzacji – o czymś takim nawet wtedy nie marzyliśmy. Jeździliśmy z otwartymi oknami i z wiadomych względów nie domykaliśmy ich na nasłonecznionych parkingach, co przydało się, gdy raz omyłkowo zatrzasnęliśmy w aucie kluczyki. Siłowaliśmy się we dwóch z uchyloną szybą głośno zastanawiając się po polsku, kiedy zainteresuje się nami policja. Ku naszemu zdziwieniu zainteresował się tylko staruszek z pobliskiej kamienicy, który zaczął coś krzyczeć i zaraz… rzucił z okna druciany wieszak na ubrania, żeby nam pomóc. Śmialiśmy się potem, że we Francji ludzie nawet włamywaczom ufają – ale fakt, że w biały dzień, w plażowych ubraniach, rozmawiając językiem zgodnym z egzotyczną rejestracją auta, nie wyglądaliśmy na złodziei.
Na wyjeździe zastanawialiśmy się, czy W123 w ogóle poradziłby sobie z górami i autostradami w śródziemnomorskich temperaturach. Jednocześnie jednak doszliśmy do wniosku, że poza osiągami… Civic we wszystkim był gorszy. Sportowe prowadzenie nie było dla nas kluczową sprawą, natomiast ograniczona przestrzeń w kabinie i bagażniku, twarde zawieszenie, fatalna zwrotność i spalanie benzyny – naonczas wyraźnie droższej od oleju napędowego – nieraz irytowały. Byliśmy wtedy rodziną 2+2 (ja miałem lat piętnaście, brat dziesięć), warunki ekonomiczne zmuszały do zabierania na zagraniczne wakacje nie tylko ubrań i sprzętu plażowego, ale też wielkich ilości prowiantu, a kompaktowy sedan nie był z gumy. Spędzenie w trasie dwóch pełnych dni dawało się we znaki nogom i kręgosłupom, a płacenie za paliwo wręcz fizycznie bolało. Civic nie spalał dużo – zawsze poniżej siedmiu litrów, nawet załadowany po brzegi i przy prędkościach, które mieliśmy za naddźwiękowe – jednak francuskie i włoskie ceny benzyny (oraz dodatkowo autostrad) były dla nas horrendalne.
Ja zwracałem uwagę na coś jeszcze: wnętrze z kiepsko wyglądającego i pachnącego plastiku. To nijak nie miało się do Mercedesa, nawet starego. Te wszystkie wady tylko częściowo przysłaniało rakietowe przyspieszenie i możliwość przejechania całej Europy z prędkościami bliskimi wyścigowych. Dlatego też, gdy dwa i pół roku później zrobiłem prawo jazdy, a dynamika nowoczesnych aut zdążyła mi spowszednieć, o żadnej Hondzie dla siebie nie chciałem nawet słyszeć.
***
Grzesiek to fan starych Hond: Civiców V miał do tej pory pięć, aktualnie odbudowuje 125-konną 1,6-tkę VTEC, a przedstawiane dziś, mocno zmęczone auto kupił wyłącznie dla wymontowania paru potrzebnych części. Tak się jednak złożyło, że aktualnie jeździ nim na co dzień, a niedawno przyjechał na spot KKN, gdzie wypatrzyłem go w tłumie. Miał nawet problem z wjazdem, bo 34-letnie auto uchodzi dziś za zbyt młode, ale jakoś się przecisnął. „Niesamowite, że ktoś zainteresował się tym złomem” – odpowiedział na moją zaczepkę. A ja ucieszyłem się jeszcze bardziej.
Rocznik 1992, bazowe wyposażenie, zbliżony kolor i półtoralitrowy silnik – zupełnie jak 31 lat temu u taty. Różnice jednak też są: Grzesiek ma wersję amerykańską, gdzie standardowo wkładali wspomaganie kierownicy i poduszkę powietrzną, a wtrysk paliwa jest cztero- zamiast dwupunktowego, co ponosi moc z 90 na 102 KM (ten przyrost niweluje jednak prosta instalacja LPG – typu „gaźnikowego”, z dyszą w dolocie zamiast wtryskiwaczy).
Tę generację Civica potocznie zwało się „jajkiem”, dla odróżnienia od poprzedniej, „kwadratowej”. Sedan mierzy 4.394 x 1.699 mm przy rozstawie osi 2.621 mm, przerastając hatchbacka o ponad 30 cm i… praktycznie dorównując niejednej limuzynie segmentu D (Vectra A: 4.432 x 1.706 mm, Peugeot 405: 4.408 x 1.714 mm, Fiat Marea: 4.391 x 1.740 mm, BMW E36 sedan: 4.433 x 1.698 mm). Auto do dziś nie prezentuje się archaicznie, a cienkie słupki zapewniają doskonałą widoczność.
Foto: praca własna
Płynnie narysowane linie, bez żadnych załamań, dają współczynnik Cx = 0,32. Nie psują go wpuszczone w nadwozie klamki (ciekawostka: klientom zachwalaliśmy wystające klamki angielskiej pięciodrzwiówki – „w razie wypadku pomagają w siłowym otwieraniu zakleszczonych drzwi„). Dziś uderzają skromne koła – na stalowych felgach 13-tkach z oponami 175/70.
Foto: praca własna
Blacha i lakier swe najlepsze lata mają dawno za sobą, ale mechanika wciąż trzyma się dzielnie: potrafi zaskoczyć swoją sprawnością i nie psuje się wcale, mimo że Grzesiek w kilka miesięcy pokonał już 7.000 km.
Foto: praca własna
Z przodu nietypowo wygląda brak atrapy chłodnicy, kiedyś charakterystyczny dla aut tylnosilnikowych. Maski nie widać z wnętrza – ta niegdyś typowa cecha aut japońskich czasem przeszkadza w precyzyjnym parkowaniu. Zderzaki wersji amerykańskiej nie różnią się od europejskiej, inne są natomiast reflektory ze światłami obrysowymi i oczywiście węższe miejsce na tablicę rejestracyjną.
Foto: praca własna
Z tyłu też mamy krótkie tablice, ale zderzak ten sam. Podniesiona linia klapy sugeruje obszerny bagażnik…
Foto: praca własna
…który w rzeczywistości ma objętość 380 litrów, niezbyt regularny kształt i dość mały otwór załadunkowy. Po przesiadce z W123 spakowanie się na wakacje stało się pewnym wyzwaniem.
Foto: praca własna
Całe auto jest spore jak na kompakt, więc tylny przedział nie rozczarowuje – dopóki nie trzeba spakować się na miesiąc we czwórkę i potraktować kabiny jako rozszerzenia bagażnika
Foto: praca własna
Foto: Grzesiek
Wnętrze narysowano podobnie płynnymi liniami jak sylwetkę nadwozia. Design jest bardzo ergonomiczny, natomiast materiały prezentują się z jednej strony solidnie (ząb czasu znoszą o niebo lepiej niż lakier i blacha), a z drugiej dość tanio, co nie umykało mi nawet jako ósmoklasiście zafascynowanemu osiągami Civica. Elektryki w podstawowych wersjach nie było, w wyższych jak najbardziej.
Foto: praca własna
Dzięki zredukowanemu tunelowi i brakowi centralnej konsoli wrażenie przestrzeni z przodu jest niezłe, choć do wyprostowania nóg prawy fotel trzeba odsunąć. Po 34 latach i iluśset tysiącach kilometrów kokpit nie pęka i nie łuszczy się, a całe wyposażenie działa. Co ciekawe, we wnętrzu nie czuć charakterystycznego zapachu Hond z lat 90-tych – być może z powodu bardzo gruntownego czyszczenia, jakie Grzesiek przeprowadził dzień przed spotkaniem.
Foto: praca własna
Kształt deski rozdzielczej jest dość oryginalny, kolorystyka wręcz przeciwnie. Po przesiadce z Mercedesów przyzwyczajenia wymagało otwieranie bagażnika i wlewu paliwa z kabiny (dźwigienkami pod fotelem kierowcy) oraz klasyczny hamulec ręczny – tata co chwilę łapał się na kopaniu podłogi po zaparkowaniu.
Foto: praca własna
Wizualnie najbardziej zużytym elementem jest kierownica: inna niż pamiętam, bo zawierająca poduszkę powietrzną, co wtedy wiązało się z wyprowadzeniem przycisków klaksonu na ramiona. Blokada dźwigni zmiany biegów (manualnej, mimo amerykańskiego pochodzenia egzemplarza) świadczy o dość wczesnym sprowadzeniu auta do Polski. Historia egzemplarza nie jest niestety znana.
Foto: praca własna
Uchwytów na kubki kompletnie nie pamiętam – być może w naszym egzemplarzu ich nie było. Pamiętam za to, jak dziennikarze z pasją liczyli takie uchwyty i przyznawali za nie punkty w ilościach godnych istotniejszych czynników.
Foto: praca własna
W Civicu po raz pierwszy spotkałem się z funkcją wewnętrznego obiegu wentylacji (ogromnie przydatnego w dobie nieustannego jeżdżenia za wyeksploatowanymi Jelczami i Ikarusami). Nowością było też sterowanie nadmuchem za pomocą suwaków i przycisków z kolorowymi diodami oraz zaślepka z prawej strony, kryjąca miejsce na włącznik kompresora klimatyzacji.
Foto: praca własna
To miejsce – wraz z własną diodą i podpisem – jest zresztą przewidziane w każdym egzemplarzu, wystarczy wyjąć zaślepkę paznokciem 🙂
Foto: praca własna
Zestaw wskaźników został wymieniony na europejski. Jego skale potęgują wrażenie szybkości, bo zaczynają się od godziny dziewiątej: już przy setce wskazówka łamie się w prawo, a na zachodnich autostradach nieraz kierowała się ku dołowi (pamiętam dłuższy trzypasmowy odcinek we Włoszech, gdzieś w okolicach Cremony i Piacenzy, przejechany z katalogową maksymalną prędkością auta – 185 km/h, przy prawie 6.000 obrotów). Fascynowało nas również, że termometr wody nigdy nie podnosi się ani milimetr ponad połowę skali: dopiero później dowiedziałem się – zresztą od mechaników u taty – że on nie wskazuje konkretnej temperatury, tylko jej pozostawanie w dopuszczalnym zakresie, a rusza się dopiero przy ewidentnym przegrzaniu.
Foto: praca własna
To kolejna już przejażdżka sentymentalna – samochodem, który w swoim czasie fascynował swą dynamiką i sprawnością, ale też pozostawiał niedosyt, a nawet niesmak w wielu innych dziedzinach. Jak będę postrzegał go dzisiaj…?
Foto: Grzesiek
***
Na początek przypomnę, że w 1995r. kończyłem 15 lat i nie miałem jeszcze prawa jazdy. Okazjonalnie bywałem wpuszczany za kółko na pustych parkingach, a bardzo sporadycznie nawet gdzie indziej, ale zasadniczo kierowcą nie byłem, więc moje wspomnienia dotyczą perspektywy pasażera. Po drugie, Civic taty miał trzy lata i przebieg kilkadziesiąt tys. km, a ten Grześka – lat 34, a stan jego wymienionego licznika (297 tkm) jest najprawdopodobniej mocno zaniżony. Swoje robi też amerykańskie pochodzenie egzemplarza, bo Honda różnicowała specyfikacje na poszczególnych rynkach, nawet jeśli zewnętrznie tego nie widać.
Przykładowo, zawieszenie Civica jako nastolatek postrzegałem jako bardzo twarde i niewygodne, dziś – mimo że mam 45 lat, chory kręgosłup i bardzo cenię komfort – zdanie mam znacznie lepsze. Częściowo to pewnie kwestia skali porównawczej (którą kiedyś był Mercedes W123, dzisiaj – samochody współczesne), a częściowo zapewne też inne zestrojenie wersji amerykańskiej (pamiętam, że przesiadka na angielską pięciodrzwiówkę wyraźnie poprawiła komfort jazdy – dziś nie powiedziałbym żeby między autem Grześka, a testowanym w zeszłym roku hatchbackiem istniała jakaś wielka różnica).
W czasie godzinnej przejażdżki nie czułem ani bólu kości na gorszych nawierzchniach ani wstrząsów na progach zwalniających (choć znów trzeba pamiętać, że w Polsce z mojej młodości skala stanu dróg była zupełnie inna). Grzesiek ostrzegał, że zawieszenie jest mocno zużyte, ale auto nie prowadzi się najgorzej – przynajmniej dla kogoś, kto pamięta niegdysiejszy polski park maszynowy, w którym połowa aut miała wylane amortyzatory i ogromny luz kierownicy.
Własności jezdne na pewno poprawia niska masa. Wiedząc, że Civic waży poniżej tony, łatwiej zrozumieć, dlaczego opony 175/70 13 nie mają żadnego problemu z perfekcyjnym utrzymaniem toru jazdy i skutecznym hamowaniem. To samo tyczy się oczywiście przyspieszenia.
Półtoralitrowy silnik D15B7 ma cztery zawory na cylinder, jeden wałek rozrządu bez zmiennych faz oraz czteropunktowy wtrysk paliwa, dzięki czemu rozwija 102 KM (u taty był D15B2 – podobny, ale z wtryskiem dwupunktowym i mocą 90 KM). Tak jak w 1995r., tak i dzisiaj uważam go za najmocniejszy punkt samochodu. Warto zwrócić uwagę na wielkość chłodnicy i porównać ją np. z prawie pięciokrotnie słabszym P70. Na tym właśnie polega postęp.
Foto: praca własna
W 1995r. nietrudno było zszokować się przyspieszeniem Hondy, jednak dziś budzi ono podobny respekt. Jeśli pomyśleć, że to wolnossąca jednostka sprzed prawie czterdziestu lat, że jej ręczna skrzynia ma pięć, a nie sześć biegów i że maksymalny moment (133 Nm) osiąga dopiero przy 5.000 obrotów – aż trudno uwierzyć w to, jak błyskawicznie wkręca się na obroty i jak mocno wciska w fotel. No ale wiadomo – to klasyczna konstrukcja Hondy i ledwie dziewięćset parędziesiąt kilogramów do uciągnięcia.
Myślałem że dodam jeszcze coś o krótkich przełożeniach, ale… w tym przypadku jest inaczej. Przy 100 km/h odczytałem ledwie 2.400 obrotów, co kompletnie nie zgadzało mi się ze wspomnieniami. Podrążyłem temat i rzeczywiście: 2.400 to wartość właściwa dla amerykańskiego silnika D15B7, podczas gdy 90-konna europejska D15B2 kręci się 3.100 razy na minutę. To z grubsza pokrywa się z tym, co pamiętam i robi wielką różnicę: autostradowe 140 km/h oznacza u Grześka zupełnie relaksowe 3.350 zamiast 4.300, i choć Hondy nigdy nie gniewają się o obroty, to niższe po prostu mniej męczą. Nie wiążą się przy tym z gorszym przyspieszeniem (60 mph w 9 sekund, według danych fabrycznych) czy ślamazarnością w górach (na Zakopiance musiałem się wręcz pilnować, by na największych wzniesieniach nie pojechać na piątce zbyt szybko).
W kwestii napędu zastrzeżenia można mieć tylko do przełączania biegów (to kwestia zużycia, bo hondowskie skrzynie należą w tym względzie do najlepszych) i oczywiście osławionego zużycia oleju. Grzesiek opowiadał, że po trasie Kraków-Bydgoszcz (w dwie strony 1.000 km) musiał dolać ćwierć litra: niech każdy oceni, czy to dużo w tym wieku, ale ja dodam, że całe życie jeżdżę starociami i tylko w jednym – pierwszym CLK – pomiędzy wymianami dolewałem w ogóle cokolwiek. Za to paliwa wystarcza Hondzie tyle, co „Maluchowi” – i to w zeszłym stuleciu też nas szokowało, mimo że cenowe relacje benzyny i ON relatywizowały koszty po przesiadce z diesla.
Z minusów powtórzę to, co z tatą zauważyliśmy ponad 30 lat temu: zwrotność, jak w każdej Hondzie, jest tutaj słabiutka (chociaż tyle, że auto Grześka ma wspomaganie), a wnętrze prezentuje się mało wyjściowo (choć upływ czasu znosi dużo lepiej niż blacha). Pakowność też mogłaby być lepsza, zwłaszcza że gabaryty nie są małe, jednak ostatecznie z rodziną objechaliśmy Francję w cztery osoby z pakunkami i całą hałdą zapasów w puszkach i słoikach. Myślę, że maksymalną ładowność mocno wtedy przekroczyliśmy, ale samochód nic się nie skarżył, a osobówek policja nie waży nawet dziś.
34-letnie Hondy rzadko wyglądają jak nowe, ale zachowują swój niepowtarzalny charakter mieszanki Toyoty z Lotusem, a do tego pełną mechaniczną niezawodność. Choć mocno wysilone i niewyglądające solidnie, w praniu nigdy nie zawodziły użytkowników i nie zawodzą ich do dziś, nawet w wieku zabytku i stadium zużycia kwalifikującym je jako dawców części. Dlatego, mimo że sam preferuję odmienny styl, ogromnie szanuję te auta. To naprawdę był złoty wiek Hondy – a zapewne też całego automobilizmu.

Foto tytułowe i końcowe: praca własna
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Policzmy:
8431 PLN roczna pensja,
38 tys za gołego Civica czyli równe 4,5 rocznej pensji.
Na dzisiejsze warunki, załóżmy średnią pensję u nas w firmie
(6 800 netto) wychodzi 367 tys za gołego kompakta, którego potrafiono zaraz ukraść spod bloku.
Nie wiem jak Wy, szanowni Rozmówcy ale ja osobiście wolę nowe czasy i nowe realia ekonomiczne. Jasne, wtedy byliśmy ponad 30 lat młodsi więc udealizujemy tamte czasy, ja jednak wolę te współczesne.
8431 to było brutto, nie netto…
A jeśli chodzi o „czasy”, to oczywiście nikt nie idealizuje polskiej gospodarki z pierwszych lat po PRL. Natomiast zupełnie inaczej wygląda trend w krajach wcześniej bogatych, co pokazywałem kiedyś na przykładzie Dacii (dzisiaj Francuzi pracują na bazową Dacię o połowę dłużej niż w 2004r)
To było brutto???
No to cena gołego kompakta wyjdzie pewnie 450 tys. I to w ramach kontyngentu.
Zgroza, szok i przerażenie!
Zarabiamy zawsze brutto, tyle ktoś musi wyłożyć, żeby nas zatrudnić. To, że władza odbiera nam ogromną część zanim ją w ogóle zobaczymy, to jest osobna kwestia.
@SzK co do tej bazowej Dacii to myślę, że słowem kluczem jest ekologia.
@Max, temu jak już wielokrotnie dyskutowaliśmy z @SzK na temat początków Hondy w Polsce znaczna część podobnie jak ten egzemplarz Civiców i Accordów mkIV i mkV w latach 90 pochodziła z importu z USA przez polonie gdzie to był jeden z najtańszych modeli. Sprowadzano właśnie w większości sedany, mimo, że tam najpopularniejsza była 3drzwiówka, jeżdżąca zwykle jako drugi albo trzeci samochód w rodzinie. U nas o tym nikt nie myślał nawet w kręgach polonijnych. Popularność nowych Hond z salonu wzrosła jak się otworzyła fabryka w Swindon i Honda zaczęła oferować liftbacka, wówczas było to najpopularniejsze auto pochodzenia japońskiego w Polsce. Pisaliśmy już o tym w artykule o 5drzwiówce mkVI. Mimo to i tak Renault sprzedawało o wiele więcej Megane , a Ford o wiele więcej Escortów, że o Astrze nie wspomne.
Co do samej kwestii wartość samochodu , a średnie zarobki to i tak w połowie lat 90 auta były znacząco tańsze niż w latach 80, kiedy zachodni kompakt potrafił kosztować co najmniej ok. 100 średnich pensji wyrażonych w dolarach których oficjalnie nie można było mieć, a i tak nie był jakąś turboegzotyką w PRL-u nowy Golf , Ritmo , czy Corolla. Dzisiaj auto za sto średnich krajowych brutto to Maybach , za 100 średnich krajowych netto to dobrze wyposażona S-klasa, albo Porsche 911.
Gratuluje przejażdżki , o Civicach wiem tyle, że mnie nic nie zaskoczy. Taki sedan w wersji „polski emigrant” to też niezły kawał historii. Szkoda Szczepanie że nie zdobyłeś konkretnych statystyk ile konkretnej generacji w konkretnym nadwoziu Hond sprzedał Twój tato w swoim salonie. Ostatnio natknąłem się na fotke coupe rejestrowanej w 1995 ofc z USA , niemniej fakt, że zdecydowana większość importu z USA to były sedany. Niektóre bardzo długo jeździły w rękach I właścicieli.
Ja jeszcze dodam, że w czasach PRL różnice majątkowe wbrew pozorom były dość drastyczne, choć na pierwszy rzut oka tak nie wyglądało. Robotnicy zarabiali śmiesznie głodowe pieniądze, co pozwalało od biedy jednak żyć, bo ceny towarów – np. żywności, opału czy materiałów budowlanych – ustalano państwowo i nisko. Już natomiast taki byle milicjant, zwłaszcza w czasach Gierka, zarabiał trzykrotność pensji robotnika a komuniści na świeczniku zarabiali pięcio- sześciokrotnie więcej niż robotnik fabryczny. Prywaciarze, właściciele firm rzemieślniczych i gospodarstw ogrodniczych kosili jeszcze więcej i choć były to zapewne zarobki znacznie niższe niż dzisiejsza średnia pensja, wobec niskich cen podstawowych produktów mogli dysponować większym „nadmiarem” gotówki niż dzisiejsi odpowiednicy – zwłaszcza, że dostępność wszelkich towarów zaawansowanych technicznie była marna, trzeba było je wiecznie „załatwiać” i „kombinować”. W niektórych miejscach PRL kasa była (i budziła zazdrość), trzeba było tylko wytrzasnąć skądś towar (np sprowadzić auto z Zachodu, co było skomplikowane, zwłaszcza wobec niewymienialności złotówki).
@Fabrykant zgadzam się , o zarobkach milicjantów w sumie nie miałem pojęcia, tyle wiem , że oni dostawali służbowe mieszkania. Fakt mundurówka miała dobrze, mój wujek oficer WOP w 1998 roku kupił nową Megane, miał zakładowe mieszkanie. Nie zmienia to faktu, że bardzo długo wychwalał komunę, dopiero po 2010 mu przeszło. Huk, że by w tej komunie w życiu by sobie nie mógł pozwolić na nowe Renault.
Co do prywaciarzy oj myślę, że niektórzy mogli mieć dużo więcej niż dzisiejsza średnia krajowa. Taki nowy Golf, czy Corolla przy dzisiejszej średniej nawet w finansowaniu jest znaczącym obciążeniem jednak. Wtedy nie był niczym dziwnym prywaciarz w nowym Golfie.
Zapomniałeś dodać tutaj jednej znaczącej grupy o której wspomniałem. Mianowicie imigrantach zarobkowych na zachód. Owszem możliwość wyjazdu była mocno utrudniona, ale jednak możliwa. Wtedy posiadanie nawet małej ilości obcej waluty pozwalało na zakup towarów niedostępnych dla zwykłego śmiertelnika. Często imigranci to właśnie późniejsi prywaciarze. Niemniej nie wszyscy inwestowali. Naprawdę duża częśc tych co wyjechała to ludzie niezbyt inteligentni, że się tak wyraże których pieniądze się nie trzymają.
Oczywiście, że było dużo ciężej, jeszcze bardziej niż w przypadku samochodów widać to w innych aspektach życia – przykładowo w podróżach – w latach 90-tych lot samolotem do Egiptu i pobyt w najpośledniejszym hotelu to był luksus, na który mogła sobie pozwolić nieliczna część najlepiej zarabiających, obecnie na all inclusive może sobie odłożyć student z pracy dorywczej. Inna sprawa, że jesteśmy zwierzętami społecznymi i wszelki luksus odbieramy względnie – jeżeli stać każdego, to przestaje być postrzegane jako coś wyjątkowego, dlatego wczasy w Bułgarii w PRL-u potrafiły cieszyć bardziej i bardziej pozostają we wspomnieniach niż obecnie lot do Tajlandii.
Zgadzam się co do idei, przy czym musimy pamiętać, że w latach 90-tych loty było w ogóle znacząco droższe. Nie było jeszcze budżetowych linii lotniczych typu Wizz, Ryanair itp. No i all inclusive to wciąż dobre kilkanaście tysięcy dla pary czy rodziny 2+1 (bo mamy dzietność na poziomie 1,0coś obecnie).
Natomiast co do wczasów w Bułgarii – myślę, że to też kwestia obecnego przebodźcowania i życia w bańce mediów społecznościowych / internetu. Wtedy było mniej, wolniej i brakowało skali porównawczej. Dzisiaj w pięć minut można zobaczyć na żywo sytuację w każdym zakątku świata, a przeważają obrazy zakłamujące tę rzeczywistość znacząco – 1 z 8 mld ludzi na świecie głoduje, ale na tiktoku widać raczej filmiki z układaniem pół tony żarcia w olbrzymiej kuchni, w drogim domu, w kraju pierwszego świata.
Pełna zgoda co do bańki mediów społecznościowych, co do cen to oczywiście w sezonie wyjazdy są droższe, ale poza sezonem w ramach last minute można np polecieć do Tunezji na all inclusive nawet za 1000 zł od osoby, tj. 1/4 minimalnego wynagrodzenia + za 400 zł zafundować sobie wyprawę na pustynię do wioski Beduinów, a w latach 80/90 to na taką „wyprawę” leciał najwyżej ktoś w rodzaju Cejrowskiego/Makłowicza, który potem pisał o niej trzy książki i robił pięć programów telewizyjnych.
@Jerzy, to jest efekt tego, że po prostu był na to coraz większy zbyt , w pewnym momencie spokojnie dało się samolot zapełnić i siłą rzeczy bilety lotnicze potaniały. Kolejna sprawa, że Egipt czy Tunezja to akurat nie mają specjalnie mocnych walut.
Bardzo podobna sprawa jak z ciuchami „premium” o czym pisałem ostatnio.
Nie do końca! Pracodawca musi wyłożyć więcej niż tylko naszą pensję brutto, bo płaci jeszcze inne haracze. Moja dziewczyna zatrudniała ileś lat temu parę osób i w uproszczeniu mówiła o zaokrągleniu dwukrotności netto. Tyle płaci pracodawca (najlepiej jakby ktoś będący na bieżaco się tu wypowiedział ile to dokładnie). Więc jest jeszcze gorzej 😀
Pamiętajmy, że Polska lat 90-tych była naprawdę biednym krajem, „drugim światem” trochę. Zawsze jak ktoś wspomina dawne czasy z sentymentem, polecam mu obejrzenie teledysku Kazika: „Jeszcze Polska” – z roku bodajże 1992 (Tomex się kłania, chociaż teledysk kręcono na podobnym targowisku na wybrzeżu).
Odnośnie samego auta: aż z ciekawości sprawdziłem, na zachodzie występowało… 18 kolorów lakieru do wyboru. Lata 80-te i 90-te w motoryzacji, pod tym względem, były fantastyczne. Do tego dochodziły opcje konfiguracji kolorystycznej wnętrz.
Civica V nie znam, natomiast posiadałem przez kilka lat VI, z silnikiem 1,4 90 KM. Dla mnie był trochę mułowaty, no ale sprzedałem go jakieś 8 lat temu. A nie 34. Punkt widzenia zawsze zależy od punktu siedzenia. Natomiast wnętrze robiło lepsze wrażenie niż dzisiaj pojazdy z segmentu D/E – grube welury, miękkie wykończenie deski i wnętrza, drewniane wstawki z plastikowca liściastego. No i faktycznie jechał spokojnie autostradowe 140 bez zająknięcia. Gdyby tylko Honda słyszała kiedyś o idei zabezpieczenia antykorozyjnego…
Tak, tzw „duże brutto” to dwukrotność netto, przy drugim progu PIT sporo więcej.
1,4 ze Swindon to jest subiektywnie połowa mocy japońskiej półtoralitrówki, mimo że na papierze oba mają po 90 KM. Przy czym ja pamiętam je jako nówki, nie chodzi więc o jakieś usterki. To jeden z lepszych przykładów z mojego doświadczenia, że dane techniczne nijak nie mają się do praktyki.
Aż taka różnica? To w takim razie w czym tkwi; krzywa momentu? Moc był dostępna niżej w półtoralitrówce? Wygłuszenie – na zasadzie: auto ryczy a tam raptem 90 na liczniku?
Różnica w masie – zgaduję – nie była chyba olbrzymia, angielka była dość lekka (z wiekiem nawet coraz lżejsza – to znana, stara japońska sztuczka technologiczna).
Nie mam pojęcia w czym, mówię z praktyki. Mówił o tym ojciec i wszyscy klienci, a sam jako pasażer też to czułem.
Zapraszam na przejażdżkę moimi dwoma autami. Oba po 230 KM i 1,7 tony, a różnica taka, jakby to nowsze miało dwa silniki starszego. Na stoperze ledwie sekunda mniej do setki, w jeździe na drodze to jak dwa motory pod maską.
@SzK, no ale Ty testowałeś teraz B7 nie, czyli wielopunkta, więc i moc na papierze wyższa. A D15B2 nie jeździłem przyznam musiałbym przetestować.
Fakt 1,4 szybkie nie jest, gdybym miał mocniejszą wersje pewnie bym nią jeździł do dzisiaj. Kumpel miał D15Z6 czy 1,5 114 KM jechało to już naprawdę fajnie. Fakt, że miał mocno zgnitą budę i poszła na złom.
Wielopunkta na mieszalnikowym gazie 🙂 różnica po przełączeniu na benzynę bardzo wyraźna.
Poza tym pamiętam różnicę z dawnych lat, to było niebo a ziemia po przesiadce. Zwłaszcza w górach.
Może kwestia 'odczuć’ podczas jazdy miedzy 1.5 90km a 1.4 90km to głównie kwestia skrzyni biegów i przełożeń. Znaczy wersja Vivic V z 1.5 ma krótsze przełożenia. Na szybko z Wikipedii: „Skrzynie biegów w tych modelach różnią się przełożeniami. W Civicu V 1.5 (90 KM) skrzynia jest bardziej zestopniowana pod dynamikę. W Civicu VI 1.4 (90 KM) seryjne przekładnie (szczególnie w wersjach 5-drzwiowych) mają bardzo długie biegi, co poprawia spalanie kosztem osiągów.”
Być może, natomiast różnica w przyspieszeniu do setki do katalogowo ponad 3s, czyli ponad 30%. To jest przepaść. Jeszcze większa przepaść jest np. w wyprzedzaniu pod górę na niskich biegach: półtoralitrówka na dwójce jedzie, jakby nic nie ważyła, 1,4 męczy się wyraźnie.
@SzK, na mikserze zawsze będą gorsze osiągi, pewnie ta instalacja ma z 20 lat, albo i lepiej. W takim aucie do niedzielnych wypadów bym ją wywalił.
No fakt w D14 była bardzo długa skrzynia.
@SzK jak dla mnie to 1,4 jedzie jak „zrywający asfalt” poldorover. D15B2 nie testowałem, jedynie B7 z głowicą z 1,6 z VTECiem i to już jedzie dość konkretnie , niemniej to rzeźba ostra, bardzo popularna kiedyś w środowisku hondziarzy.
3,14 * oko:
1) brutto z pochodnymi pracodawcy, popularnie brutto/brutto (czyli na rękę + daniny dla państwa/część pracownika +daniny dla państwa/część pracodawcy) – przyjmijmy 100% kosztu danego etatu dla pracodawcy,
2) brutto (to co jest na umowie, czyli na rękę + daniny dla państwa/część pracownika) – ok. 80% z brutto/brutto
3) netto (czyli na rękę) – ok. 62% z brutto/brutto
Czyli dla zobrazowania:
1) brutto/brutto: 10 000 zł – rzeczywisty koszt pracownika dla pracodawcy
2) brutto: 8 000 zł
3) netto: 6 200 zł – to co pracownik widzi na koncie
Procenty są ruchome, bo i składniki dla każdego są trochę inne: praca w miejscu zamieszkania lub poza, staż, zatrudnienie do 26 r.ż., rożna wysokość % PPK….
Do tego jeszcze w skali firmy należy doliczyć koszty badań pracowniczych oraz koszt kadrowej do ogarnięcia tego -> to są koszty bezpośrednio ponoszone w związku z czyimś zatrudnieniem.
Nie pisze tego, że by użalać się nad hipotetyczną niedolą pracodawców (jeśli sumarycznie pracownicy nie wyrabiają na swoje zatrudnienie plus na koszty działalności firmy i ewentualny zysk, to znaczy, że pracodawca nie potrafi prowadzić firmy i skalować zatrudnienia – napisałem sumarycznie, bo są stanowiska, które nie są bezpośrednio zaangażowane w zarabianie, ale dla działalności podmiotu są krytycznie niezbędne) tylko po to, by użalać się nad powszechną w Polsce indolencja ekonomiczną, gdy zarówno pracownicy jak i pracodawcy nie rozróżniają tych pojęć 😉
Była wtedy bieda, to jasne. Szczególnie na wschodzie kraju i na wioskach. Roboty praktycznie nie było, praca w fabryce po 12 godzin za pół darmo to było jak złapać Boga za nogi. Ale z drugiej strony… Prawo i jego stróże byli luźniejsi, wszystko wydawało się prawdziwsze, i ogólnie luźniejsze, bez tej gry pozorów. Jakby było więcej wolności. Twierdzę że to raczej rzecz gustu. Niektórzy wiele poświęcą dla wolności, inni ją zaprzedają za komfort i dobrobyt. Co kto woli.
Potwierdzam. Miałem rodzinę na Mazurach w popegeerowskiej wsi i na początku lat 90 w niektórych rodzinach panował głód. Dosłownie nie było co do gara włożyć.
Ten stan na szczęście trwał bardzo krótko, rok może dwa, potem państwo jakoś pomagało ale fakt pozostaje faktem.
Z tymi „luźnymi” stróżami prawa, warto pamiętać, że w latach 90-tych mieliśmy plagę pospolitej przestępczości i za tym absolutnie nie tęsknię – ludzki umysł działa tak, że kierowani nostalgią pamiętamy głównie dobre rzeczy, ale prawda jest taka, że lepiej ubrany nastolatek odbywający kilkusetmetrową drogę ze szkoły do domu, miał całkiem sporą szansę, że wróci do domu bez kurtki i butów, a jak nie będzie miał szczęścia to także bez dżinsów, bo po drodze „skroją” go lokalni dresiarze, względnie podejdą i postanowią się „zamienić” na ciuchy (ja osobiście nie doświadczyłem, ale moi koledzy z klasy już tak). Z tematów motoryzacyjnych pamiętam, że na przestrzeni kilku lat ojciec miał dwukrotnie wybitą szybę (raz zabrali radio, a za drugim razem sprawdzali, czy nie ma go w schowku – aż ojciec nauczył się, że lepiej zostawiać schowek otwarty), raz zginęły wycieraczki, a raz koła (sympatyczny pan policjant powiedział, że to na pewno lokalsi i dlatego „uszanowali” i zostawili na cegłach, a nie na bruku). To, że prawo było luźniejsze i można było jeździć naprutym, bo to było tylko niepunktowane wykroczenie, też można dużo pisać.
Policja kryminalna był skrajnie niedofinansowana, co pokazano np. w „40-latku 20 lat później”, jak Karwowskiemu ukradli Audika-prawie-nówkę. Natomiast drogówka jak najbardziej zatrzymywała – tyle że a) rzadko na drogach stała, b) zatrzymywała wyłącznie w celu wyciągnięcia biletu NBP z dowodu rejestracyjnego zatrzymanego. Zanim nie sprawdzili dowodu, w ogóle nie mówili, za co zatrzymali 🙂
Co do krojenia młodzieży – nigdy nie miałem z tym problemów, choć mieszkałem (i nadal mieszkam) na jednym z najbardziej kibolskich osiedli Krakowa. Częściowo to kwestia fuksa, ale głównie tego, że nie szlajałem się po ulicach po ciemku. Mój brat już tak i raz miał złamaną szczękę, dość paskudnie – ale to w nocy. Za jasności nigdy nie spotkało mnie nic nieprzyjemnego. Natomiast pełna zgoda co do szyb w samochodach – szyby traciłem kilkakrotnie. Ostatni raz pod koniec posiadania W124, czyli jakoś w 2005-2006r.
@SzK ale wśród kiboli Wisły czy Cracovii ? Hahhaha. W sumie to śmieszne, że tak niedofinansowany klubik jak Cracovia ma aż tak wielu zwolenników. W każdym wojewódzkim mieście jest „ten słabszy” klub, ale zwykle nie ma wielkiego grona fanów. W Warszawie to sytuacja wygląda troche inaczej bo jakby nie patrzeć to Legia była klubem mocno dotowanym przez komunistów.
Moje osiedle było właśnie pół na pół, i przez to bywało grubo…
A jeśli chodzi o drużyny, to Cracovia w skali całej historii wcale nie zostawała w tyle, natomiast za PRL Wisła była klubem milicyjnym, więc poparcie tego drugiego rodziło się całkowicie spontanicznie.
Oczywiście masz rację. Nie tylko to sie poprawiło, tylko praktycznie wszystko
Civic to fajne auto, ale niestety źle mi się kojarzy – z okienkiem czasowym, kiedy zamęczonymi hatchbackami jeździli zazwyczaj małoletni, ortodoksyjni Hondziarze, koniecznie i wielkim ryczącym, kominem złowieszczego huku. Upierdliwe to było niemalże jak komary. Chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na jedną rzecz – to tani sedan klasy kompakt, a jednak w bagażniku zawiasy nie wnikają do przestrzeni bagażowej. Dlaczego dziś tak nie można robić?
W civicu viii gen w sedanie zawiasy wchodziły do srodka bagażnika. Dodatkowo przy otwieraniu bagaznika trzeba było całą drogę tego otwierania asekurować- popchnięcie klapy do góry by zatrzymała się sama skutkowało wystrzeleniem plastikowych osłonek zawiasów i o mało nie wyrywało tejże klapy – efekt dużo gorszy niż w DF.
Aha i nie można było zamknąć środkowych nawiewów- zamykanie nie zostało przewidziane. Z powodu takich małych niedorzeczności (i kilku innych) to była moja ostatnia honda.
Gratuluję przejażdżki charakternym wozem : > Chyba już kiedyś wspominałem, że największe wrażenie robią na mnie wizualnie zmęczone życiem wozy a nie wychuchane cudeńka – te drugie są takie za bardzo muzealne, chociaż też nie każdy wymęczony IMO zasługuje na uwagę, są jakieś granice ; )
Honda nigdy specjalnie nie leżała w kręgu moich zainteresowań wozów japońskich (no dobra, w sumie Preluda czy Accord Aerodeck z popupami mnie kupiły, no i trochę Quint/Quintet) – może to wspomniane wyżej w komentarzach upodobanie przez młodych gniewnych i ich ŁUTUTUTU na cały regulator XD miałem jednak okazję kiedyś jechać civikiem tej albo następnej generacji i nie powiem – całkiem niezłe wrażenie na mnie zrobił.
Co do samej japońskiej motoryzacji – mam wrażenie że swój szczyt mieli na początku lat 90. – chociażby Honda wypuściła Civika, Toyota miała swoje Corolle i „flagowe” Camry (uznawane za jeden z najbardziej niezawodnych wozów), krewniak Toyoty czyli Lexus miał flagowego LSa, bardziej „sportowego” GSa czy stricte sportowego SC, no i Nissan miał 300ZX czy Patrola chociażby. No a potem cóż, troszkę im nie wyszło ; ) No i przychylam się do opinii o korodowaniu, chociaż dorzuciłbym też kwestię części zamiennych do mniej popularnych modeli, co jest jednak uniwersalne w przypadku wielu aut, nie tylko japońskich.
Ja to mam wrażenie że ten „pik” technologiczny Japonii dotyczy nie tylko motoryzacji, ale ogółu. Widać to nie tylko w motoryzacji, bo także elektronika z przełomu 80/90 i początku lat 90 była najbardziej dopracowana. Od połowy lat 90 widać już cięcie kosztów.
Niektórzy nawet mówią, że koniec XX wieku to był pik ludzkiej cywilizacji i jej zdolności rozwoju, ale to temat rzeka…
Co do cięcia kosztów – koszty były i są najważniejszym czynnikiem w każdym procesie decyzyjnym, w każdej dziedzinie życia i każdej epoce. Zmienia się natomiast to, czego w zamian za nasze pieniądze oczekujemy.
Kiedyś ludzie płacili cenę nowego Mercedesa za dychawiczne 55 KM i szyby na korbkę, bo wiedzieli, że dostają najwyższą Jakość. Dziś nawet w najtańszym aucie chcemy mieć dotykowe ekrany albo automatyczną klimatyzację dwustrefową (która w przedstawianym ostatnio Mercedesie W108 kosztowała dopłatę równą prawie połowie ceny nowego Volkswagena), za to na uwagę, że np. prostszy silnik pojeździ dłużej, stukają się w głowę i mówią „ja biorę leasing na trzy lata i nic mnie nie obchodzi, co będzie dalej”.
Tak że tego – nieprawda, że kiedyś ludzie nie liczyli pieniędzy. Liczyli je nawet dokładniej, bo mieli ich mniej. Natomiast od swoich zakupów i ogólnie od życia oczekiwali zupełnie innych wartości, dlatego ich świat wyglądał inaczej.
@D. tak zgodze się , w domu moich dziadków telewizor Sony bodaj z 1991 służył bezawaryjnie ponad 20 lat , inna sprawa, że podobno był bardzo drogi jako nowy. Technics z tamtych lat również uchodzi za wzór trwałości (co ciekawe był dostępny w pewexie)
@SzK totalnie nie rozumiem czemu miała służyć Twoja uwaga o Mercedesie W108 i automatycznej klimie. Mówimy tu o aucie na maxa luksusowym debiutującym ponad 60 lat temu. Dzisiejsza Sklasa to pojazd półautonomiczny w którym kierowca ma za zadanie jedynie w minimalnym stopniu kontrolować drogę i ustalać szybkość, dwustrefowa klima tam to oczywista oczywistość. Nawet taka oczywistość jak PDC pojawiła się dopiero w W140, dzisiaj to standard w Sandero. W Civicu V , Golfie mkIII i Astrze F, trzech kompaktach powszechnie uznawanych za przełomowe nawet manuala klima nie była oczywistością i to na zachodnich rynkach. W momencie debiutu nie były to bynajmniej auta najtańsze bo przypominam, że jeszcze w 1992 w produkcji było Renault 4, które w czasach W108 motoryzowało masowo Francję. Że o Ładzie i maluchu nie wspomnę, bo te przeżyły V generacje Civica, oczywiście za dawną żelazną kurtyną. Z jakichś powodów przeciętny Belg czy Norweg wolał jeździć jednak nowym Civiciem , czy Astrą niż wtedy c.a. 25letnim W108.
Chodzi o to, że dziś chcemy standardów na poziomie dachu świata sprzed kilku dekad. Wolimy to niż trwałość.
Kiedyś ludzie w ogóle bardziej dbali o rzeczy, nastawiali się na długą eksploatację i naprawiali zamiast kupować nowe – tą mentalność często widać u pokolenia, które przeżyło wojnę – pamiętam, że np mój śp dziadek przed każdą jazdą sprawdzał poziom oleju i przecierał pióra wycieraczek zwilżoną szmatką, bo mówił, że jak się na nich zebrał pył, to mogą porysować szybę.
Co do sprawdzania oleju – kiedyś silniki olej brały i to było normalne, więc trzeba było to sprawdzać. Dziś w moim 17-letnim aucie zużycie oleju jest zerowe, w drugim, 33-letnim, podobnie, więc po co mam sprawdzać przed każdą jazdą? A szyby też nie są porysowane w takim wieku, więc po co mam wycieraczki czyścić? To jest po prostu całkowicie zbędne, jak sprawdzanie geometrii zawieszenia albo kompresji silnika przed wyjazdem.
Kiedyś Maluchy i Polonezy konserwowało się po odebraniu z Polmozbytu, bo inaczej by zgniły po pierwszej zimie. Dziś nikt tego nie robi i 20-letnie auta są całe. Więc po co płacić za konserwację ciężkie tysiące złotych?
A co do ludzkiego podejścia – tak, prawda, ludzie kiedyś dbali o przedmioty, bo one były straszliwie kosztowne. Dziś nie są i to jest właśnie postęp. Już kiedyś dyskutowaliśmy o pralkach Miele – można je kupić, pochodzą 25 lat, ale kosztują dziesięciokrotność pralki normalnej, więc to się zwyczajnie nie kalkuluje.
To kwestia arytmetyki, nie konkretnej epoki. W motoryzacji już Henry Ford dostawał zarzuty, że jednolity blok silnika to marnotrawstwo, bo trzeba wyrzucić cały blok jeśli jeden cylinder pęknie. Tyle że u niego cały silnik, kompletny z osprzętem, kosztował mniej niż u konkurencji jeden cylinder z wymianą – więc ludzie się przestawili, bo to się po prostu opłacało.
Przedmioty materialne (poza cennymi zabytkami) nie są jakąś świętością, żeby się do nich modlić – one reprezentują naszą pracę potrzebną do ich wyprodukowania. Postęp polega na tym, żeby ta praca była coraz wydajniejsza. Kiedyś na pralkę pracowało się rok, więc kluczowe było, żeby długo chodziła, bo szkoda było naszego życia. Dziś pracuje się kilka dni, więc nawet do naprawy typu wymiana łożyska nie opłaca się wzywać fachowca, bo on weźmie połowę ceny nowej pralki.
Na tym właśnie polega dobrobyt – że przedmioty materialne są warte coraz mniej w stosunku do naszej pracy. O to właśnie cały czas nam chodzi.
@PstrykEJ9 – zgadza się, te japońskie marki wówczas uchodziły za wzór niezawodności i potrafiły działać długie lata. Natomiast nowsze modele elektroniki, tak od 1995 i nowsze, to z bezawaryjnością było bardzo różnie. Może i były odrobinę tańsze niż te starsze, ale wykonane wyraźnie „oszczędniej”. Nawet rodzaj plastiku obudowy potrafił być gorszy. To tak w temacie japońskiej jakości na przestrzeni lat. @SzK – może to przestarzałe nawyki, ale uważam, że nawet w dobie teoretycznej niezawodności są wciąż dobrymi nawykami. Ile razy widziałem oszlifowaną szybę, przez trące na sucho wycieraczki. Inna sprawa to jakość szyb na pierwszy montaż i zamienników – te drugie szybciej się rysują. Mam też wrażenie, że silniki standardowo palące olej to raczej te nowsze niezbyt dopracowane konstrukcje, a nie te z lat 80.
Jasne, lepiej sprawdzić sto razy niż raz zatrzeć silnik. Ja tylko mówię, że kiedyś to było po prostu konieczne, a dziś w większości modeli aut już kompletnie nie. Zgadzam się natomiast całkowicie, że części zamienne są dużo podlejszej jakości niż te z pierwszego montażu. Fabryczny akumulator w mojej C-Klasie wytrzymał 13 lat i działał dalej, tylko warsztat powiedział, że lepiej go wymienić, bo on już ledwie zipie (że lada chwila nie wyjadę z garażu, a w ogóle to auto na pewno więcej pali, bo alternator pracuje ciągle jak wściekły i stawia opór). Kazałem wymienić i ten drugi po czterech latach padł całkiem – a był niezły, Varta Silver. Pytanie, ile wytrzyma ten trzeci…
mój ojciec też w latach 90 (koło 95-96r) kupił nowy tv Sony (KV-2184MT – jeden z najładniejszych tv) kosztował 900zł na przecenie, gdyż spadł z półki w sklepie i miał pęknięty róg obudowy, wtedy 900zł to było też kupa kasy, ze 2 miesiące pracy, ale działał całkowicie bezawaryjnie z 15 lat, po czym ja go popsułem, bo ojciec chciał żeby mu podłączyć do wieży dźwięk z TV no to dorobiłem gniazdo słuchawek i z gniazda podłączyłem do wieży…. tyle, że ten TV nie ma przetwornicy izolowanej, tylko wszystko jest na potencjale sieci, dla tego też ma izolowane wejście antenowe i wejścia AV i niema żadnego wyjścia no i po podłączeniu do wieży strzeliło, i w wieży upaliła się gruba ścieżka masowa od czinczy AUX, a w TV spalił się scalak końcówki mocy, na szczęście mój zaprzyjaźniony serwisant RTV miał w swoich przydasiach ten scalak, więc odbyło się bez wpier**lu 😉 potem TV dalej działał kilkanaście lat bezawaryjnie
Fascynowała mnie zawsze następna generacja Civika – ta zupełnie inna z Anglii i inna z Japonii. Bardziej podobała mi się ta angielska – nadwozie wydawało się ładniejsze, zgrabniejsze, szczególnie po lifcie (brak pomarańczowych kierunkowskazów, przyciemniane światła z przodu z tyłu, większy grill), po lifcie doszło zresztą to kombi – Aerodeck. W środku pseudodrewniana listwa, chyba nawet w każdej wersji. Jedyne słowo, jakie pamiętam z określenia jazdy takim Civikiem to zwinność. Fantastyczna radość z jazdy, którą porównać mógłbym do np. Fiesty. No i ona miała te klamki wystające – bezpieczne. Wtedy właśnie, w I połowie lat 90. nauczono wię już robić takie klamki, ale już bezpieczne dla pieszych i ułatwiające otwieranie drzwi po wypadku. Fiat 125p jest choćby przykładem odwrotnej drogi lat 70. czyli w imię bezpieczeństwa zastąpienia „cyrkli” klamkami kasetowymi, wpuszczonymi w nadwozie. Niemieckie gazety motoryzacyjne, a więc i „Auto Świat” w pewnym momencie zaczęły to punktować dodatkowo w testach. Zupełnie przypadkiem akurat producenci niemieccy zaczęli to wprowadzać na masową skalę wtedy (głównie VAG oczywiście). No, a dziś znowu powrót do klamek płaskich, albo wręcz chowanych (tu w Chinach słychać jednak o zwrocie).
Dodam jeszcze, że w tamtych czasach auta japońskie uchodziły, poza wszystkimi zaletami, za bardzo ubogi wyposażone. Weźmy takiego angielskiego Civica liftbacka z ok. połowy lat 90. On tam często miał tylko immobiliser i tylne zagłówki. Były wersje bez airbagów, obrotomierza nawet. Toyoty czy Nissany – podobnie.
@Locotus te wersje bez airbagów szły głównie na rynki takie jak nasz, wschodzące i pełne haraczy. W Japonii Civic mkV mógł mieć nawet wbudowaną nawigacje. Obrotomierza wiem że mogło nie być w V generacji w D13B2 tj, 1.3 na gaźniku oferowanym na niektórych rynkach. (takie totalnie podstawowe Civici 3d najczęściej pochodziły z Włoch), ale o angielce bez obrotka nie słyszałem. Proszę jak kiedyś dorwiesz Civica VTI to powiedz mi czego w nim może brakować?
Wszystko, o czym piszesz, wyjaśniałem tutaj:
https://automobilownia.pl/strumien-swiadomosci-powrot-do-dziecinstwa-epizody-8-9-i-10/
Moi rodzice kupili hondę civic (iv gen czyli „żelazko”) w 95. Chwilę wcześniej użytkowaliśmy poloneza caro. Przesiadka była szokująca- automatyczna skrzynia biegów, elektryczne szyby, lusterka i szyberdach – ilość przełączników przyprawiała o zawrót głowy- czułem sie jak w kokpicie samolotu. To co pamiętam do dziś, co zrobiło na mnie jeszcze wieksze wrażenie to fakt, że jazda po ówczesnych nierównych drogach sprawiała, że w polonezie wskaźniki na wybojach podskakiwaly, a w hondzie były niewzruszone. To pewnie bardziej charakterystyka aut „zachodnich” niż samej hondy ale właśnie to kojarzyło mi się z takim dopracowaniem (w caro, zegarek zepsuł się w pierwszym roku użytkowania).
Ja sam potem mialem jeszcze gen vi, vii i viii, a dodatkowo chciałem również kupić crx del sol z silnikiem 1.6 160KM z V-Tec ale ciężko było o auto nieskorodowane. Natomiast z ciekawostek – zobaczcie jak japończycy wymyślili automatyczną wersję „rozkładania” dachu w wersji targa https://youtube.com/shorts/1Jk9yGh7fnQ
Mieliśmy w rodzinie takiego Aeroodecka. Było to pakowne, ładne auto, wnętrze dosyć trwałe i estetyczne, chociaż wolałem osobiście welury ze starszych Fordów które były w rodzinie. Niestety najgorszym punktem tego auta był diesel Rovera i kwestia jego diagnostyki w PL – ASO Hondy w pewnym momencie powiedziało ojcu, że na ten moment on wie o tym samochodzie więcej niż oni.
Auto poszło dalej w świat, a ojciec trwale zniechęcił się do diesli. Mówi że było brać 1.5
Poruszyłeś tu temat, do którego dorzucę „trzy grosze” – stałości klientów. Otóż mój sąsiad kupił w 1994 roku Hondę Concerto i jeździł nią do… 2024 roku, po czym ją sprzedał i kupił… oczywiście Hondę, tym razem Civic.
Concerto to najpiękniejsza Honda <3
miałem dwie, 1.5 jednopunkt i 1.6 MPI, ta 1.6 szła jak szatan, zresztą była ewidentnie po dachowaniu 🙂 ale za to bardzo zdrowa, ale niestety nie miała gazu 🙁
co do opisywanego Civica – czemu stan jest taki sobie? tożto ona super wygląda, nawet rdzy żadnej nie widać, końcówki progów, tylne błotniki jak nowe, a to zżerane jest jako pierwsze
250ml na 1000km to ja bym chciał żeby paliły ekotki… jak nad morze ostatnio jechałem Zafirą to przy 4tyś obrotów litr oleju musiałem dolać na pierwszym CPNie po wyjeździe, czyli po 300km, zaraz więc niestety musiałem zwolnić do jakiś 130km/h bo tak mając z 3.5tyś obrotów to już wtedy spalił tylko z pół litra na 500km…. ehh jak by jechać Asterką F 1.6 8V to by można było całą drogę jechać 150 i nic nie dolać oleju
moje 3 ekotki zeżarły już łącznie 2 beczki 60l oleju oraz 3 bańki 20l, więc w sumie już prawie 200l (no nie same ekotki bo i w busach wymieniałem co rok olej i w traktorkach różnych… no ale ze 100l na pewno zeżarły)
@benny_pl @Dziadek Jakub ja też kojarze ze 3 egzemplarze Concerto ze swojego miasta na czarnych blachach. Co ciekawe jedna ok. 2012-13 parkowała przy Sądzie Apelacyjnym. Czyżby takową jeździł od nowości sędzia? Nie wiem ile ich sprzedano w Polsce. Niemniej ten model totalnie nie leżał w sferze zainteresowań hondziarzy. Tylko totalne świry tym jeździły xD
Jak kiedyś z Zakopanego jechałem nad morze moją Astrą G 1.6 16v e-kotek (pierwszy dzień świąt BN, bardzo wcześnie rano), to przy prędkościach 140-160 spaliła mi około litra na tym dystansie… F-ka 1.6 8v paliła tyle samo przy prędkościach około 100 km/h, na więcej nie pozwalało ślizgające się sprzęgło 😉
miałem Fiestę MK3 1.1 Kent, ze ślizgającą się, zajechaną skrzynią CVT, to też ledwo 100km/h dawało się w końcu osiągać, o wyprzedzaniu tira mowy nie było (raz próbowałem i ledwo się to udało, więcej nie kusiłem losu), ale prawko uratowała bo raz mnie nagrali to ledwo się do 70 paru udało mi rozpędzić na dwupasmówce na której było 50 (tylko po to żeby łapać) zanim trzeba było hamować przed światłami, gdzie Tikiem które wtedy też miałem było by na pewno ponad 100 😉
Ja VI generacją w sedanie i klasycznym bordo po fl z silnikiem 1.4 jechałem do ślubu . To było 20 lat temu i na tamten czas to było bardzo fajne auto . Należało do mojego wujka który kupił ją żeby zmienić już nie młodego nissana sunny. W tamtych czasach japońskie auta kupowało się żeby mieć święty spokój .
Civic jajko jest całkiem fajny. U mnie w Norwegii Honda NSX NA1 i S2000 powinny mieć dużo większą wartość niż w innych krajach. W tym kraju kiedyś nie było prawie w ogóle złych samochodów, a teraz bezawaryjność wyginęła, a szczególnie bezawaryjna frajda z jazdy. Dlatego uważam, że stare samochody są lepsze od nowych.
Przepraszam, musiałem.
oczywiście, że są lepsze, w ogóle z lat 90 są najbardziej dopracowane i bezawaryjne, gdyby tylko nie korozja, to jeździły by wiecznie — Audi 80tek na wsiach tu na wschodzie ciągle jest dużo, bo nie gniją i nie psuje się nic kluczowego