STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI: POWRÓT DO DZIECIŃSTWA – EPIZODY 8, 9 i 10

To już druga taka historia. Po raz drugi udało się przejechać samochodem sprzedanym w początkach działalności salonu mojego taty: poprzednio był to Polonez Caro z 1994r., tym razem – Honda Civic 5d 1,4i, formalnie z 1996r., ale sprzedana w 1995. Tam to był pierwszy rok dealowania z FSO, tutaj – pierwszy rok z Hondą. Przy czym teraz sentyment jest większy, bo dokładnie takimi Civicami – aż trzema kolejnymi – jeździł prywatnie mój tata, w latach 1996-99. To były pierwsze nowe samochody w rodzinie.
Przejażdżkowy egzemplarz sprzedaje właśnie wujek mojego licealnego kolegi Krzyśka – zainteresowanym polecam OGŁOSZENIE.
W Civicu, inaczej niż w Polonezie, nie zachowała się salonowa podkładka pod tablicę. Jest za to oryginalna faktura i wszystkie szczegóły typowe dla tamtej zwariowanej epoki.
Foto: mojej żony
***
Dealerska umowa salonu FHU Wieli-Car z Hondą Poland weszła w życie 1 stycznia 1995r. (niedawno minęła trzydziesta rocznica). Równocześnie na polski rynek wchodził pięciodrzwiowy Civic generacji […sprawdza w Internecie…] szóstej: samochód poniekąd przełomowy, bo relatywnie niedrogi i produkowany w angielskim Swindon, a więc objęty tzw. kontyngentem bezcłowym, czyli zwolnieniem z cła limitowanej liczby samochodów wytwarzanych w UE (wcześniejsze angielskie Hondy nie miały szans na popularność w Polsce – Accord był zbyt drogi, a Concerto mocno już przestarzałe).
Trzy miesiące wcześniej odwiedziliśmy z tatą Salon Samochodowy w Paryżu (w ramach dealerskiego wyjazdu z FSO, o którym pisałem TUTAJ). Toczące się negocjacje z Japończykami trzymaliśmy w tajemnicy przed resztą wycieczki – tym bardziej ekscytowało mnie fotografowanie i filmowanie ekspozycji Hondy. Obaj pękaliśmy z dumy czując się poniekąd współgospodarzami pod podestem, na którym światową premierę święcił nowy europejski Civic 5d. Już za moment to lśniące cudo miało stanąć w naszej firmie!!
Kadr z filmu kręconego przez tatę
Jeśli pamiętacie wpis o Polonezie, to podpisanie umowy z Hondą niewiele zmieniło w wyglądzie budynku – doszły tylko nowe flagi i litery H (szczęśliwie firmowe kolory FSO i Hondy były identyczne)
Foto: archiwum rodzinne
Foto: archiwum rodzinne
Foto: archiwum rodzinne
Jedynie ściana salonu została wyłożona frezowanymi lusterkami – i to był prawdziwy sztos!! Europa!! Pierwszymi dostarczanymi samochodami zostały japońskie Civiki V i Concerto. Te ostatnie przyjechały z czyszczonych właśnie magazynów zachodnich, bodajże belgijskich, gdzie stały kilka lat. Nosiły roczniki ’92 i ’93, a był już 1995. W Polsce, jako mocno przecenione, sprzedały się szybko.
Foto: archiwum rodzinne
Gwoździem programu miał jednak zostać angielski Civic 5d – ten z Paryża. Pamiętam pierwsze „dni otwarte”, czyli intensywnie pracujący weekend promujący ofertę „kontyngentu ’95”. Jako że dopiero kończyłem VIII klasę podstawówki, nie obsługiwałem jeszcze klientów, ale drukowałem na komputerze cenniki i opisy samochodów, a potem z dumą rozdawałem szkolnym kolegom „zaproszenia”. Na zdjęciu mój tata z jedną z pierwszych pracownic.
Foto: archiwum rodzinne
Do dzisiaj pamiętam pierwszą cenę Civica: 37.900 PLN, wyrażone już w „nowych złotych”, które w obieg wchodziły tego samego dnia. Oraz pierwszą klientkę – panią, która wraz z mężem produkowała i sprzedawała meble w Kalwarii Zebrzydowskiej (jak tysiące rodzin z tamtej okolicy). Po samochód przyjechali Mercedesem S124 – prawie nowym.
Wystawa w namiotach o szumnej nazwie Cracow Expo Center (niedługo później zdmuchniętych przez wichurę). Salon Wieli-Car pokazywał tam tylko kontyngentowe modele angielskie, Accorda i Civica 5d, bo inne zupełnie przestały się liczyć. Na zdjęciu drugi z prawej mój tata, pierwszy – pan Tadeusz, zwerbowany z Polmozbytu sprzedawca-weteran, którego podpis widnieje na zachowanej fakturze sprzedaży opisywanego auta (dziś pan Tadeusz jest na emeryturze, jego miejsce w firmie przejął syn, Krzysiek, który kiedyś udostępniał mi Dodge’a Challengera).
Foto: archiwum rodzinne
Tata jeszcze przez pięć miesięcy jeździł steranym dieslowskim W123. Dopiero w maju krzywe miny Japończyków z warszawskiej centrali, gdzie w czasie dealerskich zjazdów stało kilkadziesiąt Hond i jeden stary Mercedes, skłoniły go do wysupłania 18 tysięcy złotych na trzyletniego, czterodrzwiowego Civica 1,5 DX w kolorze granatowym (zupełnie gołego – bez żadnej elektryki, ABSu, a nawet wspomagania kierownicy). Sprzedawcą był… kolejny producent mebli z Kalwarii – bo to był naprawdę zamożny mikro-region – który też właśnie odbierał nowego Civica 5d.
Kilka tygodni po zakupie naszą pierwszą Hondą pojechaliśmy na pierwsze zagraniczne wakacje na południe Francji. O tym aucie bliżej opowiem innym razem…
Foto: archiwum rodzinne
…natomiast prawie dokładnie rok później, przed wakacjami 1996, pod domem stanął pierwszy samochód fabrycznie nowy: Civic 5d w kolorze bordowym. W dodatku z KLIMATYZACJĄ…!!
Foto: archiwum rodzinne
Powyższe zdjęcie ze mną, wtedy szesnastoletnim, zostało zrobione gdzieś w Alpach szwajcarskich: do Francji w 1996r. nie pojechaliśmy, ale odwiedziliśmy (nieżyjącą już dzisiaj) kuzynkę taty, zamieszkałą w Winterthur pod Zurychem. Wspominam o tym, bo przy okazji odkryliśmy, że jeśli na pytanie celników „dokąd wyjazd?” odpowiemy „do Szwajcarii”, to puszczą natychmiast, bez międlenia papierów i przeszukiwania bagaży – dlatego odtąd aż do czasów Schengen odpowiadaliśmy tak zawsze. Działało niezawodnie (oczywiście tylko na naszej granicy: na wszystkich zachodnich – wtedy jeszcze istniejących – każde auto z Polski było wyłuskiwane i sprawdzane telefonicznie, z uwagi na ryzyko bycia skradzionym. Nikt wtedy nie uważał, że to „dyskryminacja”).
Bordowy Civic był mocno przeceniony, bo z Anglii przypłynął z pokiereszowanym bokiem. Importer polakierował go z ubezpieczenia, ale anulował gwarancję na całą karoserię, dając sowity rabat (coś koło 25%, bo cena miała dwójkę z przodu). Klimatyzację montował wtedy dealer: w detalu kosztowała 4.000, czyli ponad cztery średnie krajowe!! To coś jak dzisiaj 35 tys., ale po takiej zniżce za auto, odliczeniu własnej marży, VATu itp., tata się zdecydował. Zapach fabrycznie nowego auta i powiew chłodu z wylotów w kokpicie były niewypowiedzianym luksusem i przeżyciem, które pamiętam do dziś.
***
Europejski, pięciodrzwiowy Civic generacji szóstej był zupełnie odmienny od modelu globalnego. Honda reklamowała go jako zaprojektowanego specjalnie „pod Europę”, choć w istocie był to japoński model Domani, spokrewniony ze starszym Civikiem V (przypomina też Rovera 400, z którym faktycznie dzielił platformę, stylistykę i częściowo technikę).
W Polsce Civic 5d zdobył dużą popularność dzięki kontyngentowi bezcłowemu i przygotowanej specjalnie dla Polaków, niskobudżetowej specyfikacji umożliwiającej uniknięcie podatku akcyzowego (szczegóły za moment). Ten model przez moment zagrażał rynkowej pozycji Toyoty – co dziś wydaje się nie do pomyślenia, jednak wtedy obie marki razem poruszały się w czterocyfrowych przedziałach rocznej sprzedaży i nikt jeszcze nie wiedział, co przyniesie przyszłość.
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
Technicznie był to pięciodrzwiowy hatchback o wymiarach 4.325 x 1.695 mm przy rozstawie osi 2.620 mm. Zawieszenie – po raz ostatni w Civicu – opierało się na podwójnych wahaczach poprzecznych przy wszystkich kołach („proszę pana, to system używany w Formule 1, żaden konkurent nie ma takiego” – tak należało mówić klientom, co świetnie pamiętam, bo gdzieś od połowy liceum wielokrotnie klientów obsługiwałem, w czasie targów i „dni otwartych”).
Ogólnopolska reklama Hondy z 1996r., z wykazem dealerów (telefon Wieli-Caru niestety ucięty)

W momencie premiery wszystkie silniki Civica należały do hondowskiej serii D. Miały aluminiowe bloki, 16-zaworowe rozrządy OHC i wielopunktowy wtrysk paliwa. Podstawowe 1.4i rozwijało 90 KM, półtoralitrówka z systemem zmiennych faz rozrządu VTEC-E – tyle samo, ale przy lepszej elastyczności i rewelacyjnie niskim spalaniu (niektórzy schodzili do czwórki z przodu, w 4,3-metrowym, benzynowym kompakcie!!), a największe 1,6i – 115 KM w wersji bez systemu VTEC i 125 KM z nim.
W Polsce obowiązywała wtedy akcyza na samochody o wartości celnej powyżej 7.000 ECU (to taki protoplasta euro, z tym że fikcyjny, niewystępujący w obiegu, a oparty na wartości koszyka walut europejskich). Dlatego specjalnie dla nas Honda przygotowała bazową wersję 1,4i pozbawioną poduszek powietrznych i ABSu. W każdym zagranicznym materiale przeczytacie, że te elementy montowano w Civicach seryjnie, ale w Polsce ich nie było. Sprawę nagłaśniał ówczesny Dziennik Telewizyjny, krytykując pazerność fiskusa jako pogarszającą bezpieczeństwo na polskich drogach. Niewiele pocieszał fakt, że Niemcy dostawali 1,4-ki osłabione do 75 KM (podatki drogowe liczono tam od mocy, a 90 KM wychodziło zbyt drogo by konkurować z 60-konnymi Golfami i Astrami). Większość Niemców mimo wszystko zamawiała mocniejsze silniki, a u nas obciążony akcyzą Civic 1,6i LS (z dwiema poduszkami, ABSem i kilkoma innymi dodatkami) kosztował aż 40% więcej od 1,4i i prawie tyle co Accord 1,8i. Ekonomicznej półtoralitrówki nie sprowadzano wcale, więc nietrudno zrozumieć, że sprzedawała się praktycznie wyłącznie wersja bazowa.
W 1997r. nastąpił lifting rozpoznawalny po lakierowanych zderzakach, bezbarwnych migaczach tylnych i grillu z większym znaczkiem firmowym. Pojawiły się też nadwozia kombi zwane Aerodeck (one faktycznie powstały specjalnie dla Europy)…
Foto: materiał producenta
Foto: materiał producenta
…oraz dwa nowe silniki: roverowski turbodiesel 2.0i TD i namiastka Type-Ra, czyli 1,8 VTi, rozwijający aż 169 KM (na zdjęciu).
Foto: materiał producenta
Diesla do Polski nie sprowadzano z powodu znikomego popytu, Aerodeck występował tylko jako 1,4i (a kosztował jak 1,6i LS), natomiast 1,8 VTi w cenniku się pojawił, ale głównie jako ozdoba, bo zainteresowanie jakieś nawet było, ale czysto platoniczne. Z rzeczy pozytywnych: po liftingu Honda zaprzestała dekompletowania aut dla Polski, bo siła nabywcza narodu rosła, a równocześnie zmieniły się zasady naliczania akcyzy (płaciło się ją teraz od wszystkich samochodów, tyle że niższą).
Poliftingowy Civic 5d w salonie Wieli-Car
Foto: archiwum rodzinne

Mój tata do 1999r. zaliczył jeszcze dwa egzemplarze poliftingowe, w kolorze srebrnym – bo dostał możliwość bardzo preferencyjnego zakupu aut firmowych, które po roku dało się sprzedać mniej więcej bez straty. „Rolnik nie płaci za świeże mleko i jajka, piekarz naje się ciepłych bułek, a ja mam z głowy amortyzację samochodu” – mawiał. Zdjęcie pochodzi z wakacji 1997 – na pierwszym Alpy austriackie, w drodze do Francji…
Foto: archiwum rodzinne
…a to już na miejscu. Przy aucie stoi mój dwunastoletni wtedy brat (dziś współprowadzący salon i serwis), w tle majaczy przepięknie położona wioska Ste-Agnès, a z prawej widać Morze Śródziemne – z wysokości ponad 800 metrów, czyli porównywalnej z centrum Zakopanego (mimo że to odległość pół godziny jazdy od plaży).
Foto: archiwum rodzinne
***
Właściciel przedstawianego dziś egzemplarza, pan Józef, odwiedził salon Wieli-Car jesienią 1995r. Na zaliczkowanego Civica 1,4i musiał jednak poczekać do stycznia, z powodu wyczerpania kontyngentu – stąd rocznik 1996.
Auto było garażowane, serwisowane w Wieli-Carze i eksploatowane głównie w długich trasach, ponieważ po mieście pan Józef jeździł kolejno „Maluchem” i Cinquecento. Dzięki temu przebieg Hondy wynosi tylko 155 tys. km (średnio nieco ponad 5 tys. rocznie). Na zderzakach znajdą się zadrapania, maska została polakierowana w średniej jakości, na błotnikach i dole nadwozia widać rdzę, pękła też linka otwierająca bagażnik, jednak wnętrze i mechanizmy są znakomicie utrzymane, a w jeździe blisko 30-letni samochód przypomina kilkulatka.
Foto: praca własna
Sesję zdjęciową chciałem zrobić pod salonem, gdzie w międzyczasie zaszły ogromne zmiany. Cały budynek był stawiany łącznie trzykrotnie – aktualnie jest stalowo-szklany, a przed witryną stoi ładowarka EV.
Foto: praca własna
Ponieważ jednak każda piędź ziemi jest tutaj zajęta, wraz z Anią i prezentującym mi Hondę Krzyśkiem uznaliśmy, że „powrót do źródeł” został zaliczony i pojechaliśmy na moją zwyczajową trasę testową, ze zwyczajowymi plenerami.
Foto: praca własna
Civic 5d był reklamowany jako „zaprojektowany pod Europę” – i mimo że w istocie jest lekko zmodyfikowanym modelem JDM, faktycznie wygląda europejsko. „Proszę pana, w dzisiejszych czasach nie ma sukcesu bez starannego dopasowania produktu do specyfiki lokalnej, dlatego Honda przygotowała dla nas odrębny model i produkuje go na miejscu, unikając ceł i wspierając przy okazji europejską gospodarkę„. W Polsce „dopasowanie do lokalnej specyfiki” oznaczało dodatkowo najsłabszy silnik, stalowe felgi, szyby na korbkę i brak kluczowych elementów z zakresu bezpieczeństwa.
Foto: Krzysztof Kubas
Klienci doceniali natomiast praktyczność piątych drzwi: polskie upodobanie do sedanów, zauważalne w segmencie B i od D wzwyż, w dziwny sposób omijało kompakty. Trzeba jednak przyznać, że Civic również z pięciorgiem drzwi wygląda dość elegancko.
Foto: Krzysztof Kubas
Zderzak, lusterka i klamki wciąż wykonywano z czarnego plastiku, ale przednie kierunkowskazy były od początku bezbarwne. Teraz dopiero zauważyłem, że rejestracja pana Józefa jest bardzo bliska bordowemu Civicovi mojego taty (temu z przeceny) – różnica to tylko 2.619 numerów. No i jest „oczko”, czyli suma cyfr = 21 (też jak na większości aut taty, a do pewnego momentu i moich).
Foto: praca własna
Z tyłu lampy są jednak trójkolorowe, jest też hit sezonu w postaci trzeciego światła STOP. „Proszę pana, w sprawie poduszek i ABSu nic na władzę nie poradzę, musiałby pan kupić akcyzową 1,6-tkę. Ale zapewniam, że bezpieczeństwo Honda traktuje priorytetowo: jest tu trzecie światło STOP, specjalne wzmocnienia w drzwiach i tyle karoserii, a nawet zawór odcinający paliwo po uderzeniu – konstruktorzy myślą wielotorowo!!”.
Foto: praca własna
Pojemność 380 litrów (powiększana do 825), kształt dość regularny, kanapa oczywiście asymetrycznie dzielona. Nie ma tylko worka na narty, ale to jeszcze nie ta epoka.
Foto: praca własna
Dziś często narzekamy na ubogą ofertę lakierów, tymczasem przedliftingowy Civic występował w tylko trzech kolorach zwykłych (biały, czerwony, granatowy) i trzech metalizowanych (srebrny, zielony, bordowy). Mnie to wręcz szokowało, bo stojące obok w salonie Polonezy oferowały dosłownie dziesiątki kolorów. A także opcji wyposażenia – podczas gdy Honda sprzedawała tylko 1,4i albo 1,6 LS. Jedynym dodatkiem była klimatyzacja (montowana w salonie) i ewentualnie akcesoria niefabryczne (foteliki dziecięce, bagażniki dachowe, termometry zewnętrzne, itp.). To zależało już oczywiście od obrotności dealera.
Foto: praca własna
Wtedy ta sylwetka robiła dynamiczne wrażenie. „Proszę pana, ten przód to prawie jak BMW trójka. W dodatku tam są makpersony, a tutaj Formuła Jeden, zupełnie serio!! To zawieszenie jest jak z bajki – jedziemy wypróbować?” Naprawdę, było czym kusić.
Foto: praca własna
Civic ze Swindon wyglądał poważniej i drożej od japońskich (choć dzięki kontyngentowi kosztował mniej), natomiast jakościowo odrobinę odstawał: czasami odklejały się uszczelki, na szczelność szyby czołowej była akcja serwisowa, sporadycznie zdarzały się drobne wady lakiernicze (na japończykach przenigdy). Tutaj widać ślady zużycia w miejscach często dotykanych, ale po 30 latach nic nie odpada, nie pęka ani nie trzeszczy, a materiał przewyższa standardy kompaktów z lat 90-tych.
Foto: praca własna
Wystrój tylnego przedziału uszedłby w klasie średniej…
Foto: praca własna
…choć przestronność jest raczej kompaktowa.
Foto: praca własna
Fotele można tylko pochwalić – są zaskakująco wygodne i dobrze trzymają w zakrętach
Foto: praca własna
Kierownica bez poduszki to niezbity dowód polskiego pochodzenia egzemplarza. Szyby, lusterka i fotele poruszają się ręcznie, plusem było natomiast seryjne wspomaganie, wtedy dalekie od oczywistego.
Foto: praca własna
Zawsze będę podkreślał, że w porządnym samochodzie 155 tys. km wygląda właśnie tak. Ani na jotę gorzej.
Foto: Krzysztof Kubas
Foto: Krzysztof Kubas
„Proszę pana, ten samochód został skonstruowany pod klienta europejskiego. Na desce rozdzielczej mamy eleganckie drewno, którego nie przewidziano w modelach japońskich, bo tam nie ma takiej tradycji„. W rzeczywistości to jest stuprocentowo japońskie Domani, choć w nim (pseudo)drewna faktycznie nie było – ono jest pokłosiem współpracy z Roverem, ulubioną marką serialowej Hiacynty Bukiet.
Foto: praca własna
„Proszę pana, kolejnym przejawem europejskości jest widoczna zza kierownicy maska silnika. Japończykom, przyzwyczajonym do maleńkich kei-carów, widok maski przeszkadza, ale specjalnie dla nas producent to zmienił„. Nie wiem, jak to wyglądało w Domani, ale tutaj faktycznie fragmenty blachy widać.
Foto: praca własna
„Proszę pana, pokrętła ogrzewania i wentylacji to też ukłon w naszą stronę – w Japonii preferują suwaki„. Mnie bardziej rozczula radio, bo identyczne miałem później w Mercedesie. I oczywiście przycisk klimatyzacji, naonczas wielki luksus za wielkie pieniądze. Pan Józef miał szczęście: po dwóch czy trzech latach usłyszał o promocji pt. „klimatyzacja za złotówkę” i jako stały klient serwisu wytargował sobie ten przywilej, zasadniczo przewidziany tylko dla kupujących nowe auta.
Foto: Krzysztof Kubas
Zestaw wskaźników narysowano po europejsku – w japońskich skale zaczynały się na godzinie dziewiątej. „Proszę pana, ta zielona lampka to coś wyjątkowego – immobilizer w kluczyku. Nie musi pan montować żadnych wynalazków, wstukiwać tajnych kodów ani wypowiadać magicznych zaklęć – fabryczny kluczyk robi to za pana. I nikt go niepostrzeżenie nie dorobi – można go zamówić tylko u nas, po przedstawieniu dokumentów własności„. To też przekonywało, bo złodziejstwo pleniło się niemożebnie (choć auta japońskich marek kradziono jeszcze rzadko, o czym też mówiliśmy klientom – najwięcej ginęło polskich i niemieckich).
Foto: praca własna
***
W artykule o Hondzie Prelude rzewnie wspominałem „klasyczny hondowski charakter”, jednak angielski Civic jest inny. Z tradycyjnych cech kraju i marki zachowuje doskonałą niezawodność mechaniczną (panu Józefowi za 29 lat raz zepsuła się sonda lambda i raz pękła linka klapy bagażnika – to wszystko), zaś cała reszta przypomina raczej drobnomieszczański wóz rodzinny. Dokładnie w stylu Hiacynty Bukiet. To samochód różny od równolegle produkowanych Civiców japońskich, co natychmiast zauważyliśmy 30 lat temu i co dostrzega się i dzisiaj.
Wnętrze nie bije rekordów przestronności, jest jednak bardzo komfortowe. Fotele zaskakują nawet po latach, podobnie ergonomia. Skrytykować można widoczność do tyłu: tylna szyba jest silnie pochylona, kończy się wysoko, a jej dół dodatkowo przysłania trzecie światło STOP, tymczasem o żadnych czujnikach czy kamerach cofania mowy jeszcze nie było. Średnica skrętu też raczej słaba. Manewry ułatwia przynajmniej wspomaganie.
Podwozie to ciekawa sprawa – jest znakomite, ale… niehondowskie. „Proszę pana, proszę zwrócić uwagę na pracę zawieszenia: jego zestrojenie idealnie trafia pomiędzy wymagania komfortu i pewnego prowadzenia” – to była już gadka taty, nie moja, bo ja nie przeprowadzałem próbnych jazd (chociaż nieraz w nich uczestniczyłem jako pasażer na gapę). Tata cytował tu jakiś test prasowy, z którym zresztą zgadzam się całkowicie: „typowe Hondy” – w tym równolegle produkowane japońskie Civiki 3- i 4-drzwiowe – były znacznie twardsze, nie na drogi ówczesnej Polski. W pięciodrzwiówce – nawet 30-letniej – podniszczona nawierzchnia nie jest żadnym problemem. Nie są też problemem zakręty, o ile nie oczekujemy własności wyścigowych. Zawieszenie „z Formuły 1” radzi sobie doskonale, nawet jak na dzisiejsze standardy, a przesunięcie akcentu w kierunku komfortu w oczach masowego klienta mogło tylko pomóc.
Przesiadka z granatowego Civica 4d na bordowego 5d oznaczała więc elegantszy design, bogatszy wystrój (w tamtych czasach potocznie mówiło się: „auto bardziej dyplomatyczne” 🙂 ), trochę lepsze wyposażenie (o klimatyzacji nie mówię, bo kosztowała ekstra, ale wspomaganie kierownicy i centralny zamek z pilotem i immobilizerem to przydatne rzeczy), do tego wyraźnie lepszy komfort foteli i resorowania. Zupełnie inaczej przedstawiała się sprawa silnika.
„Proszę pana, dziewięćdziesiąt koni z pojemności lepszego Fiata Uno!! Volkswagen do uzyskania takiej mocy potrzebuje aż 1,8 litra. No ale to Honda przez lata rządziła w Formule 1 – Ayrton Senna za żadne skarby nie chciał zmieniać zespołu, a on chyba wiedział, co robi…?„. W 1995r. nie trzeba było wiele, by zachwycić polskich klientów – magicznie działało nawet stwierdzenie, że w Hondach wszystkie silniki mają bloki z aluminium i 16 zaworów. Koniecznie się przy tym dodawało, że apetyt nie jest większy niż „Malucha” – bo pozamiejskie zużycie poniżej 6 litrów nie było wielkim wyczynem.
Foto: praca własna
90 KM przy 6.100 obrotach, maksymalne 117 Nm – przy 5.000. Zachwalać ten silnik było łatwo, jednak przesiadka z japońskiej półtoralitrówki – o teoretycznie tej samej mocy – bardzo rozczarowywała. Tam fabryka podawała 185 km/h i 10,5 sekundy do setki, tutaj – 174 km/h i 13,5 sekundy. To przepaść nawet na papierze, a co dopiero w praktyce.
Nie od rzeczy będzie dodać, że w owych czasach jeździło się specyficznie, to znaczy „ile fabryka dała”. Częściowo wynikało to z przyzwyczajenia do samochodów socjalistycznych, częściowo z zachłyśnięcia się „zachodnimi” osiągami, w każdym razie na znaki ograniczeń patrzył mało kto. Na jednojezdniowej krajówce prędkości rzędu 150 km/h były na porządku dziennym – oczywiście tylko u tych, którzy dysponowali odpowiednimi mocami, bo większość wciąż powoziła „Maluchami” i innym sprzętem z epoki minionej. Powodowało to ogromną liczbę manewrów wyprzedzania, nieraz na trzeciego, na grubość kartki papieru, a nierzadko na podwójnej ciągłej. Sytuacja generowała mnóstwo wypadków (w 1995r. na polskich drogach zginęło 6.900 osób, w 2024 – 1.896, przy nieporównanie większym ruchu), ale też uwypuklała różnicę mocy. Dlatego poprzedni właściciel naszego granatowego Civica bardzo piorunował na pięciodrzwiowe 1,4i, po nim nosem kręcił też tata. Tak, on też jeździł wtedy ostro, jak jakieś 80% posiadaczy nowoczesnych aut. Szczęśliwie nie wynikło z tego nic złego.
W czasie testu na autostradzie jechałem do 130 km/h, co odpowiada 3.600 obrotom (setka to 2.800). Motor odrobinę się wtedy wysila, na gaz reaguje już słabo. Słaba jest też elastyczność, a na większych górach trzeba intensywnie wachlować biegami i korzystać ze 100% mocy. Podobnież za każdym razem, gdy chcemy szybko odjechać – tyle że teraz nie razi to tak jak wtedy, bo nikt nie zamierza co chwilę dokręcać obrotów do odcinki, przy wyprzedzaniu kolejnego „Malucha” czy Jelcza. Dziś jeździ się spokojniej, więc silnik bazowego Civica robi lepsze wrażenie niż kiedyś.
Dlatego w tym punkcie mam ambiwalentne odczucia. Civica 1,4i nie można było nazwać dynamicznym, bo po samochodzie wartym czterdzieści pensji ludzie spodziewali się więcej (zwłaszcza że wersje japońskie, podobnież 90-konne, jeździły o niebo żwawiej). Trzeba jednak pamiętać, że to wersja podstawowa, na Zachodzie zamawiana rzadko, a tylko w naszej, biednej specyfice traktowana jak ambasador całego sportowego dziedzictwa Hondy. Do takiej roli 1,4i zdecydowanie nie dorasta, ale jako bazowy napęd popularnego hatchbacka z poprzedniego stulecia wystarcza z okładem. Tak postrzegam to dziś, zwłaszcza że kultura pracy też jest cywilizowana (ukłon dla pana Józefa za porządne serwisowanie 30-latka).
Aha, jeszcze jedno: jako świeżo upieczony kierowca – prawo jazdy dostałem w grudniu 1997r. – ruszając Civikiem często dusiłem silnik. Tata się śmiał, że nie umiem jeździć (w czym miał oczywiście dużo racji, tym bardziej że Mercedes 300 D, jakim poruszałem się na co dzień, nie sprzyjał wyrabianiu czucia w nogach). Ja broniłem się jakimś prasowym testem, bodajże z „AMiS„, w którym dziennikarz też narzekał na częste gaśnięcie – na co tata jeszcze głośniej się śmiał, że dziennikarz też pewnie jeździ jak neptek, bo jemu samemu auto nie gasło nigdy. Po przejażdżce mogę być dumny, bo za ponad 50 km Civica nie zdusiłem ani razu, ale… faktycznie, wyczucie mieć trzeba, bo moment obrotowy na starcie jest marny (Niemcy nazywają to Anfahrschwäche, czyli „słabość ruszania” – przepraszam, czasem naprawdę nie ma zgrabnego polskiego odpowiednika). Przyzwyczajenie się nie jest trudne, ale konieczne – żółtodziób w Hondzie może się sfrustrować, zwłaszcza w terenie górzystym.
***
To była bardzo sentymentalna przejażdżka. Przypomniała mi ekscytację pierwszymi w rodzinie NOWYMI SAMOCHODAMI, magię lodowatego powiewu klimatyzacji (bez którego dziś trudno sprzedać starą Dacię, ale który wtedy był wielkim luksusem), zagraniczne wyprawy wakacyjne z pilotowaniem taty przy pomocy papierowego atlasu Europy i weekendowe wyjazdy do Zakopanego, z powrotami w masakrycznych wieczornych korkach i stresie związanym z niedouczeniem na poniedziałkowe lekcje. Do szkoły też czasem odwoził mnie tata Civikiem – tzn. na co dzień nie, ale kiedy wyjeżdżał do warszawskiej centrali Hondy – średnio co dwa tygodnie – moje liceum było (prawie) po drodze, więc się zabierałem. Datę jednego z tych wyjazdów doskonale pamiętam: 12 marca 1999r., dzień wstąpienia Polski do NATO. Radio trąbiło o tym od rana, a my z tatą, żegnając się pod szkołą przed codzienną porcją obowiązków i nerwów, mówiliśmy sobie, że jeszcze kilka lat wcześniej myślenie o NATO było taką samą niedorzecznością jak marzenia o jeżdżeniu japońskimi samochodami.
Wspomnienia obudziła też „cyfra” marki Sony: przed oczami stanęła mi zabawa z nagrywaniem składanek na taśmy, telefoniczne konkursy RMF FM, radiowe raporty o krakowskich korkach („Jan Burda, czołgiem kierowcy!!„) i cała playlista z lat 90-tych: od „V Biegu” Budki Suflera, „Małych Szczęść” Jansona i ścieżki dźwiękowej „Kilera„, poprzez „Time to say goodbye” Bocellego, „Viva Forever” Spice Girls i „Gangsta’s Paradise” Coolia aż po „Ya-Ya-Yeah Coco Jambo!!” i „Heeee…. Macarena!!„. Te wszystkie kawałki mają dziś tyle samo lub więcej lat niż wtedy mieli Beatlesi…!!
Honda Civic to żaden pomnik – ot, popularny kompakt z Azji. Jednakże w polskich realiach lat 90-tych była prawdziwym samochodem marzeń, jednocześnie osobistym, rodzinnym, dostawczym, reprezentacyjnym i wyścigowym. Nawet w 1,4-litrowej bieda-wersji bez ABSu i poduszek. Też to pamiętacie? W każdym razie zawsze można sobie przypomnieć.
Foto: praca własna
Foto tytułowe: mojej żony
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Ta akcyza to był najgłupszy podatek. Antyspołeczny i szkodliwy, pogarszający bezpieczeństwo Polaków.
Ile istnień ludzkich mogło być uratowanych, gdyby auta miały jednak ABS czy poduszki powietrzne?
Straty spowodowane zachłannością fiskusa (leczenie ofiar lub śmierć) i straty finansowe spowodowane stratami „nieludzkimi” (szkody blacharskie) z pewnością przewyższyły zyski płynące z akcyzy.
W latach 90tych zasady co rusz się zmieniały. To pozbawianie Civików poduszek i ABSu trwało dwa sezony, trudno powiedzieć do ilu wypadków tego modelu wtedy doszło. Ale fakt, że wybitnie denerwowało. W późniejszym okresie akcyza dotyczyła już wszystkich samochodów i Hondzie przestały się opłacać takie manewry. Poza tym społeczeństwo się bogaciło i było łatwiej zapłacić wyższą cenę (bo samo wyposażenie też przecież kosztowało, poza podatkiem od całego auta).
Moim pierwszym samochodem był Civic EJ9 tj. 3drzwiówka , akurat ja miałem wersję z rynku niemieckiego 75konną w oryginale z usuniętą zwężką w dolocie 😉 Piękne to były czasy. Pamiętam wtedy nam hondziarzom angielki wydawały się takie „emeryckie”. Chodziła również opinia że gniją gorzej niż 3drzwiówki, chociaż w praktyce gniły tak samo. 3drzwiówek w Polsce też trochę sprzedano , pomimo, że były nieco droższe niż 5d, co za tym idzie mniej praktyczne. Kombi z polskich salonów wydaje mi się, że było najmniej popularną wersją nadwoziową. Sedany również widywałem na czarnych blachach. Co ciekawe oznaczenia sedanów pokrywały się z 3drzwiowymi. Co do 1,8 VTI to jest znane kilka egzemplarzy z polskich salonów. Kosztowały 80-90 tysięcy złotych. Kiedyś natknąłem się nawet na Civica 1,6 VTI 3drzwiowego z polskiego salonu. Dzięki za wyjaśnienie że do Polski nie importowano 1,5 (D15Z6, albo D15Z8E), był to tzw. eco-vtec, gdzie poniżej jakiejś prędkości obotowej silnika nie załączał się jeden zawór ssący w cylindrze dzięki czemu auto paliło mniej jak 1,4 😉 Kolega miał furkę z tym silnikiem , naprawdę była mega, całkiem żwawa i paliła mniej jak 1,4. Mi tam nie udało się zejść do 6 litrów w trasie 1,4ką , tak 7 to była norma w mieście coś pod 9. No cóż gdybać można trzeba byłoby znaleźć statystyki co do wersji sprzedanych w Polsce.
Co do rywalizacji z Toyotą to o ile Civic z Corollą rywalizowały , to Accord miał dużo mniejszą sprzedaż niż Carina produkowana w UK. Pomimo produkcji w UK Carina miała jednak dość wysoką cenę, wyższą niż np. Mondeo. Fakt, że Toyota oferowała w latach 90 i na początku 00 duże zniżki dla grup zawodowych. Pamiętam bardzo dużo lekarzy miało Cariny i później Avensisy. Co ciekawe ze względu na brak produkcji w Europie w latach 90 totalnie z rywalizacji wypadła Mazda, dość popularna w latach 80 wśród Pewexowych aut. Niemniej w latach 90 łapała się w 35procentowe cło, toteż na kilka lat zamknęło się przedstawicielstwo Mazdy, niemniej istnieli prywatni importerzy. Natomiast Honda nie była w ogóle sprzedawana za dolary ze względu na brak diesla w ofercie. Chociaż jakiś tam prywatny import Hond był. Ostatnio widziałem zdjęcia Prelude mkI na blachach z 1983 roku. W połowie lat 90 zakończył się również import Daihatsu, nie miała ta marka racji bytu w latach 90.
Wszystko się zgadza, jesteś super zorientowany 🙂
Pamiętam jak mój tata postanowił zmienić Mondeo na nowe auto, padło na Hondę Accord. Sprzedawca w salonie w Nowej Hucie z uporem godnym lepszej sprawy wmawiał mi, że ten mocniejszy silnik to tylko z automatem, bo manualna skrzynia nie przetrwa tej potwornej mocy….
Finalnie ojciec kupił od kolegi Volvo 850 T5, który w porównaniu z Mondeo był wtedy dla mnie strasznym regresem, aż do chwili, gdy odpaliła turbina, od tego czasu pokochałem Volvo.
Mój tata też wtedy jeździl jak wszyscy, T5 paliła dalej gumy przy przejściu z 2 na 3 :-)
A Civic vti stał w tymże salonie Hondy, robił wrażenie…
Każda marka importowana miała w każdym mieście po jednym salonie, maksymalnie dwa (oprócz Warszawy, ale tam była sprzedaż flotowa i ogromna kumulacja zamożności na tle Polski). Tymczasem w Krakowie przez pewien czas Hondy były CZTERY, z czego salon wielicki, najgorzej położony (niewystępujący nawet na listach pod hasłem Kraków, no bo to nie jest przecież Kraków), sprzedawał ponad 50%, czyli więcej niż trzy pozostałe razem wzięte. Do tego w 2023r. w badaniu satysfakcji klientów zdobył II miejsce w EUROPIE – o ułamek procentu przegrał z jakimś salonem włoskim. No i teraz już Honda Kolaczek jest jedyna, tyle że trzeba było otworzyć drugi adres w Krakowie, co też zostało zrobione.
Piękna historia i gratulacje dla Taty i brata tego tytułu. Patrząc na powyższy komentarz Kwasa świadczy to, że uczciwe podejście w długim terminie działa lepiej niż tzw. „natrętna bajera”.
W latach 90-tych taka Honda z salonu to naprawdę była klasa – robiła większe wrażenie niż dziś nowa BMW 5-tka. Moja ciotka jeździła wówczas Hondami – najpierw Concerto, a potem Accordem, przy czym kryterium wyboru marki było to, że akurat salon i serwis Hondy był w pobliżu jej miejsca zamieszkania. Z tego co pamiętam Concerto bardzo szybko zaczęła trapić fala mniejszych i większych awarii, natomiast z Accorda była bardzo zadowolona i miała go z 15 lat.
Z Concerto nie mam żadnych doświadczeń, nie przypominam sobie nawet żebym je w salonie oglądał (zdjęcia robił tata, a jako 15-latek bywałem tak sporadycznie). Natomiast Accord to już był kawał limuzyny – w Polsce lat 90-tych segment D był prawdziwym luksusem.
Takim właśnie Accordem IV generacji kolegę do podstawówki przywoził szofer. Robiło to niejakie wrażenie. Mówimy o wczesnych latach 90-tych dodajmy.
Wówczas tata jeździł BMW E28, wprawdzie już kilkunastoletnim, ale to również robiło niejakie wrażenie. Myślę, że teraz żaden samochód, nawet Bugatti nie robi takiego, jak wówczas potrafiły robić Jaguary, topowe BMW czy nawet nowe Accordy. Na tle otaczającej postpeerelowskiej biedy widywano je niezmiernie rzadko.
Natomiast obecnie Ferrari czy Astony, w mojej okolicy widuję co jakiś czas. Zmieniło się…
SzK, a jak wyglądała kwestia cła na Vgeny z 92 i 93 sprzedawane w 95 ? Pamiętam , że jeśli chodzi o V generację to była ona bardzo droga ze względu na produkcję w Japonii. W moich okolicach było jednak dość dużo Vgenów sprowadzonych z USA jako tzw. mienie przesiedleńcze w latach 90. Za oceanem było to jedno z tańszych aut.
Japońska produkcja zawsze była oclona, a kontener z drugiej półkuli też swoje kosztował. Civiki 4d i 5d kosztowały coś koło 45 tys. w całkowitej podstawie, bez wspomagania, itp. Różnica 8000 zł plus w bonusie nadwozie 5d z eleganckim wnętrzem to jednak były spore plusy.
Osobiście jestem zdania, że samochody osiągnęły „peak” w drugiej połowie lat 90. Lepiej wyposażone modele z tamtych lat oferowały w sumie wszystko co jest niezbędne w zakresie komfortu, nie były już takie toporne ani mało bezpieczne, nie wykazywały też dużej awaryjności ani koszmarnych skłonności do gnicia. Ten Civic to może niezbyt fortunny przykład, ze względu na marne wyposażenie, ale… tak patrząc z perspektywy tego, co da się dziś zakupić w salonach – chciałbym zwrócić uwagę, jakie to jest ładne auto. Spokojnie stylizowane, bez nadmiaru zbędnych i agresywnych przetłoczeń, nie zestarzało się zbyt mocno do dziś. Nie wydaje się też sztucznie nadmuchane, więc pewnie przestronność też jest lepsza niż współczesnych wozów o podobnych gabarytach. Z innej beczki – nie rozumiem jednak fenomenu Civica wśród „młodych gniewnych tuningowców” – przecież od zawsze (pomijając bardzo mocne wersje) Civic to był taki ekonomiczny, ciut większy wózek na zakupy. Jeszcze kilka lat temu na ulicach roiło się od zmodyfikowanych „jajeczek” z wydechem wielkości rynny, które szybciej gniły i hałasowały niż jechały. Sam artykuł bardzo fajny, miło przenieść się do lat 90.
@D. , oj te silniki były bardzo podatne na mody. Dużo, dużo bardziej niż silniki Toyot w tamtym okresie. Stosunkowo łatwo było np. założyć turbo od Volvo T5 do D-serii.
Skąd to niezrozumienie fenomenu civica wśród przedstawicieli tzw. „młodzieży dynamicznej”. Przepraszam za lekko wyrzucający ton ale dla mnie zawsze było to oczywiste i dzieliło się na szeroko pojętą sportowość „faktyczną” i „urojoną”. Do faktycznej można zaliczyć: zaawansowane zawieszenia(od pierwszej generacji), liczne sukcesy sportowe, łatwość przekładania poszczególnych części silnika(założenie dajmy na to kolektora dolotowego z d16 do d14 to odkręcenie kilku śrubek a daje faktyczy wzrost mocy), niska masa i cały japoński „aftermarket” chociaż o nim pewnie młodzi gniewni nie słyszeli…
Co do sportowości urojonej to objawiała się ona w rasowym dźwięku po instalacji renomowanego wydech „katanima”, scenie tuningowej w stanach, która była przecież inspiracją dla całej Europy i oczywiście szybcy i wściekli gdzie do faktycznych akcji główny posiadacz łysiny wykorzystywał właśnie Hondy, „a on chyba wiedział co robi”.
Poza tym Hondy był ulubionymi autami zachodnich emerytów, więc „młody gniewny” mógł stosunkowo łatwo wejść w posiadanie takiego auta po dziadku 😉
Civiki japońskie jak najbardziej są dynamiczne. Jak na tamte lata prowadzą się fenomenalnie, są sztywne i zwarte. Do tego szybkoobrotowe silniki dają świetne przyspieszenie i bezproblemowo znoszą katowanie na 101%. Angielski Civic był zdecydowanie łagodniejszy, a silnik 1,4i wyraźnie słabszy.
Seria „STRUMIEŃ ŚWIADOMOŚCI” to właśnie artykuły wspomnieniowe. A co do fenomenu Civiców, napisałem w odpowiedzi dla użytkownika Mimir.
mam takiego Civica srebrnego aerodecka 1.4i w automacie, nie pamiętam czy ma poduszkę ale chyba ma, zresztą automat to na pewno z zachodu, stoi sobie w stodole na działce, sprawny, jeżdżący, i nawet prawie nie pognity
mi tam z Hond najbardziej podobają się Concerto i miałem dwie i poza właśnie tą zerową mocą przy ruszaniu to bardzo dobrze je wspominam, jak bym miał tego Civika wtedy to bym przełożył automat do Concerto i był by idealny samochód, ale civic trafił się później 🙁
co do takiego zerowego momentu przy ruszaniu to w ogóle domena Japończyków, zresztą jeśli silnik ma być wysokoobrotowy no to siłą rzeczy na wolnych obrotach mocy praktycznie niema i gaśnie łatwo przy ruszaniu, czego ja też bardzo nie lubię, przez to samo sprzedałem Forestera który mimo silnika 2l to miał dokładnie tak samo, automat był by wybawieniem 🙂
po prostu nie lubię męczyć sprzęgła gazowaniem przy ruszaniu…. bo wiem, że to sprzęgło potem sam będę musiał wymieniać a to kupa roboty
ps. tak z ciekawości – ile kosztowały te mocno przecenione nowe Concerto? 🙂 pewnie na dzisiejsze pieniądze będzie mało, ale na tamtejsze to i tak kosmos, ja za 5 lat od wtedy będę zarabiał 680zł miesięcznie 🙂
Nie pamiętam cen dokładnie, ale na pewno była dwójka z przodu. Czyli jak za najtańsze zachodnie kompakty na rynku.
Fajny wpis nostalgiczny również dla mnie, bo w tym czasie mój ojciec „był na kupnie” nowego kompaktu i Civic 5D właśnie był wstępnie rozpatrywany, ale ostatecznie był za drogi (cena wyraźnie ponad 40000zl). W grę wchodził jeszcze Escort, Astra, Megane i Accent.
Finalnie wybrana została Meganka, która była używana do 2023 roku, tak więc 26 lat. I jeździła by do dziś, gdyby nie korozja, która zaczynała sprawiać problemy z przeglądem 🫣
Ja w 1997 roku kupiłem swoje pierwsze, własne auto – pięcioletniego Caro… W porównaniu z takim Civic-iem to przepaść była… Kolegi szwagier miał takiego, niebieskiego, ale to już było około roku 2000/2001. Kosmos to był prawdziwy dla nas.
Te salonowe historyjki to samo gęste 🙂 Uwielbiam takie wspominki, ciekawsze nawet niż samo auto.
Wspominek już raczej więcej nie będzie, bo w nowym stuleciu mało udzielałem się już w firmie, więc nawet zdjęć z firmy za bardzo już nie mam. Ale do około 2001r. jeszcze coś tak.
Tak z ciekawości, czy salon Twojego taty sprzedał kiedyś S2000? Bo miałem bardzo dawno temu do czynienia z egzemplarzem z polskiego salonu, właśnie kupionym w Krakowie – ale oczywiście nie wiem dokładnie w którym, bo mnie to wtedy nie interesowało. Ale sam fakt kupienia przez kogoś tego auta w 2000 roku w Polsce mnie mocno zaskoczył.
Niestety nie.
Mieliśmy kiedyś w 2001r. egzemplarz wystawowy, na ekspozycję w Zakopanem. Przyjechał zdławiony elektronicznie do 20 km/h – tak ufali dealerom. No ale to inne czasy były.
@Aaa w jakimś filmie pamiętam Andrzej Chyra jeździł S2000. Nie pamiętam teraz tytułu. Niemniej film gdzieś z początków lat 00 więc egzemplarz pewnie z polskiego salonu.
Zmruż oczy. Świetny film z pogranicza kina offowego z interesującą muzyką. Powstał chyba w 2002r.
Faktycznie, pamiętam ten film i ten samochód. Film bardzo dobry. W reżyserii pana Jakimowskiego widziałem jeszcze Imagine. Też ciekawy.
Lata 90. to osobliwie były czasy: bandytierka, nieudolna policja, zalew rynku zachodnimi produktami, eksplozja reklam, nierzadko wyjątkowo prostackich czy seksistowskich, sprowadzane zachodnie samochody, rozwój przedsiębiorczości, nagle rodzące się fortuny i fala bankructw.
Krwawe żniwo na drogach, salony samochodowe wyrastające jak grzyby po deszczu, nowe piękne stacje benzynowe, telefony w samochodzie, wąsy na twarzy, dresowe spodnie w krzykliwych kolorach, tapiry u pań czy odzieżowe bezguście.
Dziki kapitalizm i nowe możliwości. Przegrani z popegeerowskich wsi i nowi milionerzy, nierzadko z różną znajomością alfabetu, którzy często zwijali interes wraz z pieniędzmi kontrahentów.
Afery alkoholowa, maślana, zbożowa, spirytusowa. Dziwni politycy i podejrzane partyjki. Zaduch na styku polityki z biznesem.
Polska była krajem ze stacjonującą jeszcze armią radziecką, była pełna korupcji i oligarchów bardzo przypominająca Ukrainę sprzed agresji putina. Strzelaniny, bomby, pościgi czy głośne aresztowania.
Lata 90. to był bardzo dziwny czas. Cieszę się, że żyję jednak w latach 20. Polska dokonała niebywałego skoku cywilizacyjnego. Dogoniła Zachód a w wielu aspektach przegoniła – gdy pokazałem Niemcom mObywatela na telefonie to im oczy z orbit wyszły; inna rzecz: w Niemczech płatności zbliżeniowe możliwe są dopiero od kilku lat. Z zasięgiem często są tam problemy a internet dopiero od niedawna przechodzi na światłowody.
Co by nie mówić o naszych politykach – to łebscy goście. I mówię to o obu najwiekszych stronach dzisiejszego politycznego sporu.
Z Hondą wspomnień nie mam żadnych. Ale bardzo dużo mam z jej zangielszczonym krewnym, to jest Roverami serii 400. Mam wrażenie, że Rover był na Podlasiu popularniejszy od Hondy – obstawiam, że z uwagi na większą utratę wartości, tu trzeba by przejrzeć archiwalne numery auto – giełdy.
Pierwszy raz byłem wieziony kabrioletem właśnie Roverem, na Hondzie Concerto. Nie kojarzę – to był tylko brytyjski wyrób, czy Honda też oferowała Concerto/Civica w kabrio?
Bardzo długo mieliśmy Rovera 414, tego na Hondzie Concerto. Sprzedaliśmy go gdy miałem 10 lat, z jakimś potwornym przebiegiem typu 400 tysięcy – ojciec jeździł nim służbowo, miał płacone kilometrówki, auto było zagazowane, więc zwróciło się około dziesięciokrotnie. Na pewno wypluł uszczelkę pod głowicą, na pewno poddały się synchronizatory w skrzyni. I chyba tyle. Pamiętam, że względem Escorta 1.6 wuja czy Tipo 1.4 dziadka miało się odczucie auta o klasę lepszego, ze skórą, drewnem, elektrycznym szyber – dachem i sporo większą mocą – 104 konie z 1.4 litra nawet w gazie było szybsze.
Pokrewnego Rovera 420 też mieliśmy, ale krótko. To był diesel, z klimatyzacją i przyjemnie beżowym wnętrzem. Jako dziecko uwielbiałem go z uwagi na przełączniki elektrycznych szyb na podłokietniku, które nawet po zablokowaniu pozwalały mi z tylnego rzędu na otwarcie szyb, ku złości rodziców – pytanie – czy Hondy też tak miały?
To auto było też rozbite, w dość dziwny sposób – samochód obróciło na lodzie i ojciec trafił nim w drzewo tyłem. Jedynym urazem jaki miał była rozcięta głowa… od radia które wyrwało się z deski rozdzielczej. Samochód nie nadawał się jednak do niczego, ale że w przedunijnej Polsce każde truchło miało wartość, a praca była tania, błyskawicznie znalazło nabywcę w postaci handlarza z okolic Sokołowa Podlaskiego, który mając problem z zakupem tylnej połówki Rovera dospawał doń tył od Hondy. Tak więc powstała unikatowa Rovonda 42vic z dwulitrowym dieslem.
Ostatnie wspomnienie jest związane z wielowahaczowym układem zawieszenia; gdy miałem już koło osiemnastu lat, jadący ulicą Rover 400 na moich oczach, przejeżdżając przez dziurę wywinął prawe koło, wgniatając je w błotnik i drzwi – puścił dolny sworzeń zwrotnicy, a przegniły drążek kierowniczy się poddał.
No nie – kiedyś o taką Hondę się otarłem, i to dosłownie, w okolicy 2016r, we wrastającą pod moim blokiem, parkując swojego Citroena C5.
Nie było cabrioletów, tylko kiedyś CRX del Sol najwyżej.
Czterdzieści pensji za auto kompaktowe???
To jakby dzisiaj za kompletnie gołego kompakta płacić 220 tys zł.
Zgroza!
Parę lat wcześniej każde nowe auto kosztowało sto pensji albo więcej. A było np. Fiatem 125p.
Przypomnial mi sie dowcip z Masztalskiego:
Masztalski obwozi po Katowicach swoim samochodem marki FSO Syrena znajomego Francuza.
– dalem za niego trzydziesci pensji – mowi Masztalski
– czlowieku – mowi przerazony Francuz – po co ci taki drogi samochod???
Pamiętam dokładnie ten dowcip!!
Oraz audycje Masztalskich z katowickiego radia. Raz nawet byłem na ich występie na żywo w amfiteatrze w Kołobrzegu, coś koło 1990r.
Ja jedyne wspomnienie z Civic’iem mam takie że identycznym tyle że w bordo metalic’u mojego wujka jechałem do ślubu . Pamiętam że bardzo mi się podobał ten samochód.
No to prawie jak my z Anią – z tym że w 2004r. mój tata miał już Accorda VII, więc to nim nas zawiózł 🙂
@SzK to do ślubu nie jechałeś Merolem? 🙂
Nie, tata wiózł nas Accordem.
Niezły zbieg okoliczności bo ja tą bordową Hondą jechałem do ślubu w 2004r !!!
Wychodzi na to że oprócz tego że jesteśmy w niemal identycznym wieku to jeszcze ślub w tym samy roku .
Może jeszcze 5 czerwca? 😉 Przy czym my w Tomaszowie Mazowieckim + wesele w Spale 🙂
Gdy widzę zielonego Civica, momentalnie przypomina mi się postać Olgierda Halskiego, tropiącego porywaczy córki w „Ekstradycji 2”.
@anonim no i właśnie prawdopodobnie tam to była wersja 1,5 vtec-e niby niedostępna w Polsce. Ja też jak nic kojarzę z Białegostoku sprzed kilkunastu lat Civica z napisem vtec-e pod tylną lampą w charakterystycznym dla polskiego rynku butelkowozielonym kolorze. https://imcdb.org/vehicle_202570-Honda-Civic-MA-1995.html tutaj też się spierają czy 1,5 było oferowane w Polsce.
Nie było. Natomiast sprowadzić prywatnie da się wszystko. Dealerzy też masowo sprowadzają używki z Zachodu, w tym wersje niedostępne w Polsce jako nowe.
A kolory nie są przygotowywane dla każdego kraju z osobna – określony lakier absolutnie nie przesądza o kraju przeznaczenia egzemplarza, może poza jakimiś wyjątkowymi przypadkami.
Jakiego Civica, w jednym lub kilku egzemplarzach, wykorzystano w serialu, wie chyba tylko ekipa realizatorska 😉
Pamiętam moją ówczesną, negatywną reakcję na nowy wóz Halskiego, który miałem wtedy za pojazd dla zamożnych pierników. Potem mi przeszło 😉
Ja wiem, że zabrzmi to jak troling ale jak zobaczyłem zdjęcia zrobione na niebieskich miejscach parkingowych w ogłoszeniu to odechciało mi sie czytać.
Wujek kolegi jest niepelnosprawny i ma czwórkę dzieci?
Kolega robił zdjęcia w niedzielę, przy zamnkuetym sklepie, i stał 5 metrów od auta. Zajmowanie miejsc niepełnosprawnym jest okropne, ale przystanięcie na moment, gdy w okolicy nie ma żywego ducha i raczej n8e będzie przez kolejne 24h, nikomu nie zaszkodzi. W razie gdyby ktoś podjechał, ewakuacja Hondy zajęłaby 10 sekund albo mniej.
Po czwórce dzieci to powinno się dostawać kartę inwalidy i legitymację ze ZBOWiD-u…
Auto w sumie stoi na miejscu dla rodzin z dziećmi, a za parkowanie na miejscu dla rodzin z dziećmi nie grozi formalnie żadna kara, to tylko sugestia. Natomiast jak już ruszam samochód do sklepu (z rzadka) i jak tam parkują Suvy z jednym tylko użytkownikiem, a ja na wąskim miejscu wytarguję z fotelików moją trójkę, to nie ukrywam, mam mały smuteczek. Natomiast bądźmy ludźmi, nie ma co się drażnić o drobiazgi 🙂
Jeszcze raz tylko przypomnę, że zdjęcia do ogłoszenia Krzysiek cykał w niedzielę, nie było pod sklepem żywego ducha. Poniekąd znam ten ból, bo znaleźć dziś spokojne miejsce na zrobienie zdjęć samochodowi nie jest proste. Między innymi dlatego moje zdjęcia są w większości przypadków robione w kilku tych samych lokacjach od lat, położonych na uboczu.
No tak, w tle zdecydowanie widać deficyt miejsc!
Ludziom już odbija od nadmiaru wolnego czasu, że czepiają się takich pierdół. xD
Kiedy kilka lat temu szukałem sobie taniego wozidła z klimą z A do B, to zanim kupiłem Vectrę B (1.6 16v – 100km), oglądałem Civica VI z nadwoziem sedan 4d właśnie z takim 1.4 90km jak testowany egzemplarz. Finalnie nie zdecydowałem się na zakup ze względu na korozję progów (która po kilku słonych warszawskich zimach dopadła również zdrową w dniu zakupu Vectrę, ale ćśś). Czym Honda mnie bardzo pozytywnie zaskoczyła, to jak żwawy i chętnie wkręcający się na obroty był ten bazowy silnik, to jest chyba właśnie ten hondowski charakter. GM’owski Ecotec pomimo wyższej pojemności i mocy może i jest nieco szybszy na papierze i lepiej idzie z dołu, ale w porównaniu do Hondy wydaje się być trochę zamulony, tak jakby przy wdepnięciu gazu silnik zdawał się mówić „na pewno muszę? ale mi się nie chceeee”, w ogóle nie jeździ jakby miał 4 zawory na cylinder, tymczasem Honda po prostu reagowała na gaz momentalnie.
Dokładnie. Hondy zawsze były z dołu słabe ale jednocześnie błyskawicznie reagowały na gaz. Generalnie jazda hondami wymagała przyzwyczajenia ale nie było mowy o paleniu sprzęgła.
Ja pamiętam jak przesiadłem sie z rodzinnego civica 6gen do rownoletniej megane to miałem wrażenie, że silnik reaguje z mocnym opóźnieniem i że coś jest z nim nie tak 🙂
renówki w ogóle mają strasznie mulaste komputery i one tak ze straszną niechęcią reagują na gaz
Np. w Peugeocie 307 też tak jest. Wciskasz gaz na biegu jałowym, nie dzieje się kompletnie nic, a po chwili silnik nagle wkręca się na pełne obroty, a wskazówka obrotomierza nie nadąża za silnikiem, bo działa z opóźnieniem. Chyba taki standard u francuzów. 😀
No nie wiem. Mialem Xsare 1.6i 88KM i reakcja na gaz byla dobra, ale tam jeszcze przepustnica na linke byla. Pamietam jak kiedys bylismy w WWA i nagle xsara nie chce jechac, gasnie na wolnych. Podciagnalem linke i wszstko wrocilo do normy. Natomiast po postoju i odpaleniu jalowe obroty skoczyly na 3k RPM, znow korekta w dol. 😀 do dzis nie wiem co bylo powodem.
Z tą akcyzą, to coś mi w głowie kołatało (mimo że miałem w tych czasach 9-10 lat – nie wiem jakim cudem to zapamiętałem, ale może z racji zainteresowania motoryzacją) że krytykowano ówczesnego ministra Grzegorza Kołodkę że akcyzą obłożona jest poduszka powietrzna w którą wyposażono podówczas po raz pierwszy Cinquecento. Źródła oczywiście nie mam. Ale już zupełnie współcześnie, na słowa kluczowe „Kołodko poduszka powietrzna akcyza” google wyrzucił jego wypowiedź z posiedzenia Sejmu z 14.03.1996, której najciekawsze fragmenty wklejam:
„Samochody najtańsze i średniej klasy nie polegają opodatkowaniu podatkiem akcyzowym. Jest nim objęta jedynie niewielka liczba samochodów o najwyższym standardzie i najwyższej cenie, na przykład Mercedes, BMW, niektóre typy Audi czy brytyjski Jaguar oraz niektóre wyższej klasy samochody innych marek mniej popularnych na polskim rynku. W 1995 r. podatek akcyzowy od importowanych samochodów wyniósł 30 970 tys. zł, co stanowi ok. 2% ogólnych wpływów z tytułu podatku akcyzowego. Wpływy budżetowe z podatku akcyzowego od importowanych samochodów zostały zrealizowane niemal wyłącznie z tytułu importu niewielkiej liczby najdroższych samochodów.
Ministerstwo Finansów nie przewiduje występowania z inicjatywą ustawodawczą dotyczącą wprowadzenia ulgi podatkowej od samochodów mających poduszkę powietrzną, gdyż wychodzi z założenia – popiera to także wielu ekspertów, znawców tej problematyki – że jeszcze bardziej istotne dla bezpieczeństwa jazdy samochodami, w tym także osobowymi, są np. sprawne hamulce, pasy bezpieczeństwa, odpowiednie opony, a także infrastruktura dróg i wiele innych rozwiązań.”
A z butelkowozielonym Civikiem mam wspomnienie, gdy był to nowy samochód i kolega rodziców się w takiego zaopatrzył, chyba w okolicach 1995 r. Z tego co pamiętam, drewnopodobne okładziny i elektyka szyb z przodu dopełniały wrażenia luksusu. Jaki był mój szok, gdy w kolejnym roku podczas wizyty w US zobaczyłem wersję trzydrzwiową, z ówczesnej perspektywy świeższą wizualnie i to co było świeże w poprzednim roku, w kolejnym wydawało się już stare…
@ Adam, @SzK, akcyza to jedno , a drugie to cło. Z takich ciekawostek apropo samochodowej polityki finansowej lat 90 że się tak wyrażę to w najwyższą stawkę celną w latach 90, w bodajże 93 roku wpadła również Łada, przez co jej sprzedaż zaczęła mocno hamować. Kontyngenty przewidywały ulgi jedynie dla samochodów z UE. Aczkolwiek i tak cenowo Samara stała między Polonezem , a Lanosami jakoś, pewnie gdyby nie to cło, byłaby bestsellerem z cenę niższą niż Cinquecento , a może nawet niższą niż maluch.
Niemniej na Podlasiu i tak trochę Ład jeździło, bo białostocki polmozbyt specjalizował się w latach 70 i 80 w Ładach. Dawało się spotkać nawet 110 i 111, a także Samary z tym nowym przodem.
kolega miał 110tkę na gaźniku, choć ponoć one niby wszystkie miały wtrysk, ale miał gaźnik i wajchę ssania orginalnie 😉
Nie da się ukryć, że bariery celne jednak jakoś chroniły rodzimych producentów, zniesienie ich po 2004 jakkolwiek korzystne dla konsumenta, ostatecznie wykończyło przemysł motoryzacyjny w Polsce (gdyby nie to zapewne nie zamykano by fabryki w Bielsku Białej, a w FSO wciąż opłacałoby się produkować kolejne generacje FSO/Daewoo/Chevroletów).
Gospodarka ma służyć zaspokajaniu potrzeb życiowych ludzi, a nie konserwowaniu dziadostwa. Czy sto lat temu nie powinniśmy zabronić ludziom jeździć samochodami, żeby chronić hodowlę koni i uprawę owsa? Czy może ci, którzy się tym zajmowali, powinni byli raczej otworzyć warsztaty samochodowe? W tej pierwszej sytuacji nigdy nie zeszlibyśmy z drzew w dźungli.
FSO znikło, bo na partnera wybrało przestępcę, którego cały pomysł na biznes polegał na korumpowaniu kolejnych rządów, by zapewniały mu „ochronę” i zmuszały całe społeczeństwa do tkwienia w biedzie, byle on mógł zarabiać. A Bielsko-Biała to kwestia losu całego Fiata i gospodarki całej Europy, w której nie da się już inwestować w żaden przemysł, a samochodowy w szczególności. Ostatni rentowni producenci w Europie to niemieckie marki premium, wszyscy inni dogorywają. A dogorywając w pierwszej kolejności zamykają zakłady zagraniczne, co chyba nie dziwi.
Ale idąc tą logiką należałoby znieść bariery celne na samochody z Chin zamiast „konserwować dziadostwo” – potrzeby życiowe ludzi byłyby na pewno lepiej zaspokojone gdyby mogli kupić nowe auto za 40-50.000.
Jeśli takie byłoby ich życzenie, to oczywiście że tak. To klienci mają decydować, co chcą kupić, a producent ma się do tego dostosować, nie odwrotnie. Odwrotny przypadek przerabialiśmy przez 45 lat i wiemy dobrze, jak wyglądał. Teraz pomału do niego wracamy i sytuacja zaczyna wyglądać podobnie, tyle że proces postępuje powoli, więc jeszcze nie do wszystkich dociera. Ale w swoim czasie dotrze.
Mnie to nie dziwi, źe Lada wpadla w cla. W koncu z jednego koszyka wpadlismy w inny i prafrazujac żarcik kto inny zaczął nam podkladac puste pociagi, a wlasciwie masowce 🙂
@SzK, jednak ten przestępca podratował miejsca pracy i sprawił że w przyzwoitych pieniądzach stała się dostępna dla przeciętnych Polaków całkiem nowoczesna technologia. Cła miały chronić przede wszystkim przed zalewem używek co stosuje wiele państw łącznie z USA, bo na takie nowe Renault Megane to i mało kogo było stać i bez cła.
Może powinniśmy zbombardowac cały kraj jak w 1944? Dopiero by pracy było do wykonania, czysty dobrobyt!! Albo wyrzucić wszystkie maszyny rolnicze i wrócić do motyk i kos? Nikt by nie narzekał na brak zajęcia, zero bezrobocia!!
Rozwój polega na efektywności, na tym żeby z naszego wysiłku był efekt, a nie na tym, żeby narobić się jak najwięcej na darmo. Przez parę lat fabryka działała i znikła, nie będzie jej już nigdy. Tymczasem Skoda i Dacia są globalnymi potentatami, a Słowacy czy Hiszpanie są w czołówce światowych producentów aut, mimo że nie mieli i nie mają żadnych lokalnych marek – bo wybrali solidnych partnerów zamiast przestępcy.
Dodam spóźniony komentarz. Miałem kilka lat temu taką właśnie Hondę Civic, angielkę, z polskiego salonu w Wieliczce – może to ten sam salon, albo zbieg okoliczności 😛
Tam właściciel zakupił welurową tapicerkę, lakier natomiast miał zielony kolor, ale wpadał w granatowy w słońcu – taki kameleon dla ubogich. Była to wersja 1.4, ale z roku 2000. Nie wiem czy to ten sam silnik co opisywany, ale bardzo, bardzo wątpię bo nijak to nie przyspieszało w 13 sekund do setki – z pewnością było szybsze i to obiektywnie. No i przekraczało 170 km/h spokojnie (przyznaję, raz testowałem).
Klimatyzacja i elektryczne sterowanie przednich szyb zostały w mojej dołożone przez drugiego właściciela (byłem trzecim).
Oceniłbym ten pojazd nieco lepiej niż konkurencyjną Corollę E11 (też miałem, też z 1.4, ale 97KM, jeszcze japońską) głównie ze względu na lepszą jakość wnętrza. OK, może nie spasowanie elementów, ale jakość materiałów z pewnością. Zaryzykuję stwierdzenie, że wnętrze Civica to była klasa D – co najmniej.
Natomiast dodałbym jeszcze jeden detal, którego nie wyłapałem w tekście: moim zdaniem drążek zmiany biegów jest w tym aucie zdecydowanie za krótki. Mało ergonomiczny. To była chyba jedyna rzecz, do której bym się przyczepił. Jestem ciekaw, czy to tylko moja obserwacja?
No i pominę milczeniem fabryczne fartuchy na podwoziu, które ułatwiały korozję w taki sposób, że byłbym gotów uwierzyć w sabotaż, albo w celowe opracowanie elementu, który przyspieszał gnicie auta. Nie korodowanie. Gnicie. Pięta achillesowa modelu – to był dramat.
Ogólnie jednak wspominam Civica bardzo pozytywnie. Gdyby nie korozja i za słaby jednak silnik, to mógłbym (o, np. tym 1.8 169 KM) jeździć długie, długie lata.
To był ten sam silnik. Tak, przyspieszał w 13 sekund do setki, tylko wtedy to się wydawało kosmicznie szybko, na tle ówczesnej siermięgi. Polonez Rover też ponoć „asfalt zwijał” – polecam przejechać się dziś, jakie wrażenie robi 🙂
170 km/h jak najbardziej przekraczał – mój tata jeździł tak regularnie po autostradach. Katalogowo 174 bodajże, licznikowo nawet ciut więcej wychodziło. Wtedy mieliśmy inne bezpieczniki w głowach i możliwe wydawały się rzeczy, na które dziś byśmy najwyżej się w czoło popukali 🙂 Mnie samego też to dotyczy, a mojego taty jeszcze bardziej 🙂
@Daozi dokładnie takie same mam wspomnienia. Ja bym mógł jeździć nawet D15Z6 długie lata. 1,4 jest jednak za słaby.
Według mnie wersja 5d (to już chyba bardziej liftback niż hatchback, ale granicą jest płynna), zwłaszcza polift,wygląda o niebo lepiej niż japońskie. Te zaokrąglone światła i kształt nadwozia w trzydrzwiówce sprawia wrażenie samochodzika zabawki. Angielska wygląda dojrzalej. Za to linia szyb w aerodecku wogóle mi nie leży, w Japonii mieli coś takiego jak Honda Partner, przód od Domani i tył „dorosłego” klasycznego kombi. I różnica między Domani a Civicem jest jednak spora, bo ten pierwszy był sedanem. Co prawda polska Wikipedia podaje że były Domani 5d, ale znalezione zdjęcia zawsze przedstawiają Civica.
PS. Na Autobezsens, jakoś z 9 lat temu był wpis o Civicu VI i wszystkich „klonach” i „kuzynach” Sporo tego było.
Dokładnie taką samą Hondę 1,4i, nie wiem czy z Waszego salonu, ale możliwe bo to blisko, miał mój sąsiad. Niebieski metallic. Skończyła tragicznie. Da dachu w rzece. A zdaje się, tą właśnie, widuję regularnie. Jak zobaczę to sprawdzę numery blach.
Piszesz “za” zamiast “przez”. To krakowska gwara?
Fantastyczny artykuł.
Ale niby czym się ekscytować?
Wspaniały jak zawsze.