TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: KARŁY Z OŚMIOKĄTEM

Kiedy narodziła się marka MG? Otóż – nie całkiem wiadomo.
Jak to – nie wiadomo? „Przecież to nie były mamuty!!” (cytat). Samochodowe marki to nie starożytne cywilizacje ani gady kopalne, o których wnioskować możemy jedynie z pojedynczych, fragmentarycznych znalezisk. A jednak istnieją przypadki, których dokładnie datować nie sposób, bo rodziły się stopniowo, wypączkowując z innych, starszych organizacji. Dobrym przykładem jest właśnie MG.
Do marki MG mam wielki sentyment, bo nosił ją pierwszy zabytkowy samochód, jaki prowadziłem. Tzn. sprawa jest względna, bo z dzisiejszej perspektywy zabytkami były przynajmniej dwa – o ile nie trzy – pierwsze auta, którymi kiedyś poruszałem się na co dzień (dwa z nich zostały nawet wyprodukowane przed moim urodzeniem, co jest głównym kryterium subiektywnego uznania przedmiotu za zabytek). Mówię jednak o zabytku uznanym oficjalnie, na tak zwanych żółtych tablicach, kupionym i utrzymywanym w celach kolekcjonerskich i pochodzącym z czasów tak zamierzchłych, że na ulicach głowy odwracają nawet ludzie nie mający o motoryzacji zielonego pojęcia.
To było MG TD mojego wujka z Kęt, rocznik ’50. Przejażdżkę nim opisywałem w sierpniu 2015r., dokładnie w pierwszą rocznicę istnienia bloga, ale okazję poprowadzenia dostałem już dwa lata wcześniej, gdy nic jeszcze publicznie nie gryzmoliłem. Oto na mecie oldtimerowego rajdu, gdzie byłem widzem, startujący w nim wujek w ogromnym upale nabrał ochoty na zimne piwko i zapytał mnie, czy nie odwiózłbym go MG-kiem do domu? Dzięki temu po raz pierwszy zasiadłem za kółkiem naprawdę antycznego pojazdu – co tylko podsyciło moje uczucia do oldimerów, do tamtej pory wyłącznie platoniczne.
Foto: praca własna
Pierwsza jazda samochodem przedwojennej konstrukcji przyniosła, że tak powiem, hardkorowe odczucia. Każdy element robił wrażenie zepsutego. Zwłaszcza hamulec. I zawieszenie. I skrzynia biegów. I wskaźniki. I… w zasadzie prawie wszystko – może poza dwugaźnikowym silnikiem, który ciągnął żwawo i ochoczo.
Dwa lata później, gdy znałem już z autopsji kilka modeli z lat 50-tych, ponownie zasiadłem za kierownicą MG, by odbyć blogowy test. Wtedy poczułem coś zupełnie innego: autentyczną sportową responsywność, również w kwestii kierowania i brania zakrętów. No, może hamowanie wciąż nie budziło zaufania, bo w tym względzie postęp jest naprawdę wielki, a potencjalne konsekwencje niedostatków – bardzo poważne. Wtedy jednak uzmysłowiłem sobie, że suche liczby niewiele mówią o samochodzie, a pojęcia takie jak „charakter sportowy”, „trzymanie się drogi”, „elastyczność silnika” albo „wgniatanie w fotel w górnym zakresie obrotów” są bardzo względne i w odniesieniu do różnych epok czy segmentów rynku mogą oznaczać coś całkiem innego.
Dziś opowiem o początkach marki MG: tej, która stworzyła jedne z najciekawszych i najprzyjemniejszych sportowych aut w dziejach – mimo że dzisiejsi entuzjaści, studiując ich parametry, nie nazwaliby ich sportowymi. Ba – nawet po przejażdżce prowadzenie mogliby odebrać jako niepewne (w każdym razie ja tak je odebrałem w 2013r.). Gdy jednak zyskamy odrobinę kontekstu, rzetelnej skali porównawczej – wtedy zrozumiemy, że wyrażenie British roadster i prawie synonimiczne z nim, ośmiokątne logo MG ucieleśniają jedną z największych radości, jaką może przeżyć samochodziarz.
Foto: , Licencja CC
***
Skrót MG oznacza Morris Garage. To raczej wiemy, jednak gdzieniegdzie można przeczytać, że firma zajmowała się tuningiem Morrisów – a to już spora nieścisłość. W istocie Morris Garage był po prostu salonem i serwisem samochodów marki Morris, którego właścicielem był zresztą nikt inny jak sam William Morris – producent rzeczonych aut. W tamtym czasie producenci często zakładali własne sieci dystrybucyjne, takie panowały standardy. Tyle że w tym konkretnym przypadku – w salonie mieszczącym się przy Longwall Street w Oxfordzie – kierownikiem był wyjątkowo ambitny człowiek, niejaki Cecil Kimber.
Cecil Kimber (1888-1945)
Foto: public domain
Urodzony w 1888r. Kimber pasjonował się wieloma dziedzinami techniki. W młodości nauczył się fachów fotografa i żeglarza, ale fascynował się też szybkością, przede wszystkim motocyklami. W 1913r. uległ motocyklowemu wypadkowi, uszkadzając sobie poważnie lewą nogę (która nigdy nie odzyskała pełni sprawności). To zmusiło Kimbera do przeniesienia uczuć na samochody.
Do ślubu w 1915r. nasz bohater pojechał samodzielnie – sportowym Singerem
Foto: public domain
Pracę zawodową też podjął w motoryzacji: najpierw w firmie Sheffield-Simplex, potem w AC Cars i u dostawcy części EG Wrigley. Gdy ten, zagrożony bankructwem, został wykupiony przez Williama Morrisa, Kimber został kierownikiem Morris Garages. Było to w roku 1921.
Jako szef salonu – czyli handlowiec – Kimber wymyślał różne promocje. Tutaj najlepiej działały niestandardowe karoserie zamawiane w firmie Carbodies w Coventry i metkowane jednocześnie dwoma znaczkami, Morris i MG. Właśnie dlatego niezupełnie wiadomo, kiedy powstała odrębna marka: przez długi czas funkcjonowały dwie równocześnie, przy czym ta nowsza nie miała jeszcze oficjalnego statusu producenta aut ani nawet nie widniała na wszystkich zindywidualizowanych egzemplarzach. Pierwsze „promocyjne” auta karosowane u Carbodies były zresztą określane mianem Kimber Specials, natomiast w dokumentach jako sprzedawca figurowała firma Morris Garage.
Reklamy z logo MG – w kształcie ulubionej geometrycznej figury Kimbera, czyli ośmiokąta – pojawiły się pod koniec 1923r., rejestracja znaku towarowego nastąpiła 1 maja 1924r. Samochody montowano w Oxfordzie: najpierw w siedzibie Morris Garage, a potem w osobnej hali przy fabryce Morrisa. Tak więc – w przeciwieństwie do wielu podobnych firm brytyjskich – Morris Garage nie był skromną szopą, w której pasjonaci reanimowali i tuningowali stare wraki. To była poważna firma handlowa, z kapitałem wielkiego wytwórcy aut, która tylko ubocznie, dla przyciągnięcia uwagi, wypuszczała pojedyncze usportowione egzemplarze. Popyt przeszedł jednak oczekiwania i skłonił do rozwinięcia działalności. W 1928r. Kimber założył osobną spółkę M.G. Car Company (w której głównym udziałowcem pozostał William Morris), a rok później przeniósł ją do Abingdon, gdzie funkcjonowała ona już do końca swego istnienia.
Siedziba Morris Garage przy Longwall Street w Oxfordzie, gdzie rozpoczęła się historia marki MG
Foto: Andrew Gray, Licencja CC
***
Pierwsze Kimber Specials były dwumiejscowymi Morrisami z awaryjnymi siedzeniami tylnymi. Malowano je na jasne, pastelowe kolory łączone ze skórzaną tapicerką, a rozkładane dachy chroniły wszystkich pasażerów – inaczej niż w ówczesnych roadsterach z prowizorycznymi, odkrytymi „miejscami teściowej”.
Prawdopodobnie dlatego nadwozia te nazywano chummy („przyjacielski”) – bo nie segregowały jadących na lepszych i gorszych, choć komfort jazdy z tyłu był oczywiście marny
Foto: public domain
W 1925r. powstał samochód, który historycy nazywają MG Old Number One – to jednak sprawa umowna, bo Kimber Specials budowano już od 1923r., a firma wyodrębniła się w 1928.
Auto pomyślano jako wyścigowe, na bazie Morrisa Cowley Bullnose ze skróconą ramą i 1,5-litrowym, górnozaworowym silnikiem Hotchkiss poddanym polerowaniu głowicy i modyfikacjom dolotu. Moc wynosiła 25 KM, maksymalna szybkość – aż 80 mph. Trzybiegowa przekładnia i czterokołowe hamulce pozostały seryjne, zawieszenie zachowało dwie sztywne osie, choć z pewnymi modyfikacjami z tyłu.
Cecil Kimber w Old Number One. Auto wkrótce sprzedano za 300 funtów, czyli dwukrotność ceny Austina 7.
Foto: public domain
Po siedmiu latach auto odnalazł na złomowisku pracownik firmy, który odkupił je za 15 funtów i przekazał fabryce jako pamiątkę. Dzięki temu Old Number One zachował się do dziś. Nie znajdziemy tu jednak ośmiokątnego logo, które zaczęto przykręcać dopiero w 1927r.
Foto: , Licencja CC
Foto: andreboeni, Licencja CC
Na tamtym etapie Kimber koncentrował się jeszcze na tuningu Morrisów: w jego zakładzie seryjne podwozia i silniki były rozbierane i składane ponownie z większą dokładnością, po niewielkich modyfikacjach (polerowanie dolotu, wymiana resorów, dodanie mechanicznego wspomagania hamulców, itp.). Następnie całość testowano na rolkach symulując przebieg 750 mil przy dużym obciążeniu i wysyłano do warsztatu Carbodies. Stosowano różne nadwozia – roadstery, coupé, ale czasem też sedany.
W latach 1924-27 znaczek MG nosiły 1,8-litrowe, dolnozaworowe modele 14/28, które dzisiejszemu oku nie przypominają aut sportowych, ale z maksymalną szybkością 65 mph, pochyloną szybą czołową, dwubarwnym malowaniem i kołpakami przykrywającymi drewniane koła prezentowały się bardzo atrakcyjnie. Powstało 400 sztuk.
Foto:, Licencja CC
Foto:, Licencja CC
W 1927r. nazwę zmieniono na 14/40, choć faktyczna moc pozostała ta sama. Zakres modyfikacji wciąż jednak się zmieniał, a Kimber – który jadł na ośmiokątnych talerzach i próbował zbudować silnik z ośmiokątnymi tłokami – wprowadził swoje słynne ośmiokątne logo.
Foto: , Licencja CC
W 1928r. zadebiutowała pierwsza samodzielna konstrukcja marki: MG Six, wkrótce przemianowana na MG 18/80. Była oparta na nowej ramie z sześciocylindrowym, 2,5-litrowym silnikiem z dwoma gaźnikami i zaawansowanym rozrządem OHC, dającym moc 60 KM i prędkość 80 mph. Przy dość wysokiej cenie (480 funtów) w pięć lat wypuszczono 501 egz., przy czym od 1931r. oferowano wersję MkII z szerszym rozstawem kół i wzmocnioną ramą,
Tu też stosowano wiele karoserii, a charakterystyczna forma chłodnicy z centralną, pionową listwą stała się odtąd symbolem marki
Foto:, Licencja CC
Foto: public domain
Foto:, Licencja CC
Wyścigowa specyfikacja 18/80 Tigress miała suchą miskę olejową i moc podniesioną na 80 KM – to naprawdę dużo, jak na lata 20-te. Powstała w pięciu egzemplarzach.
Foto: Dave_S, Licencja CC
***
W sierpniu 1928r. Morris przedstawił model Minor, z zamiarem przełamania rynkowej dominacji Austina 7: autko miało ledwie dwumetrowy rozstaw osi, trzymetrową długość i czterocylindrowy, dolnozaworowy silniczek o pojemności 847 cm³, który rozwijał 19 KM umożliwiając rozpędzenie się do maksymalnie 50 mph.
Najtańszym nadwoziem był czteromiejscowy tourer za 125 funtów, czyli cenę cięższego motocykla. Gdy uderzył Wielki Kryzys, obniżono ją nawet do równych stu funtów.
Foto: , Licencja CC
Tak tanie samochody – dostępne za mniej więcej roczne zarobki robotnika – produkowały w Anglii aż trzy firmy (Austin, Morris, Ford), co czyniło kraj drugim najdojrzalszym rynkiem samochodowym, za USA. Kolejnym etapem było przygotowywanie pochodnych wersji sportowych, a to zorganizował Brytyjczykom Cecil Kimber.
W zakładzie MG w Abingdon karoseria Minora była wymieniana na dwumiejscową typu boat-tail – z łamaną szybą czołową, błotnikami typu rowerowego i chłodnicą w stylu MG. W zawieszeniu zakładano niższe resory i cierne amortyzatory, a silnik zastępowano bliźniaczą jednostką marki Wolseley – z górnozaworową głowicą OHC i mocą 20 KM, która przy trzybiegowej, niesynchronizowanej skrzyni Morrisa rozpędzała autko do prawie 70 mph. Istne szaleństwo – szczególnie przy cenie 175 funtów (odpowiadającej… w dalszym ciągu porządnemu motocyklowi, tyle że z wózkiem), fiskalnej klasie 8 HP (podatek 8 funtów rocznie) i spalaniu 7,5 litra na 100 km. Produkcja ruszyła wiosną 1930r.
Stylistyka niewiele różniła się od Morrisa, jednak dzięki usunięciu tylnych siedzeń i bardzo lekkiej konstrukcji drewniano-płóciennej całość ważyła zaledwie pół tony. Autko zostało nazwane MG Midget i zrobiło ogromną furorę: mimo ograniczonej praktyczności i szalejącego kryzysu w dwa lata znalazło 3.235 klientów.
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Jak na tę cenę, wnętrze było całkiem efektowne, a zestaw instrumentów – bogaty
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu/
Foto: , Licencja CC
Odtąd hasło MG Midget zaczęło oznaczać maksimum radości z jazdy za naprawdę przystępną cenę. Samochodziarze błyskawicznie to odkryli, a z początkiem 1931r. popyt nakręciło zniesienie ogólnobrytyjskiego limitu prędkości 20 mph: ponieważ obowiązujące od 1903r. ograniczenie było notorycznie łamane, parlament zniósł je argumentując, że przepisy powszechne ignorowane i uważane za absurdalne podważają szacunek obywateli do prawa i policji, sprzyjają więc deprawacji społeczeństwa („co jeszcze powiesz – że nigdy nie przekraczasz 20 mph…?„). Teraz na drogach „miejskich” (czyli oświetlonych) wolno było jechać 30 mph, na pozostałych – z nieokreśloną prędkością „rozsądną”. Mimo liberalizacji przepisów i szybkiego gęstnienia ruchu liczba śmiertelnych wypadków pomału, acz sukcesywnie spadała – z 7.305 w 1930r. do 6.502 w 1935.
W krótkim czasie silnik Midgeta został wzmocniony do 27 KM, a gamę poszerzyła wersja kompresorowa: wciąż kosztująca umiarkowane 250 funtów, a osiągająca moc 45 KM i niebotyczną prędkość 85 mph, której w dodatku nikt nie zabraniał rozwijać. Cecil Kimber niestrudzenie promował swe produkty zgłaszając je do wyścigów i bijąc rekordy prędkości małych aut (po zmianie wału korbowego, by zmieścić się w klasie <750 cm³). Stało się to zresztą źródłem konfliktu z Willliamem Morrisem, który w sporcie nie widział wartości komercyjnych i uważał go za marnowanie środków.
Pierwotna wersja Midgeta zwała się oficjalnie M-Type. Zaraz jednak pojawiły się kolejne.
Foto:
**
MG C-Type zadebiutował w 1931r., jako wyczynowa wersja M-Type’a. Ze względów regulaminowych silnik pomniejszono do 746 cm³. Przy pomocy stałociśnieniowego gaźnika SU uzyskiwał on 44 KM przy 6.400 obrotach, po użyciu kompresora – 52 KM, co dawało prędkości nawet do 100 mph!! C-Type dostał też zmienioną ramę i czterobiegową przekładnię (bez synchronizacji, wciąż zarezerwowanej dla aut luksusowych, i to nielicznych).
Z zewnątrz C-Type’a najłatwiej poznać po braku drzwi, „rowerowych” błotnikach i efektownym, choć niebezpiecznie umiejscowionym wydechu. Cena wynosiła 295 funtów za wersję wolnossącą i 345 za doładowaną, którą – po specjalnym przygotowaniu – George Eyston pobił rekord jazdy 24-godzinnej. W ciągu jednego roku oficjalnie powstały 43 sztuki, ale fani zbudowali potem wiele replik.
Foto: public domain
Foto: public domain
MG D-Type (1931-32) używał ramy C-Type’a z dłuższym, 2.184-milimetrowym rozstawem osi, połączonej z bazowym silnikiem 27-konnym, trzybiegową skrzynią i karoseriami czteromiejscowymi. Skromny napęd i wyższa masa nie pozwalały przekraczać 60 mph, stąd mała popularność: sprzedano 250 egzemplarzy, z czego 37 z nadwoziami zamkniętymi.
Foto:
J-Type (1932-34) był również dłuższy (2.184 mm) i czterobiegowy, a występował w czterech wariantach: 0,85-litrowych, 36-konnych J1 i J2 (odpowiednio cztero- i dwumiejscowych), oraz kompresorowych, 0,75-litrowych J3 i J4: w pierwszym przypadku chodziło o 52-konny motor C-Type, w drugim – o wyczynową jednostkę o mocy aż 72 KM, czyli prawie 100 KM z litra!! Wielkości produkcji wyniosły odpowiednio 380, 2.083, 22 i 9 sztuk.
Midgety miały swoje wady (np. wały korbowe oparte na tylko dwóch łożyskach lubiły pękać, a prądnica zamocowana na wałku królewskim stawała w płomieniach, gdy polał się olej spod pokrywy rozrządu), jednak kosztując od 200 funtów nie miały konkurencji w kwestii radości podzielonej przez cenę.
Foto:, Licencja CC
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu/
J4 bił też rekordy relacji mocy do masy, był jednak wyłącznie maszyną torową
Foto: public domain
Trzecie łożysko główne dostał dopiero P-Type, produkowany w latach 1934-36 na jeszcze dłuższym podwoziu (rozstaw osi 2.216 mm). Pierwsza wersja, zwana PA, przejęła dotychczasowy motor 36-konny, umożliwiający rozpędzanie się do około 75 mph i kosztowała od 222 funtów za dwumiejscowego tourera. W późniejszej PB cylindry zostały rozwiercone o 3 mm, co dało pojemność 939 cm³ i 43 KM. PA znalazła 1.943 amatorów, PB – 526.
Większość karoserii stanowiły tradycyjne, minimalistyczne roadstery…
Foto: Mick, Licencja CC
…ale popularność zdobyły też opływowe Airline coupé firmy Allingham.
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
Wnętrza zaczynały opanowywać motywy ośmiokątne
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu/
***
Brytyjski system podatkowy obciążał kierowców nie za pojemność czy moc silników, tylko powierzchnię tłoków. Zachęcało to do wydłużania skoku tłoka i rozmnażania cylindrów – co mogło odpowiadać konstruktorom luksusowych limuzyn, ale niekoniecznie lekkich autek sportowych. Ci ostatni, chcąc nie chcąc, musieli iść za ciosem, dlatego w 1931r. pojawiły się sześciocylindrowe MG. Utworzyły one drugą, obok Midgetów, linię modelową marki, nazwaną MG Magna.
Jako pierwsza zadebiutowała seria F, będąca niczym innym jak Midgetem serii D z rozstawem osi wydłużonym do 2.388 mm i silnikiem serii M z dołożonymi dwoma cylindrami: z tak otrzymanych 1.271 cm³ udało się wykrzesać moc 37, a po modyfikacjach 47 KM i prędkości do 70 mph. Model występował jako dwu- i czteromiejscowy. W 1932r. bębny hamulcowe powiększono z 8 do 12 cali, w celu dopasowania do wyższej masy i mocy. Mimo kryzysu przez nieco ponad rok powstało 1.250 sztuk, sprzedawanych od 250 funtów wzwyż.
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
Foto: , Licencja CC
W 1932r. paletę uzupełniła najdłuższa, 2,4- lub 2,7-metrowa seria K, z poszerzonym rozstawem kół. Napęd początkowo stanowiła krótkoskokowa sześciocylindrówka zwana Magnette – o pojemności zaledwie 1.071 cm³ i mocy 39 KM, uzyskanej dzięki trzem gaźnikom. Później silnik zamieniono na „pełną” sześciocylindrówkę serii F, rozwijającą 47 KM, do której następnie doszły doładowane wersje o różnych mocach (w specyfikacjach wyczynowych nawet do 120 KM!!). Całkowita produkcja wyniosła 480 egz.
MG Magnette karosowano zazwyczaj w elegantszym stylu i czasem wyposażano w preselekcyjne, elektromagnetyczne przekładnie. Takie kompletacje kosztowały drogo, od 445 funtów, i miały charakter odmienny od Midgetów.
Foto: public domain
Wyścigowy egzemplarz z kompresorem
Foto: public domain
2.388-milimetrowe podwozie z wąskim rozstawem kół i 1,1-litrową szóstką Magnette zwało się serią L. Tourer kosztował od 299 funtów, coupé – od 350. W latach 1933-34 powstało 486 sztuk.
Foto: , Licencja CC
Foto: Mick, Licencja CC
Foto: public domain
Ostatnia z szeregu była seria N z lat 1934-36: przypominająca K i L, ale oparta na nowej ramie, rozszerzającej się ku tyłowi, z karoserią przymocowaną do osobnych wsporników z użyciem gumowych przekładek. Poprawiło to jednocześnie własności jezdne i komfort.
Rozstaw osi wynosił 2.439 mm, pod maską pracował zmodernizowany 56-konny silnik Magna z dwoma gaźnikami SU. Zawieszenie wciąż składało się z dwóch sztywnych osi, ale zostało opracowane od nowa, z dłuższymi resorami.
Foto: Malcolma, Licencja CC
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
MG Magna/Magnette to jedne z najmniejszych sześciocylindrówek w historii motoryzacji
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu/
Wyścigowa specyfikacja NE, o mocy 68 KM
Foto:
Pewna liczba nadmiarowych zamkniętych karoserii K-Type została połączona z podwoziami N-Type i sprzedana pod nazwą MG KN, w cenie 399 funtów. Karoserie nie miały środkowych słupków, a tylne drzwi klamek, by upodobnić sylwetkę do dwudrzwiowych coupé. Jak widać, ten wybieg wynaleziono już w latach 30-tych.
Foto: andreboeni, Licencja CC
Foto: andreboeni, Licencja CC
***
W połowie dekady marka MG była już sławna w całej Europie, bo jej samochody – małe, lekkie, niedrogie, a równocześnie szybkie, zwinne i zapewniające mocne wrażenia – dobrze trafiły w warunki recesji. Tyle że w 1935r. firma MG została połączona z Morris Motors, a to oznaczało, że Cecil Kimber z dyrektora generalnego stał się kierownikiem podrzędnego działu, zobowiązanym słuchać poleceń przełożonych. Tymczasem William Morris nie lubił samochodowego sportu: produkcję roadsterków tolerował ze względu na rentowność, jednak nie chciał w nią inwestować ani utrzymywać wyścigowego zespołu. Kimber poczuł się zawiedziony.
W 1936r. MG wróciło do produkcji samochodów większych i wygodniejszych, choć wciąż usportowionych – bo przy powracającej koniunkturze silny wizerunek marki dawał szansę zarobku w tym segmencie. Zaczęło się od serii SA – z 3,1-metrowym rozstawem osi i 2,3-litrową, dwugaźnikową sześciocylindrówką OHV, połączoną z czterobiegową przekładnią z synchronizacją dwóch wyższych biegów (75 KM, 80 mph). W toku prac zrezygnowano z niezależnego zawieszenia, pozostawiono jednak hydrauliczne hamulce i wbudowane samoczynne podnośniki do łatwiejszej zmiany kół. Do wybuchu wojny powstało 369 sztuk.
Fabrycznie oferowano jedynie czterodrzwiowe sedany z luksusowym wykończeniem, w cenie 375 funtów, ale wiele spośród 2.739 wyprodukowanych egzemplarzy skarosowały firmy zewnętrzne
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
W 1938r. do serii SA dołączyła WA – z szerszym rozstawem kół, silnikiem powiększonym do 2,6 litra i dodaną synchronizacją drugiego biegu (96 KM, 90 mph). Czterodrzwiowy sedan (na zdjęciu) kosztował 442 funty, tourer – funtów 450…
Foto: , Licencja CC
…a Tickford coupé – 468. To ostatnie charakteryzowało się trójpozycyjnym dachem – który można było otworzyć całkowicie lub tylko w połowie (na zdjęciach).
Tu ośmiokątne były już wszystkie wskaźniki
Mniejsze MG VA (rozstaw osi 2.743 mm, cztery cylindry, OHV, dwa gaźniki, 54 KM, 80 mph) kosztowało 280 funtów jako tourer i 325 jako sedan.
Foto:
Foto:
Foto:
Foto: , Licencja CC
***
Zmiana profilu działalności nie była całkowita: najlepszy pomysł Kimbera, czyli MG Midget, pozostał w produkcji. Ostatnią generacją przedwojenną był T-Type – czyli ten, którego późniejszą ewolucję, oznaczoną TD, posiada mój wujek.
T-Type funkcjonował w latach 1936-55, w pięciu kolejnych wersjach – TA, TB, TC, TD i TF. Tym razem opiszę pierwsze dwie, kończąc artykuł na 1939r.
Wszystkie T-Type’y zachowały 2.388-milimetrowy rozstaw osi poprzedników, z ponownie poszerzonym rozstawem kół i teraz już hydraulicznymi hamulcami. Silnik był krokiem wstecz, bo chcąc zunifikować produkty grupy użyto czterocylindrowej jednostki OHV Wolseleya 10, ale z dodanym drugim gaźnikiem. 1,3-litrowa pojemność pozostała niezmieniona – i tak przewyższała wszystkie poprzednie Midgety, przy czym wymiary cylindrów były zoptymalizowane podatkowo w sensie angielskim (średnica 63,5 mm, skok tłoka 102 mm). Moc 50 KM pozwalała rozpędzać się do 80 mph przy seryjnej skrzyni czterobiegowej, z synchronizacją trójki i czwórki.
Pierwotna cena wynosiła od 222 funtów i nie różniła się od serii PB. Do połowy 1939r. powstały 3.003 egz., z których większość była klasycznymi, lekkimi roadsterami (często z kontrastowo malowanymi atrapami chłodnicy).
Foto:
Foto:
Foto: ,
Oferowano też Tickford coupé…
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
Foto: Mr.choppers, Licencja CC
…i Airline fixed head coupé…
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu/
…a swoje trzy grosze dokładali coachbuilderzy. Poniższy egzemplarz jest dziełem firmy Park Ward, znanej z karosowania Rolls-Royce’ów i Bentleyów.
Foto: David Merrett, Licencja CC
Tuż przed wybuchem wojny, w maju 1939r., ukazało się zmodernizowane MG TB – po raz pierwszy z suchym sprzęgłem jednotarczowym, ale przede wszystkim innym silnikiem, zaadaptowanym z Morrisa 10: jego proporcje były odrobinę korzystniejsze (66,6 x 90 mm), pojemność mniejsza (1.250 cm³), a moc wzrosła do 54 KM. Nadwozia nie różniły się od TA. To najrzadszy ze wszystkich T-Type’ów – powstało tylko 379 sztuk, bo wkrótce potem fabryka przestawiła się na produkcję części czołgów i samolotów bojowych.
***
Właśnie ta sprawa – podpisanie wojskowego kontraktu bez parafek kierownictwa – została uznana za przekroczenie kompetencji Kimbera i poskutkowała jego zwolnieniem w 1941r. (prawdopodobnie był to tylko pretekst, bo atmosfera współpracy psuła się już przynajmniej od 1935r.). Twórca marki MG zatrudnił się jeszcze na krótko w nadwoziowej firmie Charlesworth i mechanicznej Specialloid, ale 4 lutego 1945r. zginął w katastrofie kolejowej na londyńskiej stacji King’s Cross.
Cecil Kimber nie został doceniony przez pracodawcę, pamiętają o nim jednak entuzjaści marki MG – chyba pierwszej zbudowanej wyłącznie wokół tematu radości z jazdy. Bliższe zapoznanie się z Midgetami polecam każdemu kto twierdzi, że przedwojenna motoryzacja nie wywołuje emocji. To bzdura – ówczesne British roadsters sprawiają nie mniej frajdy niż te z lat 60-tych, tyle że trzeba przekalibrować sobie punkt odniesienia. Przekalibrować tylko troszeczkę: za pierwszym razem faktycznie przychodzi szok, ale on szybko mija. Zaświadczyć może mój wujek, który na oldtimerowych rajdach Midgetem TD wygrywał już próby sportowe – nie w żadnej „swojej klasie”, tylko bezwzględnie, z samochodami młodszymi o dwie dekady. A może i o cztery, bo jego auto, choć pochodzące z 1950r., należałoby konstrukcyjnie datować na 1930r. Wtedy też potrafiono budować prawdziwie emocjonujące roadstery – nawet jeśli dziś rzadko je pamiętamy.
Foto: , Licencja CC
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Foto:
Foto:
Foto:
Foto:
A dziś to już tylko chińska wydmuszka
Z jednaj strony tak, ale z drugiej: skoro Range Rover może należeć do Hindusów, a być składany w Chinach i nikt tego specjalnie nie wypomina, to czemu wypominać, że MG należy do Chińczyków, a jest robione m. in. w Pakistanie.
Jeżeli chodzi o postrzeganie ich produktów, Chińczycy idą drogą, którą 30 lat temu szli Koreańczycy, a 50 lat temu Japonia. Dziś przecież nikt nie powie, że Skyline GTR to nie samochód, ani nie zaprzeczy, że najlepszy British Roadster to Mazda MX-5. Czas się zatem powoli oswajać z myślą, że w przyszłości samochody z Chin mogą budzić nie mniejsze emocje, bo jest to już chyba jeden z niewielu krajów gdzie motoryzacja wciąż się rozwija – wciąż powstają nowe marki i innowacyjne rozwiązania. Za kolejne 20 lat zapewne będziemy patrzeć na dzisiejsze MG tak jak obecnie patrzymy na wczesne Kia albo Hyundaie z czasów kiedy dopiero wchodziły na europejski rynek.
Tyle że LR/RR zachował pełną ciągłość marki, a w MG to był właściwie chiński restart z porzuceniem starego charakteru. Plus chyba żadne MG nie jest produkowane w Europie, podczas gdy Land/Range Rovery jak najbardziej są. Dla jednych to Europa jest „rodzimym” rynkiem, dla drugich Chiny. I tak dalej, i tak dalej… Dlatego np. ja postrzegam grupę JLR jako marki brytyjskie, Volvo jako szwedzkie, ale MG już jako chińskie.
A co do samochodów z Chin budzących emocje – dopóki nie wykształci się u nich własna kultura motoryzacyjna, która będzie tego oczekiwać, to raczej będą to syntetyczne i podpatrywane emocje. Już teraz np. próbują papugować Porsche 718/911, tylko jakoś spodziewam się raczej, że o ile na papierze będzie to świetne, tak realnie nie będzie sprawiało takiej frajdy jak auta sportowe bardziej doświadczonych w tym marek.
Pełna zgoda, że MG to restart, a nie przejęcie.
Nie jestem pewny, czy u nich się wykształci kultura motoryzacyjna, bo to całkiem inna cywilizacja. Japończycy w XX wieku bardzo mocno się zwesternizowali, przyswoili ogromną część kultury europejsko-amerykańskiej i całkiem nieźle ją rozumieją (na pewno lepiej niż my ich). Chińczycy nie, dlatego przypuszczam, że emocjonującej motoryzacji u nich nie będzie.
Z drugiej strony dziś ne ma już takich podziałów, bo konstruktorzy pracują zdalnie na całym świecie. Kiedyś pisałem że mam kolegę na moim osiedlu, który pracuje dla koncernów samochodowych z całego świata, na krótkoterminowych kontraktach i zleceniach. To już nie te czasy, że trzeba było szpiegować liderów, bo dziś pracownicy są dokładnie ci sami w każdej samochodowej firmie. Muszą tylko dostać od szefów zlecenie na emocjonujące auto, a czy dostaną – to zależy od popytu na emocjonujące auta danej marki. W przypadku marek chińskich słabo to widzę, ale oczywiście mogę się mylić.
Chińczycy to nie to samo.
Japońskie firmy od samego początku trzymały jakość na bardzo wysokim poziomie. Jeśli im nie ufaliśmy, to tylko z niewiedzy, bo nawet najstarsze japońskie auta były bardzie trwałe i niezawodne od jakiejkolwiek konkurencji (polskie opinie o „jednorazowości” brały się z naszych warunków, serwisowania u kowali, tragicznych materiałów i tragicznych dróg). Chińczycy z kolei stawiają na cenę – nie dlatego, że nie umieją inaczej, tylko że taka jest ich strategia. Świat kupuje chińskie towary tylko wtedy, kiedy są tanie, więc takie są nam oferowane.
Szczepanie, tutaj wyjątkowo się z Tobą nie zgodzę. Być może w latach 70 i 80-tych w PRL nie doceniano samochodów z Japonii jedynie z braku wiedzy, ale przekonanie o niskiej jakości produktów japońskiego przemysłu, sięga czasów przedwojennych. Jako osoba interesująca się wojskowością mogę powiedzieć, że przykładowo Japońska broń w latach II WŚ była niższej jakości niż dajmy na to amerykańska czy niemiecka – nawet słynne myśliwce Mitsubishi Zero były budowane ze stopu aluminium o tak niskiej odporności na korozję międzykrystaliczną, że w krótkim czasie zagrażała strukturze płatowca – to, że nie był to jakiś wielki problem wynikało wyłącznie z tego, że niższe osiągi od samolotów alianckich powodowały, że mało który samolot japoński „dożywał” tego wieku, żeby miało to istotne znaczenie. Zatem Japończycy jakości też musieli się nauczyć.
A to, że Chińczycy konkurują głównie niską ceną – Koreańczycy początkowo robili tak samo – umówmy się Kia Pride z połowy lat 90-tych miała śmierdzące plastiki i nie była specjalnie trwalsza od Fiata Cinquecento – dziś Kia Sportage okupuje podium jeżeli chodzi o sprzedaż, a Fiata już nie ma.
A co do emocji związanych z motoryzacją – Chińczycy w latach 60-tych też robili prototypy nie gorsze niż nasza W-wa 210 – w kolejnym dziesięcioleciu tak samo jak my kupowali licencję, albo kopiowali cudze rozwiązania, tyle że w latach 90-tych my się zwinęliśmy, a oni poszli do przodu i zaczęli opracowywać własne pojazdy. Dlaczego zatem przyjmujemy, że w Polaku motoryzacja może budzić emocje, a w Chińczyku już nie – to nie jest norma kulturowa i nie zależy od „westernizacji”.
Polecam stronę: https://chinacarhistory.com/
Aaa, jeśli się cofniemy do lat 30-tych, to oczywiście masz rację. Wtedy Japończycy konkurowali ceną, ale nie eksportowali samochodów. Kiedy zaczęli, praktycznie od razu byli lepsi jakościowo, podczas gdy cenowo niekoniecznie (a na pewno nie o 50%, jak Chończycy). Dlatego myślę, że to jednak inny model ekspansji.
Czym jest samochód budzący emocje?
Na to pytanie każdy z nas musi odpowiedzieć sobie sam. Tak samo jak na pytanie o dobrą muzykę, dobre jedzenie albo dobry film. W każdym z nas emocje budzi coś innego – natomiast to, co ich nie budzi, dla większości z nas jest takie samo.
Tylko gdzie te chińskie odpowedniki MX-5 i Skyline`a?
@tomaszad – proszę bardzo i to nawet od MG 😉
https://www.otomoto.pl/osobowe/oferta/mg-cyberster-mg-cyberster-ID6HdPfl.html
Tak – wiem, jest elektryczny i też wolałbym spalinowy, ale z drugiej strony który europejski producent w ogóle jeszcze robi kabriolety?
no akurat Fiat Cinquecento to jeden z najtrwalszych Fiatów! porządnie ocynkowany, z niezależnym zawieszeniem wszystkich kół i niezniszczalnym silnikiem 100D, tu w wersji 900 (no bo polska 700tka to tragedia)
Tak jeszcze w kontekście przyszłości motoryzacji: czy w dzisiejszej Europie jakikolwiek producent miałby śmiałość żeby wypuścić 1300 konny samochód i reklamować go w ten sposób?
https://youtu.be/zIKAn8yDkpA?si=-4yVNGOEH1RAOR5x
https://youtu.be/LuSinzq1PfQ?si=cCGUyP0YVWxlydln
Fajne te wozy! Szkoda tylko, że wszystko co dostępne na rynku opanował ten głupi trend na minimalizm i tabletozę. Dzięki reflektorom ledowym, wozy zatraciły swoje, że tak to dziwnie ujmę – facjaty. 🙂 A w środku rolę zegarów i klawiszy przejęły najtańsze tablety.
Przede wszystkim europejskiego 1300-konnego samochodu nie trzeba reklamować w tak desperacki sposób…
@Hshan przez grzeczość pominę słynną ostatnio reklamę Jaguara 😉
Problem leży w tym, że w Chinach samochód to wciąż coś do czego się aspiruje, co budzi emocje, oni mentalnie wciąż jeszcze są młodzi i „głodni”, a Europa jest jak taki człowiek w wieku przedemerytalnym, który już wszystko ma, co miał w życiu zrobić to zrobił i teraz tylko myśli żeby dociągnąć do emerytury.
U nas w reklamach najważniejsza jest ładowarka w aucie i powolne toczenie się przez puściuteńkie ulice 🙂
Jeszcze wcale niedawno były u nas takie reklamy, dziś są wprost zakazane.
Jerzy, byłbym ostrożny w porównywaniu Kia Pride do Cinqeceto, a nawet Seicento Sporting. Dojeżdżałem siedmioletnią Pride po teściu przez dwa lata. Jedyne co przy niej wymieniłem to tarcze hamulcowe (miały wżery) i tłumiki. Zawieszenie oryginalne (do 80 tkm), zero rdzy. Nie szanowałem tej pokraki, dusiłem z gazem w podłodze bo miała fatalnie zestopniowaną skrzynię i bez oporów to znosiła. Była nieergonomiczna, niewygodna i zbyt obciachowa dla mojej córki. Darmo dawałem nie wzięła. Wolała kupić równoletnią Alfę. Ale za wygląd trzeba winić Mazdę albo Forda. Koreańskie samochody dalej śmierdzą niż europejskie. W nowym Santa Fe łeb urywa od eko skóry, jakby była prosto z garbarni .
A kabriolety MG były wspaniałe. Podobnie jak Triumphy, Morgany, Austin Healeye, nie mówiąc o tych większych.
Trzeba było nie zabijać swojego przemysłu motoryzacyjnego, to by nie byli chińską wydmuszką.
O, ciekawa historia. Szkoda, że skończyli jak skończyli bo ciekawie jakby dziś ich specjalistyczne zabawki by wyglądały? I czy robotnika po odlozeniu rocznej pensji wciąż by było stać? P.s. orientuje się ktoś czy ktoś inny zrobił obiektywny bilans naszego 20 letniego członkostwa w UE? Mówią, że Polak rok w rok bogatszy ale chyba też rok w rok coraz więcej ludzi to swoje bogactwo finansuje z kredytów. Niby dotacji od groma wpłynęło ale dziś usłyszałem związany z tym termin „znaczonych pieniędzy” a wkład własny zawsze musi być chyba.
To na pewno temat na grubą książkę, nie na komentarz.
Ale ogólnie powiem tak: to, co dało nam impuls rozwojowy, to otwarcie europejskiego rynku dla Polski i vice versa. Wszyscy łączymy to z wejściem do UE, ale tak naprawdę chodziło o traktat z Schengen – a on został wymyślony w UE, ale nie jest z nią sztywno związany (istnieją państwa spoza UE korzystające ze wspólnego rynku – Norwegia, Islandia i Szwajcaria, istniały też państwa unijne niewchodzące do Strefy Schengen – do niedawna Bułgaria i Rumunia). Poza Schengen impulsy są głównie negatywne – pół miliona stronic zapisanych ograniczeniami i zakazami dla gospodarki, centralne sterowanie wieloma sektorami, miliardowe dotacje rozdzielane politycznie, chore ideologie forsowane siłą, itp.
Pozytywnego wpływu Schengen nie da się przecenić. Ale negatywny wpływ największej i wciąż rosnącej biurokracji w dziejach ludzkości to zupełnie inna para kaloszy. Co gorsza, ten pierwszy czynnik jest już zdyskontowany, a wpływ tego drugiego niestety rośnie. Kiedy te wpływy się zrównoważą, ciężko powiedzieć.
Podobnie myślę gdyż też mam to „szczęście”, że jestem świadomy tego, że Schengen =\= UE. To była sytuacja win-win, szkoda, że tylko to ale ponoć wszystko jest możliwe więc pozostaje mieć nadzieję, że UE będzie z tzw. rigczem.
Ja się po politykach spodziewam absolutnie wszystkiego poza RiGCzem 🙁 Ale obym się mylił.
Chyba nie pamiętasz jak wyglądała Polska lat 90-tych XX w. i pierwszej dekady XXI w. Jeśli chodzi o Polskę to stosunek minimalnego dochodu rocznego do najtańszego auta jest podobny na przestrzeni lat i wynosi mniej więcej 1:1. Chociaż w dzisiejszych czasach jesteś w stanie kupić używane auto w miarę dobrym stanie poniżej miesięcznej minimalnej.
Tak dla przypomnienia, ile wynosiło minimalne wynagrodzenie połowie lat 90. – w 1995 dobiło do ok.300 zł miesięcznie – były wtedy nowe fury dostępne za 3600zł?
Minimalne wynagrodzenie wynosiło wówczas 300 zł i to brutto. Maluch z ceną ok. 8-9.000 zł kosztował wówczas roczną średnią pensję. Mając na względzie, że obecnie średnie wynagrodzenie to ok. 6200 zł, a najtańszy nowy samochód – Mitsubishi Space Star kosztuje 56.000 zł (ma pełną elektrykę i klimatyzację), trudno nie zauważyć, że obiektywnie poziom życia znacząco wzrósł.
Problem polega na tym, że w latach 90-tych i 2000-tych poziom życia rósł z roku na rok i perspektywy był dobre, a obecnie trudno oczekiwać żeby za 10 lat przeciętnemu Polakowi żyło się znacząco lepiej niż obecnie, a nasze samopoczucie w większym stopniu kształtują oczekiwania niż aktualny stan rzeczy.
Pełna zgoda. „Lepiej to już było” nabiera niestety jednoznaczności. Ale o to chyba właśnie chodziło Szczepanowi. Na razie bilans członkostwa w UE jest zapewne pozytywny, ale czy taki pozstanie? Coraz mniej pozytywnych bodźców,a coraz więcej regulacji i obostrzeń, zmieniających się czasem z roku na rok (patrz choćby diesel czy ogrzewanie gazem, kiedyś świetne, teraz na cenzurowanym). Pytanie, gdzie Polska byłaby dziś, gdyby nie dołączenie do UE. Ale to możemy sobie gdybać i gadać przy piwku.
Kabriolety MG są spoko, ale najfajniejszy „British roadster” z lat 60 to Lotus Elan. 😉
… a najfajniejszy roadster z lat 60. to nie żaden tam brytyjski hebel, ale Alfa Romeo Spider (bo Giulia GTC to już zbytni egzotyk). A jeśli się kupi Spidera z odpowiedniego rocznika i w odpowiedniej wersji silnikowej, to można dodatkowo trollować Hondziarzy 🙂
Alfa Romeo Spider też jest piękna. 🙂
fajne te samochodziki, a że lubię małe autka, to tym bardziej chętnie bym się takim przejechał.
chińskie reklamy też fajne, ciekawe jak będą znosić próbę czasu te chińskie samochody, ale już za 10 lat się dowiemy 🙂 miejmy nadzieję że lepiej od chińskich skuterów (te ich złączki elektryczne to może się nadają do zabawek w domu ale na pewno nie na warunki atmosferyczne)