TA, CO SIĘ LUBI POWTARZAĆ: PIC-PIC

Z czego słynie Szwajcaria?
Na pewno z bogactwa, w tym najwyższego w świecie odsetka milionerów (w 2021r. – 14,9% ludności). Z ogromnego sektora finansowego: banków, towarzystw ubezpieczeniowych i funduszy inwestycyjnych. Z najstabilniejszej waluty świata, jaką jest szwajcarski frank. Z bezpośredniej formy demokracji – bo wszystkie ważne sprawy Szwajcarzy rozstrzygają w drodze powszechnych referendów. Z politycznej neutralności – która bywa oceniana różnie, ale jak dotąd zapewniła krajowi prawie dwa stulecia nieprzerwanego pokoju (od 1847r.), mimo że wszędzie naokoło wielokrotnie szalało autentyczne piekło. Neutralności trzeba oczywiście bronić, dlatego Szwajcaria słynie też ze znakomicie wyszkolonej armii, do której należy każdy tamtejszy mężczyzna. Następnie z mleka alpejskich krów, z którego powstają słynne dziurawe sery i doskonała czekolada, co ją w sreberka zawija świstak (ta sława jest tak wielka, że pewien polski turysta złożył w biurze podróży formalną skargę na pilota wycieczki, który w Szwajcarii nie pokazał grupie żadnej fioletowej krowy – autentyk). Położenie kraju w centrum Alp zrodziło też oczywiście alpejskie wspinaczki, alpejskie narciarstwo oraz alpejskie drogi, wiodące przez jedne z najwyższych i najpiękniejszych przełęczy Europy.
***
Szwajcarię otacza wiele mitów. Przykładowo, wielu z nas chciałoby mieć tamtejsze obywatelstwo, żeby swobodnie podróżować po świecie – tymczasem w 2023r. paszport polski był praktycznie równie silny: dawał bezwizowy dostęp do 186 krajów świata, podczas gdy szwajcarski do 187.
Szwajcarską zamożność wielu przypisuje zawłaszczeniu złota, które hitlerowcy zrabowali pomordowanym Żydom i innej podbitej ludności. To oczywiście prawda, że hitlerowskich depozytów nikt nie odebrał, podobnie jak to, że przez długie dekady szwajcarskie banki prowadziły anonimowe konta „na hasło”, z których tłumnie korzystali najrozmaitsi gangsterzy – w tym ci najwięksi, czyli głowy totalitarnych państw. Tyle że przypisywanie siły szwajcarskiej gospodarki samej finansowej obsłudze bandytów jest dokładnie tym, co żalenie się, że „somsiad to złodziej, bo znów se kupił młodszego Passata”. Fakty są takie, że na podium społeczeństw o najwyższej produktywności per capita Szwajcaria znalazła się zaraz po połowie XIX wieku (wraz z USA i Wielką Brytanią). Hitlera nie było jeszcze wtedy na świecie, przestępcy zajmowali się okradaniem chłopskich zagród lub co najwyżej pociągów na Dzikim Zachodzie, a władcy państw nosili purpurowe szaty i złote korony – nie potrzebowali sekretnych kont bankowych, bo ze swych majątków przed nikim się nie tłumaczyli.
Bogactwo Szwajcarów to jeden z najlepszych przykładów na niezależność rozwoju gospodarczego od warunków naturalnych – bo powstało w czasach, gdy wysokogórski pejzaż i klimat szalenie utrudniały każdą działalność, a przede wszystkim rolnictwo i transport. Jednak Szwajcarzy zawsze umieli się odpowiednio ustawić.
Po pierwsze, ich kraj zawsze zapewniał jeden z najwyższych poziomów gospodarczej wolności – w 2023r. drugi w świecie, za Singapurem (dla porównania: USA zajęły miejsce 25, Polska – 40, a Francja – 57). Po drugie zaś – koncentrował się na dziedzinach niewymagających przemieszczania i przetwarzania wielkich mas towarów, tylko bazujących na wiedzy i technologii. Bardzo szybko odkryli jedną z najważniejszych ekonomicznych prawd: że najcenniejszy kapitał to ten, który nosi się we własnej czaszce.
Z tradycyjnych dziedzin przemysłu Szwajcarzy rozwinęli – i to w niewielkim stopniu – jedynie fabryki tekstylne (napędzane nie parą, a prądem z hydroelektrowni – tak oto wysokie góry przeistoczyły się z hamulca rozwoju w jego motor). Równocześnie jednak – zupełnie świadomie – postawili na branże wymagające myślenia i zaradności: bankowość, finanse i turystykę. Inwestowali więc w konieczną tu telekomunikację (sieć telegraficzną, a potem telefoniczną), a następnie kolej żelazną. Później zbudowali silną branżę farmaceutyczną – wymagającą minimalnych ilości surowców, ale mnóstwa know-how i generującej ogromne zyski na gram wyprodukowanego towaru. Przemysł metalowy i maszynowy też sobie w końcu zorganizowali, ale znów tylko w dziedzinach high-tech – jak automatyka, robotyka i urządzenia precyzyjne, kosztujące krocie w przeliczeniu na masę. Wyspecjalizowali się w luksusowych zegarkach, czyli towarze bijącym wszelkie rekordy dochodowości na jednostkę ciężaru. Nawet w sektorze spożywczym szwajcarskie produkty – np. wspomniane sery i czekolada – zawsze należały do najbardziej cenionych i najdroższych w świecie.
Jak to wygląda obecnie? W 2022r. 3/4 szwajcarskiego PKB wytwarzały usługi, niecałą 1/4 – przemysł i budownictwo, na rolnictwo przypadło zaledwie 0,6%. To struktura typowa dla krajów rozwiniętych, ale ciekawiej wygląda dalszy podział.
Zacznijmy od usług. Bankowość i ubezpieczenia przyniosły 9% szwajcarskiego PKB – nie dziewięćdziesiąt i nie dziewiętnaście, tylko jedynie dziewięć. Szok, prawda? Turystyka też dała tylko 3%. Natomiast najlepsza w świecie, szwajcarska ochrona zdrowia – aż 11,3%, a pozostałe usługi – handel, IT, transport, edukacja, doradztwo prawne i finansowe (to coś odrębnego od bankowości) – ponad 50%. Tu właśnie widać opłacalność posiadania wiedzy i technologii. Z przemysłowych 25% najwięcej przyniosły wspomniane branże farmaceutyczna i zegarkowa.
Trzeba koniecznie dodać, że za rolnicze 0,6% PKB odpowiadało aż prawie 3% szwajcarskiej siły roboczej, co oznacza produktywność na poziomie 1/5 średniej krajowej (mimo zastosowania najnowocześniejszych technologii). W turystyce na niecałe 3% dochodu pracowało 4,5% zatrudnionych – tam też więc kokosów się nie zarabia (to zrozumiałe, bo w tej branży większość etatów zajmują osoby słabo wykwalifikowane). Doniosłość szwajcarskiej turystyki polega na czymś innym, mianowicie na „podciąganiu” rejonów wiejskich, gdzie jej udział w gospodarce wynosi nawet 40% (w Szwajcarii ogląda się głównie góry, gdzie nie ma banków ani fabryk high-tech, a mimo to biedy nie widać).
Bankowe 9% wypracowało zaledwie 2% zatrudnionych (450% przeciętnej produktywności), farmaceutyczne 5,7% zarobiło 2,5% siły roboczej (228% średniej), zaś zegarkowe 4% – tylko 1,1% pracowników (363% średniej). Rekord pobiła jednak ochrona zdrowia: wydane na nią 11,3% PKB przypadło na 2,4% zatrudnionych – daje to 470% średniej. Pamiętacie może artykuł o dylemacie szwajcarskiego ginekologa, który w 1993r. w ledwie 17 miesięcy zarabiał na nowiutkie Ferrari F40…? Nie 348 ani 456, tylko właśnie F40. W Szwajcarii studia medyczne opłacają się więc bardziej niż bankowość czy cokolwiek innego – tak jak wszędzie, gdzie stawki kształtuje podaż i popyt, a nie monopolistyczny NFZ.
Przykład Szwajcarii dobitnie potwierdza, że gospodarkę najlepiej budować na wiedzy i technologii. W analizach inwestycyjnych za największy atut kraju uchodzą właśnie kwalifikacje pracowników, a poza tym – wyjątkowa stabilność polityczna (brak zawirowań wewnętrznych i zewnętrznych od 1848r.) i rozsądna polityka ekonomiczna: największa w świecie swoboda przedsiębiorczości, mocna, stabilna waluta i relatywnie niski udział państwa w gospodarce (wydatki rządowe aktualnie wynoszą 32% PKB, podczas gdy w Polsce już 48%, a we Francji – 58%). Ważna jest neutralność kraju – a więc bezpieczeństwo zewnętrzne i brak „sojuszniczych” nacisków. Czego – jeszcze raz podkreślę – Szwajcarzy gorliwie bronią. „Szwajcaria nie ma swojej armii – ona cała jest jedną wielką armią” – mówi znane powiedzenie. To jednak temat na zupełnie inny artykuł na zupełnie innym blogu.
Aha, powiem jeszcze o osławionym złocie: hitlerowcy faktycznie zdeponowali je w Szwajcarii, ale ona już wtedy była bajecznie bogata, od prawie stulecia. Z prawdziwego, czyli kruszcowego pieniądza Szwajcaria zrezygnowała jako ostatnia w świecie – dopiero w 1999r. Piętnaście lat później obywatele odrzucili w referendum pomysł przywrócenia 20-procentowego pokrycia franka złotem (bali się gwałtownego wzrostu wartości waluty, czyli utraty konkurencyjności międzynarodowej). Jak cały dzisiejszy świat, Szwajcarzy płacą kolorowymi papierkami, tyle że ich bank centralny – inaczej niż prawie wszystkie pozostałe – nie drukuje ich bez opamiętania: w XXI wieku szwajcarska inflacja tylko dwukrotnie przekroczyła 2%, a 19 razy mieściła się poniżej 1%, w tym 7 razy poniżej zera.
Jeśli majątek i dochody nie tracą wartości, nie są ustawicznie rabowane przez najeźdźców ani lokalne władze i można je swobodnie inwestować zachowując profity dla siebie, powszechny dobrobyt jest tylko kwestią ludzkiej pracowitości i rozsądku – których Szwajcarom akurat nie brakuje. Taka sytuacja trwa już nieprzerwanie od 175 lat i nie ma nic wspólnego z ukradzionym złotem: gdyby miała, najbogatsi w świecie byliby Hiszpanie – tymczasem oni, po zrabowaniu w Nowym Świecie tysięcy ton kruszców, pozostali najbiedniejszym krajem Europy Zachodniej, który bankrutował rekordową liczbę razy (trzynaście). Tymczasem żołnierze szwajcarscy nigdy nie wyprawili się poza swój maleńki skrawek skalistych Alp.
***
Najwyższy czas przejść do tematu motoryzacyjnego – a nim będzie dzisiaj najważniejsza ze szwajcarskich marek samochodowych, czyli Piccard-Pictet.
Że co, nie słyszeliście? Kto nie studiował dogłębnie Witolda Rychtera, faktycznie mógł nie usłyszeć, bo firma działała w latach 1906-24. Nigdy nie była konkurencyjna międzynarodowo, a i w kraju miała, nomen omen, pod górkę. Nawet bardziej niż alpejscy turyści – bo oni, po wgramoleniu się na przełęcz lub szczyt, dalej idą już w dół. Szwajcarscy producenci aut z górki nie mieli nigdy.
Współcześnie branża motoryzacyjna wymaga dużo kapitału i technologii, w czym Szwajcaria jest mocna, jednak na początku było inaczej – manufaktury powstawały dosłownie w stodołach, wyposażonych jak wiejski warsztat. Alpejscy górale nie mogli więc wykorzystać swych przewag, za to słono płacili za surowce, transport, a potem też pracę, czego samochody wymagają wiele. W początkach XX wieku przywiezienie do Szwajcarii ponad tony stali kosztowało krocie – dlatego też, w uproszczeniu, lepiej było przerobić ją na wiele tysięcy luksusowych zegarków i wyeksportować za tysiące razy wyższą cenę. Doprawdy, zarabiania pieniędzy – jak wszystkiego innego – warto się uczyć od tych, którzy to już umieją.
Tymczasem w kraju mało kto kupował automobile, bo one słabo jeszcze radziły sobie w górskim klimacie i krajobrazie. Dopiero w okresie międzywojennym przejechanie samochodem alpejskich przełęczy przestało być wyczynem – dlatego w 1914r. w całej Szwajcarii jeździło tylko 5.411 samochodów osobowych i 920 ciężarowych (prawie wyłącznie na równinnym zachodzie kraju), a w 1929 było to już odpowiednio ponad 55 i 15 tys.
Przełom lat 20-tych i 30-tych to najwcześniejszy okres, z którego można znaleźć samochodowe zdjęcia z alpejskich dróg – np. słynnego mostu w dolinie Schöllenen (kanton Uri). Takie drogi – doskonałej zresztą jakości, jak wszystko w Szwajcarii – rząd wybudował właśnie wtedy, po uświadomieniu sobie strategicznego i gospodarczego znaczenia motoryzacji.
Foto: public domain
Przełęcz Julierpass w okresie wiosennym, połowa lat 30-tych
Foto: public domain
Foto: public domain
Mercedes 260 z 1928r.
Foto: public domain
Miasteczko Gruyères w rejonie Fryburga, znane z produkcji tak samo nazwanego sera
Foto: public domain
Wioska Samnaun przy granicy austriackiej, kiedyś słynąca z działalności przemytniczej, a dziś – ze strefy wolnocłowej, dzięki której turyści mogą tanio obkupić się paliwem, kosmetykami, tytoniem, alkoholem, itp.
Foto: public domain
Autobus z około 1930r., marki Saurer. To najważniejsza z historycznych szwajcarskich firm motoryzacyjnych, choć produkująca tylko pojazdy użytkowe (przed wojną świetnie znane w Polsce).
Foto: public domain
Jako ciekawostkę dodam, że najbardziej szwajcarski ze szwajcarskich kantonów, czyli Gryzonia – tam gdzie leżą najsłynniejsze alpejskie kurorty (Davos, St Moritz, Arosa) i obowiązują aż trzy języki urzędowe (niemiecki, włoski i retoromański) – w 1900r. wprowadził całkowity zakaz używania automobili. Sprawa wywoływała gorące emocje i była przedmiotem aż dziesięciu referendów. Dopiero po ćwierćwieczu, w czerwcu 1925r., większość zdobyli zwolennicy motoryzacji, choć już od 1921r. dopuszczano wyjątki od ogólnego zakazu (między innymi dla lekarzy, strażaków, itp.). Antysamochodowe nastroje niektórzy tłumaczą konserwatyzmem wiejskiej ludności (na wsiach automobilizm był bardzo niepopularny ze względu na wzniecany kurz, płoszenie zwierząt oraz rzekome zmniejszenie mleczności krów i nieśności kur), inni – wpływami lokalnych hodowców koni i… branży turystycznej, oferującej przyjezdnym między innymi przewozy luksusowymi powozami. Ostatecznie jednak zrozumiano, że regionowi bardziej pomoże wpuszczenie zagranicznych automobilistów.
Niestety – zniesienia gryzońskiego zakazu jazdy autami nie dożyła marka Piccard-Pictet.
***
Firma Piccard-Pictet została założona w 1895r. jako przemysłowe przedsiębiorstwo high-tech – wyspecjalizowane w budowie turbin wodnych i elektrowni. Wyróżniała się nadzwyczaj wykwalifikowaną kadrą, znającą się też na metalurgii, instrumentach precyzyjnych, itp. – co pozwalało zamawiać w świecie najlepsze komponenty i realizować zlecenia zagraniczne: inżynierowie Piccard-Pictet jeździli nawet na inne kontynenty, gdzie projektowali i realizowali inwestycje z pomocą lokalnych dostawców i podwykonawców, bez przywożenia niczego od siebie. Zamiast w budynkach i kosztownej maszynerii kapitał gromadzili w głowach i wypożyczali innym za sowite stawki.
Jeden z założycieli firmy, Paul Piccard, urodził się w 1844r. (tak, już wtedy rodzili się przyszli producenci samochodów!!) i w wieku 42 lat utworzył z działającym wcześniej przemysłowcem, Jules’em Faeschem, spółkę Faesch & Piccard & Cie. Jako wybitny inżynier (absolwent Politechniki w Zurychu) zgłosił wiele patentów: między innymi na efektywne odsalanie wody morskiej, wiele urządzeń hydraulicznych oraz wspomniane hydroelektrownie. To on między innymi zaprojektował najsłynniejszą wówczas elektrownię wodną, przy wodospadzie Niagara (1891r.). Po śmierci Faescha do spółki przystąpił Lucien Pictet – również absolwent Politechniki w Zurychu, urodzony w 1864r. i specjalizujący się w hydroenergii. Nazwę firmy Piccard & Pictet powszechnie skracano do Pic-Pic.
Paul Piccard
Foto: public domain
***
W 1904r. Piccard-Pictet skonstruowała wyścigowy bolid dla braci Charlesa i Frédérica Dufaux, do startu w Pucharze Gordona Bennetta. Pojazd posiadał jedne z pierwszych łożysk kulkowych w historii motoryzacji oraz jeden z pierwszych rzędowych silników ośmiocylindrowych – o pojemności 12,76 litra i mocy 90 KM.
Bracia w wyścigu nie pojechali (start uniemożliwiło pęknięcie mechanizmu kierowniczego), ale później ustanowili szwajcarski rekord prędkości na lotnym kilometrze – 114 km/h, choć pojazd mógł ponoć rozwinąć do 140. Bolid, znany pod nazwą Dufaux-Pictet, zachował się do dziś, w kolekcji braci Schlumpf w Miluzie.
Foto: Dwa lata później pasjonujący się raczkującą motoryzacją Lucien Pictet zauważył, że w Szwajcarii ten rynek jest zupełnie nieobsadzony. Wówczas był też bardzo mały, ale rozwojowy – dlatego też, dysponując kapitałem i renomowaną marką przemysłową, warto było spróbować. Pictet skontaktował się ze spółką S.A.G. (Société d’Automobiles à Genève), która od 1904r. importowała z Barcelony wczesne pojazdy Hispano-Suiza (skonstruowane zresztą przez Szwajcara, Marca Birkigta) i sprzedawała je u siebie, pod własną marką.
Paul Piccard – 20 lat starszy i bardziej konserwatywny od wspólnika – początkowo uważał automobilizm za fanaberię nowobogackich. Pictet działał więc samodzielnie: założył osobną spółkę Ateliers Piccard-Pictet & Cie, produkującą Hispano-Suizy na zlecenie S.A.G., a potem osobiście udał się do Barcelony, by kupić odpowiednie licencje. W 1906r. pojawiły się trzy pierwsze modele czterocylindrowe, najpierw z logo S.A.G.: 12/16 HP, 20/24 HP i 40/50 HP.
S.A.G. 20/24 HP z karoserią sportową
Foto: public domain
S.A.G. 40/50 HP (moc 50 KM dorównywała wtedy Rolls-Royce’owi Silver Ghost)
Foto: public domain
Auta wytwarzano oczywiście jako podwozia. Karoserie dorabiały firmy zewnętrzne, w tym najbardziej znane w kraju – genewska Carrosserie Gangloff AG i zuryska Carrosserie Geissberger.
W 1907r. pojawił się pierwszy sześciocylindrowy model 28/40 KM, pojemności 5,6 litra (wciąż na licencji Hispano-Suizy), zaprezentowany na Salonie Samochodowym w Paryżu. On jako pierwszy był eksportowany – na początku do Anglii, za pośrednictwem firmy Donne & Williams Limited. Poza Szwajcarią markę S.A.G. zastępowała renomowana Piccard-Pictet. Samochody startowały też w zawodach – między innymi w górskich wyścigach w Wogezach i na angielskim torze Brooklands.
W ciągu trzech lat powstało 165 podwozi – dużo, jak na ówczesną Szwajcarię, ale niewystarczająco do pokrycia kosztów. Dlatego w 1910r. Lucien Pictet – wraz z przekonanym już teraz Paulem Piccardem – postanowili wykupić S.A.G., opracować własną gamę modelową i sprzedawać samochody wyłącznie pod własną marką.
Dzięki temu śmiałemu ruchowi w samym 1910r. powstało 220 podwozi. Na zdjęciu – fabryka Piccard-Pictet, przy rue de Lyon 109 w Genewie.
Foto: public domain
***
Własne produkty Piccard-Pictet obejmowały modele czterocylindrowe: 2,4-litrowy 14/16 HP, 3,5-litrowy 18/24 HP i 3,8-litrowy 20/24 HP, które konstruował główny inżynier firmy, Leon Dufour. Wkrótce firma zaoferowała też cenione w segmencie luksusowym silniki bezzaworowe Knighta, zapewniające niezrównaną miękkość i kulturę pracy. Tym samym stanęła w jednym szeregu z największymi tuzami automobilizmu, jak niemiecki i angielski Daimler, francuski Panhard-Levassor i belgijska Minerva. Pod względem jakości wykonania szwajcarskie auta porównywano z Rolls-Royce’ami, co wynikało z doświadczenia producenta w mechanice precyzyjnej i ubocznego charakteru produkcji samochodów. Zarabiając na budowie elektrowni i urządzeń przemysłowych firma Piccard-Pictet nie miała wielkiej presji na zyski: automobile były swego rodzaju wizytówką firmy, a także osobistą pasją Luciena Picteta.
Lata 1910-14 to złoty wiek marki Pic-Pic. Produkcja wzrosła do jednego samochodu dziennie, kwitł eksport (również do USA i Ameryki Łacińskiej), a w kraju ważnymi klientami zostały armia i Czerwony Krzyż. W 1912r. pojawiły się nowe modele bezzaworowe – 20/30 i 30/40.
W czasie manewrów wojskowych w 1912r. sześciocylindrowy Pic-Pic 40 HP landaulet, z Leonem Dufourem za kierownicą, woził specjalnego gościa – niemieckiego cesarza Wilhelma. Później został sprzedany milionerowi z Zurychu, ze specjalną dopłatą za prestiż „wozu cesarza”.
Foto: public domain
Rok starszy 18/24 HP coupé chauffeur – z 3,8-litrowym silnikiem o klasycznym rozrządzie, mocy 24 KM i prędkości maksymalnej 60 km/h
Foto: Z. Patera, https://auta5p.eu
Unikatowy egzemplarz 20/24 HP z 1912r., ze sportową karoserią Gangloff, odrestaurowany w latach 70-tych i wystawiony w muzeum w Martigny
Foto:
A to mniejszy 14/16HP, również zabudowany u Gangloffa
Foto:
2,8-litrowy cabriolet 16/20 HP z 1913r.
Foto: public domain
W 1914r. Piccard-Pictet przygotował wyścigowy bolid na Grand Prix Francji (rozegrane 4 lipca, w ciężkiej atmosferze – zaledwie tydzień po zamachu w Sarajewie). Silnik miał pojemność 4,5 litra i utrudniający osiągnięcie wysokich obrotów rozrząd bezzaworowy, a mimo to rozwijał moc 107 KM i maksymalną prędkość 170 km/h (dla porównania: zwycięski, również 4,5-litrowy Mercedes osiągał 115 KM i 180 km/h przy układzie OHC). Jako jeden z nielicznych w stawce miał też czterokołowe hamulce (Mercedes nie, jako ostatni w dziejach zwycięzca Grand Prix).
Obaj fabryczni kierowcy – Francuz Paul Tournier i Anglik Thomas Clark – niestety odpadli (pierwszy doznał wypadku, drugi awarii), ale Clarkowi udało się ustanowić rekord okrążenia. Po wyścigu oba bolidy zostały naprawione, skarosowane po cywilnemu i sprzedane jako auta osobowe.
Foto: public domain
Foto: public domain
***
W czasie I wojny światowej firma podjęła produkcję amunicji – bo neutralność neutralnością, a żyć z czegoś trzeba. Zatrudniła 7.500 nowych pracowników (głównie kobiet) i zaopatrywała armię francuską. W ramach ciekawostki dodam, że pierwsze rakiety powietrze-powietrze – które wynalazł Francuz, Yves Paul Gaston Le Prieur – były testowane przez wystrzeliwanie z samochodu Piccard-Pictet, do którego przymocowano samolotowe skrzydło. Konstruktor obawiał się, że gazy wylotowe rakiet będą zapalać samoloty (budowane wtedy z drewna i płótna), wolał więc przeprowadzać próby na ziemi, ale przy prędkościach samolotowych, naonczas rzadko przekraczających 100-120 km/h. Testy wypadły pomyślnie, więc od 1916r. Francuzi wykorzystywali rakiety przeciwko niemieckim sterowcom.
W czasie wojny firma Piccard-Pictet zarabiała dobrze. Problem pojawił się w 1918r., kiedy popyt na broń znikł, a na samochody wcale nie wrócił. Wyniszczona Europa nie myślała o zbytkach, a nieliczni klienci preferowali tańsze auta z innych krajów. Tego nie przewidzieli panowie Piccard i Pictet, którzy wojenne zarobki zainwestowali w nowe linie produkcyjne, zdolne wypuszczać do tysiąca aut rocznie. Zakład prezentował się wspaniale, jednak zamówienia nie nadeszły i w lutym 1920r. firma ogłosiła upadłość.
Przez kolejne trzy lata samochody Piccard-Pictet produkowała spółka Ateliers des Charmilles SA, która wynajmowała paryską fabrykę silników lotniczych Gnome–Rhône (również bezczynną po zakończeniu wojny) i wykupiła licencje z prawami do marki Pic-Pic, widząc w niej wielki potencjał. Popyt pozostał jednak znikomy, a nowy, imponujący model Pic-Pic R3 nie trafił już na rynek.
Najczęściej pokazywanym samochodem marki jest bordowy egzemplarz trzylitrowego, bezzaworowego modelu R2 z 1920r., z nadwoziem dual cowl torpedo paryskiej firmy Saoutchik. Do dziś należy on do rodziny Pictet, a w 2018r. uczestniczył w konkursie elegancji Villa d’Este.
Foto: coachbuilt.com
Egzemplarz z 1922r., z nadwoziem Heimburger
Foto: public domain
Prototyp Pic-Pic R3 z 5,9-litrowym silnikiem V8 – przedstawiony w 1924r. w Genewie, ale nie wdrożony do produkcji
Foto: public domain
Wytwarzanie samochodów zakończyło się w 1923r., części zamiennych – w 1925r. Łączną ilość wypuszczonych aut marek S.A.G. i Pic-Pic szacuje się na 3.000.
Jeśli chodzi o założycieli firmy, Lucien Pictet jeszcze w czasie wojny powołał drugą spółkę, Société Industrielle de Machines Agricoles Rotatives SA, produkującą ciągniki i sprzęt rolniczy. Potem wyjechał do Paryża, gdzie prowadził firmę optyczną i zmarł w 1928r., w wieku 64 lat. Paul Picard w 1920r. przeszedł na emeryturę i 9 lat później zmarł w swojej willi w Lozannie, w wieku 85 lat. Sławę zdobyło też wielu jego krewnych: brat Jules był wybitnym chemikiem, syn Jules’a, Auguste – wynalazcą batyskafu i balonu stratosferycznego, a syn Auguste’a, Jacques – słynnym oceanografem. W pewnym momencie rodzina Piccardów dzierżyła równocześnie absolutne rekordy wysokości lotu (balonem) i głębokości zanurzenia. To naprawdę jst wyjątkowy naród…
***
Najstabilniejsze państwo, najdoskonalsza demokracja, najskuteczniejsza armia, najwyższa swoboda gospodarcza, najsilniejsza waluta, najpewniejsze banki, najlepsza medycyna i leki, najdokładniejsze zegarki, najsmaczniejsze sery i czekolady… Lista szwajcarskich specjalności jest długa i zdominowana przez owoce najwyższych kwalifikacji ludzkich. Nie znajdziemy na niej natomiast samochodów, bo mimo że one też należą (a raczej w XX wieku należały) do produktów high-tech, to wymagały zbyt wielu zasobów wyjątkowo dla Szwajcarów kosztownych. W tej branży maleńki kraj wciśnięty w serce najwyższych gór Europy nie mógł uzyskać konkurencyjności – dlatego marka Piccard-Pictet, mając zadatki na pełnoprawnego rywala Rolls-Royce’a, niestety nim nie została.
Niektórzy powiedzą, że Szwajcaria zwalcza motoryzację, ale to nie całkiem tak. Drakońskie kary za przekroczenia prędkości nie są spowodowane niechęcią do samochodów, ale ogólnym, skrajnie restrykcyjnym podejściem Szwajcarów do jakiegokolwiek naruszania porządku (podobnie jak grzywny za wesele przeciągnięte do po 22.00h, albo „zbyt głośne” spłukiwanie toalety w nocy). Warto jednak dodać, że w 2012r. szwajcarski parlament odrzucił ustawę umożliwiającą ustanawianie ekostref w miastach: powołując się na doświadczenia niemieckie stwierdzono, że korzyść środowiskowa jest niezauważalna, a koszty społeczne wysokie (co innego w Polsce – tu koszty społeczne można spokojnie zignorować).
Złomnik zdziwił się kiedyś, jak popularna w Szwajcarii jest Dacia – nie dodał jednak, że rekordy sprzedaży notują tam też Bugatti, Lamborghini czy Bentley. Po prostu, ludzie bogaci kupują dużo WSZYSTKICH aut – zarówno droższych, jak i tańszych. Poziom zmotoryzowania kraju pozostaje bardzo wysoki (540 aut na 1.000 mieszkańców – realnie, bez martwych dusz z CEPiKu), a średnia emisja CO2 na samochód jest najwyższa w Europie i… wcale nie chce spadać. Szwajcarów zwyczajnie stać na auta duże i fajne – a kogo stać na duże i fajne, ten będzie takie kupował, najwyżej uzupełniając je Daciami do odwożenia dzieci do szkoły. To również przeczy medialnym stereotypom, czytaj: współczesnej propagandzie, która odwraca kota ogonem i ludzki dobrobyt nazywa zacofaniem, a zamordyzm postępem.
Sam niekoniecznie chciałbym żyć w kraju, w którym przekroczenie prędkości o 16 km/h może oznaczać areszt, w mieszkaniach nie wolno używać pralek, a weselników rozgania się do domów o 21.59h. Podziwiam jednak Szwajcarów za to, że jak nikt inny potrafili zorganizować sobie bezpieczeństwo i warunki do skutecznego gospodarowania. Że rozumieją konieczność nieustannej obrony i kontynuacji solidnej, rzetelnej pracy mimo osiągnięcia bajecznego wprost dobrobytu, który tak straszliwie rozleniwił i zdemoralizował wiele innych społeczeństw. Że jako permanentni żołnierze rezerwy trzymają w domach najwięcej broni palnej w świecie, a przy tym mają jedną z najniższych stóp przestępczości, zadając kłam propagandowym tezom o władzy jako jedynej instytucji godnej prawa do samoobrony. Że w powszechnych referendach podejmują w większości mądre i dalekowzroczne decyzje, znów obalając pogląd o „głupich masach”, które dla ich własnego dobra należy zakuć w łańcuchy. I że nie pozwalają się w takie masy zamienić – bo świadomi wagi swych racji jak najbardziej przyjmują imigrantów, płacą im szwajcarskie pensje i emerytury, ale za pracę, a nie samo oddychanie, i tylko wyjątkowo przyznają obywatelstwo, czyli prawo głosu. Chcesz korzystać z bogactwa – włącz się do jego tworzenia. Swoją dolę dostanie każdy, kto robi coś wartościowego, ale nikt obcy nie będzie manipulował przy regułach, które od prawie dwustu lat przynoszą jedne z najlepszych rezultatów w świecie. Nikt nie wymusi usankcjonowania pasożytnictwa ani nie upodobni uporządkowanego kraju do dziadostwa, z którego sam wolał uciec.
Żeby jednak nie było tak różowo, obalę jeszcze dwa szwajcarskie stereotypy. Po pierwsze we wspominanej strefie wolnocłowej w Samnaun oprócz tradycyjnych towarów akcyzowych sprzedają też bez podatków biżuterię i zegarki. Tyle że na nie – inaczej niż na alkohol, tytoń czy benzynę – Unia Europejska nie daje bezcłowych limitów. Karton papierosów albo butelkę whisky austriacki celnik przepuści, ale na Rolexa zawsze nałoży cło i VAT liczone w tysiącach euro. Szwajcarzy znaleźli na to sposób: zupełnie otwarcie radzą klientom, żeby zegarek założyli na rękę, fakturę wysyłają elektronicznie, a puste, firmowe pudełko bezpłatnie przechowują do odbioru później, nawet po kilku latach (pustego pudełka nikt nie ocli, jeśli zawartość nie leży obok). Niby tacy praworządni, ale OBCE prawo omijają chętnie, jeśli mają w tym interes.
Po drugie – Szwajcaria to ponoć luksus i wypas w każdym calu. Nie to co polska bida, prawda? Tymczasem mój tata w któreś wakacje zrobił zdjęcie szwajcarskiego salonu Hondy i ustawił sobie na laptopie jako tapetę – żeby trollować narzekania centrali na „niski standard” i „niedoinwestowanie” swojej firmy.
Oto salon Hondy z ekskluzywnej, turystycznej miejscowości Lauterbrunnen. Zawsze miło pomyśleć, że choćby w tej dziedzinie Polska wyprzedza Szwajcarię!!
Foto: mojego taty
Foto tytułowe: public domain
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

ŹRÓDŁO
Niezwykle pouczające to podsumowanie o Szwajcarii…Daje do myślenia
Podzielam Twoją opinię. Interesujący był zwłaszcza wykład ekonomiczny o przyczynach sukcesu gospodarczego Helwetów. Zawsze się zastanawiałem dlaczego kraj bardzo podobny do Szwajcarii: niewielki i górzysty a mający jeszcze przewagę nad Szwajcarią w postaci dostępu do morza a mianowicie Albania nie odniósł sukcesu gospodarczego.
Czy zawinił islam hamujący wszelki postęp i nowoczesność czy kilkadziesiąt lat komunistycznej dyktatury nieodwracalnie zmieniające mentalność człowieka czy jeszcze coś innego, tego nie wiem.
Faktem jest jednak gigantyczna przepaść ekonomiczna dzielącą oba kraje.
Warunki naturalne mają niewielki wpływ. W każdym miejscu i czasie można gospodarować bardziej lub mniej efektywnie. Południowy-zachód USA, Australia albo Izrael leżą w dużej części na pustyniach, Kanada jest prawie lustrzanym odbiciem Rosji, a Nigeria i inne państwa afrykańskie mają olbrzymie zasoby mineralne, podczas gdy Japonia albo Szwajcaria żadnych. Chodzi właśnie o to, jak ludzie gospodarują i jak wykorzystują swoje możliwości.
W Szwajcarii religią dominującą, również dzisiaj przy postępującej laicyzacji społeczeństwa jest kalwinizm, pochwalający majątek i bogactwo, pod warunkiem, że został on zdobyty uczciwie.
Katolicyzm pochylał się nad biednym a wszelkie bogactwo traktował podejrzliwie, jako że zdobyte (być może) na krzywdzie ludzkiej, co wtedy było z resztą dość częste.
Zgadza się. U prostestantów praca i zarabianie pieniędzy jest formą modlitwy i służenia bliźnim – bo przecież jeśli ktoś nam płaci, to znaczy że robimy coś jemy potrzebnego, a przy okazji likwidujemy biedę. Dlatego nie ma w świecie takiego zjawiska, jak biedny kraj protestancki.
Laicyzacja nieodłącznie wiąże się z dobrobytem, bo ludzie bardziej pewni siebie i swojej przyszłości tracą motywację do rozważań metafizycznych. Natomiast wartości ukształtowane przez całe wieki w nich pozostają, niezależnie od tego, czy nadal praktykują religię, czy nie. Widać to szczególnie w kontaktach z całkowicie odmiennymi cywilizacjami – np. chińską albo którąś rdzennie amerykańską. Wtedy dopiero widzimy, jak bardzo jesteśmy ukształtowani przez chrześcijaństwo, nawet jeśli w kościele nie byliśmy od dwóch pokoleń.
Jakoś tak się złożyło, że najbardziej rozwiniętę rzemiosło/przemysł ogolnie wytwarzanie było i jest na terenach byłego Świętego Cesarstwa Rzymskiego.
My myślimy, a oni się bogacą..
Honda chyba ostatecznie odebrała autoryzację temu szwajcarskiemu salonowi – dziś jest tam tylko warsztat obsługujący Hondy i Skody. A sam numer telefoniczny został przejęty przez salon Skody w Wilderswil.
(ups, to miało pójść w głównym wątku)
Szybki Google search wykazuje też, że najpóźniej w 2016r. firma została postawiona w stan likwidacji: https://www.moneyhouse.ch/en/company/auto-amacher-ag-in-liquidation-20615198891. Więc pewnie teraz już działa jakiś inny podmiot.
Bardzo ciekawy artykuł – nie miałem pojęcia o istnieniu takiej marki (Rychtera czytałem bardzo dawno temu). A co do samej Szwajcarii, to mam znajomego, który mieszkał tam przez jakiś czas i miał raczej negatywne odczucia co do życia w tym kraju:
1. koszty życia są bardzo wysokie, zatem wprawdzie luksusowy samochód kosztuje mniejszą wielokrotność przeciętnego wynagrodzenia niż w Polsce, ale nie oznacza to, że tym samym dużo łatwiej go kupić (w PRL Maluch kosztował 20 pensji, ale mógł sobie na niego pozwolić nauczyciel podstawówki, bo jego struktura wydatków była inna);
2. ceny nieruchomości są horrendalne – w efekcie mój znajomy, który pracował w Szwajcarii jako nauczyciel nie był w stanie pozwolić sobie na nic więcej niż wynajęcie niewielkiej kawalerki i jeżdżenie Pandą – w kraju gdzie żyje największy odsetek milionerów;
3. i tutaj dochodzimy do problemu, z którego podobno nie zdaje sobie sprawy większość emigrantów ekonomicznych – nawet obiektywne polepszenie warunków życia możemy odbierać jako deprecjację w sytuacji, w której otoczenie żyje na dużo wyższym poziomie. Innymi słowy lepiej się czujemy jeżdżąc maluchem w kraju gdzie wszyscy jeżdżą maluchami, niż jeżdżąc Toyotą tam gdzie standardem jest Mercedes.
Ja też w Szwajcarii żyć bym nie chciał, ale to bardziej z uwagi na „pruską mentalność”.
Oczywiście, że koszty życia, a zwłaszcza mieszkania, będą horrendalne w małym kraju dającym wielkie możliwości. Ale wszystko zależy od alternatyw: w Polsce można dziś żyć w miarę wygodnie, z całkiem normalnej pracy, i to całkowicie zmienia nasze postrzeganie. W Szwajcarii nie znajdziemy dziś wielu Polaków – tamtejsi imigranci pochodzą z krajów znacznie biedniejszych. My przeżywaliśmy tę fazę dawno temu, dziś już nie musimy porzucać kraju żeby mieć względne wygody, więc bardziej cenimy inne aspekty życia „u siebie”.
Natomiast co do porównywania się z sąsiadami – to już kwestia mentalności człowieka. Są tacy, którym przeszkadza, że sąsiad ma lepiej, a inny cieszy się tym, co ma, a jeszcze niedawno nie miał. To już sprawa naszej wewnętrznej konstrukcji, zbudowanej bardziej lub mniej świadomie.
a są też tacy, którzy cieszą się jak „sąsiad” jest dużo bogatszy (jeśli tylko nie jest przy tym mendą) bo taki bogaty „sąsiad” często wyrzuca fajne rzeczy na wystawce 🙂
Albo zaprasza na zarąbiste „przejażdżki po godzinach”, nieraz wielokrotnie 😉 A przy okazji może bardzo wiele nauczyć o życiu, nawet zupełnie bezwiednie.
Oczywiście to prawda, że „istnieją ludzie i ludziska”, ale to jest kompletnie niezależne od majątku ani czegokolwiek innego i występuje w każdej możliwej grupie.
@Jerzy, też słyszałem raczej negatywne opinie. Szowinizm od wsiowego po landowy, nepotyzm. Uslander ma tam raczej średnio, zwłaszcza ambitny. Cóż, Szwajaria ma być miła i przyjemna dla Szwajarów.
I tak powinno być. Kraj jest przede wszystkim dla obywateli.
Zgadzam się, na początku roku 2000 w Niemczech zarabiało się kilkakrotnie więcej niż w Polsce, dziś jest to dwukrotność a np. lekarze mają dość zbliżone zarobki, choć pewne różnice oczywiście są ale nie takie, żeby opłacało się wyruszać na emigrację co zawsze jest ogromna zmianą w życiu każdego człowieka.
Otóż to: żeby podejmować wszystkie trudy i wyrzeczenia związane z emigracją, musimy dostać bardzo silne bodźce. Ktoś, kto u siebie żyje w miarę dobrze, rzadko chce zostawiać wszystko, co go ukształtowało.
@SzK, tylko widzisz w czasach internetu jednak tych trudów i wyrzeczeń jest o wiele mniej niż w czasach kiedy na Zachodzie różnice w zarobkach były kilkukrotnością.
To ovzywiście prawda, że dziś łatwiej pod wieloma względami. Ale niechęć miejscowych jest taka sama jak zawsze, podobnie jak pozistawienie za sobą wszystkich ludzi i miejsc, jakie się znało. Pewnych rzeczy możemy nie doceniać, dopóki ich nie stracimy.
Internet i łatwe odwiedziny w domu, tanimi liniami lotniczymi, jak najbardziej pomagają. Ale nie zastąpią bycia u siebie i poczucia obcości – które jest fajne na egzotycznych wakacjach, ale nie na co dzień, w zwykłym życiu.
Ja sam żyłem za granicą tylko 6 tygodni, na szkoleniu w Szkocji, w 2005r. Byliśmy tam w kilkanaście osób i w międzyczasie pozwolili nam aż dwa razy polecieć na weekend do domu, a i tak miałem tego dość pod koniec 🙂
@SzK, ehh widać , że w innym mieście się chowaliśmy, a także różnimy się wiekiem. Napiszę Ci później na messengerze jakie mam obserwacje co do emigranckich rodzin, bo latami obracałem się w towarzystwie dzieci z tego typu środowisk.
Przepraszam, kim jest milioner? Osoba posiadająca dochód netto milion dolarów rocznie czy majątek obliczany na milion dolarów?
Według badań cytowanych kiedyś przeze mnie, a przeprowadzonych przez Credit Suisse, milioner to osoba posiadająca milion dolarów majątku, po odjęciu wszystkich zobowiązań oraz wartości jednej, najwięcej wartej nieruchomości mieszkaniowej.
Badania cytowałem tutaj:
https://automobilownia.pl/perspektywa-insiderska-mysliwiec-przewagi-ladowej/
Oczywiście zgadzam się, że sama inflacja powiększa nam grono takich osób, ale ono mimo wszystko rośnie dużo szybciej niż pracują drukarki dolarowych banknotów.
Czyli właściciel dwóch mieszkań w dużym mieście już się łapie 😉
Tak, dziś jest to w zasadzie możliwe. Ale poza naprawdę drogimi metropoliami mieszkanie za milion dolarów to nie w kij dmuchał.
Piszę oczywiście z przymrużeniem oka, ale biorąc pod uwagę, że w Zurichu średnia cena m2 mieszkania to 65.000 zł, to wyjaśnieniem największego odsetka milionerów nie muszą wcale być bankierzy, właściciele fabryk zegarków, ani nawet dentyści w Ferrari, tylko ludzie, którzy latami pracy dochrapali się 3 pokoi w bloku, a drugie podobne mieszkanie odziedziczyli po babci 🙂
@Jerzy tylko, że raczej tylko wymienieni przez Ciebie specjaliści doczłapali by się tych 3 pokoi.
Korekta obywatelska, autor rakiet powietrze powietrze to Paul Gaston Le PrieUr i tak się one nazywały (le Prieur). Mało tam kogo zestrzeliły, ale na balony obserwacyjne działały. Poza tym reszta artykułu cymes nad cymesami, dzięki!
Bardzo dziękuję, poprawione!!
Kiedyś czytałem artykuł o rozwoju prawa patentowego. W XIX w. Szwajcarzy tłukli na potęgę „lewe” leki jak ognia unikając wprowadzenia prawa patentowego. Wprowadzili je dopiero kiedy Niemcy zagroziły zamknięciem granic. A i wtedy kombinowano, że patenty dotyczą tylko maszyn i urządzeń a nie substancji chemicznych i ich syntezy.
Zdaje się, że to z armią i trzymaniem ckm u w pokoju to też mit od wielu lat.
Zanagażowanie obywateli też w rzeczywistości może być inne niż się powszechnie wydaje – kiedy w Polsce podczas ostatniego wyboru między syfilisem a kiłą do urn ruszyło się ok. 80% uprawnionych ostatnie wybory parlamentarne w Szwajcarii miały frekwencję ok 46%.
W internetach piszą, że ujemną inflacja to kryzys, recesja i upadek gospodarki. Nie wiem, w kwestii ekonomii zanm tylko podstawy podstaw i niezbyt smaczny kawał o pijanych ekonomistach wracających z baru przez park…
Na pewno kupony od pewnych decyzji odcina się długo.
A tak troche na boku: kolega swego czasu dostał propozycje pracy w Szwajcarii – jako projektant/konstruktor. Ale takiego traktowania z góry niedoswiadczył ani przy współpracy z Niemcami ani Amerykanami. No i jeszcze dostał propozycje, żeby żonę i dziecko to zainstalować gdzieś w Niemczech czy innej Francji, bo w Szwajcarii to lepiej nie…
Od lepszych na pewno warto się uczyc; trzeba tylko pamiętać, że trzeba z tej nauki wyciągnąć wnioski ale nie próbować niczego kopiować, bo wiele dróg, którymi podążali u nas jest zamkniętych albo nigdy nie istniały.
Deflacja nie jest dobra, bo hamuje rozwój (po co masz inwestowac pieniądze, które zarabiają same z siebie leżąc na koncie?). Zdrowa jest niewielka infalcja (<2,5%), bo "aktywizuje" pieniądz. Aczkolwiek ekonomistą nie jestem 🙂
@Łukasz no tylko, że do inwestowania na dzień dzisiejszy nadaje się jakieś kilka procent społeczeństwa. Zdecydowaną większość branż mamy zabetonowane przez korporacje.
Inflację chwali propaganda, bo państwo zawsze chce drukować pieniądze naszym kosztem, więc będzie mówiło, że to dobre. Poza tym państwo ma gigantyczne długi i codziennie zaciąga nowe, dlatego lubi sytuację, żeby dług tracił wartość i znikał sam.
Generalnie dzisiejszy pieniądz nie jest żadną wartością, tylko widzimisię polityków, którzy tworzą go z niczego, ile mają ochotę – dlatego najlepiej nic nie trzymać w gotówce.
Wiadomo, że czepiać się można wszystkiego i wszędzie znajdziemy do tego powody. Ale w Szwajcarii jest ich stosunkowo najmniej, zwłaszcza w dziedzinie gospodarki (bo zamordystyczne podejście Szwajcarów do „porządku publicznego” naprawdę odpowiada chyba tylko im).
Prawo patentowe to ogólnie kontrowersyjna sprawa – gdyby w dzisiejszym kształcie obowiązywało 100 czy 200 lat temu, nie istniałaby rozwinięta gospodarka. To, co miało w założeniu wspierać wynalazczość, stało się narzędziem do zapewniania sobie monopolu przez ustosunkowane podmioty (patrz nowy środek do klimatyzacji obowiązujący wyłącznie w UE). Ogólnie złożony temat, ale brak prawa patentowego nie jest wcale większą patologią niż prawo patentowe w takiej formie, w jakiej działa dziś.
Co do inflacji – vide moja odpowiedź do komentarza Łukasza. Państwo zawsze będzie wychwalało inflację, bo bez niej by dawno zbankrutowało. Gorzej z posiadaczami jakichkolwiek pieniędzy – dla nich to po prostu rabunek. Generalnie w dzisiejszym systemie waluty rozumianej jako decyzja polityczna niepotrzebne byłyby jakiekolwiek podatki: wystarczyłoby drukować odpowiednią ilość waluty i skutek byłby identyczny, tzn. państwo przejęłoby określoną część plonów obywateli. Byłoby to nieporównanie prostsze i tańsze od utrzymywania aparatu skarbowego, tyle że niekorzystne politycznie (nie budowałoby w obywatelach poczucia, że są coś władzy winni, nie pozwalałoby permanentnie inwigilować 100% obywateli i 100% firm, a w skrajnych przypadkach nawet doprowadzać do bankructwa dowolnie wybranego podmiotu przez samo ogłoszenie kontroli, co dzieje się może nie często, ale w pewnych „pożądanych” przypadkach działa bardzo niezawodnie).
Armia szwajcarska jak najbardziej działa na odwiecznych zasadach, tylko w ostatnich latach została zmniejszona – bo faktycznie, aktualni sąsiedzi Szwajcarii raczej jej nie zagrażają, a w odległe konflikty Szwajcarzy co do zasady się nie mieszają (chociaż w misjach pokojowych ONZ uczestniczą). W 2018r. było referendum, w którym gruba większość opowiedziała się za pozostawieniem aktualnego systemu i odrzuciła propozycję budowy małej armii czysto zawodowej. Można na ten temat znaleźć informacje w jedną minutę.
A ślepo kopiować oczywiście nie należy nikogo, za to pewne kluczowe wartości trzeba wyznawać. Cywilizacja, którą określamy mianem łacińskiej, w obecnym stuleciu odwróciła swoje wartości o 180 stopni i przez to weszła na równię pochyłą. Natomiast Szwajcarzy pokazują, że tak nie musi być. Że świadomość źródeł własnej pozycji i dobrobytu pozwala tę pozycję i dobrobyt utrzymywać, przez kontynuację pracy i poświęceń (choćby we wspomnianej armii). Oni potrafią nadal solidnie pracować i regularnie chodzić na ćwiczenia wojskowe, mimo że nikomu naokoło od dawna się nie chce. Potrafią zagłosować przeciwko płaceniu ludziom za żywota, chociaż byłoby ich na to stać prędzej niż kogokolwiek innego, albo zrezygnować z zakazów jazdy starszych samochodów, mimo że ochrona środowiska jest tam naprawdę na pierwszym miejscu (ale taka prawdziwa, a nie służąca nabijaniu kabzy polityków i korporacji). Są tacy, bo pamiętają fundamentalne zasady, na których zbudowana została nasza cywilizacja i rozumieją ich znaczenie. Jak na razie wychodzą na tym lepiej niż jakikolwiek inny kraj Europy.
wstęp rewelacyjny, powinien być jeszcze dłuższy, bo czytało się o wiele ciekawiej od głównego opisu samochodów 🙂
Tylko nie ładnie nie wspomnieć o Polaku i to nie byle jakim, a mianowicie Stefanie Kudelskim, który w Szwajcarii produkował najlepsze na świecie przenośne reporterskie i szpiegowskie magnetofony szpulowe NAGRA, które można zobaczyć w każdym poważnym filmie (zwykle Amerykańskim) o różnych agentach itp,
Na magnetofonie Nagra nagrywane były w kosmosie choćby słowa Neila Armstronga „Jest to mały krok dla człowieka, ale wielki krok dla ludzkości”, używali ich też wspomniani w artykule Piccardowie oceonograf i himalaista w swoich wyprawach, no i ogromna większość radiowców i filmowców na całym świecie (o ile ich było stać na taki magnetofon)
typowa reporterska Nagra IV: (mam taką 🙂 )
https://images.hifido.co.jp/18/584/58449/c.jpg
miniaturowa szpiegowska Nagra SN:
https://location.hifivintage.eu/34864/location-nagra-sn-n.jpg
a firma działa nadal, niektórzy pewnie nie wiedzą nawet, że większość systemów kodowania kanałów telewizji satelitarnej jest właśnie Nagry
Super, nie miałem pojęcia. Z takich „polonijnych” firm szwajcarskich kojarzę tylko Patek Philippe.