VENI, VIDI: EL CONDOR PASUJE? cz. II

 

„Imperium Inków” – zwykliśmy mówić o państwie, które rozwijało się w Andach od XII wieku aż do przybycia hiszpańskich najeźdźców w latach 30-tych wieku XVI. Nie każdy jednak wie, że „Inkowie” to nie określenie narodu, a jego władców: „imperium Inków” nie znaczy więc tyle, co „państwo egipskie”, a raczej „państwo faraonów”.

W ciągu 400 lat Inkowie podbili większą część Andów – tereny dzisiejszego Peru, Ekwadoru oraz częściowo Boliwii, Chile, Kolumbii i Argentyny, zamieszkałe przez zróżnicowaną etnicznie ludność, z przewagą językowych grup quechua i aymara. Nie byli tak okrutni jak Majowie czy Aztekowie (tzn. ofiary z ludzi składali sporadycznie i pojedynczo, a nie setkami w trybie ciągłym), ale i oni prowadzili brutalną ekspansję militarną i zniewalali podbite ludy. W tym względzie nie różnili się od hiszpańskich kolonistów, tyle że nie opuszczali swojego kontynentu.

Inkaskie społeczeństwo było zorganizowane według trzech zasad: nie kradnij, nie kłam i nie bądź leniwy. Każde ich złamanie karano śmiercią. Gospodarka opierała się na zaawansowanym, bardzo wydajnym rolnictwie (uprawiano głównie ziemniaki, kukurydzę i inne lokalne zboża, warzywa, bawełnę oraz kokę), a także hodowli lam i alpak. W czterech miesiącach wolnych od prac polowych lud miał obowiązek pracować dla władcy – tak powstawały monumentalne budowle Inków (w większości niedokończone, bo Hiszpanie zastali kraj w szczycie „boomu inwestycyjnego”). Armia liczyła około 100 tys. żołnierzy, którzy podbili większość andyjskich ludów. Jednym z nielicznych wyjątków było plemię Uros, zamieszkujące okolice jeziora Titicaca.

Jezioro Titicaca mierzy 190 x 80 km, leży na obecnej granicy Peru i Boliwii i jest najwyższym w świecie żeglownym akwenem (3.910 metrów n.p.m.) – dzięki temu stanowi niepowtarzalną okazję doświadczenia jednocześnie choroby wysokościowej i morskiej. W normalnych czasach nasza wycieczka płynęłaby po boliwijskiej stronie jeziora, ale obecnie wyjechanie o 20 km poza wyimaginowaną kreskę na mapie uchodzi za śmiertelne zagrożenie (w przeciwieństwie do przejechania ponad 2.000 km i trzech stref klimatycznych bez przekraczania tej linii, albo 20.000 km w samolocie). Dlatego wypływamy z peruwiańskiego Puno, gdzie port porasta gruby, cuchnący kożuch rzęsy wodnej.

 

Indianie Uros nie poddali się Inkom, tylko uciekli na środek jeziora. Nauczyli się budować sztuczne wyspy z grubej trzciny zwanej totorą oraz żywić się jej łodygami i występującymi tu obficie rybami. Inkowie machnęli ręką i Uros żyli sobie spokojnie przez tysiąc lat – aż odkryli ich turyści.

 

Dzisiaj turyści zapewniają tubylcom większość dochodów. Tradycyjny styl życia pozostał spektaklem dla gości: wielu Uros mieszka na stałe w Puno, a i reszta ma murowane domy, fotowoltaikę i wi-fi, a także szybkie łodzie motorowe.

 

Lokalny przewodnik (kurtka czarna) – urodzony na jeziorze, ale zamieszkujący od lat w Puno – opowiada o budowaniu dryfujących wysp, kotwiczeniu ich do drewnianych pali i ciągłym naprawianiu nowymi warstwami totory. Wtóruje mu prezydent wyspy (kurtka biała) – obieralny opiekun pilnujący „stanu technicznego” siedziby i przyjmujący wszystkich turystów.

 

Poznajemy tradycyjne rękodzieło…

 

…i tradycyjne domostwa – bez fotowoltaiki i komputerów, ale już z foliowym uszczelnieniem dachu :-). To oczywiście na pokaz: większość młodzieży kończy szkoły na lądzie i tam się żeni, a na trzcinowe wyspy przypływa do pracy, przestawiać turystom niecodzienne widowisko. Pokazy łączy się „z możliwością zakupu” tradycyjnych wyrobów.

 

Zostajemy przewiezieni tradycyjną, ceremonialną łodzią wiosłową, używaną tylko na specjalne okazje. Prezydent nazywa ją „naszym Mercedesem„.

 

Przy wiosłach – między innymi sam prezydent!! (to nie udzielny książę, tylko odpowiedzialny nadzorca, więc pracy się nie boi). Towarzyszą nam jego dzieci, fachowo pomagające przy cumowaniu.

 

Z wysp trzcinowych płyniemy na naturalną – zwaną Taquile i również zamieszkałą przez Indian, ale już z grupy quechua (dominującej w imperium Inków i mówiącej jego urzędowym językiem, do dziś drugim najpopularniejszym w Peru, po hiszpańskim). Rejs trwa prawie dwie godziny. Obawy o chorowanie do kwadratu nie sprawdzają się: woda jest gładka, a i wysokość powoli przestaje nam tak bardzo przeszkadzać (przynajmniej dopóki nie podejmujemy wysiłku).

Jezioro Titicaca jest głębokie (przeciętnie 140-180 metrów, maksymalnie nawet 280), bardzo zimne (6-13ºC), a poza portami – nawet dość czyste. Na dnie odkryto ruiny pre-inkaskiego miasta, prawdopodobnie kultury Tiahuanaco, które mogło inspirować legendę o zatopionym złocie Inków. Archeolodzy już je zbadali – żadnych skarbów (już?) tam nie ma.

Banderę mamy peruwiańską, ale góry przed nami to Boliwia (która na Titicaca utrzymuje flotę wojenną liczącą aż 5.000 marynarzy – największą wśród krajów bez dostępu do morza)

 

Wyspa Taquile również poorana jest pradawnymi tarasami

 

Przed cumowaniem dyżurne Indianki kontrolują nas termometrami na podczerwień (jak w każdym muzeum, restauracji i sklepie w kraju)

 

W końcu przybijamy do kameralnej zatoczki, która przypominałaby greckie wyspy, gdyby nie te wszechobecne tarasy

 

Na brzegu wita nas prawdziwy szaman, w czapce rozsławionej przez byłego premiera Polski. Szaman ma 83 lata i cieszy się wielkim autorytetem – czasem występuje w telewizji, w tym w zagranicznych programach krajoznawczych.

 

Szaman ma przygotowane słodkie wino dla matki-Ziemi („matka-Ziemia uwielbia słodycz!!„), zbiera też od wycieczki liście koki. Wypytuje, co szczególnego leży komu na sercu, by przedstawić nasze sprawy siłom wyższym.  

 

Jak to w Ameryce Łacińskiej, rytuał zawiera pewne symbole chrześcijańskie (znak krzyża i przywoływanie Trójcy Świętej), ale jego istota pozostaje pogańska, z całopalną ofiarą z koki, krowich odchodów i słodkiego wina (gronowego – znów element kolonialny). Dla dobra sprawy na stos trafia też pojedynczy dolarowy banknot!!

 

Rytuał przebiega pomyślnie: z ognia i dymu szaman wnioskuje, że wszystkich nas czeka jeszcze wiele wspaniałych podróży, a do Peru zawita wkrótce więcej turystów niż kiedykolwiek. Zgodnie interpretujemy to jako przepowiednię końca pandemii 🙂 . Potem zjawia się rodzina szamana.

Po pokazie tradycyjnego tańca i muzyki (granej na andyjskiej odmianie fletni Pana)…

 

…korowód prowadzi nas w podskokach pod górę. Dopiero teraz w piersiach czujemy, że do pełnej aklimatyzacji trochę nam jeszcze brakuje.

 

Przed domem szaman demonstruje sztukę robienia czapek na drutach. U Indian to zajęcie męskie, którego uczą się już kilkulatki. Kolory, pompony i inne szczegóły czapki tworzą kod – mówią o wieku, stanie cywilnym, pełnionych urzędach… Bardzo ważna jest staranność wykonania, decydująca o powodzeniu kawalera u dziewczyn – bo indiańscy młodzieńcy nie różnią się społeczną pozycją, za to zręcznością i pracowitością – owszem, jak wszędzie na świecie.

 

Gospodarze zapraszają na obiad: zupę z amarantusa (w Andach to jedno z pospolitych, tradycyjnych zbóż), kukurydziane pieczywo i świeżą rybę z grilla. Ziemniaki – pochodzące z Peru i występujące tu w kilkuset odmianach – traktuje się jak warzywo (obok ryby leży ledwie kilka frytek, wymieszanych z gotowaną marchewką i zieloną fasolką), natomiast rolę skrobiowego wypełniacza pełni ryż – przywieziony z Azji, ale świetnie udający się na wilgotnym wschodzie Peru. Posiłek kończy słodki kisiel z fioletowej odmiany kukurydzy, z dodatkiem cząstek owoców.

Na budowie obok oglądamy antysejsmiczną konstrukcję budynków, opartą na zbrojonych, betonowych filarach nośnych i wypełnieniu z cegły. To nowoczesna adaptacja metod Inków, których budynki stoją od prawie tysiąca lat, mimo trzęsień ziemi nawiedzających każde miejsce w Andach kilka razy na stulecie.

 

Po obiedzie wędrujemy na drugą stronę wyspy, gdzie w międzyczasie przepłynęła nasza łódź. Z podejściem radzimy sobie nieźle, choć wciąż chodzimy pomału i musimy stawać, by cokolwiek powiedzieć.

 

U szamana było przedstawienie, tu jest prawdziwe życie

 

W drodze powrotnej na jeziorze łapie nas burza, ale żadnych kłopotów nie sprawia (łódź jest na szczęście zakryta). Nie ma więc choroby morskiej, wysokościowa pomału odpuszcza…

…a w Puno czeka na nas kolacja z peruwiańskim przysmakiem – pieczoną świnką morską, która w smaku przypomina królika. Indianie mięsa jedli ogólnie mało, a jeśli już, to w Ameryce Środkowej indyki i dzikie iguany, zaś w Południowej – świnki morskie i (bardzo rzadko, przy wyjątkowych okazjach) alpaki i lamy.

***

Kolejny ranek i kolejny budzik o 4.00h. Wczesne wstawanie nie męczy zbytnio, bo jesteśmy z Polski – więc zamiast przestawiać się o siedem godzin, przestawiliśmy się o trzy albo cztery (do tego czasem drzemiemy w autobusie). À propos autobusu: w czasie naszej przygody marynistyczno-wyspiarskiej kierowcy zorganizowali lakierowanie tylnego słupka.

Wczesna pobudka tym razem służy oglądnięciu wschodu słońca nad Puno i jeziorem Titicaca. Bardziej podziwiamy jednak lokalną młodzież, na oko w wieku 12-16 lat, która już teraz, przed 6.00h, uprawia na pobliskim boisku jogging i koszykówkę. Czyżby rozgrzewka przed szkołą?

 

Autobus bierze kierunek na Cuzco/Cusco – dawną stolicę Inków, uważaną przez nich za pępek świata (jak przez dawnych chrześcijan Jerozolima). Trasa liczy prawie 400 km, z najwyższym punktem na 4.335 metrów n.p.m., ale celem na „zaledwie” 3.400 metrach.

To jeszcze Puno i opisywana wcześniej, antysejsmiczna konstrukcja budynków

 

Po drodze leży Juliaca – nieładne i chaotyczne miasto przemysłowe, którego ulice przypominają Indie (są jednak znacznie czystsze – bo jakkolwiek obrzeża peruwiańskich miast nie grzeszą urodą i toną w plastikowych śmieciach, to nie odpychają brudem ani zapachem)

 

Kapliczki upamiętniające ofiary wypadków stoją dosłownie na każdym kilometrze. Gdzieniegdzie nawet grupowo.

 

Nowoczesny dom antysejsmiczny (z wystającymi u góry prętami, by w przyszłości łatwiej dorobić kolejne piętro dla kolejnego pokolenia) sąsiaduje z wiekowym budynkiem z suszonej cegły. Pod sklepem – japońska ciężarówka, japoński van i japoński pick-up.

 

W Peru roboty drogowe oznaczają czasowe zamknięcie drogi, bez ostrzeżenia. Kilkudziesięciominutowe odprężenie nikomu jeszcze nie zaszkodziło, prawda? Po dwóch takich przerwach i jednym objeździe miedzą pytam Nestora, ile mamy opóźnienia? „Około zera… Remonty to tutaj norma, wkalkulowujemy je w plan„.

 

Na wszelki wypadek lepiej jednak nadganiać. Na prostych przekraczamy chwilami 100 km/h.

 

Tarasy, nieraz opuszczone od pokoleń, przecinają niemal każdą górę. A z gór składa się prawie cały kraj.

 

Odpoczywamy na przełęczy La Raya, granicy prowincji Puno i Cuzco, na wysokości 4.335 metrów. Niedaleko bije źródło rzeki Paucartambo, która niżej zmienia nazwę kolejno na Yavero, Urubamba, Tambo i Ucayali, a potem, w pobliżu brazylijskiego miasta Iquitos, łączy się z rzeką Marañon tworząc Amazonkę. Nachodzi nas refleksja, że tak wielu podróżników zginęło szukając źródeł Amazonki – tymczasem te źródła Europejczycy znali od czasów Pizarro, tylko nie wiedzieli, że to jest to.

 

Nie, to nie jest słynna kolej Ferrocarril Central Andino, którą w połowie XIX wieku budował polski inżynier, Ernest Malinowski, i która do 2000r. była najwyższą linią kolejową świata (wyjeżdżającą na prawie 4.800 metrów). Dzieła Malinowskiego na wycieczce nie oglądamy, ale na takiej wysokości każde kolejowe tory są prawdziwym cudem inżynierii (zwłaszcza XIX-wiecznej).

 

Opóźnienia generują nie tylko remonty, ale i lokalne fiesty. Na to też nikt się nie złości – w tej części świata czas płynie chyba inaczej.

 

Nestor miał rację: mimo przymusowych postojów do Cuzco dojeżdżamy o czasie i od razu zwiedzamy miasto, zbudowane przez Hiszpanów na ruinach zdobytej stolicy lokalnego imperium. Całkiem jak Mexico City, tyle że tam pozostałości po Aztekach prawie nie ma, a tutaj inkaskie mury wkomponowane są w prawie każdy budynek Starego Miasta.

Cuzco leży po drugiej, wilgotnej stronie gór. Na 3.400 metrach nie ma już klasycznej dżungli, a temperatury pozostają niskie, jednak na powitanie oblewa nas deszcz. Na szczęście zaraz przechodzi.

 

Brukowane ulice z centralnym kanałem ściekowym to wynalazek inkaski

 

Serce Cuzco tworzą resztki najważniejszych pałaców i świątyń niegdysiejszego imperium. Na ich fundamentach Hiszpanie zbudowali kościoły, klasztory i całe kolonialne miasto.

 

Sporo inkaskich zabytków kryje klasztor dominikanów. Przez długi czas nikt o tym nie wiedział – aż w 1950r. bezcenne mury odsłoniło trzęsienie ziemi. Niedługo później miejsce odrestaurowano i udostępniono turystom.

Inkaskie budowle wznoszono z idealnie dopasowanych głazów, bez użycia zaprawy, układając je w sposób pomagający przetrwać trzęsienia ziemi. Charakterystycznym elementem są trapezowe okna, rozpowszechnione w regionie Cuzco do dzisiaj. 

 

Makiety pokazują przypuszczalną rekonstrukcję świątyń. Wyglądają mniej efektownie od piramid Egipcjan czy Azteków…

 

…ale jakość roboty imponuje i dzisiaj. Nie do wiary, że budowniczowie tych murów nie znali koła, zwierząt pociągowych, żelaza ani pisma (poza węzełkowym kipu, będącym prawdopodobnie tylko zapisem rachunków). Kamienie obrabiano innymi kamieniami – z precyzją niewymagającą użycia spoiwa. Rezultat przetrwał już prawie tysiąc lat i niezliczone trzęsienia ziemi.

 

W katedrze niestety nie wolno fotografować, ale przynajmniej wolno ją zwiedzać. Ogrom i bogactwo wystroju robią wrażenie odpowiednie dla stolicy regionu, z którego hiszpańscy koloniści w ciągu trzech stuleci wywieźli 180 ton złota i 16.000 ton srebra.

 

Dzień kończymy spacerem po kolonialnym Starym Mieście…

 

…i „kolacją folklorystyczną”, ze stekiem z alpaki (smakuje całkiem jak wołowy), lokalną muzyką i tańcami. Niektórych z nas – w tym Anię – indiańscy tancerze porywają na parkiet, co kończy się utratą tchu najdalej przy końcu pierwszego kawałka. No cóż, dla nas to dopiero trzeci dzień na wysokościach – ale postęp jest, bo potrafimy już skakać przez trzy minuty, a dwa dni wcześniej ledwie pokonywaliśmy stopnie autobusu.

***

Z Cuzco nasz autobus wraca do oddalonej o ponad tysiąc kilometrów Limy. My zostajemy i na kolejne dwa dni dostajemy lokalny pojazd z załogą.

Widzieliście kiedyś autobus tej marki? Producentem jest peruwiańska spółka MODASA (Motores Diesel Andinos), ale podwozi z silnikami dostarcza VAG.

 

Dzień zaczyna się kolejnym „pokazem z możliwością zakupu”. Młoda Indianka demonstruje pranie świeżo ściętej wełny alpaki, z użyciem naturalnych korzeni zamiast mydła…

 

…ręczne przędzenie…

 

…oraz barwienie. Naturalnie alpaka czy lama jest biała, czarna lub brązowa, lecz ludność andyjska już setki lat temu wynalazła naturalne barwniki. Np. czerwień koszenilową, pozyskiwaną z pasożytów żerujących na kaktusach (owe kaktusy uprawia się tylko po to, by zalęgły się na nich robaki na barwnik!!).

 

Roztarcie maleńkiego, białego owada daje niespodziewanie dużą ilość krwistoczerwonej substancji, nieszkodliwej dla człowieka i nieblaknącej w słońcu czy praniu (koszenili używa się też do kosmetyków i wyrobów spożywczych).

 

Dowolny kolor można uzyskać z roślin, korzeni, itp. Przykładowo fiolet – z popularnej w Peru fioletowej kukurydzy.

 

Komu mate de coca?

 

Wyjeżdżamy z kotliny Cuzco, po czym zjeżdżamy ostro w dół, w dolinę Urubamby – świętej rzeki Inków i jednej ze źródłowych rzek Amazonki. W trudno dostępnym niegdyś rejonie leży inkaska twierdza Ollaytantambo. W 1536r., po upadku Cuzco, przed Hiszpanami bronił się tu lokalny przywódca Manco Inca. Mimo powstrzymania wrażego natarcia nie czuł się bezpiecznie i zarządził taktyczny odwrót w głąb dżungli (której zakuci w żelazo, konni najeźdźcy bardzo się bali). Tam założył inkaską stolicę na wygnaniu – zapomnianą na kilka wieków Vilcabambę, która utrzymała niezależność jeszcze do 1572r.

Do Vilcabamby turyści nie jeżdżą, bo to wciąż niedostępny teren (no i niewielka atrakcja – miasto było malutkie i prowizoryczne). Świetnie zachowała się za to  forteca Ollaytantambo, która robi wielkie wrażenie. Na myśl o wspinaczce na samą górę połowa wycieczki wpada w popłoch, ale pomału, schodek po schodku, wszystkim udaje się wyjść. 

 

Tak wygląda z góry twierdza, żyzna dolina Urubamby i ogromna góra, w której Inkowie wykuli spichlerze działające jak naturalne lodówki (widać, prawda?)

 

Znów podziwiamy inkaskie murarstwo. Niektórzy wycieczkowicze konstatują, że to musieli budować kosmici, no bo jak to tak – bez pisma, metalowych narzędzi, koła, siłą samych rąk ludzkich…? Wszystko jest jednak opisane: głazy odłupywano prostymi metodami (np. drewnianymi klinami polewanymi wodą, by spęczniały, albo rozgrzewaniem w ogniu i natychmiastowym chłodzeniem lodowatą wodą), a próby przeciągania kilkunastotonowych bloków na okrągłych pniach drzew, wyłącznie siłą ludzi, organizuje się z powodzeniem i dzisiaj.

 

My, współcześni, nie dowierzamy, bo mamy pewną obsesję: musimy mieć efekt tu i teraz, w dodatku tanio. Tymczasem dawne cywilizacje podejmowały projekty trwające np. 200 lat (nawet w Europie niektóre gotyckie katedry budowano dłużej), no i dysponowały całymi rzeszami niewolników, karmionych wielkimi nadwyżkami inkaskiego rolnictwa, z pobudzającymi liśćmi koki włącznie.

Poddani Inków – około 12 mln ludzi – przez cztery miesiące w roku pracowali wyłącznie na rzecz państwa (wznosząc np. takie twierdze), a i tak w 400 lat wielu projektów nie zdołali dokończyć – w Ollaytantambo widać np. głazy porzucone na rampach (poniżej). Tak że tego – kosmici byliby chyba skuteczniejsi…

 

Jeszcze ciekawostka: żyzna gleba doliny została importowana z jej górnej części – pre-kolumbijscy specjaliści znaleźli odpowiednią ziemię i wrzucili ją do rzeki, a niżej odzyskali. To byli naprawdę mistrzowie rolnictwa, zwłaszcza jak na ówczesny stan techniki i ciężkie, wysokogórskie warunki.

Dalej w dół rzeki nie ma już drogi, więc przesiadamy się na pociąg, udający się do najbardziej spektakularnej atrakcji całego Peru – uznanego na jeden z nowożytnych cudów świata Machu Picchu

 

W pociągu, obok podwójnych maseczek, obowiązują dodatkowo przyłbice. Psychoza do sześcianu. Szczęśliwie jesteśmy już ledwie powyżej 2.000 metrów i oddychamy lekko, możemy więc skoncentrować się na krajobrazach doliny Urubamby. Pomaga w tym puszczana w pociągu, andyjska muzyka i gęste chmury, dodające górom majestatu. Podróż trwa 1,5h.

 

Turystyczna wioska u stóp Machu Picchu leży już na granicy dżungli. Tu znów wsiadamy do autobusu, który wspina się szutrowymi serpentynami pod samo kamienne miasto. Hardkorowcy mogą iść pieszo, starą inkaską ścieżką, co jednak zajęłoby kilka godzin (Inkowie nie znali koła ani nie jeździli wierzchem, ale piesze drogi przez góry budowali świetne).

 

Ta droga, wąska i wijąca się w prawie pionowej ścianie, przypomina południowoamerykańskie drogowe dreszczowce z YouTube. Niestety, nie ma jej jak sfotografować, bo w autobusach liniowych trzeba grzecznie siedzieć na miejscu. W podwójnej masce z przyłbicą.

 

Machu Picchu pierwotnie nazywało się Patallaqta („miasto na schodach”) i powstało dopiero w XV wieku – funkcjonowało więc przez zaledwie kilkadziesiąt lat (około 1460-1540). Jego przeznaczenie jest niejasne: wiadomo że mieszkańcy, w liczbie około 750, pochodzili z różnych stron i plemion, i że niewielkie, bardzo wąskie tarasy nie mogły ich wyżywić (żywność trzeba więc było przywozić). Istnieją teorie o wiodącej funkcji religijnej (w większości grobów leżą same kobiety, być może mniszki?), albo naukowo-badawczej – bo na tarasowych polach znaleziono różne nasiona, jak gdyby ktoś badał wpływ różnych wysokości, rodzajów gleby, nasłonecznienia, itp., na poszczególne gatunki. Zabudowania wyraźnie dzielą się na część mieszkalną i świątynno-administracyjną.

Pierwszy widok Machu Picchu, zaraz za bramą, zapiera dech w piersiach (to nie przez wysokość: nie do wiary, ale tutaj jest ledwie 2.400 metrów n.p.m. – w stosunku do poprzednich dni to w zasadzie nizina)

 

A to owe tarasy, wyglądające jak eksperyment naukowy

 

W Andach „na szczęście” nie rzuca się monet, tylko liście koki (to naprawdę ważna roślina: tubylcy tradycyjnie noszą z sobą woreczek z koką i spotykając się nie podają sobie dłoni, tylko wymieniają po kilka listków)

 

Momentami kropi na nas deszcz, ale w tym miejscu to chyba odpowiedniejsze niż pełne słońce. W każdym razie tworzy atmosferę. Jeden plus aktualnych restrykcji jest taki, że liczbę zwiedzających ograniczono o 75% – my, jako wycieczka zorganizowana, wejściówki mamy zarezerwowane wiele tygodni wcześniej, natomiast nie męczymy się w tłumie (dodatkową przysługę robi nam ekipa filmowa „Transformersów„, która właśnie kręci tu kolejną część i wykupuje po 1.000 biletów dziennie, by mieć „czystsze” tło).

 

Sakralny kamień w kształcie świętego gwiazdozbioru Krzyża Południa

 

Kamienie uważane niegdyś za żarna, a dzisiaj – za wypolerowane niegdyś zwierciadła do obserwacji gwiazd

 

Niewiele miejsc na Ziemi robi takie wrażenie

 

Po południu zjeżdżamy liniowym autobusem w dół, w turystycznej wiosce jemy kolację, wracamy pociągiem do Ollantaytambo, naszym autobusem VW-MODASA do Cuzco i… już o 23.00h meldujemy się w hotelu.

Po kolacji udaje się jeszcze sfotografować „poziomy” Księżyc i Jowisza ponad nim. Telefonem nic więcej się nie da.

***

Ostatni dzień w Andach rozpoczynamy oglądaniem kompleksu budowli Sacsayhuamán na przedmieściach Cuzco. Ich przeznaczenie jest nieznane – być może były to twierdze albo świątynie.

Plac na zdjęciu był miejscem pierwszego starcia Hiszpanów z armią inkaską, która bardzo bała się koni i prymitywnych muszkietów – zwycięstwo przyszło więc najeźdźcom łatwo.

 

Największe głazy ważą po 350 ton, a najbliższy kamieniołom leży 15 km dalej. Te liczby dają pożywkę zwolennikom teorii o kosmitach, zwłaszcza że Sacsayhuamán z niedowierzaniem oglądał sam Pizarro.

 

Kilka kilometrów dalej stoi inkaski posterunek wojskowy, strzegący przejścia pomiędzy stolicą, a świętą doliną Urubamby

 

Posterunku nikt nie pilnuje, jedziemy więc dalej. Tym razem kierujemy się w górę rzeki.

 

Peruwiańskie budynki wciąż mają trapezowe okna…

 

…a czasem przyozdabiają je wizerunki kondora, pumy i węża – inkaskich symboli niebios, życia ziemskiego i podziemnego świata zmarłych.

 

Wchodzimy na teren parku archeologicznego Pisac, z największym znanym cmentarzem inkaskim, niewielką twierdzą na szczycie i imponującymi polami tarasowymi

 

Pomiędzy piętrami tarasów nie ma schodów – rolnicy wspinali się po tworzących je kamieniach (które tu nie są tak gładkie jak w świątyniach)

 

Hiszpanie ani słowem nie wspominali o Pisac, mimo że tuż poniżej założyli własne miasteczko, widoczne na powtórzonym poniżej zdjęciu tytułowym – bardzo typowym obrazku z Peru (jest tutaj tuk-tuk, niedokończona budowa, dużo małej gastronomii i pola tarasowe w tle).

 

Z europejskich samochodów stosunkowo najczęściej widać Dacie, noszące jednak markę Renault. To echo lat 80-tych i modelu 1310, który sprowadzano do Ameryki Południowej jako tani substytut prestiżowego wtedy Renault 12 z fabryki w Argentynie. Trauma użytkowników była tak silna, że do dzisiaj, po 40 latach, Francuzi nie przyznają się do rumuńskiej marki.

 

Dziś nie mamy przewidzianej kolacji, na wieczór kupujemy więc empanadas – typowe dla Ameryki Południowej smażone rogaliki z różnego rodzaju nadzieniem (dwie sztuki, po dwa sole każda, wystarczają za danie obiadowe, po trzecim słodkim na deser jest się całkiem pełnym). Kusimy się też na kawę, która w Peru jest doskonała, z miejscowych upraw.

 

Kolacja jest więc zabezpieczona, natomiast obiad dostajemy „z programu” – tym razem w restauracji urządzonej w dawnym klasztorze. Obiad jak obiad, ale miejsce prosi się o pokazanie.

 

Po posiłku wracamy do Cuzco inną drogą, podziwiając wysokie Andy już po raz ostatni

 

***

Peruwiańska przygoda zbliża się do końca. W przedostatnim dniu wstajemy o 3.30h, bo już o 5.00h musimy być na lokalnym lotnisku, by o 8.00h polecieć do Limy. Odprawa trwa trzy godziny, ponieważ w Cuzco nie mają sprzętu do prześwietlania bagażu: na etapie check-inu wszystkie walizki otwierają, kontrolują wzrokowo i dają do powąchania policyjnym psom. Sam lot trwa tylko godzinę, więc na zwiedzenie stolicy zostają prawie dwa dni – dzisiejszy po przylocie i kolejny do około 16.00h, kiedy trzeba będzie zbierać się do lotu powrotnego.

W Limie wita nas nasz stary autobus (niestety bez Nestora), oraz szara, oceaniczna mgiełka zawieszona nad pustynnym gruntem. W największej atrakcji miasta – barokowym klasztorze św. Franciszka – obowiązuje oczywiście zakaz fotografowania.

 

Kilkusetletnią bibliotekę udaje mi się mimo wszystko cyknąć, nie mam jednak zdjęć z pięknego kościoła ani innych pomieszczeń, w tym podziemi, gdzie pochowano ponad 25.000 ludzi, w większości ofiar licznych epidemii (ich kości, odkryte w 1943r., można w podziemiach oglądać).

 

Obok stoi Instytut Literatury Peruwiańskiej, którego budynek pierwotnie służył jako początkowy, reprezentacyjny dworzec transandyjskiej kolei Ernesta Malinowskiego. Sama kolej funkcjonuje do dziś, choć wozi już tylko urobek wysokogórskich kopalni (jeszcze niedawno organizowano luksusowe wycieczki dla zamożnych turystów – salonkami z epoki, z kawiorem i szampanem – ale od ubiegłego roku nie wolno).

 

Malinowskiego Peruwiańczycy świetnie pamiętają – nie dość, że zbudował im najwspanialszą kolej świata, to jeszcze obronił przed hiszpańską inwazją. W latach 60-tych XIX wieku Hiszpanie próbowali odzyskać Peru (które 40 lat wcześniej wywalczyło sobie niepodległość), ale ostatecznie odpuścili. Ważną rolę odegrał tu polski inżynier, który położył tory kolejowe w limeńskim porcie i broniących go fortyfikacjach: przemieszczane na platformach kolejowych działa przekonały najeźdźców o sile obrony i nakłoniły do odwrotu (w rzeczywistości artyleria była nieliczna, ale Hiszpanie widzieli ją wszędzie – nie wiedząc, że chodzi o te jedne i te same działa).

Limeńska katedra nie jest oryginalna, bo niszczyło ją kilka kolejnych trzęsień ziemi (ostatnio w 1940r., a większość murów pochodzi z połowy XVIII wieku). Pewnie dlatego, wyjątkowo, w środku wolno fotografować.

 

Kolonialne Peru było bajecznie bogate – podobno na przybycie każdego kolejnego wicekróla drogę z portu do pałacu oznaczano sztabami srebra leżącymi jedna przy drugiej (a odległość wynosiła kilkanaście kilometrów). Aktualny wystrój katedry jest jednak stosunkowo młody i… znacznie skromniejszy od dawnego.

 

By nie zanudzać, pokażę jeszcze tylko grobowiec Francisco Pizarro, którego szkielet odnaleziono i zidentyfikowano w czasie prac remontowych w 1985r. Ciekawa sprawa, że konkwistadora szanuje się w kraju, w którym prawie 90% ludności ma korzenie tubylcze. Peru leży jednak daleko od nowoczesnego świata i nowoczesnych prądów – znacznie dalej niż np. Meksyk, gdzie nazwisko Hernána Cortésa jest tabu, a jego pomniki dawno już zburzono.

 

Prostopadle do katedry stoi rezydencja arcybiskupa…

 

…a naprzeciwko – siedziba władzy świeckiej, w tym przypadku prezydenta kraju. Bliżej podejść nie można: aktualny prezydent, wybrany w lipcu populista Pedro Castillo (którego jedna strona sceny politycznej nazywa „przebrzydłym komunistą”, a druga – „przebrzydłym konserwatystą”), ma poparcie głównie na głębokiej prowincji, natomiast w stolicy jest na tyle znienawidzony, że w obawie o swoje bezpieczeństwo kazał ogrodzić i zamknąć główny plac miasta. Ludzie chodzą tylko po jego obwodzie, z wyłączeniem strony pałacowej. Co z tego dalej wyniknie, jeszcze się okaże.

 

Po zwiedzeniu centrum udajemy się na krótki spacer po klifach nad Pacyfikiem. Występujące tu silne fale uwielbiają surferzy.

 

Ostatni punkt programu to Museo Larco – prywatna, lecz udostępniona publicznie kolekcja prekolumbijskiej sztuki, od czasów neolitycznych do przybycia Hiszpanów. Jako jedno z nielicznych muzeów świata Larco wpuszcza turystów również do magazynów, pełnych np. wspaniałej ceramiki.

 

W salach ekspozycyjnych można zobaczyć nieodczytane przez naukowców, węzełkowe pismo kipu. Wiadomo, że niektóre węzełki to liczby w pozycyjnym systemie dziesiętnym, ale ich znaczenie pozostaje nieznane (prawdopodobnie były to tylko rachunki – ewidencje stanów magazynowych, rozliczenia między zarządcami, itp. Literatury pisanej Indianie nie tworzyli).

 

Narzędzia do składania ofiar z ludzi. Inkowie robili to rzadko, ale kultury pre-inkaskie – powszechnie (tutaj eksponat z czasów kultury Moche, uważanej za jedną z najkrwawszych)

 

Prawie tysiącletni dywan zachował się lepiej niż u mojej mamy roczniki 1990-te 🙂

 

Złoto i srebro były dla Indian symbolami boskości – sporządzano z nich maski pośmiertne, biżuterię władców, ozdoby świątyń i przedmioty kultu, ale nie pożądano kruszców jako czegoś cennego. Hiszpańska gorączka złota była dla rdzennych ludów wielką zagadką.

 

Na koniec, dla przyzwoitości, pokażę kilka ulicznych scenek z Limy: jak w każdej stolicy samochody są tu znacznie lepsze i młodsze niż na prowincji, a w bogatszych dzielnicach nie różnią się od zachodnioeuropejskich i amerykańskich. Jedynie w Limie można spotkać niemieckie modele premium (wyłącznie aktualne – starsze chyba wyparowują), oraz amerykańskie SUVy i pick-upy. Nieco częściej widuje się latynoskie Volkswageny i Dacie (tzn. Renault). Jest też odrobinę aut chińskich – najczęściej marek Chang’an i przejętej przez Chińczyków MG, ale szczerze mówiąc liczyłem na większe ilości chińszczyzny. Większość parku maszynowego, podobnie jak na prowincji, stanowią auta japońskie i koreańskie.

 

Powrót poszedł łatwo: trzy godziny na lotnisku, dwanaście w samolocie do Amsterdamu, pięć czekania na Schiphol, jedna z hakiem w samolocie do Warszawy, a potem jeszcze tylko 300 km do Krakowa, własnym autem pozostawionym u pana, który przenocował nas przed wylotem. Do domu dotarliśmy o trzeciej nad ranem – czyli, według czasu peruwiańskiego, o dwudziestej. W sam raz, by rozpakować się i położyć spać.

***

Podsumowaniem wyjazdu niech będzie zdjęcie drewnianej „mapy”, która nie oddaje rzeczywistości geograficznej, a raczej pokazuje pionowy profil typowej turystycznej trasy po Peru – praktycznie identycznej z naszą. „By to przetrwać – żujcie kokę!!” – zachęca napis. My żucia liści nie praktykowaliśmy (najwyżej piliśmy herbatkę), ale i bez tego wrażenia były warte wszystkich trudów – bo każde zmęczenie w końcu mija, a wspomnienia zostają.

 

Wszystkie zdjęcia są pracami moimi oraz mojej żony

Share Button

28 Comments on “VENI, VIDI: EL CONDOR PASUJE? cz. II

  1. Również dziękuję. Twoje teksty to jedna z najlepszych rzeczy w internetach w ogóle.

  2. PUERTA DE HAYU MARCA – widziałeś? To podobno ziemska wersja Gwiezdnych Wrót. Tam też Deniken coś odkrył i jak zwykle swoim zwyczajem z nikim się nie podzielił…
    Wycieczki zazdraszczam. Artykuł prześwietny.

    • Jeśli danego miejsca nie ma w artykule, to znaczy, że go nie widzieliśmy 🙂

      W von Dänikennie zaczytywałem się w okolicach 6 klasy podstawówki, ale jego wynurzenia są szyte bardzo grubymi nićmi i nie mają wiele wspólnego z nauką.

  3. ps/2 — skoro oni tam tak kochają Nissana to aż dziw, że renault nie wpadło na pomysł naklejania znaczków Nissana na te dacie 😉

    • Na współczesnej motoryzacji się nie znam, ale zdaje się, że Nissan miał mieć swoją tanią markę pt. Datsun, ale temat coś przycichł – od kilku lat mało słychać w tym względzie.

    • Benny, ależ znaczki Nissana na Dacie wędrują – tak powstał ostatni Nissan Terrano 🙂

  4. Reportaz absolutnie genialny. Proponuje panu Szczepanowi otworzyc konto na Patronite albo zrzutka.pl a z przyjemnoscia wplacilbym (podejrzewam, ze nie tylko ja) np. 100 zl na kolejna wycieczke aby tylko znowu poczytac te fantastyczne opisy! Talent na miare Wojciecha Cejrowskiego, jak pragne zdrowia!

    • No widzisz, my tu od lat proponujemy Szczepanowi monetyzację bloga na 100 różnych sposobów (a to jakieś kubki, nalepki, książkę…), ale on upiera się, że nie, bo zdjęcia są pobrane za darmo, etc., blabla, itd.
      Ale może zrzutka na wycieczkę przejdzie – zdjęcia będą Szczepana, a składkowicze dostaną dodatkowy kontent, np. kamień z Jeleniej Góry

      • No to jeszcze raz powtórzę – z przyczyn prawnych jest to niemożliwe.

        Jeśli ktoś bardzo chce kogoś wesprzeć, to jest na świecie wielu potrzebujących, można kilka złotych przekazać, jeśli się akurat dysponuje.

        A ja od Czytelników przyjmuję co najwyżej przejażdżki autami, które nie były jeszcze opisywane. W ten sposób można się przysłużyć i blogowi i mnie.

  5. Czy ta puma to nie jest przypadkiem Jaguar? Jednak inny kaliber zwierzaka, a w innych religiach Jaguar miał status boga

    ps. nie mogłem się powstrzymać 😉
    czy skoro w Andach żyją Alpaki, to w Alpach żyją Andaki?

    • Święte zwierzęta Inków to kondor, puma i wąż, zdecydowanie.

      Andaków w Alpach nie widziałem, za to widziałem alpaki w Polsce. Bardzo modne ostatnio, chociaż pewnie się męczą na naszych nizinach. Ale pozwalają sporo zarobić, bo ludzie płacą duże pieniądze za „spacer z alpaką” albo możliwość jej nakarmienia marchewką. Dużo takich ofert jest.

  6. Wszystko pyszne, jak zawsze u Gospodarza – w najlepszym gatunku i w najprzedniejszym smaku.
    Chociaż, przyznam, jednej rzeczy mi bardzo brakowało: widoku nocnego nieba z takiej bliskości i w takich warunkach.
    No, ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego. A co do nieboskłonu nocą, to wątek ten mieści się jak najbardziej w tematyce tego bloga: na niebie są też W o z y…
    Do jednego wątku nie odniosę się na pewno; podzielę tu chyba oględność Autora.
    No i na koniec coś pro domo sua: czerwień koszenilowa, robak żerujący na kaktusie, czerwień z jego roztartych wnętrzności…
    Tak, to coś, co łączy nasz kraj z tamtą odległą krainą. Do XVI-go wieku Polska była chyba monopolistą, a w każdym razie światowym eksporterem czerwca (Porphyrophora polonica).
    To dawny kuzynek współczesnego peruwiańskiego czerwca kaktusowego (Dactylopius coccus). Obydwa pluskwiaki. Oczywiście, nasz nie żerował na kaktusach z rodziny opuncji.
    Ale za to nie musiał niczego podnosić do sześcianu.
    Wpis zupełnie szczególny, bo przy pozorach braku nasycenia elementem automobilowym, jest właśnie jak najbardziej na temat: opowieść drogi, droga to też autobus i jego spotkanie z ciężarówką – autobus kursowy niech będzie też, eeech…
    (Przepraszam za brak kursywy w miejscach tego wymagających; zgaduję, że komentarz trzeba wpisywać we właściwym formacie i wklejać.)

  7. Mimo, że tematyka wpisów nie jest w 100% motoryzacyjna, to czyta się je (jak zwykle) wyśmienicie. Zwłaszcza podoba mi się to, że w przeciwieństwie do wielu blogów podróżniczych nie ma tu pudrowania wątpliwych uroków danych miejsc, tylko opisaniu ich oraz sfotografowaniu takimi, jakie są. Mam to do siebie, że często to takie drobne szczególiki „robią wycieczkę” – jakieś miasteczko, którego nie ma w żadnych przewodnikach, jakiś kawałek przestrzeni z daleka od wytyczonych szlaków i dróg a wielokrotnie piękniejszy, dziki, naturalny. Albo widok fajnych zabytkowych samochodów (w opinii tzw. „większości” – gratów) na mało uczęszczanych trasach.

    Samej podróży zazdroszczę – odwiedzenie niektórych miejsc to moje marzenie do realizacji „kiedyś tam”.

  8. Treść spożyta z należnym skupieniem i rewerencją, ale apetyt pozostał.

    To gdzie lecicie / jedziecie / płyniecie następnym razem? 😀

  9. A mnie naszła taka refleksja. Ależ Hiszpanie musieli zdrenować te tereny, skoro ich dominacja jako hegemona już dawno przeminęła, gospodarka kuleje, a nadal są postrzegani jako zamożny naród.

    • Hiszpania w epoce odkryć geograficznych bankrutowała raz na kilka lat – nikt w Europie nie miał tak tragicznych finansów. Przez większość historii była też biedniejsza od Polski, co zmieniło się dopiero długo po II wojnie światowej.

      Sam rabunek złota nic nikomu jeszcze nie dał – złotem nie można się najeść ani użyć go w żaden sposób poza trafionymi inwestycjami. A tego Hiszpanie niestety nie umieli – ich złoto poszło na najemne wojska i budowę wielkich pałaców i katedr. Żadnego efektu gospodarczego z tego nie było, poza ogólnoświatową inflacją (kilkaset procent w ciągu dwóch stuleci). Z kolei tacy Holendrzy opanowali za morzami tereny nieduże i w ogóle nierozwinięte, bez żadnych zaawansowanych cywilizacji ani złóż kruszców, ale to oni się na tym wzbogacili.

      Gospodarki nie buduje się łatwym dostępem do jakichś zasobów, tylko umiejętnym ich wykorzystaniem. Kalifornia albo Australia leżą na pustyni, a Nigeria albo Peru (nie mówiąc o Rosji) – na największych bogactwach Ziemi. Wenezuela ma największe w świecie złoża ropy, a tamtejsi ludzie wolą żebrać w małych miasteczkach sąsiednich krajów, niż zostać u siebie. Takich przykładów można podać setki. Żaden prezent od losu, wygrana na loterii ani rabunek nie zbudują dobrobytu, jeśli ludzie nie umieją się z zasobami obejść.

      • Rondami potwierdzają przykłady pojedynczych ludzi, którzy wygrali lub odziedziczyli spore sumy. Dla osoby nie przygotowanej do zarządzania majątkiem, nawet niewielka kwota wpadająca niespodzianie jest nie do utrzymania. Nie mając wiedzy, umiejętności i sieci fachowców dookoła, tacy ludzie zwykle tracili wszystko w ciągu paru lat czy nawet miesięcy.
        Ten trend widzą dzisiejsi bogacze. W krajach anglosaskich coraz częściej pieniądze spadkowe zamrażane są w trustach na czas życia dzieci takiego zamożnego spadkodawcy, a stają się dostępne jedynie do pokrycia wydatków na wybrane cele (edukacja, zdrowie, wychowanie dzieci tych dzieci). Pełne uwolnienie następuje zaś dopiero gdy ich dzieci dochodzą do określonego wieku – zwykle równego końcowi edukacji wyższej.
        Bogaci, którzy sami doszli do sporych majątków wiedzą, że „przeputać” majątek jest niezwykle łatwo, a zachować człowieczeństwo o sensowny poziom w otoczeniu, które nie narzuca żadnych ograniczeń – niezwykle trudno.
        Ciekawe jak ja poradziłbym sobie z takim „wyzwaniem” w postaci dużego spadku czy wygranej… Chyba czas zacząć w końcu w coś grać i odświeżyć powieści Agaty Christie przed rodzinnymi spędami… 🙂

      • Ja zawsze powtarzam, że o zamożności nie świadczy posiadany majątek, tylko wysokość stabilnego, przewidywalnego dochodu (stabilnego i przewidywalnego w pewnych granicach, oczywiście, bo całkiem stabilne i przewidywalne nie jest nic na świecie). Wydawać można tyle, ile się zarabia, a nie ile akurat przypadkowo wpadło na konto. Inaczej mamy receptę na katastrofę.

  10. Wspaniała wycieczka. Aż przypomniała mi się książka Alfreda Szklarskiego „Tomek u źródeł Amazonki”. Sporo tam opisów na temat Inków, Urubamby i Ukajali. Dziękuję za tak interesujący i wartościowy wpis.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.