VENI, VIDI: EL CONDOR PASUJE? cz. I

 

Nie chciałem pisać tego artykułu, bo z wakacji w Peru materiału samochodowego przywiozłem mało. Albo inaczej: przywiozłem materiał nie najlepszy, nie pokazujący tego, co pokazać chciałbym. Wszystko z powodu zmęczenia i choroby wysokościowej, przez które przez większość wyjazdu czuliśmy się jak walnięci deską z backhandu i mieli słaby refleks fotograficzny. Ponieważ Automobilownia jest z założenia automobilowa, pomyślałem, że NIE. Gdy jednak coś przeciwnego zasugerował mi mój największy blogerski autorytet, imć Fabrykant z Fotodinozy, postanowiłem spróbować. Najwyżej nikt nie przeczyta. W każdym razie tym i następnym razem mało będzie o samochodach, a dużo o Andach, Inkach i kondorach. Mam nadzieję, że choćby paru osobom EL CONDOR PASUJE.

***

To był najbardziej męczący wyjazd w naszym dotychczasowym życiu. Po pierwsze najdalszy: sam lot Warszawa-Lima, z przesiadką w Amsterdamie, to łącznie 19 godzin (pobudka przy Okęciu o 3:30h, start o 6:00h, lądowanie nad Pacyfikiem o 19:30, plus 7h różnicy czasu). Po drugie – najintensywniejszy: przejazdy autobusowe 300-650 km dziennie, wstawanie pomiędzy 3:30-5:30h, zakwaterowanie zwykle 20.00-22:00h (rekordowo – o 2.00h nad ranem). Po trzecie – najwyższy: ponad tydzień spędziliśmy powyżej 3.500 metrów n.p.m. (z najwyższym punktem, przełęczą Patapampa, na 4.910, przy ciśnieniu atmosferycznym 580 mb). Takie wakacje nie są wypoczynkiem, ale – jak pisałem nie raz – dla nas podróżowanie to najlepszy z wynalezionych przez człowieka sposobów pożytkowania czasu i pieniędzy.

Z przyczyn powszechnie wiadomych długo nie wiedzieliśmy, czy zarezerwowana wycieczka w ogóle się odbędzie. W Peru obowiązuje stan wyjątkowy i godzina policyjna, jeszcze w czerwcu kilka regionów pozostawało całkowicie zamkniętych. Szczęśliwie w wakacje – czyli w tamtejszą zimę – restrykcje złagodzono. Pozostał wymóg wykonania testu przed wylotem (również dla zaszczepionych) i PODWÓJNE maseczki w całej przestrzeni publicznej, również na zewnątrz (chirurg na sali operacyjnej ma jedną, ale na ulicy zakłada dodatkową – taka sytuacja). Sztuczne blokowanie oddechu przy połowie normalnej dostępności tlenu to niemal samobójstwo, ale o tym później. Ważne, że polecieliśmy.

Sklep wolnocłowy na Okęciu – otwarty już przed świtem

 

Dwanaście godzin w samolocie to masakra dla mojego zszarganego kręgosłupa. Cieszy za to śledzenie pozycji i identyfikowanie mijanych miast albo karaibskich wysp.

***

Lima leży na dwunastym stopniu szerokości południowej. Środek strefy tropikalnej. Powinna więc być wilgotna i gorąca – tymczasem jest najsuchszą stolicą świata (na równi z Kairem), a temperatury wahają się pomiędzy 20-25ºC latem (na przełomie roku) i 10-20ºC zimą (w nasze wakacje). Wszystko przez zimny prąd oceaniczny, który chłodzi powietrze i wyciąga zeń całą wilgoć. Przez ten prąd wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Południowej powstała pustynia Atacama, na której fragmentach za bytności białego człowieka deszcz jeszcze nie padał.

Za pasem pustyni wyrastają Andy – jedne z najwyższych i najpotężniejszych gór świata. Dopiero za nimi, na wschodzie kraju, zaczyna się równikowy las, Amazonia i Amazonka. Tam jednak turyści zapuszczają się rzadko.

Lima jest brzydka i bura jak brzuch oślicy” – mawiał Francisco Pizarro, hiszpański pogromca Inków, który podbił Peru i w 1535r. założył jego stolicę (wtedy – Ciudad de los Reyes, Miasto Królów: historycy spierają się, czy chodziło o królów Hiszpanii, czy może o biblijnych Trzech Królów). Pustynny krajobraz, wszechobecny kurz i oceaniczna mgła tworzą ponurą atmosferę, zwłaszcza na ubogich i chaotycznych przedmieściach ponad 12-milionowej metropolii (drugiej największej w Ameryce Łacińskiej, po mieście Meksyk). Po pierwszym noclegu, który wieczorne spotkanie organizacyjne skróciło do niecałych 5 godzin, wyjeżdżamy z miasta na południe, tzw. autostradą panamerykańską.

 

Panamericanę opisuje się jako długi na 30.000 km szlak z Alaski na argentyńską Ziemię Ognistą, ale sprawa jest złożona. W USA nie ma ustalonego przebiegu (autostrad ci tam dostatek), a i dalej istnieje kilka wariantów, ze 160-kilometrową przerwą w bagnisto-górzystej dżungli na pograniczu Panamy i Kolumbii, znaną jako Tapón del Darién i zmuszającą (nielicznych w tamtych stronach) podróżnych do przesiadki na statek. Na wyrost jest też nazwa „autostrada”, bo dwie jezdnie istnieją tylko w pobliżu największych miast.

Peruwiańskie autostrady mają słaby standard, mimo że są płatne (na bramkach). Ograniczenie prędkości dla osobówek wynosi tylko 100 km/h – jak na zwykłych drogach asfaltowych (na gruntowych – 60, w miastach – 60 na dwujezdniowych alejach i 40 poza nimi). Poza stolicą limitów jednak nikt nie pilnuje i nie przestrzega. Nagminne jest nieprawidłowe wyprzedzanie (częściowo prowokowane przez wyjątkową powszechność podwójnych ciągłych linii) i kompletny brak poszanowania pieszych, również na przejściach. Jak w całym III Świecie, na jezdnię wchodzi się na własne ryzyko.

„Buenos dias, czy zna pan powód zatrzymania…?„. Policja czasami się jednak pojawia, zwłaszcza w pobliżu Limy. Radiowozy to zazwyczaj japońskie pick-upy z podwójną kabiną (Toyota, Mitsubishi, Nissan), z kolei ciężarówki są najczęściej amerykańskie (poza sporadycznie występującymi Mercedesami i odrobiną Volv serii N, z „nosem”).

 

Około południa dojeżdżamy do rezerwatu przyrody Paracas. Niespokojne morze nie pozwala wypłynąć w zaplanowany rejs na wyspy Ballestas, zamieszkałe przez lwy morskie, pingwiny Humboldta i pelikany, ale to jedyny niezrealizowany punkt na dwutygodniowej trasie.

Okolica przypomina bardziej Egipt niż stereotypową Amerykę Południową

 

Od pustyni egipskiej peruwiańska różni się jednak klimatem (jest równie suchy, ale dużo chłodniejszy, maksymalnie 25ºC) oraz… kolorami. Nasza trasa nie obejmuje niestety słynnych Tęczowych Gór, ale różnorodność barw zapewnia występujące w całych Andach ogromne bogactwo minerałów (w tym najcenniejszych metali: złota, srebra, miedzi, cynku, ołowiu, cyny, czy poszukiwanego ostatnio litu, którego złoża hurtowo wykupują firmy chińskie i rosyjskie. Tzw. Pierwszy Świat śpi już na dobre).

 

Paracas przypomina parki narodowe USA: ogromny teren zwiedzany autobusem lub samochodem, z postojami w ciekawych miejscach. Np. przy siedlisku różowych flamingów (nie mam dobrego zdjęcia, bo ogląda się z daleka), przy skamieniałych ślimakach…

 

…wulkanicznej plaży z szaro-czarnym piaskiem…

 

…albo formacji skalnej zwanej Katedrą, która do niedawna tak wyglądała – niestety zniszczyło ją trzęsienie ziemi z 2009r.

 

Inni turyści przyjeżdżają na quadach…

 

…jednak zdecydowanie najpopularniejsze są auta z Korei oraz Japonii. Razem stanowią jakieś 90% peruwiańskiego parku samochodów osobowych.

 

W mieście Ica po raz pierwszy widzimy trójkołowe mototaxis: przypominające azjatyckie tuk-tuki, ale z zamkniętymi nadwoziami, bo temperatury nie te. Większość nosi indyjską markę Bajaj (naokoło pełno jej salonów i serwisów), choć zdarzają się też samoróbki.

 

Tak wyglądają peruwiańskie cmentarze komunalne. Ceny grobów zależą od kondygnacji – im wyżej, tym taniej, bo trudniej położyć kwiaty. Bogatsi wolą cmentarze prywatne, przypominające amerykańskie, z indywidualnymi, płaskimi grobami zaznaczonymi wbitym w ziemię krzyżem. To jednak drogi luksus. 

 

Pod Ica zaglądamy do oazy Huacachina – znów przypominającej Bliski Wschód. Nie zgadza się tylko względny chłód, hiszpańsko-kolonialna architektura z kolorowymi elewacjami, no i wygląd miedzianoskórych tubylców.

 

Ponad wodą zabawiają się off-roaderzy…

 

…a na przeciwległym końcu widać całkiem fajne auta.

 

Tymczasem nasza karawana wraca na pustynię

 

Laboratorio Diesel. Regulación de inyectores. Calibración de las bombas de inyección. Hiszpański wszyscy znają, prawda?

 

Jeden peruwiański sol to mniej więcej złotówka, a paliwo kosztuje 15-17 soli za amerykański galon (3,78 litra). Tylko LPG wyceniają za litr – około dwóch złotych.

 

Większość cen w Peru przypomina polskie, przy czym proste produkty rolnicze bywają tańsze, a wysoko przetworzone i importowane – dużo droższe. Minimalna pensja wynosi 960 soli, wykształceni zarabiają 3-10 tysięcy. Jeden z dwóch naszych kierowców, bardzo sympatyczny, siwy Latynos imieniem Nestor (z którym odrobinę się zaprzyjaźniłem), wyjawia mi, że wyciąga około 2.000 soli, podobnie jak jego żona, agentka ubezpieczeniowa z Limy. „Cuatro mil, hijos adultos – vida tranquila” („cztery tysiące, dzieci dorosłe – spokojne życie”) – mówi z uśmiechem. „W kraju nie jest bogato, ale nikt nie głoduje i nie żebrze” – dodaje pilotka – „z wyjątkiem ponad miliona uciekinierów z Wenezueli, którzy w ostatnich latach zalali Peru„.

Pustynię ożywiają z rzadka przecinające je rzeki, w aktualnej, suchej porze roku bardzo zredukowane…

 

…i służące ludności za wygodne pralnie. Tak – oni przyjechali tam nowym autem: to taki nawyk sprzed wieków, że pierze się w rzece. Rzekami płyną więc tony detergentów, a poza tym ciężkich metali z kopalń. Ta woda, mimo że pochodzi z górskich strumieni i jest bakteriologicznie czysta, do picia się nie nadaje – trzeba więc kupować butelkowaną (produkując tony plastiku).

 

Wjeżdżamy w głębszą prowincję

 

Pod wieczór docieramy na Płaskowyż Nazca, 450 km od Limy. To ogromna przestrzeń, 50 x 14 km, pokryta tzw. geoglifami – naziemnymi rysunkami tak wielkimi, że widocznymi tylko z lotu ptaka, a powstałymi pomiędzy 300r. p.n.e., a 900r. n.e.

Przed 18.00h, w ostatnich promieniach słońca, wydrapujemy się na widokową wieżę. Dołem biegnie Panamericana: w lewo na Ziemię Ognistą, w prawo na Alaskę. 

 

Nikt nie wie, czemu służyły rysunki, odkryte dopiero przez XX-wiecznych lotników. Niektórzy przypisują je kosmitom, oficjalna nauka mówi o kalendarzu astronomicznym, ale bez przekonania. Wielkie zasługi w badaniu Nazca miała Polka, zmarła niedawno w wieku 101 lat Maria Rostworowska.

 

Na ulicach masowo spotyka się Tico i Kie Picanto z pakietami tuningowymi, służące jako taksówki wygodniejsze od tuk-tuków. Sporo też wielkich pick-upów z Japonii. Często widać kolorowe nakładki na reflektory (niebieskie, różowe, zielone…), tudzież neony wokół tablic rejestracyjnych. „Przepisy nie zabraniają” –  wyjaśnia mi Nestor.

 

Architektura hotelu przypomina mi filmy o Zorro

***

Drugi dzień zaczyna się mocno – widokowym lotem nad płaskowyżem Nazca (lokalnie pisze się Nasca: litery „z” i „s” Hiszpanie wymawiają odpowiednio jak angielskie „th” i „s”, ale Latynosi – obie jak „s”, tak też więc piszą).

Cessna 206, gdyby ktoś się pytał

 

Lot trwa pół godziny. Jest bardzo intensywny, bo piloci, chcąc porządnie pokazać geoglify, kładą samolot raz na jedno skrzydło, raz na drugie. Żołądki większości grupy przyjmują to słabo (mój niestety też).

 

Ania lepiej znosi przeciążenia, więc to ona robi zdjęcia. Poszczególne rysunki piloci opisują nam przez interkom, po angielsku.

 

To jest Panamericana i widokowa wieża z poprzedniego wieczoru. Droga przecina jaszczurkę i coś, co niektórzy mają za pasy startowe kosmitów.

 

A to prawdziwy kosmita, na zboczu góry. Ja tam uważam, że takie ludziki rysuje każde dziecko, ale co chcieli wyrazić autorzy – nikt nie wie, bo pisma dawni tubylcy nie znali.

 

Największa małpa na świecie – 93 x 58 metrów

 

Widziaaałeeem Ceeeesny cień!!

 

Ponieważ całą grupę obsługuje tylko jeden, sześcioosobowy samolot, latanie przeciąga się do 13-tej. Tymczasem od miejsca noclegu, miasta Arequipa, dzieli nas 560 km odległości i prawie 2,5 km wysokości (plus przerwa obiadowa, która w grupie trwa co najmniej 2h).

Droga wiedzie początkowo wybrzeżem Pacyfiku, a zarazem skrajem Atacamy – najsuchszej pustyni świata (poza Antarktydą)

 

Potem skręcamy w góry, przejeżdżając przez wiele małych miasteczek

 

BAÑO to toaleta – świetny interes przy trasach turystycznych, bo każdy klient płaci po solu, więc już jeden autobus dziennie daje minimalną pensję (toalety obsługują czasem dzieci, które bezbłędnie wydają resztę, wydzielają papier i żel dezynfekujący). Niebieskie butle to z kolei gaz przemycany z Boliwii, gdzie energia jest dużo niżej opodatkowana.

 

W III Świecie nie sposób uniknąć drogowych sensacji. Tak jak w Meksyku ciężarówka urwała nam lusterko, tak tutaj inna przerysowuje nam na postoju lewy bok. Nestor próbuje ją gonić, ale szybko się poddaje, bo ciężarówek jeżdżą setki, każda pędzi po 100 km/h, a nikt nie kojarzy choćby koloru sprawcy. Dziękujemy tylko Bogu, że skończyło się na rysie, bo parę centymetrów dalej konsekwencje byłyby całkiem inne (część grupy – ze mną włącznie – siedziała w środku, więc wyobrażacie sobie ten wstrząs i zgrzyt przemieszany z hukiem silnika i podmuchem…).

 

Do hotelu w Arequipie dojeżdżamy o 2.00h. Dopiero rano, po śniadaniu, widzimy, że znajdujemy się w kolonialnej rezydencji arystokratycznej, pełnej pięknych antyków. Trudno uwierzyć, że to nie muzeum, a zwykły hotel klasy turystycznej!!

 

Francisco Pizarro założył Arequipę w 1540r. – 7 lat po tym, jak jego zaledwie 180-osobowy oddział zdobył Cuzco/Cusco, stolicę imperium Inków. Miasto leży na poziomie najwyższych szczytów Tatr (2.400 metrów), pomiędzy wulkanami dochodzącymi do 6.000 metrów. Dziś Arequipa jest trzecim miastem Peru, liczącym ponad milion ludności.

Dwa boki głównego placu – jak wszędzie w Ameryce Południowej – zajmują katedra i ratusz. Dwa ramiona władzy. Niestety, katedry nie zwiedzamy: groźni mundurowi machają rękami krzycząc „NO HAY TURISMO!!„. Nie pomaga grzeczne wyjaśnianie po hiszpańsku, że jesteśmy też chrześcijanami, jest niedziela i chcieliśmy się pomodlić. Obcy wstępu nie mają i koniec.

 

Po drugiej stronie placu widzimy ratusz i… nie, to nie Kadett, tylko brazylijski Chevrolet Ipanema. Jakichkolwiek europejskich aut jest bardzo niewiele. O dziwo, modele z Brazylii czy Argentyny to też rzadkość – niepodzielnie rządzi Japonia z Koreą.

 

Ciekawszy od zamkniętej katedry jest klasztor św. Katarzyny. W epoce kolonialnej u Hiszpanów w dobrym tonie było oddanie do zakonu jednego dziecka – zwykle córki, bo to mniejsza strata biznesowa. Takiej córce trzeba było zasponsorować wpisowe (rzędu 100 tys. dzisiejszych dolarów), etatową służącą i domek. Takie klasztory wyglądały jak miasta w mieście, dlatego dzisiaj ciekawie się je zwiedza (klasztor św. Katarzyny wciąż działa, ale sponsoring przejęli turyści, płacący za bilety i własnoręczne wyroby zakonnic, w tym słodycze, mydła kwiatowe, itp.).

 

Z Arequipy wyjeżdżamy wczesnym popołudniem. Do kolejnego hotelu – w miasteczku Yanque w dolinie Colca – mamy tylko 170 km, ale musimy wspiąć się na aż 3.600 metrów, po drodze pokonując najwyższy punkt całej trasy – przełęcz Patapampa, położoną aż 4.910 metrów n.p.m. Prawie dwukrotnie wyżej niż Rysy i ponad 100 metrów powyżej szczytu Mont Blanc (do tego kilometr powyżej naszego osobistego rekordu).

Całe Andy od kilku tysięcy lat przecinają pola tarasowe. Wielkość tarasów zależy od nachylenia terenu – tutaj są duże, ale w prawdziwych górach miewają dwa metry szerokości i trzy wysokości. Do tego wrócimy nie raz.

 

Wulkan El Misti, 5.822 metry. No i tarasy – tym razem widziane z góry.

 

Codzienne życie na peryferiach Arequipy: slumsy, bazary, mototaxis i zbrojeniowe pręty wystające z niedokończonych budynków o antysejsmicznej budowie, opracowanej jeszcze w czasach przedinkaskich

 

Po górskiej drodze obiecuję sobie wiele, ale… Andy to nie Alpy: skala wielkości i odległości jest zbyt wielka, więc zdjęcia nie wychodzą efektownie, a i na żywo nie ma takiego wrażenia przestrzeni.

Na andyjskich drogach – wyasfaltowanych dopiero w obecnym stuleciu, dzięki wpływom z turystyki – widać głównie ruch towarowy i autokary z obcokrajowcami. Gdzieniegdzie też góry plastikowych śmieci. 

 

W Europie już poniżej 3.000 metrów występują lodowce, w strefie równikowej (i bardzo suchej) – rosną tylko kępki trawy, na których gdzieniegdzie pasą się wikunie.

 

Hodowlane lamy i alpaki znają chyba wszyscy, ale nie wszyscy słyszeli o ich dzikich krewniakach – guanako i wikuniach. Te żyją sobie na wysokościach 3.200-5.000 metrów (niżej czują się źle), gdzie ich stada widuje się powszechnie. Dzikie wikunie raz na kilka lat zapędza się do zagród i strzyże – jest to legalne i podobno ściśle kontrolowane za pomocą datowanych obrączek. Wyjątkowo delikatna wełna należy do najdroższych w świecie – sweter z wikunii kosztuje ponad tysiąc dolarów, garnitur – nawet 30 tysięcy.

Przy takiej stawce zdarzają się oszustwa, lepiej więc nie kupować ulicznych „okazji”. Sprzedawcy w markowych sklepach dają do ręki kilka swetrów albo szalików z wełny owczej (po 100 soli), z alpaki (po 600) i wikunii (po 5.000) – nawet taki laik jak ja, potrafiący ubrać dwie różne skarpetki, palcami czuje wielką różnicę. My nie kupujemy nic, bo to nie są ceny dla nas (zresztą rzadko przywozimy z wakacji pamiątki inne niż zdjęcia), ale pooglądać zawsze warto.

 

Są też udomowione lamy i alpaki. Rdzenni pasterze zamieszkują wysokości do 5.000 metrów i żyją bardzo biednie. Turystyka to dla nich błogosławieństwo, jako że pozowane zdjęcia z pociesznymi zwierzakami przynoszą lepszy zarobek niż sama hodowla. Nasza pilotka już w Arequipie prosiła, by chętni nie dawali pieniędzy, tylko zrobili dla pasterzy zakupy spożywcze – bo dla nich wyprawa do miasta to czasem więcej niż jeden dzień.

 

A to nasz autobus, japońskiej marki Hino (przybudówka Toyoty), z „oryginalnymi” halogenami firmy HELLO…

 

…i przerysowanym tylnym słupkiem. Nawet teraz przechodzą mnie ciarki – bo siedziałem z lewej, w drugim oknie od tyłu. Kierowcy smutni: z braku sprawcy będą płacić za lakiernika. Ktoś w grupie rzuca pomysł, by zrobić zrzutkę: jako dogadujący się z Nestorem zostaję wyznaczony do delikatnego zapytania o kosztorys – wychodzi po 5 USD na pasażera.

 

Najwyższy punkt trasy – przełęcz Patapampa, 4.910 metrów – przejeżdżamy bez zatrzymania („staniemy jutro, w drodze powrotnej” – mówi pilotka). Krajobraz zostawia niedosyt, bo góry są tak ogromne, że – podobnie jak geoglify w Nazca – najlepiej byłoby je widać z samolotu. O wysokości przypomina tylko skąpa, trawiasta roślinność i płytki oddech z przyspieszonym tętnem. Sprawdzam barometr w komórce – przy bezchmurnym niebie wskazuje 582 mb!!

 

Skłamałbym jednak mówiąc, że andyjskie drogi są nieciekawe (gdzieniegdzie widoki są piękne, tyle że trudno je oddać na zdjęciach), albo całkiem łatwe: na tym samym odcinku na początku XXI wieku spadł w przepaść autobus wiozący jedną z pierwszych polskich wycieczek po Peru (wtedy nie było tam jeszcze asfaltu). Zginęli wszyscy, w tym właściciel biura podróży z Oświęcimia, który osobiście przecierał szlak na nowym kierunku.

Spod szczytów i przełęczy wypływają strumienie: niektóre spływają do Pacyfiku, ale inne, z drugiej strony, tworzą olbrzymią sieć zlewającą się ostatecznie w najpotężniejszą rzekę świata – Amazonkę.

 

W ostatnich promieniach słońca zatrzymujemy się na minutę, by sfotografować pojedyncze łachy śniegu (na półkuli południowej właśnie kończy się zima – choć na tak niskich szerokościach różnice między porami roku są małe). 

 

Równikowe słońce przez cały rok zachodzi około 18.00h (w Limie – pomiędzy 17:53-18.33) i robi to błyskawicznie, bo porusza się prawie pionowo. Z pełnego dnia zaraz robi się ciemna noc. Tuż przed celem w oknie autobusu po raz pierwszy w życiu oglądamy Krzyż Południa – najpiękniejszą konstelację południowej półkuli nieba (czczoną zresztą przez wszystkie prekolumbijskie ludy kontynentu jako emanacja najważniejszego bóstwa-stworzyciela świata, a dziś widniejącą na flagach wielu państw – w tym Australii, Nowej Zelandii i Brazylii).

Krzyż Południa zachodzi przed 21:00h, ale w nocy nie możemy usnąć z powodu niedotlenienia. Ja czuję się lepiej niż Ania i proponuję wyjście na powietrze, by głębiej pooddychać i pooglądać najbardziej niesamowite niebo w życiu: hotel – a raczej zespół domków campingowych – stoi bowiem na nieoświetlonym odludziu, Księżyca akurat nie ma, a połowę pochłaniającej światło atmosfery mamy nie nad, a pod sobą. Lepszych warunków nie da się wymarzyć. Droga Mleczna tak jasna, że prawie rzuca cienie, widać też oba Obłoki Magellana, Mały i Wielki (najbliższe Ziemi galaktyki, dla Europy pierwszy raz opisane przez Antonio Pigafettę, kronikarza wyprawy Ferdynanda Magellana). Dla mnie, niegdyś mocno zainteresowanego astronomią, to silne przeżycie, o którym marzyłem od podstawówki. Zdjęć nieba niestety nie mam, z braku odpowiedniego sprzętu.

(w kolejne noce oglądamy też Księżyc, którego na równiku przybywa nie od strony lewej, a od dołu – wąski sierp wygląda jak kołyska. Na wyższych szerokościach południowych granica cienia znów jest pionowa, jak u nas, ale porusza się od prawej do lewej).

Spacer trochę pomaga. Nie decydujemy się na obudzenie pilotki, która trzyma u siebie butlę z tlenem i w razie problemów każe pukać bez skrupułów. Snu jednak tej nocy prawie nie mamy.

***

Na śniadaniu dowiadujemy się, że chorobę wysokościową ma więcej osób, choć na pomysł nocnego spaceru nie wpadł nikt. Niektórzy nie jedzą nic. My dajemy radę, popijając jajecznicę – żelazny punkt każdego latynoskiego śniadania – pobudzającą herbatką z koki.

Koka to nieodzowny składnik wszystkich kultur andyjskich, jak dla nas alkohol. To nie to samo, co „dilerska” kokaina – substancja czynna niby ta sama, ale to tak jakby porównywać okazjonalną lampkę dobrego wina z dożylnym zastrzykiem spirytusu (w przypadku większości ulicznego „towaru” – raczej denaturatu rozcieńczonego wodą z kałuży). Peruwiańczycy namiętnie żują surowe liście, sprzedawane w każdym supermarkecie po 2-3 sole za całą paczkę, względnie ssą landrynki z wyciągiem z koki albo parzą herbatkę z suszu. Andyjski eliksir smakuje jak większość ziołowych naparów, a pobudzający efekt przypomina mocną kawę. Miejscowi polecają kokę na chorobę wysokościową, ale tak naprawdę jedynym lekarstwem jest powolna aklimatyzacja, a w ciężkich przypadkach (z obrzękiem płuc, lub nie daj Boże mózgu) – wyłącznie natychmiastowe zejście niżej.

Pobudka znowu przed 5.00h, wyjazd o 6.00h. Na hotelowych śniadaniach mate de coca jest dostępna zawsze, zwykła czarna herbata – tylko czasami. Zielonych liści nie wolno wwozić do Europy (to normalny przemyt narkotyków, ze wszystkimi konsekwencjami), ale cukierki i herbatkę – bez problemu, z czego oczywiście korzystamy. Za pudełko 25 ekspresowych torebek płacimy w supermarkecie 3,49 sola.

 

Pobudzeni herbatką wychodzimy na zewnątrz…

 

…odkrywając pielęgnujące teren, autonomiczne kosiarki.

 

Wulkan już się obudził” – śmieje się Nestor, gdy półżywi pakujemy się do autobusu. Ptaki na zdjęciu to (jeszcze) nie kondory.

 

Yunque leży na bardzo głębokiej prowincji. Kolonialny kościół jest od dawna zamknięty i podparty, by się nie zawalił. Indianie mozolnie ciągną towary na targ, nic sobie nie robiąc z rozrzedzonego powietrza, którym oddychają od urodzenia. Temperatura – ledwie powyżej zera (na osiemnastym stopniu szerokości, ale ponad 3,6 kilometra nad poziomem morza). Odczucie zimna łagodzi jednak bardzo suche powietrze.

 

Jedziemy w dół doliny, mijając tarasowe pola – być może mające tylko 500 lat, a być może trzy razy tyle…

 

Na pole wspina się traktor. Kto go wypatrzy?

 

Miejscowi twardo noszą maseczki, my zdejmujemy, kiedy się da – na tej wysokości po prostu byśmy się udusili

 

Jeszcze obowiązkowa „dezynfekcja” autobusu…

 

…i nareszcie są – kondory. To dla nich zrywaliśmy się tak wcześnie (tzn. dzisiaj – bo generalnie zrywamy się codziennie). Największa szansa na spektakularny „pokaz” występuje pomiędzy 7.00-8.00h, więc lepiej nie zaspać. Jak na zamówienie, przez dobry kwadrans tuż nad naszymi głowami majestatycznie krąży kilkanaście pięknych okazów. Ogromnych ptaków nie peszy nasza obecność ani podniesione w powietrze aparaty – na jednym zdjęciu udaje mi się złapać aż dziewięć sztuk.

 

W tym miejscu, zwanym Cruz del Cura („krzyż księdza”), Dolina Colca przechodzi w kanion – najgłębszy w świecie, na aż 3,2 kilometra!! Co najbardziej niesamowite, fakt ten odkryła dopiero w maju 1981r. wyprawa polskich kajakarzy Canoandes ’79, złożona ze studentów krakowskiej AGH w składzie Andrzej Piętowski, Piotr Chmieliński, Jerzy Majcherczyk, Stefan Danielski, Krzysztof Kraśniewski, Jacek Bogucki i Zbigniew Bzdak, która przepłynęła najbardziej imponujący, 120-kilometrowy odcinek rzeki Colca. Dzieje wyprawy i dalszego życia jej członków to materiał na awanturniczą powieść w rodzaju przygód Tomka Wilmowskiego. Kto nie zna sprawy, temu polecam podrążyć. Nie do wiary, że takie rzeczy działy się jeszcze w latach 80-tych XX wieku (osobiście znam historię o tyle, że przed laty, na uczelni, miałem okazję uczestniczyć w spotkaniu z odkrywcami).

Dziś asfaltowa droga dochodzi jeszcze kawałek dalej, do punktu widokowego Cruz del Condor. Dochodzi dzięki wspomnianym Polakom, którzy zostali lokalnymi bohaterami – bo przed rozsławieniem tego miejsca i napływem turystów tubylcy żyli jak w czasach kolonialnych, bez prądu, lekarzy, szkół. Samego kanionu nikt wcześniej nawet porządnie nie zmierzył – tak zapomniana była ta okolica.

Droga miejscami wygląda jak u nas przed wojną, ale przynajmniej jest, a autobusy nie spadają już w przepaść

 

Zejście na wybrukowaną platformę widokową i wyjście z powrotem zajmuje nam 45 minut – bo przy ciśnieniu 650 mb po schodach idziemy jak dwuletnie dzieci, noga za nogą, odpoczywając na każdym stopniu i świadomie pogłębiając każdy oddech do maksimum. Widoki są jednak warte każdego wysiłku.

 

Z kanionu wracamy tą samą drogą, mijając indiańskie wioski…

 

…i kolonialne miasteczka, żyjące ze sprzedawania turystom szalików z alpaki, gorącej herbaty z koki i sweet-foci z puchatymi zwierzakami. Piękny, śnieżnobiały kościół sprzed wieków – oczywiście zamknięty.

 

W Chivay, miejscu startu polskich kajakarzy, jedna z ważniejszych ulic zwie się Avenida Polonia, a na głównym placu stoi pamiątkowy obelisk. Odkrywcy nie zapomnieli o Indianach: dziś większość z nich robi konkretne biznesy w USA, ale ekipa regularnie pojawia się w Chivay, przywożąc pomoc dla lokalnej społeczności.

 

Poza tym – jak to w Andach, Indianki handlują spożywką…

 

…a XVI-wieczny, kolonialny kościół trzyma się siłą podpór i boskiej woli. Ten akurat, wyjątkowo, jest otwarty.

 

Jeśli tak wygląda kościół w zapyziałej wiosce, to co musi kryć katedra w Arequipie? – zastanawiamy się między sobą

 

Park maszynowy, o dziwo, całkiem nowoczesny

 

Żegnamy Dolinę Colca i pędem wracamy na przełęcz Patapampa, tym razem – przystając w najwyższym punkcie. Na 4.910 metrach czujemy się fatalnie, bo powietrza brakuje już od ponad doby, jesteśmy niewyspani, w kanionie zaliczyliśmy wspinaczkę, a teraz jesteśmy kolejny kilometr wyżej. Góry – opisane na kamiennych stelach – majaczą w oddali, zbyt daleko by ładnie wyjść na zdjęciach. Wszechobecne stosiki kamyków to stary indiański sposób przebłagiwania matki Ziemi, dziś jednak układają je głównie wczuwający się w klimat turyści.

 

Na nocleg, w Puno nad jeziorem Titicaca, mamy z Chivay 300 km serpentyn. Z trudnością łapiemy oddech, ale silnik naszego autobusu wydaje się pracować normalnie, a wyprzedzające nas auta – w tym wiekowe gaźnikowce – też śmigają jak dzikie.

 

Stajemy przy zajeździe na rozstaju dróg: w prawo do Arequipy, w lewo do Puno. Wysokość – powyżej czterech tysięcy, krajobraz dość księżycowy.

 

Parking porasta sucha, twarda i ostra trawa, zwana lokalnie ichu. To ulubione pożywienie lam, alpak i wikunii, a także tradycyjny materiał na poszycie dachów budynków.

 

Trawożercy też tutaj są

 

Lokalny bar kryty trawą oferuje burgery po 4-10 soli i wszelkie rodzaje herbatek po 3-7. Karteczka poniżej cennika mówi – przepraszamy, ale paragonów i faktur nie wydajemy. Witamy w Ameryce Łacińskiej.

 

Firmowa herbatka andyjska łączy cztery zioła: tolablanca zwalcza kaszel, muña i chcachacoma – problemy żołądkowe, koka – pobudza i niweluje zmęczenie. Koktajl ma być antidotum na chorobę wysokościową.

 

Próbujemy, ale oddech wcale się od tego nie pogłębia, a ciśnienie atmosferyczne nie wzrasta…

 

Herbatka jest jednak lepsza od Inca Koli – wszechobecnej w całym Peru gazowanej wody z cukrem i żółtą farbką, łudząco przypominającej PRL-owską Cytrynadę.

 

Wejście do autobusu, po trzech schodkach, robi się pewnym wyzwaniem, tymczasem dalsza droga prowadzi… w górę!! To fragment liczącej 2.600 km Trasy Transoceanicznej, łączącej Pacyfik z Atlantykiem, a Peru z Boliwią i Brazylią, przez Atacamę, Andy i całą Amazonię. Kolejna przełęcz, nad zamieszkałym przez różowe flamingi jeziorem Lagunillas, leży na 4.413 metrach: po nocnym kryzysie Ania czuje się lepiej, za to apogeum choroby wysokościowej dopada mnie. Nestor pociesza, że zaraz zjeżdżamy na „zaledwie” 3.900, gdzie turystom zwykle się poprawia. On, choć dobre 25 lat starszy, ma znakomitą kondycję, ja, przebiegający w Krakowie 3x w tygodniu po 5 km, ledwie powłóczę nogami.

 

Jadący z nami lekarz puszcza w obieg miernik natlenienia krwi: nizinna norma to 96-98%, przy 90-ciu biorą do szpitala, z tym że w wysokich górach dopuszcza się spadek do 80-ciu. Mój wynik – 93%, przy tętnie 88 – jest jednym z lepszych w grupie, ale dziwnym trafem czuję się gorzej od Ani, która „wykręca” tylko 85%. Tylko jeden wycieczkowicz, starszy i sporych gabarytów, osiąga 75% i dostaje od pilotki tlen. Natlenienie krwi zdaje się korelować z ogólną kondycją organizmu (wiekiem, tuszą, wytrenowaniem), ale niekoniecznie przekłada się na samopoczucie.

 

Kawałek niżej faktycznie wszystkim się poprawia. Podziwiamy malowniczą dolinę, poprzecinaną dawno porzuconymi polami tarasowymi i inkaskiego pomysłu mostami z lin. Słuchamy pilotki opowiadającej nam historię państwa Inków, hiszpańskiej konkwisty i współczesnego Peru.

 

Dziś w Peru ludność biała stanowi jedynie 15% (poza największymi miastami praktycznie jej nie ma), a językiem Inków, zwanym quechua, mówi na co dzień co czwarty obywatel. Hiszpański znają prawie wszyscy, przytłaczająca większość wyznaje któryś z odłamów chrześcijaństwa, ale w praktyce, jak to na terenach kolonialnych, wszystko miesza się w bulgoczący melanż z ogromną przewagą elementu rdzennego. Po 500 latach od podboju Indianie wciąż nie ufają najeźdźcom: dopiero w XX wieku biali odkryli nie tylko geoglify w Nazca, ale też wiele inkaskich miast (włącznie z najbardziej olśniewającym Machu Picchu i z ostatnią stolicą imperium, Vilcabambą), bo przez kilkaset lat nikt z miejscowych nie powiedział ani słowa. Jeszcze pod koniec XX wieku żyli ponoć szamani potrafiący czytać inkaskie pismo węzełkowe kipu (niezrozumiałe dla współczesnych naukowców), krążą też legendy o skarbach poukrywanych w dżungli przed Hiszpanami i czekających na czas, kiedy ich właściciele będą mogli z nich korzystać bez obaw o rabunek ze strony najeźdźców. Nie wiadomo, ile w tych opowieściach prawdy, ale ich słuchanie w promieniach zachodzącego, andyjskiego słońca ma w sobie coś magicznego (i nieodparcie przypomina mi starą kreskówkę o tajemniczych złotych miastach – pamięta ktoś?).

Wieczorem przybywamy do Puno, położonego nad najwyższym żeglownym akwenem świata – jeziorem Titicaca

 

C.D.N.

Wszystkie zdjęcia są pracami moimi i mojej żony

Share Button

32 Comments on “VENI, VIDI: EL CONDOR PASUJE? cz. I

  1. Szczepanie, jeśli interesuje Cię temat inkaskiego złota i węzełkowych wiadomości, podanych w przygodowym sosie, to polecam książkę „Złoto Inków”. Autor – Clive Cussler.

  2. Mimo, że z opisu wycieczka wygląda na „karną wyprawę” to i tak zazdroszczę i gratuluję. Niedawno oglądałem odcinki WC z Peru, Wasza wyprawa to znakomite uzupełnienie tamtych programów.
    Z takimi wycieczkami problem polega na tym, że to wszystko się odbywa szybko, na czas. Najlepiej byłoby tam pobyć z miesiąc, powoli się aklimatyzując i zmieniając miejsca pobytu. Niestety, nie można mieć wszystkiego.

    • Życzę każdemu takiej „kary” 🙂

      Pewnie, że większości ludzi to nie odpowiada. Mieliśmy lokalną przewodniczkę w ostatnim z opisywanych tu dni (dolina Colca), która to samo mi mówiła: cały rok wstajecie o 6h, żeby iść do pracy, a na urlopie wstajecie o 4.30h, jaka tu logika? Tyle że taka jest cena poznawania nowych rzeczy, a fizyczne zmęczenie po roku siedzenia za biurkiem to też rodzaj relaksu. Organizm murarza wypoczywa leżąc bez ruchu, organizm korpo-gryzipiórka – goniąc po górach. Od 1,5 roku nawet na przystanek nie chodzę, po pracuję w domu, 5 metrów od własnego łóżka, dlatego po pracy muszę regularnie biegać i ćwiczyć, be tego już pewnie byłym inwalidą.

      Co do tempa – na tym wyjeździe największy problem to odległości. Kilkaset km dziennie po górach. Tylko z tego powodu wstawaliśmy tak wcześnie. Zwiedzanie było w miarę sensowne, plus sporo czasu w sklepach (my nie robimy zakupów, ale dla większości grupy to punkt konieczny, niektórzy miewają duże problemy z nadbagażem przy powrocie).

  3. Gratuluje wspaniałej wyprawy. Przestrzegam tylko przed bezkrytycznym powielaniem gdzieś zasłyszanych „naj” – zazwyczaj maja niewiele wspólnego z prawdą. Lima na pewno nie jest drugą co do wielkości aglomeracja Ameryki Łacińskiej, Meksyk i Sao Paulo maja w zasadzie ta samą wielkość, Buenos Aires i Rio także są większe niż Lima, choć już nieznacznie, Wikipedia za większą od Limy uznaje także Bogotę. generalnie wielkośc aglomeracji trudno zmierzyć (nie wypracowano jednolitych kryteriów), więc nie ma o co sie spierać, ale jednak przewaga Sao Paulo jest miażdząca – to takie dwie Limy z przyległościami. Podobnie z kanionami – nie wątpie że peruwiańczycy powtarzaja wszem i wobec że to u nich jest najgłębiej, ale jednak Azja Górą: kaniony Kali Gandaki i Yarlung Tsangpo mają po około 6000m,

    • Tak, wielkość aglomeracji jest trudna do zmierzenia, podaję więc informacje, jakie usłyszałem. Co do kanionu – to był najgłębszy zmierzony kanion w momencie odkrycia przez Polaków, później jeszcze kilka razy go mierzyli i za każdym razem wychodziło więcej 🙂 Ale prawda, że takie informacje zależą od źródła.

  4. BRAWO!!!
    Na tych zdjęciach to aż widać że nie ma powietrza!
    Historie z Peru to na 100% można znaleźć w filmach i ksiązkach Tony Halika i Elżbiety Dzikowskiej (tak, może i starocie ale nadal aktualne)
    Zazdraszczam podróży
    PS. Chwała P.T. Fabrykantowi za zmotywowanie

    • Czytałem kiedyś książkę Halika – to byli kozacy, jechali tam sami, nie tak jak my, z pilotką w wygodnym autokarze.

      • Na netflixie jest dokument o Haliku. Niezły hardkor, kto dziś zabrałby niemowlaka w prawdziwą dzicz , bez telefonu i nawigacji? Jako dziecko byłem zafascynowany jego programami w TV , dziś z perspektywy dorosłego człowieka wielu aspektów jego życia nie pochwalam ale czasy się zmieniły i kto wie jakbym to widział będąc jego rówieśnikiem.

      • Syn Halika i Pierrette urodził się „w drodze”. Wtedy rodzenie dzieci było czymś naturalnym w najróżniejszych warunkach, nie tylko w dziczy – mam wujka, który nie ma jeszcze 70 lat, a też urodził się w szczerym polu, gdy jego mama szła ze swojej wioski do miasta na targ (pod samym Krakowem, nie w Amazonii 🙂 ).

        Natomiast dzisiaj mam znajomych, którzy półroczną córkę wzięli na samochodowy objazd Rumunii, i innych, którzy byli w Meksyku z bodajże dwuletnim synkiem.

  5. Fabrykancie ty nasz wspaniały, całe szczęście, że udało Ci się przekonać Szczepana do napisania relacji z urlopowego wyjazdu!
    A spragnionym podróży i opowieści o nich polecam w ten weekend śledzić wydarzenie pod nazwą Kolosy. Z sobotnich prelekcji powinna być relacja online.

      • „Ha, taki plan, to ja mam zawsze. Tylko że Benny – w Lublinie jest!! Bo… gdyby Benny w Krakowie był…!!” 🙂

  6. Pismo węzełkowe nazywa się Kipu. Szczepanie, pamiętam tą kreskówkę. Kiedyś zachodziłem w głowę, jak też mogła się nazywać?
    Wspaniała wycieczka, jak poprzednicy: zazdraszczam. Szkoda tylko, że mieliście takie tempo tego zwiedzania.

    • Tempo zwiedzania nie było jakieś szalone, tylko bardzo dużo czasu spędzaliśmy w autobusie, no i na zakupach, które dla wielu ludzi są absolutnie kluczowe (dla organizatora być może też, bo przecież piloci nie biorą wycieczek do przypadkowych sklepów, tylko do, że tak powiem, zaprzyjaźnionych).

  7. Takie relacje tym przyjemniej się ogląda, im większa szansa, że samemu nigdy się tam nie pojedzie 🙂

  8. Dołączam się do przedmówców – zdecydowanie warto czytać takie artykuły. Osobiście nie znoszę blogów podróżniczych, bo bije od nich sztuczne (a może nie) wyluzowanie przez co nie czyta mi się tego przyjemnie. Tu jest inaczej.
    Dodatkowo dzięki lekturze setek artykułów na Automobilowni znam Autora na tyle dobrze, że lepiej rozumiem każde zdanie i co ma przez to na myśli, a to jest niemal bezcenne. Dzięki temu wiem na pewno, że mimo podobieństw w moim i Waszym sposobie spędzania urlopu (aktywne zwiedzanie, napakowane atrakcjami) to do Peru raczej się nie wybiorę, bo to już trochę za duże poświęcenie jak dla mnie 😉 .
    Podsumowując – czekam na część drugą jak i na przyszłe podobne relacje.

    PS: Rozumiem, że mb to milibar. Wydaje mi się, że powinno się to zapisywać mbar. mb moim zdaniem oznaczałby milibit, a to już zupełna abstrakcja. Popraw mnie jeśli coś źle zrozumiałem.

    • Tak, milibar. Skrót mb mam w aplikacji sczytującej dane z hardware’owego barometru, stąd taka konwencja.

  9. Wspaniała wycieczka, choć chyba nie wytrzymałbym – na alpejskich 3400 m.n.p.m. czuję się już mocno średnio, a 4900 musiałbym chyba zwiedzać w lektyce z tlenem. Poproszę jeszcze Szanownego Autora o skrótowe porównanie ogólne Peru i Meksyku.
    Zdjęcia z wycieczki, zwłaszcza z Doliny Colca zapierają dech w piersiach, nawet na Wyżynie Łódzkiej (300 m.n.p.m).
    Rzeczywiście, chciałoby się tam posiedzieć miesiąc, żeby to wszystko powoli sobie zwiedzić, a może nawet zaaklimatyzować się…

    • Aklimatyzacja zaczęła się dla nas w trzecim dniu na wysokościach, nad jeziorem Titicaca. Tam już nie było tak źle. Ale fakt, że my nie jesteśmy jeszcze bardzo starzy i jakąś tam minimalną kondycję mamy. A co do miesiąca na miejscu – tak jak już pisałem, najwięcej czasu zajmują przejazdy, bo odległości są ogromne, a przeciętne prędkości – wręcz przeciwnie.

      Porównanie Meksyku i Peru: Peru chyba odrobinę wyżej gospodarczo, sprawia wrażenie spokojniejszego i bezpieczniejszego. Kulturowo oczywiście bardzo podobne, krajobrazowo inne – pustynia + bardzo wysokie góry, podczas gdy Meksyk to była przede wszystkim dżungla. Ale to oczywiście zależy od regionu, bo pustynia jest też i w Meksyku, a dżungla w Peru. Co do pozostałości pre-kolumbijskich – Inkowie różnili się znacznie od Majów i Azteków, bo nie budowali piramid, a ofiary z ludzi składali tylko sporadycznie i pojedynczo, a nie tysiącami w trybie ciągłym. Z drugiej strony ich państwo było identyczną, niewolniczą tyranią opartą na militarnym podboju setek plemion, no i równie szybko uległo zaledwie 180 Hiszpanom z kilkudziesięcioma końmi.

  10. Czyli – idąc za Twoimi poradami – do Peru warto pojechać na „dłuższy urlop”, najpierw spędzić parę dni po wschodniej stronie Andów, żeby poczuć tropik i dżunglę, a dopiero potem, robiąc kilkudniowe popasy dla aklimatyzacji, wspinać się w stronę Pacyfiku i zrobić Waszą marszrutę, ale w tempie obniżonym o połowę. Czy tak?
    Podoba mi się taki plan. 😀

    • Dżungla to trochę dzicz już, tam z turystyką trudniej. A co do temp – to jeszcze raz powtórzę, że ono wynika z odległości. Jak masz zrobić między dwoma miastami 650 km, to ciężko to podzielić na dwa dni, bo po drodze nic nie ma. Ale oczywiście nikt nie broni wakacji przedłużyć, jak ktoś ma możliwość -)

  11. Generalnie nie czytuję blogów czy reportaży podróżniczych (co najwyżej czasem książki), ale ten wpis był bardzo interesujący. Gratuluję urlopu; takiego w myśl zasady: „podróże kształcą” – bo często podróże nie kształcą nijak, jak się o to nie zadba.
    Mam jeszcze małą uwagę: generalnie Obłoki Magellana nie są najbliższymi nam galaktykami. Jest szereg bliższych z Segue 1 i Segue 2 i kilkoma innymi, których nie pamiętam. (Żeby być dokładnym: https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_nearest_galaxies – ok. 18 leży bliżej). Z kolei za najbliższą dużą galaktykę, spiralną, uchodzi galaktyka Andromedy, bo te z listy, jak i obłoki Magellana to galaktyki karłowate; leżące w polu grawitacyjnym Drogi Mlecznej.

    • PS.: najbardziej chyba zazdroszczę tego widoku nieba 😉
      Mój dawny znajomy był właśnie tam, żeby podziwiać niebo, przy czym taszczył ze sobą cały sprzęt.

      • Generalnie niebo południowe jest mniej ciekawe niż północne (poza kilkoma szczegółami, jak właśnie Krzyż Południa albo Obłoki Magellana), ale po pierwsze, nigdy wcześniej go nie widziałem, a po drugie – chodzi o tych kilka szczegółów 🙂

    • Moja wiedza pochodzi z około 1990r., wtedy najwięcej czytałem o astronomii i wtedy Obłoki MAgellana uznawano za najbliższe. Wiem jednak, że od tego czasu wiedza poszła bardzo do przodu (wtedy czytałem na przykład, że czarne dziury to twór hipotetyczny, planety pozasłoneczne podobnie, a kwazary to jedna z największych zagadek astronomii).

      Galaktykę Andromedy też w Dolinie Colca widziałem, ale ją akurat widać od nas, więc to żaden rarytas. Poza tym, że na takiej wysokości wszystko widać lepiej.

      • Ja się tematem nieco interesuję, ale żadnych teleskopów nie posiadam i pasją to dla mnie nie jest. Natomiast wspomniany znajomy tłumaczył mi, że chodzi też o czystość nieba, przejrzystość, wspomnianą wysokość i inne czynniki, których nie pomnę, a które sprawiają, że właśnie tam, w rejonie pustyni Atakama, są ponoć najlepsze warunki obserwacyjne.
        Zresztą – największe obserwatorium świata to La Silla położona na skraju Atakamy, tyle, że akurat już w Chile.

  12. Bardzo przyjemnie poczytać o egzotycznych wakacjach, zwłaszcza że sam tam nie pojadę zapewne nigdy:)
    Zresztą wszystkie Twoje wpisy wakacyjne są bardzo ciekawe, dlatego nie ma co się obawiać przed publikacją. To bardzo ciekawe urozmaicenie.

  13. Naprawdę świetna relacja , czytałem jednym tchem i czekam na część drugą a postać na zboczu góry przypomina kalmara z bajki „Spongebob kanciastoporty” 😉

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.