VENI, VIDI: MOTOCLASSIC WROCŁAW 2026

Ferrari F40, Ferrari Testarossa i nieprodukowany jeszcze Bugatti Tourbillon – gdzie i jak często można uchwycić taki kadr…? Otóż w weekend 21-23 sierpnia 2026r. taką scenkę dało się ujrzeć pod zamkiem Topacz, na trawniku o powierzchni większego mieszkania, zajętym przez ekspozycję pojedynczej firmy z siedzibą w Katowicach.
Gdy ponad trzydzieści lat temu, na wakacjach w południowej Francji, po raz pierwszy ujrzałem włoskie supersamochody, ani myślałem, że kiedykolwiek będę widywał je w Polsce. Ba – jeszcze w 2010r., wybierając się do Włoch by pooglądać automobilowy konkurs elegancji Villa d’Este, nawet nie śniłem, że tego formatu imprezy będą organizowane nad Wis… przepraszam, nad Ślęzą (całkiem dosłownie – rzeczka przecina wystawowy teren). Ale nawet gdybym takie sny miewał, rzeczywistość i tak je przerosła – bo rewia MotoClassic Wrocław ’26 przyćmiła już imprezę z Villa d’Este. Przynajmniej tę z 2010r., bo na innych nie byłem.
To już XIII edycja dolnośląskiej uczty dla automobilistów, lecz pierwsza, którą odwiedziłem. Zapowiedzi obiecywały wiele, ale nie były w stanie wymienić wszystkich czekających na widzów wspaniałości. Kto przepuścił taką okazję, powinien żałować, bo żadna internetowa relacja nie dorówna przeżyciu tego na żywo.
Relację przygotowałem we współpracy z GarageAge – blogiem, który bardzo polecam i który specjalizuje się w fotografowaniu pięknych aut, a mnie udostępnił swe doskonałe zdjęcia. Niełatwo było je zrobić ze względu na dwie przeszkody: tłumy zwiedzających oraz pogodę.
Właśnie pogoda – hashtag #nizgenuenski – spłatała imprezie figla. W Topaczu spędziliśmy piątkowe popołudnie i sobotni ranek, czyli dokładnie ten czas, gdy z nieba lały się hektolitry wody, z krótkimi jedynie przerwami (Bartek z GarageAge przyjechał wcześniej, dlatego na jego zdjęciach zobaczycie odrobinę słońca). Deszcz utrudniał odbiór Piękna, a nawet kontakty międzyludzkie, bo wielu wystawców chowało się w budynkach pozostając nieuchwytnymi. To jednak jedyny minus całego wydarzenia, a wobec takiego stężenia automobilowych cudów narzekać na aurę zwyczajnie nie wypada.
Automobilowe cuda przyjmują różne formy. W Pebble Beach albo Villa d’Este zjawiają się tylko te z najwyższej półki – do których aż strach podchodzić, by nie zatłuścić szyb własnym oddechem. W Topaczu też takie były, w liczbie przewyższającej publiczne zapowiedzi organizatora, jednak poza tym zjawiły się modele popularniejsze, do których większość z nas ma osobisty sentyment. To właśnie jest nieustannie opiewana przez mnie różnorodność automobilizmu – i wielki plus dolnośląskiej imprezy, na której swych przedstawicieli miały wszystkie epoki i półki cenowe. Czasem do pooglądania, a kiedy indziej też do kupienia, w najróżniejszych budżetach. W Villa d’Este samochodów jest około dziesięciokrotnie mniej (mniej więcej 50 zamiast ponad 500), a takich, jakie kojarzymy z ulic – nie bywa w ogóle.
***
Zamek Topacz jest położony w miejscowości Ślęza, kilka minut jazdy od autostradowego węzła Bielany Wrocławskie (przy którym stoi unikatowa zabytkowa stacja benzynowa z czasów III Rzeszy). Powstał w XIV wieku w celu obrony brodu na rzeczce Ślęzy, a dziś mieści elegancki hotel i dostępne na co dzień muzeum motoryzacji.
To idealne miejsce na wystawę pięknych oldtimerów
Foto: , Licencja CC
Foto: , Licencja CC
XIII edycji MotoClassic Wrocław patronowała Ambasada Francji, bo przewodnim tematem była motoryzacja francuska. W piątek miała miejsce parada aut (która dotarła na wrocławski Rynek), w niedzielę konkurs elegancji, a w międzyczasie – próby sprawnościowe, pokazy mody oraz (w sobotę wieczór) zabawa dostępna dla każdego zwiedzającego, przy francuskiej muzyce na żywo i francuskiej kuchni.
Na ponad pięciu hektarach terenu około 70 wystawców prezentowało ponad 500 pojazdów. Przy takiej skali atrakcji nie sposób choćby z grubsza obejrzeć wszystkiego. Spędziwszy na miejscu około jednego pełnego dnia (podzielonego na pół piątku i pół soboty) nie dotarliśmy nawet do wszystkich zakamarków wokół zamkowego parku. Dopiero z Internetu dowiedziałem się o fragmentach (na szczęście nielicznych), które nieświadomie ominąłem.
***
Największymi gwiazdami wydarzenia były międzywojenne pojazdy francuskie, w tym unikatowy Talbot Lago T26 Grand Sport z 1948r. (R6, 4,5 litra, 190 KM, 200 km), numer podwozia 110101 – pierwszy spośród 29 wyprodukowanych.
Talbot Lago to jedna z francuskich grandes marques – superprestiżowych firm oferujących w Epoce Niklu luksusowe limuzyny oraz wielkoturystyczne coupé i cabriolety z indywidualnymi, coachbuilderskimi zabudowami.
Tę perłę prezentował czeski kolekcjoner, František Kudela, który posiada aż dwa z 29 powstałych egzemplarzy. 12 z nich – w tym poniższy – zabudowała karoseryjna manufaktura Saoutchik, założona w Paryżu przez białoruskiego imigranta nazwiskiem Jakow Szewczyk. Ogromnie miło oglądać takie cuda na polskim konkursie.
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge


Tuż obok stały kolejne klejnoty z Francji. Większość przywieźli Czesi, natomiast wyścigowe Bugatti – Maciej Peda i Caroline Bugatti, wnuczka Ettorego…!!
Darracq…


…Lorraine-Dietrich (po baronie Goetzu, właścicielu browaru Okocim)…


…Sénéchal…

…Hispano-Suiza…
Foto: GarageAge
…Panhard-Levassor…

…oraz trzy Bugatti: cywilne 44 i dwa wyścigowe: 40–tka Macieja Pedy i 251 od spadkobierczyni firmy.



Foto: GarageAge



Na tym nie kończyły się atrakcje francuskie – znacznie więcej było samochodów młodszych. Przykładowo, salon House Of Classics przedstawił cały wachlarz modeli Renault z lat 70-tych i 80-tych, czyli pojazdów powszechnie uważanych za wymarłe.
R25, R30, R16, R17 i Fuego – gdzie dzisiaj można zobaczyć je wszystkie na raz…?


Zaraz obok inni wystawcy pokazywali Renault Caravelle, Alpine A110 (służące swemu właścicielowi na co dzień) oraz Venturi 221



Imponującą ekspozycję przygotował Citroën Klub Polska
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge

Wracając do House Of Classics: właściciel firmy, Piotrek Życzyński (który dotąd udostępniał mi do przejażdżek pięć pięknych oldtimerów), prócz pokazanych wyżej Renówek seryjnych przytargał do Topacza dwa modele koncepcyjne: Lagunę Evado z 1995r. i Logana Steppe z 2006. To rarytasy, bo normą jest, że prototypy po swej targowej premierze trafiają do ciemnych składów, skąd rzadko powracają na światło dnia.
Aut koncepcyjnych zazwyczaj nie da się nawet zarejestrować, ale dla Evado Piotrek uzyskał zabytkowe tablice, może więc wyjeżdżać na drogi. To naprawdę niecodzienna sytuacja.
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Pamiętacie Matry Rancho od Matchboxa? W latach 80-tych były bardzo popularne wśród dzieciaków, również w Polsce. Piotrek, z młodzieńczego sentymentu, sprawił sobie ten model i… pomalował na wzór resoraka. Matra służy mu jako wóz techniczny do obsługi takich imprez.

Jednak największą gwiazdą House Of Classics był amerykański Simplex Crane z 1916r.: 6-cylindrowy, o pojemności 9,25 litra i powalającej naonczas mocy 110 KM. W latach 1915-20 producent wypuścił 121 sztuk i był tak pewny jakości swej pracy, że udzielał dożywotniej gwarancji dla pierwszych właścicieli – wśród których znajdowały się m. in. rodziny Rockefellerów i Vanderbiltów (uwaga: amerykańskiej firmy Simplex nie wolno mylić z Mercedesem Simplex z 1901r.).
„Ile słyszycie tu litrów pojemności?” – pytał publiczność na Facebooku właściciel. „Jak to ile – wszystkie!!” – brzmiał najlepszy komentarz. Faktycznie, ryk tego mastodonta, którym Piotrek w przerwach w deszczu objeżdżał wystawowy teren, słyszał cały Topacz, a jego widok skradł serca publiczności skuteczniej od wszystkich klejnotów z Francji.

Foto: GarageAge
Foto: GarageAge


Jeśli pamiętacie artykuł o Oplu Olympii, którym na początku bieżącego roku trasę Rallye Monte Carlo 1939 odtworzyli Sławek Poros i jego Tata…
…to ten samochód też można było zobaczyć w Topaczu. Relację z wyprawy możecie znaleźć na stronach Sławka: Tejsted.pl oraz Śniadanie & Gablota.



Po sąsiedzku stał Durant Star pana Marcina Kusa. Auto pokazywałem już w relacji z Minogi, a teraz zwróciłem uwagę, że naklejka z wiekiem jest na bieżąco aktualizowana.


Czy nazwisko Jerzy Jeliński jest Wam znane? Zdecydowanie powinno. To urodzony w 1901r. polski harcerz, który w latach 1926-28 objechał kulę ziemską samochodem. Robił po drodze setki zdjęć, a podróż finansował z datków i prelekcji sukcesywnie wygłaszanych dla wszechobecnej w całym świecie Polonii. Druh Jeliński rozpoczął swą podróż Fordem T z zabudową mieszkalną, który w połowie drogi wyzionął ducha i został zastąpiony Buickiem z drugiej ręki (szczęśliwie stało się to w USA, gdzie używane samochody już wówczas były śmiesznie tanie). O tej wyprawie napiszę może kiedyś osobny artykuł, bo odpowiednie materiały posiadam.
Buick zachował się do dziś i gościł na MotoClassic Wrocław


Kawałek dalej stała kolekcja pana Zdzisława Siereckiego z Pleszewa – posiadacza wielu pięknych pojazdów z lat 30-tych, w tym Corda 812, Tatry 87, Mercedesa 230, BMW 315, a także Polskich Fiatów 508 i 518.




Polskiego Fiata 518 zachowały się całe dwie sztuki!! Niczym niewierny Tomasz poprosiłem pana Zdzisława o otwarcie maski, by ujrzeć tabliczkę znamionową – i podobnież naocznie przekonałem się, że ona faktycznie pochodzi z PZInż. (stojący między Polskimi Fiatami model 500 Topolino to już produkcja niemiecka, z zakładu NSU-Fiat).



Czas przejść do późniejszych epok.
Na pewno znacie legendę o Ferruccio Lamborghinim, który zirytowany niedoróbkami w swym własnym Ferrari 250 złożył reklamację – natychmiast odrzuconą z obcesowym komentarzem samego Enzo Ferrariego („żaden producent traktorów nie będzie mnie pouczał, jak robi się sportowe auta„). Po takim potraktowaniu Lamborghini postanowił samodzielnie zbudować bardziej dopracowanego grand tourera, a reszta jest historią.
W prasie i Internecie widziałem już liczne już dementi tej opowieści. W rzeczywistości Lamborghini chciał po prostu zarobić na perspektywicznym (jak wtedy sądzono) rynku ekskluzywnych aut, korzystając ze swego arcywłoskiego nazwiska i położenia siedziby firmy pod samą Modeną, ale wiadomo, że wykreowanie odpowiedniego prestiżu wymaga „mitu założycielskiego”.
Mimo wszystko, w Topaczu każdy zwiedzający mógł podziwiać białe Ferrari 250, którego dowód rejestracyjny jako pierwszego właściciela faktycznie wymieniał Ferruccio Lamborghiniego, a obok stało zaparkowane srebrne Lamborghini 350 GT – pierwszy seryjny model marki. Co najciekawsze, oba pojazdy są częściami jednej kolekcji. Polskiej – tyle mogę powiedzieć. Serce roście, że tego doczekaliśmy.
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
W czasy zupełnie bliskie przenosiła zwiedzających ekspozycja firmy La Squadra, która prowadzi w Katowicach znakomitą włoską restaurację, a prócz tego sprzedaje pojazdy marek Ferrari, Lamborghini, Bugatti, Koenigsegg, Pagani, Dallara, Alpine oraz Rimac (o ile czegoś nie pominąłem).
La Squadra wystawiała pokazane na zdjęciu tytułowym Ferrari…

Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
…i inne cuda z okolic Modeny…
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
…jednak najwięcej uwagi przyciągały dwa Bugatti.

Były to wychodzący już z produkcji Chiron Super Sport (z volkswagenowskim, poczwórnie doładowanym W16 rozwijającym 1.600 KM) oraz najnowszy, nieprodukowany jeszcze seryjnie model Tourbillon: hybryda plug-in napędzana całkowicie nowym, wolnossącym silnikiem V16 projektu Coswortha, połączonym z trzema silnikami elektrycznymi i ośmiobiegową przekładnią dwusprzęgłową. Pojemność wynosi tu 8,4 litra, moc systemowa – 1.800 KM, na co składa się 1.000 KM motoru spalinowego (pamiętacie, jak jeszcze niedawno 1.001 KM było szczytem możliwości wersji czterokrotnie doładowanej…?) oraz 3x 335 KM z prądu, dostarczanego z baterii o pojemności 25 kWh. Nad całokształtem napędu czuwał Chorwat, Mate Rimac. Czy ktoś jeszcze ma wątpliwości co do potencjału naszej części świata…?
Wydawałoby się niemożliwe, żeby Chiron Super Sport zagra gdziekolwiek rolę drugoplanową. A jednak zagrał, i to na polskiej imprezie!!

Chiron Super Sport pozostał na drugim planie, bo całą uwagę przyciągał Tourbillon. Ten termin oznacza element najbardziej złożonych zegarków mechanicznych – rodzaj klatki, w której zamknięty jest cały mechanizm zegarka i która obraca się wokół jednej lub kilku osi równocześnie, by zniwelować wpływ grawitacji na precyzję odmierzania czasu. To piękne osiągnięcie tradycyjnej sztuki zegarmistrzowskiej, znane od XVIII wieku, ale do dziś stosowane w zegarkach z półki odpowiadającej samochodom Bugatti.
Bugatti Tourbillon wygląda podobnie do poprzedników, jednak nie dzieli z nimi żadnych części. Jego struktura nośna wykorzystuje karbonowe wydruki 3D. Prędkość maksymalna to 445 km/h, po dwóch sekundach od startu auto osiąga 100 km/h, po pięciu – 200, po dziesięciu – 300, a po dwudziestu pięciu – 400.




La Squadra przywiozła też pojazd Zagato AGTZ Twin Tail – który powstawał z jej własnej inspiracji (sic!!), w latach 2024-25. Łączy on seryjną technikę nowoczesnego Alpine A110 (1,8 litra, 300 KM) z autorską karoserią studia Zagato, naśladującą wyścigowy bolid Alpine A220 z 1969r. (choć opartą na strukturze nośnej Alpine A110 w celu zachowania homologacji).
Produkcja Zagato AGTZ Twin Tail została ograniczona do 19 sztuk, cena wynosiła 650 tys. €, a za sprzedaż i marketing odpowiadała grupa La Squadra. Tak, ta z Katowic.



W pewnym momencie wrażeń nagromadziło się tyle, że trzeba było dać mózgowi odpocząć – inaczej stężenie neuroprzekaźników przekroczyłoby bezpieczny poziom. Naprawdę, istnieje takie zjawisko i nie można go ignorować.
Gatunek homo sapiens pochodzi ze wschodniej Afryki, dlatego najlepiej czuje się wśród zieleni wysadzanej małymi wodnymi oczkami. Tak wyglądają sawanny Kenii i Tanzanii, dlatego milionerzy, którzy mogą dowolnie kształtować swoje otoczenie, od zawsze projektują swe posiadłości w ten sposób. Ogrody w Topaczu też oferują takie widoki i warto z nich korzystać dla odzyskania równowagi emocjonalnej.
Foto: GarageAge
Nieopodal działa motoryzacyjne muzeum. W ramach biletu na MotoClassic można tam było pooglądać kolejne skarby.
Największą gwiazdą jest tutaj jedyny zbudowany prototyp Warszawy 210, który po zakupie licencji na PF125p okazał się niepotrzebny i byłby został zniszczony, gdyby ktoś przytomnie nie zamurował go na terenie Muzeum Zagłębia Staropolskiego w Sielpi. Auto odkryto przy okazji remontu w 1999r. (pogłoski o drugim egzemplarzu, wywiezionym rzekomo do ZSRR i służącym tam za wzór dla Wołgi GAZ-24, to bujda – sami twórcy auta już w naszym stuleciu potwierdzali, że powstał tylko jeden prototyp).



Jest replika Syreny Sport…

…przedwojenny Fiat 508…

…i dużo innych ciekawych pojazdów z różnych epok.




Na piętrze czeka ciekawostka niemotoryzacyjna: oryginalne mieszkanie rodziny Kiepskich. Producent serialu ma siedzibę w Bielanach Wrocławskich i tu właśnie przywiózł kompletną scenografię.

Mówiąc o muzeach nie wolno pominąć Muzeum Motoryzacji Wena z Oławy, które samo w sobie jest instytucją klasy międzynarodowej.
W Topaczu Muzeum pokazywało między innymi interesujące autobusy…

…oraz Fiata 125p, który – wraz z drugim 125p i jednym Polonezem – został zakupiony w Tajlandii i przyjechał do Polski na kołach, pokonując 17 tys. km w 43 dni (przez Laos, Chiny, Kazachstan, Rosję, Gruzję i Turcję).


W czasie MotoClassic Wrocław miały miejsce obchody 75-lecia samochodu Warszawa. Przyjechały dwie Pobiedy i 52 Warszawy, w tym 24 garbate, 18 sedanów, 4 kombi, 4 pick-upy, jeden furgon i jedna przeróbka.
Największą atrakcją okazał się egzemplarz użytkowany niegdyś przez biskupa Karola Wojtyłę. Dziś jest on częścią niemieckiej kolekcji, ale nieraz pokazuje się w Polsce.

Była kolejowa drezyna…

…wersja kempingowa…

…oraz samochód niejakiego Edwarda Kummera – łódzkiego przedsiębiorcy, którego losy opisywał na Tejsted.pl Sławek Poros. Dotknięcie takiej Historii też robi wielkie wrażenie.

W niektórych przypadkach większą uwagę niż eksponaty przyciągały wiozące je lawety

Takie warunki panowały niestety przez większość naszej bytności w Topaczu

Osobny temat to ekspozycje handlowe, zajmujące dużą część terenu i nie mniej ciekawe od wystaw kolekcjonerów. Jednym z pojazdów, który na MotoClassic Wrocław zmienił właściciela, była zjawiskowo piękna Alfa-Romeo 2600 Touring Spider z firmy Novanta Classics.
Cena transakcyjna nie jest znana, ale wywoławcza wynosiła 179.800 euro – więcej niż kosztuje idealny stan Mercedesa „Pagody”. Zresztą jako nowa Alfa też była droższa.




Wielką różnorodność ofert przedstawiła Giełda Klasyków. Seledynowego Borgwarda Isabellę kiedyś już bliżej poznałem…

…po raz pierwszy oglądałem natomiast MGA…

…Fiata 124 Coupé…

…pięknie zachowanego Passata B1…

…Triumpha 2500 PI…

…Renault Dauphine we wzmocnionej wersji Gordini…

…Chevroleta Impalę ’58 (pomyślcie sobie, że to było najmniejsze i najtańsze auto dostępne wtedy w USA, choć w doposażonej specyfikacji)…


…oraz przepiękne Alfy-Romeo: Montreal i coachbuilderska Giulia Sprint Speciale od Bertone. Jedna wspanialsza od drugiej.
Foto: GarageAge
Miłośnikom żelaznego hardkoru Giełda Klasyków proponowała mumię Tatry 57, odnalezioną we wschodnich Niemczech z radzieckimi tablicami okupacyjnymi – a więc niejeżdżącą przynajmniej od 1955r. Auto było wystawione bez ceny minimalnej i po pisemnej licytacji znalazło w Topaczu amatora.




Z tym samochodem też miałem okazję poznać się bliżej. Guru polskiej sceny NSU, Wojtek Adamek z podpoznańskiego Koninka, przywiózł do Topacza trzy auta, w tym unikatowego Spidera (pierwszy w świecie seryjny samochód z silnikiem Wankla) oraz praktycznie nieznaną w Polsce pierwszą generację Prinza.

Dla marki Lexus Polska jest dziś NAJWIĘKSZYM RYNKIEM W EUROPIE, ważniejszym od Niemiec i Francji RAZEM WZIĘTYCH!! Kto by przypuszczał jeszcze parę chwil temu…? Sprzedaż w 2025r. wyniosła: w Niemczech 4.661 sztuk (spadek rok do roku o 18%), we Francji 6.150 (spadek o 14,6%), a w Polsce 15.035 (wzrost o 2,4%). Na marginesie: również dla BMW 7 nasz kraj jest drugim (po Niemczech) największym rynkiem na kontynencie.
Nic dziwnego, że takiej imprezy Lexus przegapić nie mógł

Na straganie Legends Duda Cars panowała straszna monotonia…

…ale w zamian uciąłem sobie miłą pogawędkę z jej mechanikami, na temat eksploatacji SLa. Fachowcy potwierdzili, że współcześnie produkowane palce rozdzielacza warto wyprzedzająco wymieniać co dwa sezony, jeśli chce się uniknąć przykrych niespodzianek. Takie mamy czasy.

Poza tym bez przerwy coś się działo: komuś zepsuło się Porsche…

…z kierunku twierdzy Breslau nadciągał zdobyczny NSU Kettenkrad…

…a przedstawicielstwo Bentleya szykowało się do premiery modelu Flying Spur. Niestety, przez deszcz nie dotrwaliśmy do jej momentu.


***
Żeby nie było zbyt słodko, jedną rzecz muszę skrytykować: długotrwałe deszcze całkowicie rozmoczyły łąkę służącą zwiedzającym za parking, przez co w sobotę zrodziły się iście dantejskie sceny.
Tak dojeżdżaliśmy na parking rano. Nie mam pojęcia, czemu stewardzi nie pozwalali jechać drogą, ale wtedy przynajmniej dało się jechać…

…natomiast po południu dziesiątki samochodów z zupełnie płaskiego trawnika wyciągały na linach wojskowe Jeepy i ściągnięty przez organizatora traktor. Nas akurat wypchnęli rękami dobrzy ludzie przechodzący przypadkiem obok, ale problem miał każdy samochód bez napędu 4×4 i blokady dyferencjałów (tak, SUVy również). Trwało to tyle, że (wbrew prognozom) deszcz zdążył przejść i w zasadzie można było kontynuować zwiedzanie, ale my nie chcieliśmy już drugi raz wjeżdżać tam, skąd ledwie co z trudem wyjechaliśmy.

Na moje późniejsze utyskiwania organizator odpowiedział, że ten trawnik jest wynajmowany od gminy na trzy dni w roku i nie ma możliwości lepszego przygotowania go. A że termin imprezy zbiega się z niezupełnie nieprzewidywalną aktywnością niżu genueńskiego… Trudno, dawni automobiliści mieli nieporównanie gorzej.
Na zakończenie podam jeszcze wyniki poszczególnych rywalizacji…

…oraz pokażę kilka pięknych fotek od GarageAge, z serdecznymi podziękowaniami za udostępnienie. Mam ogromną nadzieję na podobne widowisko za rok – u nas w Polsce, która nie musi się wstydzić niczego, przed nikim na świecie.
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Foto: GarageAge
Wszystkie nieopisane fotografie są pracami moimi i mojej żony
Jeśli podobał Ci się artykuł – możesz rozważyć postawienie mi symbolicznej kawy (bez wpływu na dostępność treści bloga, przeszłych i przyszłych – one są i zawsze będą całkowicie darmowe i całkowicie niekomercyjne)

Zawsze mówię, że Polska góroM 😁
Bywałem w Topaczu w poprzednich latach i zawsze byłem pod wrażeniem tej imprezy. Oby tak dalej.
Turbillon to adekwatna nazwa dla Bugatti – w koncu podobnie jak w zegarakch nie ma to praktycznego sensu, zwlaszcza w czasach, w ktorych nic ciekawego nie powstaje 😉
Morskie mechaniczne chronometry (instalowane na specjalnym zawieszeniu niwelujacym wplyw ruchu) mialy niedokładność na poziomie ok. 1 sekundy na dobę – co notowoano skrupulatnie w dzienniku okretowym, kiedyś w portach korzystano z kuli czasu, potem od XX wieku radiowego sygnału czasu. No i pojawily sie inne pomoce nawigacyjne. Wiec turbillon jest gadżetami, ktorego istnienie uzasadnia jedynie fakt, ze sa ludzie skłonni zapłacić niebotyczne pieniądze za cos skomplikowanego (100 tys. EUR to nie jest jakas duża kwota jak za wspolczesny zegarek) – no, do Bugatti pasuje znakomicie.
Na motoclasic byłem parę lat temu. Samochodów sporo, ale atmosfera wtedy jakos nie zrobiła na mnie najlepszego wrażenia. A w tym roku wyszło tak, ze bylem na wyjeździe i nie miałem jak sprawdzić 😀
Miłość do drogich zegarków zwichnęła niejedną karierę polityczną czy polityczno-sportową.
dobrze wiedzieć co to oznacza 🙂 ja to przeczytałem „turbilion” i myślałem że to jakaś rząd wielkości większa jednostka niż „cebulion” – jakże też adekwatna 😉
a sam samochód przeokropnie paskudny, wygląda jak jakaś ryjówka czy inny mrówkojad, choć technicznie może być niesamowity
To prawie jak w tym dowcipie o amerykańskiej blondynce, która chwaliła się drugiej:
-„I slept with a Brazilian”
-„Wow!! How many exactly is one brazillion?”
😀
Ale turbilion jako samochodowy liczebnik z mnóstwem zer bardzo mi się podoba!!
Niesamowite, że dzieje się to w kraju, w którym w czasach mojego dzieciństwa, Mercedes 190 powodował zbiegowisko i przyciskanie nosów do szyby.
Piękna wystawa; może kiedyś się w końcu zmobilizuję, żeby do Topacza dotrzeć. Chociaż, może to dziwnie zabrzmi, motoryzacją interesuję się z roku na rok coraz mniej, więc nie mam pewności.
Nasuwa mi się przy tym kilka refleksji:
1) W Polsce dokonał się niewiarygodny postęp – od biedy lat 90-tych do bogactwa dzisiaj
2) Bogactwo to, niemniej jednak, dotyczy wąskiej warstwy najlepiej sytuowanych w tym kraju, PRZY CZYM nawet ci słabiej zarabiający i tak mają się o niebo lepiej niż jeszcze 30 a nawet 20 lat temu
3) Tak jak kraje zachodnie w latach 60, 70 czy 80 były rajem dla obcokrajowców – imigrantów, tak my powoli stajemy się czymś podobnym w oczach wielu przyjezdnych obecnie. Znowu, z zastrzeżeniem: nie cały nasz kraj tak wygląda. Spore rozwarstwienie dotyczy też poszczególnych rejonów. Można to podsumować tak: Niemcy mieli swój wunderwirtschaft w latach 60/70. My mamy go teraz.
4) W sumie – funkcję samochodu spełnia z powodzeniem auto za 10 tys. jak i auto za 10 milionów. I z czysto pragmatycznego punktu widzenia można sobie zadać pytanie: po co więc produkować to ostatnie. Oczywiście psychologia ewolucyjna dostarcza dość prostej odpowiedzi, ale wciąż…
5) Stare auta mają w sobie „coś”. Nawet jeżeli są to zupełnie zwyczajne pojazdy, kompletnie przestarzałe według dzisiejszych standardów. Coś czego jednak dzisiejsze nie mają. Coś co może się podobać na KKN, a niekoniecznie na wystawie współczesnych pojazdów.
Odstawiałem dzisiaj wóz do kolejnego remontu. Obok stał sobie RR, McLaren, kilka Porsche 911 w wersji „zamorduję każdego na drodze swoim tysiącem KM”, jakiś Bentley i parę innych, im podobnych. No i… mając miliony na koncie żadnego z nich z pewnością bym nie wybrał. Przypominają okrutnie agresywne zabawki z gier komputerowych bardziej niż maszyny. Bez „duszy” i właśnie tego „czegoś” (o ile maszyna mogłaby mieć duszę, w sumie to głupi pomysł). Nie wiem jak mógłbym je postrzegać za 30 lat, ale wątpię, żeby inaczej.
A może to objaw starzenia się – kto wie.
Ad. 2 – polepszyło się oczywiście wszystkim, ale jednocześnie zwiększyło się rozwarstwienie społeczne i będzie ono postępować (przy czym dotyczy to oczywiście nie tylko Polski). Tymczasem już w „Państwie” Platon argumentował, że skrajne różnice majątkowe prowadzą do faktycznego rozpadu wspólnoty państwowej.
Po drugie zaryzykowałbym niepopularną tezę, że nasz gwałtowny rozwój w latach 90-2000 to po części dywidenda czasów PRL, kiedy to żyliśmy biednie, ale za to weszliśmy w 1989 r. z dobrą demografią (jednolitym etnicznie młodym społeczeństwem), dobrym systemem edukacji, czy zrealizowanymi dużymi projektami infrastrukturalnymi (gdzieś czytałem, że np ponad 60% naszych obecnych elektrowni pochodzi z lat 70-80). Zatem paradoksalnie teraz żyjemy lepiej, ale długofalowe perspektywy wydają mi się gorsze.
Zwróć uwagę, że na początku lat dziewięćdziesiątych Cinquecento kosztowało tyle, że na dzisiejsze pieniądze to jest 300 tysięcy złotych za siedemsetkę i około 340 tysięcy współczesnych złotych za dziewięćsetkę. I mówimy tutaj o malutkim samochodziku ze śmiesznym silniczkiem, pozbawionym absolutnie jakichkolwiek wygód czy urządzeń takich jak ABS, ASR, poduszki i tak dalej.
Kiedyż obliczałem, że Cinquecento/Polonez kosztowały w początkach lat 90-tych +/- około 20 średnich wynagrodzeń i to były auta, którymi jeździła ówczesna „klasa średnia”. Obecnie średnia cena nowego samochodu sprzedawanego w Polsce to ok 185.000 zł, tj. dalej ok. 20 przeciętnych wynagrodzeń, tyle że przeciętne wynagrodzenie wzrosło i przesiedliśmy się z Polonezów na Kię Sportage.
Poza tym ja nie kwestionuję, że przeciętnemu Polakowi żyje się lepiej niż w latach 90-tych, mówię tylko, że rozwarstwienie społeczne się zwiększa i nie jest to dobre.
Co to znaczy że „nie jest dobre”?
Poprawiło mi się 10 razy, ale jestem wściekły, bo sąsiad ma lepiej 12 albo 20 razy, tak? Lepiej żeby wszyscy zostali w nędzy, byle sąsiad nie miał lepiej niż ja…?!?!
Platon pisał w starożytności. Wtedy jakiekolwiek bogactwo pochodziło z plądrowania krajów przez wojsko albo brania wrogów w niewolę, żeby żyć z harówki tysięcznych rzesz. Natomiast począwszy od XIX wieku bogactwo pochodzi z jego wytwarzania, nie odbierania. Od tego czasu każdy może wytworzyć tyle, ile tylko potrafi i zachować to dla siebie. W związku z tym każdy ma sto razy więcej niż kiedyś, ale niektórzy nie mogą przeżyć tego, że sąsiad wytworzył więcej, a państwo podjudza takich do gadania, że to „niedobre”, żeby móc co bardziej produktywnych okradać i jeszcze zyskiwać poklask.
Jedyni, którzy żyją z odbierania innym, to władza i jej pupilki otrzymujący dotacje i kontrakty „publiczne”. Cała reszta, jeśli ma dużo, to przez wytworzenie wartości i dostarczenie jej innym. Im więcej takich ludzi, tym więcej miejsc pracy i tanich towarów w sklepach.
Za czasów Platona, żeby mieć więcej, trzeba było zakuć w łańcuchy więcej niewolników – dlatego było to krytykowane. Dziś trzeba dostarczyć bliźnim więcej pożytecznych rzeczy. Nie umiesz? Ja też nie, i dlatego ogromnie się cieszę, że tacy ludzie istnieją i mogę u nich pracować za pięciocyfrową pensję, zamiast harować i głodować jak 05% ludzkości w czasach sprzed epoki wolnej gospodarki.
Ludzie, którzy potrafią robić biznes, zapewniać am wszystkim obfitość towarów i pracę, zasługują na pomniki, ale dostają tylko powszechną nienawiść (za to pomniki stawia się tym, którzy nas wszystkich okradają, proporcjonalnie do produktywności, a co jakiś czas wysyłają na śmierć w celu obrony swojego stołka). To oczywiście zmyślny plan: kiedyś za podludzi uważano niewolników, potem chłopów, teraz przedsiębiorców – czyli każdorazowo tych, których można okradać. To takie przygotowanie mentalne gawiedzi, żeby okradanie zyskiwało poklask, I jak widać, ludzie klaszczą.
Z ciekawości sprawdzałem kwestię tego rozwarstwienia kiedyś. I to jest w ogóle ciekawe: bo współczynnik Giniego, który teoretycznie to ma właśnie wskazywać, znacząco spadł w ciągu ostatnich 20 lat. Mało tego – jest niższy niż w większości krajów Europy, zwłaszcza zachodniej. Ale w Polsce mamy inny czynnik, który bardzo psuje całościowy wynik: problem z nieruchomościami. Rozrzut pomiędzy płacą minimalną, średnią, medianą czy nieco lepszą pensją jest relatywnie niewielki (statystycznie patrząc), ale sęk w tym, że nasze pokolenie (wczesne lata 80-te) ma lepszy dostęp do nieruchomości niż ludzie, którzy urodzili się po ok. 2000 i obecnie sytuacja w dużych miastach pogarsza się pod tym względem powoli i systematycznie.
Co ciekawe w Polsce istnieje też spory podział w kontekście możliwości edukacyjnych; płatna edukacja, kursy, wykluczenie komunikacyjne itp. itd. Tu też sytuacja się nie poprawia.
W Polsce generalnie nie jest źle, ale w USA wygląda to tragicznie i to jest chyba niestety trend światowy. Dosyć wymownie obrazuje to załączony wykres wzrostu PKB do mediany dochodu gospodarstwa domowego:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Nier%C3%B3wno%C5%9Bci_dochodowe_w_Stanach_Zjednoczonych#/media/Plik:Gdp_versus_household_income_in_USA_(PL_version).png
Wygląda tragicznie począwszy od lat 90-tych, bo prawdziwa wolność zostaje w szybkim tempie zastąpiona oligopolem. Państwowe koncesjonowanie, brak prawa antymonopolowego (szczególnie widoczny w usługach medycznych) i interwencjonizm podobny jak w Europie odbierają szanse na konkurowanie z ustawionymi.
W praktyce rozwarstwienie może oznaczać, że np. większość mieszkań, czy modnej „własności intelektualnej” będzie należeć do nielicznych. W sumie to w jakims stopniu juz sie stało i prowadzi do blokowania a nie przyspieszania rozwoju.
To sie niespecjalnie różni od tej złej magnackiej szlachty.
No i różnica miedzy „dobrymi biznesmenami” a „złymi politykami” często okazuje sie cienka, za to z silnymi powiązaniami miedzy jednymi i drugimi. W koncu skoro za całkowicie naturalną uważamy chęć bogacenia się dlaczego nie przyznam, ze tak samo jest z pędem do wladzy?
to jest kwestia fundamentalnych wartości.
Jeśli chcemy dobrobytu, to nie możemy go zakazywać ani rabować, nieprawdaż? Kto chce miodu, musi pielęgnować pszczoły, a nie zabijać je. A władza to z definicji ktoś, kto żyje z wymuszania przemocą okupu na każdym wytwarzającym cokolwiek.
Tym różni się nasza cywilizacja od wszystkich innych, że na pewnym etapie uznała, że każdy ma prawo pracować i gospodarować samodzielnie, natomiast nie ma prawa do okradania innych. Praktycznie wszystkie inne cywilizacje uznały coś odwrotnego – że rabunek jest naturalny, a samodzielne gospodarowanie nie. Do którego kręgu chcemy należeć – możemy zdecydować sami.
Nasza cywilizacja? Przecież historia Europy to wojna za wojną. Fundamentalne wartości? Europejski biznes też ma na koncie wszystko co ludzkie z podrabianiem produktów, korupcją, wykorzystywaniem pracowników czy oczernianiem konkurencji włącznie.
Jejku, dyskutowaliśmy o tym tysiąc razy i tysiąc razy powtarzam to samo.
Czym innym jest łamanie zasad, a czym innym ich nieistnienie, tudzież istnienie odwrotnych. Każda władza łamie zasady i każda jest bandycka. Ale to u nas ludzie pracowali i ciągle jeszcze w jakimś stopniu pracują na siebie, a złodziejstwo uchodzi za przestępstwo. Chociaż coraz częściej widać, że się to kwestionuje i skutki widzimy naokoło.
@Daozi, czy ten współczynnik Ginniego uwzględnia tylko etatowcow czy kontrakty B2B także?
W kontekście Platona to jednak nie odrzucał bym tego. Oni (starożytni) też przechodzili przez podobne bolączki do naszych. Spójrzmy choćby na USA, to państwo nie działa dobrze, bo na ulicach śpią ludzie pracujący w kilku pracach, a jednocześnie mamy magnatów pokroju J.Dimiona lub medialnych milionerów jak Elon czy inni z Kalifornii. Stąd też ten wykres z USA. Zajmują się wyciskaniem wody z kamienia i wciskaniem wszystkim na świecie swojego długu, coraz mniej produktywnych rzeczy jest w całości GDP.
Co do perspektyw w PL to moim zdaniem żyje się dobrze, na tle Europy jest świetnie. Ale perspektywy są słabe. No kolonii nie może być lepiej niż metropoli i w końcu jakieś decyzję mniej lub bardziej widoczne publicznie przyjdą z Brukseli/Waszyngtonu, a których jarzmo odczujemy.
A jeszcze słówko o przedsiębiorstwach. Nie potępiam w czambuł, ale nie ma co rwać przed nimi szat jak Rejtan. Walczą w tym absurdzie to i dalej będą. Ewentualnie już nie bo oni i wnuki będą mieli z czego żyć. Natomiast wydaje mi się że sporo dużych firm to na wywlaszczniach publicznego mienia powstało i tam musiały być układy z władzą poprzednia.
@ndv pełna zgoda. Już dziś w Niemczech (byle NRD znam naocznie) niemal całe dzielnice są w posiadaniu jakiś funduszy nie wiadomo skąd. No na klatkach nie jest przyjemnie. Można by rzec komunizm – dobro wspólne jest niczyje
Te niemieckie spółki mieszkaniowe mają jedno podstawowe źródło – opodatkowanie mieszkań. Tam nie opłaca się kupować mieszkań, po kupić oznacza tak naprawdę wynajmować od państwa po wsze czasy. Za dziedziczenie też państwo odbiera dużą część. Czyli lepiej płacić za wynajem i zaoszczędzić ogromny kapitał. W skali dziesięcioleci tak jest po prostu taniej.
W ten sposób właśnie władza przejmuje dorobek ludzi za pół darmo i każde pokolenie musi całe życie pracować na coś, co poprzednue pokolenia już x razy sfinansowały. To jest bandytyzm do kwadratu, który u nas jeszcze nie wezedł, ale kiedyś być może wejdzie. Oczywiście na raty, tak żeby ludzie klaskali zamiast protestować (najpierw od wielu mieszkań, później od każdego, jak w tzw. Europie). I któregoś dnia się okaże, że – tak jak Niemcy – n8e mamy już swojej własności, tylko jesteśmy lokatorami władzy, mimo spłacenia kredytu przez 30 lat. Tak jak nie mamy już swoich dochodów ani oszczędności, bo od nich też płacimy haracze, mimo że sami ba nie pracujemy, i nikt specjalnie się temu nie ddziwi. No ale jesteśmy przygotowywani na to od pokoleń.
Ad 1/2) To co piszesz, jest wewnętrznie sprzeczne. Największy postęp odczuli właśnie słabo zarabiający. Jak zresztą w każdym wolnym kraju przez ostatnie 200 lat, bo królowie zawsze mieli się dobrze, tylko cała reszta głodowała.
Nasze dzisiejsze samochody są lepsze niż Ferrari w czasach naszego dziadka – i tego jakoś nikt nie zauważa, tylko każdemu przeszkadza, że sąsiad ma lepiej. Jeśli sąsiad należy do władzy i ma z odbierania przemocą innym, to mnie też przeszkadza, ale w każdym innym przypadku ma, bo daje pracę i towary codziennego użytku każdemu z nas. Bez takich ludzi głodowalibyśmy bez końca. Tylko oni sprawiają, że praca przeciętnego człowieka ma ekonomiczny sens i wytwarza cokolwiek więcej niż potrafił na wyspie zrobić Robinson Crusoe. Dlatego to im powinniśmy pomniki stawiać, a nie gnębić.
Ale nikt nie zamierza gnębić przedsiębiorców, ja jedynie pisałem, że zbyt duże rozwarstwienie nie jest dobre – ale zgadzam się, że ma swoje dobre strony – np. jak w małym miasteczku otworzy się Biedronka, to dotychczasowi właściciele warzywniaka, piekarni i delikatesów mogą w niej np znaleźć pracę na kasie i zarabiać i nie powinni być zawistni, tylko postawić zarządowi Jeronimo Martins pomnik, a to tylko jeden z wielu przykładów korzyści z rozwarstwienia dochodów.
Czyli wszystko co tanie jest niedobre, musimy zawsze płacić najwyższą cenę za każdy produkt, bo inaczej szkodzimy sprzedawcom, prawda?
Już to tłumaczyłem sto razy: dobrobyt wynika z efektywności pracy. Nie z tego, że każdy ma świstek z umową o pracę, tylko z tego, ile towarów z tej pracy powstaje. W czasach kiedy szewc robił jedną parę butów na miesiąc, te buty kosztowały dwumiesięczny zarobek, a dzisiaj kosztują jednodniowy. Oczywiście, że przez to wielu szewców straciło pracę, ale oni dziś nie głodują – po prostu robią coś innego. Wcale nie stali się biedniejsi – wręcz przeciwnie, przestali chodzić boso. Tyle że musieli znaleźć sobie coś innego do roboty. Na tym polega postęp: kiedyś 100% ludzi uprawiało ziemię i ledwie wyrabiali na własne wyżywienie, dziś rolnictwo zatrudnia 1-2% ludzi, a reszta wcale nie jest głodna – po prostu produkuje inne towary. Dzięki temu mamy coś więcej niż samo jedzenie.
Zresztą na normalnym rynku współistnieją zarówno dyskonty, jak i małe sklepy, i straganiarze też. NA mojej ulicy jest po kilka firm z każdego z tych gatunków. A o tym, ile których jest potrzebne, decydują klienci – jedyna instancja w gospodarce.
Tutaj mam pewne „ale”, które dostrzega już wielu ludzi, współodpowiadających za powstanie tzw. SI / IA. Otóż kiedyś szewc tracił pracę i mógł zacząć pracować na przykład w fabryce. Dobrze. Ale obecnie IA może zastąpić; według różnych kalkulacji, między 10 – 30% etatów w krajach rozwiniętych i rozwijających się. Prognozy mówiące o 30% nie są wcale najczarniejsze, bo czytałem i o odsetku rzędu 35%. Problem w tym, że dla aż tylu ludzi zwyczajnie pracy nie będzie, bo obsługa nowych technologii przyniesie w najlepszym wypadku kilkuprocentowy wzrost. I pojawia się dylemat: czy należy wprowadzić rodzaj płacy powszechnej? Za nicnierobienie? To niebezpieczne. A z drugiej strony co się stanie z przeszło miliardem ludzi bez zatrudnienia? Mało tego – komu będzie można wówczas sprzedawać masę, często zbędnych i bezużytecznych, ale napędzających gospodarkę, dóbr i usług?
Wiem, że ten temat pojawia się na ustach ludzi pokroju Muska, Zuckerberga czy Gatesa. Przerabiamy obecnie coś nieporównywalnego z rewolucją przemysłową. Może, chociaż nie musi, nastąpić zmiana, która zepchnie wielu ludzi poza granicę biedy po to, żeby najbogatszych uczynić jeszcze bardziej najbogatszymi (;)), ponad wszelką miarę.
Poza tym problem rozwarstwienia nie tyle dotyczy nas, pracujących za tyle ile pracujemy (chociaż mediana zarobków w tym kraju to połowa jakiejkolwiek pięciocyfrowej kwoty i w zestawieniu z tymi na górze wypada blado), ale blisko miliarda głodujących na Ziemi vs. garstki ludzi, których bogactwa są nawet nijak nierealizowalne i rosną w tempie szybszym niż możnaby cokolwiek z nimi zrobić. Są to de facto olbrzymie cyfry na rachunkach, oderwane już dawno od rzeczywistości. Tylko, że tu już odchodzimy od realiów naszego kraju, bo u nas aż tak skrajnej różnicy jednak nie ma.
A co do pomników to uważam, że to sami rządzący je sobie stawiają. Myślę, że to nie ludzie, którzy są rządzeni robią to oddolnie, a jeżeli już, to ci zmanipulowani i nieświadomi. Ogół zawsze w dziejach taki był. A władza ZAWSZE znajdowała się w rękach nielicznych, którzy byli w stanie skutecznie tym ogółem manipulować.
Mało tego – ci najpotężniejsi, stojący za kulisami, to właśnie ci, którzy rzekomo wytwarzają owe wartościowe rzeczy – to ludzie z list Forbesa, nie sami politycy, którzy są raczej narzędziem w rękach tych pierwszych.
Natomiast co do klientów jako jedynej instancji w gospodarce – moim zdaniem nie do końca. W teorii – owszem. W praktyce klient ma przeciwko sobie gigantyczną machinę korporacji, która wydaje miliardy na marketing, na manipulowanie a często oszukiwanie tego klienta. Nawet jeżeli klient jest świadomym konsumentem (a ilu realnie jest?) to często nie ma ucieczki przed praktykami wspomnianych korporacji, przed oligopolami, które za pomocą lobbingu mogą kształtować ten rynek dostosowując go do swoich, a nie klienta potrzeb (kłania się chociażby genialna, nagrodzona pulitzerem, książka M.Mossa „Cukier, sól, tłuszcz – jak uzależniają nas koncerny spożywcze”).
Od 250 lat mówi się, że maszyny spowodują nędzę, ale jak dotąd przynoszą wyłącznie poprawę standardu życia, d poziomu wcześniej nieznanego królom. W czasach rewolucji przemysłowej robotnicy niszczyli maszyny, żeby pracy nie stracić – a dziś nikt nie miałby ochoty pracować tak jak oni, każdy uważa, że to był nieludzki świat w porównaniu do naszego.
Nie wiem, jak AI przekształci nasze życie, bo nikt nie zna jutra. Ale jak dotąd każda rewolucja wychodziła na plus i nie ma powodu przypuszczać, że coś się tutaj zmieni. Dziś każdy przypisuje AI jakieś boskie moce, a ja już miałem w pracy szkolenia o „zdrowym sceptycyzmie” wobec AI z podkreślaniem, że to nie jest magiczna różdżka, tylko narzędzie.
Co do głodujących – po 1990r. ich liczba spadła o 80 czy 90%, właśnie z powodu wprowadzenia wolnej gospodarki tam, gdzie wcześniej był komunizm, czyli w większości III Świata.
Oczywiście, że władza nami manipuluje i znajduje się w rękach nielicznych, ale właśnie dlatego powinna mieć do powiedzenia jak najmniej. Historycznie poziom życia był w 100% skorelowany właśnie z poziomem wolności i jest tak do dziś. Co, co się stało w II i III Świecie po 1990r. po wprowadzeniu wolności i to, co się dzieje na dzisiejszym Zachodzie przy szybkim jej likwidowaniu, to tylko najbardziej jaskrawe przykłady.
Całe szczęście, że mamy demokrację i każdy może mieć swoje zdanie. Ja uważam, że zdrowe społeczeństwo obywatelskie powinno opierać się na silnej klasie średniej, a duże rozwarstwienie dochodów w dłuższej perspektywie prowadzi do zaniku tej klasy (co już dzieje się w USA). Sorry za niepotrzebny quasi polityczny offtop pod relacją z naprawdę fajnego motoryzacyjnego wydarzenia. Wszystkie zebrane w tym jednym miejscu samochody są wspaniałe, chociaż bliższa mi jest estetyka Talbota Lago niż Tourbillona. I nie bardzo rozumiem o co chodzi z tym prototypem Laguny kombi, bo wydawało mi się, że w 1995 ona była już w produkcji – to miała być jakaś wersja specjalna?
Obiecuję sobie, że w przyszłym roku też się wybiorę.
Ależ to nie jest polityka, tylko światopogląd. To bardzo fajnie, że sobie tu również na te tematy dyskutujemy.
Oczywiście, że każdy może mieć swoje zdanie, tylko że są pewne wartości, które nie podlegają dyskusji: nie wolno drugiego człowieka zabić, pobić, zgwałcić ani też siłą odbierać mu plonów albo zmuszać do takich, a nie innych aktywności. A „rozwarstwienie” można zlikwidować wyłącznie odbierając wszystkim wszystko poza biologicznym minimum. Innego sposobu nie ma – albo będzie powszechna nędza, albo „rozwarstwienie”.
Klasa średnia to właśnie książkowy przykład czegoś, co wymaga pełnej wolności, żeby w ogóle zaistniało. To zazwyczaj drobna i średnia przedsiębiorczość, czyli coś, co istnieje tylko w warunkach gospodarczej wolności i minimalizacji interwencji państwa. Inaczej – tak jak napisał Daozi – grupa trzymająca władzę przyzna wszystkie koncesje i prawa swoim i tyle zostanie z klasy średniej.
Evado to był prototyp kombi. Był pokazany tuż przed premierą wersji seryjnej.
„Albo będzie powszechna nędza, albo rozwarstwienie” – warto dodać, że zgodnie z tzw. współczynnikiem Giniego największe rozwarstwienie panuje w krajach tzw. trzeciego świata, gdzie najwyższe miejsce zajmuje Namibia ze współczynnikiem 74, a najniższe Dania ze współczynnikiem na poziomie 24 – domyślam się, że informacje o rajskim życiu w Namibii nie docierają do nas tylko za sprawą wrogiej propagandy eurokołchozu – w przeciwnym wypadku granice Namibii już dawno byłyby szturmowane przez żyjących w nędzy Duńczyków.
Mówimy o normalnych gospodarkach, nie o Afryce.
W Afryce ogromna większość populacji pozostała na poziomie neolitu, z przyczyn kulturowych i mentalnościowych i wcale nie ma zamiaru takiego życia porzucać. Od lat 60-tych pieniądze wpompowane przez Europę i USA w kraje afrykańskie liczy się w trylionach dolarów, z efektem bliskim zeru. Jeśli dojdzie do kwadrylionów albo kwintylionów, to też najprawdopodobniej niczego nie zmieni (po 1990r. trochę się poprawiło, bo znikły najcięższe reżimy komunistyczne, odtąd większość przestała głodować, ale normalnej gospodarki wciąż praktycznie nie ma).
Stąd bierze się współczynnik – mamy bardzo wąską grupę ludzi rozumiejących świat i potrafiących zarabiać, oraz przytłaczającą większość plemion pierwotnych, które nie mają żadnej ochoty żyć po europejsku.
W ogóle ze statystykami w Afryce jest taki problem, że oni wcale nie używają pieniędzy. Jedzą, co wyhodują, albo wymienią z sąsiadem jajko na mleko. Stąd biorą się statystyki, że ludzie tam żyją za 20 centów dziennie – po prostu w ogóle nie mają gotówki, bo gospodarują jak w neolicie. W takich warunkach PKB wynosi zero, mimo że wszyscy żyją i pracują – bo nie ma zarejestrowanych transakcji pieniężnych. W latach 90-tych była głośna sprawa z rządem bodajże Konga (dokładnie nie pamiętam, co to był za kraj), który apelował do ludzi, żeby nie używali pieniędzy, bo jeśli PKB wzrośnie, to Zachód przestanie przysyłać kolejne miliardy (w 90% defraudowane przez władzę – dlatego tak gorąco apelowali, ale to osobny temat).
Tak że w statystyce trzeba porównywać rzeczy porównywalne, a przed wszystkim wiedzieć, co liczby oznaczają. Inaczej można w minutę dojść do wniosku, że bociany przynoszą dzieci (to nie żart: w Polsce występuje blisko 100% korelacji pomiędzy liczebnością bocianów i dzietnością kobiet na danym terenie – to ulubiony przykład mojego profesora statystyki, dotyczący niebezpieczeństw związanych z nieumiejętnym posługiwaniem się statystykami).
Oczywiście przykład Namibii był z gatunku ekstremalnych, nie zmienia to jednak faktu, że współczynnik Giniego jest najniższy w krajach, które generalnie kojarzymy ze stabilnymi demokracjami, dojrzałym społeczeństwem obywatelskim oraz wysokim poziomem życia, natomiast wysoki w krajach, gdzie raczej niewiele osób chciałoby mieszkać (wliczając w to USA). Przy czym powtórzę jeszcze raz, nie jestem zwolennikiem zrównywania wszystkiego, ani odbierania ludziom przedsiębiorczym owoców ich pracy – mówię tylko tyle, że bardzo duże nierówności prowadzą do upadku klasy średniej, czego konsekwencją jest rozkład społeczeństwa obywatelskiego, a ostatecznie także zanik konkurencji rynkowej (w małej skali widzimy to także u nas, gdzie w dużych miastach trudno obecnie znaleźć niewielki sklepik osiedlowy inny niż Żabka). Także w złotych latach USA współczynnik Giniego był dużo niższy niż obecnie.
Nie da się inaczej zrównać, niż obrabować produktywnych. Innego sposobu nie ma i nie będzie. Nieproduktywni nie zaczną produkować więcej, jeśli okradnie się ich sąsiadów – tyle że wielu z nich będzie się czuło lepiej, że im sąsiad nastroju nie psuje swoim lepszym samochodem.
Co do sklepików, jeszcze raz powtarzam, że chodzi o efektywność naszej pracy. Nie wiem dlaczego to ma być takie super, żeby ktoś harował 24/365 i miał z tego znacznie mniej niż np. dzisiejszy pracownik korporacji, takich jak ja. Zamienili harówkę na targowisku albo w spożywczaku otwartym 7 dni w tygodniu na laptopa w klimatyzowanym biurze, za wielokrotnie wyższy dochód. Na tym polega postęp, a nie na nazywaniu się sklepikarzem czy właścicielem czegokolwiek.
Mój niegdysiejszy mechanik samochodowy, który do około 20010r. miał swój warsztat, pracował w nim usmarowany w olejach od świtu do późnego wieczora i ledwie wiązał koniec z końcem. Dziś dobiega do emerytury jako pracownik etatowy u gościa zatrudniającego setki ludzi, doglądając jego floty elektryków i kolekcji zabytków (z której większość opisywałem na blogu).
Gość pracuje połowę mniej, w dużo lepszych warunkach i za dużo wyższą pensję niż sam kiedykolwiek zarabiał w warsztacie – bo jego pracodawca wie, jak zorganizować pracę ludzi, żeby był z tego efekt. „To jest facet, który jak mija na chodniku psie g…, to podnosi i zamienia w złoto” – tak powiedział mi mechanik. Jeśli takich ludzi okradniemy, wrócimy do brudnych warsztatów o suchym chlebie i wodzie, tylko i wyłącznie dlatego, że niektórzy nie potrafią znieść, że ktoś potrafi lepiej.
Bez ludzi z takimi talentami ekonomicznie nie istniejemy. Jesteśmy żebrakami. To oni zasługują na pomniki, a nie ci, którzy nas wszystkich okradają i nazywają to „cywilizacją”.
A co do złotych lat USA – wtedy obowiązywało prawo antymonopolowe, dzisiaj już niedziałające, no i interwencjonizm podobny do naszego. Dlatego sytuacja tam przestaje się różnić od naszej.
Jeszcze dopiszę suplement o moim tacie.
Kiedy za PRL nie było nic w sklepach, on zarabiał dostarczając podstawowe produkty na czarnym rynku. Ale kiedy sklepy się zaczęły zapełniać, nie protestował, że on przez to straci interes, tylko zaczął konserwować samochody. A kiedy z rynku zaczęły znikać dziadowskie samochody wymagające konserwacji, to nie mówił, że wszyscy dalej powinni jeździć dziadostwem dla ratowania jego warsztatu, tylko zaczął sprzedawać auta nowoczesne, niewymagające konserwacji, co robi do dziś.
Większość z nas nie umie tak żyć, nie jest tak zaradna. Tym bardziej trzeba takich ludzi doceniać. NA początku konserwacja zatrudniała 2 ludzi, potem do 7, dziś dwa salony z serwisami zatrudniają ponad 70, z pensjami powyżej średniej krajowej. Stąd postęp w naszym poziomie życia, że kilka procent ludzi potrafi budować gospodarkę, że robi to na swoje ryzyko i swój rachunek.
Na tym polega rozwój, a nie na rujnowaniu wszelkiej efektywności, żeby przypadkiem dwuhektarowi rolnicy z ręczną motyką nie przestali nimi być.
Nie mam wątpliwości, że Twój Tata jest przedsiębiorczym, pracowitym człowiekiem, który zbudował firmę i ma prawo cieszyć się owocami swojej pracy. Oczywiste jest też, że nierówności stymulują ambitne jednostki do działania. Jednocześnie, jak wynika z badań, istnieje pewien optymalny poziom nierówności społecznych powyżej którego obracają się one przeciwko wzrostowi gospodarczemu (państwem w którym współczynnik Giniego wynosił 1, była monarchia patrymonialna, gdzie król był właścicielem całego państwa i wszystkich dóbr znajdujących się na jego terenie i chyba nie ma nikogo kto twierdziłby, że była ona efektywna gospodarczo). W dzisiejszych czasach (zwłaszcza poza Europą) te nierówności coraz częściej przekraczają ten pewien optymalny poziom i jako przykład można podać następujące dane: w szczęśliwych latach 60-tych w USA dyrektorzy największych przedsiębiorstw osiągali przeciętne dochody na poziomie ok 40 średnich pensji, aktualnie osiągane dochody to w przeliczeniu 1000 średnich pensji, a jednocześnie ich obciążenia fiskalne zmalały…
No oczywiście rozumiem, cały czas największym problemem jest to, e za mało się produktywnych okrada. Nie to, że ludziom jest źle, tylko że ktoś inny ma za dobrze i trzeba go wdeptać w podłogę.
Monarchia była nieefektywna właśnie dlatego, że władca zabierał wszystko i nie opłacało się robić czegokolwiek. Do tego właśnie dąży okradanie ludzi – do niepodejmowania aktywności.
I jeszcze odnośnie apoteozy wolności – tak wolność gospodarcza jest ważna i stymuluje rozwój, ale w warunkach silnych nierówności dochodowych i majątkowych przypomina ona bieg maratoński, na który część zamożniejszych uczestników przyjechała rowerem, a jeden najzamożniejszy motocyklem – nie ulega wątpliwości, że wygra, ale czy śmiem wątpić czy sama dyscyplina długofalowo na tym zyska.
Jaki wyścig? Jaka dyscyplina? Ja się z nikim nie ścigam i nikomu nie zaglądam do kieszeni, tylko sam chcę pracować na siebie. Dziś mam 10 razy lepiej niż wczoraj i 100 razy lepiej niż moi dziadkowie. A że ktoś inny ma milion razy lepiej, to tylko się cieszyć. Dzięki temu może mnie zatrudnić, podkupić za wyższą pensję, kupić coś od mojego pracodawcy, nauczyć mnie czegoś o życiu albo dać mi się przejechać wypasioną furą, której sam nie będę miał. Same zalety. Gdyby takich ludzi nie było, mielibyśmy mniej miejsc pracy i mniej towarów w sklepach.
Może Cię podkupić, bo istnieje konkurencja, ale zwiększające się nierówności dochodowe i majątkowe dążą do współczynnika Geniego zbliżonego do 1, a wówczas w danej branży/na danym terytorium pozostaje jeden najsilniejszy pracodawca i już Cię podkupić nie ma kto. Oczywiście można by próbować temu przeciwdziałać, w jakiś sposób ograniczając praktyki monopolistyczne, ale niewątpliwie jest to też ograniczanie wolności najbardziej przedsiębiorczych jednostek, a zatem „komunizm”, „odbieranie owoców pracy” itp..
Nie – prawo antymonopolowe jest podstawą wolnego rynku. Standardowy chwyt propagandy – „wolność = anarchia”. To są dokładne odwrotności, ale żeby to wiedzieć, trzeba znać definicje. Wolność gospodarza to synonim wolnej konkurencji, również w słowniku. Tylko władza ciągle mówi, że wolność to dżungla.
Prawo antymonopolowe niczego nie odbiera. Po prostu zabrania zmów przedsiębiorców oraz nakazuje podzielić firmę przy zbyt dużym udziale w rynku (nie wywłaszczyć – podzielić, udziałowcy zostają ci sami, tylko same firmy zaczynają konkurować). Tak, to istniało i działało doskonale – firmę Rockefellera podzielono na 13 spółek, które do dziś z sobą konkurują. Ale tego nie przeczytasz w propagandowej sieczce, bo jej celem jest coś innego.
Mam wrażenie, że w całej tej naszej dyskusji ucieka nam meritum, a sprowadza się ono do tego, czy istnieje jakiś poziom nierówności społecznych, który uważasz za zły (a jeżeli tak, to jaki? – współczynnik Geniego na poziomie 0,9; 0,8; 0,7?), czy też każdy poziom nierówności jest równie dobry, bo odzwierciedla ludzką produktywność. Ja stoję na stanowisku, że pewne nierówności są dobre, bo motywują ludzi do działania, ale przekroczenie pewnego poziomu nierówności (w czytanych badaniach spotkałem się ze współczynnikiem Geniego na poziomie 0,29) prowadzi do rozbicia spójności społecznej, zmniejszenia poziomu produktywności i generalnie obniżenia wzrostu gospodarczego
Meritum, to jest pokaz w Topaczu. Najwspanialszy w historii tego kraju. Ale niestety pierwszą reakcją jest „bo oni mają, a nie powinni”.
Nierówności nie są ani złe ani dobre. Po prostu wynikają z różnic w produktywności – oczywiście o ile ktoś nie zawłaszcza cudzych plonów siłą, dzięki własnoręcznemu stosowaniu przemocy (jak złodzieje) albo wyręczaniu się w tym politykami. Właśnie od tego trzeba zacząć: kto ile wytwarza, a nie ile ma. Bo jeśli wytworzył, to jest jego, nie zostało odebrane nikomu i nikomu nie robi krzywdy. Ale o to nie pyta nikt – pytanie dziwnym trafem zawsze dotyczy tego, ile komu można zabrać.
Podzielam to zdanie, Szczepanie. Kiedyś patrzyłem na bogatych z niechęcią i zazdrością. „Patrzcie go, Porsche za 600 tysięcy!” — myślałem.
A potem mnie olśniło: chwila, chwila… przecież ten człowiek właśnie przyjechał do salonu i zostawił państwu jakieś 200 tysięcy złotych w VAT (23 procent) i akcyzie (18 procent)😄
Jeden bogacz z Porsche — mamy wszyscy policyjny radiowóz pościgowy.
Trzech amatorów Porsche i jest wóz strażacki.
Dziesięciu — możemy wyremontować dużą szkołę i to na bogato.
A więc, drodzy państwo: nie zazdrośćmy bogatym. Zachęcajmy ich do dalszego bogacenia się! Niech dają zatrudnienie innym, niech płacą podatki a przy okazji niech tam kupują sobie Porsche, Ferrari i Bentleye — ojczyzna będzie wdzięczna. 😂
Ja jeszcze odpowiem na powyższe wpisy odnośnie „oni mają, a ja nie”, oraz „niech kupują te Porsche i Bentleye”. Jasne, że łatwo o zawiść, a już zwłaszcza kiedy przeczyta się wpis o internetowym, albo i nieinternetowym celebrycie, który na żywo drapie się po głowie i zarabia za to więcej niż niejeden Kowalski ciężko pracując całe życie. Ale sprawiedliwości na świecie nie ma, nie było i nie będzie. Zawiść nikomu nie pomoże.
Natomiast problemem staje się to, że taki „kupujący Bentleye” ma już tyle, że nie jest w stanie niczego konstruktywnego z tym zrobić, podczas gdy ludzie na świecie fizycznie umierają z głodu. (tu tylko dygresja – po 1990 liczba głodujących nie zmalała o 80 ani 90%, wątpię czy choćby o 10% – odsyłam do genialnego „Głodu” M.Caparrosa, który opisuje jak katastrofalna sytuacja panuje dzisiaj, wciąż, tylko że nie na naszych oczach).
I tak – wiem – odbieranie na siłę bogatym to ślepa droga, bo ktoś kto działa przestanie działać kiedy mu zaczną zabierać. Chociaż i tak nie do końca. Bo wciąż lepiej działać i mieć 100 milionów przy utracie drugich 100 niż nie działać i mieć 100 tysięcy, ale to już inny temat.
Uważam natomiast, że największym podziałem między ludźmi nie jest ten na starych / młodych, czarnych / białych, lewicę / prawicę, tylko na bogatych i biednych. Bo ci ostatni różnią się tak niewiarygodnie pod niemal każdym względem, jak nikt inny. A ponieważ tych bogatych jest garstka, a biednych masy, to ten podział jest najsłabiej akcentowany; o wiele słabiej niż pozostałe, często wymyślane na siłę. Głównie dlatego nam, klasie średniej, rzuca się jakieś kości ze stołu, co by uniknąć powtórki z 1789 kiedy to rosnąca klasa średnia użyła najbiedniejszych do lekkiego sponiewierania najbogatszych. Obecnie nikt tego nie zrobi, bo mamy już byt wiele do stracenia.
A co do cieszenia się z tego, że najbogatszy to zapłaci podatki… Figę z makiem zapłaci. Afera Panama Papers fajnie pokazała ile to rzekomo płacą najbogatsi. A to co zapłacą przerzucą na nas; podnosząc ceny i regulując sobie odpowiednio rynki. Dziesięciu ludzi z Porsche to może oznaczać co najwyżej remont szkoły na jakichś Kajmanach, gdzie płacą groszowe podatki. Albo remont kolejnej willi Epsteina, bo z moralnością i etyką to owi najbogatsi rzadko miewają do czynienia (wybaczcie cynizm z rana).
Więc to idealnie jak w tym memie: „kiedy cieszysz się, że szef podjechał nowym BMW, bo nasza firma się rozwija”. No niestety średnio to tak działa.
Kapitalizm z regulacją ryzykuje pójściem w lewicowo – socjalistyczne wypaczenia. Kapitalizm bez regulacji prowadzi w stronę monopoli, oligopoli, skrajnych nierówności i wyzysku. Szczerze? Nie wiem czy istnieje złoty środek. Nie widzę go na przestrzeni całej dotychczasowej historii ludzkości.
Ale na zakończenie, żeby był pozytywny akcent: wspomniane wyżej „kości” to i tak zupełnie wystarczający poziom, żeby spokojnie i szczęśliwie żyć. Lepiej niż żyło się zwykłym ludziom kiedykolwiek w dziejach. Warto mieć jednak świadomość, że to wciąż kości.
„Kapitalizm bez regulacji prowadzi w stronę monopoli, oligopoli, skrajnych nierówności i wyzysku” – definicją wolnego rynku jest pełna dobrowolność każdej interakcji międzyludzkiej (czyli brak wyzysku – nie podoba ci się umowa, to jej nie zawierasz), oraz niemożność wpłynięcia pojedynczego podmiotu na ceny (czyli prawo antymonopolowe). To jest DEFINICJA, a nie modyfikacja tego modelu. Ale jak widać, nikt nie czyta definicji, tylko propagandę mówiącą, że „brak zamordyzmu = anarchia”, oraz „jedź sobie do Somalii”.
„Nie wiem czy istnieje złoty środek” – świat nigdy nie będzie idealny, ale do ideału można dążyć, zbliżać się do niego.
Ktoś pięknie kiedyś zauważył, że nigdy i nigdzie nie było w świecie pełnej wolności ani pełnego komunizmu, ale 80%-owa wolność w ciągu JEDNEGO POKOLENIA doprowadza do powszechności królewskiego poziomu życia, a 80%-owy komunizm – do głodowej śmierci milionów ludzi i nędzy całych miliardów, również w ciągu jednego pokolenia. Niższe procenty mają proporcjonalnie niższe wyniki, ale zależność jest zawsze jednokierunkowa, jak dotąd na wykresie tej funkcji nie odkryliśmy żadnego ekstremum lokalnego.
Nie ma w historii ani jednego przypadku, kiedy większa wolność (powtarzam, WOLNOŚĆ, nie anarchia i bezprawie) spowodowałaby pogorszenie jakiegokolwiek aspektu życia. Ona zawsze oznacza gigantyczny wzrost dochodów, spadek przestępczości, wydłużenie ludzkiego życia, nawet poprawę stanu środowiska. Milion przykładów można wskazać na to i ani jednego przeciwnego. NRD vs RFN, Korea Pn vs Pd, Polska z lat PRL i późniejszych, Hiszpania z czasów Franco i późniejszych, Argentyna z czasów sprzed Perona i po.
Nikt w historii, NIKT NIGDY, nie ucieka z krajów o wyższym poziomie wolności do tych o niższym – a w kierunku odwrotnym ludzie robili to i nadal robią nawet wtedy, gdy ryzyko śmierci przy ucieczce wynosi kilkadziesiąt procent (jak w przypadku Kuby albo NRD, gdzie podobno żyło się najlepiej ze wszystkich krajów komunistycznych – a i tak ludzie próbowali forsować pola minowe pod obstrzałem z broni ostrej, byle stamtąd się wyrwać).
Ale na to mało kto patrzy, bo mentalność tłumu wyewoluowała w czasach paleolitu, kiedy około 150-osoboe grupki homo sapiens polowały na mamuty i na konkurencyjne grupki homo sapiens, a jedynym celem było przetrwanie do jutra. Nic innego się nie liczyło, bo niczego innego nie dało się osiągnąć.
W takich warunkach pojedynczy osobnik niewiele zdziała. Z konkurentem trzeba walczyć na śmierć i życie pod absolutną władzą najsilniejszego i najsprytniejszego, a jakiekolwiek zasoby w posiadaniu konkurentów są wyłącznie łupem do zdobycia. Rabunek sąsiadów ma same zalety i zero wad. Na takiej jaskiniowo-wojennej mentalności opiera się każdy kolektywizm – komunizm, faszyzm i każdy inny -izm, bo one są tak naprawdę tym samym, tzn. kolektywizmem właśnie, pozbawieniem jednostki jakichkolwiek praw i nadaniem przywódcom absolutnej władzy nad życiem i pracą każdego osobnika.
Gdy powstała cywilizacja, wszystko się zmieniło. Dzięki niej każdy z osobna może rozwijać swoje indywidualne talenty i dzięki temu żyjemy jak bogowie w stosunku do czasów paleolitu. Niestety, 90% ludzi nie rozumie, skąd to się wzięło i nadal myśli jak paleolityczni jaskiniowcy – że wszystko, co posiada inny, to potencjalny łup. A przecież dzisiaj inni posiadają bardzo wiele. Niestety to, co działało w paleolicie, nie działa w cywilizacji, bo wartość, którą chcemy zrabować, nie powstaje z ustrzelenia jednego mamuta, tylko z wieloletniej albo wielopokoleniowej pracy i inwestowania, które warto podejmować tylko w warunkach spokoju i ufności, że efektu nam nikt nie odbierze. Gdy odbierać zaczniemy, ona przestanie powstawać. Niestety, bardzo, bardzo niewielu ludzi to rozumie.
Dla rozluźnienia przypomniał mi się taki oto fragment z książki Sergiusza Piaseckiego Zapiski Oficera Armii Czerwonej: „Myślę sobie: trzeba do dozorcy wstąpić. Niewyraźny on jakiś. Te jego buty z cholewami najwięcej podejrzane są. Jednakowoż proletariacki obowiązek spełnia teraz. A buty może on i w uczciwy sposób zdobył. Mógł, na przykład, gdzieś jakiegoś kapitalistę przycisnąć, gardło mu poderżnąć i buty z nóg ściągnąć.”
Zatem wybacz mi Szczepanie mój komunizujący światopogląd. Bez względu na wszystko samochody z Topacza są wspaniałe jako pomnik ludzkiej pomysłowości i swoją elegancją niewątpliwie pasują dżentelmenom, a o pieniądzach dżentelmeni rozmawiać nie powinni.
Pozdrowienia
Znakomity cytat!!
Doskonale ukazuje różnicę: jedni wartość zdobywają przez jej wytworzenie, a drudzy kradną tym pierwszym podrzynając im gardło (albo grożąc więzieniem w razie niepodporządkowania się, wszystko jedno). Pytanie: którzy nie będą potrafili przeżyć, gdy zabraknie tych drugich?
Ten idealny świat niepokojąco przypomina komunizm a reborus.
Też nigdzie nie udało się go zbudować. Ale z pewnością patologia do jakiej próba budowy doprowadziła w USA, to po prostu wypaczenia. Jak już pokonamy wypaczenia I zbudujemy ten raj tak jak należy to będzie idealnie.
Ja tam wolę ten świat w którym żyje i mogłem skończyć darmowe studia i korzystać z darmowej opieki medycznej. W świecie idealnym, pewnie umarłbym w dzieciństwie, no cóż, są to drobne koszty na drodze do raju.
Wolę rząd silny niż rzad słaby i nie uważam by władza z definicji, oznaczała kradzież. Co ciekawe także w USA kapitalizm działał lepiej gdy rzad był silny. To dzięki silnej władzy można było zapobiegać monopolom i dzielić firmy które urosły za bardzo (co jak rozumiem popierasz). Dziś władza w USA jest słaba, najsłabsza w historii, dokładnie tak jak chcesz i jakoś prawo antymonopolowe przestało działać.
Władza nie ma być słaba, tylko działać w obronie praw obywateli, a nie przeciwko nim. O to w tym wszystkim chodzi.
Wiemy już z doświadczenia, że komunizm jest dobry co najwyżej w teorii, a w praktyce przenigdy. Sęk w tym, że tak samo jest z idealnie wolnym rynkiem i kapitalizmem. On nigdy nie zaistnieje w praktyce – tak jak wszystkie inne „izmy”. Bo człowiek jest jaki jest; trafiają się altruiści szerzący wyłącznie dobro, ale oni stanowią mniejszość. Oczywiście tak jak ludzie nikczemni, jak narcystyczni psychopaci stanowią mniejszość. Większość mieści się gdzieś pomiędzy skrajnościami. I cechuje nas do pewnego przynajmniej stopnia egoizm i oportunizm, bo jesteśmy tylko ludźmi.
A ideał, w którym klient o czymś decyduje, panuje wolność, nie ma oligopoli ani monopoli, władza służy ludziom, rozwarstwienie jest nikłe jest nierealny. Piękny, ale nierealny. Co można zaobserwować obecnie.
Ciekawostka: odsetek wspomnianych psychopatów (bardzo często z dodatkiem osobowości narcystycznej) oscyluje w okolicach 1-2% populacji. Wśród ludzi na szczycie, z tego co czytałem, może wynosić między 30 – 40%, niektórzy podejrzewają nawet, że o wiele więcej. Skoro zazwyczaj sięgają po władzę ludzie pozbawieni empatii, cyniczni, egoistyczni i nikczemni, chociażby dlatego, że szlachetni i benewolentni jej nie potrzebują, to jak ma być inaczej?
Wybaczcie odejście od tematu, chociaż uważam, że wymienić opinie zawsze warto. Refleksja dotycząca pięknych samochodów nie musi być wyłącznie z poziomu: „fajne auta tam były!”.
Oczywiście że warto wymieniać opinie. I Oczywiście że idealny świat nie istnieje. Ale jak pisałem ostatnio – różnica między 80% wolności i 80% niewoli jest jak pomiędzy Szwajcarią albo USA z XX wieku a Koreą Połnocną albo ZSRR. Przykładów przeciwnych nie ma. Podobnie jak migracji w jednym z kierunków.
@Jerzy, kilkukrotnie wspomniałeś o dysproporcjach i Ginim. Z tego co pamiętam to jakiś starożytny wspominał, że między najbiedniejszym a najbogatszym nie powinno być większej różnicy niż 7-krotnosc wartości majątku. Ale to było w kontekście demokracji tej ateńskiej.
Nie mniej ideałów nie ma żadnych. A wolny rynek nie istnieje, a przynajmniej ja nie doświadczyłem go podpisując umowy z korporacjami. Dysproporcja jest tak potężna, że nie ma o czym gadać. Chcesz jeść to podpsuj co dajemy, na negocjacje nie ma miejsca.
Wolny rynek – jeszcze raz odsyłam do definicji – oznacza, że nikt w pojedynkę nie może dyktować warunków. Nie że każdy ma zaakceptować moje. Piekarz zapewne wolałby sprzedawać bochenek chleba za 800 zł, ale sprzedaje za 8, bo klienci pójdą gdzie indziej. W drugą stronę działa to tak samo.
Jeśli umowa się nie podoba, można nie podpisywać – iść gdzie indziej albo samemu rozpocząć działalność. Jeśli nie ma lepszej opcji, to najwidoczniej tyle nasz produkt jest aktualnie warty. Z czasem może być warty więcej, ale też może stać się całkowicie niepotrzebny. O tym decyduje odbiorca, nie wytwórca – tylko dzięki temu produkuje się to, co jest potrzebne.
Dzięki takiemu układowi mamy dziś miesięcznie średnio 2000 dolarów, podczas gdy przed nastaniem wolnego rynku mieliśmy 20 i na parę dżinsów pracowaliśmy miesiąc, a na Malucha – dwukrotnie dłużej niż ona wytrzymywał. Ale taki postęp wymagał 35 lat pracy i inwestycji – nie dało się tego zbudować w dzień.
Parafrazując słowa Churchilla o demokracji można powiedzieć, że gospodarka wolnorynkowa ma mnóstwo wad, ale niczego lepszego jeszcze nie wymyślono. Dostrzegam zatem zalety wolnego rynku, ale nie zamykam oczu na jego wady i na to, że o ile w świecie utopijnym sukces będą odnosić przedsiębiorcy najbardziej kreatywni i pracowici, to w praktyce bywa też tak, że sukces odnoszą ci najbardziej bezwzględni i pozbawieni skrupułów. Ja sam prowadzę własną działalność i szczęśliwie jestem w stanie całkiem nieźle się z niej utrzymać, ale niestety na co dzień spotykam się z różnego rodzaju nadużyciami w mikro i makro skali, co budzi złość – bo człowiek prowadzący uczciwie działalność w oczywisty sposób staje się mniej konkurencyjny.
Nadużycia zawsze będą, bo zawsze będą oszuści. Oczywiście trzeba to bezwzględnie tępić. Od tego powinna być władza, żeby ścigać przestępców – to POWINIEN być główny cel jej istnienia. Niestety robi to bardzo niechętnie i nieudolnie, a gros z 50% dochodów, które nam zabiera, przeznacza na zupełnie inne rzeczy. W tym jest właśnie problem.
Od ścigania przestepcow ma być Policja, władza ma działanie państwa organizować, określać zasady współżycia społecznego.
Wszelkie ubezpieczenia społeczne, emerytury, opiekę zdrowotna należy traktować jako działania prewencyjne. W koncu zdesperowani ludzie sa bardziej skłonni do podejmowania desperackich kroków.
Jest jeszcze kwestia zarządzania „infrastruktura i zasobami strategicznymi” – we współczesnym świecie wyeksploatowanie źródła wody pitnej albo awaria sieci energetycznej czy drogowej to katastrofa.
Edukacja to tez jest inwestycja w przyszłość całego społeczeństwa.
Wolny rynek to model nie występujący w calosci w praktyce – zakłada np. pelna znajomosc wszystkich cech produktu przez konsumenta. To w praktyce nigdy nie występowało, a moralność biznesu nie istnieje – np. przez lata wiadomym było, ze papierosy sa szkodliwe, a firmy tytoniowe prowadziły kampanie dyskredytujace wyniki badań.
W przypadku katastrofy w Bhopal duzy biznes też stał na pozycji, ze posprzątać powinien ktos inny.
Wracając jeszcze do rozwarstwienie jest to czynnik sprzyjajacy wzrostowi przestępczości. Zwłaszcza w sytuacji kiedy biedniejsi stoją przed dylematem czy kupic obiad czy buty.
No tak to wygląda, są pewne problemy. Ale to tak jak z samochodami – pod wieloma względami są szkodliwe i generują kupę problemów, ale jakos nikt nie ma dobrego pomysłu jak to dobrze naprawić.
Policja to organ państwa.
„Ubezpieczenia społeczne, emerytury, opiekę zdrowotna” – jeśli w tym względzie mamy monopol państwowy, to będzie to działało jak każdy inny monopol, czyli jak widać naokoło.
Katastrofa w Bhopal – po raz kolejny powtarzam, żeby nie mylić wolności z anarchią. Oczywiście, że ochrona środowiska to jedno z zadań państwa, a w Indiach dochodzi do tego skrajna korupcja (nieunikniona gdziekolwiek, gdzie urzędnik jest bóstwem). Ale ochrona środowiska nie powinna polegać na zakazywaniu sprzedaży samochodów za kilka lat albo selektywnym wstrzymywaniu budowy jednego rurociągu przy zielonym świetle dla drugiego, bo to wyłącznie substytut prowadzenia wojny, tylko mniej nieelegancki medialnie.
Dylemat „czy kupić obiad czy buty” to nie jest rozwarstwienie, tylko bieda człowieka stojącego za dylematem. Ten dylemat usunie poprawa jego sytuacji, a nie pogorszenie sytuacji kogoś innego. A do poprawy sytuacji biednego doprowadzi tylko jego zatrudnienie na lepszej posadzie, by wyprodukować więcej dóbr – czyli inwestycja kogoś, kto potrafi i jest w stanie zainwestować. Grabież nakarmi go najwyżej raz (a i to pod warunkiem, że zagrabi się jedzenie – wszystko inne nie karmi, tylko najwyżej ma wartość wymienną, o ile ktoś będzie chciał to wymienić). Po takiej grabieży suma biedy się zwiększy, a nie zmniejszy. Jak można tego nie rozumieć, to ja nie potrafię zrozumieć.
ja tam bardzo się cieszę z bodacenia się bogatych, czasem takie fajne rzeczy oni wyrzucają na wystawkach albo na złom, że w życiu bym takich nie miał jak bym nie znalazł, nie to że mnie nie stać, ale szoda było by mi na to pieniędzy.
Ostatnio znalazłem na wystawce kosiarkę z ułamaną rączką, rączkę oczywiście od razu pospawałem, kosiarka zapala ładnie, ma napęd, cicho ładnie równo silnik pracuje, kosisko nie zgnite, no aż nie mogłem uwierzyć że ktoś coś takiego wywalił, no i teraz Żonka szczęśliwa że pchać nie musi i się męczyć zwykłą kosiarką tylko wajchę pociąga i samo jedzie 🙂
A ja mam jeszcze jedno przemyślenie w kontekście nierówności społecznych, wolnego rynku itp. (przepraszam obiecałem sobie się więcej nie odzywać, ale nie mogę się powstrzymać): mam wrażenie, że liberałowie patrzą na to z jedynie perspektywy efektywności ekonomicznej i ogólnego wzrostu dóbr, tymczasem człowiek jest istotą społeczną i bardzo często kieruje się emocjami, a jedną z głównych ludzkich potrzeb jest też potrzeba docenienia i godności. Pamiętam poznaną emerytowaną już nauczycielkę liceum, która w latach 80-tych wyjechała do USA dorobić jako sprzątaczka, po czym po kilku latach wróciła do kraju i relacjonowała życie w USA. Jak podsumowała potem w rozmowie jej córka: „Prawda jest taka, że mama zarabiała tam nawet 10 x więcej niż w Polsce i mogła pozwolić sobie na samochód i wiele innych rzeczy, ale nie była szczęśliwa, bo tutaj zarabiała mało, ale była szanowaną panią profesor, a tam służącą i dlatego zdecydowała się wrócić”. Zatem jeżeli wielka korporacja doprowadzi do zamknięcia małego sklepiku, to jego właściciel niekoniecznie będzie chciał stawiać pomnik prezesowi, nawet jeżeli pracując na kasie w markecie zarobi więcej.
Oczywiście wiem, że są ludzie, którzy gotowi byliby uciąć sobie rękę, byleby sąsiadowi ucięło obie. Ale to jest właśnie jedna z najohydniejszych ludzkich cech – nie chcieć żeby mi było lepiej, tylko żeby drugiemu zaszkodzić.
To właśnie nazywa się zawiścią, czyli jednym z siedmiu grzechów głównych. Ale o tym zdaje się nie wolno dziś wspominać, wcale nieprzypadkowo. To przeczy narracji polityków, którzy zawsze robili cnoty z grzechów – z wojny, podbojów, narzucania innym własnego widzimisię i przede wszystkim z kradzieży. Oni podjudzają masy do nienawiści i zawiści, bo potrzebują poparcia dla zorganizowanego rabunku. Dlatego w warunkach wolności i niepohamowanego wzrostu gospodarczego musieli wymyślić niestworzone wygibasy w rodzaju „współczynników Giniego”, byle tylko przekonać ludzi po 10-krotnym wzroście ich dobrobytu, że zostali skrzywdzeni (!!), bo komuś innemu wzrosło więcej.
Każdy z nas ma swoje życie i za nie odpowiada. Każdy może robić wszystko, co mu się podoba – oprócz krzywdzenia innych. Jeśli wolisz mieć mniej, to miej mniej – nikt nie zabrania. Nie chcesz pracować u milionera, to nie pracuj, nikt nie każe. Ale zostaw go w spokoju, bo ani on nic nikomu nie odbiera, ani też inni jego pracownicy czy dostawcy nie życzą sobie biedy dla zaspokojenia czyjejś zawiści. Jeśli ktoś nie radzi sobie z własnymi emocjami, to jest jego zadanie do przepracowania, samodzielnie albo z psychologiem, ale nie pretekst do krzywdzenia innych ani zlecania tego politykom, ku ich uciesze.
W feudalizmie wartość pochodziła z rabunku i zniewolenia mas, w wolnej gospodarce – z jej wytworzenia. Dzisiejsi bogaci ludzie to ci, co w największej ilości dostarczają towary zaspokajające nasze potrzeby. Dają pracę, uczą nas swoim przykładem, sponsorują dobroczynność, kulturę, sztukę, zachowanie zabytków (w tym motoryzacyjnych) i milion innych rzeczy. Każdy grosz, który wydają, nie trafia do pieca, tylko do czyjejś kieszeni i żywi czyjąś rodzinę.
(niektórzy oczywiście faktycznie ukradli albo dostali „od państwa”, czyli wyciągnięte siłą z kieszeni pracujących, ale oczywiście nie o takich mówimy – zresztą takich by nie było, gdyby państwo działało jak należy).
Był za czasów PRLu dowcip o trzech biednych emerytach, którzy wspólnie złapali złotą rybkę i dostali po jednym życzeniu. Jeden mówi: chcę być milionerem jak w hollywoodzkich filmach – i tak się dzieje. Drugi to samo. A trzeci na to – a ja chcę, żeby ci dwaj byli z powrotem biednymi emerytami.
To jest kwintesencja mentalności firmowanej przez „współczynnik Giniego”. Zaszkodzenie innym jako wartość nadrzędna, ważniejsza od poprawy losu własnego i własnej rodziny. Szanuję, że ktoś ma odwagę publicznie przyznać się do takiej postawy, ale nie zmienia to jej oceny jako jednej z bardziej szkodliwych i niemoralnych, jakie można sobie wyobrazić.
no nie wiem… prowadzić firmę w dzisiejszych czasach w PL to trzeba być samobójcą
kontrole za kontrolami, sanepidy, skarbówki, ksefy (krajowy system eliminacji firm), hacapy, jakieś poje**e pseudoekologiczne przepisy o butelach, pudełkach, zawartości kauczuku i ryb w surówkach itp idiotyzmy, że nawet nie wiecie jak bardzo państwo stara się uprzykrzyć życie każdemu przedsiębiorstwu, tak się składa, że Żonka od jakiegoś czasu jest księgową w gospodarstwie rolnym – wytwórni surówek, miała być do pomocy dwóm dziewczynom, ale w ostatnich 2 latach ilość prowadzenia idiotycznej papierologii nie przynoszącej totalnie nic prócz spełniania widzimisi różnych kontroli spowodowała że tam jest na cały etat, tylko po to żeby jeszcze więcej firma nie straciła z okazji różnych kar które były by gdyby tego nie prowadzić, i to nie związanych wcale z surówkami które robią bardzo dobre, świeże i zdrowe i bez chemii
I sama szefowa już coraz częściej ma tego wszystkiego dosyć, bo po prostu to gorączkowe szukanie przez państwo kasy wszędzie doprowadza do wyniszczania najróżniejszych firm….
a po co państwu tych pieniędzy?
ano na przykład na rozpoczęciu roku Córci w podstawówce dyrektor powiedział że będą wymieniać w końcu dach w szkole za cenę —- uwaga uwaga…. 3 MILIONÓW ZŁOTYCH !!!!
za tyle to by sobie wybudowali drugą taką szkołę przy cenach rynkowych, no ale wiadomo, to jest przetarg, więc tylko znajomi mogą się tam dostać, więc jest od razu ze 20x drożej
i teraz pomyślcie, że tak jest z każdym przetargiem publicznym, bo na pewno jest, skala marnotrastwa pieniędzy jest tak przeogromna, że to się w pale nie mieści, a za wszystko to płacimy oczywiście my
To, że skala marnotrawstwa publicznych pieniędzy jest przeogromna, jest oczywiste. W temacie szkoły – bliska mi osoba pracuje w szkole, gdzie w ramach „termomodernizacji” w olbrzymim budynku wymieniają wszystkie okna. Niby dobrze tylko, że… wszystkie okna były w tym budynku wymieniane trzy lata wcześniej i nikt na nie nie narzekał… Teraz praktycznie nowe okna są wyrywane i wyrzucane na śmietnik – można by za te pieniądze pewnie odnowić elewację, ale na to pieniędzy już nie ma (można się domyślać, że żaden „szwagier” nie prowadzi odpowiedniej firmy, a z oknami już tak).
Nie będzie inaczej, jeśli człowiek zarządza pieniędzmi, które nie należą do niego. Cała idea władzy powstała właśnie dokładnie po to, żeby zawłaszczać cudze. To nie jest wypaczenie idei, to jest główny cel. Cała reszta to mydlenie oczu masom, żeby to popierały.
Oczywiście pewne rzeczy są konieczne (jeśli tego nie podkreślę, to znowu przeczytam zaraz, że nie możemy żyć bez policji i szkół), ale wielokrotnie już pisałem, że w skali historii ta konieczność zawiera się w najwyżej 10% PKB, a nie w ponad 50.
A ja myślę, że zarówno utopijni socjaliści, jak i utopijni zwolennicy wolnego rynku starają się znaleźć proste odpowiedzi na trudne społecznie pytania i ani jedni ani drudzy nie mają racji. Socjalizm jest w teorii sprawiedliwym ustrojem, który w praktyce się nie sprawdza, bo nie uwzględnia ludzkiej natury i naturalnej skłonności do rywalizacji – kapitalizm stara się tą naturalną skłonność wykorzystać dla dobra ludzi, ale w swojej skrajnej wynaturzonej formie też prowadzi do patologii, gdzie człowiek bywa poświęcany w imię maksymalizowania zysków. Warto też zwrócić uwagę, że o ile 50-60 lat temu kapitalizm polegał na prawdziwym kapitale i wytwarzaniu prawdziwych wartości, o tyle obecnie w dobie pieniądza fiducjarnego kapitał pozostaje często zupełnie wirtualny, a rosnące błyskawicznie giełdowe fortuny nie są związane z faktycznym wytworzeniem jakichkolwiek dóbr.
Pełna zgoda, że dzisiaj nie ma żadnego kapitalizmu, tylko sterowanie ręczne, zwłaszcza z powodu pieniądza fiducjarnego (który tak naprawdę na już ponad sto lat, niestety). Pod tym podpisuję się dwoma rękami.
W socjalizmie problemem nie jest skłonność do rywalizacji, tylko instynkt biologiczny każdego żywego organizmu, z bakteriami włącznie: otóż przeżycie i rozwój bezwzględnie wymagają wysiłku i ryzyka, a żaden organizm, nawet jednokomórkowy, wysiłku ani ryzyka nie podejmie, jeśli nie widzi w nich korzyści. To nie jest egoizm, tylko instynkt samozachowawczy, podstawowa cecha życia. Każdy reżim próbuje ten instynkt wyplenić, mówi o „reedukacji” i wychowywaniu „nowego człowieka” (czytaj – milczącego niewolnika), ale z prawami natury nie da się wygrać. Nie zniszczymy instynktu samozachowawczego nie unicestwiając życia.
W wolnym świecie ludzie się starają, bo to się opłaca. Ile wytworzysz, tyle masz – dlatego wytwarza się coraz więcej. Wolność polega właśnie na dowolności działania przy niekrzywdzeniu innych. Nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie – łamanie tych zasad musi być karane (od tego jest właśnie państwo, policja i sądy). Jeśli łamiemy te zasady „dla zysku”, to jest właśnie brak wolności, a nie wolność. Sprowadza się to do dobrowolności interakcji międzyludzkich: jeśli się nie dogadamy z obopólną korzyścią, to się rozchodzimy i nie zawieramy transakcji czy umowy o pracę. Nikt nas nie może przymusić, ale też my nie możemy przymusić nikogo.
To właśnie wolność, o której mówię całe życie, a nie sytuacja z jakiegokolwiek kraju i epoki, nie żaden socjalizm, kapitalizm, ani inny -izm. Umyślnie unikam stosowania słów kończących się na -izm (albo w jeszcze większym stopniu podziałów prawo-lewych), bo każdy wyobraża sobie je jako coś innego. Mówię więc „wolność” albo jej brak, czyli przymus. Człowiek decydujący o sobie albo nie.
„Władzę nad ludźmi zdobywa ten, kto zawładnie znaczeniami pojęć” – kiedyś coś takiego przeczytałem i niezupełnie rozumiałem, aż do momentu, gdy usłyszałem jak zwolennicy ograniczenia państwa zostali nazwani „faszystami” (podczas gdy definicją faszyzmu jest kult państwa i jego wszechwładza w każdej dziedzinie życia). Czemu tak? Ponieważ po ostatniej wojnie faszystów uznaliśmy za niegodnych żadnych praw – więc wystarczy kogoś nazwać „faszystą”, by mu bezkarnie wyłączyć mikrofon i wykopać za drzwi, zostając przy tym jeszcze bohaterem. Nawet jeśli to właśnie faszyści, a nie ich przeciwnicy, zachowywali się w ten sposób – ale tego publiczność nie zajarzy, zapamięta tylko słowo „faszyzm”, tyle jej wystarczy.
Z tego powodu operuję opisami sytuacji, a nie -izmami.
ja niestety myślę Szczepanie, że mimo Twoich najszczerszych chęci, nikt kto nie chce, nie zastanowi się, i nie przyzna Twoich racji, bo jak ktoś nie jest otwarty, ten uznaje swoją rację za „najswojszą” i żadnej innej nie pasującej mu nie rozmyśli nawet, i temu w tej Polsce jest jak jeśli lepiej nie będzie niestety
Malutka uwaga na temat starych Bugatti. Pani Caroline Bugatti przywiozła tylko jedno auto, przepiękne T251, stojące obok T40, to należące do Macieja Pedy, prawdopodobnie jedyne przedwojenne Bugatti w Polsce. Na codzień można je zobaczyć w Gostyniu. Z tej samej kolekcji jest pokazywany na zdjęciach Lorraine-Dietrich barona Goetza
Oczywiście napisałem głupotę z tym T251 – chodziło o to po prawej stronie, czyli T37
W takim razie miałem nieaktualne info od Organizatora (jeszcze sprzed imprezy), a porozmawiać na miejscu niestety nie miałem okazji. Już poprawiam, dziękuję!!
Serce rośnie, że mamy w Polsce imprezy i kolekcje oldtimerowe tej rangi. Po raz drugi z rzędu pomimo chęci nie udało mi się wybrać bo za późno ogarnąłem kiedy się odbywa, a miałem na ten czas już zaplanowane inne zobowiązania. No cóż, w przyszłym roku postaram dotrzeć bo odwiedzenie Pebble Beach czy Villa D’Este marzy mi się od dawna, a Topacz jest zdecydowanie bardziej w moim zasięgu. 🙂
Wybierałem się od kilku lat, wreszcie się udało. Nie mam skali porównawczej ani do poprzednich edycji, ani do zagranicznych imprez. Ale wyszedłem zauroczony i przemoczony:) – pogoda w sobotę była rzeczywiście mało sprzyjająca.
I tak się zastanawiam, jak to jest z tymi emocjami wzbudzanymi przez klasyczną motoryzację. Obok nowych Bugatti, Ferrari, McLarenów czy Bentleyów przechodziłem dość obojętnie, za to wrażenie zrobiły na mnie takie perełki jak Venturi, rajdowe Audi Quattro, nie mówiąc już o F40 (Testarossa nigdy jakoś do mnie nie przemawiała). Być może tylko dlatego, że czytałem o nich w momencie premier w „Motorze” czy „Auto-Technice Motoryzacyjnej”. Z to moja młodsza córka była zachwycona Tourbillonem, a starsza, już nastoletnia, w ogólne nie pojechała, bo myślała, że będą tylko „starocie”, a ją interesują nowości (śledzi nawet aktualną Formułę 1). Może więc nie jest tak źle ze współczesną motoryzacją, przynajmniej tą egzotyczną, tylko że ja już jestem w tym wieku, że dopadła mnie nostalgia za czasami młodości…
Masz rację, z tym że prawdopodobnie nostalgia bo 'czytałeś w momencie premiery’. Mnie zauroczyłby Ferrari Testarossa, poniewaz jako dziecko dostałem taki model autka Burago. Studiowałem katalog auta świata, to pewnie widok Audi czy Alpiny podniósłby ciśnienie. Nie wspomnę o pierwszej serii z gum Turbo którą zbierałem, i rany jakby tam stał Vektor W8…. a tam” jakiś nowy Bugatti”, co ma milion koni…no był…. 😉 Pozdrawiam
Wspaniała impreza, miło się patrzy jak spotkania w Topaczu się rozwijają.
Z swojej strony zapraszam na Forza Italia. Chodź jest to spotkanie ukierunkowane na włoską motoryzację to co roku można zobaczyć pełny jej przekrój.
A w tym roku jeszcze jednym jaskrawym przykładem jak nasz kraj i region się rozwinął był 3 Rajd Legend w Kłodzku i okolicach. Rajdowe legendy z różnych epok (grupa B..) lecące po odcinkach pełnym ogniem, mnóstwo zaangażowanych kibiców, świetna atmosfera też w śród uczestników.
Kolejne terminy na przyszły rok do odwiedzenia wypełniają krajowe imprezy 🙂
Forza Italia to super wydarzenie, tyle że trochę ode mnie daleko. Ale kiedyś się pewnie wybiorę, zwłaszcza że znajomych miałbym tam wielu 🙂
Piękne miejsce i piękna auta. Dzięki za relację.
Oj rozpisali się panowie o polityce. Co do aut, to brakuje mi komentarza bennego jak mu się one podobają 🙃
Benny by zaraz Tatrę z Enerdówka pospawał i wrzucił silnik z Astry F na LPG 🙂
A Tobie co się spodobało?
zgadza się Tatra mi się spodobała 🙂 za ile poszła?
Niestety nie mam dostępu do danych z prywatnych transakcji handlowych
Rozwinęła się impreza, brawa dla organizatorów!. Byłem tam z 11 lat temu, z dziewczyną co dzisiaj jest mą żoną. Było świetnie ale postęp jest ogromny.
Pamiętam to Bugatti z Polski od pana Pedy oraz mnóstwo DSow, jeden nawet z Francji na kołach przyjechał.
Natomiast teraz z małą dziatwą nie wybieram się na takie imprezki, niech podrosną, bo ja nic nie zobaczę a się tylko na denerwuje.
Jak ktoś jest z południa Polski i z malymi dziećmi to polecam końcem maja Koprzywnickie dni techniki na poligonie Tatry. Można być przywiezionym tatrowka po poligonie. I beskidzki rajd zabytków z paradą na rynku w Białej.
Takich parad jest teraz wszędzie mnóstwo, ale poziom oczywiście różny. W rejonie bielskim mamy wyjątkowo dużo pięknych zabytków, to fakt.
ta Laguna Steppe to przecież potem stała się Dacią Logan 🙂
mi najbardziej podobają się na takich wystawach wszelkie przedwojenne samochody, ogromnie ciekawie jest oglądać takie prehistoryczne rozwiązania konstrukcyjne pod maską, w podwoziu itd, wszelkie współcześniejsze rozwiązania znam więc nie są dla mnie niczym wyjątkowo ciekawym 😉
z wyglądu oczywiście najbardziej lubię kanciastości, więc Testarossa, Venturi czy Matra Rancho super 🙂 no i oczywiście wszelkie przedwojenne o wyglądzie Forda A
Motobieda (którego ostatnio bardziej lubię bo mniej narzeka na wszystko) miał ostatnio super fajnie przerobioną przedwojenną Rozalię, i takie coś sam bym też chętnie sobie skonstruował, tylko nie jest łatwo o nie przegnitą na wskroś przedwojenną budę w jakiś rozsądnych pieniądzach
https://www.youtube.com/watch?v=vqwZora3bBc
To jest Logan Steppe, od początku był Loganem 🙂 Tylko Evado to Laguna
aa to źle przeczytałem, myślałem że to też prototyp 🙂
Ja tu widzę ortodoksyjną dyskusję dwóch utopii. No niedogadacie się panowie 😉