VENI, VIDI: NIEZŁY MEKSYK!!

Meksyk jest znany każdemu krakusowi. Nawet przyjezdnemu. Na studiach miałem np. przyjezdnego kolegę, który wracając z imprezy (w stanie mocno wskazującym) przysnął sobie w tramwaju. Gdy się ocknął, przez okno zobaczył nazwę przystanku MEKSYK. Nigdy w życiu nie był tak zszokowany…

Wpis będzie jednak o Meksyku prawdziwym – nie nowohuckim, ochrzczonym tak z powodu wyjątkowego bandytyzmu panującego tam w początkach istnienia kombinatu. Tam naprawdę był niezły Meksyk.

Nowa Huta, mimo złej sławy, jest dziś jedną z bezpieczniejszych dzielnic Krakowa. A jak to jest z prawdziwym Meksykiem, który nawet robotnicy sprzed trzech pokoleń kojarzyli z bezprawiem…? Czy tam da się pojechać samodzielnie i cało wrócić? No i najważniejsze: jak wyglądają tamtejsze drogi i motoryzacyjny krajobraz?

***

W tym roku kilkakrotnie odkładaliśmy urlop – aż nadeszła pora, kiedy ładna pogoda występuje jedynie w tropikach. Pierwsza myśl – Kuba. Wtedy jednak wtrąciła się jedna z moich koleżanek, zapalona obieżyświatka. „Stary, jeśli już, to Meksyk. Sto razy fajniejszy – chyba, że chcesz sobie poopisywać jeżdżące złomy„. Ponieważ kubańskie złomy opisał już Złomnik, posłuchaliśmy.

Złodziei nie więcej niż nad Morze Śródziemnym, do tego nikt nie rozjeżdża turystów ciężarówkami” – mówiła Obieżyświatka, która pół roku temu była tam z mężem i dwuletnim synkiem. Samodzielnie, wypożyczając samochód. My jednak woleliśmy zorganizowaną objazdówkę – głównie z braku czasu na solidne przygotowanie – i nie żałujemy. Po raz kolejny sprawdziła się moja stara zasada: po terenach cywilizacji europejskiej – samodzielnie, po innych – z zawodowcami. Ale zaraz – przecież Meksykanie to hiszpańskojęzyczni katolicy…?

Jeśli wygooglujecie sobie portrety meksykańskich prezydentów, artystów itp., to faktycznie – oni wyglądają jak Hiszpanie. Ale na ulicach takich ludzi nie widać – biały człowiek, choćby brunet, to na 99% turysta. Przytłaczająca większość miejscowych to potomkowie Majów, Azteków, Zapoteków, Miszteków, Olmeków i innych plemion, które od stuleci zamieszkiwały Amerykę Środkową. Wbrew powszechnemu przekonaniu oni nie wyginęli. To wciąż jest ich kraj –  tylko że od 500 lat politycznie zdominowany przez garstkę ludzi, którym drogę utorował kilkusetosobowy oddział zabijaków pod dowództwem zubożałego hiszpańskiego szlachcica nazwiskiem Hernán Cortés.

***

Znacie taki samochód? OK, znacie. Ale chyba nie nazywacie go TSURU…?

Foto: Mj-bird, Licencja CC

Nissan Tsuru to zdecydowanie najpopularniejszy wóz na meksykańskich drogach. On jest jak nasz Polonez 20 lat temu – nie sposób obejrzeć się na ulicy, żeby go nie zobaczyć. Używa go większość taksówkarzy i ludności prowincji.

Tsuru to lokalna nazwa Nissana Sentry B13. Na rynki zachodnie auto trafiało w latach 1990-94, a na tzw. rozwijające się – Amerykę Łacińską, Afrykę, Bliski Wschód, Filipiny, itp. – jeszcze do 2017r. I słusznie, bo tam potrzebują czegoś takiego: prostego, bez wodotrysków, niedużego, a przede wszystkim nieuciążliwego w eksploatacji. W tym względzie trudno o coś lepszego od zubożonego, japońskiego kompaktu z lat 90-tych, tłuczonego przez kolejne 25 lat. Zapewne forma nadwozia mogłaby być praktyczniejsza, ale niezamożni ludzie to też ludzie i też mają swoje słabości – a jeśli coś nam się podoba, jesteśmy skłonni do kompromisów.

Z tą praktycznością nie jest jednak najgorzej: po prostu my, zachodni burżuje (z perspektywy III Świata naprawdę nie ma różnicy między Irlandczykiem, a Polakiem), samochodami pięcioosobowymi jeździmy maksymalnie w piątkę. Jak jacyś frajerzy. Każdy, kto z all inclusive w Hurghadzie pojechał na fakultet do Kairu dobrze wie, że na skuter Hondy spokojnie wchodzi sześcioosobowa rodzina – a takie Tsuru to przy nim prawdziwy autobus. Dziesięć osób? Żaden problem!! W końcu taksówki to nie są tanie rzeczy i kosztami trzeba się dzielić.

¡Hola, muchachos! Może jakiś el tuningo? Na moich oczach pan sprzedający los accesorios wycinał nożyczkami niebieską folię i przyklejał ją na reflektory. Napis na progu brzmi TSURU GT, na drzwiach – SPARCO, NOS itp. Z tyłu przyczaiła się latynoska Corsa sedan, oczywiście marki Chevrolet.

 

Za sprawą ograniczeń importu aut używanych w 130-milionowym Meksyku kupiono w 2016r. 1,6 miliona nowych samochodów (a wyprodukowano 3,6 miliona, co dało 7 miejsce w świecie). To jakiś cud biorąc pod uwagę, że minimalna pensja – którą zarabia ogromna większość obywateli – wynosi 2.686 pesos, czyli jakieś 500 złotych, przy cenach zbliżonych do polskich. Można powiedzieć, że Meksyk to spełnienie snów aktywistów na rzecz ekologicznej i bezpiecznej motoryzacji. Bo przecież bezpieczne to nowe, prawda?

A teraz popatrzcie i zdecydujcie, czy wolelibyście siedzieć w czerwonym Tsuru, czy jednak może w paroletnim Golfie VI albo Mondeo III…?

Właśnie fatalny poziom bezpieczeństwa, w tym brak ABS-u i airbagów, wymusił wycofanie Tsuru w 2017r. – bo nawet w Meksyku wprowadza się sukcesywnie pewne normy. Ale spokojnie – tych aut jeździ tyle, że za naszego życia raczej nie wyginą.

Spróbujcie policzyć Tsuru. Poza nimi, w centrum zdjęcia, widzimy drugi najpopularniejszy model – granatowego VW Gola.

 

VW Gol występuje najczęściej występuje w dwóch ostatnich generacjach – III i IV, z 1999r. i 2008r. To właściwie model brazylijski, ale znany w całej Ameryce Łacińskiej, a będący miksem Polo i Golfa. Pochodne kombi zwą się Parati, a pick-upy – Saveiro, ale nie będę się nad nimi rozwodzić, bo to straszna nuda, jak każdy przednionapędowy Volkswagen.

VW Gol III

Foto: Mário e Dário , Licencja CC

VW Gol IV

Foto: public domain

 

Trzecim najpopularniejszym modelem jest… również Volkswagen, ale już nie przednionapędowy, tylko stary, poczciwy „Garbus”, zwany w Meksyku El Vocho (zdrobniale Vochito). Nikt już nie pamięta, co to pierwotnie znaczyło, słowniki nie podają etymologii, a reszta Latynosów mówi Escarabajo, czyli normalnie „chrabąszcz”. Tylko Meksykanie się wyłamali i sami nie wiedzą czemu.

„Chrabąszcza” zaprezentowano tam już w 1953r., w porcie Vera Cruz, dokąd przypłynął z RFN wraz z planami fabryki. Sprawa poszła migiem: pierwsze auta zjechały z taśmy już po czternastu latach, co jak na Meksyk jest mgnieniem oka. Podobno dlatego, że w mieście Puebla, gdzie zlokalizowano siedzibę Volkswagen de México, mieszka duża diaspora niemiecka. Lokalsi mówią, że przez długie lata tylko Niemcy dostawali tam pracę. El Vocho właśnie w Meksyku produkowali najdłużej na świecie – do 2003r., a interes do dziś idzie Volkswagenowi rewelacyjnie. Przez całe 16 dni wycieczki tylko w Puebli widziałem tak ekskluzywne auta jak New Beetle, a raz nawet nowiutkie Q7 prowadzone przez bladolicego wąsacza o posturze zapaśnika sumo. Takich scenek nie uświadczy się nawet w stolicy, mieście Meksyk, które skądinąd jest najprawdopodobniej największą metropolią świata: szacunki mówią o 25-30 milionach mieszkańców, ale nikt nie da głowy, bo w III Świecie mnóstwo ludzi żyje bez papierów, w urzędowym pół-niebycie. W Puebli mieszka tylko 1,5 miliona, lecz jest Volkswagen, dlatego tam zamożniej.

Wulkan Popocatepetl dymi nieustannie, a wznosi się na 5.452 m nad poziom morza. Na prawo od niego wznosi się drugi, Iztaccíhuatl (5.230 metrów, poza kadrem). Przełęcz między nimi oddziela miasto Meksyk od aglomeracji Puebli i zwie się Przełęczą Cortésa – bo to właśnie pogromca imperium Azteków zaliczył pierwsze historyczne przejście tamtędy. W ten sposób płynnie przechodzimy do akapitu niesamochodowego.

***

Poprawna politycznie narracja mówi, że okrutne i podstępne blade twarze wtargnęły na terytorium miłujących pokój Indian i w krótkim czasie wymordowały ich strzelając z armat do przerażonych ludzików z drewnianymi dzidami. Z kolei wredni reakcjoniści ripostują, że z jakiegoś powodu to właśnie mieszkańcy Eurazji wynaleźli broń palną i pełnomorskie statki, które umożliwiły odkrycie i podbój Ameryki – a nie odwrotnie. Z tym że i jedni i drudzy są tutaj skrajnie wybiórczy i tendencyjni.

Oczywiście – Hiszpanie Azteków podbili, bynajmniej nie praktykując głoszonej przez siebie, chrześcijańskiej miłości bliźniego. Podobnież podbite ludy faktycznie nie ogarniały tak podstawowych dla Europejczyków spraw jak wytop żelaza, wykorzystanie koła albo hodowla jakichkolwiek zwierząt (z wyjątkiem psów). Sprawa jest jednak bardziej złożona.

Europejczycy absolutnie nie wykazywali większej agresji od kogokolwiek: wszyscy władcy na świecie poszerzają swe terytoria przy pomocy mniej lub bardziej zawodowych armii, a środkowoamerykańscy Indianie akurat celowali w okrucieństwie prowadząc wojny w celu pozyskania tysięcy jeńców do składania w ofierze bogom (między innymi dlatego Hiszpanie nie do końca widzieli w nich ludzi). Intelektualnie stali jednak wysoko – w matematyce i astronomii przewyższali cały ówczesny świat, tyle że nie przekuli tego w rozwój techniczny i gospodarczy. A sam podbój wcale nie wyglądał po hollywoodzku. Żadna ogromna armia nie wystrzelała bezbronnych Indian: Cortés dowodził zaledwie kilkuset żołnierzami, którzy w całkiem obcym środowisku nawet z końmi i armatami nie mieliby szans wobec TYSIĄCKROTNEJ (to nie hiperbola, tylko fakt) przewagi liczebnej wroga. Miał za to wielkie zdolności polityczne i pokonał wielkie imperium… rękami jego poddanych. Rozpracował animozje między poszczególnymi plemionami zniewolonymi uprzednio przez Azteków (tak tak!! To też było imperium prowadzące wyjątkowo krwawe podboje!!). Podjudzając jednych przeciwko drugim w kilka lat przejął kontrolę nad całością. Właśnie tak postępuje wytrawny polityk w każdej epoce i kulturze.

(poza tym Cortés trafił na dobry moment – lokalne królestwa przeżywały akurat kryzysy, co bardzo ułatwiło sprawę – no i wykorzystał miejscowe wierzenia, opowiadające o brodatych bogach, którzy mieli przybyć ze wschodu, najważniejsze było jednak umiejętne „zarządzanie” konfliktami pomiędzy tubylcami).

Środkowoamerykańskie ludy nigdy jednak nie „wyginęły” ani nie „upadły”. Mało tego: słowo mexica (wym. MESZIKA) to nic innego, jak azteckie określenie własnego narodu. Meksyk to nie kraj hiszpańskich kolonistów, a Azteków. Hiszpanie nim natomiast rządzą. Ten specyficzny miks europejskiej władzy z indiańską mentalnością rodzi zdumiewające owoce.

***

Jak jeździ się po Meksyku?

Ja jeździłem tylko autokarem. Ale to dobrze – dzięki temu udało się uniknąć paru kłopotów.

Po pierwsze, nasz autokar stracił lusterko. Urwała je ciężarówka, która nawet się nie zatrzymała. Kierowca, któremu bez protokołu policji pracodawca zająłby pewnie kilka pensji (pamiętacie – 500 zł miesięcznie), rzucił się w szalony pościg. Niestety, ciężarówka skręciła w pola,  gdzie zaraz zrobiło się zbyt wąsko i dziurawo dla autobusu. Dlaczego nie spisał numerów rejestracyjnych? Bo ciężarówka ich nie miała. Typowa sytuacja – meksykańska policja, zamiast blokować koła, odkręca tablice. Można je odebrać po zapłaceniu kary, ale niektórzy po prostu jeżdżą bez. W końcu policjanci też zarabiają 500 zł, więc ugoda z nimi nie jest droga. A najczęściej nawet nie bardzo się interesują…

Szczęśliwie kierowca zdołał na nowo przytwierdzić naszemu Nemo urwane lusterko. A zmierzam do tego, że z wypożyczonym autem mógłbym mieć spory kłopot. Pewnie, to może zdarzyć się wszędzie – ale takie nieprzyjemności lepiej likwidować w spokojniejszym kraju.

 

Dygresja: większość meksykańskich ciężarówek i autobusów posiada system kontroli ciśnienia w oponach

 

Sprawa druga to blokady dróg. U nas, 25 lat temu, podobnie protestowali rolnicy od ś. p. Andrzeja Leppera. W Meksyku blokada wygląda jednak inaczej – jak przydrożna impreza. Indianie grillują mięso, drzemią w hamakach – tylko pojazdów nie przepuszczają. Jakieś postulaty? „Nic nie wiemy, nam tylko kazali stać tutaj do wieczora„.

Policja? Owszem – radiowóz stoi obok nas. On też dzisiaj nigdzie nie dojedzie. Jakaś interwencja? Blokada policję obchodzi tyle samo, co złodzieje kieszonkowi albo ciężarówki bez tablic – czyli wcale. Zresztą, dziennikarze zaraz by napisali, że meksykańska władza biednych Indian gnębi. A protesty bynajmniej nie są indiańskie, tylko – aktualnie – nauczycielskie. To jedna z sytuacji, kiedy strajkuje grupa najbardziej uprzywilejowana (w Meksyku nauczyciele zarabiają stosunkowo dobrze, bez zgody związku zawodowego nie można ich zwolnić nawet dyscyplinarnie, itp.). Im nawet blokować dróg się już nie chce – wolą postawić grilla Indianom, którzy korzystają i nawet nie pytają, o co biega…

No pasarán. W poprzek drogi stoi Nissan Tsuru i kilku uśmiechniętych, lecz stanowczych dżentelmenów. Oni nie wiedzą, o co „walczą”, policja nie reaguje, a politycy – tym bardziej, nic się więc w kraju nie zmienia. Szkoda tylko, że cierpią podróżni i branża transportowa.

 

Pierwsza blokada kosztowała nas przełożenie części programu na następny dzień (szczęśliwie udało się wyrobić ze wszystkim). Kolejnych już jednak nie było: znów dzięki kierowcy, który sam był Majem i odtąd codziennie gdzieś telefonował (po majańsku), by dowiedzieć się, którędy ominąć blokady. Czasami jechaliśmy 10 km/h przez miedze – ale jechaliśmy. I znów – samodzielnie nie mielibyśmy na to szans.

Poza tym jeździ się jednak przyjemnie. Drogi są zaskakująco dobrej jakości (również z powodu mało intensywnego używania), korków w zasadzie się nie uświadczy (poza stolicą, ale i tam są one znośne, bo po prostu mało kto ma samochód), a kierowcy wykazują zdumiewająco wysoki poziom zdyscyplinowania. Oczywiście nie taki jak Szwajcarzy, ale na pewno wyższy niż Włosi. Poziom polski to chyba dobre porównanie. Czasem ktoś skręci ze złego pasa, czasem wyprzedzi na ciągłej (ale nie jakoś super ryzykownie), jednak nikt nie wariuje, a czerwone światło jest święte. Kierowcy wzorowo używają kierunkowskazów, często też ostrzegają się światłami awaryjnymi – nie tylko dojeżdżając do korka, ale też np. szukając luki do zaparkowania albo możliwości zawrócenia („uwaga, zaraz będę robił dziwne rzeczy”). Tutaj nie sprawdzają się stereotypy o gorącokrwistych Latynosach czy analogie z krajami Bliskiego i Środkowego Wschodu. Na ulicach piesi mogą czuć się bezpiecznie, o ile sami nie wejdą komuś pod koła. Jedyny problem, że pieszych niestety nie przepuszcza się dobrowolnie – nawet na pasach, jeżeli nie ma sygnalizacji świetlnej, trzeba cierpliwie czekać.

Poza miastami wolno jechać 90-110 km/h – jak w USA, jasno wskazują to znaki. Niektórzy jeżdżą trochę szybciej, ale tylko trochę. Policja szybkość kontroluje rzadko, a jeśli już – to zwykle bez radaru, „na oko”. To oczywiście bezprawne, ale kłócić się nie warto (właśnie z tego powodu wielu ludzi jeździ szybciej – 100 czy 120, to bez różnicy, bo jak będą chcieli zatrzymać, to i tak zatrzymają). W wioskach są też setki progów zwalniających, dosłownie co 100 metrów: nie stawiają ich jednak władze, a… lokalni sklepikarze, którzy w ten sposób zwiększają szanse na przyciągnięcie uwagi klientów.

***

Bezkresna pustynia, palące słońce, gdzieniegdzie pojedynczy, ogromny kaktus. Jeśli tak wyobrażacie sobie meksykański krajobraz, to znaczy, że naoglądaliście się hollywoodzkich westernów, gdzie w roli Meksyku występują południowe stany USA. Owszem, przeciwległy brzeg Rio Grande jest w pewnym sensie podobny, ale już dalej w głąb kraju zaczynają się górzyste, tropikalne lasy z dwiema porami roku: suchą (listopad-marzec) i wilgotno-huraganową (kwiecień-październik). Temperatury są relatywnie wysokie, ale trzeba pamiętać, że np. stolica, miasto Meksyk, leży w kotlinie położonej na 2.200 metrach n. p. m. (powyżej większości szczytów tatrzańskich), a droga tam prowadzi przez przełęcz położoną na 3.100 metrach. W Alpach na tym poziomie występują już lodowce. Tutaj nie, ale śnieg się zdarza, a my, w listopadzie, mieliśmy dwa deszczowe dni z temperaturą +5ºC. Całkiem jak u nas.

W ulewie, porywistym wietrze i temperaturze +5ºC zdobywaliśmy największą budowlę w Ameryce Środkowej – 65-metrowej wysokości Piramidę Słońca w Teotihuacán. To najstarsze ze starożytnych miast Nowego Świata, o którym z braku źródeł pisanych nie wiadomo w zasadzie nic.

Na mniejszych wysokościach znajdziemy już tylko tropikalną dżunglę. 100% wilgotności i 25-30 stopni. W zimie, bo w lecie jeszcze o 5-7 więcej.

W relacji z Doliny Śmierci wyjście z klimatyzowanego samochodu porównywałem do podmuchu skierowanej w twarz suszarki. W tropikach to raczej nachylenie się nad bulgoczącym garnkiem wrzątku. Przyjrzycie się zdjęciu tytułowemu: niby zwykły, listopadowy wieczór, ale z temperaturą 32ºC i deszczem przypominającym letni prysznic. Nieraz zastanawiałem się, jak żyje się w takich warunkach – teraz już wiem, że się da. Ja może nie jestem całkiem normalny, bo nawet po pustyniach chodzę w długich dżinsach i adidasach, ale w Meksyku nosiliśmy przeciwdeszczowe kurtki jesienne (takie w sam raz na +5ºC – a było ponad 30). Można przywyknąć. Zresztą, jeśli konkwistadorzy przedzierali się przez górzyste dżungle w żelaznych zbrojach, niosąc 30 kg ładunku i machając maczetą przez 10 godzin dziennie, to czemu my mielibyśmy nie przeżyć spacerku po ulicy w półprzepuszczalnej kurtce? Owszem, pot leje się hektolitrami, ale ja wolę brać choćby i trzy prysznice dziennie niż walczyć z naszą zimą.

Tak wygląda owo wieczne lato u progu pory suchej. Mnóstwo roślin znanych u nas jako doniczkowe występuje tu w rozmiarze rosłych dębów, do tego wszędzie majańskie chaty kryte charakterystyczną strzechą. Niektórzy stawiają murowane domy od ulicy – żeby pokazać, że dają radę – a dnie i noce wciąż spędzają w stojących z tyłu chatkach projektu prekolumbijskiego, dających przewiew i znośną temperaturę bez klimatyzacji. Yaris sedan również mówi, że mieszkańcy dają radę.

 

Powyżej to dżungla pokazowa, przy wejściu do strefy archeologicznej. Ta prawdziwa, w której drogę trzeba sobie wyrąbywać półmetrową maczetą, jest jednak wszechobecna.

Dziś przez meksykańską dżunglę prowadzą wygodne drogi (o ile nikt ich akurat nie blokuje)…

 

…ale kto chce, wciąż może posmakować dzikiej przyrody w całkiem komfortowych warunkach. Jeśli nie liczyć klimatu jak z sauny.

 

 

Najciekawsze, że w takich warunkach (potworny upał i zaduch, mnóstwo niebezpiecznych zwierząt, tropikalnych chorób, itp.), powstały potężne cywilizacje. Tak – nie znały żelaza, koła, większości pokarmów zwierzęcych (poza dziczyzną) ani zwierząt pociągowych, lecz mimo to, w środku dżungli, zbudowały takie cuda.

***

Wspominałem o miksie europejsko-indiańskim. Meksyk tylko z zewnątrz wygląda na hiszpańskojęzyczny naród katolicki. W istocie mówi się tam 140 językami lokalnymi, a prości ludzie… Niektórzy hiszpański znają nieźle, inni – tylko podstawy, lecz generalnie poza miastami niemal dla wszystkich jest to drugi język – może nie obcy, bo nauczony w dzieciństwie, ale nieużywany w domu ani na podwórku, a więc nie ojczysty. Indiańskie nastolatki sprzedające turystom pamiątki i jedzenie potrafią się po hiszpańsku zareklamować i potargować (co zdolniejsi rozpoznają też narodowości turystów i krzyczą np.: „U MNIE TANIEJ NIS W BIEDRONCE!!” 🙂 ). Ale porozmawiać po hiszpańsku na tzw. wolne tematy już niekoniecznie umieją.

Oficjalnie edukacja jest bezpłatna i obowiązkowa, jak w Europie. Tylko że w biednych krajach prawo jest fikcją: do szkoły dzieci chodzą 3-4 lata, bo więcej to zbytek. Kto umie już czytać, podpisać się i przeliczyć kilka banknotów, woli iść do pracy. A czy po szkole nie zarobiłby więcej? Jeśli nie ma znajomości – to nie. W Ameryce Łacińskiej nawet kelnerem nie zostaje się bez odpowiedniej „rekomendacji”. Jedną z największych przewag cywilizacji europejskiej, niewystępującą nigdzie indziej, jest tak zwany niski kontekst – zwyczaj oceniania merytorycznego. Zatrudnimy cię i awansujemy, jeśli coś umiesz i się starasz. Reszta nieważna. W Ameryce Łacińskiej zatrudnienie kogoś to jak wpuszczenie go do domu – a obcych się do domu nie wpuszcza, nawet zdolnych. I jak taka gospodarka ma się rozwijać? A to i tak lepiej niż w np. w Indiach, gdzie hinduizm wprost zakazuje dążenia do poprawy bytu.

No ale religię wyznają łacińską, prawda? Znów jak z językiem: i tak, i nie.

Bóg chrześcijański ulepił człowieka z gliny, bogowie indiańscy – z kukurydzy i własnej krwi. Tę krew człowiek był bogom winny, więc cywilizacje prekolumbijskie składały ofiary z ludzi, wyrywały im żywcem serca, a głowy nabijały na pale. Tysiącami. Las sterczących na drzewcach głów (w tropikalnym klimacie, tryskającym wszystkimi możliwymi formami życia) napełniał ich nadzieją – nadzieją na lepsze życie po śmierci. Zupełnie jak hinduskiego biedaka perspektywa dokonania żywota w żebraczym stanie. To tylko chrześcijanie mają obiecaną nagrodę za ulepszanie świata i życia bliźnich, a jednocześnie swojego.

Pięćset lat po hiszpańskim podboju 75% Meksykanów uważa się za katolików, ale w Święto Zmarłych wciąż przystraja się domy czaszkami i szkieletami – jako symbolami nadziei i radości!! – a zmarłych bliskich przywołuje się do domów stawiając ołtarzyki z ich zdjęciami i przygotowanymi posiłkami.

Ołtarzyk w hotelowym hallu – z czyjąś fotografią i słodkimi bułeczkami zwanymi „chlebem zmarłych”

 

Krzyże z płatków kukurydzianych pomieszane z czaszkami i symboliką pogańską, w tym repliką płyty nagrobnej majańskiego króla Pacala (na dole z prawej) – tak wygląda w Meksyku El Dia De Los Muertos, czyli Dzień Zmarłych, który trwa praktycznie cały listopad. O związanych z tym tradycjach bardzo fajnie i przystępnie opowiada animowany film „Coco” z 2017r.

 

Pogańskie czaszki sprzedają też wraz z krzyżykami i różańcami w sklepikach z dewocjonaliami przy największym meksykańskim sanktuarium maryjnym (Nuestra Señora de Guadalupe, na przedmieściach stolicy). To jest prawdziwy multikulturalizm, a nie jakiś Berlin albo Bruksela!!

 

Wbrew powszechnej opinii o religijności Latynosów meksykańskie kościoły świecą pustkami – żeby związać koniec z końcem, proboszczowie prowadzą często sklepy lub kawiarnie, bo tam ludzie zostawiają pieniądze chętniej niż na tacy (zdarza się nieraz, że w czasie ślubu lub pogrzebu goście nie siedzą w świątyni, tylko piją kawę w przylegającej do jej ściany, parafialnej kafejce!!). Meksyk to drugi po Szkocji kraj, w którym widziałem kościół zamieniony na targowisko. Prekolumbijscy Indianie nie modlili się regularnie, a tylko wtedy, kiedy mieli jakiś problem – suszę albo epidemię. Bez tego szamana nie odwiedzali – i to zostało im do dziś. Chyba, że chodzi o wspomnianą Matkę Bożą z Guadelupe: tam pielgrzymują nawet ateiści, bo to taka sama część tradycji narodowej, jak dla nas opłatek w Wigilię.

Bazarek spożywczy w zabytkowym kościele w Campeche

 

Osobną sprawą są kulty mieszane – niechrześcijańskie, choć zawierające elementy chrześcijaństwa. Nie mam tu miejsca na opowiedzenie o nich, ale zainteresowanym polecam poczytać o świątyni św. Jana w miasteczku San Juan Chamula (nazwa chrześcijańska, ale wierzenia – ze składaniem ofiar z Coca-Coli i bimbru na czele – już absolutnie nie), albo o kulcie tzw. Świętej Śmierci (Santa Muerte). Fascynujące sprawy, możliwe tylko w kraju kolonialnym, gdzie od pięciu wieków mieszają się dwie całkowicie odmienne cywilizacje.

Wnętrze świątyni Santa Muerte. Resztę na ten temat doczytacie sobie sami 🙂 (tutaj lokalny kapłan nie prowadził akurat kawiarni, tylko stragan z ciuchami).

 

Miks Europy z nie-Europą znakomicie widać też w polityce. Ustrój Meksyku to właściwie kalka Stanów Zjednoczonych (kraj oficjalnie nazywa się zresztą Stanami Zjednoczonymi Meksyku), jednak funkcjonuje on dość specyficznie: władzy nie obchodzą obywatele, a obywateli nie obchodzi władza. Przykład z blokadami dróg już podawałem, teraz inna historia: na wsi w okolicach Puebli było sobie do niedawna targowisko. Gubernator postanowił je zlikwidować („bo tak”), bez wyznaczania innej lokalizacji. Pozbawił w ten sposób utrzymania dziesiątki ludzi. Życie w III Świecie uczy jednak sztuki survivalu. Taki nasz kierowca po stracie lusterka nie liczył na władzę, tylko wziął sprawy we własne ręce: najpierw ścigając sprawcę, a gdy to nie poszło – naprawiając szkodę samodzielnie. A pozbawieni straganów handlowcy po prostu rozłożyli towar… pod pałacem gubernatora, opisując historię na transparentach. Władza, która przegoniła ich siłą gdzieś na wsi, nie ma odwagi powtórzyć tego na rynku wielkiego miasta, pod okiem dziennikarzy i opinii publicznej.

Od ponad roku wieśniacy nielegalnie handlują na progu pałacu. Idąc do pracy gubernator depcze ich stoiska, ale udaje, że nic nie widzi, a klienci tłumnie przychodzą, by zakupami wesprzeć uciśnionych – i tak to sobie trwa, w pełnej symbiozie. Przemocy na szczęście nikt nie waży się zastosować.

 

O bezpieczeństwo też trzeba zadbać samemu: „Sąsiedzi Zjednoczeni Przeciwko Przestępczości – troszczmy się o nasze dzieci i o turystów, którzy nas odwiedzają

 

No i ostatnia sprawa kulturowa. Podoba się Wam dżungla, krokodylki i małpki? Indianie mają szacunek do natury, nie to co my – takim przekazem karmi się nas od dekad. Wszyscy znamy piosenkę z bajki o Pocahontas. Prawda jest jednak mniej bajkowa: Majowie albo Apacze nie zniszczyli przyrody z tego samego powodu, z którego nie podbili Europy – nie dlatego, że ją tak kochali, tylko że byli zbyt mali, by móc jej zagrozić. Dziś już zagrozić mogą – i włos się jeży na głowie.

Rzeka Sumidero, nad którą zrobiłem większość przyrodniczych zdjęć, miejscami wygląda jak wysypisko śmieci, bo zwyczaj używania koszy (jak najbardziej obecnych tu i ówdzie) po prostu nie istnieje. Sam pewnego razu, po skonsumowaniu wody kokosowej, spytałem się sprzedawczyni, gdzie mogę wyrzucić naczynie: ona kulturalnie wyciągnęła po nie rękę, więc jej podałem – nie wiedząc, że sekundę później plastikowy kubek z rurką pokona kilkanaście metrów po trajektorii balistycznej, lądując gdzieś poza skarpą w tropikalnych zaroślach. Co jest o tyle przerażające, że kawałek dalej publiczne kosze jednak zobaczyłem. Jak wiele rzeczy w III Świecie, one istnieją, ale nie funkcjonują. Podobnie jak mandaty za śmiecenie. Bo cywilizacji nie tworzą przedmioty ani ustawy, tylko ludzka świadomość.

 

Żeby nie było, że ja tylko najeżdżam na tych biednych ludzi: oczywiście, Polacy wciąż palą śmieciami lub najgorszym węglem, a Europa Zachodnia robiła to jeszcze kilkadziesiąt lat temu. A przestała tylko dlatego, że ją na to stać. Człowiek, który zarabia meksykańskie minimum, nie będzie miał skrupułów przed wyrzuceniem foliówki do rzeki, bo ma pilniejsze problemy. Niekoniecznie większe, ale właśnie PILNIEJSZE. To się nazywa piramida potrzeb: dopóki nie zaspokoimy tych podstawowych, nie poczujemy tych wyższych. Tymczasem rozwój gospodarczy – no wiecie, jak tam z nim jest i dlaczego…

***

Na koniec pokażę jeszcze trochę scenek uliczno-drogowych.

Ruch w największym mieście świata w okolicach godziny 20-tej. Widziany z dachu hotelu, bo meksykańskie miasta są dla turystów bezpieczne, ale jedynie w dzień.

 

To samo kolejnego ranka. Na pierwszym planie oczywiście Tsuru, pomalowane w meksykański odpowiednik niemieckiego budyniu – tzn. obowiązkowy dla taksówek schemat biało-różowy.

 

Mało imponujący ten korek, jak na ścisłe centrum prawie 30-milionowej metropolii o godzinie 8.30. Od paraliżu miasto Meksyk ratuje tylko relatywnie niska siłą nabywcza obywateli (warto też zwrócić uwagę na bezpośrednie sąsiedztwo kilkusetletniej architektury kolonialnej z drapaczem chmur)

 

A to już nadmorskie Acapulco, gdzie podstawową taksówką (tutaj obowiązuje kolor biało-niebieski) jest wciąż „Garbus”. 50 lat temu miasto było sławne jako ekskluzywny kurort dla kalifornijskich milionerów, lecz dziś mocno podupadło – przyjeżdżają tam głównie sami Meksykanie. Stara, nieturystyczna część Acapulco zajmuje obecnie zaszczytne, trzecie miejsce na liście najniebezpieczniejszych miejsc na naszej planecie. Za to odpowiadają jednak głównie porachunki narkotykowych gangów, których pospólstwo ponoć w ogóle nie odczuwa. Turyści zresztą też nie – spędziliśmy tam całkiem spokojne półtora dnia. Z drugiej jednak strony rząd USA ze względów bezpieczeństwa zabrania podróżowania do Acapulco swoim pracownikom (na czarnej liście widnieje tylko część meksykańskich miast i stanów).

 

Najciekawsze są jednak najstarsze miasta kolonialne, jak np. Campeche (jeśli ktoś z Was grał kiedyś w „Sid Meier’s Pirates!„, na pewno się uśmiechnie). Samochody normalnie jeżdżą przez zabytkową bramę miasta – właśnie tę, którą w XVII wieku wielokrotnie szturmowali karaibscy piraci.

 

Ruch odbywa się też na głównym placu, który w każdym meksykańskim mieście nazywa się Zócalo i wygląda prawie tak samo: przy jednym boku katedra, przy drugim pałac gubernatora, a pośrodku – zielony skwer z drewnianym podestem do urządzania tanecznych zabaw z orkiestrą. Turystyczne kolejki ciągnięte za ucharakteryzowanymi traktorami – identyczne jak w Europie.

 

Podążamy w stronę jeszcze mniejszych miasteczek, nierzadko malowniczo wkomponowanych w dżunglę

 

Widoczek z hotelowego okna

 

Tsuru, Tsuru, Aveo

 

Autostrady gdzieniegdzie się zdarzają i kosztują dość drogo. Oto punkt poboru opłat, chwilę po tropikalnej burzy.

 

Amerykańska ciężarówka holuje amerykańską ciężarówkę, a na pierwszym planie indiańska rodzina robi sobie przerwę w podróży.

 

Poza wymienionymi wcześniej królami meksykańskich dróg (Tsuru, Gol, „Garbus”) oraz typowo latynoskimi modelami GM i VW, na ulicach widać głównie młode, japońskie SUVy i trochę starszych modeli z USA. O dziwo, w ogóle nie ma Fiatów, bardzo popularnych w Ameryce Południowej.

 

Nawet po zachodzie słońca upał i zaduch pozostają niemożebne

 

Miejscami jest trochę wąsko i stromo, ale bez tragedii

 

Podobno te „Garbusy” dostawały krótsze przekładnie, żeby lepiej radziły sobie z podjazdami

 

A jakim cudem dwudrzwiówki jeżdżą na taksówkach? Po prostu mają powyjmowane przednie fotele pasażera. W ten sposób do tyłu wsiada się wygodnie.

 

To samo skrzyżowanie (zbudowane wokół pomnika górnika z kopalni srebra), widziane z drugiej strony. Na pierwszym planie – meksykański McDrive.

 

Dopiero na bardzo głębokiej prowincji auta robią się stare i zdezelowane (choć i tam dominują wizualnie zadbane Tsuru). Widać też więcej japońskich pick-upów.

 

Na targowiskach stara Ameryka miesza się z trochę młodszą Japonią

 

Gdzieniegdzie widać też lokalne odpowiedniki azjatyckich Tuk-Tuków

 

Tak wygląda wiejski posterunek policji (opisany po hiszpańsku i majańsku) – czy wobec takiego stanu doinwestowania można się dziwić, że mundurowych niewiele interesuje…?

 

Poważniej wygląda tylko obstawa gubernatora stanu, wizytującego akurat miasteczko…

 

…oraz autostradowa policja w pobliżu stolicy. Dodge Charger to najpopularniejszy radiowóz w kraju (inna sprawa, że poza dużymi miastami radiowozów prawie nie ma)

 

A to parking przed eleganckim hotelem w Cancún – wszystkie auta na rejestracjach ze stolicy, oddalonej o 1.500 km!! (niestety, pogoda nie pozwoliła nam na plażowanie: deszcz nie padał, ale niebo było zasnute i wiał huraganowy wiatr, widoczny zresztą w koronach palm)

 

Jadąc już na lotnisko zaliczyliśmy drobną stłuczkę ze Sparkiem. Który w dodatku okazał się być nieoznakowanym radiowozem… Na szczęście udało się zdążyć na samolot.

 

Przez ten mini-huragan w Cancún upadł plan wypożyczenia na dzień jakiegoś lokalnego samochodu i samodzielnej wycieczki do strefy archeologicznej w Tulum – być może dzięki niej byłbym w stanie lepiej opisać meksykańskie realia drogowe. Jeśli zaś chodzi o zadane na początku pytanie o bezpieczeństwo, mogę potwierdzić najczęściej powtarzającą się opinię: emigracja do Meksyku jest złym pomysłem, ale porządna wycieczka objazdowa – to rewelacja. 

Wszystkie zdjęcia z nieoznaczonym autorstwem są pracami własnymi i mojej żony.

 

Share Button
Tagi: , , , , ,
38 comments on “VENI, VIDI: NIEZŁY MEKSYK!!
  1. Krzyś pisze:

    Dziękuję za ten bardzo barwny i ciekawy Artykuł 🙂 W sumie trochę mógłby być również w sekcji „obalamy mity” 😉

  2. Fabrykant pisze:

    Bardzo ciekawe i pouczające. Chciałoby się zażyć wycieczki.
    Czy sądząc po upadłym Acapulco i amerykańskich ostrzeżeniach o niebezpiecznych miastach – turystyka amerykańska osłabła dziś w Meksyku, w porównaniu z dawnymi czasami?

    Schemat urbanistyczny placu typu Zocalo w Campeche jest zupełnie idealną powiększoną kopią starej arabskiej części Rondy (placu Duquesa de Parcent)! Hiszpanie wzięli to zupełnie żywcem od kolonizujących ich Arabów i przenieśli wieki później na inny kontynent.
    https://fotodinoza.blogspot.com/2017/09/los-menelos-w-al-andalus.html

    • SzK pisze:

      Faktycznie, w Rondzie jest podobnie!! Nie skojarzyłem kompletnie. A nazwa ZOCALO to po hiszpańsku „cokół”: w mieście Meksyk, na głównym placu (to bodajże drugi największy plac świata, po pekińskim Tienanmen), miał kiedyś powstać pomnik, ale jak to w Meksyku, postawili tylko cokół i przerwali. Tak to sobie trwało przez lata – więc mieszkańcy umawiali się „pod cokołem” i chodzili „pod cokół”. I tak im zostało do dziś.

      Amerykanów w Meksyku jest dużo – znacznie więcej niż Europejczyków (logiczne, z uwagi na odległość). Tyle że stany północne i zachodnie (w tym Acapulco) faktycznie zrobiły się niebezpieczne z uwagi na wojny narkotykowe i tam się raczej nie jeździ. Plażowicze jeżdżą na Riviera Maya (Cancun i okolice, na półwyspie Jukatan), a tacy zwiedzacze jak my – od miasta Meksyk na południe, tam gdzie dżungla i prekolumbijskie ruiny. Bezpieczeństwo jest tak OK, tylko nie wolno włóczyć się po nocach, no i lepiej mieć przewodników znających lokalne stosunki. Chociaż tak jak mówię, niemało moich znajomych podróżowało po Meksyku samemu i nikomu nic się nie stało.

      • benny_pl pisze:

        moze po prostu rzad Amerykanski zabrania i wystrasza tych bogatych Amerykanow nie dla ich bezpieczenstwa, tylko zeby nie nawiazywali lokalnych kontaktow narkotykowych 😉
        a jak wiadomo, bezpieczenstwem mozna wytlumaczyc wszystko 😉

      • SzK pisze:

        Przemytem zajmują się i tak Latynosi, na pewno nie urzędnicy administracji USA. A władza po to jest, żeby ostrzegała (zauważ, że zakaz dotyczy tylko pracowników administracji, związanych z rządem umową o pracę – szeregowym obywatelom nic się nie zabrania, bo to wolni ludzie. Do myślenia daje jednak samo istnienie takiej czarnej listy, obejmującej stany północnego i zachodniego Meksyku)

      • benny_pl pisze:

        no przemytem tak, ale ktos musi byc odbiorca 😉 a im wyzej postawiony, tym lepiej

      • SzK pisze:

        Popyt jest niestety spontaniczny. Stąd też bierze się podaż – bo popyt zawsze rodzi podaż, niezależnie od wielkości środków przeznaczonych na jej niszczenie.

  3. benny_pl pisze:

    bardzo fajne i ciekawe! tylko szkoda ze:
    „Osobną sprawą są kulty mieszane – niechrześcijańskie, choć zawierające elementy chrześcijaństwa. Nie mam tu miejsca na opowiedzenie o nich”
    tu jak najbardziej jest miejsce! ja przynajmniej bardzo lubie czytac takie przekrojowe artykuly, szczegolnie tak fajnie i ciekawie pisane jak przez Szczepana czy Fabrykanta, jak juz pisalem u Fabrykanta – nie powstrzymujcie sie przed rozpisywaniem! 😀

    • SzK pisze:

      Całej encyklopedii tutaj i tak nie napiszę – przewodniki po każdym kraju, w tym Meksyku, mają setki stron. A nad tym wpisem siedziałem i tak nie cztery, a pięć wieczorów, po drodze testując jeszcze trzy samochody elektryczne (będą niedługo artykuły) i mając na głowie bardzo absorbującą sprawę rodzinną. Naprawdę nie jest łatwo prowadzić normalne życie i dodatkowo pisać blisko 1000 słów dziennie tak, żeby miało to sens…

      • benny_pl pisze:

        doceniamy to bardzo 🙂
        A moze bys Szczepanie napisal cos w rodzaju:
        „Ekoterroryzm a zycie zwyklych obywateli na przykladzie Francji”
        na przykladzie Francji, ktorej wladza tak ochoczo zakazuje wszystkiego zwiazanego z motoryzacja, az w koncu narod nie wytrzymal i aktualne protesty maja poparcie 80% spoleczenstwa – czyli ludzie nie sa tam glupi, tylko glupi naglosniej krzycza a rzad mysli ze to „poparcie spoleczne”
        jak zwykle bylo by to bezstronne merytoryczne i zgodne z faktami liczbowymi, w sam raz do wysylania linkow ekooszolomom 🙂

      • Hurgot Sztancy pisze:

        Szczepan! no niestety, trzeba podjąć tę trudną decyzję i porzucić normalne życie!

      • Krzyś pisze:

        Szczepan, jesteś tytanem jeśli chodzi o prowadzenie tej strony! Ja bardzo, ale to bardzo doceniam to, że potrafisz i chcesz regularnie publikować tak bardzo ciekawe, wartościowe i merytoryczne artykuły działając zupełnie samodzielnie i „pro publico bono”. To rzecz niespotykana w dzisiejszych czasach a już na tak wysokim poziomie to w ogóle jest niebywałe 🙂

      • Daozi pisze:

        W pewnym sensie… Możesz się cieszyć, że nie masz dzieci bo czasem i 10 słów by się nie dało napisać 😀
        A tak poza tym to bardzo ciekawy artykuł. Co do zwierząt pociągowych – w zasadzie tylko Inkowie używali lam w takich celach, ale za to… posiadali niesamowicie rozwiniętą sieć dróg; często biegali po nich piesi posłańcy. Tyle, że Inkowie to Andy i nieco inne tradycje.
        Myślę, że koło (sam wynalazek koła o ile się nie mylę był znany, ale nie były to koła używane w transporcie) nie było tym ludom (Aztekowie, Majowie) potrzebne – zwłaszcza w realiach gęstych dżungli.
        Trochę offtopowo jeszcze dodam, że zetknąłem się z pewną myślą, jakoby efektywność rolnictwa europejskiego umożliwiła z znaczącej mierze ekspansję naszej cywilizacji i przewagę nad Islamem (bo na tej linii głównie dochodziło do tarć – to była najbliższa „konkurencyjna” cywilizacja). Chodziło tu o ilość ziaren plonu z jednego ziarna zasianego, dokładnych liczb nie pamiętam, bo to na studiach było 😉
        W krajach Ameryki Płd. i środkowej rolnictwo nie było tak rozwinięte, a zapewne istotny był również fakt, że sporo jedzenia po prostu rosło dziko, możliwe, że to był kolejny istotny czynnik ograniczonej ekspansji imperiów amerykańskich?

      • SzK pisze:

        Jeśli chodzi o koło, to Majowie znali je jako takie i używali np. w miniaturowych zabawkach. Wielkie bloki kamienne przemieszczali na obrabianych, okrągłych pniach, które przekładali z tyłu do przodu. A drogi też mieli całkiem niezłe i nie do końca wiadomo po co – może tak jak Rzymianie, do przemarszu wojsk? Bo wozów osobowych/towarowych nie mieli na pewno. Pilot mówił nam o teorii (nigdzie w książkach o niej nie czytałem, ale o Mezoaemryce akurat czytałem mało), że u nich koło było symbolem cykliczności czasu – np. kalendarze rysowali na kołach i to były obrazy święte. A świętego przedmiotu nie używa się do przyziemnych celów, tak jak np. u nas nie wbija się gwoździ krzyżem (może słaba analogia, ale teoria w ten deseń). Nie jestem fachowcem, wiem też, że jeśli archeolodzy nie potrafią czegoś wyjaśnić, to zawsze najwygodniejszym tłumaczeniem są względy religijne, bo tam z definicji nie musi być racjonalnie. Ale oczywiście z braku źródeł pisanych (misjonarze spalili 99,99%) i ciągłości przekazu ustnego wśród Indian (bo misjonarze…) jesteśmy skazani na domysły.

  4. SzK pisze:

    Idąc za radą Komentatora z Facebooka, dopisałem kilka zdań do akapitu o zachowaniu kierowców (on bardzo słusznie zwrócił uwagę na rzeczy, które widziałem, ale które jako pasażerowi autobusu wyleciały mi z głowy):

    Poza miastami wolno jechać 90-110 km/h – jak w USA, jasno wskazują to znaki. Niektórzy jeżdżą trochę szybciej, ale tylko trochę. Policja szybkość kontroluje rzadko, a jeśli już – to zwykle bez radaru, „na oko”. To oczywiście bezprawne, ale kłócić się nie warto (właśnie z tego powodu wielu ludzi jeździ szybciej – 100 czy 120, to bez różnicy, bo jak będą chcieli zatrzymać, to i tak zatrzymają). W wioskach są też setki progów zwalniających, dosłownie co 100 metrów: nie stawiają ich jednak władze, a… lokalni sklepikarze, którzy w ten sposób zwiększają szanse na przyciągnięcie uwagi klientów.

  5. Hurgot Sztancy pisze:

    ja widziałem kościół, który został przemieniony w targowisko/galerię sztuki w Bazylei

  6. El77777 pisze:

    W Polsce vw golem jeździła ruska bodajże ambasada, saveiro jakaś osoba prywatna

  7. Lysy1303 pisze:

    Meksykańskie garbusy nie mają jakoś specjalnie skróconego przełożenia w skrzyni biegów. One mają po prostu najkrótsze przełożenia od 1200 a posiadają silniki 1600.

  8. Cham w Audi aka Jan Kofalski pisze:

    Jak zwykle artykuł klasa. Doskonały jako uzupełnienie programu WC o Meksyku.

  9. pstrykEJ9 pisze:

    Kurczę większe hardcore niz kraje b. ZSRR no może z wyjątkiem Gruzji i wschodniej Ukrainy. Ciekawią mnie te zaostrzone ogarniczenia w imporcie. Chodzi zapewne o to, żeby dokopać amerykanom.

    • SzK pisze:

      Ja sądzę, że chodzi o kreowanie popytu na nowe auta. To samo dzieje się np. na Ukrainie.

      • pstrykEJ9 pisze:

        SzK, na Ukrainie import ma sie dobrze. Coś o tym wiem 🙂

      • SzK pisze:

        A to ja chyba nie na czasie… Bo kiedyś zdaje się tak było, że wstrzymywali import używek, żeby pchać w kraju nowe Tavrie i Lanosy? Poza tym z tego co wiem, co zachodni Ukraińcy jeżdżą autami na polskich numerach, bo mają jakieś kłopoty z rejestracją u siebie, ale szczegółów nie znam (najśmieszniej jest, jak auto na polskich numerach jest owinięte flagą banderowską, ale to temat na osobny wpis 😉 )

      • benny_pl pisze:

        ja rowniez, troche czasu temu sprzedalem Marbelke Ukraincom, a teraz dopiero co Evasiona

      • benny_pl pisze:

        aa i jeszcze Uno to ktore Zonka miala jezdzi na Ukrainie ale to juz ten kolega im sprzedal ktory na pizzy nim jeszcze jezdzil.

        co do rejestrowania – na Ukrainie wszystko zalezy od znajomosci, jak je masz, to i kradziony zarejestrujesz, kolega kiedys jak jezdzil po fajki to jego kumpla wzieli na kanal bo im sie sprinter spodobal, oczywiscie znalezli kontrabande, co jest oczywiste, bo znalezli by w 90% samochodow, ale samochod zarekwirowali i powiedzieli tylko ze jak do konca ich zmiany zdazy przywiesc iles tam tysiecy to mu oddadza, zdazyl tuz przed koncem ich zmiany, a sprinter stal juz na Ukrainskich tablicach, ale przykrecili jego tablice z powrotem 😉

      • SzK pisze:

        Benny, my musimy wreszcie ten wywiad zrobić…

        Tylko niech Twój szef dokończy robić swój wehikuł czasu, żeby były dwie pieczenie na jednym ogniu 😉

      • pstrykEJ9 pisze:

        Bardzo dobrze się ma import używek z Litwy na Ukrainę 😉 #potwierdzoneinfo. Za moją E46 dawali 8 koła i cieszyli się że ma 1,8 bo małe cło 🙂

      • benny_pl pisze:

        oj to nie wiem czy sie doczekasz, bo szef wehikol wrosl, ale niestety „nie sprzeda, bedzie go robic”….

      • SzK pisze:

        Aaa, jeśli tak, to dzięki za info – teraz wiem, że nie warto czekać :-). A wywiad zrobimy i tak.

      • benny_pl pisze:

        ja juz go rozkrecilem do stanu ze teraz trzeba kogos od łódek zeby laminatowy przod naprawic, no a skoro nie ja, to niema sie komu zajac, k-jetronic naprawilem, znaczysie wymienilem rozdzielacz caly i silnik pracuje ladnie, ale tylko chwile probowalem bo chlodnicy niema i dalej prace stanely juz dawno, takze jakby cos jednak mialo sie ku lepszemu to dam znac, bo czesci wszystkie potrzebne z katalogu wypisalem i nawet w zasadzie prawie wszystko juz przyszlo i czeka, ale to juz tez czeka od dawna, jak by to bylo moje to i ten laminat jakos bym ulepil i juz jezdzil dawno (albo i juz sprzedal hehe), no ale skoro ma byc porzadnie i ladnie no to niech to zrobi ktos kto sie juz na jakiejs lodce nauczyl a nie na tym sie uczyc bedzie 😉

        ale oczywiscie zapraszam mimo wszystko 🙂

      • SzK pisze:

        CZY JEST JAKIŚ SZKUTNIK NA SALI…?

      • Buran pisze:

        Ukraińcy, z którymi pracuję, opowiadali mi, że wprowadzono jakiś czas temu ograniczenia w imporcie w taki sposób, że nie da się legalnie zarejestrować samochodu niespełniającego Euro bodajże 5. Dziennikarze próbowali wykazać, że to bez sensu, robiąc eksperyment polegający na sprowadzeniu Zaporożca do Polski, wyremontowaniu i zarejestrowaniu go tutaj, po czym sprowadzeniu z powrotem do ojczystego kraju – gdzie nie dało się go już zarejestrować (legalnie). Źródła niestety nie mam jak znaleźć.

        Oczywiście znając specyfikę naszych wschodnich sąsiadów, ze znajomościami da się to załatwić, wyrażając wdzięczność za przysługę banknotami waluty dowolnej. Ale Ukraińcy ponoć radzą sobie z tym prościej – jeżdżą po prostu na polskich czy innych zagranicznych rejestracjach – kolega pochodzący z Użgorodu sprawozdaje, że na ulicach większość aut ma polskie tablice.

        Eksport do wschodniej braci kwitnie, kilka lat temu na wschód sprzedaliśmy Ładę 2107, a ze świeższych rzeczy to jakieś pół roku temu Ukraińcy sprzątnęli mi sprzed nosa Lancię Dedrę z fajnym silnikiem – a temu daleko do Euro 5 🙂

      • SzK pisze:

        No właśnie to miałem na myśli. Zdaje sięże jeżdżąc na polskich tablicach trzea wyjeżdżać z Ukrainy do Polski bodajże raz na 6 miesięcy, ale dla mieszkańców zachodniej części kraju to nie problem, bo i tak to robią.

  10. Daozi pisze:

    Miło się czytało; jak niemal zawsze zresztą. Sam dobrowolnie bym tam nie pojechał, ale nie ze względu na bezpieczeństwo a… pogodę. Raz tylko byłem w kraju o porównywalnym klimacie (Indie) i było to dla mnie nie do zniesienia: wszędzie gorąca sauna, przed którą nie ma ucieczki, bo nawet w klimatyzowanych pomieszczeniach i samochodach była niemożebna wilgotność, tyle że nieco schłodzona.
    Chociaż zobaczyć pozostałości po prekolumbijskich cywilizacjach to bym chciał, pozytywnie zazdroszczę…

    • SzK pisze:

      Bardzo polecam wycieczkę, bo ruiny w Palenque (zdjęcia we wpisie) albo Choluli to jest autentyczny obłęd.

      W Indiach nie byłem, ale Ania owszem i mówi, że tam jest gorzej. Meksykańska pora sucha to coś, do czego można przywyknąć bez większych problemów (najlepiej grudzień-luty, wtedy jest naprawdę sucho, bo my byliśmy trochę za wcześnie)

  11. benny_pl pisze:

    https://www.olx.pl/oferta/seat-terra-diesel-CID5-IDxJftF.html
    fajny samochodzik, jesli ktos ma blisko, ja dopiero co bylem w tych „chujnicach” i zastalem Astre w stanie zgodnym z nazwa miejscowosci, a nadlozenie nie tyle drogi, co czasu w drodze do swinoujscia bylo na tyle duze ze sie wkurza koledzy jak znow bede chcial w te zadupia jechac 😉 zreszta narazie szwecja sie nie szykuje

  12. K1 pisze:

    Artykuł super.
    W pigułce opisuje Meksyk w sposób, że można zrozumieć specyfikę tego kraju i na co zwrócić uwagę szukając np. książek o Meksyku.

    Np opisany stosunek władzy i policji do obywateli i odwrotnie wskazuje dlaczego kartele narkotykowe mogły przejąć północne i zachodnie stany.

    Co do aut to jak wskazano w artykule popularność Nissana Tsuru wynika z tych samych powodów co u nas w latach 90-tych Poloneza Caro.
    Jednak dla obywateli lepsza jest możliwość swobodnego importowania pojazdów używanych, co odczuwamy od 2004r., mimo ciągłej nagonki medialnej.

    A historię kolonizowania terenów dzisiejszego Meksyku chyba warto przypominać wszelkim eurosceptykom promującym osłabianie UE i większą niezależność poszczególnych państw członkowskich, co będzie prowadziło do animozji pomiędzy poszczególnymi krajami UE i łatwemu ich wykorzystaniu przez różnych współczesnych Cortesów (choćby ekonomicznych) spoza Europy.
    A w dzisiejszym świecie poszczególne kraje europejskie są zbyt słabe na arenie międzynarodowej, jeśli chodzi o siłę to przypominają ówczesne plemiona indiańskie (oczywiście w stosunku do współczesnych mocarstw).