WPIS GOŚCINNY: LE MANS 2016

Dziś będzie gościnny, wspomnieniowy wpis autorstwa Hurgota Sztancy, opisujący wyprawę na 24h Le Mans 2016. Zapraszam w imieniu Autora, jego Kolegów, którzy fotografowali, oraz swoim.

SzK

***

Być może część z Was pamięta wpis Szczepana o historii Le Mans. Wspomniałem wtedy, że miałem okazję być na wyścigu 24h Le Mans w 2016 roku, a był to chyba najbardziej pasjonujący wyścig dekady i zapewne jeden z kilku najbardziej zaskakujących w tym milenium.

Wielu z Was, tzn. Marcin i Szczepan, poprosiło o relację z tego wydarzenia, ale wykpiłem się brakiem zdjęć. Niestety moi dwaj dzielni towarzysze (dzięki Wojtusiu i Areczku!) odnaleźli w swoich zasobach prastare zdjęcia i pozwolili na ich użycie. Od wyścigu minęło już ponad 4 lata, więc część relacji mogła się zdezaktualizować, no i pamięć już nie ta, ale chyba mimo wszystko warto opisać to z perspektywy widza.

Czym jest Le Mans i skąd się wziął jego fenomen opisywał Szczepan już przy kilku okazjach, skupię się więc na samym przedsięwzięciu wyprawy do Le Mans, które naprawdę wymaga chwili planowania. Tę chwilę warto rozpocząć jak najwcześniej, bo na początku roku może już brakować najlepszych miejsc na trybunach i dobrych miejsc na biwaku. A właśnie – oczywiście można spróbować zamieszkać w centrum miasta (jest całkiem spore i nie brakuje ofert wynajmu), ale jeśli naprawdę chcecie poczuć klimat tego jedynego w swoim rodzaju wyścigu, to koniecznie musicie zarezerwować miejsce na jednym z pól biwakowych wewnątrz toru. Jak zapewne wiecie, tor jest gigantyczny, więc wewnątrz niego mieści się kilka pól namiotowych i właściwie to nawet całe miasteczko. Chyba, że jesteście twardzielami, przyjeżdżacie w sobotę w dniu wyścigu, noc spędzacie na trybunie i wracacie w niedzielę. Jednak prawdziwi fani zjeżdżają się do Le Mans tydzień wcześniej. W trakcie tego tygodnia odbywają się treningi połączone z kwalifikacjami, parady kierowców, wyścigi serii towarzyszących i cała masa innych atrakcji.

My przyjechaliśmy do Le Mans w piątek. Podróż stosunkowo prosta – samolot do Paryża i TGV do Le Mans. W tym okresie w Le Mans wszyscy wiedzą dokąd przyjeżdżają turyści i od razu kierują we właściwą stronę, trafiają się też zorganizowane grupy, nie – nie przestępcze, a informacyjne. Młodzi ludzie bawią się w przewodników i  wskazują drogę do tramwaju, ponieważ to najsensowniejszy sposób na dostanie się na tor. Tramwajem jedziemy na obrzeża miasta i wysiadamy na ostatnim przystanku, ładnej pętli w pobliżu głównej części toru. Jak wspominałem, ten tor jest naprawdę wielki i niby można poruszać się w jego obrębie na piechotę, ale wymaga to czasu i mocnych nóg. Elektryczna hulajnoga byłaby zbawienna.

Po wyjściu z tramwaju czekało na nas zderzenie z zupełnie innym światem. Ćwierć miliona ludzi, którzy zebrali się tu w jednym celu – obchodów jednego z największych świąt motoryzacji. Dlaczego nie piszę: obejrzeniu wyścigu? Ponieważ, co dziwne, wielu z tych ludzi kompletnie nie interesuje się wyścigiem jako takim – przyjechali na ogromną imprezę z samochodami w tle, pobawić się, poprzebierać, bezkarnie pokrzyczeć. A naprawdę jest tam co robić i na co popatrzeć…

Na przywitanie spotkaliśmy grupę wyposażoną w karabiny na wodę, atakującą wszystkie przejeżdżające auta z otwartymi szybami i szyberdachami, nie wspominając nawet o kabrioletach.

Zaraz za nimi z jednego pola namiotowego wyłonił się cały oddział szturmowców imperium pod wodzą… księżniczki Lei

 

Wszędzie pełno imprezowiczów, supersamochodów, hałasu i tłumu

 

Pierwszy zgrzyt zaliczyliśmy, gdy trafiliśmy na nasze pole namiotowe. Przy wejściu przemiły pan stwierdził, że bardzo mu przykro, ale nie ma miejsc. Machaliśmy mu przed nosem rezerwacją, ale specjalnie się tym nie przejął. Skierował nas na najdalsze pole wewnętrzne, mniej więcej na wysokości zakrętów Porsche.

Ponieważ był to kawał drogi, postanowiliśmy pojechać autobusem – autobusy kursują bowiem wzdłuż toru kilka razy na godzinę. Wnioskując po wielkości tłumu na przystanku, autobusu nie było od dawna, warto było chwilę poczekać. Chwila ta rozciągnęła się do około 20 minut, kiedy zmieniliśmy zdanie na temat podróży piechotą. Autobus dogonił nas przy pętli – tłumy ludzi oraz korki powodowały, że autobusy jeździły właściwie dowolnie.

Na drugim campingu oczywiście również nie było już miejsc – jak wcześniej wspominałem, prawdziwi kibice przyjeżdżają tam tydzień wcześniej, a nie w piątek przed wyścigiem. Gdy zaczęliśmy na serio się denerwować, pan z obsługi zauważył, że nie mamy auta. Zdziwił się, bo takich ludzi była zdecydowana mniejszość i stwierdził, że jako piesi to właściwie możemy się rozbijać, gdzie nam się podoba. Tak też zrobiliśmy – rozbiliśmy namiot na obszernym fragmencie trawnika niedaleko toalet (co ma swoje oczywiste wady i zalety) .

Gdy tylko oddaliliśmy się na minutę, tuż obok natychmiast zaparkował kamper z Anglikami. A podobno nie było już miejsc…

 

Rada jest taka – jeśli jedziecie samochodem, warto przybyć kilka dni przed weekendem, bo potem możecie zostać odprawieni z kwitkiem i nie bardzo jest się do kogo poskarżyć. Jeśli jesteście pieszo, to możecie de facto wbijać się na dowolny camping – w trakcie całego weekendu nikt nas nie kontrolował, w przeciwieństwie do pojazdów. Można też rozbić się w dowolnym miejscu, policja ma i tak wiele do roboty.

 

 

Na przykład, tuż po naszym odejściu od przystanku byliśmy świadkiem nieprzyjemnej sceny, gdy dwóch krewkich dżentelmenów załatwiało porachunki przy pomocy noża. Wielki tłum i wiele emocji. Najważniejsze, że był to jedyny taki nieprzyjemny moment.

Z pola namiotowego do centralnej części toru jeździły małe kolejki ciągnięte przez ciągniki, znane z turystycznych miejscowości. Aby wejść na teren toru, trzeba już okazać bilety. Te były faktycznie kontrolowane aż do końca wyścigu, nawet w nocy.

W piątek jest przerwa w jazdach, można za to zwiedzić masę atrakcji – jest słynny diabelski młyn, jest muzeum Le Mans, tor gokartowy, są restauracje (lepsze i gorsze), cała masa sklepików i atrakcje przygotowane przez producentów – np. prezentacje nowych aut i innych produktów.

My trafiliśmy na prezentację Tesli Model-X czy Mustanga. Tuż przed startem prezentowało się również Bugatti Chiron.

 

Nie mieliśmy biletów upoważniających do wstępu do głównego padoku, za to padok serii towarzyszących był otwarty dla wszystkich. Serwisowane LMP3 czy GT3 i tak robią ogromne wrażenie. 

 

Dodatkowo można natknąć się na wyścigowych celebrytów. Ciekawe, czy ktoś rozpozna pana na rowerze. Dla ułatwienia dodam, że pochodzi właśnie z Le Mans i ma na koncie kilka tytułów mistrzowskich.

 

W końcu dotarliśmy do trybun, żeby sprawdzić nasze miejsca. Wyglądały super. Przynajmniej na początku, gdy nie padał deszcz. Gdy później się rozpadało, od tyłu otrzymywaliśmy regularnie prysznic. Dach był na nic. W każdym razie miejscówka niezła, na wysokości Esek (Esses), tuż za mostem Dunlopa.

 

Jest to niezłe miejsce do wyprzedzania, dlatego było świadkiem wielu wyprzedzeń, dublowań i wypadków (wliczając w to słynny wypadek Allana McNisha  w Audi z 2011r.). Akurat w edycji 2016 nie działo się tam nic spektakularnego, a jest dość oddalone od pitlane, dlatego myślę, że następnym razem wybrałbym jednak miejscówkę przy samym moście Dunlopa – tam dzieje się coś zawsze.

 

Wieczór minął nam na oglądaniu meczy Mistrzostw Europy (tak, na kilku telebimach wyświetlano mecze, w sumie dlaczego nie?) Kładliśmy się spać zmęczeni, ale podekscytowani dniem kolejnym. Chciałem się wyspać, gdyż zamierzałem przesiedzieć na trybunie tak długo jak się da – w domu od roku 2004 oglądam wszystkie wyścigi na żywo, przez całe 24h (no dobra, przez 23,5 – zdarza mi się przysnąć nad ranem gdy jest samochód bezpieczeństwa, ale szybko budzą mnie reklamy). Podobny plan miałem na ten weekend. Zabrałem ze sobą wyżerkę, ciepłą kurtkę i poduszkę pod tyłek. Nie pomyślałem jedynie, że na campingu będzie sporo osób z odmiennym pomysłem na piątkową noc, a dysponujących głośnymi wydechami w swoich samochodach. Bliskość toalet również nie sprzyjała ciszy i wypoczynkowi. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Dodatkowo popsuła się pogoda, zaczął padać deszcz i jasne się stało, że rekordu przejechanych okrążeń w tym sezonie nie będzie.

Wyścig rozpoczął punktualnie o 15:00h sam Brad Pitt. Niestety za samochodem bezpieczeństwa (tak jednym, dopiero w późniejszej fazie zawodów, ze względu na jego długość wypuszczane są na tor trzy samochody bezpieczeństwa), za którym jeżdżono przez prawie godzinę, mimo poprawy pogody i niezadowolenia zarówno widzów jak i kierowców.

 

Potem już wszystko ruszyło z kopyta. Z kronikarskiego obowiązku: na starcie w najwyższej klasie stanęły fabryczne Audi, Porsche, Toyota oraz prywatne Rebelliony i ByKolles, choć ten ostatni z tempem bliższym LMP2. W klasie GT Pro poza zwyczajowym tabunem Porsche 911 i Ferrari, wrażenie robił debiutujący Ford GT z V6 pod maską, wyglądał niesamowicie.

 

Nie chcę opisywać samego wyścigu, bo w Internecie można go znaleźć bez trudu. Wolę przekazać trochę atmosfery i klimatu, niepowtarzalnego przecież w innych okolicznościach. Pamiętam na przykład, jak wspaniale ryczały Corvette’y – to bez wątpienia najgłośniejsze pojazdy na torze, nieporównywalne do niczego innego. Aston Martin, również z V8 pod maską, nie ma do nich startu. A co było najcichszym pojazdem? Otóż Audi R18 wyposażone w hybrydowego diesla V6. Diesel najcichszym pojazdem na torze… Rudolfa musi rozpierać duma. Faktem jest, że R18 brzmiało jak odkurzacz, bardziej szum niż ryk czy klekot.

Ford z V6 również nie brzmiał imponująco, to nie to czego oczekują kibice po amerykańskiej ikonie. Dobrze, że były te Corvette’y

 

Po około dwóch godzinach od startu trybuny zaczęły się wyludniać, a po  4-5 zostali tylko najwięksi twardziele. Jednak siedzenie na tym małym plastikowym krzesełeczku, z mokrymi plecami, nie jest tak przyjemne jak przed telewizorem w domu. Telebim był dość blisko, można więc było przynajmniej śledzić przebieg zawodów na bieżąco. Zasięg telefonu jest dobry, ale sieć przeciążona jak w Sylwestra w Zakopanem.

Ludzie bawią się na koncertach, jedzą churrosy i pieczone kurczaki, piją piwo z plastikowych kubków, oglądają mecze… Kolejny raz widać, że wyścig jest dla wielu tylko pretekstem.

 

Z kolegami zeszliśmy z trybun i zasiedliśmy w centralnej alei oglądać mecz. Ja zająłem strategiczne miejsce blisko wyjazdu z pitlane. Portugalia grała z Austrią i ledwo, ledwo zremisowała 0:0. Jak to się skończyło, pewnie pamiętacie.

 

Udało mi się kolegów przetrzymać do około północy, gdy zmogły nas trudy dnia i poprzedniej nocy. Gdy kładliśmy się spać, były okolice 1:00, a obudziłem się już o 3:30. Nieźle, nie straciłem tak wiele czasu. Co ciekawe, jeszcze w piątek odkryliśmy skrót do zakrętów Porsche, położonych około kilometra od naszego namiotu. Postanowiłem sprawdzić, jak wygląda to miejsce w nocy, już w trakcie trwania wyścigu. Okazało się to strzałem w dziesiątkę. Był to kawałek wału pokrytego suchą trawą i śmieciami. Ale znajdował się on dokładnie na przejściu z długiej prostej za zakrętem Arnage w zakręty Porsche, czyli wymagał mocnego dohamowania. Widok rozgrzanych tarcz w środku nocy – niezapomniany.

À propos śmieci. Około 6:00h, ni stąd ni zowąd, pojawił się oddział sprzątający – kilkanaście osób z workami na śmieci wpadło na nasz punkt widokowy, w ciągu 15 minut uprzątnęło teren i zniknęło. Aha, na tym kawałku toru nie było kontroli biletów. Właściwie każdy mógł tam sobie przyjść i oglądać jedno z najbardziej widowiskowych miejsc na torze. W sumie jeśli ktoś jest odważny, może obejrzeć wyścig bezkosztowo – namiot na pasie zieleni, miejscówka przy zakrętach Porsche… Pamiętajcie tylko, że to było w 2016r., więc moje rewelacje mogą już nie być aktualne. Dodatkową atrakcją był ogródek firmowy wystawiony po przeciwnej stronie toru, prawdopodobnie przez jakiegoś lokalnego dealera Porsche, z rzutnikiem i ogromnym ekranem. Do pełni szczęścia brakowało mi lornetki, żeby zobaczyć szczegóły.

Około godziny 7:20 tuż przed moimi oczami przejechał ByKolles z płomieniami unoszącymi się nad prawym tylnym kołem. Kierowca zatrzymał auto i uciekł za barierki, co oznaczało koniec wyścigu dla tego biednego zespołu. Kłęby dymu widać było z bardzo daleka (dla chętnych filmik z pożaru, miejsce które opisywałem widać daleko w tle od 0:57).

W pewnym momencie moi towarzysze postanowili przetestować wewnętrzny tor kartingowy. Ja pozostałem na tarasie widokowym, oglądając przebieg głównego wyścigu. W związku z tym mam mieszane uczucia.

Widziałem w tym czasie niesamowitą scenę, gdy Kobayashi w Toyocie stracił panowanie nad autem i wjechał tuż przy mnie do pułapki żwirowej.

Normalnie oznacza to ogromną stratę, ze względu na konieczność wezwania „Wielkiego Manitou” – podnośnika teleskopowego.

 

Nie tym razem – hybrydy Toyoty miały napęd 4×4: silniki elektryczne znajdowały się także przy przednich kołach, co pozwoliło na wydostanie się z pułapki o własnych siłach!! Czyli nie tylko trakcja na wyjściu z zakrętów, ale również wygrzebywanie się z pułapek.

Jednak moi koledzy mieli możliwość pościgać się gokartami – ilu z Was może pochwalić się, że ścigało się na Le Mans…?

 

Toyoty trzymały się naprawdę mocno, mając dwa samochody w czołówce. Próbowało z nimi walczyć jedno Porsche, które ominęły poważne awarie. Audi właściwie nie liczyły się w czołówce. Zawody miały się ku końcowi, wydawało się, że wszystko jest już poukładane. Ale kolejny raz to magiczne miejsce udowodniło, że trzeba walczyć do końca i nic nie jest przesądzone do chwili ujrzenia flagi w szachownicę. Toyota nr 5 miała przewagę połowy okrążenia and drugim Porsche nr 2, do końca zostało sześć minut. Wtedy wydarzyło się coś niezwykłego: Toyota zaczęła zwalniać. Najpierw jeszcze wydawało mi się, że może być to decyzja strategiczna – kierowca zwalnia, żeby nie rozpoczynać kolejnego okrążenia przed upływem 24h, ponieważ musiałby je ukończyć, a to niesie za sobą dodatkowe ryzyko. Nie wiedzieliśmy też, ile paliwa mają pojazdy (baki hybryd są dość małe, żeby zbalansować osiągi). Jednak gdy Toyota zatrzymała się na linii startu, jasne się stało, że to niestety awaria. Porsche minęło restartującą systemy 5-tkę i pomknęło do mety po zwycięstwo. Druga dotarła do mety Toyota nr 6, a za nią, ze stratą aż 12 okrążeń do zwycięzcy, Audi. Nie uwierzycie, ale Audi od debiutu w 1999 roku do 2016 stawało w każdym roku na podium, nawet gdy kierownictwo koncernu skupiło się na Bentleyu. 2016 był niestety ostatnim rokiem obecności Audi w Le Mans, które po rozczarowującym wyniku postanowiło się wycofać.

Prowadząca przez większą część wyścigu Toyota nr 5 nie została nawet sklasyfikowana, gdyż dotarła do mety zbyt późno. Miny szefa Toyoty oraz zespołu Gazoo Racing mówiły wszystko. W ciągu minuty spadli z nieba do piekła. Po miesiącach przygotowań i 24 godzinach wyścigowych. Co zawiniło? Mała rurka łącząca turbosprężarkę z intercoolerem… Jak to zwykle bywa, kolosalne straty i konsekwencje spowodowane awarią elementu za kilka euro.

Na marginesie dodam, że ówczesnym szefem zespołu Toyoty był Hugues de Chaunac, człowiek chyba najczęściej płaczący w Le Mans. Do historii przejdą jego łzy po odpadnięciu ostatniego Peugeota z dramatycznego wyścigu w 2010r.

Spróbujcie sobie wyobrazić co działo się na trybunach: od zaciekawienia, poprzez lekkie podenerwowanie, ekscytację, aż po wielką radość jednych, a smutek drugich. I to wszystko w sześć minut…

Co się działo w pozostałych klasach? W niezwykle wyrównanej i konkurencyjnej LMP2 zwyciężyło Alpine przed Orecą, zajmując 5 miejsce w klasyfikacji generalnej. W GT Am zwyciężyło Ferrari 458, a w GT Pro debiutujący Ford GT. Tu znów nie obyło się bez kontrowersji, ponieważ Ford był właściwie bezkonkurencyjny, zajmując trzy miejsca w pierwszej czwórce. Ggdyby nie fantastycznie jadące Ferrari 488 zespołu Risi, można byłoby typować zwycięzców w ciemno. Można by Fordowi pogratulować takiego powrotu, jednak dość szybko pojawiły się zarzuty sandbaggingu, czyli ukrywania prawdziwej szybkości przed wyznaczeniem balastu i ciśnienia doładowania w ramach programu Balance of Performance, czyli wyrównywania osiągów samochodów klasy GT. Nie zmienia to faktu, że Fordy były bardzo szybkie i bezawaryjne.

Po zakończeniu zawodów tor jest otwierany i można się nim przejść, pozbierać resztki z uszkodzonych nadwozi i pożegnać się z imprezą

 

Powrót warto również dobrze przemyśleć, ponieważ ćwierć miliona ludzi stara się jednocześnie wrócić do domu przed poniedziałkiem. My byliśmy zrelaksowani, pociągi kursowały normalnie. Czekając na stacji w Le Mans mieliśmy okazję po raz ostatni poczuć magię tego niezwykłego wydarzenia – grupy kibiców opanowały miasteczko machając flagami, wykrzykując nazwy swoich ulubionych zespołów i wcinając bagietki.

Czy warto się tam wybrać? Dla fana wyścigów odpowiedź jest jednoznaczna – to mus! Dla fana motoryzacji to również niezapomniana przygoda i możliwość spotkania innych maniaków oraz niezwykłych pojazdów, na torze i poza nim.

A dla pozostałych? Masa atrakcji dla dorosłych i dzieci, wesołe miasteczko, koncerty… Może nie dla najmłodszych, bo jest jednak głośno, a kibice nie używają literackiego języka.

 

Gdyby ktoś miał ochotę pojechać tam w 2021r. (licząc, że pandemia się uspokoi), powinien zacząć przygotowania już teraz, bo za chwilę zacznie brakować miejsc na najlepszych trybunach i campingach. Jednak ja ostrzę sobie zęby na 2022r., wtedy pojawią się samochody w zupełnie nowej klasie – Le Mans Hypercars. To taki powrót do genialnych lat 90-tych, gdy 24h Le Mans mogły wygrywały McLareny F1 czy Porsche 911 GT-1.

Tekst – Hurgot Sztancy. Wszystkie fotografie zrobili koledzy Autora, Arek i Wojtek

Share Button

27 Comments on “WPIS GOŚCINNY: LE MANS 2016

  1. Dzięki wielkie za użyczenie miejsca na tym najlepszym portalu motoryzacyjnym 😉
    Gdyby ktoś miał pytania albo czegoś mu brakowało, to śmiało – postaram się odpowiedzieć w miarę możliwości

    • jeśli ktoś nie przepada za wyścigami, to ja sugeruję obejrzeć pierwsze 10 i ostatnie 10 minut Le Mans. Na początku widać wszystkie samochody ślicznie umyte i w szyku, kierowcy buńczuczni i zaczepni. Ostatnie 10 minut to euforia zwycięzców oraz ulga pozostałych niedobitków, w autach poklejonych taśmą i wyklepanych młotkiem. A do tego machający flagami na okrążeniu zjazdowym wszyscy marszale, z szacunku dla tych, którym się udało przetrwać.

    • dzięki! impreza zaczyna się około środy i kończy dobrze po północy w niedzielę – jest moc 😉

  2. Bardzo przyjemnie się czytało. Nawet jestem trochę zachęcony, ale niestety LeMans z ostatnich lat jest dla mnie trochę za bardzo, jakby to określić – surrealistyczne.

    Przyznaję na żywo nie widziałem, ale dzisiejsze symulatory w całkiem niezły sposób ukazują różnicę pomiędzy pojazdami różnych klas, a potwory LMP1 są w nich dla mnie jak nie z tego świata. Takie trochę mało „ludzkie” te wyścigi (jak dzisiejsze F1 zresztą).

    Tu pytanie ode mnie do Hurgota: czy mam racje? Czy pojazdy najwyższej klasy faktycznie na żywo też wydają się czymś w zasadzie już nie przystającym do określenia ich samochodami?

    • ha! Ciekawe pytanie; wiesz, na żywo LMP1 nie różni się zbytnio od LMP2 (oczywiście, poza czystą prędkością) – wygląda podobnie, brzmi podobnie albo lepiej, wyprzedza GT tak samo sprawnie. Ale coś w tym jest, że LMP są tak bardzo kosmiczne, że nie przypominają normalnych samochodów. Walkę GT ogląda się dużo przyjemniej, bo znasz marki, które się ścigają – jedni kibicują Porsche, czy Ferrari, inni Fordom. Zupełnie odwrotnie jest w LMP2: tam startują prywatne zespoły, wszystkie z podobnymi silnikami i wyglądem i albo kibicujesz zespołowi z danego kraju, albo temu ładniej pomalowanemu.
      I dlatego też taką nadzieję wiążę z Hypercarami – będą wolniejsze, ale bardziej normalne.

  3. Obleciałem pracowicie tor Le Mans w mapach satelitarnych Googla i stwierdzam, po namyśle, że takiej dawki oldskulu o wielkich tradycjach – tj. wyścigów po publicznych drogach, po których można się przejechać samemu własnym autem, jak po normalnej szosie/ulicy, to już niewiele chyba zostało. Zdaje się, że ino Le Mans i Monaco jedynie? Ciekaw tylko jestem ile fotoradarów tam stoi.

    • nie zapominajmy o Nordschleife 😉
      do tego dochodzi kilka torów ulicznych, ale z niezbyt długą tradycją (np. Walencja, Singapur, Makao, Marakesz, czy kilkanaście w USA)

      • Nordshleife, owszem b. fajny, ale tylko udaje drogę publiczną – jest wysokopłatny i bezubezpieczeniowy.

      • W Azerbejdżanie też jest tor uliczny!! 🙂

        Monaco nie da się przejechać w całości, bo rondo pod kasynem zawodnicy objeżdżają pod prąd 🙂 Ale poza tym większość torów wpuszcza szeregowych kierowców za opłatą, tyle że w mocno ograniczonych oknach czasowych – dlatego Le Mans i Nordschleife są faktycznie wyjątkowe.

  4. Gratuluję doznań!

    Miałem kiedyś przyjemność oglądać wyścig F1 na torze Monza (sezon 2007). Myślę, że atmosfera była tam porównywalna do opisywanego Le Mans. Tłumy pijanych Włochów pomalowanych na czerwono i wykrzykujących „Forza Ferrari!” 24 godziny na dobę od czwartku do niedzieli. Mnóstwo superbolidów sportowych ustawionych w długich rzędach odpalanych co chwila ku uciesze tłumnie zebranych przy nich gapiów i wiele wiele więcej. A, no i do tego można było obejrzeć wyścig.! Coś niesamowitego 🙂

    • taak, zdecydowanie dla wielu wyścig, to tylko miły dodatek

  5. Tekst świetny, aż się rozmarzyłem. Mam jedno pytanie: cóż to za niebieski i czerwony wóz (z rejestracją zaczynającą się od CS) na fotkach?

    • Czerwony to Ligier JS2 (kiedyś marka startowała nawet w F1, a teraz robią chyba tylko mikrosamochody), a niebieski to Datsun Fairlady Z (ale nie wiem czy 240, 260, czy 280Z).

      • dokładnie tak, jak pisze nudny – z tego co pamiętam, to był Datsun 260z, ale był bardzo mocno zmodyfikowany (tam gdzie tego nie widać na pierwszy rzut oka)

      • Dzięki. Nissana nie byłem do końca pewny, zaś Ligier to faktycznie niespodzianka, zwłaszcza w takim wydaniu.

  6. Ford GT40 to jedna z najlepszych fur na świecie! Ten samochód można bez wątpienia nazwać Ferrari-killerem, bo wygrał wyścig Le Mans w 1966. 🙂

    • Ford GT z 2016 tylko lekko nawiązywał do klasycznego GT40 wyglądem i koncepcją umieszczenia napędu; ale silnik to już V6 a nie V8, no i to zwycięstwo z 2016 to jednak w klasie GT Pro, a nie w generalce

  7. To tak jak z F1 – początek ciekawy, a później można przysnąć. Nie zawsze tak było – kiedyś oglądałem całe wyścigi i były emocje. Aż tak się zestarzałem czy coś z federacją nie tak?

    • no, tu akurat było odwrotnie – nieciekawy początek za safety-carem, a końcówka mega zaskakująca 😉

  8. Tak to zostało wspaniałe opisane, że aż by się chciało tam być. Także gratuluję talentu pisarskiego a także niesamowitego przeżycia.
    Ja to nie interesuje się zbytnio wyscigami, ale na tyle mnie to zainteresowało, że sobie obejrzę choć część w tym roku.

    • dzięki za komplement!
      jak komuś już wcześniej opisywałem – można obejrzeć pierwsze 15 minut wyścigu, gdy wszystkie auta są piękne i czyste, kierowcy pełni werwy i zapału, a potem końcówkę, żeby zobaczyć komu udało się przetrwać 😉

  9. Kolejny udany wpis gościnny Hurgota. Nie myślałem, że Le Mans to taki fajny pomysł na weekend. Nigdy nie oglądam żadnego sportu (nawet wyścigów) w tv, ale jednak obcowanie z tym na żywo to zupełnie co innego. Jak kolegom się spodobał tor kartingowy? Ile pieniędzy trzeba przeznaczyć na taką weekendową przygodę?

    • tor kartingowy fajny – przede wszystkim dość długi i szeroki, będąc na miejscu można się przejechać, ale nie jest to nic nadzwyczajnego

      Cena wyjazdu zależy głównie od miejscówek – najdroższe oczywiście są bilety przy prostej start-meta, z dostępem do pitlane. One kosztują kilkaset euro. Tania wejściówka, bez trybuny to było kilkadziesiąt euro (w 2016 to 78), trybuna to 90 euro. Do tego również kilkadziesiąt euro za nocleg (57 od osoby, bez samochodu). Przelot – można się zmieścić w 1000zł (albo i taniej, przy wczesnym zakupie), i kolejne kilkadziesiąt euro za pociąg.