WPIS GOŚCINNY: LE MANS 2023

Dzisiaj zapraszam na wpis gościnny autorstwa stałego Czytelnika, Komentatora i Autora szeregu wcześniejszych artykułów, Hurgota Sztancy.

Hurgot jest wielkim fanem sportów motorowych, a w szczególności 24-godzinnego wyścigu w Le Mans. Kiedyś już przedstawiał nam relację z edycji 2016, którą miał okazję oglądać na żywo, natomiast dziś opisuje edycję 2023. Tak, to jest w pewnym sensie zdublowanie tematu, ale uzasadnione, bo w 2023r. w Le Mans dwa pierwsze miejsca w klasie LMP2 zajęli Polacy: zwyciężył polski zespół Inter Europol Competition z załogą Jakub Śmiechowski / Albert Costa / Fabio Scherer, zaś druga lokata przypadła pojazdowi belgijskiej ekipy Team WRT, który prowadzili Rui Andrade, Louis Delétraz i Robert Kubica.

“Mazurek Dąbrowskiego” na mecie jednego z najważniejszych wyścigów samochodowych świata – czy ktokolwiek z nas myślał, że tego dożyje? Niemal kompletny brak zainteresowania mediów jest bardzo zagadkowy. W każdym razie Hurgot Sztancy oglądał to na żywo i zgodził się opowiedzieć nam, jak to wyglądało z perspektywy kibica. Oddaję mu głos.

P.S. Z uwagi na wyjazd kolejny wpis na blogu pojawi się z dwu- lub trzydniowym opóźnieniem.

***

 

24h Le Mans jest najwspanialszym wyścigiem w historii sportów motorowych, prawda? Prawda. Pełna doba zmagań współczesnych gladiatorów w superszybkich bolidach wypełnionych najnowocześniejszą techniką. Walka o sekundy do ostatniego okrążenia. 24 godziny ludzkich dramatów. I tym podobne bla, bla, bla. Z tym, że to wszystko prawda, bez krzty przesady.

Miłością do 24h Le Mans zapałałem w 1999r., gdy obejrzałem na żywo fragmenty wyścigu w telewizji. Widziałem backflipa Mercedesa na prostej Hunaudières, widziałem wypadki prowadzących Toyot i BMW oraz ich walkę do ostatniej godziny. Trudno się było nie zakochać. Od 2005r. oglądałem wszystkie wyścigi prawie w całości. Prawie, bo w okolicach 4.00h nad ranem, w okresie safety-cara, pozwalam sobie na pół godzinki drzemki – dziś i tak można cofnąć telewizję na żywo… Jednak relacja w telewizji nigdy nie odda tej atmosfery, co bycie TAM, na miejscu, na żywo. Dlatego po raz pierwszy wybraliśmy się do Francji na wyścig w 2016r. Tu możecie przeczytać relację, którą pozwolił mi zamieścić Szczepan (LINK). To był rewelacyjny wyścig – z Toyotą, Porsche, Audi i Nissanem walczącymi w najwyższej klasie. Przeczytajcie jak się skończył, bo był to jeden z najbardziej dramatycznych finałów w historii.

Po odejściu Porsche, Audi i Nissana nastąpiło kilka lat posuchy, gdy prywatne zespoły nie były w stanie konkurować z Toyotą. Dwa lata temu FIA i ACO (Automobile Club de l’Ouest, organizator wyścigu w Le Mans) doszły do wniosku, że warto byłoby ożywić najwyższą klasę i ustaliły nowe regulacje wprowadzając do zawodów Hypercary. Dziś po prostu wszystko musi być lepsze niż “super”. W sumie i tak dobrze, że nie Epic-Cary.

Parkujące maszyny najwyższej klasy

 

Hypercar Ferrari 499P

 

Okazało się to świetnym posunięciem, bo swoje zgłoszenia do mistrzostw potwierdziły od razu Porsche, Ferrari, BMW, Peugeot, Aston Martin, Lamborghini, Alpine… Do tego prywaciarze z Glickenhouse’a i Vanwalla. Nieźle, co nie? Aha, ponieważ Hypercary właściwie spełniają wymagania amerykańskiej serii IMSA, do paczki dołączył jeszcze Cadillac. Brakuje tylko Acury, która jako jedyna broni się przed rywalizacją poza USA.

Część samochodów nie była gotowa na Le Mans 2023, ale i tak stawka zamknęła się liczbą 16 bolidów w najwyższej klasie. Nie wiem jak to porównać do 4 (!) w 2022r.

Oficjalny plakat na stulecie wyścigu

 

Oczywiście nie samymi Hypercarami Le Mans stoi. Mamy jeszcze dwie klasy. LMP2 – superszybkie, skomplikowane prototypy, które musiały zostać sztucznie spowolnione zmniejszeniem docisku aerodynamicznego i zwężką na dolocie, aby nie były szybsze niż Hypercary. W tej klasie mieliśmy swoich dwóch reprezentantów. Roberta Kubicy przedstawiać nikomu nie trzeba. Dla Roberta to był trzeci start w Le Mans (w 2021r. odpadł na ostatnim okrążeniu prowadząc z dużą przewagą, a w 2022 zajął drugie miejsce). Drugim Polakiem był Jakub Śmiechowski startujący właściwie w swoim domowym zespole Inter Europol Competition. Jakub jest synem Wojciecha, właściciela Inter Europolu – wielkiej firmy produkującej pieczywo. Pewnie o niej nie słyszeliście, co nie zmienia faktu, że dochody pozwoliły na założenie swojego własnego zespołu wyścigowego, zatrudniającego naprawdę świetnych specjalistów i rozpoznawalnych kierowców. Tej klasie musieliśmy przyglądać się bardzo bacznie.

Bolid klasy LMP2 – potwornie szybki, ale wciąż stosunkowo tani

 

Poza Hypercarami i LMP2 jest jeszcze klasa GT. Nazywa się średnio ładnie – LMGTE Am, ale jeżdżą w niej najładniejsze auta (oraz panie!), podobne do ulicznych supersamochodów. Ahaaaaa! To dlatego ta najwyższa klasa nazywa się Hypercar, skoro najniższa to supersamochody! A królują tu od lat Porsche 911, Ferrari 488, Aston Vantage i Corvette.

Dobra, takie rzeczy to łatwo znajdziecie w internetach, więc nie ma sensu zbytnio się rozwodzić. Ja opiszę Wam jak było na ubiegłorocznym wyścigu, jak tam dotarliśmy i co zmieniło się w stosunku do edycji 2016.

Gdzieś we wrześniu 2022 wpadliśmy na pomysł odwiedzenia Le Mans na stulecie wyścigu. Piękna rocznica. Spodziewaliśmy się tłumów, więc zaczęliśmy poszukiwania biletów znaczenie wcześniej niż poprzednio. Mając już jako-takie rozeznanie w okolicy wybraliśmy sobie ulubioną trybunę (w okolicach Mostu Dunlopa) oraz najbliższy kamping. W dniu, gdy uruchomiono sprzedaż biletów, byłem pierwszy w kolejce, bo czuwałem od kilku godzin i sprawdzałem kompulsywnie, czy nie pojawiły się może wcześniej. Przynajmniej wydawało mi się, że jestem pierwszy. Za którymś z kolei odświeżeniem ekranu, w końcu pojawił się ekranik z kolejką chętnych do zakupu biletu. Byłem 863… Mogłem sobie darować klikanie od rana. Gdy już swoje odczekałem okazało się, że nie ma możliwości dowolnego wyboru trybun, trzeba było wybrać sugerowane przez system, ponieważ większość była już zajęta. W pierwszej wersji dostaliśmy trzy osobne miejsca – co prawda w tym samym rzędzie, ale na różnych trybunach. Na szczęście część osób rezygnowało z rezerwacji i do puli wracały zajęte wcześniej miejsca. W końcu udało nam się kupić bilety obok siebie, w genialnej miejscówce, na prostej start-meta, tuż przy wyjeździe z boksów.

Widoczek z trybuny

 

Dokładnie naprzeciwko nas swoje garaże miał zespół WRT, w którym ścigał się Kubica oraz słynny garaż 56. Dla przypomnienia: w garażu 56 jest miejsce na wszelakie pojazdy niespełniające oficjalnych kryteriów, ale za to ciekawe dla rywalizacji. W tym roku był to żywcem przeniesiony z serii NASCAR Camaro ZL1. Tak właściwie to dorzucili mu reflektory, zmienili opony na trwalsze, odchudzili tu i tam, popracowali nad aerodynamiką i tyle. Czy był szybki? Bardzo. Praktycznie na poziomie LMP2. Czy wyglądał dobrze? Jak wzbudzająca respekt ciężarówka pomiędzy maluszkami. Czy brzmiał po amerykańsku? HELL YEAH !!! Co najmniej tak dobrze jak poprzednia Corvette’a – zmierzyłem mu 110 dB przy wyjeździe z pit lane. Właściwie tylko wolnossący Hypercar Cadillaca mógł mu dorównać intensywnością brzmienia, bo aktualne Corvette’y to już nie to samo co kiedyś…

NASCAR gotowy na Le Mans

 

Wracając do biletów – można je kupić na weekend, przedłużony weekend, cały tydzień, albo poszczególne dni treningowe. Tydzień wyścigowy zaczyna się tak naprawdę w poniedziałek. Zespoły przyjeżdżają, rozpakowują sprzęt, zaczynają pojawiać się kierowcy. Kolejne dni, to testy i kwalifikacje. W środę i czwartek na trybunach jest pusto, samochody jeżdżą po torze starają się uzyskać najlepsze czasy, ale tak naprawdę chyba lepiej obejrzeć to w telewizji. Piątek jest za to dniem wolnym od jazdy. Wtedy odbywają się koncerty, aukcje, wycieczki po padoku, a w centrum Le Mans – parada kierowców. Tłum ludzi skuteczne zasłania widok, więc trzeba poświęcić trochę czasu na znalezienie dobrego miejsca, ale to fajnie zobaczyć kierowców z bliska, wszystkich w dobrych humorach, jeszcze z nadziejami na zwycięstwo w nadchodzącym wyścigu. Zespoły rzucają w tłum ulotki, cukierki i naklejki. Gra muzyka, idą paraderki. Po prostu święto. Nasi chłopcy z Inter Europolu zaliczyli pasowanie na rycerzy przez podchmielonych angielskich kibiców. Podpowiem, że nie pozostało to bez wpływu na ich morale.

Załoga Ferrari #50

 

Brytyjska szlachta pasująca kierowców na rycerzy

 

Na paradzie pełno rodzynków

 

Podsumowując – bilet weekendowy to podstawa. Do tego można dokupić bilety na wcześniejsze dni. Można, ale nie trzeba. Na paradę wchodzimy i tak bez biletów. Oczywiście są różnorakie opcje do dokupienia, np. wspomniane wejściówki na padok, przelot sterowcem, wstęp do loży VIP. Nie korzystaliśmy z nich, więc nie mogę ich polecić, ani odradzić.

Loty sterowcem za wielką opłatą

 

Aha, gdyby ktoś miał ochotę zakombinować. Tor jest dość dobrze odgrodzony i pilnowany – małe szanse na dostanie się na teren bez wejściówek.

Ważną kwestią jest dobór środka transportu. Le Mans jest jednak kawał drogi od nas i podróż piechotą nie wchodzi w grę. Poprzednim razem wybraliśmy samolot do Paryża, a następnie pociąg. Tym razem postawiliśmy na podróż kamperem. Męska wyprawa! Główna zaleta kampera jest taka, że odpada szukanie lokum na miejscu. Kości już nie te, więc namiot to opcja… drugorzędowa. Szukanie kampera zalecam w zimie/wczesną wiosną. W wypożyczalniach jest wtedy martwy sezon, więc chętniej dadzą wam rabat, w zamian za gotówkę tu i teraz. Choć ze względu na rosnącą popularność tej formy podróżowania, nie liczyłbym na spektakularne zniżki, bo i termin Le Mans to już często sezon najwyższy.

Takim rydwanem można zajechać z fasonem. W dowodzie marka Chausson.

 

W międzyczasie śledziłem media społecznościowe organizatorów wyścigu. Dowiedziałem się z nich, że dla członków Automobilklubu Zachodniego (ACO), będzie możliwość wcześniejszego zarezerwowania kampingów. I tym sposobem wyjaśniło się, dlaczego bilety na trybuny były tak przetrzebione. Aby zostać członkiem ACO wystarczy opłacić składkę. Zalety członkostwa nie wymagają wielkich przemyśleń, więc po kilku dniach się zapisałem! Kemping już bez większych kłopotów zarezerwowałem kilka dni przed wypuszczeniem ich do ogólnej oferty. Oczywiście okazało się, że wśród członków ACO są ci równiejsi, którzy mogą kupić bilety kilka dni przed zwykłymi członkami i najlepsze kampingi były zajęte. Ale i tak mieliśmy fajną miejscówkę, dedykowaną kamperom. Co ciekawe, po kilku dniach okazało się, że dla członków klubu jako kamping otwarto specjalną część hipodromu wewnątrz toru. No, musiałem tam wykupić miejsce. Tym sposobem miejsca miałem dwa. Ale pamiętając rok 2016, gdy nie wpuszczono nas na kamping mimo wykupionego biletu, doszedłem do wniosku, że nie warto się żadnego miejsca pozbywać. W dodatku ACO często uruchamia giełdę biletów/kampingów, gdzie można sprzedać niepotrzebny bilet. To w ramach walki z „konikami” i sprzedawaniem biletów po zawyżonych cenach. Będąc już na miejscu bez problemu otrzymałem zwrot za jeden z kampingów.

Czy warto mieć członkostwo ACO? Zdecydowanie. Po pierwsze, wspomniany już wcześniejszy dostęp do biletów. Po drugie, bezpłatny wstęp do kilku stref kibica. Nie są to strefy luksusowe, ale można tam chwilkę posiedzieć, zjeść coś sensownego (odpłatnie), złapać wifi (możecie sobie wyobrazić, jak obciążone są stacje bazowe, gdy w okolicy nagle pojawia się ćwierć miliona ludzi). A gdy pada albo jest zimno, można się rozgrzać. Aha, z kartą członkowską mamy też zniżki na zakupy w oficjalnych sklepach – zarówno internetowych, jak i na miejscu. A sami przyznacie, że nie można wyjechać z Le Mans bez koszulki i czapeczki.

No tak, zakupy. Nie można z domu wyjechać bez zaopatrzenia! Każdy z nas bardzo chciał nabrać zapasów na cały tydzień. Dla każdego. Na każdą okazję. Tym sposobem mieliśmy na pokładzie po trzy paczki kawy i herbaty, serów, przekąsek, jajek i innego towaru, nie do przejedzenia przez oddział wojska. Za to wzięliśmy tylko jedną zgrzewkę wody. Skończyła nam się, zanim dojechaliśmy na miejsce… Chyba warto wcześniej zrobić jakąś listę i podzielić się zakupami. Albo wparować do Biedronki kupą, mości panowie! W każdym razie, po zatowarowaniu, kamper aż przysiadł.

A kampera mieliśmy fajnego – z automatem (bo korki) i mocą 170 KM (bo daleko i autostrady). Kiedyś wszystkie kampery to były Ducato, dziś raczej Fordy – kwestia akcyzy i silnika 2,2 w Fiacie. Wyposażenie przeciętnego kampera jest ekstra, tylko niezmiernie delikatne ze względu na walkę z masą. Po kilku wyjazdach odłamują się klameczki, zasuwki, spinki i haczyki. Z tego samego powodu nagłośnienie jest fatalne. Dwa małe głośniczki w przednich drzwiach nadają się do słuchania na postoju. W trakcie jazdy szumy zabudowy i tak je zagłuszą. Naprawdę uznaliśmy, że będziemy słuchać muzyki z przenośnego głośnika, bo brzmiał o wiele lepiej. Aha, znalezienie kampera z trzema osobnymi łóżkami i toaletą też nie jest proste. Odpadają wszystkie Campervany na bazie Caravelle itd., to musi być już normalna, pełna zabudowa.

Dla trzech takich byków miejsca powinno wystarczyć

 

Jak minęła podróż? Szybko. Opisu jazdy kamperem wam daruję, każdy może tego spróbować, a my nie jesteśmy w tej dziedzinie żadnymi ekspertami. Ogarnęliśmy jeden nocleg gdzieś na parkingu dla ciężarówek pośrodku Niemiec. Zasady są proste: spać możesz w poprawnie zaparkowanym aucie, ale nie możesz kempingować – tzn. jak rozłożysz stolik i zaczniesz na stacji benzynowej gotować obiadek, to jest ryzyko, że obsługa wezwie odpowiednie służby.

Kolejnego dnia, w czwartek wieczorem, byliśmy już na miejscu – prosto na kamping zaprowadziła nas mapka dostarczona przez organizatora (przy użyciu Waze). Ależ to ogromny postęp organizacyjny w stosunku do lat ubiegłych, gdy trzeba było wszystkiego szukać na miejscu!

Korki w Paryżewie zaliczone

 

Ale jazda kamperem ma ogromną zaletę: można się wciskać na inne pasy i praktycznie każdy wpuści. Wymiary robią swoje. Dodatkowo widać, że nie jesteś szybki, więc ludzie się litują. No i wiadomo – turysta, nie będzie bawił się w drogowego tetrisa, pewnie się pogubił.

Na miejscu porządeczek, pozycje wygradzane na bieżąco przez obsługę przy pomocy kolorowych sprayów, toalety i prysznice w kontenerach, no i imprezowicze. Taki na przykład przedstawiciel VW z Danii przyjechał kilkudziesięcioosobową ekipą i zajął centralne miejsce na kampingu. Do tego wielkie głośniki, kuchnia polowa, a nawet striptizerka. Urodziwa… tak po duńsku. W każdym razie codziennie grali dyskotekową muzykę od 22h do 2h w nocy. Mam swoje zdanie o VW i Duńczykach od tamtej pory. Umieją się bawić chłopcy. Choć, w sumie, mogli to zrobić gdziekolwiek, niekoniecznie w Le Mans.

W tym namiocie impreza zaczęła się na długo przed wyścigiem

 

Namiot dla miłośników T1

 

W piątek pojechaliśmy rozejrzeć się po okolicy, może sprawdzić paradę, może jakieś inne atrakcje. Na tę okoliczność zabraliśmy z sobą rowery. I był to strzał w dziesiątkę! Tor Le Mans liczy ponad 13 kilometrów i łażenie po okolicy na piechotę zajmuje wieki. Rowerem można łatwo dostać się na tor, podjechać do miasta, zrobić zakupy (jest spory supermarket niedaleko). Centrum Le Mans to normalne, średniej wielkości zachodnie miasto. Ale jaką mają obłędną katedrę! Ma ponad tysiąc lat, najstarsze witraże występujące w naturze i jest tak na oko ze dwa razy za duża w stosunku do reszty miasta.

Mała kapliczka w centrum miasta

 

Całe stare miasto jest w ogóle miłe dla oka, włączając w to słynny tunel na Rue Wilbur Wright, gdzie z otaczających murów można zrobić genialne zdjęcia jadącym dołem samochodom. Pamiętacie Mazdę 787B – pierwszego japończyka, który wygrał Le Mans i zupełnie przypadkiem miał absolutnie orgazmiczny dźwięk wankla? To spróbujcie wyobrazić sobie, a najlepiej wyguglać ją w tym tunelu…

Ikoniczny tunel. Tylko wyobraźcie sobie Mazdę 787B w tym miejscu

 

Klimatyczna starówka

 

Miasteczko, jak miasteczko, wracajmy już na tor. Chcieliśmy wziąć udział w piątkowej aukcji supersamochodów. Jak możecie pamiętać, aukcja była jednym z najciekawszych przeżyć w trakcie Goodwood. Było i Ferrari 250, i Aston DB4 Zagato i BMW 507. Byliśmy ciekawi, co tym razem można było kupić. No i srogo się zawiedliśmy, bo ochrona nie chciała nas wpuścić na teren toru bez wejściówek na piątek. Aukcji nie zobaczyliśmy, za to pojeździliśmy sobie rowerami po zamkniętej części toru Bugatti. Jeśli ktoś nie był nigdy na profesjonalnym torze, to szokiem morze być dla niego wysokość tarek na zakrętach oraz ukształtowanie terenu – tu nie jest płasko!

Tu nie jest płasko!

 

W okolicy toru zawsze znajdzie się trochę ciekawych aut. Trochę klasyków, trochę wyścigówek, trochę egzotyków. W tym roku furorę robiła kawalkada supersamochodów w ramach charytatywnej akcji z Hiszpanii. Kilkadziesiąt Lambo, Ferrari, McLarenów, Porsche ryczących stojąc w korku. Akcja charytatywna też może być fascynująca.

To się nazywa akcja charytatywna!

 

Dobra, do brzegu. A właściwie na trybuny! Start jest zawsze bardzo ciekawy, a ludzie nie są jeszcze zmęczeni, więc trybuny pełne. Temat wśród widzów jeden: czy ktoś w tym roku da radę zagrozić Toyotom, które startują w Le Mans nieprzerwanie od 2012 i mają największe doświadczenie z Hypercarami? Ktoś rzuca Porsche, bo przecież to marka z największą liczbą zwycięstw na koncie. Ktoś rzuca Cadillaca, bo odnosi sukcesy za oceanem. Ktoś dorzuca Ferrari, bo z takim zapleczem nigdy nie można ich lekceważyć, no i jednak to im udało się zdobyć pole position…. Osobiście obstawiałem Toyotę. Każdy inny wynik byłby niespodzianką.

Hypercary tuż przed startem. W tle wyjazd z pitlane.

 

W LMP2 obstawiałem zespół WRT, najchętniej ten z Robertem w składzie. Ogromne doświadczenie, szybcy kierowcy, dobre wyniki w kwalifikacjach. Chciałbym obstawić naszych piekarzy z Inter Europolu, ale w kwalifikacjach osiągali najniższą prędkość na prostych. Czasy niby dobre, ale przy niskiej prędkości maksymalnej trudno wyprzedzić rywali, a samemu też jest się bardziej narażonym na ataki. Jednak Piekarze mają już naprawdę dużo doświadczenia, jeżdżą regularnie w różnych seriach wyścigowych, nie oszczędzają na kierowcach i rozwoju. Jeszcze na wiosnę, w trakcie wystawy na Stadionie Narodowym, miałem okazję porozmawiać z Kubą Śmiechowskim i Alkiem Jeżewskim o przygotowaniach do sezonu i tego jak się widzą w stawce. Poza standardowymi ogólnikami, że się będą starali, że konkurencja ogromna i stawka wyrównana, widać było jakieś uśmieszki, znaczące spojrzenia – jakby wiedzieli coś, czego nie wiedzą inni. Ciekawi byliśmy, dokąd te uśmieszki ich doprowadzą.

W klasie GT faworytów nie miałem. Chłopaki kibicowali Iron Dames, dziewczynom w różowym Porsche, jednak ja już mam chyba dość tych wszystkich zwycięstw pojazdów z Zuffenhausen. Dlatego kibicowałem Corvetcie. Może nie brzmi już tak jak kiedyś, ale nadal to powiew świeżości na tle Ferrari i Porszaków.

Prawdziwi kibice Iron Dames

 

Przed oficjalnym startem czeka jeszcze trochę atrakcji. Przejazdy zabytków, parady, występy gwiazd muzyki, ekranu albo sportu. Nie mogło oczywiście zabraknąć  tradycyjnego przelotu samolotów ekipy Patrouille de France zostawiających smugę dymu w kolorach flagi Francji.

Nie chcę streszczać całego wyścigu, bo można to łatwo znaleźć na Wikipedii, czy na portalach sportowych. Czy było ciekawie? Hmm… Jeśli na połowie trzynastokilometrowego toru pada deszcz, a na drugiej świeci słońce, to musi być ciekawie, co nie? Kłopoty z doborem opon mieli wszyscy. Kierowcy robili co w ich mocy, aby utrzymać się na torze, samochody tańczyły piruety, kolejny raz wyścig 24h Le Mans okazał się być sportem kontaktowym. Do północy na prowadzeniu zmieniały się praktycznie wszystkie marki! Nawet biedny Peugeot, który za wszelką cenę unikał zamontowania w swoim 9X8 tylnego skrzydła (jednak już wiemy, że w 2024 to skrzydełko na bolidzie jednak zagościło), dobrze sobie radził w trudnych warunkach. To oczywiście nie mogło trwać wiecznie, ale choć przez chwilę Francuzi mogli cieszyć się liderowaniem rodzimego zespołu.

Po północy moi bardziej normalni koledzy udali się na spoczynek. Ja siedziałem, nie mogąc oderwać się od ekranu. Aha, naprzeciwko trybun zazwyczaj jest jakiś wielki telebim – dobrze mieć ze sobą małą lornetkę, która umożliwi śledzenie na bieżąco przekazu telewizyjnego (na Internet, jak pisałem, nie ma co liczyć). To zadziwiające, jak mało osób zostaje na trybunach po północy. Są oczywiście koncerty, wesołe miasteczko i inne atrakcje. Ale nie po to jechałem taki kawał, żeby teraz jeździć sobie na karuzeli.

Są też pokazy sztucznych ogni, fajerwerków i… dronów. To niesamowite jakie widowisko potrafi dostarczyć taki zestaw dronów, wliczając tworzenie obrazów i napisów na niebie.

Tu jeszcze tradycyjne fajerwerki

 

A tu już historia pisana dronami na niebie

 

Jednak około 2.00h-3.00h w nocy zrobiło się chłodno, wyjechał kolejny samochód bezpieczeństwa i wolałem udać się na choć chwilowy odpoczynek. W podjęciu tej decyzji pomogły mi słuchawki z wbudowanym radiem – świetny wynalazek. Zamiast zatykać uszy stoperami czy zwykłymi słuchawkami, można słuchać sobie radia Le Mans. Nawet gdy wróciłem na chwilę do kampera, czułem się jakbym nic nie tracił, bo przecież słyszałem na żywo co tam się dzieje. Po krótkiej drzemce, ze słuchawkami na uszach, wzięliśmy się za śniadanie i powrót na tor. Jaka była sytuacja? Po nocnych baletach na prowadzeniu w generalce było Ferrari #51, ścigane przez ultraszybką Toyotę #8. A w LMP2? Chwilowo Piekarze, ścigani przez Kubicę… To nie mogło się tak skończyć, bo pogoda była już ładna i nie zapowiadał się żaden kataklizm. Wiadomo, wolny samochód z dużym dociskiem świetnie sobie radził w deszczu, ale na słońcu? Kwestia czasu, kiedy dojdzie do zmiany w obu klasach.

W międzyczasie starałem się nasycić oczy i uszy tą niesamowitą atmosferą, rykiem silników, niekończącą się akcją. Zmierzyłem nawet głośność – najgłośniejszym pojazdem na torze, o dziwo, wcale nie był Chevy z garażu 56, ani Corvette – był to Cadillac z wolnossącą V-ósemką pod maską, wspomaganą przez elektryczną hybrydę. Tak, tak pogardzana jeszcze kilka lat temu technika, na stałe zadomowiła się w sporcie motorowym. Ja nie mam nic przeciwko. Większą masę układu napędowego rekompensuje większa moc i oszczędność paliwa. Nie ma już od tego ucieczki. A jaki poziom hałasu zmierzyłem? W szczycie było to 112 dB, na trybunie około 30 metrów od toru – akurat nałożył się na to Cadillac wyprzedający Astona oraz Ferrari wyjeżdżające z pitlane. Cadillac i Chevy regularnie osiągały 107-108dB. To poziom głośności koncertu rockowego. Fajnie.

Poza siedzeniem na trybunach zawsze możemy przejść się po okolicach toru, gdzie organizatorzy zapewniają nie lada rozrywkę. Można coś zjeść, nakupować towaru, albo po prostu pooglądać wspaniałe pojazdy.

Ten Art-Car faktycznie startował kiedyś w Le Mans!

 

Dla miłośników producenta z największą liczbą zwycięstw na koncie

 

Klasyczny NASCAR

 

Obiad w takim towarzystwie?

 

Pierwszy Hypercar Toyoty

 

A jak tam sytuacja w czołówce wyścigu? Ano Kubica i jego WRT nadal goniła Piekarzy, a ToyotaFerrari. Toyota mogła popełnić duży błąd strategiczny, ponieważ na decydujący fragment wyścigu i pogoń za zwycięstwem wyznaczyła najmniej doświadczonego Japończyka, Hirakawę. Z międzyczasów wynikało, że Toyota powinna wyprzedzić Ferrari na godzinkę, może nawet dwie przed metą. A dowiezienie do mety zwycięstwa przez Japończyka miałoby wymiar symboliczny. Czy o to chodziło Toyocie? Nawet jeśli były inne przesłanki, to w końcu i tak okazały się niesłuszne. Hirakawa zaliczył przygodę, po której Toyota nie mogła już liczyć na zwycięstwo i ostatecznie dojechała na drugim miejscu. Tym samym po raz pierwszy od 1965 (!) Ferrari wygrało 24h Le Mans. Uwierzycie, że od czasu fantastycznego Forda GT40, Ferrari nawet nie otarło się o taki wyczyn? Wielkie brawa dla zespołu i fantastycznych kierowców!

Koniec wyczekiwania – zwycięstwo dla Ferrari

 

Jak zakończyła się rywalizacja w „naszej” klasie LMP2? Otóż podwójnym zwycięstwem Polaków! Pierwsze miejsce dowieźli Piekarze z Kubą Śmiechowskim w składzie, a drugie WRT z Robertem Kubicą. Piekarze mieli po drodze naprawdę sporo przygód (złamanie kości stopy u jednego z kierowców, Fabio Scherera, kara drive-through za wyprzedzanie w trakcie okresu safety-car), a mimo to osiągnęli metę na pierwszy miejscu. Najwolniejszym samochodem w stawce. Jak to w ogóle możliwe? Niższa prędkość maksymalna to – poza lepszym przyśpieszeniem – także niższe zużycie paliwa i rzadsze pitstopy. Taka kombinacja okazała się w tym roku najskuteczniejsza. Po raz pierwszy w historii mogliśmy usłyszeć w Le Mans Mazurek Dąbrowskiego.

Dla porządku – w klasie LMGTE Am wygrała fabryczna Corvette’a, przed Astonem i Porsche. Dziewczyny z Iron Dames dotarły na świetnej, czwartej pozycji.

Mazurek Dąbrowskiego i dwóch Polaków na podium!

 

Jak zwykle po zakończeniu wyścigu otwierane są bramki i można dostać się na tor i pitlane. Tłum jest przepotężny, ponieważ każdy chce zobaczyć ceremonię dekoracji. To jest naturalnie świetny moment, ale tak naprawdę dla każdego fana motorsportu największą atrakcją jest możliwość przejścia się po torze, zaczepienie kierowców o autograf, czy zajrzenie do garaży, powoli już zamykanych. Kilkusettysięczny tłum powoli rozchodzi się po okolicy i wraca do szarości codziennego życia. Po chwilach euforii następuje nieuchronne pogorszenie nastrojów.

Dobrze widać, jak wielu tu kibiców

 

Można wypatrzeć jeszcze jakieś ciekawostki

 

Kolejka po autograf od Hirakawy, który nie dogonił Ferrari. Czyi to kibice, Toyoty czy Ferrari?

 

Wycieczka po torze. Słynny Most Dunlopa, tarki i Manitou.

 

Dobrym pomysłem jest przeczekanie największych korków i wyruszenie z powrotem albo późnym popołudniem, albo nawet w poniedziałek. My zjedliśmy sobie kolację i wyjechaliśmy przed zmierzchem. Czekała nas długa podróż, a byliśmy przecież zmęczeni nocnym kibicowaniem. Po noclegu, gdzieś na zachodzie Belgii, postanowiliśmy pojeździć na gokartach na niemniej słynnym torze – Spa-Francorchamps. Niestety – gokartami po tradycyjnej nitce jeździć nie wolno, a nawet gdyby było wolno, to i tak gokarty były nieczynne. Być może właściciele odwiedzili Le Mans i jeszcze nie dotarli do pracy?

A jak zmienił się sam wyścig w stosunku do edycji 2016? O wiele lepsza organizacja, zarówno na campingach jak i przy wejściach czy łazienkach. Łatwiej można było znaleźć swoje miejsca, mapki dobrze pokazywały rozmieszczenie kluczowych zabudowań. Internet działał trochę lepiej, ale nie warto się nastawiać na jego użycie. Słuchawki z wbudowanym radiem – świetny pomysł. Rowery do poruszania się na miejscu również. No i oczywiście zakup członkostwa w klubie ACO. Wyjazd kamperem to pomysł niezmiernie trafiony. Można się zapakować po uszy i być niezależnym. Czego nie polecam? Oszczędności na biletach. Nie są one przesadnie drogie, więc można szarpnąć się na jakąś lepszą trybunę. No i jeśli chcecie wejść na aukcję w piątek, to warto kupić wejściówkę nie tylko na weekend.

Poprzedni wyścig, na którym byliśmy, zapisał się w historii dramatyczną końcówką i tragedią Toyoty. Edycja 2023, podsumowująca stulecie tego najznamienitszego wyścigu, zostanie w pamięci jako powrót na szczyt Ferrari oraz pierwsze zwycięstwo polskiego zespołu. Czy można było sobie wymarzyć lepszy wynik?

Pozostaje oczekiwać na kolejną edycję, do której zgłosiło się aż 23 Hypercarów!

 

Wszystkie fotografie dotarczył Autor wpisu

16 Comments on “WPIS GOŚCINNY: LE MANS 2023

  1. Dziękuję bardzo za udostępnienie łamów Automobilowni!
    Gdybyście mieli jakieś pytania o organizację Le Mans, to służę – chętnie podpowiem.
    Zdjęcia robiliśmy z niezawodnymi Arkiem i Wojtkiem – bez nich ten wyjazd by się nie udał, dzięki!

  2. Nigdy nie brały mnie wyścigi klas wyższych niż DTM, które dane mi było zobaczyć na żywo w 2005 w Brnie. Formuła czy wyścigowe “szuflady” jakoś nie ruszają mojego serducha, ale fajnie jest czytać relację kogoś, kto faktycznie czuje klimat tego wyścigu i wkręca się w imprezę.

    • Dzięki!
      DTM miał swój czas, lata 80. i 90. a ostatnio gdy ścigała się wielka premium trójca niemiecka – teraz to kolejna seria używająca pojazdy GT3 (swoją drogą to fantastyczna klasa!). W długich dystansach, a szczególnie w Le Mans, genialne jest to współwystępowanie różnych klas. Taki układ jest świetny – mamy Hypercary, które rozwijają zespoły fabryczne, mamy LMP2 dla zespołów niefabrycznych i GT, gdzie jeżdżą ładne samochodziki, gdy ktoś nie lubi “szuflad” 😉
      Swoją drogą, ostatnio mam wrażenie jest coraz więcej wypadków przy dublowaniu wolniejszych aut. Nie wiem do końca z czego to wynika, ale może prowadzić do zmiany reguł. Choć wtedy zamiast wywalać LMP2, powinni pozbyć się GT, gdzie różnica prędkości jest kolosalna.

  3. Wielkie dzięki! Tak się złożyło, że już od początku tygodnia chodził za mną ten temat, częściowo jako efekt nocnego seansu filmowego, czyli “Le Mans” z udziałem S. McQueena, aż się doczekałem wspaniałego “wpisu gościnnego”! Jeszcze raz dziękuję za kawał wspaniałem roboty!

    • Cała przyjemność po mojej stronie. A już niedługo kolejna edycja (15-16.06) z udziałem Polaka w najwyższej kategorii!

  4. Gratuluję doświadczenia Le Mans oraz talentu reporterskego 🙂

    • Podziękował. Jak impreza fajna to i jest z czego reportaż pisać 😉