WPIS GOŚCINNY: W POSZUKIWANIU ZŁOTEGO GRAALA

Ostatni z obecnej serii wpisów gościnnych opowiada o poszukiwaniu używanych samochodów. Temat znany chyba nam wszystkim, historie dość typowe i pozbawione dramatycznych momentów, ale jako takie zasługujące na uwiecznienie – bo w omawianej kwestii nie brakuje opisów skrajnych przypadków, tekstów przesadzonych, pełnych emocji, czy też pisanych z przymrużeniem oka i zrozumiałych jedynie dla ludzi dobrze znających kontekst. Dziś zaś przeczytamy same fakty – być może niezbyt sensacyjne, ale odzwierciedlające codzienne życie polskiego samochodziarza z pierwszych lat XXI wieku. A przecież Automobilownia jest właśnie po to, by takie rzeczy opisywać i zachowywać dla potomności ;-).

Autorem artykułu jest nasz Czytelnik, znany pod ksywą Gepard. Zapraszam w imieniu swoim i jego!!

***

Pierwszy samochód… Zazwyczaj niedrogi, wyeksploatowany, kupiony za ciężko zarobione pieniądze. Mimo to wraca się do niego we wspomnieniach. Choć napsuł sporo krwi, to myśli się o nim z sympatią. Jakiś czas temu Hurgot Sztancy opisywał swoje pierwsze auto. Dziś chciałbym podzielić się moją historią. Może nie tak odległą, bo sięga tylko do roku 2015.

Choć prawo jazdy na osobówki uzyskałem w roku pańskim 2011, to przez kolejne 4 lata obywałem się bez własnych czterech kółek. Gdzie się dało, dojeżdżałem komunikacją miejską, z rzadka korzystając z uprzejmości taty i pożyczając od niego samochód. Sytuacja zmieniła się w roku 2015, gdy zrobiłem prawo jazdy kat. D, a pracę znalazłem u największego prywatnego przewoźnika autobusowego w okolicach Trójmiasta. Z wynajmowanego mieszkania na gdański dworzec PKS, gdzie garażowały autobusy, mogłem dojeżdżać tramwajem, jednak czasem konieczny byłby dojazd do pracy na główną bazę firmy, do oddalonego o 25 kilometrów od Gdańska miasteczka z owadem w nazwie.

Życie ma to do siebie, że człowiek snuje plany, a los pisze i realizuje własne scenariusze. Tak się stało i tym razem. Z powodów osobistych musiałem szukać pracy na miejscu, w rodzinnym Olsztynie. Etat znalazłem w należącej do miasta spółce świadczącej usługi komunikacji miejskiej. Odległość z domu na zajezdnię zmalała do 11 kilometrów, co jednak nie pozwoliło na rezygnację z zakupu własnego auta. Praca kierowcy autobusu ma wiele uroków, jednym z nich jest stawianie się w robocie o różnych pogańskich godzinach, np. w sobotę o 3:36 (a od maja pierwszy „szczęśliwiec” zaczyna kręcenie się wokół komina o 2:58). Najgorszy, najbardziej zajeżdżony samochód okazuje się więc niezbędny.

Swoje poszukiwania rozpocząłem od ustalenia budżetu. Po przeliczeniu oszczędności i rozbiciu świnki-skarbonki okazało się, że na auto mogę przeznaczyć maksymalnie 3,5 tysiąca złotych, na opłaty i inne wydatki równy tysiąc. Następnie zacząłem składać wizyty w okolicznych autokomisach. Po dwóch dniach i obejrzeniu kilkudziesięciu samochodów znalazłem się w punkcie wyjścia. Jakieś 99% wystawianych na sprzedaż aut, mieszących się w moim budżecie nadawało się jedynie na wkład do pieca hutniczego, zaś te w akceptowalnym (co nie znaczy, że rewelacyjnym) stanie technicznym założoną kwotę przekraczały dwukrotnie. Wszechobecna korozja, łyse opony, często o różnym bieżniku na tej samej osi, gubiące olej silniki to tylko niektóre z wad. Hitem była Škoda Felicia 1.3, rocznik ’98, wystawiona za 4.700 zł do negocjacji. Przerdzewiałe progi, przerdzewiała na wylot podłoga, tylna oś trzymająca się nadwozia na słowo honoru, silnik z minimalnym poziomem oleju, opony praktycznie bez bieżnika. Postanowiłem udawać laika i spytałem sprzedawcę o czeskie auto. Według niego była w „przyzwoitym stanie technicznym„, plusem miały być badania techniczne ważne do marca (był sierpień) i komplet zimówek. Cena? „Za mniej niż 4500 nie sprzedam„. Poddałem się i zacząłem poszukiwania na portalach ogłoszeniowych.

Na każdym z portali, ku zdziwieniu znajomego ustalałem cenę maksymalną na 4.500 złotych. Stwierdziłem, że w każdym samochodzie znajdzie się coś do zrobienia i może uda się stargować cenę do poziomu jak najbardziej zbliżonego do mojego budżetu. Nie zaznaczałem także konkretnej marki, przeglądając oferty sprzedaży zarówno Audi, BMW, jak i Volkswagenów, Opli, czy Fiatów. Rodzaj paliwa był sprawą drugorzędną, tak samo jak typ nadwozia (z pominięciem kabrioletów) czy kolor karoserii.

W pewien sierpniowy poranek wybrałem się z tatą na oględziny kilku upatrzonych egzemplarzy. Cel numer 1: czarne Renault Laguna pierwszej generacji, stojące w Lubawie. Po dojechaniu na miejsce okazuje się, że pod podanym adresem znajduje się komis, choć sprzedawczyni przez telefon zapewniała, że jest osobą prywatną. Nic to, idziemy oglądać Lagunę. Czarny lakier z daleka wyglądał nieźle. Z bliska widać, że płatami z nadwozia odchodzi lakier bezbarwny. Na tylnych nadkolach rozgościła się ruda, podobnie jak na przednich błotnikach. Otwieram maskę, na której pękła szpachla, sprawdzam poziom płynów eksploatacyjnych. Minimum oleju w silniku, płyn chłodzący poniżej kreski z oznaczeniem MIN, pomijam już brak płynu do spryskiwaczy. Po włączeniu zapłonu naszym oczom ukazuje się choinka niegasnących kontrolek na desce rozdzielczej. Żegnamy się z małomówną sprzedającą i opuszczamy Lubawę. Po drodze zajeżdżamy do komisu obejrzeć VW Polo z 1995 roku. Okazuje się, że szkoda na nie czasu i jedziemy do Mławy oglądać kolejną Lagunę.

Umawiamy się z właścicielem, wita nas jednak jego ojciec. Złota Laguna pochodzi z 1996 roku, ma pod maską benzynowy silnik 1.8 z instalacją LPG. Pięciominutowe oględziny ujawniają sporo mankamentów, o których nie wspomniał sprzedający. Pierwszym jest wnętrze, które wygląda, jakby było używane w charakterze kurnika. Obaj brzydziliśmy się do niego wsiąść. Tata okazuje się uczciwszy od syna i przyznaje, że butla gazowa traci ważność za 4 miesiące, zaś auto ma problemy z pracą na gazie, prawdopodobnie reduktor nadaje się do wymiany. Wracamy do domu, po drodze tata dzwoni do swego kolegi handlarza. Ten ma na sprzedaż jedynie Nissana Micrę K11, rocznik 1995. Rezygnuję, bo mój wzrost uniemożliwia mi zajęcie wygodnej pozycji za kierownicą.

W niedzielę umawiamy się z chłopakiem sprzedającym Peugeota 306 w Lidzbarku Warmińskim. Według jego zapewnień samochód jest w pełni sprawny, przegląd i OC ważne do maja następnego roku. Samochód zaś sprzedaje, bo potrzebuje czegoś większego i najlepiej kombi. Gdy dojeżdżamy na miejsce, naszym oczom ukazuje się zielony sedan wyprodukowany w 1997 roku, z benzynowym 1.4 pod maską. Stan zewnętrzny na 4-, wnętrze zadbane, rażą jedynie „chromowane” dywaniki i kierownica z modelu 206. Tata otworzył maskę i… z wrażenia zaniemówił. Wszystko, co znajdowało się pod nią, łącznie z silnikiem, skrzynią biegów, wszelkimi kablami zostało pomalowane na niebiesko metodą natryskową. Mimo wszystko wybieramy się na jazdę próbną. Samochód jedzie prosto, skręca, hamuje, kierownica z 206-tki dobrze leży w dłoniach. Nie decydujemy się na zakup, ponieważ silnik „gubi” olej, a pomalowana komora silnika wzbudza w nas podejrzenia. Nim powrócimy do domu na tarczy obejrzymy w Olsztynie jeszcze jedno auto. Na parkingu pod blokiem oglądamy Fiata Bravę 1.2, rocznik 2001, przebieg 92 000 km. Nadwozie w kolorze szarym, jedynie z kilkoma drobnymi ryskami, wnętrze sterylnie wręcz czyste (lub świeżo posprzątane). Sprzedający zachwala Fiata, twierdząc, że jeździł nim jego ojciec, a samochód był serwisowany do samego końca. Próbuję odpalić silnik, udaje się za trzecim razem. Na zestawie wskaźników radośnie świeci na pomarańczowo kontrolka check engine. Według sprzedawcy „to tylko sonda Lambda, groszowa sprawa„. Olej w kolorze czarnym, na poziomie zbliżającym się do minimum, świec zapłonowych nie daje się odkręcić, przewody wysokiego napięcia chyba nie były wymieniane od nowości. Źli wracamy do domu. Tu po zajrzeniu do sieci wykonujemy telefony do dwóch osób. Kolejna porażka, sprzed nosa uciekł nam Peugeot 206 1.1 sprzedawany przez starszego pana i Opel Vectra B, wystawiony raptem 6 godzin wcześniej. Jak to mówią, „dobre samochody sprzedają się na pniu„.

Minęły 3 dni, wybraliśmy się do Trójmiasta. Tata stwierdził, że skoro już tu jesteśmy, to możemy spróbować szczęścia, może uda się kupić coś w przyzwoitym stanie. Po raz kolejny mieliśmy pecha. Znowu ktoś nas ubiegł i kupił przed nami samochód, tym razem śliczne, czerwone Polo Classic 1.4 ’98. Pojechaliśmy do Rumii, gdzie według zapewnień miał być niezły Golf III. Teoretycznie cud, miód i orzeszki, w praktyce okazało się, że na nadwoziu nie było nawet mm² lakieru bezbarwnego, szyberdach zaklejony był przezroczystym silikonem, zaś listwa na drzwiach przykręcona jest na wkręty do drewna. Przeszukałem ponownie ogłoszenia w Internecie, w Gdyni znalazłem szampańsko złote Renault Megane pierwszej generacji w wersji po liftingu. Pani, która je sprzedawała, nie ukrywała niczego – tak jak mówiła przez telefon, na lewym przednim błotniku było lekkie wgniecenie, przednia szyba pękła w prawym dolnym rogu, wnętrze nosiło ślady eksploatacji, a na prawych tylnych drzwiach znajdowała się długa, czarna i głęboka rysa. Na jeździe próbnej okazało się, że autko warte jest naszego zainteresowania, prowadziło się jak po sznurku, hamowało, a wszystko działało tak jak powinno. Kwota, na jaką właścicielka wyceniała swoją Megi to 3.500 zł, nam udało się stargować do okrągłych 3.000. Szczęśliwy ze swojego pierwszego samochodu zatankowałem go do pełna, po czym udaliśmy się w drogę powrotną do domu. Ku naszemu zadowoleniu Megi w przeliczeniu na 100 km spaliła 4,7l 95-oktanowej benzyny z trzema osobami na pokładzie.

 

 

Teraz kilka słów o francuskim kompakcie z końca lat 90. Samochód  wyprodukowano w 1999 roku, pod maską posiadał silnik 1.4 o mocy 95 KM. Wersja wyposażenia RT, na wyposażeniu miał ABS, wspomaganie kierownicy, alarm, centralny zamek, 4 poduszki powietrzne i elektrycznie sterowane przednie szyby. Kupiono go w gdyńskim salonie Renault we wrześniu ’99, wraz z tatą byliśmy trzecimi jego właścicielami. W momencie kupna na liczniku widniał przebieg 208 tys. kilometrów. Piętnaście minut po zakupie wyszło na jaw, że radio cierpi na demencję starczą i po wyłączeniu zapłonu gubi stacje, zaś po odpaleniu silnika pamięta tylko jedną z nich. Dwa dni później okazało się, że motor nie chce odpalić za każdym razem. Mechanik podłączył komputer (koszt: cztery piwa) i poinformował, że do wymiany nadaje się czujnik położenia wału korbowego. Wydałem na niego 120 zł w jednej z hurtowni, problem znikł. Tata na wszelki wypadek za 20 zł kupił na szrocie dwie cewki zapłonowe. Spokoju nie dawała nam rura łącząca grill z filtrem powietrza, ponieważ była dziurawa i zasysała „lewe powietrze”. Odwiedziliśmy kilka punktów z używanymi częściami, hurtownie motoryzacyjne, a nawet ASO Renault, nigdzie nie była dostępna. Problem polegał na tym, że koniec wlotu powietrza za grillem był okrągły, zaś przy filtrze owalny, a tego typu rury nigdzie nie mogliśmy kupić. Zajechaliśmy do hurtowni rolnej, gdzie kupiliśmy okrągłą rurę oraz zbrojony drutem, gumowy wąż… do kombajnu Bizon. Po docięciu ich na odpowiedni rozmiar i przymocowaniu za pomocą trytytek problem lewego powietrza znikł. Zainwestowałem jeszcze niecałe 90 zł w nowe radio, a kilka dni później zacząłem karierę kierowcy autobusu miejskiego.

Trzy miesiące później obroty na luzie zaczęły falować – uszkodzony silniczek krokowy. Kupiłem zamiennik przez Internet, po zamontowaniu i odpaleniu silnika obroty wskoczyły na czerwone pole i utrzymywały się na nim przez cały czas. Okazało się, że nastąpiła pomyłka i przysłano nam silniczek od motoru dwulitrowego. Odesłałem część do sprzedawcy, otrzymałem po tygodniu przesyłkę z… kolejnym silniczkiem do wersji 2.0. W tym samym czasie problem z falowaniem obrotów znikł. Może Meganka nie lubiła, jak się dłubało przy jej silniku? W styczniu, przy dojechaniu do świateł i puszczeniu gazu z silnika wydobywało się rasowe „łututututu” niczym z rajdówki klasy WRC czekającej na start do OSu. Miny przechodniów bezcenne, ja zaś za każdym razem podnosiłem pedał gazu butem. Diagnoza – wyciągnięta linka pedału przyspieszenia. Ze zbyt długą linką jeździłem ponad tydzień, przy każdej zmianie biegu czy zatrzymywaniu się podnosząc pedał gazu. Koszt 60 zł w hurtowni motoryzacyjnej, jednak linka pochodziła z wersji 1.6 i była za długa o ok. 5 cm. W kwietniu samochód stracił moc. Pod jedną z górek podjeżdżałem na 1 biegu, z prędkością 10 km/h i gazem w podłodze, a podjazd pod wzniesienie rozpocząłem na trójce i 45 km/h na liczniku. Po podniesieniu maski okazało się, że spadło prowizoryczne skrócenie linki. Do naprawy użyłem znalezionej w piwnicy rurki i taśmy izolacyjnej. „Naprawa” pomogła i auto nabrało wigoru. Renówkę kupiłem 1 września 2015 roku, zaś sprzedałem 17 kwietnia 2016, po przejechaniu 8,5 tys. kilometrów. Powodów było kilka, m.in. konieczność wymiany przedniej szyby, oleju silnikowego, wszystkich filtrów, kompletnego rozrządu czy elementów układu hamulcowego, a także kończąca się polisa OC. Koszt tych wszystkich elementów, nawet po uwzględnieniu najtańszych części czy samodzielnej ich wymiany, wynosił 3/4 wartości auta. Kolejnymi pretekstami były postępująca korozja (zaatakowała tylne nadkola i progi) oraz chęć posiadania klimatyzacji.

Na początku kwietnia 2016 roku zacząłem na poważnie myśleć nad wymianą samochodu na nowszy. Pod uwagę brałem BMW 5 E39 (jedna z niewielu beemek, która mi się podoba), Citroena C5 II, Fiata Bravo II, Forda Focusa i Mercedesa CLK W209. Któregoś dnia zostawiłem otwartą przeglądarkę, w której na jednej ze stron widniało ogłoszenie sprzedaży drugiej generacji Bravo. Tata zobaczył anons, przejrzał zdjęcia , po czym zadzwonił do znajomego i spytał go, czy nie chciałby sprzedać swojego egzemplarza. Ten przystał na propozycję, ponieważ był to jego piąty samochód i był mu już zbędny (posiada m.in. Forda Mavericka, Nissana 350Z czy Jaguara XF, widzę tu materiał na co najmniej dwie „Przejażdżki po godzinach” 😉 ). Na drugi dzień sprawdziłem stan konta, wypłaciłem pieniądze z bankomatu i pojechałem kupić swoje drugie auto. Obszedłem je dookoła, ustawiłem pod siebie fotel i kierownicę, dla zasady potargowałem się ze znajomym o cenę, po czym udaliśmy się do biura, aby spisać umowę kupna-sprzedaży. Tata mówił, że byłem jedyną osobą, która w jego obecności kupiła samochód nie zaglądając nawet pod maskę i nie robiąc jazdy próbnej.

    

 

Samochód został kupiony w olsztyńskim salonie Fiata (produkcja 12.2007, pierwsza rejestracja 02.2008) i do momentu sprzedaży pokonał 91,5 tys. kilometrów. Przebieg jest w pełni udokumentowany (do maja 2012 serwisowany w ASO, następnie w serwisie wyspecjalizowanym we włoskich autach). Pod maską pracuje niezawodny silnik 1.9 JTD. Fabrycznie, na papierze miał 120 włoskich rumaków i 255 Nm. Po wizycie na hamowni okazało się, że fabrykę opuścił ze 132 końmi i 285 niutonometrami, zaś po chiptuningu legitymuje się mocą 170 koni mechanicznych i momentem obrotowym na poziomie 380 niutonometrów. W salonie, podczas konfiguracji auta wybrano wersję Dynamic, dopłacono m.in. za pakiet Sport (lakierowane, 17 calowe alufelgi, nakładki na progi, lotka nad tylną szybą, kubełkowe fotele, aluminiowe nakładki na pedały) czy pochodzący z palety Ferrari lakier Rosso Maranello. Na wyposażeniu znajduje się 6 poduszek powietrznych, manualna klimatyzacja, elektrycznie sterowane lusterka i przednie szyby, sterowanie radiem z kierownicy czy system Blue&Me, pozwalający na słuchanie muzyki poprzez wejście USB i mający opcję zestawu głośnomówiącego dzięki łączeniu się z telefonem przez Bluetooth. Na chwilę obecną przebieg to 109 tys. km, wymieniliśmy jedynie olej, filtry, rozrząd czy kompletne hamulce na obu osiach. Pochodzące z lat 80. stereotypy o awaryjności Fiatów można wsadzić między bajki. Dwie usterki, które się pojawiły, to martwy akumulator oraz przegryziona przez kunę rura łącząca intercooler z turbosprężarką, przez co moje „ćwierć-Ferrari” zaczęło kopcić jak parowóz, paliło 12l/100 km i straciło moc, konkurując raczej ze zdezelowanym Kamazem niż białymi Octaviami TDI. W ASO Fiata metrowa rura kosztowała ponad 500 zł, podróbka na Allegro 120zł + koszty przesyłki, zaś jakość wydaje się wyższa niż w przypadku oryginału.

Jeśli miałbym teraz po raz kolejny kupić samochód, to byłby to Citroen C5 II, Alfa Romeo Giulietta lub Volvo V60/70. Cytryna, koniecznie w wersji kombi i z hydropneumatyką, kusi mnie swym komfortem jazdy, bogatym wyposażeniem oraz stosunkiem ceny do rocznika i jakości, Alfa stylem, zaś Szwedzi bezpieczeństwem i jakością wykonania wnętrza. Po ostatnim sprzątaniu samochodów swojego i taty stwierdziłem, że chciałbym mieć skórzaną tapicerkę (o wiele łatwiejsza w odkurzaniu i konserwacji), po dwóch latach jazdy autobusami miejskimi także koniecznie automatyczną skrzynię biegów, z kolei z najnowszych wynalazków podoba mi się aktywny tempomat, w połączeniu z automatem niezwykle wygodny w dłuższych trasach. A może zaszaleję i kupię duże coupé klasy gran turismo z mocnym benzynowym V8? Los napisze odpowiedni scenariusz.

Post scriptum dopisane przez życie, stan na koniec maja A.D. 2019:

Rok i osiem miesięcy po napisaniu powyższego tekstu życie dopisało kolejny rozdział.

Z Fiatem przyszło mi się pożegnać we wrześniu ubiegłego roku. Powodów rozstania było kilka, zacznę od najpoważniejszego. Wyobraźcie sobie ciepły sobotni, słoneczny poranek, początek września. Otwieracie zimne piwo i dla relaksu krzątacie się przy aucie (a tak przy okazji spróbujcie wytłumaczyć kobiecie, że to odpoczynek i rozrywka jednocześnie). Tu dolewka płynu do spryskiwaczy, tam sprawdzenie ciśnienia w oponach. W taki sposób odkryłem bąbel na lewym progu, tuż przed tylnym kołem.

Kolejny powód był nieco bardziej prozaiczny. Przestałem, a właściwie przestaliśmy mieścić się do samochodu segmentu C. Przestaliśmy, bo nieco ponad rok temu poznałem wspaniałą dziewczynę, która niedługo (mam taką nadzieję) zostanie moją żoną, a która pochodzi z Suwałk. Jej rodzice posiadają tam dwie działki na Rodos, czyli w Rodzinnych Ogródkach Działkowych Otoczonych Siatką. Zdarzało się, że w piątek wyjeżdżaliśmy z Olsztyna z plecakiem i jedną względnie niedużą torbą podróżną, a w niedzielę wracaliśmy z pełnym bagażnikiem warzyw, owoców, przetworów w słoikach i mrożonek przeznaczonych nie tylko dla nas, ale także i dla siostry mej Ukochanej. Doszło do tego, że nasze rzeczy lądowały w miejscu przewidzianym przez konstruktorów na nogi pasażerów tylnej kanapy, a do zmieszczenia wszystkich pakunków konieczne było złożenie oparcia tejże kanapy. Myśląc o wspólnej przyszłości doszedłem do wniosku, że przydałoby się kombi.

Pierwsze kroki w poszukiwaniu nowego środka lokomocji skierowałem na znane portale aukcyjne, gdzie przeglądałem wszystkie marki w kolejności alfabetycznej. Swą uwagę zwróciłem na Alfę Romeo 159 (niedługo minie 15 lat od premiery, a mi nadal bardzo się podoba), BMW serii 5 E39, Forda Mondeo Mk4, Opla Vectrę C, Peugeota 308 I, Renault Lagunę III i Volvo V70 II generacji – wszystkie z nadwoziem kombi. Rocznie osobówką robię około 30 tys. kilometrów, więc skupiłem się na autach z silnikami diesla. Po przewertowaniu sieci i zasięgnięciu opinii u naszego mechanika w grze pozostały dwa samochody, Peugeot oraz Renault. Trzysta ósemka odpadła, ponieważ ma dość kontrowersyjnie stylizowany tył nadwozia, mniejszy bagażnik, a w moim budżecie przeważały motory 1.6 HDi, gdy ja koniecznie chciałem wersję o pojemności dwóch litrów. Wybór padł na „królową lawet”. Dwa tygodnie wertowałem ogłoszenia sprzedaży Lagun w mojej okolicy – życie nauczyło nas, aby po samochód wart kilkanaście tysięcy nie jeździć dalej niż 200 km od domu, szkoda nerwów, czasu i pieniędzy. Ograniczyłem się do silnika 2.0 dCi w wersji 150-konnej, z manualną skrzynią biegów. W tym samym czasie wystawiłem w sieci ogłoszenie o sprzedaży Bravo i poinformowałem o tym fakcie parę osób z kręgu znajomych. Dwa dni później odezwał się pewien jegomość ze Śląska i umówił na oględziny auta w najbliższą sobotę. Na ten sam dzień umówiłem się na obejrzenie Laguny znalezionej w ogłoszeniu. Był to chyba jeden z najbardziej szalonych dni w kwestii kupna i sprzedaży samochodu, ale nie uprzedzajmy faktów. Bravissimo, jak nazwał je jeden z kierowców, sprzedałem po jeździe próbnej i wizycie w warsztacie. Posiadałem je 2,5 roku i zrobiłem przez ten czas 40 tysięcy kilometrów.

Była godzina 14, o 17 zaczynałem pracę, zaś na drugi dzień o 7 rano mieliśmy jechać do Suwałk, a ja właśnie sprzedałem swój jedyny środek lokomocji, nie licząc roweru.

Z pomocą przyszedł mój tata. Już w czwartek zadzwonił do właściciela upatrzonej Laguny i wybadał temat. Opowieść sprzedającego brzmiała wiarygodnie, więc postanowiliśmy obejrzeć ją na własne oczy. Problem polegał na tym, że na oględziny i kupno mieliśmy mniej więcej (a właściwie mniej) niż godzinę, ponieważ dotychczasowy właściciel prowadził firmę i wyjeżdżał na tydzień w sprawach biznesowych, a mi samochód potrzebny był na już. Na spotkanie umówiliśmy się na jednej ze stacji paliw, gdzie w 20 minut obejrzeliśmy nadwozie, silnik i wnętrze auta. Kwadrans zajęła jazda próbna, a kolejne dwadzieścia minut sfinalizowanie transakcji i spisanie umowy kupna-sprzedaży. Do rozpoczęcia pracy zostało mi pół godziny (jak zapewne niektórzy wiedzą pracuję jako kierowca autobusu miejskiego i na jednej z pętli miałem zmienić kierowcę porannej zmiany). Podczas gdy tata wypłacał pieniądze z bankomatu ja przebierałem się w regulaminowe ubrania… na parkingu przed bankiem. Udało się bez wzbudzania sensacji i świeżym nabytkiem pojechałem do pracy. Nazajutrz zaś w trasę do stolicy przepięknej krainy, jaką jest Suwalszczyzna.

 

 

Kilka słów o „Lagusi” jak została ochrzczona Renówka: rocznik 2008, silnik 2.0 dCi o mocy 150 KM, skrzynia manualna 6-biegowa. Wersja wyposażenia Dynamique, a więc średnia, ale ma wszystko, co niezbędne: dwustrefową klimatyzację automatyczną, ogrzewanie postojowe, tempomat z ogranicznikiem prędkości czy sterowanie radiem pilotem za kierownicą. Do tego parę gadżetów jak elektryczny hamulec postojowy (byłem sceptyczny, ale zdecydowanie polecam), domykanie szyb z kluczyka… o przepraszam, z karty, czy czujnik deszczu. Przebieg w momencie kupna 29 września ub. roku wynosił 226.500 kilometrów. Średnie spalanie (w cyklu mieszanym) to 6,4l/100km. Przez osiem miesięcy przejechałem równo 16 tys. km, więc mogę co nieco powiedzieć nt. jej rzekomej awaryjności. Często słyszę pytania „ile razy ci się zepsuła?” i „ile razy jechała na lawecie?„. Na pierwsze odpowiadam, że do tej pory ani razu, a na drugie, że raz – w drodze z fabryki do dealera. A skąd opinie o rzekomej awaryjności? Odkąd ją posiadam, poza wymianą filtrów i oleju w silniku zmuszony byłem wymienić trzy rzeczy: obie żarówki świateł mijania oraz teleskopy klapy bagażnika, a także komplet wycieraczek – choć to akurat mój kaprys, bo wytrzymałyby spokojnie te kilka miesięcy, jakie pozostały do sezonu zimowego. Zadziwiająco mało jak na samochód „z lewarkiem w logo„, jak mówią złośliwi. Sześciokrotnie „Laga” zaliczyła wyjazd do Suwałk, ośmiokrotnie do Trójmiasta i raz do Warszawy, a w najbliższym czasie szykują się wycieczki na Suwalszczyznę, do Bydgoszczy, Trójmiasta i Warszawy. W połowie września wybieramy się na urlop, w trakcie którego planujemy odwiedzić Oświęcim, czeską Pragę, Karkonosze i Wrocław, dzięki czemu do końca roku na koła nawinie się kolejnych kilkanaście tysięcy kilometrów.

Potwierdza się tym samym teza mojego dobrego kolegi, który twierdzi, że najlepiej sprawowały mu się samochody, na oględziny których poświęcał maksymalnie 30 minut, zaś rzekome „perełki” oglądane przez kilka godzin okazywały się później skarbonkami bez dna.

Czy po raz kolejny kupiłbym francuskie auto? Owszem, tym bardziej, że od jakiegoś czasu bardzo podoba mi się najnowsze Renault Megane Grandtour, którym nawet odbyłem jazdę próbną. Gdyby nie ważniejsze wydatki niż samochód z salonu, to kto wie… Ale życie bywa nieprzewidywalne i zobaczymy, co przyniesie los.

 

Wszystkie fotografie należą do Autora wpisu

Share Button
Tagi: , , ,
46 comments on “WPIS GOŚCINNY: W POSZUKIWANIU ZŁOTEGO GRAALA
  1. benny_pl pisze:

    burzujstwo ;p
    ja tam od 15 lat jezdze samochodami za max 1700zl i najlepiej sie sprawuja te za okolo 700zl
    w zasadzie tyfusem byla tylko przesympatyczna Marbella za 450zl ktorej glowna wada bylo to ze miala gaznik i nie miala gazu a z gaznikami sa wiecznie problemy

    • Gepard pisze:

      Jakby to nie brzmiało, nie stać mnie na samochody za 1700 😉 Do wczoraj, przez 9 miesięcy pokonałem Laguną prawie równo 18 tys. kilometrów (mniej więcej 17 950km), 3/4 na trasie. Nie chcę i nie mogę ryzykować, że coś się zepsuje kilkaset kilometrów od domu. Szkoda nerwów, czasu i pieniędzy. Te wolę odkładać na ślub i wesele.
      Poza tym lubię duże, w miarę nowoczesne samochody, komfort jazdy czy takie elementy wyposażenia jak klimatyzacja, dogrzewacz wnętrza czy tempomat, a o te ciężko w samochodzie 10x tańszym. Jeśli są, to raczej ciężko trafić na sprawne.
      Ale co kto lubi, mamy wolną wolę i sami decydujemy o swoim życiu (w tym przypadku o kwotach wydawanych na kupno auta), bez tego byłoby nudno 🙂
      Jestem jeszcze w takim wieku, że dużo przede mną i może uda mi się spełnić jedno z marzeń – aby choć raz w życiu kupić nowy samochód z salonu.

      • benny_pl pisze:

        „Nie chcę i nie mogę ryzykować, że coś się zepsuje kilkaset kilometrów od domu” a kupujesz lagune w dodatku dci ;p no jest ryzyko jest zabawa jak to mowia 🙂
        ja tam swoja Astra jezdze wszedzie i wiem ze dojedzie bo sam ja remontowalem, zreszta zawsze jestem pewny swoich samochodow (wyjatkiem byla tylko ta Marbella ale nia jezdzilem tylko po miescie z pelna swiadomoscia ze to trup, ale przesympatyczny trup) bo sam je robie wiec wiem co jest dobrze a co nie i zanim nie ogarne podstawowych ukladow to w zasadzie nie jezdze. skad wiesz jak wyglada Twoj silnik wogole? ja zdejmowalem glowice to wiem ze cylindry sa idealne i widac jeszcze honowanie, niema zadnych progow, takze te 200tys co on ma to dla niego co najmniej drugie tyle przed nim 🙂
        zreszta w samochodzie za 1000zl nie moze sie zepsuc nic drozszego niz jakies 600zl bo za tyle mozna kupic drugi taki sam i go rozebrac na czesci a bude wyzlomowac i ma sie wszystko co tylko potrzeba 😀

      • Gepard pisze:

        Benny, no właśnie. Swoją Astrę po kupnie wyremontowałeś, a gdybym ja kupił samochód za 1500 złotych, to więcej stałby w naprawie niż jeździł, bo nie wszyscy dbają tak o auta za takie pieniądze.

        Druga sprawa, bazujesz na stereotypach o Lagunie poprzedniej generacji. Moja Laguna to III generacja, uchodzi za bezawaryjną i o wiele lepszą od poprzedniczki. Kupiłem ją, bo dużo dobrego czytałem o niej w internecie, a na decyzji o poszukiwaniu tego modelu zaważyła opinia mechanika, u którego serwisujemy swoje samochody od jakichś 15 lat. W 9 miesięcy zrobiłem 18 tys. km., więc gdyby coś miało się zepsuć, to już by się zepsuło. Niektórzy taki przebieg robią w 2 albo 3 lata, mi to zajęło 3/4 roku.

        Mylisz 2.0 dCi z poprzednikiem, czyli 1.9 dCi. Motor dwulitrowy pozbawiono wad starszej wersji, teraz bez problemu osiąga przebiegi rzędu 500 tys. i większe. Warunek to regularne serwisowanie i wymiana oleju max co 15 tys. km. 2.0 dCi posiada łańcuch rozrządu (bezobsługowy, w przeciwieństwie do 1.4 TSI z VAG) i podobnie jak nowszy 1.6 dCi został opracowany przez Nissana. Przy regularnej wymianie oleju i filtrów, a także tankowaniu dobrej jakości paliwa nic się z tym silnikiem nie dzieje.

        Samochód kupiłem dokładnie w takiej wersji jaką chciałem, tzn. kombi z 2.0 dCi 150KM (były też wersje 130 i 173/178KM) i manualną skrzynią biegów. Przy moich rocznych przebiegach rzędu 25-30 tys. km silnik benzynowy nie ma uzasadnienia ekonomicznego, samochodu z zainstalowanym LPG nie kupię nigdy, a montaż instalacji do „gołej” benzyny odpada. Szkoda mi miejsca na butlę, na niefabryczne przewody pod maską nie mogę patrzeć. Poza tym mój pracodawca podarował nam karty flotowe, dzięki czemu mamy rabat na ON, więc ani benzyna ani gaz zwyczajnie mi się nie opłaca.

      • Nowy_nick pisze:

        Heh, mamy podobną historię. Też prawko w 2015 roku (tylko u mnie w wieku nieco bardziej, powiedzmy, podeszłym :P), pierwsze auto to Megane I – u mnie w wersji Classic. Kupiłem za 2500, wsadziłem w reperacje 2400 (hamulce, rozrząd, końcówki drążków, płyny, itepe) trzy miesiące później sprzedałem za tysiąc, bo silnik (1.4/75 KM) żarł olej jak głupi (żeby nie było – w ogłoszeniu było to opisane ze szczegółami); następnie dwa auta z Włoch, jedno mam do teraz, i na koniec królowa lawet, poliftowa dwójka, tylko z benzynowym 2.0 F4R. I jeździ :).

      • Gepard pisze:

        Gwoli ścisłości, prawo jazdy kat. B zrobiłem w 2011 roku. W 2015 zrobiłem kat. D (na autobusy), obecnie jestem w trakcie kursu na kat. C i C+E. Do pełni szczęścia brakuje mi więc jedynie kat. A.

      • Wojluk pisze:

        Karty flotowe fajna sprawa:) Sympatycznie się czytało. Jak zacząłem czytać o Lagunie to pomyślałem, że trzeba zapytać czemu ona a nie wspominana C5? Pisząc C5II masz na myśli lift C5 czy ostatni model przed C5 aircross?

  2. Qlty pisze:

    4 autem jeżdżę a przed zakupem oglądałem jedno dokładniej aby stargowac cenę. A tak to kasa-kluczyki i całe kupowanie auta xD

  3. Hades pisze:

    Czyli w skrócie – gdy nadchodzi pora napraw to sprzedaje żelazo dalej i niech inni się martwią.

    Najbardziej rozbawił mnie fragment o chęci kupna BMW e39.

    • Gepard pisze:

      Polecam jeszcze raz przeczytać uważnie akapit, w którym opisałem powody decyzji o zmianie samochodu.

      Bardzo poważnie myślę o założeniu rodziny w najbliższym czasie, przez co w przyszłości duże i pakowne kombi bardzo się przyda. Poza tym do kompaktowego hatchbacka zwyczajnie przestaliśmy się mieścić – to jest najważniejszy powód sprzedaży Bravo.

      Myślałem o ogarnięciu tego bąbla na nadkolu, ale stwierdziłem, że nie ma to sensu. Mieszkam na wsi oddalonej o 15 km od centrum Olsztyna, komunikacja miejska i podmiejskie busiki tu co prawda dojeżdżają, ale nie wtedy kiedy ja tego potrzebuję. Pracuję jako kierowca autobusu miejskiego, więc pracę zaczynam o różnych „dzikich” godzinach typu 3:28 czy kończę o 00:14, a wtedy zdany jestem tylko na własne 4 kółka. Gdybym odstawił auto do lakiernika, to pozbawiłbym się transportu na jakieś 5 dni – niewykonalne. Mógłbym pożyczyć Mondeo od kolegi, ale nie lubię jeździć cudzymi samochodami.

      Kupujący obejrzał samochód bardzo dokładnie na warsztacie, poinformowałem go dokładnie o stanie auta, kupił je z pełną świadomością i dobrowolnie – ja mu nie przykładałem karabinu do głowy i nie zmuszałem do kupna. Chciał to kupił, jego decyzja, tym bardziej, że wiedział, na co wydaje pieniądze, więc nie rozumiem stwierdzenia, że w tym przypadku, gdy przyszła pora na naprawy, to sprzedałem samochód. Mechanicznie była „igła”, nie było się do czego przyczepić, największy mankament to ten nieszczęsny bąbel na nadkolu.

      Chciałbym się dowiedzieć, co śmiesznego jest we fragmencie o E39. Samochód jak samochód, a jako jedno z niewielu BMW bardzo mi się podoba, podobnie jak generacja F11 i w przeciwieństwie do E60/61, które jest krokiem wstecz pod względem stylistki w porównaniu do poprzednika.

      P.S. Przy okazji i tu chciałbym podziękować Szczepanowi za opublikowanie mojego tekstu na Automobilowni, dla mnie to zaszczyt 😉

      • Carman pisze:

        Ja myślę, że koledze chodziło bardziej o fragment kiedy chciałeś wymienić Megane na Bravo, a tak samo wypisałeś wtedy BMW (i CLK) wśród innych bardziej realnych w tej sytuacji modeli.

        Nie zrozum mnie źle. Ja tylko jedno auto w swoim życiu kupiłem „rozsądnie” . Pozostałe po prostu mi się podobały mimo, że każdy „znawca” ten model by odrzucił. Niemniej jednak nie żałuję ani trochę tych bardziej oryginalnych wyborów.

    • Gepard pisze:

      P.S.2 – Fiat miał pięciobiegową skrzynię i nie posiadał tempomatu, czego bardzo brakowało mi na trasach. Laga ma skrzynię „szóstkę” i tempomat, a 75% nalotu zrobiłem na trasie i oba te udogodnienia bardzo mi się przydały.

      • benny_pl pisze:

        kombiaki sa najlepsze, to bezsprzeczne! no i minivany, ale zwykle sa nieco za duze do jazdy po miejscie, chyba ze takie „male minivany” marzy sie Zonce Zafira A ale narazie jeszcze sa za drogie 😉 no i ciezko znalesc w automacie i z gazem i najlepiej z 8v silnikiem 1.6 lub 1.8 ale takie to nie wiem czy wystepuja wogole… ale mogla by byc ze zdechlym ecotekiem to bym zalozyl stary 8v (blok taki sam) i byl by wieczny! 🙂

        ja swoja Asterke F bardzo doceniam rowniez ze wzgledu na jej kombiakowosc, wchodzi na przyklad caly traktorek-kosiarka po zlozeniu tylnych siedzen! i kosztowala 700zl i zdechla byla tylko uszczelka pod glowica wiec to latwo i dosc tanio sobie zrobilem (przy okazji tez rozrzad uszczelki, oleje filtry)

      • kierowca bombowca pisze:

        Akurat do Bravo założenie tempomatu w tej wersji to koszt ok. 200 zł na manetkę i obudowę kierownicy od dołu – wszystko jest plug&play – przerabiałem to u siebie 🙂

  4. Lukasz pisze:

    Benny,tam nigdy nie było silników 8v tylko ten szajs ecotec

    • benny_pl pisze:

      to trzeba taka zrobic 🙂 ponoc to sie tylko glowica rozni i mozna na blok zalozyc taka 16v lub 8v glowice – oczywiscie wtedy tez trzeba elektryke silnika, komputer, wtrysk (najlepiej jednopunkt) kolektory weze itp od 8v ale to zaden problem, ale ze mam bardzo dobry kompletny silnik 1.6 8v w zapasie to najchetniej bym go po prostu zalozyl 🙂 w dodatku z calym osprzetem i okablowaniem 🙂 potrzebna tylko ladna zdrowa buda z wbitym w papierach gazem 🙂
      ostatnio byla ladna zafira w automacie za 2tys w kozienicach ale ze zdechlym dziwacznym silnikiem 2.2 saturna, pierwszy raz wogole cos takiego widzialem i uznalem ze lepiej sie z dala od tego trzymac 😉 bo zeby c16nz zalozyc to i skrzynie by trzeba, i poloski, i juz by automat nie byl pewnie 🙁

      • Wojtek pisze:

        Czy ja dobrze rozumiem ze chcesz silnik 1.6 8v, ktory jak dobrze pamietam mial 71 km mocy (i to jak byl nowy), wlozyc do Zafiry z automatem?
        Az sie z ciekawosci zapytam – po co?

      • benny_pl pisze:

        zeby bylo wieczne 😀 najchetniej bym wogole zalozyl 3 biegowy automat TH125C z Kadetta ktory niema wogole zadnej elektroniki to juz bylo by calkowicie wieczne 🙂 mialem takiego Kadetta i jezdzilo sie bardzo fajnie, skrzynie kompletna z osprzetem wciaz mam, caly czas zalana ATFem (wyjalem ja bez wyciagania polosiek i konwertera) wiec napewno jest wciaz sprawna 🙂

        mam Astre F z C16NZ z 4 biegwym automatem Aisin i jezdzi calkiem niezle 🙂

  5. Radek pisze:

    Niestety tak to już jest, że coś co mało kosztuje nie musi być tanie. Taki paradoks.
    Mój przykład i moje pierwsze auto – Passat B4 TDI, rocznik 96 z dobrym nawet dziś wyposażeniem pochłonął po zakupie przez dwa i pół roku 11.500 PLN z czego zdecydowana większość to czysta eksploatacja:
    – oleje, filtry (9x): ~2000 PLN
    – serwis klimatyzacji (uszczelnianie kompresora, napełnianie, wymiana skraplacza i osuszacza): ~1500 PLN
    – rozrządy: ~2500 PLN
    – opony zimowe: ~600 PLN ale co to były za opony nie pamiętam…
    – opony letnie: ~1400 PLN Bridgestone Potenza… coś tam

    Przy czym auto zrobiło w tym czasie prawie 130.000 km.
    Auto kosztowało 8.000, sprzedane za chyba 6.000… naprawy pochłonęły niemal 150% jego wartości (początkowej).

    Każdy kilometr kosztował mnie więc około 45 groszy (pomijam tu koszt pojazdu) i chyba tylko tutaj widać „taniość” 😀

  6. Marszał pisze:

    Gepa rdma rację z tymi wymianami oleju co 15tyskm. Swego czasu Renault zalecał wymiany co 30tys km i wtedy Laguna zapracowała na swoją opinię królowej lawet. Ten sam silnik w Carismie czy w Volvo się nie psuł (nie wymyślali interwałów 30to tysięcznych).

  7. kierowca bombowca pisze:

    Dwoma z wymienionych w artykule modeli samochodów miałem okazję jeździć dłużej – Meganką pożyczoną przez 2 lata, Fiatem Bravo – moim własnym – 4.

    Mój egzemplarz Megane był niestety jednym z bardziej awaryjnych samochodów jakimi jeździłem, choć przyczynę miało to zapewne w tym, że była ona po stłuczce a naprawiana była tak jak się to na początku wieku naprawiało. Rocznik 1997, silnik 1.4 75 koni, w momencie przejścia w moje ręce auto miało 8 lat. Było w sumie dość pakowne jak na tamte lata i ówczesne moje potrzeby, ale miało też mnóstwo wad. Silnik: żadna rakieta, ale jak już raczył wystartować to nawet jakoś się tym jechało. Zajmowało się nim kilku mechesów, był nawet robiony remont – i nic to nie pomogło. Żarł olej, nadmiarowo żarł paliwo, do czego przyczyniło się też podobno źle zamontowane sprzęgło ( !! ). Żarówki paliły się zwykle parami. Hitem jednak było dostawanie się wody przez gródź, przez co jadąc w deszczu miało się zroszone stopy oraz nieszczelność gdzieś między szybą a podszybiem, przez co woda skapując na jakiś rozgrzany element powodowała zaparowywanie całego wnętrza. Wujek, który mi to auto użyczał nie miał do tego wozu kompletnie serca, choć do tej pory z francuskich samochodów był raczej zadowolony. Koniec końców nastąpił szczęśliwy koniec, gdy którego dnia auto ukradziono a wujek wręcz prosił niebiosa, żeby się jednak nie odnalazło. Za kasę z autocasco i parę srebrników kupił sobie Toyotę Corollę i do teraz uważa tylko japońskie i w drodze wyjątku koreańskie samochody.

    Fiat Bravo natomiast był natomiast pierwszym samochodem, którego byłem jedynym właścicielem, bez „dopisania” się do dowodu przez bardziej doświadczonych kierowców. Miałem dość skromną wersję Dynamic z silnikiem 1.4 i LPG. I w zasadzie poza brakiem mocy nic mi w tym aucie specjalnie nie przeszkadzało. Robiło robotę, nigdy nie zawiodło a wymieniałem właściwie tylko rzeczy eksploatacyjne ( i tłumik – skorodował ). Nie rdzewiał też tak jak mówi wieść powszechna – w moim mniemaniu głupia – że Fiaty rdzewieją. Owszem, progi w okolicach przednich kół były beznadziejnie rozwiązane ( nie dotyczy pakietu Sport ), ale poza tym mimo różnych obcierek – nie działo się z blacharką nic złego. Inne „przydomowe” Fiaty na przestrzeni lat również specjalnie nie chciały rdzewieć, jak coś się psuło to zwykle nie była to rzecz uniemożliwiająca dojechanie do domu, więc akurat w przypadku tej marki powszechny stereotyp o tragicznej jakości uważam za dzieło ludzi, którzy nigdy nie mieli z nimi dłużej do czynienia. Fiata sprzedałem ostatecznie za niezłe pieniądze, wziął go pierwszy oglądający. Chciałem czegoś mocniejszego, ale nieco bardziej pakownego i taniego w eksploatacji i skończyłem z Hondą Civic IX 🙂

  8. Daozi pisze:

    Czy dobre samochody sprzedają się na pniu? Otóż nie. Nie zawsze. Sam sprzedawałem kilka aut w życiu i nawet te, które były w bardzo dobrej cenie i stanie stały minimum 2 – 3 tygodnie. Obecnie od blisko miesiąca sprzedaję drugie auto – Civica VI. Za grosze, sprawnego mechanicznie, z polskiego salonu, po remoncie blacharskim podwozia, z klimą… Zainteresowanie jest minimalne. Ale ma błotnik zardzewiały, (estetyka) i parę rys. Ludzie chcą, żeby auto miało najlepsze wyposażenie, idelany stan wszystkiego, przebieg koniecznie poniżej 190 tys. km i cenę paczki czipsów…
    Jeżeli piszesz, że potrzebujesz bezawaryjnego auta, to Laguna, Megane itp. niestety takie nie są. Bazuję na raportach awaryjności; nie na obiegowych opiniach (które nota bene skądś się biorą). Mniej awaryjna będzie np. stara, pancerna Carina, ale z klimą to rzadka sprawa a z tempomatem to biały kruk.
    No ale – nie można mieć wszystkiego.

    PS: przejechałem się taką Meganką, fajne auto, z wyjątkiem może skrzyni, która goni jak w garnku z zupą. W końcu nie kupiłem z czego się cieszę, bo ponoć to dobry wóz, który trapią tylko drobne problemy, ale za to w kosmicznych ilościach i ciągle coś się psuje.

    • Gepard pisze:

      Wychodzę z założenia, że samochód, który w 9 miesięcy przejechał 18 tys.km,a jedyne co wymagało wymiany to teleskopy klapy bagażnika i żarówki świateł mijania jest bezawaryjny 🙂

    • pstrykEJ9 pisze:

      @Daozi, podaj ogłoszenie o tej Hondzie. Sam miałem taką prawie 3 lata i sprzedałem prawie od ręki za satysfakcjonującą mnie kwotę. Podpowiem Ci co nieco na PW, albo przez telefon co zrobić.

      A historia fajna, serio podziwiam ludzi, którzy o zwyczajnych samochodach i zwyczajnych historiach potrafią tyle pisac. Megankę I miał mój wujek, niestety spłonęła przez jego zaniedbania, szkoda bo b. ładna była i miała czarne blachy. Z tego grona najbardziej podoba mi się Bravo.

      A co podśmiehujek o E39 to nie chcę być wulgarny, ale serio ogarnijcie się, nie każdy właściciel BMW to wieśniak/janusz czy inny degenerat. Akurat E39 jest bardzo ładne samo w sobie. Dorwanie zadbanego egzemplarza pozwoli na bezporblemową eksploatację. Minusem mogą być najwyżej stosunkowo duże ceny elementów zawieszenia. Tato miał 3,0 diesla z przebiegiem 600k+ i prawde mówiąc psuły się pierdółki. Z poważniejszych rzeczy jedynie maglownica. Osobiście sądzę, ze najlepszy stosunek komfort/moc/rozsądne koszty utrzymania ma silnik 2,8 193 KM (oznaczenie M52B28TU), który idealnie się nadaje do gazu.

      • Aleksander pisze:

        Z tym E39 to najprawdopodobniej chodzi o stosunek niskiej ceny zakupu do wysokich kosztów utrzymania, których nowi właściciele często nie są świadomi. Jeżeli limuzyna segmentu E marki premium stanowi alternatywę dla kompaktów lub klasy średniej popularnej marki za te same pieniądze, to nie może się skończyć dobrze. E39 to wspaniały samochód, ale utrzymanie we właściwym stanie (w takim, żeby jeździł pewnie, niezawodnie i dokładnie tak jak powinien, zamiast żeby w ogóle jeździł i jakoś przeszedł przegląd) zawsze będzie kosztowało o wiele więcej niż takiego C5 czy Focusa. Tego niestety w żaden sposób nie da się przeskoczyć i trzeba to mówić jasno. Właściciel renomowanego nieautoryzowanego serwisu BMW z reguły odmawia obsługi egzemplarzy starszych niż 12 lat, bo ich kierowcy często nie chcą zapłacić za zrobienie tego wszystkiego porządnie i domagają się drutowania.

        Przypomniały mi się czasy, w których marzyłem o E39 540i. To były moje plany na następny samochód kiedy miałem jakieś 20 lat. Musiał koniecznie mieć manualną skrzynię i skórę, a ja od razu zamontowałbym sportowe zawieszenie uznanej firmy. Dziś taka konfiguracja wydaje mi się zupełnie bez sensu, bo przez dużą masę i ogólny charakter modelu to nie będzie samochód sportowy, a przez sportowe zawieszenie i ręczną skrzynię nie będzie dobrą limuzyną. Co ciekawe minęło już parę lat, a 540i dalej kosztują tyle co wtedy. Jakbym miał dzisiaj kupować piątkę to poszedłbym na całość i wybrał E34 540i z automatem, chociaż E28 528i też jest kuszące 😉

      • Gepard pisze:

        Zapomniałem napisać, że posiadam 40% rabatu w pewnej hurtowni motoryzacyjnej i utrzymanie E39 kosztowałoby mnie z 20% więcej niż Bravo i to na porządnych częściach.

      • PstrykEJ9 pisze:

        V-ka sama w sobie jest droga w utrzymaniu w jakimkolwiek samochodzie, ale że utrzymanie takiego 2,8 byłoby o wiele droższe niż C5, kompletnie się nie zgodzę. W C5ce pneumatyczne zawieszenie też potrafi sprawiac kłopoty. Nie wiem skąd wyczytałeś o tych właścicielach egzemplarzy 20+.

      • Aleksander pisze:

        Przy C5 nie będę się upierał, bo akurat tym modelem się nie interesowałem, a zawieszenie hydropneunatyczne faktycznie jest nietypowe. Co do BMW to nigdzie nie wyczytałem tylko sam jestem właścicielem od 10 lat. W praktyce wygląda to tak, że albo regularnie pakujesz w nie wyraźnie więcej pieniędzy niż na utrzymanie popularnych marek niższych segmentów, albo następuje stałe i regularne zgruzowanie samochodu do momentu aż ostatni właściel zostaje z kupą złomu, z którą już nic się nie da, a raczej nie opłaca zrobić. We wszystkich samochodach niemieckich marek premium wyraźnie pogorszenie stanu następuje wraz ze spadkiem ich cen, bo wtedy robią się bardzo tanie w stosunku do tego ile trzeba na nie wydawać i porządny pakiet startowy kosztuje połowę wartości samochodu. Skrajnym przypadkiem jest Mercedes W220, które bywa porzucane przez właścicieli przy kolejnych awariach. Ja naprawdę lubię niemieckie samochody luksusowe i sportowe, ale nie można się oszukiwać – to nie są tanie rzeczy, nawet jeśli mało kosztują.

      • PstrykEJ9 pisze:

        Tak, jak najbardziej się zgadzam, ale koszty utrzymania takich wolnossaków nie są kosmiczne, a na pewno nie takie jak w przypadku nowszych generacji tych marek. Na pewno większe niż aut typu Opel Astra itp. , no, ale nie oszukujmy się po osiagnięciu pełnoletności w każdym aucie coś będzie do zrobienia.

    • Wojluk pisze:

      Generalnie we francuskich samochodach wajcha od biegów to jak patyk w błocie. I nie, nie jestem germanofilem. Prywatne jeżdżę Citroenem, służbowo kilkoma VW, Renault i Daciami. Porównanie więc mam.

    • Hades pisze:

      Raporty bezawaryjności w przypadku aut które mają 20lat+

      Leżę ze śmiechu.

      Nikt takich trupów nie uwzględnia w żadnych rankingach, bo takie zabytki nie mają typowych usterek. Psuje się wszystko zależnie od stopnia wyeksploataowania.

  9. benny_pl pisze:

    ps. jesli chce sie miec klime, tempomat i inne bajery w starszym aucie to trzeba sobie kupic amerykanca po prostu 🙂
    moj Mercury Villager z 93r mial V6 3.0 150KM automat, tempomat, klime, wszystko w elektryce i wszystko dzialalo, dalem za niego citroena C15 i 1000zl a do zrobienia byly tylko glownie progi i tylne wewnetrzne nadkola co zrobilem wyspawujac wszystko z podoginanej na gietarce blachy dachowej (jest porzadnie ocynkowana). Zonka jezdzila nim ze 3-4 lata i sie nic nie popsulo, nawet automatyczna skrzynia przezyla rozwalenie miski olejowej i jechanie az przestalo jechac (pospawalem miske nalalem oleju i dalej bylo tak jak przedtem 🙂 ) z nowych czesci to 2 sworznie i jedna posuszka silnika, gumy przegubow, uszczelki pokrywek zaworow i wezyki paliwowe, nie kojaze nic wiecej, aaa jeszcze butle lpg trzeba bylo zmienic bo sie skonczyla waznosc ale to na zlomie za 100zl kupilem dlugo wazna z kwitem,
    naprawde fajny samochod, ale Zonka chciala cos mniejszego, a teraz zaluje i znow chce taki wiekszy ehhh 😉

    i jeszcze sprzedalismy za wiecej nic wyszedl zakup, no ale byl tez w znacznie lepszym stanie, jak to w zasadzie kazde auto ktore sprzedaje

  10. Kuba pisze:

    Mercury Villager to taki amerykaniec jak Jackie Chan. To inaczej Nissan Quest. Co nie zmienia postaci rzeczy, że to świetne auto – najlepszy van jakiego znam. Rewelacyjne wykorzystanie przestrzeni i świetna ergonomia.

  11. Lukasz pisze:

    @Kierowca bombowca:
    Nie miałeś żadnego problemu żeby włożyć tempomat do wolnossącego bravo?
    Gdzieś, ktoś o tym wspominał, jeżeli to takie plug@play to może skuszę się, będzie na przyszłoroczny urlop jak znalazł.

    Z tanimi autami z drugiej ręki to jest dziwnie. W 2014 mój kuzyn sprzedawał swoje mondeo kombi 1,8 lpg sekwencja-mk.1,5 glx z bodajże 2000 roku. Dość zdrowa blacha, fajny kolor metalik, klima, dobrej klasy oemowskie radio, dwa komplety kóło w tym letnie na 2 letnich alufelgach. Auto krajowe, był 3 właścicielem. Przebieg 260 tys potwierdzony, 3 lata wcześniej robiona głowica. Miał duuuże problemy żeby to sprzedać, wreszcie auto znalazło kupca wśród znajomych i poszło za 1900 złotych. Głównym wabikiem dla kupującego były ładne felgi.
    W 2016 mój tata sprzedawał swoją nubirę – rocznik 1998. Auto było chyba po małych przygodach z każdej strony, radio kaseciak dełu, brak klimy, el. lusterko i głośniki z prawej strony nie działały – efekt drutonaprawy mojego ojca chcącego wyczyścić styki w podnośniku szyby.Silnik 1,6 na lpg podciśnieniowym. Przejechane chyba ze 1900000 km, przypuszczam że faktycznie mogło być więcej (ślady wyciągania bębenkowego licznika). Plusem nubirki była pełna dokumentacja wszystkich napraw odkąd tata miał auto (9 lat). Auto poszło po drobnych negocjacjach za 2600 zł. Kupił je znajomy mojego kumpla i podobno jest zadowolony i dalej dojeżdża nim do pracy 6 km w jedną stronę. Znając oba auta zdecydowanie wybrałbym mondeo.

    • kierowca bombowca pisze:

      W Bravo jeśli tylko masz wersję minimum Dynamic, to odpowiednia wtyczka znajduje się po lewej stronie obudowy kierownicy. Wystarczy wpiąć manetkę, przykręcić ją z tego co pamiętam na jednej śrubie no i zmienić obudowę kierownicy na taką, która posiada jeszcze jedną dziurę obok manetki kierunkowskazów. Nie trzeba nawet mieć wersji z przyciskami na kierownicy. Wszystko zadziałało u mnie bez podpinania komputera, adaptacji i tym podobnych. Szczegółów musiałbyś poszukać na odpowiednich forach, bo robiłem do dobre 5 lat temu..

      Podobno stosunkowo łatwo dołożyć też Blue & Me, ale tutaj akurat łatwo nie znaczy tanio oraz przesuwany i chłodzony podłokietnik, jeśli ma się słabszą wersję.

  12. Wojluk pisze:

    Ja swój pierwszy własny samochód kupiłem z żoną tuż po ślubie czyli ponad 2 lata temu. Po wstępnej analizie chcieliśmy Puga 207 z silnikiem 1.4, ale jeszcze TU, a nie VTI. Niestety zadzwoniłem za późno. Sprawę przemyslelismy i budżet zmniejszylismy do 5kPLN. Upatrzylismy na znanym portalu Xsare Break 1.6i z Bielska na wczesnych białych blaszkach z 2000r na eleganckich zimowych nokianach (czerwiec był). Auto od pierwszego właściciela. Szybkie oględziny i za 3kPLN auto nasze. Do tego 2 tys na ogarnięcie sprzęgła i pakietu startowego. Później doszły jeszcze opony letnie, naprawa klimy i ogarnięcie przedniego zawiasa + łożysk z tyłu. Sumarycznie wyszło trochę więcej, ale od 1,5 roku tylko zmieniam olej i filtry i auto hasa (m.in. Majówka w Austrii w 4 dorosłych + bombel + walowka). No i ocynk robi robotę.
    Podsumowując tanie auto to niestety (albo stety) francuskie 😉

  13. Lukasz pisze:

    Coś w tym jest. Teściu ma od dekady puga 307 1,6 hdi 90 km z 2005r.
    W zeszłe wakacje zrobiliśmy nim jakieś 3 tysiące km i nic się nie działo. Byliśmy na trzech objazdach po kraju i przetransportowaliśmy sporo mebli. W trasie tempomat, klubowe fotele i można siedzieć jak panisko. Jedyny problem to przełącznik otwierania szyby kierowcy – nigdy niw eiadomo jak zadziała. Wspaniałe auto do kupienia za czapkę gruszek.

    • kierowca bombowca pisze:

      Mój ojciec z 307ki zadowolony nie był zdecydowanie.. Miał wczesną wersję z samego początku produkcji z silnikiem 2.0 Hdi 90. O ile na wygodę i silnik nie było co narzekać a wręcz należało chwalić ( w silniku przez 100 tys. km padł tylko raz przepływomierz ), tak jakość wykonania oraz drobne awarie doprowadzały go do szału:
      1) jadąc na wstecznym hamulec działał przy drugim naciśnięciu. W jednym ASO na gwarancji wymienili rzekomo pół układu hamulcowego, w innych dwóch – rozłożyli ręce. Pół roku później naprawiło się „samo” – podczas deszczu – i działało już do końca
      2) w tylnych drzwiach często i gęsto psuły się klamki – gdy pociągnęło się za mocno, coś w środku przeskakiwało i aktywował się ten system zapobiegający otworzeniu drzwi ze środka ( np. przez dzieci ). W efekcie trzeba było albo czekać, aż szofer nam otworzy albo opuścić szybę, otworzyć sobie z zewnątrz, po czym zamknąć szybę i drzwi.
      3) od czasu do czasu umierał i zmartwychwstawał na nowo wyświetlacz od radia. Wymieniony został dopiero podczas chyba trzeciego zgłoszenia gwarancyjnego, bo wcześniej – jak to ASO miało w zwyczaju – nie stwierdzono usterki
      4) korbka do regulacji fotela pasażera rozpadła się przy drugim użyciu. Wymieniono cały fotel.
      5) od czasu do czasu choinka kontrolek na desce rozdzielczej pojawiała się w trakcie jazdy. Ten typ tak ma.
      6) drobiazg, ale korozja tylnej klapy w dwuletnim aucie?

  14. Hades pisze:

    Jeszcze pozwolę sobie podsumować cały artykuł i komentarze.
    1. Bmw e39 z sensownym motorem tj 530i/d, 535, 540 jest autem drogim w utrzymaniu. Nie jest to żadna alternatywa dla dychawiczego kompakta 1.4. Koszty x2. Paliwo to dopiero wstęp. Nawet 528i ma swoje drogie wady, poza tym to już auto dla blacharza/lakiernika amatora.
    2. Ocenianie „awaryjności” modelu na podstawie kilkudziesięciu tysięcy km. Serio? Czyli jak nazbiera się napraw do zrobienia to auto na sprzedaż? W końcu kompletne sprzęgło+wysprzęglnik+koło dwumasowe+wymiana to >5000zł. Dobre 1/3 wartości tej Laguny.
    3. Artykuł słaby i generalnie auta nieciekawe. IMO nie pasuje do poziomu automobilowni.

    Miałem w swoim życiu >20 używanych samochodów z przedziału 500-60000zł. Zasada generalnie taka – im szybciej i wygodniej się podróżuje tym koszta utrzymania rosną nieproporcjonalnie. Śmieszą mnie ludzie kupujący przechodzone auta „premium”, których gołym okiem widać że nie stać na nowe tipo 1.4. Kuoiwanie używanych części i chińskie zamienniki to nie serwis.

    • Gepard pisze:

      W tej chwili w Lagunie nic nie wymaga napraw – jedynie za jakieś 7-8 tys. km trzeba będzie zrobić serwis olejowy i powoli kończą się tarcze i klocki hamulcowe na tylnej osi, za jakieś 2-3 miesiące trzeba będzie pomyśleć o wymianie.

      Kompletne sprzęgło i dwumas to 5000 zł? W hurtowniach zestaw dobrej marki to koszt max. 2500, a ja mam 40% rabatu na zakup części. Koszt wymiany to z 300 złotych, spokojnie zmieściłbym się w 2 tysiącach. Zawsze, powtarzam zawsze kupuję nowe części od najlepszych producentów.

      Dlaczego zakładasz z góry, że nie stać mnie na zakup E39 czy nawet nowego Megane z salonu, skoro nic o mnie nie wiesz, choćby tego jak się nazywam? Sprzedając Bravo poważnie myślałem o kupnie nowego Megane, ale mam ważniejsze wydatki i resztę pieniędzy wolałem wydać na coś innego.

      Gdyby artykuł był słaby, to na pewno Szczepan nie zdecydowałby się na jego publikację.

    • PstrykEJ9 pisze:

      Boże, faktycznie historia jakich wiele, ale czyta się miło i podziwiam literacki kunszt autora, oraz doceniam fakt, ze chciał się z nami podzielić wrażeniami z eksploatacji tych bądź co bądź zwyczajnych aut. W którym miejscu E39 528i ma „drogie wady”?

      Patrzę, że podejście typowego wychowanego w PRL nie obrażając polaczka co to w latach 90 śmiał się z jeżdżących W115 z dziurami w nadwoziu, ale przebiegiem 500k +, a sam w swoim Polonezie Caro po 80kkm remontował cały silnik, no, ale nowe auto z salonu toż, paaaanie. Niestety mentalność godna ludzi 40+ i prawdę mówiąc średnio się da z tym walczyć.Dlaczego zakładasz, że ludzie uzytkujący kilkunastoletnie marki premium to w janusze ? Sam mam kilkunastuletnie BMW i nic a nic nie oszczędzam na eksploatacji. Autor bloga całe życie jeździ kilkunastoletnimi Mercedesami, podobnie jak to wcześniej robił jego Tato i co jemu też powiesz, że nie stać go na nowe Tipo z salonu? Żenujące jest porywanie się na premium jeśli się nie jest w stanie utrzymać, ale jeszcze bardziej żenujące jest generalizowanie. Powiedz mi ile aut marek premium jest naprawiane druciarskimi metodami? 5%? Może 10 %. A z drugiej strony właściciele kilkunastoletnich kompaktów nie oszczędzają? Dobre sobie, lanie wachy na auchan (mieszkam niedaleko stacji), z tego co zauważyłem domena właścicieli starszych francuzów, temu jestem do nich nieco uprzedzony. Ile widziałeś poza tym różnokolorowych, totalnie zgnitych golfów, focusów itp.? Że nie wspomnę, że 90% Golfów 1,4 i 1,6 jeździ zwykle na podtlenku LPG, nie żebym coś do tego miał, ale nieco przeczy to tezie jakoby właściciele kompaktów pospolitych marek tak dbali o auta

      • Wojluk pisze:

        Panie, nie obrażaj Pan 😛 Na żadnym Auchan nie tankuje. Auta także nie drutuje, tak jak poprzedni właściciel. Więc z tymi kilunastoletnimi francuzami to także trochę generalizowanie.

      • PstrykEJ9 pisze:

        Chciałem zauważyć właśnie że tak się generalizuje właścicieli kilkunastoletnich premiumów. No właśnie „jak poprzedni właściciel”, też mam kumpla trochę miłośnika franuczów, który kupił Peugeota 407 konkretnie podpicowanego do sprzedaży. Potem się okazało, że na dzień dobry trzeba było włożyć jakieś 5-6 tyś zł, żeby auto jako tako jeździło. Właściciel totalnie nie dbał o wóz.

      • jonas pisze:

        Ale co jest nie tak z laniem wachy z Auchana albo stacji samoobsługowych? Mam samochód z 2014, nigdy nie było żadnego problemu po zatankowaniu gdziekolwiek – Auchan, BP czy samoobsługowa Emila, żadnej różnicy w pracy silnika.

  15. M&M pisze:

    Pierwszy mój samochód był właśnie za 10 tyś. 10letni Nissan Sunny. Wpierw cudo, a potem okazało się że popowodziowy. Elwktryka zyla wlasnym życiem. Ostatecznie padł silnik.
    Drugi samochód Opel Corsa wówczas 7letni za 12 tyś. Jeździł u mnie 6 lat, używała to żona, a potem jeszcze kilka lat u szwagra. Zjedzony przez rudą.
    Potem już nowe z salonu.

  16. K1 pisze:

    Fajnie opisane. Zgadzam się z autorem.
    Moje pierwsze auto było za 3000 zł (ford Escort). Auto wygodne, ale bardzo awaryjne. Mimo że naprawy były tanie to mocno uciążliwe.
    Tanie auta niestety nie nadają na jazdy dalsze niż wokół komina i ciągle stoją w warsztacie.
    Są dobre dla osób które znają się na mechanice i są w stanie sami je serwisować jak kolega benny_pl.
    Obecnie kupuję auta ok. 8-10 letnie. Za dość niską cenę otrzymuje się auto w miarę nowoczesne, dobrze wyposażone i którym śmiało można jechać w długą trasę.
    Swoje obecne auto (ford mondeo mkIV) też wybierałem krócej niż 30 minut 😀. I jestem z niego bardzo zadowolony.