C’EST LA VIE: ŚPIĄCE PIĘKNOŚCI

Każdy polski entuzjasta klasycznej motoryzacji słyszał o kolekcji pana T.T. z Grodziska Mazowieckiego. Wersji jej historii, a także życiorysu właściciela, jest mnóstwo, a co jedna, to bardziej sensacyjna. Poszczególne relacje różnią się nawet najważniejszymi elementami: zajmowanym przez owego pana stanowiskiem państwowym (od kwatermistrza Ludowego Wojska Polskiego, poprzez wysokiego dygnitarza MSW aż do… urzędnika Wydziału Komunikacji na warszawskiej Pradze), źródłem pochodzenia samych zbiorów (łupy wojenne, odkupywanie za grosze od Polaków po zakazaniu prywatnej eksploatacji większych aut, itp.), a nawet przyczynami śmierci sędziwego kolekcjonera na początku lat 90-tych (tutaj strach nawet wspominać niektóre wątki). Zgoda panuje jedynie co do tego, że kolekcja była jedną z największych i najcenniejszych w Europie. Co ciekawsze okazy – Maybach Zeppelin, Bugatti 57, Mercedes 540K – zostały sprzedane za Zachód jeszcze w latach 60-tych i 70-tych, gdzie stanowią dziś ozdoby muzeów i prywatnych zbiorów. Reszta do pewnego czasu pojawiała się na rajdach oldtimerów, niektóre były też wypożyczane do ról w polskich filmach. Resztki zbiorów powoli niszczały w powszechnie znanej i w żaden sposób nie strzeżonej hali w Grodzisku (zdjęcia i filmy można pooglądać w Internecie), aż w końcu korozja do spółki z szabrownikami dokonała swego dzieła.

Wszystkie te opowieści, a raczej – wszystkich opowiadających – łączy przekonanie, że "takie rzeczy, to tylko w Polsce". To dobry przykład bardzo u nas rozpowszechnionego przekonania, że całą Ziemię poza niewielkim fragmentem zawartym między Odrą, Bugiem, Bałtykiem i Tatrami zajmuje kraina wiecznej szczęśliwości, gdzie fruwają pieczone gołąbki, a jakiekolwiek problemy i patologie pozostają nieznane. A tymczasem…

Koneserom szlachetnych win znane jest świetnie nazwisko francuskiego enologa, urodzonego w Genewie w 1928r. Michela Dovaza. Dorobił się on sporej fortuny i sławy jako czołowy autorytet w dziedzinie winiarstwa. Mniej znany jest natomiast fakt posiadania przez niego kolekcji ponad 50 samochodów, w większości przed- lub tuż-powojennych, które niemal co do jednego zdekomponowały się na terenie jego posiadłości niedaleko miasteczka Montauban, które dzięki temu możemy chyba ochrzcić francuskim Grodziskiem Mazowieckim.

Kolekcja została odkryta w 1983r. przez Niemca, Herberta Hesselmanna, który jakimś cudem uzyskał zgodę na wejście na teren posesji z porządnym sprzętem fotograficznym. Sporządził on wtedy profesjonalny fotoreportaż, wydany trzy lata później w formie książki pt "Die schlafenden Schönheiten" (po angielsku – "Sleeping Beauties"). Publikacja wywołała sensację na rodzącej się dopiero oldtimerowej scenie zachodniej Europy, jednak nie mówiła nic o lokalizacji kolekcji ani też o postaci właściciela, występującego w niej pod zmienionym imieniem Pierre.

Dopiero w 1990r. w pewnym muzeum we Francji zorganizowano czasową wystawę 26 z rzeczonych wraków. Ekspozycja była wspaniała, z zaaranżowanymi w salach fragmentami stodół, szop i zarośniętych pajęczynami garaży, w których "śpiące piękności" stały tak, jak chcieliby je odnaleźć polujący na tego typu znaleziska poszukiwacze. Pochodzenie całego skarbu nadal otaczała tajemnica.

Sprawę wyjaśnił dopiero w 2007r. Holender, Arnoud op de Weegh. Po kilkuletnim śledztwie namierzył on zamczysko w pobliżu Montauban, gdzie stała kolekcja, a także zidentyfikował Michela Dovaza jako jej właściciela i po długich namowach przekonał go do przerwania milczenia. Wynik pracy de Weegha zawiera kolejna publikacja – "The fate of the Sleeping Beauties" z 2013r.

Okazało się, że Dovaz zbierał samochody w czasach tuż po wojnie, kiedy to skrajnie lewicowe rządy Francji programowo zwalczały przedmioty luksusowe, m. in. wprowadzając horrendalne podatki od samochodów z większymi silnikami (zdefiniowanymi jako przekraczające 15 francuskich "koni podatkowcyh", odpowiadających mniej więcej 2,7 litra pojemności). W połączeniu z trudno dostępną i drogą benzyną oraz brakiem serwisu i części sprawiło to, że najwspanialsze Bugatti, Delahaye czy Bentleye rozdawano wtedy każdemu chętnemu za cenę złomu lub wręcz za darmo. Dovaz obficie z tego korzystał, ale ponieważ bynajmniej nie był jeszcze milionerem, nie stać go było na należyte utrzymanie owych pereł inżynierii i coachbuildingu, a chore podatki sprawiły, że większość z nich była wyrejestrowana. Początkowo auta stały… pod chmurką, na paryskiej uliczce pod mieszkaniem Dovaza. Jednak w miarę powojennej popularyzacji automobilizmu ruch w stolicy Francji coraz bardziej się zagęszczął, zaczynało też brakować miejsc do parkowania. Sąsiedzi mocno protestowali przeciwko zaśmiecaniu ulicy złomem, więc w 1964r. wszystkie auta zostały wywiezione za miasto. Tam w spokoju dogorywały sobie przez 20 lat – zupełnie jak grodziska kolekcja pana T.T. Żeby jeszcze bardziej podkreślić podobieństwo sytuacji, warto dodać, że zanim w 1983r. Hesselmann udokumentował zbiory, kilka ich elementów zostało skradzionych.

Michel Dovaz ma dziś 87 lat. Po Paryżu porusza się głównie metrem, a cięższe zakupy wozi Smartem. W ciągu ostatniego ćwierćwiecza sprzedał wiele pojazdów ze swej kolekcji. Większość z nich została odrestaurowana i bryluje na konkursach elegancji na całym świecie. Mimo że na zdjęciach z 1983r., auta robiły wrażenie ostatecznie zdekomponowanych, niewiele z nich wymagało prac bardziej złożonych od renowacji lakieru i tapicerki, bo ich przebiegi były śmiesznie małe, a klimat Francji jest bardziej łaskawy dla samochodów niż rudej zarazy. Jednak dziesięć pojazdów ciągle jeszcze "śpi" i czeka na swą kolej.

Reasumując: To nieprawda, że takie historie zdarzają się tylko u nas. Nieprawda, że zawsze gdzieś w tle pojawiają się komunistyczne czy faszystowskie zbrodnie i ludzie złej woli. Świat jest nieskończenie różnorodny (w automobilizmie widać to szczególnie pięknie!!), a problemy i urzędowo-fiskalne przeszkody pojawiają się wszędzie i zawsze. Na szczęście, niektóre historie kończą się happy endem.

Gorąco zachęcam do zapoznania się z oboma publikacjami o "Śpiących Pięknościach". Są dostępne w kilku zachodnich językach, w tym w powszechnie już u nas znanym angielskim, ale najważniejsze są tam i tak zdjęcia. A tych nie brakuje zresztą nawet w InternecieGoogle stoi otworem.

(post z klasycznie.eu, 2.III.2014)

Foto: http://www.sucksqueezebangblow.com

Share Button
Tagi: , ,
6 comments on “C’EST LA VIE: ŚPIĄCE PIĘKNOŚCI
  1. michau pisze:

    Skrajnie lewicowe, powojenne francuskie rządy podciągnąłbym osobiście pod zbrodnie komunistyczne choć zgadzam się z ogólnym wydźwiękiem tekstu.

  2. Maliszep pisze:

    Link nie dziala, moze chodzilo o ten: http://www.cahors-auto-retro.fr/02dovaz2.html

    • SzK pisze:

      Zdjęcia są dostępne tu i ówdzie, ale link już poprawiłem (wcześniej adres był ucięty, mój błąd).

  3. Fabrykant pisze:

    I Słusznie Pan prawi, panie Szczepanie. A jakby kto chciał się na przykład wyzwolić ze szponów gnębiącej polskiej administracji, to niech lepiej nie wybiera Włoch, bo tam jest jeszcze dwa razy gorzej.

    Co do wraków, zalegających po szopach, to jeszcze ich trochę zalega i marnuje się po całym świecie, a także będzie marnować i zalegać dalej. Mówię z autopsji, po swojej szopie. Wiele osób żyje złudnymi nadziejami (na odnowienie), no bo jak tu żyć bez nadziei? Jak wiadomo: "nie sprzedam, będę robił". Hasło aktualne w każdym punkcie kuli ziemskiej.

  4. Art pisze:

    Chyba się Francuzi zmówili w tej kwestii z ówczesnymi prlowskimi aparatczykami.
    Polska administracja z lat 50 również „uszczęśliwiała” użytkowników posiadających pojazdy o dużej pojemności domiarami. W ten sposób unicestwiono sporą ilość przedwojennych „ostańców” oraz pounrrowskich niepoprawnych politycznie limuzyn.

    • SzK pisze:

      Za stalinizmu przez pewien czas całkowicie zabroniono eksploatacji prywatnej samochodów powyżej bodajże 1,5 litra pojemności (co do liczby mogę się mylić, bo nie mam teraz pod ręką źródeł). Ponadto kierowcy bezlitośnie eksploatowali zachodni sprzęt i słabo o niego dbali – z czystego lenistwa, bo ewentualne awarie i tak dało się wytłumaczyć tym, że to „imperialistyczny złom”, więc się rozpada w rękach. Do tego mogli sprzedawać na lewo paliwo, bo normy zużycia były liczone dla aut radzieckich, więc jeżdżąc poniemieckim Oplem czy Mercedesem, a nawet jako-tako wyregulowanym Amerykanem, dało się z palcem w nosie wyrabiać duże oszczędności.