POMNIKI TRWALSZE NIŻ ZE SPIŻU: GDY NIE MOŻESZ UCIEC W BIESZCZADY

 

Wśród znanych mi korpoludków można znaleźć takich, którzy zazdroszczą prostym ludziom mieszkającym na wsi i żyjącym z tego, co urodzi im ziemia. Siedzą tacy w klimatyzowanym biurze, popijają firmowe, wegańskie latte z automatu, a kiedy w mieszkaniu wywali im korki, dzwonią na 112. Ale w kółko powtarzają, jak bardzo chcieliby „rzucić tym wszystkim i wyjechać w Bieszczady„. Zawsze jestem ciekaw, dlaczego żaden z nich jeszcze tego nie zrobił – przecież nikt nie zabrania…

Widziałem kiedyś taki mem: walący się szałas na połoninie, obok spocony brodacz dźwigający dwa wiadra wody ze studni i podpis „W ŻYCIU W BIESZCZADACH NAJGORSZE JEST TO, ŻE NIE MA SIĘ OPCJI BY RZUCIĆ TYM WSZYSTKIM I WYJECHAĆ W BIESZCZADY„. Korpoludek, jeśli tylko naprawdę zechce, zawsze może zamieszkać w szałasie, ale zmiana w drugą stronę jest znacznie trudniejsza. Zaiste, największym i najbardziej niedocenianym luksusem jest wolność wyboru.

My, Polacy, zazdrościmy np. Niemcom. Oni za średnią pensję mogą kupić ponad 2.200 litrów benzyny, my – tylko 700. Na nowego Golfa z salonu pracują ledwie pięć miesięcy z hakiem. Ale mają też problem: mieszkając w Niemczech nie mogą zaimportować sobie jakiegoś taniego gruzu z Niemiec. Zupełnie jak bieszczadzki góral, który przed swą codzienną harówką nie może uciec w Bieszczady.

Tak, wiem – gadam bzdury, bo Niemiec jak najbardziej może jeździć tanim gruzem po innym Niemcu i nie musi go nawet importować. Dziś – poniekąd tak, choć utrudniają to coraz ostrzejsze restrykcje (pseudo)ekologiczne. Kiedyś było jednak jeszcze gorzej: otóż za naszą zachodnią granicą żyją jeszcze ludzie, którzy w młodości realnie zarabiali znacznie mniej niż my teraz i walczyli z reglamentacją podstawowych towarów, jak w późnym PRL. Gdy zaś nastał wolny rynek, nie mogli nawet przytargać na lawecie rozbitka od Niemców – ponieważ to oni byli Niemcami i nikt na kontynencie nie miał lepszych aut używanych. Bo na dobrą sprawę, to nikt nie miał żadnych.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , ,

PERSPEKTYWA INSIDERSKA: KRYZYSOWE PRELUDIUM

 

W przeszłości wiele modeli Hondy brało swe nazwy ze sfery muzyki: Accord, Ballade, Beat, Concerto, Jazz, Quint/Quintet, Remix… Ale najciekawsza z nich była zawsze Prelude.

Prelude to coś, co powinienem uwielbiać: średniej wielkości, nieprzesadnie agresywne coupé bazujące na niedrogiej i bezproblemowej w eksploatacji technice wielkoseryjnej. Zwierzę w zasadzie porównywalne z Mercedesem CLK, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Dopiero rzut drugi, najlepiej taki wykonany zza kierownicy, ujawniał, że to jednak trochę inny gatunek.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

MODELOLOGIA STOSOWANA: AMERYKANIN POD PARYŻEM

Jakiej narodowości jest marka Ford?

Kiedy byłem mały, wszyscy mówili, że amerykańska. „Wszyscy” – to na przykład mój świętej pamięci Dziadek, który w wojsku widział ciężarowe Fordy i „Sztudebakery„, przysyłane do Polski przez tzw. ciocię UNRRĘ. To był prawdziwy powiew Wielkiego Świata – nie to, co np. radzieckie ZISy 5 z drewnianymi kabinami. „ZIS PIAT’ – Z GÓRY JECHAĆ, POD GÓRĘ PCHAĆ” – takie mądrości Dziadek powtarzał jeszcze po 50 latach przeciwstawiając radziecką siermięgę technice rodem z USA.

Gdy jednak dostałem do ręki książkę „Pojazdy Republiki Federalnej Niemiec” Zdzisława Podbielskiego, ze zdumieniem odkryłem, że są w niej opisane niemal wszystkie modele Forda, jakie wtedy znałem: Taunus, Escort, Sierra, Granada… Mało tego: książka wspominała też o fordowskich fabrykach w Anglii, Hiszpanii i Belgii!!

Z biegiem lat dowiedziałem się, że trudno znaleźć rejon świata, gdzie Ford nie miałby swoich oddziałów i gdzie nie oferowałby mniej lub bardziej lokalnych produktów. Przykładowo, w zasadzie przez całą Epokę Chromu filia brytyjska i niemiecka produkowały zupełnie różne samochody, które wręcz z sobą konkurowały, zwłaszcza w krajach Beneluxu, Skandynawii czy w Szwajcarii (pierwszymi wspólnymi produktami Kolonii i Dagenham były dopiero Capri i Escort). To są rzeczy powszechnie znane, znacznie mniej ludzi jest jednak świadomych istnienia trzeciego bytu – odrębnego oddziału Forda francuskiego, z fabryką w Poissy.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , , , , ,

AUTO-VALHALLA: ZDENZELOWANE „GARBUSY”

 

Austria to kraj bliski Polakom.

Do Wiednia jest nie dalej niż do Poznania, tylko źli ludzie postawili szlabany i nie pozwalają przejechać” – mówił mi we wczesnym dzieciństwie tata, z zawodu nauczyciel geografii, który wychowywał mnie z atlasem w ręce. On tego typu odkryć dokonywał jak nastolatek, jeżdżąc palcem po mapie i zadając sobie co chwilę pytanie: dlaczego jego dziadek, maszynista kolei warszawsko-wiedeńskiej, jeździł gdzie chciał i nikogo o zdanie nie pytał  – ani on, ani tysiące jego pasażerów. Komu to przeszkadzało…?

Bliskość Austrii to nie tylko geografia – sporą część polskiego społeczeństwa tworzą potomkowie obywateli austro-węgierskich. Mój zmarły sześć lat temu dziadek – syn wspomnianego c. k. kolejarza – urodził się w 1917r., a więc jeszcze jako poddany austro-węgierskiego cesarza, a jego 10 lat starsza siostra do końca życia mawiała, że „nie było to jak za Kaisera Franza„. Niemało tradycyjnych, galicyjskich domów do dziś ma na ścianach portrety Franciszka Józefa (często upstrzone przez muchy, jak w pierwszej scenie „Przygód dobrego wojaka Szwejka” – albowiem z jakiegoś nieznanego mi powodu owady faktycznie lubią przysiadać na oleodrukach).

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: , ,

(NIE)RZECZYWISTOŚĆ RÓWNOLEGŁA: AJ-BI-EM !!

W 1997r. w moim życiu miały miejsce dwa przełomy: w grudniu zrobiłem prawo jazdy i zacząłem jeździć samochodem, a kilka miesięcy wcześniej zamieniłem wysłużoną Amigę 1200 na tak zwanego aj-bi-ema.

Tak właśnie w ówczesnej Polsce mówiono na pecety: aj-bi-em. I to mimo że prawdziwych produktów firmy IBM w Polsce praktycznie nie było. Kupowało się chińskie podzespoły, skręcało wespół z jakimś doświadczonym kolegą, instalowało pirackiego Windowsa (każdy szanujący się guru informatyczny na pamięć znał odpowiednie kody aktywacyjne) i kopiowało ulubione gry. A w dziedzinie komputerowych gier największy postęp miał miejsce właśnie w latach 90-tych.

Jak pisałem już wielokrotnie, moja komputerowa świadomość została ukształtowana przez Amigę, której użytkownicy wręcz nie znosili się z pecetowcami, niczym kibice Cracovii i Wisły (choć przy zachowaniu nieco bardziej cywilizowanych środków wyrazu). To faktycznie był znakomity system, bijący na głowę całą konkurencję, lecz niestety, wytwarzany przez marketingowych ignorantów. Po bankructwie producenta (1994r.) konieczność przejścia do wrażego obozu PC była już tylko kwestią czasu. Ja czekałem jeszcze trzy lata, przy czym bezpośredni impuls dał mi nowy, dziwaczny wynalazek zwany Internetem i będący – jak wtedy mówiono – bezużyteczną zabawką dla komputerowych maniaków. Po wpięciu kabla do gniazdka telefonicznego wykręcało się numer 20-21-22, słyszało parę dziwnych pisków i… w teorii dało się połączyć z zalążkową formą sieci www, serwerem poczty elektronicznej albo prymitywnymi chat-roomami, jednak w praktyce była to rzeczywiście bardziej sztuka dla sztuki niż coś praktycznego. Modemy osiągały szybkości transferu rzędu kilku kB/s, a korporacyjne stronki – np. producentów samochodów – ładowały się po kilka minut i nie oferowały nic poza podstawowymi danymi technicznymi produktów i ich obrazkami wielkości znaczków pocztowych. Każdy szanujący się samochodziarz znał na pamięć znacznie więcej szczegółów, a papierowy katalog Samochody Świata oferował też więcej zdjęć, w lepszej rozdzielczości i większym rozmiarze. Nawet cenowo wypadał nieźle, bo za połączenie z Internetem płaciło się jak za rozmowę lokalną, według zwykłej stawki Telekomunikacji Polskiej (operatorzy nie oferowali jeszcze darmowych minut, nawet miejscowych). Nie mówiąc o blokowaniu linii całej rodzinie, w której nikt nie miał przecież żadnej komórki (a nawet jeśli, to połączenia kosztowały krocie, więc nie dzwoniło się z niej siedząc w domu). Musiało minąć jeszcze ładnych parę lat, zanim domowy komputer stał się prawdziwym oknem na świat. Na razie służył mi do tego samego, co wcześniej: czasami do redagowania prostych tekstów w edytorach (np. pierwsze cenniki i ulotki w firmie taty, reklamujące ofertę tak zwanego „kontyngentu bezcłowego”, składałem osobiście w amigowskim edytorze Wordworth), ale przede wszystkim do grania. A tutaj żywiołowy rozwój platformy PC dawał niesamowite możliwości.

Czytaj więcej ›

Share Button
Tagi: ,