WPIS GOŚCINNY: Ekscentryka prąd nie tyka

Tytułowe

No niestety.

Do niedawna na Automobilowni rządziła Polska Racjonalna, w osobie Sz. P. Autora Szczepana. Niestety czasy się zmieniają i w tym wpisie doszła do władzy Polska Emocjonalna („Czasy się zmieniają, ale pan ciągle jest w komisjach” – cytat) w mojej, Fabrykanta rozbuchanej dygresjami osobie. Jakoś musicie to znieść.

Do tego w jednym wpisie postanowiłem napisać wszystko to, co Szczepan zawarł we wszystkich swoich dwustu pięćdziesięciu artykułach, zatem może to być nie do zniesienia.

Na pocieszenie powiem wam, że więcej wpisów gościnnych nie mam napisanych, więc następny artykuł już będzie na standardowym poziomie i z ulgą wszyscy (w tym ja) powitamy powrót do normalności na naszym ulubionym blogu.

Coming out

Kiedyś trzeba zadebiutować jako ten petrolhead, ujawnić się, zdeklarować, zdemaskować.

No dobra: KOCHAM WAS, SAMOCHODY!

Przypuśćmy, że macie kupę szmalu. Co też byście sobie kupili? Fiata Punto II 16v, czy może jakiś supersamochód?

To kwestia zdecydowanie nierozstrzygnięta, należy ją zbadać dogłębnie, ponieważ nikt tego jeszcze nie zrobił. Postanowiłem to uczynić. Przyznaję, że było mi łatwo, dużo łatwiej, niż komu innemu, bo jestem posiadaczem wyżej wymienionego Fiata. Jego też kocham miłością ślepą. Jest uosobieniem przedmiotów, które lubię bardzo i poważam – niepozornych, bez zadęcia, ale robiących swoją robotę i mających ukryte zalety. Ja i Fiat trafiliśmy na siebie nieco przez przypadek, poznaliśmy się pewnego letniego popołudnia 2002 roku, ale zostaniemy zapewne nierozłączną parą na dłużej. Przeżyliśmy już wspólnie wiele i zanosi się na trwały związek – póki śmierć techniczna nas nie rozłączy. Do samego końca.

To chyba miłość, n’est- ce pas?

Przebłysk geniuszu niemieckich inżynierów posiadam
Człowieku, szesnastoletni
Trabant
Tylko wsiadać i rura! Gaz do dechy
Największe źródło motoryzacyjnej uciechy
Słychać śmiechy? Patrz ten koleś w
Seicencie
Śmieje się,

Padnie na pierwszym zakręcie
Szyby małe, silnik wyje
Tak, że gadać się nie da
Ale prędkość synu, prędkość i już go wyprzedzam
Helmut mnie nigdy nie zawiedzie
Mam do niego zaufania ogrom
Tam się zepsuło wszystko co się zepsuć mogło

(…)

Rura, Helmut Rura, nie zwalniaj w mieście
Helmut, o więcej prosić nie śmiem
Tylko wieź mnie
Chociaż tyle razy już mi się zepsułeś
Na zawsze ty i ja – wierzę w ten duet

Helmut – ty jesteś lepszy od tych Merów, czy BeeM
Wyprzedź je, to zawiozę Cię na Cepeen
Wiem, że lubisz gasnąć w chwilach nieodpowiednich
Ktoś nas wyprzedzi? Zaraz będziemy przed nim!

Łona i Webber – „Helmut Rura”

 Miłość do samochodów, za czasów dzieciństwa platoniczna, jak u wszystkich przeszła w fazę miłości fizycznej w czasach licealnych. Wtedy to postanowiłem przelecieć je wszystkie. Do dzisiaj zaliczyłem jakieś 140 samochodów, którymi się przejechałem. Był to wyczyn raczej humorystyczny, bo niektóre pozycje na tej liście, to były na przykład wycofanie z parkingu na ulicę, które dawały mi podstawy do zapisania w kajeciku następnego podboju. Na początku przelatywałem co popadło, ale potem gust mi się wysublimował i już teraz nie przelatuję byle czego.

Na ławeczce

Na początku podobały mi się wszystkie kobiety: grube, chude, starsze, młodsze, blondynki, brunetki. Potem zacząłem trochę przebierać- raczej młodsze, raczej blondynki niż brunetki, a najlepiej szatynki, szczupłe, ale nie kościste. Jeszcze później zacząłem gustować w przyćmionych lampkach, cichej muzyce, cienkiej bieliźnie i dwóch kieliszkach dobrego wina na stoliku. Myślałem, że mi się smak coraz bardziej sublimuje, a to były początki impotencji…

Wisława Szymborska, z serii Podsłuchańce.

Nawet nie zauważyłem, jak sporo pozycji z mojej listy stało się w międzyczasie zabytkami, albo youngtimerami.

Hm.

Nie wiem, czy nie większość.

Niemniej podnieta dała o sobie znać, gdy znajomy zaproponował mi przelot czymś, o czym wielu myśli, ale nikt nie próbuje. BMW i8.

To jest jednak coś!

Nie wiadomo po prawdzie do końca – co.

i8 – samochód, który czytając katalogi i motoryzacyjne artykuły nie do końca da się określić. Czy można zapałać do niego uczuciem? Do tego diabelskiego nasienia, zwiastuna nadciągającej wśród błyskawic przyszłości? Do tego proroczego obiektu, który wieszczy kres ery jaką kochamy? Kres, schyłek i koniec?

Czy aby nie jest jaki czarny rycerz, w hełmie ze skrzydłami drapieżnego ptaka, który sprawia, że budzimy się w nocy z krzykiem; „Jak to?! To nie będzie już więcej bulgotu V8?!

Otóż tak. Pewnie nie będzie. Same samojezdne elektryki i autonomiki od Google’a.

Czy będzie „mli- mli” jak w „Powrocie z gwiazd” Lema? Wszystko milutkie, ugrzecznione, ekologiczne, cichutkie i bezpieczne aż do niemożliwości? W każdym aucie śledząca czarna skrzynka, nie dopuszczająca do przekroczeń prędkości i żadnych ekscesów, chroniąca przed wypadkiem?

„Nagle zobaczyłem wielką czarną sylwetkę i równocześnie uderzyłem o coś rękami. To było auto. Po omacku odnalazłem drzwiczki. Gdy je otwarłem zapaliła się lampka.

Wszystko robiłem teraz z celowym, skoncentrowanym pośpiechem, jakbym miał dokąd jechać, jakbym musiał…

Motor odezwał się. Poruszyłem kierownicą i w świetle reflektorów wyjechałem na drogę. Ręce mi się trochę trzęsły, więc zacisnąłem je mocniej na kole. Nagle przypomniałem sobie czarną skrzynkę, zahamowałem gwałtownie, aż zniosło mnie na skraj szosy, wyskoczyłem, podniosłem maskę i zacząłem jej gorączkowo szukać. Motor wyglądał zupełnie inaczej, nie umiałem jej znaleźć. Może na samym przodzie. Kable. Żeliwny blok. Kaseta. Coś nieznanego, czworobocznego – tak, to. Narzędzia. Pracowałem gwałtownie, ale uważnie; prawie nie pokrwawiłem rąk. Nareszcie ująłem oburącz ten ciężki, jak gdyby lity czarny sześcian i cisnąłem nim w przydrożne krzaki. Byłem wolny. Zatrzasnąłem drzwi, ruszyłem. Już zbudził się wiatr szybkości. Rosła. Motor huczał, opony wydawały głuchy przeszywający syk. Zakręt. Wszedłem nie zwalniając, ściąłem go z lewej, wyszedłem. Drugi, ostrzejszy. Czułem jak olbrzymia siła wygniata mnie, wraz z maszyną, na zewnątrz łuku. Ale jeszcze było mi mało. Następny zakręt. W Apprenous były specjalne auta dla pilotów. Robiliśmy na nich karkołomne sztuczki, chodziło o refleks. To jest bardzo dobre ćwiczenie. Także zmysłu równowagi. Na przykład, żeby na wirażu przerzucić auto na dwa zewnętrzne koła i jechać tak jakiś czas. Umiałem to kiedyś. I zrobiłem teraz, na pustej szosie, lecąc w rozgniataną reflektorami ciemność. Nie żebym chciał się zabić. Po prostu nic mnie to nie obchodziło”

Stanisław Lem „Powrót z gwiazd”, 1961.

Ech, ten pęd do wolności…

Pożyjemy zobaczymy.

Niewiele na mojej liście przeleceń mocnych, sportowych potworów, zwłaszcza takich świeżej daty. W czołówce sytuuje się pewnie Audi A8 (D2) 4,2 i wspomniany kiedyś w komentarzach Imperial Crown 6,7 rocznik 1968. No ale na pewno nie są to pojazdy zdolne powalić stosunkiem mocy do masy. Już już, prawie do BMW i8 zbliżałby się charakterem Chevy Corvette C3 Stingray, gdyby nie to, że był to niezarejestrowany wrak, sprowadzony ze Stanów jako „dobra baza do remontu”. Zapewniał rzeczywiście ekstremalne wrażenia, ryczał urwanym wydechem i krzesał snopy iskier, wszystko dzwoniło i telepało, a każda jego oś i każde koło postanawiało jechać w inną stronę. Natomiast nie przeszkadzało mu to wydawać boskiego gulgotu i pakować do przodu przy każdym muśnięciu gazu.

Już już, prawie prowadziłbym coś, co nieco zbliża się charakterem do i8 – mianowicie BMW 645Ci (E63), gdyby nie to, że test drajw trwał 5 minut, na wąskich podmiejskich uliczkach, i oprócz tego że „fajne, nieźle jeździ”- więcej się na jego temat nie wypowiem.

Jak widać nie mam zatem do i8 dobrego materiału porównawczego. Porównam go sobie zatem do Fiata Punto, a co.

(Koń jaki jest – każdy widzi).

Geneza, uprzedzenia i kombatanckie wspomnienia.

Nie będę przerabiał szanownemu Sz.K. Automobilowni na salon BMW i podawał wszystkich cudownych technologii jakie w i8 zastosowano i które mają różne wymyślne angielskie nazwy, ale ciut podsumować by należało.

Generalnie – frontem silnik elektryczny napędza przednie koła – ma moc 131 koni, od tyłu silnik benzynowy 1,5 litra, trzycylindrowy, podwójne turbo – 231 koni, środkiem lekka rama z włókna węglowego i plastiku, oraz akumulator – jak w Nokii, tylko większy. Oba silniki mogą działać łącznie, lub tylko sam elektryk. W razie czego silnik benzynowy ładuje akumulator dla elektrycznego. Można go też ładować z gniazdka, zatem to hybryda plug-in. Łącznie ma to moc 362 KM i przyspiesza do stówy w 4,4 sekundy.

No nienajgorzej.

Jest to lekkie bydlę. Waży 1485 kilo. Przejrzałem internet. Czyli o sto kilo więcej niż aktualny Prius i o 630 (!!!) kilo mniej niż Tesla S. Również o 400 (!!!) kilo mniej niż BMW 640i o podobnej mocy. Najbliżej mu do bezpośredniego konkurenta – Carrery 4S, które jest nieco mocniejsze i waży podobnie i przyspiesza podobnie. I kosztuje też dość podobnie.

No, raczej mnie nie stać, ale co tam.

Powyższe dane techniczne mówią mi przede wszystkim jedno – lepiej nim w nic nie przydzwonić, bo mogiła. Karbon, sami rozumiecie. Cytryn i Gumiak nie naprawio.

Beemwica ma powaloną stylistykę. Jest w tym coś godnego podziwu. Pewna odwaga. Chris Bangle, który szokował parę lat temu swoimi projektami sam chyba uniósłby nieco brwi przyjrzawszy się i8.

Wygląda jak nieślubne dziecko szturmowca imperium i Lamborghini Aventador.

To z sylwetki typowy sportowiec coupé, o dobrych proporcjach, którego istotne detale zostały wymyślnie zaprojektowane od nowa. Nie sprawia to jednak wrażenia jakiegoś dziwoląga, tak jak opisywane często na Automobilowni przykłady eksperymentów z przeszłości. Raczej ma to korzenie w tym samym miejscu, w którym swoje korzonki zapuściło Ferrari F12 – szef designu poszedł do gości od aerodynamiki i zapytał: „Chłopcy, nie mielibyście jakiegoś nowego pomysłu dla nas, jak tu powietrze puścić wokół auta, żeby inaczej wyglądało i publika podziwiała?” A oni na to – „Najfajniej, to ze skrzydełkami!

Przychodzi mi na myśl, że to BMW jest tak samo dziwne dziś, jak dziwne było w latach 70-tych BMW Turbo, projektu Paula Bracq’a. Też ono było nieco dziwnawe i miało osobliwie zagięte tylne różki.

1

 

2Foto: Stahlhocher, GNU Free Documentation License

Powstało z okazji Igrzysk Olimpijskich w Monachium w 1972. Stadion olimpijski jak raz leży tuż obok biurowca i muzeum BMW – słynnego „czterocylindrowca i salaterki”, które powstawały równolegle z budynkami na igrzyska.

Auto miało centralnie montowany silnik od 2002-ójki podkręcony za pomocą turbiny do 280 koni, frontowy i tylny zderzak wypełniono specjalną absorbującą pianką. Oprócz kokpitu ze snu kosmonauty pojazd wyposażono w radar informujący o niebezpiecznym zbliżeniu.

Można uznać go o ile nie za przodka, to przynajmniej za głęboką inspirację dla i8 – świadczą zresztą o tym kolejne modele i koncepty, M1 Giugiaro z 1978.

3Foto: Softeis, GNU Free Documentation License

 A potem, 30 lat później M1 Hommage Concept z 2008 – całkiem już do i8 podobny.

4Foto: G. Patkar, CCA – Share Alike 3,0 License

No i Vision Efficient Dynamic Concept z 2009, zaprojektowany przez Chorwata, Mario Majandzica- de facto będący prototypem i8.

Wszysycy oni z Paula Bracq. Merci monsieur!

Sportowe auto BMW i8, 362 konie.

Ale nie wszystko mi tu Bangle’a.

Na sucho i sceptycznie

Nie wiem co Wy na to, ale dla mnie to auto jest zaprojektowane nieco pod prąd tradycji firmy. Może i zgodnie z ideą prototypu Paula Bracq’a, ale niezbyt zgodnie z tym co do tej pory sprzedawała klientom.

Ten pojazd stawia na lekkość metodą Colina Chapmana, który budował sobie swoje lekkie Lotusy, napędzane mocnymi, ale nie powalającymi rozmiarem silnikami. BMW też tak chce. No i fajnie. Niektórzy może nawet powiedzą, że już to robił, na przykład w 3,0 CSL. No, lekkie to ono było. Ale silnik to był straszliwy potwór przyprawiający o dreszcze.

I tego oczekuję od BMW.

Gdy myślę o firmie BMW, pierwsze co przychodzi mi na myśl, to jest kolo z dużym karkiem, wystrzyżony na łyso, z kwadratową gębą i bejsbolem w bagażniku. A drugie co mi przychodzi na myśl to wspaniały i charakterystyczny, nieco metaliczny i mruczący gang potężnej rzędowej szóstki. To jest to, po czym można poznać BMW z kilometra, jeszcze zanim wyłoni się zza zakrętu.

D.N.A. B.M.W.

No ale chyba nie w trzycylindrowym i8?

Gdyby jakiś Lotus, jakaś Tesla, czy nawet jakaś Toyota zrobiła to auto, wszyscy klasnęliby w dłonie od przeczytania samych danych technicznych.

No ale to jest BMW. A gdzie mrucząca sześciocylindrówka, ja się pytam?

Ponoć jest w głośnikach, emitowana wewnątrz w trybie „sport”.

Zdaje się, że nie tylko ja mam te wątpliwości. Według słabo potwierdzonych danych, ale za to pochodzących od pracownika BMW w Lipsku, który montuje te auta – i8 się słabo sprzedaje, nie tak jakby się chciało.

Wiem, wiem, we wszystkich relacjach z premiery modelu mowa jest oczywiście o długiej kolejce zapisów na to auto, z rocznym terminem oczekiwania. No ale premiera była w 2014 roku i być może rynek hipstersko ekologiczny, oraz rynek brytyjskich bankowców, chcących wjechać do centrum Londynu już się nasycił. Może kto jeszcze ma jakieś dane na ten temat i się wypowie?

Pamiętam pierwsze BMW, jakim przewieźli mnie jako dziecko, może ośmioletnie. To było nowiutkie, srebrne 323i. Rysowałem potem namiętnie z pamięci jego zegary z kontrolkami i wizualizowałem sobie jeżdżenie nim, opierając rysunek na książkach leżących na stole. To była fascynacja, to był dreszcz. Głęboka, dzika emocja. Pamiętam jak to auto przyspieszało jak torpeda i jak lekko zarzuciło tyłem na zbyt ciasnym zakręcie. Takie rzeczy budują człowieka…

Był to pojazd z kosmosu, w głębokich latach PRL-u. Bądź co bądź na taksówkach zdarzały się wtedy nadal Warszawy 223, a Mercedes „Beczka” w dwulitrowym dieslu był klasą S dla ówczesnego człowieka. 145-cio konne, małe 323i jawiło się jak dzisiejsze Lambo – w Łodzi było tylko jedno.

Nie miałem później zbyt wiele do czynienia z samochodami bawarskiego producenta, a jeśli miałem- to raczej krótko (z jednym wyjątkiem). Każde przewiezienie tyłka jakimś modelem wprawiało jednak człowieka w dobry nastrój, i wywoływało atawistyczne wspomnienia z dzieciństwa – 730i (E32), 320 Cabrio (E36), 530d (E61), 320d (E91)- wszystkie one miały w sobie to coś.

Coś, coś, coś, jak mawiał Puchatek.

Było tylko jedno rozczarowanie – BMW 2 Active Tourer (F45), którym jeździłem dłużej. Taki temat na osobny wpis. Bo ja już, okazuje się, jeździłem 1,5 litrowym trzycylindrowym BMW i to było jedyne BMW, które nie wzbudziło niemal żadnych dreszczy.

Miałem pewne obawy, czy kolejne 1,5 litrowe BMW nie załapało aby zbyt dużo genów swojego trzycylindrowego poprzednika.

Tymczasem Fiat Punto.

Fiat Punto II dysponuje jakimś wzornictwem. O ile pierwsze Punto zaprojektował Ital Design w osobie Giugiaro, to Punto II, zdaje się, nikt nie zaprojektował. A w każdym bądź razie nikt się nie przyznaje.

Silnik – Fiat Punto ma silnik, ale tylko jeden. Jest zatem o połowę gorsze od BMW.

Ale silnik jest o 25% lepszy od BMW– ma cztery cylindry.

Hm. Co by tu jeszcze napisać, żeby Was nie zanudzić…

Mamo, mamo, nawiązałem kontakt!

Tym oto Fiatem ruszyłem na południe  świeżutko otwartą obwodnica Łodzi, na spotkanie z rycerzem przyszłości.

Mój znajomy – pan Janusz, który kupił ten cud świata, jest majętnym, ale bardzo normalnym, zdroworozsądkowym i sympatycznym człowiekiem. Mieszka na prowincji. Miał już parę fajnych aut, poprzednim było BMW 3 Cabrio, przedtem jeszcze BMW X6 i Mercedes ML. Nie odstręcza go to od używania na co dzień także Toyoty RAV i Passata B5, którego traktuje mniej więcej tak, jak ja swojego Punto – lubi i nie sprzeda, póki ten nie wyzionie ducha (a na to się nie zanosi). BMW było w jego relacji fanaberią, na zasadzie „jeśli nie teraz – to kiedy, jeśli nie my – no to kto?” Z drugiej strony prowadzi także firmę zajmującą się fotowoltaiką, z czym elektryczne i8 doskonale się rymuje.

Ale jest z tej fanaberii bardzo zadowolony. Po kilkumiesięcznym jeżdżeniu nim stwierdza, że jakby co, to kupiłby je chętnie jeszcze raz, co według niego jest wielką pochwałą, bo chętnie lubi wynajdywać dziury w całym, a zwłaszcza w kupowanych samochodach.

Dlaczego nie kupił niczego innego? Jakiegoś Porsche 911?

Rozważał. Oglądał. Ale było takie zwykłe. Zwykłe auto. A on chciał sobie fundnąć jakiś odlot.

Był nawet przejechać się testowo dwoma FerrariCalifornią i 458 (oba prawie dwukrotnie droższe niż i8). 458 odrzucił- to według jego słów sportowy motocykl na czterech kołach – nie nadaje się do niczego innego oprócz zabawy – przejechać się i wstawić do garażu. To nie samochód na codzień, albo na długie trasy.

California nawet mniej więcej nadawała się na samochód do codziennego użytku.

– No to dlaczego kupił pan i8?

– Wie pan co… Prawdę powiedziawszy – z chytrości. To jest normalne auto do jazdy, serwis i części do niego są w niepowalających cenach. Nie ma na przykład ceramicznych tarcz, tylko stalowe. Komplet opon – dwudziestocalowych – kosztuje około 4 tysiące. Jak Toyota wprowadziła w RAV, jako nowość, nieprzebijalne Micheliny, to wymiana kosztowała 8 kafli. W Toyocie!

No i koszta paliwa w BMW – jakby ich nie było.

Gadamy sobie zmierzając do garażu.

I tam- jest! O rany!

Boże, ratunku, jak to wygląda!

Batman w grafitowej czerni.

5

Wrażenie. Pierwsze wrażenie jest wręcz szałowe. Ten samochód robi wielki show, mniej więcej taki, jaki robi z bliska Lambo Aventador, czy też inne Ferrari, którymi woził się niedawno Gospodarz naszego bloga. Wrażenie poważnego samochodu torowo – sportowego.

Porsche 911 – szczery fakt- siada wobec i8.

Wrażenie znacznie wzmacniają podnoszone do góry drzwi. Widać, że projektantom zależało na tej impresji – mało które auto ma takie coś, nawet mniejsze Lambo nie dostają programowo takich bajerów.

i8 w opłotkach6

Oglądam.

Dalsze zaskoczenia organoleptyczno – technologiczne. Wszystko z włókna węglowego! Rama z potężnym progiem, ościeża drzwi, same skrzydła drzwiowe. Surowizna, złagodzona tapicerowaniem! Ma się wrażenie obcowania z jakimś prototypem, jakimś bolidem składanym precyzyjnie w manufakturze. I to jest właściwe wrażenie – to przecież ręczna produkcja jednostkowa.

7

Drzwi, choć podparte solidnym siłownikiem nie ważą po prostu nic. NIC. Jakby były papierową makietą, choć ładnie wykładaną szarą skórą z równymi ściegami. Podobnie jest z oparciami siedzeń – wyglądają niby normalnie, mięsiście i solidnie – ale gdy je odchylić – czuć że zrobiono je z czegoś, co nic nie waży.

8

-Ciekawe jakby się to wszystko zachowało w razie wypadku? – zastanawia się właściciel.

-No ja myślę, że bez testów zderzeniowych to raczej by tego nie sprzedawali – odpowiadam retorycznie.

-Ja myślę, że oni je dalej testują na klientach – nie zderzeniowo oczywiście – ale zbierają wszystkie dane eksploatacyjne z każdego auta. Przecież to ma własną kartę SIM! Można to obsługiwać zdalnie, smartfonem – o pokażę panu – proszę bardzo – aplikacja BMW – tutaj się zapisują wszystkie moje trasy, spalanie, zużycie prądu. Średnio pali 7,3 litra, o a tu można się zapisać do medium społecznościowego użytkowników i8 – średnia dla wszystkich zapisanych to 7,1 litra…

9

O rany. To coś dla mnie – wesołego pesymisty z konotacjami paranoicznymi. Znowu mnie śledzą!

No trudno, poświęcę się, wytrzymam jakoś tę godzinę pod lupą satelity.

Efekt egzotyki dominuje głównie po otwarciu drzwi, gdy widać te wszystkie detale całej struktury – ramy, progi i konstrukcję drzwi z jednej wytłoczki z czarnego, surowego płótna.

Gdy z poważniejszym trudem przeleziemy tyłkiem ponad wielkim progiem, zanurzymy się w bardzo wygodne fotele i zamkniemy skrzydełka (dogodnie umieszczonym uchwytem), nagle robi się normalnie – wnętrze przypomina to co zna się z aut BMW – dobre materiały, wymyślne, całkiem ładne wzornictwo. Wrażenie solidnego, bardzo dopracowanego, wręcz wypieszczonego wnętrza, zwłaszcza, ze wszystko od góry do dołu jest pokryte skórą na wysokim poziomie. Efekt ręcznie robionego prototypu- znika. Siedzimy nisko, ale siedzimy w normalnym, wypasionym samochodzie.

10

 

Jedzie się.

Myślałem że zostanę najpierw przewieziony przez właściciela, ale dostaję od razu stanowisko bojowe w centrum dowodzenia.

Automat, oczywiście, bo nic innego nie byłoby zdolne do zarządzania tą masą danych z dwóch różnych źródeł napędu. Są łopatki pod kierownicą, jakby kto chciał, ale nie zamierzam z nich korzystać, wystarczy mi już tego że prowadzę auto za trzy czwarte dużej bańki. Wolę się nie rozpraszać.

Przycisk start. Leciutki świst? Cisza. To już?

Już.

Jest bardzo wygodnie. Bardzo. Fotele wcale nie jakieś z Nürburgringu, tylko ustawiane elektrycznie. Nie widać za wiele do tyłu, ale kamery na „Reverse” wyświetlają oczywiście obraz na dużym ekranie. Wycofuję , ostrożnie jak z jajkiem z karbonu.

Do przodu jest już zupełnie normalnie. Naturalnie. Widoczność bez zarzutu. Idealnie na linii wzroku head-up display wyświetla cyferki prędkości.

Najpierw na trybie eko.

Sam silnik elektryczny 131 koni. Ładnie chodzi. Przyjemnie przyspiesza w całkowitej ciszy. BMW nawet nie zaskrzypi na wyboistych uliczkach podmiejskich. Na samym prądzie można przejechać kilkadziesiąt kilometrów (koło 30-tu), mając szybkie i przyjemnie zrywne auto, jeżdżące do 120 km/h. Na światłach raczej bylibyśmy w czołówce.

Dźwigienką biegów do siebie – włączamy tryb sport. W tej sekundzie samochód zjeża się cały i staje do walki. Zegary na wyświetlaczu rozjarzają się efekciarską czerwienią, ale mało na to zwracam uwagę. Włącza się basowo benzynówka. Hm, na niskich obrotach brzmi przyjemnie! Jakoś zupełnie nie kojarzy mi się z innymi trzycylindrowcami. Reakcja na gaz robi się diametralnie sportowa, nie tyle dodanie gazu, bo jedziemy nadal wolno podmiejskimi ulicami pełnymi dzieci i rowerzystów, co ujęcie gazu powoduje poważne hamowanie silnikiem – nic dziwnego, bo po w tym trybie na maksa napędza on teraz prądnicę. Każde muśnięcie powoduje zryw do przodu podnoszący włosy na karku, ale trzeba się hamować, bo to miasto.

11

BMW nie stwarza żadnej bariery. Żadnej trudności i żadnego ambarasu. Jest tak przyjemne i naturalne, jakbym jeździł nim codziennie. Wszystko pasuje, wszystko reaguje tak jak by się chciało. Zaskakuje mnie. Nie wiem jak to zrobili, ale jest poręczne, zwinne, wygodne, czuje się je od pierwszego kilometra. Zawieszenie nie jest przesadnie sztywne, nawet w trybie sport. Może to tylko moje odczucie, bo Punto jest raczej nieprzyjemnie twarde i podskakuje na wybojach mimo nowych amortyzatorów. Tymczasem BMW jest sprężyste, ale nie twarde.

Potem wylotówka do autostrady. Wolno, bo pełno dziur w asfalcie.

Zjeżdżamy na wjazd na A1. Lekko w palnik.

O Jezu!

W sekundę jesteśmy na zatłoczonej trzypasmówce i włączamy się do ruchu.

Nie. Nie włączamy się, jak normalnym samochodem. Nie rozpędzamy się, jak jakimś Fiatem Punto. To jest jak szachy. Jest jakaś luka między autami z prawego pasa? Już tam jesteśmy! Wszyscy pędzą środkowym? W ułamku sekundy pędzimy z nimi!

Na lewym nic nie ma? W palnik!

O Jezu 2.

Ciąg mocy. Ten pojazd katapultuje w przód i czuć w nim moc. Masę, wodospad momentu obrotowego, aż po horyzont! Czy jedziemy z przepisowymi prędkościami, czy też na 3/4 licznika- zawsze czuć tę wielką masę mocy. Przy jakiej prędkości by nie wdepnąć gazu – przyspieszenie wdusza w fotel. Niesłychane.

I dźwięk.

Oj nie jest ci on tylko z głośników. Sportowy, niski, poważny dźwięk. Specjalnie zrobiliśmy z panem Januszem kilka prób odsłuchu – doskonale słychać go też na zewnątrz – to dźwięk generowany przez wydech trzycylindrówki, jakiś wielce wypasiony wydech, który zmienia półtoralitrowego maluszka w lekko gulgoczącego basem tygrysa.

Nie czuć prędkości. W ogóle. I w szczególe. Wyświetlacz na szybę międli swoje cyferki niczym w pocisku balistycznym Pilota Pirxa – po prostu niewiarygodnie. Jedziemy sobie jak jechaliśmy, przyjemnie i z miłym pomrukiem silnika, auto prowadzi się jak na szynach, jakoś tak wszyscy zostali z tyłu, gadamy, a tu się okazuje je cyferki pokazują już… O rany, ile?! W życiu tak szybko nie jechałem. Hamujemy. Zwalniamy. Piano, piano signore!

Masa mocy wylewająca się z BMW jest wspaniała. Obrazowo to przedstawmy – jedziemy z przepisową prędkością prawym pasem autostrady, a lewym na pełnej bombie dogania nas jakieś nowe Audi A6. Gdy tylko nas mija i wciśniemy gaz, to nie minie nawet sekunda jak jesteśmy za nim. Nawet sekunda.

BMW nie podaje w danych technicznych ile i8 ma sekund do 200km/h. Ale ja wam powiem, bo pan Janusz jak kupił auto, to zmierzył – 15 sekund.

Podobnież BMW już wymyśla klony i8 z benzynowym silnikiem V10. Nie wiem ilu konnym, ale mają mieć 7,5 do 200 km/h.

W trybie „pełny ogień” i8 pali maksymalnie 10-12 litrów na 100 km. W pięć sekund odrabia później tę stratę, jak jedzie się spokojnie. Można wtedy zejść bez wysiłku do 4 litrów, jeżeli tylko nikomu się nie spieszy.

Potem tryb normal. Auto robi się mniej najeżone, przestaje hamować silnikiem jak dzikie, i startować przy każdym muśnięciu gazu – przekonuje go dopiero kick-down. Przycisza nieco mruczenie i gdy tylko może przechodzi na silnik elektyczny. Niemniej odzyskuje nadal energię z każdego zwalniania i hamowania – wyświetla to oczywiście na ekranie przed kierowcą. W mieście, przez które przetoczyliśmy się lajtowo – BMW w trybie normal jest nieopresyjne, nienerwowe, choć wystarczy tylko nieco głębiej wcisnąć gaz, żeby zostawiać z każdych świateł (nadal nie przekraczając przepisowej 50-tki) wszystkich innych kilkadziesiąt metrów z tyłu.

 

W czasie przejazdu przez miasto i kilku kilometrów drogi podmiejskiej auto spalało 4,5 litra na 100 km.

No niestety. Tego Fiat Punto nie potrafi.

Nie dane mi było pojeździć po jakichś poważnych zakrętach, ale wierzę na słowo, że nadaje się do tego. Czuć niski środek ciężkości tego samochodu i tego, że jest szeroki i lubi kleić się do asfaltu. Ale, wybaczcie, nie miałem odwagi deptać sprzętu w tej cenie na przejeżdżanych rondach, żeby sobie zarzucić tyłem dla przyjemności. Proszę sobie poczytać jakiś Top Gear w tej kwestii.

Mogę za to dokładnie poopowiadać jak na zakrętach zachowuje się Fiat Punto. Tylko nie wiem czy chcecie.

Efekt

Wrażenie, jakie sprawia to auto na przechodniach mogę porównać wyłącznie do jeżdżenia oldtimerem. Tylko wtedy spotkamy się z taką ilością niekrępowanego entuzjazmu, okrzyków i machania przechodniów – dzieci i starców – sam to widziałem na własne oczy. Tylko w oldtimerze zaznamy jeszcze tak dużej ilości kciuków uniesionych w górę, grupowego oglądania na stacji benzynowej, spontanicznych pytań i komentarzy. Tylko w zabytku będziemy równie często fotografowani telefonami i wysyłani na fejsika.

Przyznam że gdybym  sam zobaczył i8 na stacji Orlenu też bym je oglądał z oczami jak spodki i w niemym szoku.

12

Jest w tym coś. Postarali się panowie Mario Majdandzic, Benoit Jacob i Richard Kim, którzy przekształcili salonowy concept-car w niewiele się różniący od niego samochód drogowy.

13

Wracamy do garażu. Jeszcze raz oglądam pomysły pana Majdandzica na opływ powietrza wokół karoserii i oceniam nadwozie i wnętrze. Czy oprócz robienia efektu na publice da się to auto normalnie użytkować?

Na tylnych siedzeniach usiądzie dziecko do lat 10-ciu, o ile tylko kierowca jest mojego, znaczy się nikczemnego wzrostu (169cm). Jak jest już normalnym gościem, wysokim na 190 cm, to niestety owo dziecko będzie zmuszone przed wyjazdem zostawić nóżki w domu.

Za to świetnie się te tylne siedzenia nadadzą jako bagażnik.

No bo w tym prawdziwym – pod tylną szybą, a za silnikiem – to zmieści się moja torba fotograficzna i trzy pary skarpetek. Dobra – cztery. A gdzie reszta bagażu?  No niestety za dużo tu silników – gdzie nie spojrzeć, silnik, więc na bagaż już nie starczyło miejsca.

Nie byłem odpowiednio wyposażony, niestety.

Basisty (znanego Germanofila), który wstawia do wszystkich testowanych aut szlachetne gitary w pokrowcach, lub bez, oczywiście nie zamierzam przebijać. Ale powinienem był mieć ze sobą choćby solidnie zapakowaną torbę tenisową. To sprzęt, który zabieram na każdy z wyjazdów, bez wyjątku. Taką przebodli mnie rodziną. Może nie być zapasowych majtek, ale rakiety tenisowe muszą być. I o ile mogę wyobrazić sobie zamożnego biznesmena, który zabiera ze sobą tylko laptopa i kartę kredytową, o tyle nie wyobrażam sobie biznesmena – zapalonego tenisisty, który nie zabiera ze sobą sprzętu. Zresztą także biznesmena – golfisty, czy -basisty. Niektóre rzeczy powinny się w każdym samochodzie mieścić, bo inaczej żyć się nie da. Zwłaszcza że projektanci i8 expresis verbis deklarują, że nie jest to żaden samochód supersportowy, czy przeznaczony na północne pętle Nürburgringu, tylko szybki samochód na trasę. Znaczy się Gran Turismo. Znaczy się do użytkowania na co dzień.

14

 

Torba tenisowa zmieści się wyłącznie na tylnych siedzeniach. Dwie osoby od biedy pojadą tym na wakacje, jeżeli ograniczą się bagażowo.

Ale zważcie, że pisze to człowiek, który pojechał na dwutygodniowy urlop do Bułgarii w pięć osób, z namiotem, za pomocą Fiata Punto z boxem na dachu. Taki byłem dzielny!

Fiat Punto w tej jednej dziedzinie bije BMW i8 na głowę, zostawia na ubitym polu i doprowadza do płaczu. Przynajmniej w tej jednej.

15

Nie było już czasu, niestety, na pobawienie się menu i ustawieniami auta. Zapewne można by to robić przez tydzień. A to tylko godzinny test drajw. Zająłem się bardziej oglądaniem różnych smakowitości. Niestety nie dotyczyło to silników – są przemyślnie pozamykane pod pokrywami i normalny człowiek bez narzędzia do nich nie zajrzy. Może sobie zajrzeć pod klapkę ładowania, gdzie bajery z diód robią kosmos 1999. Można tu podłączyć wtyczkę od ładowarki montowanej na ścianie garażu – napełnia akumulator w 6 godzin.

Wszystko się zgadza. Tak jakby na stałe 50% rabatu na paliwo16

Od rozładowanych do w pełni naładowanych akumulatorów ładowarka zjada około 7 kilowatów. Czyli, uwaga uwaga – 4, 20 zł. Dość tanie to paliwo.

Nie wiadomo dokładnie, ile prądu czerpie się z sieci a ile z benzyny, bo auto w komputerze tylko podsumowuje całość zużycia – czyli również to co wyprodukuje benzynówka podczas jazdy (większość). Właściciel podłącza pojazd do gniazdka raz na tydzień.

Rozmyślania

Już miałem zakończyć, przechodząc do pesymistycznych rozważań na temat przyszłości motoryzacji, trwałości jej produktów i tego typu rzeczy.

Bo silniki ostatnio robią się po prostu na maksa wysilone. Niedawno oglądałem Peugeota 308 RC, w którym z silnika 1,6 wyciśnięto 270 koni. 168 koni z litra pojemności! W Peugeocie! Co o tym myślicie?

Bo ja myślę, że taki Peugeot to mina z opóźnionym zapłonem. Jaki resurs może mieć taki silnik? Czy nagle na rynku pojawiły się jakieś niesamowicie tanie, kosmiczne metale, które zapewniają wieczną odporność na ścieranie, zginanie i przeciążenia? Tanie – bo przecież Peugeot ten nie kosztuje jakoś znacząco więcej, niż jego poprzednik z dwustukonnym silnikiem. Gdzieś musi być koszt uzyskania takiej mocy ze znacznie mniejszej pojemności. Czy tak wysilone, małe silniczki z turbo dociągną do przebiegu 250-300 tysięcy?

Gdy tymczasem wszystkie używane samochody sprzedawane na Otomoto nie przekraczają dziwnym trafem na liczniku 200 tysięcy. Jedyny taki, zobacz,  itd., itd. Nie wróżę Peugeotowi 308 RC wysokiej ceny odsprzedaży za dziesięć lat. Wróżę też, że średni przebieg dziesięcioletnich aut na Otomoto zejdzie niezadługo poniżej 100 tysięcy. Wszystkie będą od Niemca, co to tylko do kościoła w niedzielę. Nawet 308 RC.

I już miałem zakończyć tymi pesymistycznymi wnioskami, ale na zdrowy rozum, w tym kontekście BMW i8, a razem z nim wszystkie inne hybrydy, dają sporo nadziei. Otóż silniki tam zainstalowane, choćby były bardzo wysilone – pracują znacznie mniej czasu, niż wynosi rzeczywisty przebieg auta.

Co dwa silniki to nie jeden.

Do tego serwis BMW przebąkuje pod nosem, że podobno ta trzycylindrowa jednostka benzynowa jest szacowana na pół miliona kilometrów. Hm. Nie do końca wiadomo co prawda ile wytrzyma bateria – przypuszcza się że około 100 tysięcy (na tyle auto ma gwarancję).

Powiem tak. Z wyjątkiem miejsca na bagaż i8 to samochód niezwykle wręcz wyważony i wspaniale przyjemny – nie jest to wcale jakiś ekstremalista, choć na takiego wygląda. Fajny, nieprzesadzony w stronę niewygody samochód sportowy, do pokonywania dużych odległości. Za jego kierownicą wydaje ci się że dojedziesz z Wrocławia do Białegostoku w pół godziny, a w Portugalii będziesz jeszcze tego samego dnia. Nic nie wydaje się dalekie.

Ma dwie rzeczy kompletnie niespotykane – pierwszy to moment obrotowy dostępny przy każdej prędkości. Drugie – to spalanie.

17

Nawet zgodzę się, że nie ma dla i8 bezpośredniego konkurenta w Polsce, czy nawet w Europie (Gospodarzu, popraw mnie jakby co), bo nie ma sportowej hybrydy o podobnej mocy i przeznaczeniu. Albo są dostępne gargantuiczne hybrydowe SUV-y lub limuzyny, albo trzeba szukać wśród aut benzynowych.

Benzynowi konkurenci mają równie dużo zalet co i8 i jedną tylko wadę – palą 10- 20 litrów na 100.

No i niektóre, co bardziej egzotyczne z nich, do dzisiaj mają niewiele punktów serwisowych na nasz kraj. Na przykład najbliższy punkt w znanym polskim mieście – Hamburgu.

Dwaj bezpośredni konkurenci18

A poza tym nie mam w ogóle powodów by kultywować mój sceptycyzm – i8, za sprawą swojego właściciela, dał mi tyle radości, że uśmiech nie schodzi mi z gęby do tej pory.

A wracając z przejażdżki i8 do domu Fiatem Punto najpewniej złamałem z euforii wszystkie przepisy na łódzkiej obwodnicy.

No i czy to nie dowód, że i8 to genialne auto?

No i czy o to nie chodzi w tej całej motoryzacji?

(znaczy o tą euforię, a nie o łamanie przepisów).

No niech już będzie, niech ta przyszłość nadchodzi.

Fabrykant

z www.fotodinoza. blogspot.com

(ugoszczony)

P.S. Zdjęcia może nie są najlepszej klasy, ale trudno strzelać zdjęcia jak adrenalina bucha uszami. Sorry.

Share Button
Napisano w WPIS GOŚCINNY Tagi: , ,
84 comments on “WPIS GOŚCINNY: Ekscentryka prąd nie tyka
  1. Fiatowiec napisał(a):

    No panie to mnie się podoba, tylko jedno ale… dlaczego tak mało Punta, zamiast niego jakieś tam BMW.

    • Fabrykant napisał(a):

      Jak Państwo życzą Punta, to napiszę, proszę bardzo, nie będę taki. Tylko czy to się nadaje na Automobilownię? Wątpię.

      • SzK napisał(a):

        Każdy samochód nadaje się na Automobilownię, zwłaszcza XX-wieczny i opisywany z perspektywy stałego użytkownika.

      • Fabrykant napisał(a):

        @SzK: Trzeba uważać, żeby nie przerobić Automobilowni na Auto-Świat (przyjaciel kierowcy).

  2. Cayman napisał(a):

    Rzeczywiście silniki są coraz bardziej wysilone. Jeszcze do niedawna w WRC uzyskiwano 300 KM z pojemności 2,0, a dziś znacznie więcej uzyskuje się w autach cywilnych, które muszą wytrzymać setki tysięcy kilometrów a nie kilka rajdów. A sam samochód naprawdę bardzo ciekawy (oczywiście jak na Niemca) i myślę, że jeden z niewielu niemieckich, które mogłyby mi się spodobać.

    • nocman napisał(a):

      ~300KM w WRC wynika wyłącznie ze zwężki. Gdyby nie zwężka, te silniki mogłyby spokojnie mieć ze dwa razy więcej.

  3. Konrad napisał(a):

    Też uważam, że hybrydy to jedyna sensowna przyszłość, piszę to jako właściciel konkurencji dla i8, czyli hondy insight. Opływowa, ostra sylwetka, silnik ok. 1,5 litra, łopatki do zmiany biegów, jakiś tam dodatkowy elektryk (nie wdajemy się w liczby z braku czasu). Zamiast instalacji lpg zainstaluje sobie gniazdko do ładowania i będzie to samochód optymalny.
    BTW skoro rozmawiamy o drogich sprawach to z doświadczenia polecam Ferrari f430 gdyby ktoś rozważał zakup, jest wspaniałe. Gallardo to dramat, bardzo mnie zawiodło. I nie chodzi tylko o przełączniki z audi a3, tylko o całokształt.

  4. Mikołaj napisał(a):

    Fantastyczny wpis, świetnie napisane.
    Trudno mi sobie wyobrazić lepszą reklamę twórczości gościnnego autora – z wywieszonym jęzorem udaję się czytać Fotodinozę!
    Swoją drogą, zastanawiam się czasami, czy poruszanie się tak mocnym samochodem na codzień nie stawałoby się z czasem frustrujące? Nie mówię tu oczywiście tylko o i8. Dojeżdżając np. do pracy w centrum miasta nie można ani razu przycisnąć, wkręcić silnika/-ów na obroty, bo w 15s od zatrzymania jest 200km/h na liczniku 😉 Zrobiłem kilkadziesiąt tysięcy km samochodem o mocy ~230KM i to była moc wystarczająca w każdych warunkach aż nadto. Wjeżdżając na S86, spiesząc się, w mgnieniu oka osiągało się prędkość mocno nieprzepisową. Teraz kulam się bolidami 40-50KM i w średnio natężonym miejskim ruchu wiem, że wykorzystuję zwykle większość dostępnej mocy… 😀 I choć absolutnie rozumiem ideę supermocnych samochodów do zabawy, to nie widzę sensu „adaptowania” ich na siłę do jazdy codziennej, koniecznej. Żeby wrażenia z jazdy takim pojazdem pozostały wyjątkowe, powinien być używany do jazdy z punktu A do punktu A, ewentualnie do wypadu na Lazurowe Wybrzeże 😉

  5. solarzmr napisał(a):

    Ja mam bardzo mieszane uczucia do tego samochodu. Z jednej strony fajnie wygląda, z drugiej takie nie wiadomo co to napędza. Co do ekologii też tak do końca nie jestem przekonany czy wyprodukowanie, a potem zutylizowanie tego akumulatora jest takie bardzo ekologiczne. Zamiast hybrydy już bym chyba wolał żeby on był całkiem elektryczny, wtedy cały ten futurystyczny wygląd można by było uzasadnić.
    No i ta nie do końca czytelna identyfikacja do czego ten pojazd służy, ni to granturismo, ni to samochód sportowy. Dzieci nie zabierzesz na wycieczkę, na urlop nie pojedziesz. Taka zabawka za dość konkretna kasę, a jak przychodzi co do czego to jeździsz czymś innym 😉

  6. benny_pl napisał(a):

    swietnie napisane, jak na Fabrykanta przystalo, choc tych dygresji jakos tak malo.. niedosyt pozostaje 😉 przyznaj sie ze sie hamowales, a niepotrzebnie 🙂

    coz moge powiedziec… da sie taniej – Tico na gaz pali srednio 6-7 litrow gazu na 100km, czyli tak jakby ok 3l benzyny 😉 przy czym na prawde niezle idzie (w koncu 40KM w budzie wazacej 650kg) taniej juz sie nie da 😉

  7. detectivus napisał(a):

    Artykuł ciekawy i bliski memu sercu, ale… Nie, BMW – nie…

    @benny_pl
    Da się, przebijam: 6-7 w trasie i ok. 4-4,5 w mieście Warszawa. LPG oczywiście 🙂 Co przy obecnych cenach gazu powoduje, że jazda komunikacją, tudzież czymkolwiek innym, jest absolutnie nieopłacalna.
    Dobra, wymądrzam się, bo jeżdżę Prius w gazie. Teraz można by rzec, że nie licząc zupełnego EV – taniej się nie da 🙂

  8. ndv napisał(a):

    Moja odpowiedź, trochę chaotycznie i na szybko:

    1. Dźwięk 6 cylindrowych beemek – no jak dla mnie to one po prostu wyją. Dźwięk mniej więcej równie przyjemny jak darcie się niemowlaka w autobusie MPK. Aczkolwiek dźwięk szóstek MANa, Iveco czy Leylanda (ten z wydechu brzmiał cudnie) w czasach przelotowych tłumików bije całą małolitrażową konkurencję niezależnie od ilości cylindrów. Aha, Matiz brzmiał całkiem przyjemnie 😉
    2. i8 chyba widziałem pare razy we Wrocławiu. i3 nawet ostatnio. A raz współczesnego, 4 osiowego KrAZa. Z tej trójki KrAZ zrobił największe wrażenie:)
    3. Pojemność to tylko jedna z wielkości. Raczej za dużo nie wiemy o średnicy wału, długości tłoka itd. istotnych wymiarach. Inna sprawa, że odnoszę wrażenie, że dzisiejsze produkty są projektowane, ale już nie konstruowane.
    4. Samochody na prąd? jeśli będzie toto miało sensowny zasięg, który po 10 latach nie spadnie o 75% a tankowanie będzie trwało kilka minut a nie godzin to mam to w d.
    5. Upadek motoryzacji? Amerykanie mieli swoją „malaise era” i się odbili od dna. Moim zdaniem indywidualna motoryzacja się nie da na dzisiaj niczym zastąpić. Środowiska strzeleckie się potrafiły postawić pięknoduchom z UE, jakaś szansa na środowiska automobilowe też jest.
    6. Autopilot w samochodzie? Poproszę. Wsiadam w piątek wieczorem do samochodu we Wrocławiu, w sobotę rano wypoczęty budzę się nad morzem, czy w górach czy gdzie indziej mam ochotę. I nie muszę się przejmować koniecznością zachowania jakiejś formy psychofizycznej jeszcze przez te kilka godzin po jednodniowej wycieczce.

      • SzK napisał(a):

        W mieście w ogóle nie potrzebuję samochodu. Do tych krótkich podróży wystarczy mi tramwaj albo rower. Auta używam prawie wyłącznie do tych długich (z wyjątkiem sytuacji, kiedy muszę przywieźć ciężkie zakupy), więc dopóki ICE ma tutaj przewagę, pozostanie jedynym wyborem.

        Swoją drogą ostatnio przycichła coś sprawa ogniw paliwowych tudzież spalania wodoru w ICE – ciekawe czemu? Czyżby chodziło o trudności z pozyskiwaniem wolnego wodoru?

      • nocman napisał(a):

        Bo zasadniczo w mieście większość ludzi nie potrzebuje samochodu — sprawdzić, czy nie Polska, gdzie na komunikację zbiorową, jako przeżytek poprzedniego systemu położono lachę i zaczęto się kierować wyłącznie rachunkiem ekonomicznym, bez patrzenia na potrzeby mieszkańców. Stąd w wielu miastach, w Polsce, bez samochodu nie jest łatwo, bo w okolicy pojawia się jeden, może dwa autobusy na godzinę. Sam mieszkam w miejscu, gdzie 30 lat temu jeździł tramwaj. Dziś po tramwaju ani śladu, tam gdzie były tory, stoją teraz paskudne szeregowce. Autobus jeździ co 20 minut w szczycie i co 40 poza, więc wszyscy, których stać, przesiedli się do samochodów. W związku z tym codziennie przejeżdżam około 20km, wpisując się w powyższe wykresy.

      • SzK napisał(a):

        W porządku, ale my rozmawiamy o zasięgu elektryków, a nie o komunikacji publicznej w Polsce.

        Dopóki nie będę mógł elektrykiem pojechać sobie nad Bałtyk albo do Włoch, jego użyteczność będzie dla mnie zerowa. Dlatego ja czekam bardziej na ten osławiony wodór – ale niestety, po wielkim entuzjazmie sprzed kilkunastu lat zapanowała o nim cisza.

      • nocman napisał(a):

        No właśnie rozmawiamy o zasięgu EV, czyli o dobieraniu właściwego młotka do właściwego gwoździa, albo jak to jest, że wszyscy dookoła deklarują, że EV będzie OK, jeśli będą mogli przejechać na jednym ładowaniu 300-500-1000km, a statystyki mówią, że większość samochodów osobowych przejeżdża dziennie nie więcej niż 50km (tak, raz na rok trzeba na wakacje, co tak naprawdę co raz częściej można ogarnąć rentalem).

        I jeszcze jedna ciekawostka, któregoś dnia przyjechałem do Leroy Merlin po jakieś drobiazgi. Na parkingu przyuważyłem trochę dziwnego, pierwszego Partnera (dziwność objawiała się klapką na prawym, przednim błotniku). Tak, to był Partner EV i raczej nie sądzę, żeby był perwersyjnym kaprysem, raczej codziennie używanym narzędziem z właściwymi mu przywilejami (darmowe parkowanie). Czasami widuję też e-NV200. Znaczy że zasięg takiego pojazdu jest wystarczający nie tylko do jeżdżenia dom-praca-dom, ale i do świadczenia usług w obrębie miasta.

      • SzK napisał(a):

        W obrębie miasta oczywiście że można jeździć Melexem. Ale powtarzam jeszcze raz: mnie samochód służy wyłącznie do podróżowania. Nie tylko raz w roku, ale poza zimą w co drugi weekend. W góry (do 300 km w obie strony), do teściów (300 w jedną stronę) i do wyjazdów turystycznych (200-1000 km dziennie przez kilka dni z rzędu). Jak na razie jedynie silnik spalinowy potrafi coś takiego. Powtarzam – jak na razie.

      • Ja napisał(a):

        tesla na razie daje rade. sredni zasieg ponad 300 km i wiem to od wlasciciela. I da rade przejechac z polnocy europy na poludnie. Bo są tam stacje ładowania. Jest to jakies ograniczenie dla nas w srodkowej europie, ale z drugiej strony moja audi 1.9 tdi, mimo ze na rope, nie wjadzie do wiekszych miast w niemczech i co?

      • nocman napisał(a):

        Ależ o to w tym chodzi: EV to samochód na miasto i okolice. I taki wzorzec użytkowania zaspokoi potrzeby _znakomitej_ większości użytkowników. Te naście procent jeżdżących dalej wybierze coś innego, póki będzie można takowe wybierać. A gdy już nie będzie można wybierać innych aut, to wzorce zachowań ulegną zmianie. Bo będą musiały.

        Bo tak prawdę mówiąc, to ropa jest zbyt cenna, żeby ją tak po prostu puszczać z dymem.

      • SzK napisał(a):

        Dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewałem. Obywatel ma pracować, spać i siedzieć cicho (a co wypracuje, to oddać państwu, ale to już nie ta dyskusja). Indywidualna mobilność jest zbędna, a kto inaczej uważa, ten „zmieni wzorce zachowań, bo będzie musiał”, czytaj – zostanie zmuszony. Dlatego właśnie jestem coraz bardziej przerażony tym, co się dzieje na świecie. Nie tym, że ktoś coś wysadził w powietrze, bo odbudować dało się nawet Warszawę po Powstaniu, Drezno po nalocie dywanowym i Hiroshimę po bombie atomowej. Problem zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy wierzyć w sens tego, co budujemy.

        Oczywiście, że ropa jest zasobem ograniczonym i kiedyś trzeba będzie od niej odejść, ale na litość boską, o tym mają zdecydować inżynierowie, a nie urzędasy nie odróżniające cząstek stałych od CO2, drzewa od drewna, a Kanta od kanciarza. W XIX wieku przewidywano, że do 1950r. miasta będą pokryte dwumetrową warstwą końskiego łajna, a mimo to nie zabroniono hodowli koni – inżynierowie znaleźli wyjście bez żadnych dyrektyw eurokomisji. Ropę też czymś zastąpią, być może nawet już to zrobili, tylko że zamiast pozwolić im działać, na siłę każe się im iść w jedynie słusznym kierunku – dziwnym trafem w tym, który najbardziej ogranicza wolność użytkowników.

        Ja cały czas chcę wierzyć w to, że to wszystko głupia teoria spiskowa, ale ile razy zapomnę o jakimś jej potwierdzeniu, tyle razy pojawia się nowe. Obecnie już po kilka razy dziennie…

      • ndv napisał(a):

        Spoko, zasięg 50 km na dzisiaj dla wielu jest wystarczający i sporo ludzi z tego korzysta – choćby w celu uniknięcia szykan ze strony administracji – ale zdaje się, że Niemcy (sic!) do 2030 chcą zakazać sprzedaży aut z silnikiem spalinowym (to mniej więcej dwie generacje modelu). To trochę zmienia postać rzeczy.

        Co do korzystania z samochodów w mieście – ja do pracy mam blisko, bezpośrednie połączenie MPK, więc używam swojego samochodu głównie na zakupy. Naładować do kufra żarcia na tydzień i spokój. Zwłaszcza napoje wygodniej przetransportować samochodem niż innym środkiem transportu.
        Do jakiegoś muzeum w centrum często i tak wygodniej (a czasami nawet taniej – parkingi potrafią kosztować) jest pojechać TAXI.

        @Klakier: i tak dobrze, że pod bramą, a nie na poligonie. Ja po jednej wycieczce z GPS wrzuciłem do samochodu na stałe drukowaną mapę. Na dzisiaj autopilot to marzenie – ale przynajmniej dla mnie atrakcyjne (Tesla w zeszłym roku się chwaliła, że ich system nie wymagał ani jednej interwencji ze strony człowieka – w tym roku stała się pierwszym samochodem z autopilotem, który doprowadził do wypadku ze skutkiem śmiertelnym a po kilku tygodniach kolejna zatrzymała się w rowie)

      • benny_pl napisał(a):

        dobrze jest wiec poznac rozne punkty widzenia:
        ja robie dziennie jakies 40km (dom-praca-dom) jesli nigdzie nie zajezdzam, a zwykle zajezdzam jednak, w sobote zwykle robie z 80km (dom-kolega-zlomowisko-zlomowisko-kolega-dom), takze teoretycznie zasieg 100km by mogl mi wystarczyc, ALE – jestem elektronikiem i nikt nie wmowi mi ze ten zasieg bedzie caly czas… bedzie przez jakies pierwsze 2 tata od nowosci, i to tez tylko jak jest cieplo, w zimie sprawnosc akumulatorow spada przynajmniej o 1/3, czyli majac (bardzo optymistyczne zalozenie) 10 letni samochod w zimie przejedzie on z 15km ? no moze do pracy dojade jesli niczego nie bede wlaczac i jechac jak emeryt… dziekuje za taki luxus…

        a komunikacja miejska nie jezdze juz odkad mam samochod, moze jakos mi sie przez te kilkanascie lat pare razy zdarzylo, ale ostatnio to moze ze 3 lata temu, i nie zamierzam, chocby byla za darmo, bo to ja chce decydowac gdzie jade a nie stac i czekac na zbawienie, to jest jakis marny substytut transportu wogole i wspolczuje wszystkim ktorzy sa na to badziewie skazani.

        SzK: tez mnie przeraza wizja przyszlosci iscie z „czlowieka demolki”, tyle ze ja jakos zapewne znajde obejscie systemu, tylko ze to jest wlasnie przyklad na to jak bardzo chorym tworem jest „łuńja”, gdzie problemy sa specjalnie wymyslane i ludzie zamiast skupuc sie na rozwiazywaniu tych faktycznych, to musza wiecznie kombinowac jak obchodzic glupie wymysly politykow…

      • toughluck napisał(a):

        @benny_pl: Gorące akumulatory litowe ulegają bardzo szybkiemu rozładowaniu i zużyciu. Dlatego w lecie trzeba je chłodzić, a do ich chłodzenia trzeba użyć energii.
        W zimie natomiast nie ma stałego źródła ciepła, jakim jest silnik w samochodzie spalinowym, dlatego z kolei marnuje się energię elektryczną na grzanie wnętrza — i to jest dopiero marnotrawstwo. Same akumulatory w zimie pracują lepiej — jako elektronik powinieneś pamiętać, że oporność w niskich temperaturach spada, nie rośnie, a opór wewnętrzny jest podstawowym czynnikiem mającym wpływ na sprawność baterii.

      • benny_pl napisał(a):

        teoretycznie jest tak jak mowisz, ale w praktyce z akumulatorami czemus to tak nie dziala 😉 zapewne dla tego ze im wyzsza temperatura tym reakcje chemiczne zachodza szybciej, a opornosc ma na to niewielki wplyw

        jak to mowia – w teorii praktyka i teoria sie nie roznia, ale w praktyce juz tak 🙂

      • nocman napisał(a):

        Zasadniczo ciężko się dyskutuje z syndromem oblężonej twierdzy, ale przez chwilę spróbuję.

        Otóż Twoja zagrożona wolność i mobilność kończy się tam gdzie zaczyna się mniej lub bardziej racjonalny interes innych. W kontrze do Twojej wolności/mobilności jest dobrze lub źle pojmowany interes ogółu (ta mobilność zaprzecza optymalnemu zarządzaniu zużyciem energii/paliw kopalnych w skali makro, szczególnie że nie mamy niezależności energetycznej czy też niekoniecznie dobrze wpływa na zdrowie populacji: chyba że będziesz uparcie zaprzeczał że emisje spalin, pyłów czy hałasu są obojętne dla otoczenia). Ale nie tylko: Twoja mobilność zależy od widzimisię pewnego pana, który z sobie znanych powodów, jednym podpisem spowoduje wstrzymanie transmisji soku z dinozaurów. Oj, czyżbyśmy weszli w skomplikowane meandry polityki międzynarodowej? Czyż rok 1973 nie zmienił wzorców zachowań?

        Masz rację, nie jest to miejsce na dyskutowanie „oddawania państwu”, z którego usług zapewne wcale nie korzystasz, ale gdybyś zechciał wykonać w zaciszu domowym ćwiczenie, polegające na oszacowaniu zewnętrznych kosztów swojej spalinowo-indywidualnej wolności?

        I na koniec uważałbym z tą pochwałą merytokracji, bo możesz się kiedyś bardzo zdziwić, gdy jakiś merytokrata uzna, że ROI z Twojej osoby spadł poniżej założonego poziomu (np. przez długotrwałe leczenie) i już czas ustąpić miejsca opłacalniejszym. Wszak z inżynierskiego czy ekonomicznego punktu widzenia wszystko się będzie zgadzać.

      • SzK napisał(a):

        Powtórzę jeszcze raz, bo chyba przeoczyłeś najważniejsza część mojego komentarza: ja nie upieram się przy paliwach kopalnych. Mówię tylko, że na obecna chwilę nie ma dla nich alternatywy, częściowo z tego powodu, że na siłę promuje się pseudoalternatywy. Jeszcze nigdy w historii postęp nie dokonał się w wyniku nałożenia na ludzi kagańca, a wręcz przeciwnie – pojawiał się tam, gdzie ten kaganiec zdejmowano. Jestem spokojny o to, że prawdziwa alternatywa pojawi się na długo przed wyczerpaniem jakichkolwiek zasobów – trzeba tylko pozwolić inżynierom działać, a nie narzucać im kierunków, które sa lub moga okazać się ślepymi uliczkami.

        „Koszty zewnętrzne” wolności niestety istnieja, tak samo jak inne „koszty zewnętrzne” ludzkiego zycia, jak żywienie, zajmowanie przestrzeni, zużycie powietrza, wody itp. Wolność jest jednak takim samym prawem jak prawo do życia i oddychania. Bez niej człowiek jest robotem albo zwierzatkiem w zoo. Bez niej nie ma rozwoju ani produktywności. Niezliczeni ludzie w historii umierali za nia, bo woleli nie żyć, niż żyć bez niej. Niektórzy stawali do walki z bronia, inni uciekali z totalitaryzmów do krajów wolnych z narażeniem życia, jeszcze inni z różnych powodów nie byli w stanie się na to zdobyć, ale tego żałowali.

        Zaś co do podatków jako opłaty za usługi, to być może nie wiesz, że już sama ich oficjalna definicja wprost mówi, że tak nie jest. Wśród kilku cech podatków wymienia ona m. in. jednostronność i bezzwrotność. Oznacza to – jest to wyjaśnione w każdym komentarzu do niej – że w zamian za zapłatę podatku podatnik nie ma prawa domagać się niczego (znajdziesz to w kazdym podręczniku finansów). Owszem, mamy napisane w różnych ustawach że należy się nam to czy tamto, ale jeśli tego nie dostaniemy, nie możemy się powoływać na zapłatę podatku jako argument. Państwo może też jednostronnie zmieniać wysokość podatku bez dawania nam żadnych dodatkowych praw, przeznaczyć wpływy na dowolny cel niezwiazany z naszymi „prawami” albo po prostu nie wywiazywać się z niczego i zupełnie oficjalnie nie daje nam żadnej możliwości skutecznego upominania się o swoje.

        Opłata za usługę polega na tym, że umawiam się z usługodawca na to, co ma dla mnie zrobić i za ile. Zrobi – dostaje swoje i się żegnamy. Nie zrobi – nie dostaje, albo musi oddać. Zrobi źle albo za mało – też musi oddać. Państwo arbitralnie ustala podatki i w zamian nic nie musi i za nic nie odpowiada. Ma to otwarcie zapisane w definicji podatku.

        Pośrednio sam to rozumiesz, jeśli mówisz o „merytokracie który odmówi mi leczenia”. Przecież za leczenie płacę ZUS, prawda? No płacę, ale słusznie zauważasz, że państwo może przestać mnie leczyć i dalej brać ode mnie ZUS pokazujac mi środkowy palec, a ja nic nie mogę z tym zrobić. Dlatego właśnie wolę sam sobie zapracować na leczenie i zapłacić za nie lekarzowi albo ubezpieczycielowi, od któego będę mógł dochodzić swoich praw. Państwo niby na papierze daje mi te prawa i duża część populacji daje się tym omamić, ale w praktyce gwarantowana jest tylko egzekucja składki – w druga stronę już nic.

      • nocman napisał(a):

        Nie upierasz się, ale odwołujesz się do mitycznych inżynierów, którzy mają zadecydować o momencie zmiany paradygmatu. Tak, jakby:
        a) inżynierowie byli nieskazitelni i krystalicznie uczciwi (no chyba że właśnie kodują cycle beating czy defeat device),
        b) byli obiektywni, nie popełniali błędów konfirmacji,
        c) merytokraci wybierali zgodnie z dobrem ogółu, a nie zgodnie z wydumanym rachunkiem, przypadkiem dobranym tak, aby sprzyjać interesom korporacji.

        Tylko że za chwilę możesz nie mieć wyboru, Wołodia zadecyduje za Ciebie. Teraz masz wybór między poboli trochę, ucierpi głównie duma, czy zaboli nagle i bardzo. Oczywiście przecietny obywatel woli, żeby w ogóle nie bolało i nie decyduje się na samoograniczenie. Gdy przyjdzie czas przyjęcia plaskacza od życia, będzie to żeliwna patelnia.

        W moim rozumieniu wolność jednostki kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innej jednostki lub dobro ogółu. Z naciskiem na ogół: jako zbiorowość zatomizowanych jednostek znaczymy nic.

        PS. Nie upatruję w podatkach formy subskrypcji usług państwa, ale zauważam że usługi państwowe/komunalne/infrastruktura są finansowane z podatków. Nie ma podatków, nie ma usług. I nie jest prawdą, że państwo nic nie musi, obowiązki państwa są zapisane przede wszystkim w ustawie zasadniczej.

      • Michał K napisał(a):

        @nocman

        A kim Ty jesteś, żeby się wypowiadać o jakimkolwiek interesie „ogółu”?

        Jak widać z całokształtu Twojej forumowej twórczości, od najbardziej początkującego i zbłądzonego konfirmacyjnie inżyniera dzielą Cię lata świetlne.

        Wolność jednostki nie kończy się tam, gdzie cierpi „dobro ogółu”, bo „dobra ogółu” zdefiniować się po prostu nie da. Nie tacy jak Ty próbowali i jakoś nie wychodziło.

        Zatem sobie łaskawie nie życzę, ktoś Twojego pokroju próbował na siłę decydować o tym kiedy, w jaki sposób i na jakiej zasadzie mam się poruszać. Won od mojej wolności i mojej własności.

        Zajmij się przeczytaniem kilku książek o podstawach ekonomii i być może filozofii. Później wsiądź w swoje elektryczne autko, albo tramwaj, albo autobus i szerokiej drogi- całkiem szczerze. Byle dalej.
        Od układania życia na siłę obcym ludziom się powstrzymaj.

        I uważaj, bądź czujny, kiedy podnosisz rękę na cudzą wolność! Bo niektórym z tych ludzi może bardzo zależeć na swojej wolności. „Trespassers will be Shot” to dość popularny napis na domach w niektórych, wciąż stosunkowo wolnych, częściach świata.

        Inni próbowali Ci to samo wytłumaczyć łagodnie i z szacunkiem. Nie pomogło. Stąd powyższa forma. Radzę wziąć sobie do serca. Rozumu i tak nie stwierdzono.

        Pozdrawiam,
        Michał

      • benny_pl napisał(a):

        Michał K: przydalo sie, kulturalnie acz stanowczo, bo kol. Nocmanowi widac marzy sie ludzkosc centralnie sterowana, i rzecz jasna on sam za sterami tego… brr juz kilku takich swiat widzial…

      • nocman napisał(a):

        @Michał K
        Ohohoho! Co Kolega jeszcze robi z tej części świata? Dlaczemuż to Kolega nie wyprowadził się kolega do takich krain Nieograniczonej Wolności i Świętości Prawa Własności jak Somalia czy Salvador? Czyżby do bycia Nieprzywoicie Wolnym trzeba być najpierw Obrzydliwie Bogatym, którym Kolega nie jest, bo Obrzydliwie Bogaci nie wypisują w Internetach głodnych kawałków o Wolności, tylko ją sobie kupują w pakiecie z politykami, własnym wojskiem (pukaweczki są dla leszczy) i pisanym pod zamawiającego prawem.

    • Daozi napisał(a):

      @ ndv – I szczerze powiedziawszy wolałbym Kraza niż to BMW, które dla mnie jest tak bardzo kiczowate, że przypomina mi nieco design cyfrowych wież marki Panisonic, albo Somy, sprzedawanych na bazarach typu Tomex w początku lat 90-tych.

      @SzK – Jako, hm, fan (?) Toyoty, czytałem w różnych źródłach o wodorze w kontekście Toyoty Mirai. Otóż zdaniem tych, co podobno się znają, pozyskiwanie wodoru oraz jego magazynowanie jest, w pewnym uproszczeniu, niekorzystne dla środowiska. Może nie tak niekorzystne jak benzyna i jej pozyskiwanie, ALE: cała infratruktura związana z ropą już istnieje. A dla wodoru trzeba by budować wszystko niemal od zera i to są koszty także dla rzeczonego środowiska. Obecnie Mirai może fajnie jeździć w Kalifornii. Niemal wszędzie indziej, jest to bardzo niewygodne (paradoksalnie, można kupić to auto i w Polsce). A samochód ma być wygodny, przynajmniej w jakimś stopniu.
      (tutaj dygresja – jak lubię motoryzację, tak muszę mieć auto, w którym mogę cokolwiek przewieźć, stąd Mazda MX5 na przykład pozostaje niespełnionym marzeniem. Po prostu auto musi być chociaż trochę praktyczne, inaczej nadaje się tylko na tor i to już jest przerost formy nad treścią).

      • hurgot sztancy napisał(a):

        samo pozyskiwanie wodoru jest już dość trudne i kosztowne, a jego transport i magazynowanie jeszcze bardziej – to nie jest przyszłość

    • hurgot sztancy napisał(a):

      KrAZ jest owszem piękny, ale wolałbym i8: nie mam prawa jazdy Kat.C, nie chcę płacić za ViaToll, czasem potrzebuję wjechać do centrum, a nie mam czasu na zdobywanie pozwoleń na wjazd ciężarówką, no i najważniejsze – nie mieści mi się w garażu…

  9. Klakier napisał(a):

    ndv@ ,mam pewne zastrzeżenia co do pkt.6,niestety w obecnej rzeczywistości mógłbyś się obudzić wypoczęty tyle ze nie nad morzem ale np. pod bramą poligonu w okolicach Poznania… doświadczone niestety , przy pomocy „hamerykańskiej” techniki.

    • benny_pl napisał(a):

      Amerykanska technika niema tu nic do rzeczy, satelity podaja dokladne wspolzedne, a to jak je interpretuje program nawigacji i jakie ma glupoty na mapach to nie wina Ameryki ;p

      • Klakier napisał(a):

        Wina Ameryki ,bo to program i navi „hamerykanskie”,bynajmniej marines takich używają,sam widziałem kiedyś…

      • ndv napisał(a):

        O ile pamiętam to „USArmy” może w każdej chwili zmienić dokładność czasu podawanego przez satelity GPS w dowolnym miejscu świata.

  10. komin napisał(a):

    A pamiętają Państwo złomniczy share-day? Ta maruda złomnik polecała ten blog, z zaszastrzeżeniem, że brak mu pierdolnięcia. Oto ono, bardzo ładnie sfabrykowane.

    A teraz bardzo poproszę o wykład z ekonomii – koniecznie w znanym stylu. Wystarczy już tego pierdolnięcia.

    A do nowo objawionego bloga (dla mnie) z pewnością zajrzę.

    • Fabrykant napisał(a):

      Zapraszamy serdecznie. Ja i Fotodinoza w pluralis majestatis. Już wkrótce pojawią się na Fotodinozie takie rebusy, że wszystkim w pięty pójdzie.

      Share-day by Złomnik pamiętamy i pomścimy! Ale szkoda go i tak (Złomnika). Nadal za nim tęsknię. Jedyna pociecha, że Automobilownia przejmuje powoli złomnicze dyskusje.

      • Daozi napisał(a):

        Przecież Złomnik istnieje i ma się dobrze. Nazywa się inaczej, ale to jest niemal dokładnie to samo. Tylko wpisów jest mniej no i na szczęście nie ma zdjęć wrastających gratów (ale to już kwestia gustu).

      • hurgot sztancy napisał(a):

        na początku tez płakałem za Złomnikiem, ale wystarczy śledzić jego wpisy na fejsie i właściwie mamy to samo 😉

      • Fabrykant napisał(a):

        @hurgot sztancy: jednak jakaś pojedyncza fota wstawiona na fejsa, to nie to samo co soczyste artykuły. Niegdyś Złomnik był w jednym miejscu i było to świetne miejsce, a teraz może i jest w trzech tj. poznajemysamochody, facebook Złomnika i facebook Cytryna i Gumiaka, ale już nie są tak świetne i walące po umyśle jak dawne skondensowanie. Czytam, czytam, no bo co mam robić.

      • Mav napisał(a):

        @Fabrykant
        Czterech. Jeszcze Skrajny Centroradykalizm.

      • Fabrykant napisał(a):

        @Mav: Dziękuję, lecę sprawdzić!

  11. Cayman napisał(a):

    Co do komunikacji zbiorowej to ja mieszkam 20 km od miasta na Podkarpaciu i komunikacja w zasadzie nie istnieje. Pociągi zlikwidowano kilkanaście lat temu, ostatni autobus odjechał 3 lata temu, więc zostają prywatne busy, kursujące 3 razy dziennie i pokonujące 20 km w ciągu godziny albo własny samochód. Czysto teoretycznie jeżdżąc te 40-50 km dziennie to elektryk by wystarczył, ale jednak nadal pozostają wątpliwości jakby to wyglądało w praktyce, np. w zimie, kiedy przy niskiej temperaturze baterie potrafią się rozładować kilkukrotnie szybciej.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      większość elektryków dziś już ma teoretyczny zasięg ok 200km – nawet po włączeniu ogrzewania i świateł nie powinien spaść poniżej 50km, a zawsze można w robocie/szkole podłączyć na chwilę do gniazdka

      • ndv napisał(a):

        Yhy, już widzę taką scenkę, podjechaliśmy sobie do dziewczyny w centrum i podłączamy na chwilę do gniazdka. Ciągnąc to gniazdku na kablu (raczej kilku -nastu) 220V z 11 piętra i przez pół osiedla 🙂 Galerie handlowe w grudniu przy tym wymiękają 🙂

      • hurgot sztancy napisał(a):

        dziewczyn trzeba szukać w swojej okolicy, a nie podbierać innym!

      • Fabrykant napisał(a):

        @ hurgot sztancy: Uśmiałem się. Ale są na ten temat inne teorie, niektóre rymowane.

  12. toughluck napisał(a):

    Na samym prądzie można przejechać 30 km. Za ładowanie (7,2 kWh) zapłacimy 4,20 zł (14 zł/100 km). Czyli jakby 3 l/100 km. Nie piszę tego, by skreślić elektryki, ale zakładając, że jakaś dowolna Tesla zużywa podobne ilości energii (przecież waży więcej), to samochody elektryczne mogą się udać tylko i wyłącznie pod warunkiem wspierania ich przez odpowiednią politykę podatkową.
    Bo jeśli dwa podobne samochody kosztują np. 500 tysięcy (spalinowy, niech pali 15 l/100 km) i milion (elektryczny), to różnica w cenie będzie się zwracała przez 740 tysięcy km. Ile to lat? Czy akumulatory wytrzymają? Czy do tego czasu prąd nie podrożeje (bo wzrośnie popyt na elektryczność), a paliwo nie stanieje (bo spadnie popyt na benzynę)?

    Zatem dla frajdy owszem. Fajna zabawka. Ale nikt mi nie wmówi, że w elektrykach lub hybrydach plug-in jest cokolwiek z praktyczności.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      no jednak jest – przesył prądu jest łatwiejszy niż benzyny, a dodatkowo każdy ma w domu małą stację tankowania elektryka – na benzynową musisz jechać i czasem czekać parę minut zanim się hot-dog zrobi; cenowo elektryki przestają być 2x droższe, Tesla nie jest 2x droższa od Merca.

      dodatkowo truizmy: elektryki są cichsze, nie muszą mieć skrzyni biegów, mają dużo mniej ruchomych części, hamulce zużywaj się wolniej… no i pewnie jeszcze kilkadziesiąt innych praktycznych zalet – owszem baterie stracą wydajność, ale spalinowe silniki też nie jeżdżą bezawaryjnie i trzeba wykonywać remont masy podzespołów

      • toughluck napisał(a):

        Przesył prądu nie jest łatwiejszy, niż benzyny. Sieć przesyłowa nie wytrzyma dodatkowego obciążenia elektrykami, chyba że dopuści się ładowanie szybkie wyłącznie w godzinach nocnych (co byłoby szalenie praktyczne z punktu widzenia równowagi produkcji i wykorzystania energii elektrycznej).
        Ceny… Trzeba poczekać i zobaczyć. Ale nie do końca jest tak różowo. Tesla Model 3 wchodzi za 35-42 tysiące dolarów. To jednak niemal dwa razy więcej, niż porównywalne BMW (mówimy o USA). W Europie będzie droższe.
        Bez dopłat rządowych się nie obędzie. A w dopłatach najgorsze jest, że wszyscy równo dostają po głowie, ale garstka wybranych może z tego skorzystać.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        jasne, że łatwiej jest przesłać prąd niż benzynę – ja np. mam prąd w domu, a źródła benzyny nie mam… 😉
        część infrastruktury na pewno będzie wymagała przebudowy – jednak ilość elektryków będzie wzrastała stopniowo, więc byłby czas na ew. dostosowanie; podejrzewam, że już dziś większość elektryków się ładuje w nocy, po powrocie do domu oraz ze względu na II taryfę

        a ceny BMW w USA zaczynają się od 30k za bazowe wersje

    • ndv napisał(a):

      Dodajmy jeszcze, że w paliwie zawarte są różne dodatkowe opłaty (przynajmniej teoretycznie) przeznaczone na utrzymanie infrastruktury. Więc skoro tępiona jest jazda na olej opałowy należy się spodziewać, że przy upowszechnieniu się „elektryków” zostaniemy uszczęśliwieni jakimś nowym podatkiem.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        to na pewno, jak wpływy do budżetu z paliwa spadną, zacznie się szukanie innych źródeł

  13. Klakier napisał(a):

    ndv@: wydaje mi się ze nie chodzi tu o grzebanie w satelitach przez amerykańców tylko i jakiś kretyński algorytm samego urządzenia , który nakazuje np.przejechanie przez centrum jakiejś wsi lub miasteczka pomimo obok biegnącej DK z której każe mi zjechać aby za 300 m wjechać z powrotem na nią(tą krajówkę widzi w tle ale nie korzysta).Taki numer odwala np jadąc „gierkówką „od Warszawy wpycha mnie do Piotrkowa starym wjazdem od strony Łodzi i wywala na gierkówkę ostatnim tym autostradowym na Bełchatów.Nie pomaga zmiana ustawień i koniec zabawy,tyle że ja tą trasę znam i olewam Garmina cienkim sikiem (co nie zmienia faktu że każe mi skręcić w drogę gdzie od 30 lat jest wiadukt) ale jak nie znam trasy to … różnie bywa.Za to trasę np. Opole -Zakopane robi wzorowo bez żadnych jaj,wystarczy wpisać adres i śmiga.Aktualizacja firmowa też nie pomaga bo np nie widzi ronda ,które istnieje 10 lat ,kicha po prostu.

    • benny_pl napisał(a):

      trzeba sobie zalatwic tomtoma, on jeszcze mi takich glupot nie odwalil, a jest znaleziony na zlomie i ma mapy z 10 letnie wiec niema zadnych autostrad i ekspresowek czy obwodnic, ale na co to komu, na trasie sie zgubic to trzeba umiec, gps sie przydaje w miesicie zeby trafic na adres

      • SzK napisał(a):

        Zgadzam się w 100%. Niektóre nawigacje są beznadziejne, ale są też takie, które nie zawodzą (zazwyczaj).

        Poza tym – w trasie jak najbardziej można się zgubić, jeśli zjedziemy z głównych dróg. Na wsiach łatwo przeoczyć skręt, drogowskazy też nie wszędzie stawiają.

        P.S. Benny – jeśli tu wciąż zaglądasz, to znaczy, że się na mnie jeszcze nie obraziłeś – więc bardzo Cię proszę o przeczytanie maila ode mnie sprzed kilku dni, i w miarę możliwości o odpowiedź. Pozdrawiam!!

      • benny_pl napisał(a):

        hehe czemu mial bym sie obrazic? ja sie w zasadzie wogole nie obrazam 😀 zreszta powodow zadnych niema, po prostu ja tamtego mejla zadko kiedy odczytuje 😉 juz odpisuje 🙂

  14. Daozi napisał(a):

    Do autora mam tylko jeden komentarz – jak powiedział mój psychoterapeuta: „niech Pan mówi normalnie”. Czyli bez masy falbanek i ozdobników, no i prywatnie nad tym pracuję, bo to ponoć bardzo zmienia odbiór. No i ten tekst… Przeczytałem może 60%, reszta to właśnie takie ozdobniki i to się fajnie czyta, ale u Prousta. No właśnie: o ile ktoś jest go w stanie doczytać do końca i nie zasnąć.
    Jasne – innym się podobało, wyrażam tylko swoje odczucia, nie mam osobiście nic do autora, no offense.

    I jeszcze jedno: zauważyłem, że kiedy w necie, gdziekolwiek bądź, pojawi się kwestia hybryd, aut na wodór, elektrycznych, zasilanych małymi foczkami, albo czymkolwiek innym, od razu dyskusja nabiera tempa. Jedni uważają, że elektryki to przyszłość, inni że ślepa uliczka i konstrukcja baterii oraz pozyskanie prądu są mordercze dla środowiska naturalnego. Mówi się o wodorze, ale tu też są schody w postaci pozyskiwania i magazynowania. Nie wiem co piszących tak bardzo rusza w tym temacie, skoro decyzję w rzeczonej sprawie podejmują rządy wespół z wielkimi korporacjami. Jak zaczną produkować i dotować auta na ludzki mocz za przeproszeniem, to niedługo będziemy rano po wstaniu chodzić do garażu zamiast do łazienki i tyle tylko będziemy mogli zrobić…
    A na razie elektryki i auta na wodór to fanaberia dla bardzo bogatych – za 30 tys. takiego nie kupisz (a i to jest dużo dla wielu ludzi w Polsce).

    • SzK napisał(a):

      Co do stylu Fabrykanta – to oczywiście kwestia gustu, ale ja akurat bardzo go lubię. Uważam, że od podawania suchych faktów jest Wikipedia, a blogi powinny mieć jakiś walor estetyczny, no i przede wszystkim odbijać osobowość autora. Boleję nad tym, że sam tak nie potrafię, ale może chociaż te 2-3 gościnne wpisy rocznie dodadzą Automobilowni odrobinę polotu.

      Co do źródeł energii – w 100% się zgadzam, że jest to kwestia niemal całkowicie polityczna (bo korporacje to tylko druga strona politycznego medalu). A emocje to wywołuje i wywoływać będzie, bo motoryzacja jest bardzo emocjonalną dziedziną życia, do której większość z nas (i 100% czytelników branżowych pism i blogów) ma bardzo osobisty stosunek.

      • toughluck napisał(a):

        Rozumiem Daoziego, bo na ostatnim podsumowaniu rocznym kierownik zwrócił uwagę, że za bardzo się silę na ozdobniki i erudycję w rozmowie zamiast być zwięzłym, a ponieważ komunikuję się po angielsku i mówimy o korporacji, w grę wchodzi także komunikacja z osobami, które raczej nie grzeszą świetną znajomością języka, dlatego swoje wypowiedzi powinienem uprościć tak bardzo, jak to możliwe, ale nie bardziej.
        Tyle, że to ma sens w pracy, ale nie w prywatnym blogu.

        Źródła energii to zawsze kwestia polityczna. Można się na to zżymać, ale nawet jeśli władza nie chodzi na niczyim pasku, to i tak ma rację (polityczną, stanu, itp.), która sprawia, że od niektórych źródeł energii chcą odejść. Np. fajnie mieć dostęp do taniej ropy naftowej, ale jeśli damy się za bardzo od niej uzależnić, to w przyszłości odbicie cen może spowodować spore problemy, których koszt poniesiemy wszyscy.
        Przykładowy scenariusz:
        Władza entuzjastycznie kupuje ropę w cenie, która pozwala na produkcję benzyny za 1 zł/litr.
        Zachęceni tym ludzie całkowicie ignorują samochody z napędem elektrycznym, silniki wysokoprężne, czy paliwa alternatywne. Większość stacji benzynowych przestaje sprzedawać LPG i ON, olej napędowy próbuje się eksportować, ale wysokie ceny sprawiają, że łatwiej go sprzedać jako olej opałowy, skoro ropa i tak jest tania. Mieszkańcy to widzą i masowo wyzbywają się pieców na paliwo stałe i przechodzą na olej opałowy.
        Cena ropy odbija od dna. W ciągu jednego roku benzyna skacze z 1 zł/l do 5 zł/l. ON jeszcze nie drożeje tak szybko, ale olej opałowy powoli przestaje się opłacać.
        Ludzie chcą się pozbyć swoich samochodów z potężnymi silnikami V8 czy V12, ale nikt ich nie chce kupować. Inni chcą sprzedać swoje tanie, ale paliwożerne wozidła i rozglądają się za czymś „na ropę”, ale się okazuje, że podaż znikoma, a stacje z ON są rzadkością, chociaż ich przybywa. Więc może LPG, ale tu problem większy, bo nie ma infrastruktury, a warsztaty specjalizujące się w gazie są pozamykane.
        No to ludzie zaczynają wzdychać do elektryków, ale ceny dość wysokie, popyt ogromny, więc wszystko schodzi w okamgnieniu, brak jest jakiegokolwiek rynku wtórnego, warsztaty nie potrafią tego serwisować, stacji ładowania brak, sieć przesyłowa w marnym stanie. A tu UE dowala limity emisji dwutlenku węgla na poziomie 80 g/km i wszystkie samochody powyżej tej granicy mają przywalony podatek emisyjny.

      • benny_pl napisał(a):

        toughluck: nie przesadzajmy, w Twoim scenariuszu wzial bym sobie zalozyl instalacje gazowa na butle do kuchenki (skoro nie bylo by stacji lpg) i tyle 😉 instalacja gazowa to proscizna (tankownik->rurka->wielozawor->butla->rurka->elektrozawor->parownik->wąż->zawor->wąż->mixer (a jeszcze lepiej zamiast zaworu i mixera to BLOS), elektrycznie to + po stacyjce->przelacznik G/B -> G-do elektrozaworow przy parowniku i butli a B-do przekaznika/ów odlaczajacych wtrysk/i) i tyle wszystkiego 🙂 proste jak budowa cepa i pol dnia zakladania 🙂

      • benny_pl napisał(a):

        no, z pospiechu napisalem jak wyglada zwykla instalacja, taka na butle od kuchenki miala by poczatek jeszcze prostszy, czyli z pominieciem „tankownik->rurka->wielozawor”

      • hurgot sztancy napisał(a):

        @benny – myślę, że chodziło mu o instalację grzewczą całego domu, nie tylko kuchenkę

      • nocman napisał(a):

        @benny

        Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, że:
        1) gaz nie bierze się rurki i dziwnym trafem to są te same złoża co ropy,
        a) tak się jakoś składa, że krajowe złoża nie pokrywają zapotrzebowania na gaz,
        b) jest jeszcze szczelinowanie, ale jakoś nam nie wyszło (oczywiście w przypadku drastycznego kryzysu paliwowego opłacalność szczelinowania wzrośnie, tylko co, jeśli tam po prostu jest niewiele gazu?)
        c) skoro nie sprzeda nam Putin to może Saudowie czy Katarczycy? No chyba że Saudowie dogadają się z Putinem? To może Norwegia, która raczej stara się nie szastać swoimi zasobami, bo nie chce stać się zakładnikiem Putina? Cży tow Miller nie anulował norweskiej rury?
        2) ceny gazu są związane z cenami ropy; czy wspominałem już, że krajowe złoża gazu nie pokrywają krajowego zapotrzebowania na paliwa?

        Norwegowie to rozumieją, my pucujemy ostrogi, chociaż nie mamy butów.

        Jeśli cena płynnych dinozaurów skoczy lub ktoś zakręci korek, to jesteś ugotowany, masz krajowy transport w rozsypce, zwyżkę cen wszystkiego i rynek wtórny zasypany dużymi ilościami bezwartościowych obiektów westchnień. Możesz jeszcze spróbować zmajstrować piękną V8 na holzgas, choć ceny drewna nie będą stały w miejscu.

    • hurgot sztancy napisał(a):

      tutaj naprawdę Fabrykant się ograniczał, u siebie wręcz pływa w falbankach, ale robi to tak uroczo, że można się poczuć jak w Koniakowie

    • benny_pl napisał(a):

      Daozi: wlasnie ta rozlazlosc i wielowatkowosc u Fabrykanta jest najfajniejsza 😀 nawet jak mnie niby kompletnie nie interesuje temat jego artykulu, to czyta sie to tak fajnie ze przestac nie mozna 🙂
      Fabrykancie nie przestawaj aby tak pisac poswojemu!

      • Daozi napisał(a):

        Ja mam pomysł na ankietę: „który blog motoryzacyjny jest najlepszy na świecie:
        – Automobilownia
        – Basista
        – Fotodinoza
        – Autobezsens
        (to w ramach takiego blogowego miziania się 😀 :D)

    • Mav napisał(a):

      Też mam lekko mieszane uczucia, gdyż Fotodinozę czytuję… gdyby to był wpis autora którego nie znam, byłaby to ciekawa odmiana. A tak jest po prostu okrojona Fotodinoza na inny temat;)

      @Szczepan
      Przestań już tak pławić się w tej skromności – gdyby Twój styl był do bani, to nikt by nie czytał. Masz pomysły, masz pióro, masz widownię. Nie ma co się wypierać, że inni lepiej, barwniej, ciekawiej… rób co robisz, jest git. Ale faktycznie przyda się jakaś analiza finansowa.

      • hurgot sztancy napisał(a):

        i ankieta!

      • SzK napisał(a):

        Ankietę proponuję następującą:

        Czy Twoja ksywa to:
        a) hurgot sztancy
        b) jakaś inna

        Na żadną inną w tym momencie nie mam pomysłu.

        😉

      • SzK napisał(a):

        Trzy kolejne wpisy (pierwszy z nich jest przewidziany na jutro) będą opowiadać o moich niedawnych wakacjach na kierownicą klasyków. Zaraz po nich będzie w istocie analiza finansowa, którą miałem pisać już przed wyjazdem, ale były ciekawsze rzeczy 🙂

        Co do stylu to ja po prostu zazdroszczę błyskotliwości i lekkości pióra takim osobom jak Fabrykant albo Basista Za Kierownicą. Ale jak najbardziej cieszę się, że i mnie ktoś czasem przeczyta. Gdyby nie to, to przecież bym nie pisał.

    • Fabrykant napisał(a):

      @Daozi: Niestety, przepraszam, nie będę zmieniał stylu pisania, bo mnie jeszcze Automobilownia gościnnie nie zamieści i co będzie?

      Mamy jednak jedną małą metodę na odgórne rządowe zarządzenia- możemy głosować w wyborach. A nawet w nich startować pod hasłem powrotu normalności benzynowej. Da się zrobić różne rzeczy za pomocą demokracji- Anglicy właśnie jedną taką dużą rzecz zrobili. Czy im to wyjdzie na dobre? Nie mam pojęcia. Ale niemal na pewno wyjdzie na dobre środowisku oldtimerów w UK, które przestanie być gnębione jakimikolwiek ograniczeniami UE dotyczącymi starych aut. Bo i tak UK znacznie się już pod tym względem różni in plus.

      Czemu ludzi rusza w temacie? No bo dotyczy ich bezpośrednio. Nie wiem jaki jest Twój stosunek do motoryzacji, ale ja po prostu wolałbym wiedzieć, czy mój przyszły samochód będzie umiał naprawić mój aktualny mechanik, czy też mam szukać sobie nowego w miejskiej elektrowni. To są praktyczne kwestie.
      Używane elektryki już niedługo będą po 30 tysięcy, a podejrzewam że i po 10 tysięcy, z padniętymi bateriami, albo uszkodzeniami- wtedy wolałbym wiedzieć, czy da się je uratować (np. rękami Szanownego Benny’ego), czy trzeba na nie machnąć ręką.

      • Fabrykant napisał(a):

        Przepraszam, zagubiłem się w „drzewku”:
        @ SzK: Masz świetnie, konkretne i rzeczowe pióro, w przeciwieństwie do mojego niekonkretnego z Koniakowa (dzięki, Monsieur Hurgot!) co nie oznacza, że brak Automobilowni emocji. Już to pisałem, i napiszę jeszcze raz- Automobilownia bije na głowę papierowego „Automobilistę”. Analiza i synteza, autorska ocena- to mi się podoba w Twoich artykułach najbardziej (to mi się też podobało w Złomniku, póki nie stał się na poły encyklopedią).
        No dobra, dość tych blogerskich spijań z dzióbków- pisarze do piór! (czytam właśnie cegłę „Lawina i Kamienie- pisarze wobec komunizmu” J. Szczęsnej i A. Bikont)

      • Daozi napisał(a):

        @ Fabrykant: ależ ja nie mówiłem, żebyś zmienił styl pisania. Owszem – jest w miarę oryginalny; po prostu jedynie dzielę się swoimi odczuciami.
        Co do używanych elektryków – nie wiem jak będzie, osobiście uważam, że jednak po 30 i po 10 z padniętymi bateriami… nie wiem czy dożyjemy (ja jestem po trzydziestce, a do 2060 to chyba się aż tak nie zmieni, ale… obym złym prorokiem był). Bo sprawdziłem sobie np. takiego Leafa (Teslę pomijam – ceny oscylują w okolicach 400 – 500 tys., nawet za 2 letnie używane), ok, bywają 4 letnie za 50 – 60 tys. Zgoda. Ale Leaf ma malutki zasięg, jest ogólnie kiepski, a cena nowego i tak przekracza 100 tys. – cholernie drogo jak na takie auto.
        Natomiast mi chodziło głównie o to, że ludzi to rusza, ale w zasadzie nie mają nic w tej kwestii do gadania. To coś jak dyskusje kibiców o, rządzonej przez milionerów, piłce nożnej; traktowałbym je nawet z niejakim rozbawieniem, gdyby nie to, że ludzie czasami strasznie na serio to wszystko traktują. Owszem, na tym blogu jest grzecznie i kulturalnie, ale w necie to czasami kręcą takie gównoburze, że głowa mała.
        Co do wyborów, to już w ogóle jestem bardzo sceptycznie nastawiony, ale to zupełnie inna para kaloszy.

  15. Mav napisał(a):

    Oj, stylu Basisty nie jestem w stanie przegryźć. Niby podobnie do Fabrykanta, ale jednak nie…

    Co do ankiety, to też jestem za. Może coś na temat silników – czy diesel czy benzyna, czy benzyna+LPG. Albo co sądzisz o downsizingu. Albo tania belka skrętna i mcphersony vs. wielowahacze. Nowy top gear vs fifth gear (bądźmy poważni clarksonowego top gear nie da się z niczym powrównywać). SUVy – za czy przeciw. T34 vs Pantera.

    No tematów może być pełno!

    • Fabrykant napisał(a):

      @ Mav: Co najwyżej ja podobnie do Basisty. On był pierwszy.

      Top Gear z Clarksonem- drugi po Złomniku 😉

      • Mav napisał(a):

        @Fabrykatnt
        Polemizowałbym – czemuż miałaby liczyć się kolejność rozpoczęcia twórczości, a nie jej jakość?

        Co do złomnika – słowo pisane ok, ale ZłomnikTV to niewypał. Oczywiście siłą rozpędu ktoś to ogląda, ale moim zdaniem ciekawe nie jest.

1 Pingi/Trackbacki dla "WPIS GOŚCINNY: Ekscentryka prąd nie tyka"
  1. […] bardziej niespokojne, więc jedynie powtarzaliśmy sobie w duchu motto skradzione Fabrykantowi z jego niedawnego artykułu gościnnego: „JAK NIE TERAZ – TO KIEDY? JAK NIE MY – TO […]