WPIS GOŚCINNY: NIBY NIC, A CIESZY. KLĘKAJCIE NARODY!!

 

Dziś będzie wpis gościnny, autorstwa Fabrykanta z Fotodinozy. Niewiele mam tutaj do dodania, poza tym, że kiedyś, w 2006r., przez jeden dzień poruszałem się opisywanym tu modelem – Renault Twingo. To było na Krecie, auto wzięliśmy z wypożyczalni kilka dni po tym, jak inną wycieczkę odbyliśmy Matizem. To było jak przesiadka z Poloneza na Toyotę, mniej więcej. Poza brakiem drugiej pary drzwi (trochę zaskakującym w samochodzie francuskim), ale nie samymi drzwiami żyje automobilista. Zresztą, sami poczytajcie – oddaję głos Fabrykantowi.

***

Już prawie-że-kiedyś-miałem takie auto. Co lepsza – dzisiaj po piętnastu latach nadal się zastanawiam nad zakupem. Znaczy się moja fascynacja jest ponadczasowa, a jej obiekt nie osłabia swego sex-appealu mimo upływu czasu.

Boż jest to auto godne pomnika, chyba. Trwalszego niż ze spiżu, zdaje się. Co Państwo Szanowni na to? Wart?

Bążur medams e mesje. Że wudre wu preząte:

Renault Twingo

Foto: materiał producenta

Nie było wcześniej, ani co gorsza – co najgorsza! – nie ma teraz samochodu łączącego te funkcjonalne cechy Twingo, które spowodowały że było bestselerem. Nie ma i już.

Ciekawe dlaczego?

Może nie ma już ludzi potrzebujących takie auta?

Zaraz zaraz! Ja jestem!!!

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

***

Histułar

Dziedzictwo ideowe tego samochodu sięga korzeniami pewnie jeszcze przedwojnia – pierwszych Citroënów 2CV zrobionych z blachy falistej i kawałka płótna, nadających się dla każdego, kto zgodzi się na niewiele wyrzeczeń w zamian za wielką funkcjonalność. Twingo przeniosło to wszystko na wyższy poziom – samochodu prawdziwego, w którym wyrzeczenia nie były większe niż w „zwykłych” samochodach konkurencji. A zalety… długo by o nich.

Ojcem założycielem był oczywiście Patrick Le Quement, w tym czasie szef designu Renault. Projektant uznany za jednego z wielkich, który wyraźnie wpłynął na wzornictwo samochodowe swoich czasów. Może to opinia na wyrost, ale jak nazwać faceta, który wymyślał same bestselery nie gorzej niż Giugiaro? Same? No, prawie – współprojektował Forda Sierrę (auto przełomowe, które niejako trzęsieniem ziemi rozpoczęło wzornictwo lat 80-tych), Renault Twingo, Espace, Scenic, Kangoo (każdy z nich można nazwać prekursorem), oraz dwa dzieła nieudane, będące jego łabędzim śpiewem przed emeryturą – Vel Satis i Avantime. Obydwa przestrzelone. Ale wielu jest gotowych uchylić przed nimi czapkę. Taka piękna katastrofa!

Nie wiem, czy pamiętacie też taką bardzo ładną ciężarówkę, jaką w czasach Forda Sierry był Ford Cargo. Bardzo się dziwiłem i żałowałem, że skończyli jej produkcję, a oni po prostu sprzedali ją do Iveco, wraz z działem Ford Trucks. Cargo to też projekt Le Quementa.

Nawet jeśli projektował też jakieś mniej znaczące i gorsze auta, to już za te wymienione powinien być honorowany. Niemal wszystkie te samochody miały jedną cechę: nie były ach-och-porywające. Nie były, owszem, ale zwykle były bardzo niekonwencjonalnie praktyczne.

A dla mnie najpierwsze z nich – Twingo.

Niby jest to nic takiego.

Ale!

Po pierwsze, jednobryłowa karoseria. I to naprawdę jednobryłowa, a nie udawana. Zerżnięta z Beskida, oczywiście, ukradli, wynieśli nie wiadomo gdzie, nie wiadomo kto, nie wiadomo dokąd (cytat). I z jeszcze wielu innych koncepcyjnych projektów zerżnięta, nawet tych przedwojennych. Ale wszystkie one zabrnęły w swoich biurach koncepcyjnych do szaf z niewykorzystanymi pomysłami i skończyły jako zakurzone okazy w fabrycznych muzeach.

A Twingo wyjechało na ulice miast.

Jednobryłową karoserię wykorzystano w Renault dokładnie w tym segmencie, gdzie była najbardziej potrzebna – w autach mini. Tam, gdzie był niedobór przestrzeni. Było cymbalistów wielu. Jeździłem Seicento, Matizem (też jednobryłowym), Renówką 5, Fiatem Pandą II i III i Citroënem C1, sporo nowym Fiatem 500, wozili mnie Tico i Fordem Ka. Żaden z tych samochodów ani przystąpił do przestrzeni, jaką oferowało na przednich fotelach pierwsze Twingo.

To raz.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Dwa – przesuwane tylne siedzenia. Mało tego! Przesuwane przód – tył i z kładzionymi osobno oparciami!!! Niemal na płask! Z auta da się zrobić jedno wielkie łóżko o długości dwóch metrów! Dlaczego to rozwiązanie nie jest dzisiaj powszechnym standardem w klasie mini, ja się pytam?! Hę?

Spisek!!!!!

Foto: materiał producenta

Twingo w roku 1993-cim miało takie coś w KAŻDYM egzemplarzu, niezależnie od wypasienia wersji. Przecież to nasuwa się samo przez się: jak się nic nie wiezie w bagażniku – siupa do tyłu dla wygody. Jak się chce przewieźć dużo – siupa do przodu. Jak chcemy siedzieć pionowo – to pionowo, jak się położyć – proszę bardzo! Co kto chce.

Przed wojną, panie Rozencwajg, stały przed sklepem kolonialnym dwie beczki. Jedna z czerwonym kawiorem, a druga z czarnym. Ja się pytam: komu to przeszkadzało, że te beczki tam stały?!

Trzy – prowokacyjny i kontrowersyjny brak liczników i zegarów przed kierowcą. Niby to jest niefunkcjonalne. Ale po pierwsze – bardzo wpływa na odbiór przestronności z przodu auta (a chodziło o efekt WOW), a po drugie okazało się, że jakoś nie przeszkadzało to żadnemu z 2,5 miliona ludzi, którzy kupili Twingo w latach 1993-2007.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Cztery – to co najlepsze: rolldach. Z najtańszego samochodu w gamie, o wielkich walorach użytkowych, zrobiono fun-cara! Zdaje się, że w dzisiejszych czasach stratedzy i księgowi nie pozwalają na takie rzeczy. Osobnicy rzucające takie pomysły są natychmiast zwalniani z koncernów z wilczym biletem. Fun-car dzisiaj to musi być coś drogiego i prestiżowego, multiinterfejsowego, dwa razy droższego niż coś „nie-fun”, inaczej się na tym nie zarabia! Kategoria małych aut udających kabriolety prawie wymarła, zastąpiona przez kosztowne błyskotki. Nawet Fiat 500C tu przykładem.

Pokażcie mi samochód, który łączy wszystkie te cechy. I to w najtańszej bieda-wersji.

Jeśli chcecie wiedzieć – Twingo to samochód socjalistyczny, powstały na państwowych dotacjach. Tfu, zgiń przepadnij maro przeklęta! Po pierwsze koncern Renault był wtedy państwowy znacznie bardziej niż jest dzisiaj, już po aliansie z Nissanem. Ale chodzi głównie o dotowanie państwowe programu badawczego ECO 2000, prowadzonego przez Renault i PSA w latach 1981- 1984. Rząd francuski sypnął na to kasą.

W ramach tego działania opracowywano ekonomiczne auto z nadwoziem mono-box. U Renault obrodziło to prototypem Vesta, z którego wyprowadzono projekt produkcyjnego auta jednobryłowego – W60. Była szansa na takie, mniej więcej, Twingo już w połowie lat 80-tych. Projekt został jednak wstrzymany, podobnie stało się z jednobryłowcem u Peugeota-Citroëna, który miał zostać przyszłym Citroënem AX.

W projekcie W60 brał udział niejaki Marcello Gandini. Wstawił tam swój ulubiony motyw podciętego tylnego koła, który w owym czasie umieszczał wszędzie.

Renault zrobiło jeszcze drugi prototyp badawczy Vesta II i na tym skończył się dotowany program ECO 2000. W 1986 roku, pod kierunkiem pana Yvesa Dubreil’a, rozpoczęto u Renault na nowo i na serio przymiarki do produkcyjnego auta, oparłszy się na zdobytych doświadczeniach. Powstały prototypy X06, całkiem już do Twingo podobne, ino z kwadratowymi reflektorami i bardziej prostokątnymi kształtami detali – na zlecenie ówczesnego prezesa, Raymonda Lévy’ego (nie Loewy’ego!), zmieniono je jednak na owale i przeprojektowano całe auto od nowa, dodając na froncie znany nam uśmiech – odpowiadał za niego projektant ze studia Renault, niejaki Jean-Pierre Ploué.

Z grubsza zatem admirałem był tu Le Quement, kapitanem statku – Yves Dubreil, a Ploué – majtkiem od brudnej roboty.

Rysunek: Fabrykant, Fotodinoza

Żeby wilk był syty, a Automobilownia cała – nie mając praw do zdjęć narysowałem te prototypy. Po lewej X06, po prawej – W60 by Marcello Gandini: co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten?

Wygląd samochodu zafiksowano w 1988 roku i przedstawiono zarządowi prototyp. Spotkał się z wieeeelce chłodnym przyjęciem. Spora część wierchuszki Renault była za natychmiastowym „halt procesja!”. Zawiedziony Patrick Le Quement, dla którego Twingo to było wychuchane i wypieszczone dziecko, napisał list do prezesa, w którym stwierdził: „Największe ryzyko – to nie podjęcie żadnego ryzyka. Proszę Pana o głos za instynktownym designem, a nie za zachowawczym marketingiem”. Lévy zgodził się z nim. Twingo weszło do produkcji.

W czasie samego salonu paryskiego, na którym je zaprezentowano, klienci złożyli 2,5 tysiąca zamówień.

W ciągu pierwszego roku produkcji Twingo segment sprzedaży samochodów klasy A we Francji skoczył z 10 do 11,2%.

Na potrzeby tego modelu uruchomiono cały przemysł chemiczno-tworzywowy. Projektanci założyli, że auto będzie w dużej części kupowane przez kobiety, miało robić świeże i nieznane dotąd wrażenie – deska rozdzielcza i przełączniki zostały zatem zrobione w kolorach innych niż czarne i ciemnoszare – potrzebne do tego były nowo opracowane pastelowe i barwione materiały.

Kolorowe przełączniki były rzeczywiście niespotykane, dawały od samego wejścia efekt wesołego i przyjaznego wnętrza, nawet jeśli były kiczowate, spuszczały z auta balon jakiejkolwiek powagi.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Powiem też (po obejrzeniu trzystu ogłoszeń na Allegro), że design wnętrza Twingo bardzo sublimował w ciągu lat – o ile na początku kojarzył się z dyskotekowymi, ciapkowanymi kolorami lat 80-tych, to pod koniec produkcji wnętrza auta zdarzały się naprawdę kolorystycznie prześliczne i harmonijne. Wręcz wysmakowane, co się w klasie najtańszych maluchów nie było takie częste. W niektórych egzemplarzach (wersja Initiale) trafiają się nawet skórzane siedzenia, akurat one pasują do Twingo jak pięść do nosa, moim zdaniem.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Renault zamówiło huczną fotograficzną kampanię reklamową Twingo u niejakiego Dingo (nomen omen), prawdopodobnie najlepszego fotografa samochodowego w historii, a na pewno w historii Francji. Dingo, jak może kojarzycie, wsadził do złotego Twingo np. dwóch zawodników sumo – napisało się o tym kiedyś artykuł na blogaska – LINK.

Foto: materiał producenta

 ***

Rolldach, czyli Tren Dupont au Trotuar

Z samym Twingo nie miałem wiele do czynienia. Ale miałem bardzo dużo do czynienia z rolldachem od tego auta. Jak już kiedyś wspominałem w komentarzach na Automobilowni – wyrżnąłem ja byłem dach w swoim Renault Clio I 1,2i (1997) i zamontowałem tam dach od Twingo.

Zaraz, chwileczkę, spokój! Owszem, dajmy na to, ja daję dwa tysiące za las. To kto inny będzie miał tartak, tak? Będzie mnie dyktował ceny? Będę jego dawał zarabiać na rżnięcie? To gdzie jest logika??? To wolę kupić ten tartak!

Moja inspiracja przyszła właśnie z dużego sentymentu do owego tytułowego dzieła pana Patricka Le Quement, Clio było już dość wiekowe (12 lat) i niewiele warte, choć bardzo zraźnie się trzymało. U znajomego mechanika stało sobie „wiecznie stojące” Twingo, zaparkowałem równolegle, dokonałem oceny naocznej, a potem zakupu kontrolowanego za 200 zł na Allegro – do sprzedania był wycięty dach z rolldachem. Znajomy lakiernik spędził kilka dni nad rżnięciem i dopasowywaniem, po prawdzie nie trzeba było specjalnie dopasowywać. Wygląda na to że Renault PLANOWAŁO zastosować ten sam dach także w Clio I, tyle że nigdy tego nie zrobiło. Zostałem zatem jedynym właścicielem Clio z rolldachem na świecie. Bardzo szczęśliwym.

Do dziś szukam tego szczęścia.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Dach zaadaptowany z jednego modelu do drugiego – o dziwo – był szczelny! Nic nie przeciekało, przetrwało dwie zimy na dworze (dla Krakusów – na polu). Nawet nie zwiększał specjalnie głośności wewnątrz, o ile nie przekraczało się 130-140 km/h. Całkiem nieźle. Troszkę słabo mi poszło z wykończeniem tapicerskim dokonanym samodzielnie od spodu za pomocą uszczelki gumowej od, bodajże, autobusu Solaris, kupionego w sklepie Stomil. Czasem coś obwisło. Ale ja nie jestem zbytnim skrupulantem.

Może czasem coś wybuchnie
Może ktoś zwróci uwagę,
Ale kiedyś się wezmę

(cytat)

***

Haute Technologie, czyli Bolszaja Tiechnika.

Twingo miało w swojej karierze trzy silniki. Jeden niedobry, jeden dobry, i jeden bardzo dobry. Ten środkowy przetrenowałem w Clio i znam jego zalety i brak wad.

Pierwszy to słynny Cléon-Fonte, któremu można zarzucić dwie rzeczy – jest starszy niż dinozaury i bardzo dużo pali. Jest to silnik używany uwaga uwaga – od 1962 do 2004 roku!!! Czterdzieści dwa lata! Choć kilka ostatnich spędził w rumuńskich Daciach. Z wałkiem rozrządu w kadłubie, napędzanym rzężącym łańcuszkiem – był głośny, paliwożerny i trwały. Z pojemności 1239 cm³ uzyskiwał 55 koni.

Szczęść Boże pod koniec lat 90-tych Renault przeszło na nową serię silników D, z wałkiem w głowicy napędzanym paskiem, zaprojektowanych z myślą o wstawieniu do Twingo właśnie – miały hemisferyczne głowice, a przede wszystkim dźwigienki zaworowe z rolką, które zmniejszały opory i zużycie paliwa. Potwierdzam. Clio z tą jednostką nie przekraczało 6,5 litra w mieście. Silniki o oznaczeniu D7F miały mniejszą pojemność 1149 cm³ i wersje mocy 60 KM i słabszą 58 KM na rynki, w których wyższa moc silnika oznaczała wyższą klasę opłat podatkowych (o ile się nie mylę – głównie na Niemcy). (nie mylisz się, drogi Fabrykancie: tam wtedy robili nawet osłabione Astry 1,2 i 75-konne Civiki 1,4, żeby podatek zmniejszyć – SzK)

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Trzeci silnik wszedł do produkcji w roku 2001-szym, kiedy Twingo było już w sile wieku – to była seria D z 16-ma zaworami. Z 1,149 litra uzyskiwała 75 koni (oznaczenie D4F 702/ 704).

Niby nic. Niby nic – a cieszy. Przy masie 840 kilogramów pozwalało autku jeździć 168-170 km/h i przyspieszać do stówy w 11,7 sekundy. WRC to może nie jest, ale w tak mikrym aucie rzecz bardzo zadowalająca. O taką Polskę żeśmy walczyli!

Niestety jest też zmyłka, nie może być zbyt lekko. Co za świat!

Niemiecka Wikipedia, jako nieliczne źródło pisze, że od 2004-go, czyli od trzeciego liftingu Twingo, produkowano także „oszczędnościowe” 1,2 16v ze zmniejszoną mocą do 60 KM (oznaczenie silnika D4F 708). Osiągi były, niestety, podobne do poprzednich i równolegle produkowanych 8-mio zaworowych jednostek o tej mocy, tylko paliwa żarło niby mniej i kręciło się do nieco wyższych obrotów. Zdaje się, że była to bieda-wersja na rynek niemiecki. Od tej pory oglądanym samochodom będę uważnie zaglądał w briefy.

Na rynku francuskim, owszem, szesnastozaworowe Twingo w słabej, 60-konnej wersji produkowano od 2005-go – wszystkie z półautomatyczną skrzynią Quickshift. Co ciekawe jeszcze rok wcześniej Quickshifty miały normalne 75 koni. Widać reklamacje jakieś były…

Są pewne trudności, jeżeli ktoś chce sobie dzisiaj sprawić szesnastozaworówkę z rolldachem – tych aut jest niestety stosunkowo mało (pomimo tego że Twingo jest w ogóle dość dużo do kupienia). Ostatnie serie Twingo wychodziły też ze szklanym, odsuwanym dachem, który co prawda robi dojrzalsze wrażenie, ale wielkością ma się nijak do dziury nad głową, którą oferuje przaśny rolldach.

***

Organoleptycznie

Czego się nie robi dla Automobilowni!

Na swoim własnym blogasie ukradłbym z internetu jakieś zdjęcia i zinkrustował nimi ten wpis bez żenady. No ale tu jest Automobilownia. Trzeba się bardziej postarać, nie ma to tamto. Tak się postarałem, że przejechałem się dwoma różnymi Twingo jednego dnia. Co za wyrzeczenia człowiek musi robić dla swojego ulubionego portalu!

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Po drugim w życiu, bezpośrednim kontakcie z Renault Twingo stwierdzam co następuje – to auto przeskoczyło wzorniczo dziesięć lat przed konkurencję. To przecież dziecko lat 80-tych (Przepraszam, że się wtrącę: zasadniczo, to wszyscy jego rówieśnicy też są dziećmi lat 80-tych – bo wdrożenie do produkcji całkiem nowego samochodu zawsze trwa lata, nie tylko w przypadku Twingo – SzK). Z zewnątrz auto jest niewielkie, ma tylko 343 cm, natomiast w środku sprawia wrażenie znacznie obszerniejszego. Na przednich siedzeniach jest tam efekt większej przestrzeni niż w aucie kompaktowym. Oprócz oczywistych zalet jednobryłowca, w którym przednia szyba jest możliwie daleko od oczu kierowcy, przestrzeń tę uzyskano wspomnianymi trickami – przesunięciem wyświetlacza maksymalnie daleko do przodu, oraz jeszcze jednym – jasną deską rozdzielczą (w każdym Twingo jest jaśniejsza o dwa tony niż w innych autach). No i jakoś szeroko tu! Między fotelami samotny ręczny hamulec wydaje się mieć dla siebie wiele miejsca. Wrażenie słuszne całkiem – Twingo było o kilka centymetrów szersze niż pierwsze Clio.

(potwierdzam – moje najważniejsze wrażenie z jednodniowego spotkania z Twingo to nadspodziewanie przestronne wnętrze, zupełnie jak nie w tym segmencie – SzK)

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Auto ma francusko wygodne fotele – obfite i miękkie. Składają się i przesuwają uchwytem na krawędzi oparcia, a po cofnięciu wracają do zadanej pozycji. Twingo ma dość duże drzwi i zmieszczenie się na tylne siedzisko nie jest specjalnie kłopotliwe. A na tylnym siedzisku… ho ho, cuda i dziwy. Tylna kanapa sprawia wrażenie dość mikre, jednak siedzi się tam wygodnie. W porównaniu z dzisiejszymi autami fotele mają stosunkowo niskie oparcia, a to z racji szerokiej możliwości ich kładzenia – do przodu na płask i do tyłu w kilku pozycjach do mocno pochylonego kąta – zagłówki za to można wysunąć sporo do góry. Na dole tylnego siedziska mamy metalowy uchwyt i możemy sobie przesuwać kanapę do woli, w czterech pozycjach. Od strony bagażnika mamy podobną klamkę, dzięki czemu możemy powiększać bagażnik nie wsiadając do auta.

Ogólnie szacun, wielki szacun, proszę Państwa. Comme il faut.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Ustawiwszy przedni fotel na swój nikczemny wzrost (170 cm) usiadłem z tyłu poeksperymentować. Przy maksymalnie odsuniętej kanapie jest tam zdecydowanie więcej miejsca niż w Fiacie Punto II, który jest o 40 cm dłuższy i uchodził za największe auto w swoim segmencie. W bagażniku zmieszczą się wtedy mniej więcej dwie grubsze aktówki. Przy odsunięciu kanapy maksymalnie do przodu nadal z trudem mieściłem się w Twingo, z kolanami wciśniętymi w przednie oparcie, ale za to bagażnik zmieściłby z lekkim luzem cztery lotnicze bagaże podręczne. Oznacza to, że jest większy niż w Fiacie Panda III (dłuższym od Twingo o 20 centymetrów).

Jeśli o mnie chodzi, jestem gotów jechać tym pojazdem w cztery osoby na tygodniowe wakacje, w trzy osoby – na dwutygodniowe, a w dwie – na dowolnie długie.

No ale to stwierdzenie subiektywne – lotniczy bagaż podręczny mi domem, nie każdy się tam pomieści.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

W bagażniku zwracają uwagę kielichy amortyzatorów ustawione bardzo szeroko, oraz przemyślna tylna półka, przymocowana na stałe do tylnej klapy, dzięki czemu, mimo przesuwnych siedzeń, jak mawiał jeden mój znajomy: „wszystko gra i kolyduje”.

No i dach. Rolldach.

Wolność! Wolność! Wielka dziura nad głową!

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Auta którymi się przejechałem należały do różnych „faz” modelowych – były cztery „fazy” Twingo I, jak to Renault nazywa – faz ę, dy, truła i katr (1993-1998, 1998-2000, 2000-2004, 2004-2007 ). Różnice pomiędzy nimi były stosunkowo detaliczne, oprócz wspomnianych wcześniej silników w nich stosowanych, oraz, podobno, wzmocnienia konstrukcji nadwozia i zabezpieczenia antykorozyjnego w fazie trzeciej i czwartej. Zmieniano przede wszystkim kształt zderzaków, listew zewnętrznych, plastików. Co roku Renault wprowadzało do auta nowe rzeczy, wchodziły kolory lakieru i tapicerki, dodawano skrzynie automatyczne w kolejnych wersjach (podobno słabe), ABS-y, poduszki powietrzne. W ciągu życia modelu wychodziły także liczne, mocniej wypasione wersje specjalne: Alizé, Benetton, Perrier Look, Liberty, Oasis i Kiss Cool z klimatyzacją, Helios ze szklanym dachem, oraz niebieskie i czerwone wersje sygnowane przez Kenzo z wielkimi kwiatami na tapicerce siedzeń.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Żółtozielone, czy może kanarkowe Twingo 16v, rocznik 2002, należało do faz truła, a czarne, nowsze, z silnikiem 1,2i z roku 2006 – do faz katr. W nowszym modelu, oprócz ładniejszej tapicerki, fikuśniejszych przełączników i zmienionych plastików zewnętrznych, była też inna, grubsza nieco wyściółka rolldachu, pewnie lepiej wyciszona. Miało to lekki wpływ na składanie dachu, w nowszym trzeba było do tego nieco więcej siły. Przekręcamy wajchę i popychamy harmonijkę z winylu, czy z czego tam jest on zrobiony, do tyłu. Składanie faltdachu jest pięknie banalne, a do tego wyjątkowo inżyniersko dopracowane – raczej nie słychać o cieknących dachach od Twingo, pomimo tego że model ten ma już ponad dwadzieścia pięć lat, a większość egzemplarzy jest w niego wyposażona.

Dwadzieścia pięć lat!!! Będzie się ciungłoooo! Jak lazanie!!!

(cytat – „Ciało”)

Odpalamy i jedziemy na króciutką przejażdżkę. Silnik Renault jest z tych co to wypalili w życiu dużo Gauloisów – ma dźwięk raczej chrypiący i basowy, inny niż fiatowski baryton przechodzący w sopran. Jest w Twingo stosunkowo głośny, zarówno z ośmioma jak i szesnastoma zaworami. Dźwięk oba mają podobny. Nowsze autko, o dziwo nie miało wspomagania kierownicy, co mogłoby być zaskoczeniem dla osób jeżdżących nowymi sprzętami, bo teraz wszystko już ma wspomaganie. Należało przykładać do sterowania na parkingu nieco siły, ale bez przesady. Niektórzy, nieświadomi, nie zorientują się nawet że ich nic nie wspomaga.

Strasznie zwrotne to Twingo – wydaje się zwinne i małe, zakręca jak chcesz. Nie widać co prawda w ogóle przodu, ale ma duże powierzchnie szyb w każdą stronę i cienkie słupki – rodem z lat 80-tych, okna boczne schodzą wyraźnie niżej w stosunku do foteli w porównaniu z samochodami lat dzisiejszych.

Zawieszenie wydaje się być jakby o numer większe niż auto – Twingo prowadzi się pewnie, jak na tak mały pojazd dobrze wybiera nierówności – raczej jest miększe, nie twarde i trzęsące w każdym razie, jeździło mi się tym lepiej nie tylko niż Cinquecentem i Matizem (choć to było dawno i może nie pamiętam), ale też, o dziwo, lepiej i stabilniej niż nowiutkim Citroënem C1 w niedawne wakacje – należy tu zauważyć, że Twingo jest od niego 2 centymetry szersze i 4 centymetry niższe.

Poczucie dość podobne jak w większych modelach Renault z lat 90-tych – auto przechyla się na zakrętach, ale mimo tego trzyma się drogi.

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Silnik 60-konny, czyli 1,2i (D7F), daje radę, ale nie jest demonem prędkości. Jeżeli chce się uzyskać dynamikę trzeba go kręcić do wyższych obrotów i co nieco dusić, żeby dostać satysfakcjonujące efekty. Twingo 60-konne należy do tych aut w których wciskamy palnik i chwilę czekamy na to, aż się rozkręci. Na auto miejskie z powodzeniem wystarczy, do szosowego wyprzedzania tirów trzeba go pomęczyć.

(w zupełności wystarczy też do podróżowania przez wybitnie górzysty, kreteński interior – w porównaniu do Matiza ten silnik to kosmos, nie trzeba nawet wyłączać klimy na podjazdach – SzK)

Foto: Fabrykant, Fotodinoza

Ten z 16-ma zaworami, 75-konny D4F, znacznie bardziej mi się spodobał – jest wyraźnie żywszy, chętny i merda ogonkiem na każde naciśnięcie gazu, ty naciskasz – on jedzie. Uzyskano to nie rujnując momentu obrotowego z dołu (w przeciwieństwie do mojego codziennego Fiata Punto 16v), nie ma problemu ruszyć nim z dwójki. Podobno spalanie nie wzrosło w nim zbyt wiele w porównaniu z wersją ośmiozaworową.

Podczas przejażdżki miejskiej, z prędkościami nie przekraczającymi 80 na godzinę, ale za to w sporym hałasie robót drogowych i ruchu ulicznego, stwierdzam, że dziura w dachu zupełnie nie wpływa na komfort dźwiękowy Twingo. Już bardziej dokuczliwy jest mrukliwy silnik, z racji wymiarów i kształtów auta znajdujący się blisko kierowcy, de facto pod przednią szybą.

Krótkie te przejażdżki. Bardzo żałuję, że nie udało się wyruszyć gdzieś na dłuższą wycieczkę.

 

***

Resume

Dużo tych Twingo wyprodukowano. Już w pierwszym roku produkcji sprzedało się 100 tysięcy sztuk. A w roku 1997, cztery lata po debiucie, sprzedano w sumie milion egzemplarzy! Łącznie produkowano je przez czternaście lat we Francji, Hiszpanii i w montowni w Urugwaju, a w zamorskiej Kolumbii tłuczono je do 2012 roku – czyli lat dziewiętnaście.

Foto: materiał producenta

Dużo jeszcze Renówek jeździ po naszych drogach. Ale już niedługo, już niedługo, proszę Państwa. Spieszmy się kochać Twingo. Prorokuję że za pięć-sześć lat ceny ładnych egzemplarzy będą rosnąć że hej, o ile jakiś armageddon nie nastąpi. Zatem wzorem Złomnika – jaktajmer alert.

Wiadomo, że dzisiaj liczą się inne zalety – pięciodrzwiowość i bezpieczeństwo, tego ostatniego kryterium nie zapewniają kładzione aż do tylnej klapy fotele. Jestem może jakiś dziwny, ale sprzedaję w dwie sekundy bezpieczeństwo za możliwość zrobienia z samochodu łóżka kempingowego. Mogę też tanio sprzedać tablety na desce rozdzielczej za przestronność i widoczność.

Po tych wszystkich oględzinach dochodzę do wniosku – do dzisiaj nie zaprojektowano równie dobrego i funkcjonalnie dopracowanego samochodu o tych wymiarach.

Na pomnik go! Klękajcie narody!

 

Fabrykant

Foto tytułowe: Fabrykant, Fotodinoza

Share Button
Tagi: , ,
95 comments on “WPIS GOŚCINNY: NIBY NIC, A CIESZY. KLĘKAJCIE NARODY!!
  1. Yellow Fly napisał(a):

    Autko fajne. Jechałem takim tylko jako pasażer. Myślę, że w kategorii wielkość auta/przestrzeń w środku nic nie pobije Hondy Jazz II. Mam takie autko jako drugie w rodzinie i do dzisiaj kładzie mnie na łopatki, co można w tym aucie zmieścić.

    • SzK napisał(a):

      Jazzem zdarzało mi się jeździć- zgadza się, że on jest przestronny, ale też o dekadę młodszy, prawie pół metra dłuższy, no i znacznie droższy.

  2. Jerzy napisał(a):

    Naprawdę świetnie pomyślany samochód, martwłbym się jedynie o wykonanie i usterkowość. Znajomi mieli Twingo bodajże z 1993 i ich barwne relacje odnośnie usterek i związanych z nimi przygód swego czasu skutecznie powstrzymały mnie przed zakupem. Nie jestem zwolennikiem samochodowych streotypów o samochodach na „F”, ale jako były użytkownik Renault 19, Scenica I i Peugeota 106 mogę powiedzieć wiele o drobnych upierdliwych usterkach skutecznie odbierających codzienną radość z posiadania samochodu.

    • nudny napisał(a):

      Przerobiłem już dwa Citroeny i całkowicie się zgadzam z upierdliwością usterek. Mechanicznie zawsze wszystko było tip-top, ale przez wiązki elektryczne zrobione z cienkich kabelków często wysiadały elektrycznie sterowane elementy wyposażenia (np. szyby, szyberdach).

  3. Wojtek napisał(a):

    We Francji to był bardzo tani ale przy tym stylowy i modny samochodzik. Taki którym jeździsz kilka lat, zupełnie o niego nie dbając a potem wyrzucasz. W naszych warunkach, w latach 90-tych zwyczajnie nie było rynku na takie auta. U nas Twingo I to w większości wypadków, zamęczony i zaniedbany samochód używany. Jedyny na jakiego było stać jego nowego właściciela. Stąd też pewnie tak dużo negatywnych opinii o jego niezawodności.

    • SzK napisał(a):

      Na francuskiej prowincji znajdziesz wciąż tysiące R4 i 2CV, a na południu również Mehari. W zasadzie w każdej wiosce stoją. To nieprawda, że Francuzi wyrzucają auta po kilku latach – wystarczy wyjechać poza Paryż i można się zdziwić ogromnie.

      • Wojtek napisał(a):

        Prawda. Ale użytkować jeden samochód 30 lat to jedno, a kupić najtanszy używany samochód sprowadzony z Francji to trochę co innego. U nas opinie o niezawodności pochodzą raczej z tego drugiego przypadku a nie pierwszego.

  4. Daozi napisał(a):

    Miałem okazję prowadzić to auto. Miałem też okazję posiadać Micrę K11 – podobne lata produkcji, ten sam segment. Micra była lepsza, pod prawie każdym względem. Ale może to kwestia tego, że Twingo, którym jechałem nie miało wspomagania i, jak dla mnie, było to bardzo upierdliwe. A Micrę można było parkować jedną ręką. Obie za to żarła rdza aż miło.
    Natomiast tylna kanapa w Twingo była fajna, to przyznaję. Co do przestronności… Jak dla mnie szału nie było, ale może musiałbym mieć większe porównanie, bo w tej klasie, z tych lat, jeździłem tylko Seicento, Micrą i Twingo (jeszcze Corsą A, Aveo i Yarisem, ale to już raczej inna klasa).
    Natomiast jednego nie można było Twingo odmówić: było bardzo oryginalne w momencie debiutu; pamiętam nawet jego reklamę – animację, w której wszyscy poruszali się nudnymi, pudełkowatymi, szarymi samochodami i tylko Twingo było okrągłe i kolorowe.

    • Hurgot Sztancy napisał(a):

      poza tym, że Twingo krótsze o 30 cm, więc jednak klasę niżej od Micry

    • Aleksander napisał(a):

      Twingo należy do segmentu A, tak jak Ford Ka czy VW Lupo. Micra to segment B, więc Nissana można porównać do wspomnianych Corsy i Yarisa, albo Clio, Fiesty czy Polo.

  5. Hurgot Sztancy napisał(a):

    historyjka z Twingo – w 1999 wybrałem się z kolegą na stopa po Europie; trafiliśmy na stację benzynową pod Paryżem, skąd zabrał nas koleś ok. 30, w Twingo, z motywacją podszlifowania języka, bo na stopa we Francji jeżdżą tylko obcokrajowcy. Koleś miał z 1,90 wzrostu, mój kolega coś koło tego, ja nieco nikczemniejszy trafiłem do tyłu. Aha, kierowca jechał do mamy, więc miał pełen bagażnik ciuchów do prania 😉 Ale niezależnie od tego, udało nam się tam jeszcze wpakować 2 turystyczne plecaki. Ja siedząc z tyłu w poprzek czułem się trochę jak w maluchu, ale po autostradzie zasuwaliśmy 130 km/h gadając sobie o świecie, nie musząc rezygnować z żadnej z naszych toreb.

    ps. historyjka – mówię do gościa – wiesz, w Polsce reklamują Twingo jako malutkie z zewnątrz i wielkie w środ…
    – To w Polsce można kupić Twingo?!??
    – nie, ale można wygrać na loterii za zbieranie butelek

    • SzK napisał(a):

      Ja mieszkałem kiedyś kilka dni u francuskiej rodziny w 1997r. i oni byli zszokowani, że my mamy pralki automatyczne.

      • Fabrykant napisał(a):

        Mam z dziesięć takich historii. Nie wiadomo czy bardziej dołujące, czy śmieszne. Te „zachodnie” przekonania nadal tak wyglądają w wielu miejscach.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        o kurka, to w Krakowie macie pralki automatyczne???
        bo u nas to w ogóle nie pierzemy, tylko wyrzucamy brudne i kupujemy nowe, ekologiczne ubrania, zamiast używać starych, trujących i odpowiedzialnych za smog

      • SzK napisał(a):

        Ekologiczne – to się chwali!! Z ekologicznych włókien i futer z ropy naftowej, a nie to, co ten głupi ciemnogród, co się znęca nad biednymi owieczkami i masowo morduje pędy bawełny, które sa żywymi istotami i maja swoje emocje!!

      • Wojtek napisał(a):

        Ostatnio się pojawiły. Ale my Krakusi, jako ludzie spokojni i tradycyjni podchodzimy do takich warszawskich wynalazków z rezerwa.

      • Daozi napisał(a):

        Nam smog nie groźny, my w Krakowie wysysamy smog z mlekiem matki.
        Kolega był w Niemczech około roku 2001 na wymianie i w rodzinie, która go gościła byli zaskoczeni, że w Polsce można kupić Pepsi. Także tego…

      • truten23 napisał(a):

        Pralki automatyczne to jakaś lipa. Lepiej korzystać z tarki do prania.
        Masz pełną kontrolę nad praniem 😀
        Parafrazując klasyka 😉

  6. Tomasz napisał(a):

    Proponuję zestawienie z Suzuki Wagon R i czar pryska tam paleta do tyłu wchodzi po złożeniu foteli też zresztą kładzionych .Auto z 98 klimatyzacja el szyby lusterka pięć drzwi ,silnika na wolnych nie słychać łańcuch rozrządu po 19 latach nie ruszany silnik suchy nie cieknie.Schowki pod fotelem kierowcy i koszyk na zakupy pod fotelem pasażera.Dostępna wersja 4×4 .Jeden wielki minus korniki jakby nie one to jeszcze pewnie z dziesięć lat by pojeździł

  7. Ziaja napisał(a):

    Mialem osobiście twingo z poczatku produkcji z cleonem, elektryka i roldachem – stargalem z niemiec z przebiegiem ok 180kkm, wymienilem lozysko w kole (dlatego w niemczech bylo tanie) i targalem na okrągło przez dwa lata do ok 230kkm, potem trafilo do mojego ojca ktory nie chcial swoim C126 420SEC jezdzic do pracy – on dokrecil nim do 260kkm targajac co dzien 80-100km dom-praca-dom. W tym czasie absolutnie nic sie nie zepsulo i nawet rdza nie wyszla za bardzo (w przeciwienstwie do C126 stojacego w garazu).
    O dziwo twingo rodzicom spodobalo sie tak bardzo, ze tatko gdy poszedl na emeryture sprzedal zardzewialego Mercedesa i kupil Twingo Initiale 16v z ostatniej serii z klima, elektryka i roldachem i do tego po mocnym, niemieckim tuningu – bylo czarne, mialo 15 calowe chromowane Mangelsy, betonowy gwint na glebie, dlubniety silnik i 2cm skok pedalow. I tez bezawaryjnie jezdzilo 10lat.
    Moje twingo spodobalo sie kolezance wiec zostalem zobowiazany w owym czasie do znalezienia „ladnego, taniego twingo” – skonczylo sie na twingo ph1 z cleonem i hydrokinetycznym automatem (byla taka wersja) – ten egzemplaż kolezanka ma do tej pory (od 2007 roku) i nadal dziala mimo, ze ma juz ponad 20lat i tez nic wiekszego sie w nim nie zepsulo.

  8. Fabrykant napisał(a):

    Twingo pewnie nie jest bezawaryjne. We wszystkich internetowych poradnikach kupującego (jeden z nich pisał niejaki T. Grabowski) mowa o słabych łożyskach kół i drobnych awariach elektryki, czasem pada immobiliser (mi padł w Clio).

  9. ZIWK napisał(a):

    Nie zgodziłbym się z jednym punktem tego opisu = kolorystyka wnętrza – nie tylko tapicerek ale i całych desek.
    Przełom lat 80 i 90 to właśnie KONIEC kolorystyki z prawdziwego zdarzenia.
    Obecnie i w ostatnich 10 – 15 latach wszystko zostało wtłoczone pod 1-2 kolory wnętrza szaro-czarne (z nowymi ekscytującymi wzorami tapicerki: czarną w szare kwadraty lub czarną w szare trójkąty 😉 ).
    Wcześniej – lata 70 i 80 wręcz narzucały wybór lakierów i kolorów wnętrza:
    Wystarczy porównać wnętrza
    http://www.auto-pub.net/ASL/Citroen/page_Citroen_Visa_Sextant.htm
    http://www.auto-pub.net/ASL/Citroen/page_Citroen_Visa_Carte_Noire.htm
    http://www.auto-pub.net/ASL/Citroen/page_Citroen_Visa_West_End.htm
    Całość była w innej tonacji: deska, podsufitka, daszki p/słoneczne, klamki i uchwyty; do tego zgrane tapicerki w żywych kolorach. Dziś „żondzi” jeden korpo-cmentarny czarno-szary i wszystko ujednolicone do tego stopnia, że gdyby nie znaczki to człowiek miałby wątpliwości jaki to koncern (nie jaka marka!).
    Jeszcze niektórzy styliści próbują to ratować podświetlając wszystko LED-ami oczywiście „niebiezkimi” – ale dalej to ratowanie trupiarki.

    • Hshan napisał(a):

      Podświetlenie ledami jest tak straszne… Widziałem dziś zdjęcia nowego CLS-a, i o ile z zewnątrz to auto mi się bardzo podoba, tak jak i poprzednie generacje, tak jak zobaczyłem zdjęcie wnętrza podświetlonego FIOLETOWYMI ledami, do tego prawie całego srebrnego, to mi się zrobiło niedobrze. Dziś jeśli można dostać brązowe wnętrze to już jest coś, zwykle jest do wyboru czarne, szare, często też beżowe i/lub białe/jasnoszare-że-prawie-białe. A czerwone? Granatowe? Pomarańczowe? Też z materiałami jest smutnawo – jak standard, to jakaś zwykła szmatka. Jak premium, to skóra. Koniec. Choćby alcantara to ewenement zdaje się. Welur? A co to welur? Nie ma takich zwierząt.

      • kierowca bombowca napisał(a):

        Coś w tym jest. Wnętrza nowych samochodów są często albo nudne, jeśli zaś nie nudne – to kiczowate. Znaleźć ładny, spójny i funkcjonalny projekt to niedługo może być duży problem. Bo jak nie tablet umieszczony niemal na siłę, to czarne listewki z połyskiem. Jak nie LEDy w kolorach tęczy, to wstawki z pseudoaluminium, tak jakby cienka blacha nierdzewna albo szczotkowane prawdziwe aluminium kosztowało majątek.

        Co do kolorów wnętrza – to w klasie samochodów A i B jeszcze jakiś wybór jest – często nawet w standardzie ( Panda, 500, Aygo, C1, Corsa, Fiesta… ), ale już w kompaktach jest z tym spory problem, bo można dobrać albo inny odcień szarego, albo trzeba decydować się na tapicerkę skórzaną ( najczęściej również czarną ). Dlaczego „wyginęły „materiały jak welur, alcantara, jeans ? Sporo ludzi byłoby skłonna dopłacić do takiego wykończenia kilka pesos.

      • SzK napisał(a):

        Z tym dopłacaniem byłbym ostrożny.

        Oczywiście, wielu ludzi tęskni za wnętrzami z lat 80-tych i 90-tych, z tym że to sa w większości ludzie wciaż jeżdżacy autami z tamtych lat. Ci, co naprawdę kupuja nówki, maja już zupłenie inna mentalność. Wystarczy popatrzeć sobie na facebookowe komentarze ogłoszeń sprzedaży youngtimerów: mamy np. piękne W124 z beżowym welurem, a pod nim pięć tekstów w rodzaju: „Ale bieda!! Nawet skóry nie ma!! Co to w ogóle za traktowanie KLIENTA PREMIUM!!”. A jak się im odpowiada, że welur w tamtych latach kosztował drożej od skóry, to się zawieszaja jak Windows 98 na premierze medialnej.

        Nabywcy nowych aut maja dziś w ogóle mentalność kompletnie niezrozumiała dla mnie i większości stałych komentatorów Automobilowni. Mój brat, który sprzedaje Hondy, często mi o tym opowiada. Np. przez całe lata zachwalał wolnossacego Civika 1,8 tekstem, że on przetrwa setki tysięcy km, w przeciwieństwie do downsize’owanej konkurencji, ale w praktycznie 100% przypadków odpowiedź brzmiała: „co mnie obchodza setki tysięcy km, jak ja chcę przejechać najwyżej kilkadziesiat, a potem sprzedać? Nie będę dopłacał,żeby dobrze zrobić frajerom, których nie stać na nowe”. A jesli do tego dodamy, że na Zachodzie płaci się wielkie haracze za pojemność silnika, to przestanie dziwić, że ludzie łykaja trzycylindrowe mega-turbo.

      • Hurgot Sztancy napisał(a):

        wolnossakowi 1.8 brakuje jednej rzeczy – pchnięcia w lędźwia
        pamiętam jak w 2009 kupowaliśmy wypasionego kompakta – najpierw honda – wszystko w porządku, ładnie chodzi, niema źle. A potem przeskok do Octavii 1.4tsi i zupełnie inne odczucia – silnik się zbiera od zera i masz wrażenia, że na światłach to i z porszem możesz w szranki stawiać
        poza tym to już i tak temat przeterminowany…

      • Wojtek napisał(a):

        Raczej nikt dzisiaj nie traktuje zakupu samochodu jako dorobku życia z którym będzie aż po grób. Więc i malo kto traktuje parametr potencjalnej niezawodności po 200 000 km jako istotny przy zakupie auta. I trudno się temu dziwić, działanie odwrotne było by raczej nierozsądne.
        Zwłaszcza że Honda nie popiera tych zapewnień czynem i na swoje auta daje 3 lata gwarancji. Kiedy Kia ma 7, Hyundai 5 a Seat i Skoda 4. A przecież jak mi się auto zepsuje to sprzedawca już o swoich deklaracjach nie będzie pamiętał. ;-)A sam znam człowieka którego UFO najpierw wypluło sprzęgło a dzień później sondę lambda. Tyle że w Hondzie coś źle policzyli i stało się to tydzień przed końcem gwarancji.
        Jak kupowałem swoje samochody to Honda odpadła natychmiast – cena wysoka, wnętrze dziwne, gwarancja krótka a silnik ani nie ma mocy ani momentu ani nie jest elastyczny. Więc co mi z tego że może i będzie długo jeździł (a może nie…) skoro i tak za 6-8 lat go sprzedam.

      • SzK napisał(a):

        Przedłużone gwarancje kosztuja w Hondzie najmniej na całym rynku (sprzedaja je firmy zewnętrzne, na zasadzie ubezpieczenia opartego na statystycznie obliczanym ryzyku + marża). Ale ja już może będę siedział cicho.

        Natomiast z ta trwałościa to jest jeszcze inny element, o którym w dzisiejszym świecie nikt już nie myśli – mianowicie młodzież.

        Wiecie skad wzięła się motoryzacja masowa? Z Forda T. Ale nie tylko dlatego, że auto było tanie, ale też dlatego, że dawało się go śmiesznie tanio utrzymywać na chodzie w nieskończoność. Henry Ford sam zachęcał w reklamach, żeby ojcowie rodzin nie złomowali starych aut, tylko dawali je dzieciom w prezencie ślubnym. A dlaczego? Ano żeby przyzwyczajać młodzież do posiadania samochodu. To samo robił Andre Citroen rozdajac dzieciom klientów modeliki samochodzików (nawet wysyłał im na takie prezenty na święta).

        Jeżdżenie autem to jest pewien wzorzec, nawyk, który wchodzi nam w krew w młodości (podobnie jak wszystko inne). Moi obaj dziadkowie jako starsi ludzie mieli dość pieniędzy, żeby kupić sobie auta, ale tego nie robili – mówili „a po co mi, całe życie jeżdżę autobusem”. Stare, lecz wciaż niezawodne samochody, zmieniajace właścicieli za bezcen, były inwestycja producentów aut we własna przyszłość – bo ktoś, kto jako 18-latek przejał po ojcu stare auto, albo zarobił weekendowo w McDonaldzie na jakiegoś wraka, po jakimś czasie przychodził do salonu, bardzo często tej samej marki (czy mówiłem już o nawykach z młodości…?). Dzisiaj młodzież nie interesuje się autami również dlatego (choć oczywiście sa też inne przyczyny), że jej na to nie stać: nowe auta sa dla młodych za drogie (zawsze były, nawet w Stanach), a używanymi nie wolno jeździć, albo sa od nich chore podatki, albo też po prostu nie wypada, bo jest nagonka. Więc młodzi aut nie kupuja wcale, a potem… jak moi dziadkowie, przyzwyczajaja się żyć bez nich. Dlatego za jakiś czas na tzw. Zachodzie może być problem ze zbytem jakichkolwiek samochodów – właśnie m. in. z powodu krótkowzrocznej polityki pt. „pierwszego klienta nie obchodzi trwałość, a klient drugi nie obchodzi nas”.

      • ndv napisał(a):

        Rzecz gustu. Widziałem wnętrze któregoś współczesnego Merca (chyba E) i o ile klasyczne zegary wyświetlane na ekranie wyglądały tandetnie to podświetlenie okolicy nóg na niebiesko mi się podobało. Oczywiście ze względów praktycznych na nocnej trasie wolałbym brak świecidełek a w dzień czarną, matową deskę rozdzielczą.

      • Aleksander napisał(a):

        Z tą 7 letnią gwarancją w Kii nie jest tak kolorowo, to nie jest normalna, uczciwa gwarancja na cały samochód. Sprawdziłem to, kiedy je wprowadzili w pierwszych Ceed’ach, bo nie mogłem w to uwierzyć. Okazało się, że 7 lat jest tylko na określone komponenty (które raczej i tak się nie zepsują), 5 lat na kolejne części samochodu (które też tyle wytrzymają), a na cały samochód było 2 albo 3 lata. Do tego po 3 latach był jeszcze limit kilometrów. Nie pamiętam detali, ale mniej więcej tak to działało, jak widać ze świetnym efektem marketingowym.

      • SMKA napisał(a):

        ” Dzisiaj młodzież nie interesuje się autami również dlatego (choć oczywiście sa też inne przyczyny), że jej na to nie stać: nowe auta sa dla młodych za drogie (zawsze były, nawet w Stanach), a używanymi nie wolno jeździć, albo sa od nich chore podatki, albo też po prostu nie wypada, bo jest nagonka”

        Mam inne wrażenia- o ile współczesne samochody mają swoje wady, to stare też je miały, choćby podatność na korozję. No i mam wątpliwości czy obecnie na zachodzie trudniej młodemu człowiekowi kupić używany samochód niż choćby w epoce chromu- sądzę że może i dzisiaj jest łatwiej. Jeśli idzie o Polskę, jestem wręcz całkowicie pewien że obecnie młody człowiek ma ZNACZNIE większą szansę się „zmotoryzować” niż w PRL. Jak dla mnie młodzież nie interesuje się motoryzacją z zupełnie innego powodu- po prostu samochody stały się czymś zwykłym. Ludzie do nich przywykli. Czemu jeszcze jakiś czas temu nie interesowałem się motoryzacją, a lubiłem czołgi i inne karabiny? Bo to aż tak „oklepane” mi się nie wydawało, a i są to urządzenia dla fanów. Jak ktoś kupuje karabin czy czołg, to jest to hobbysta bądź inny pasjonat. A samochody kupują przeważnie ludzie którzy chcą wygodnie przemieszczać się z punktu A do B (co mnie wcale nie dziwi). W mojej rodzinie od kiedy pamiętam był zresztą samochód, co też wpływało na to że na samochody patrzyłem nieco tak jak teraz patrzę na moją pralkę. Zresztą, kiedyś w mojej rodzinie kupno samochodu to było Wydarzenie, wszyscy oglądali, interesowali się… dzisiaj mało kogo to obchodzi. Ot, ktoś kupił, ktoś sprzedał, wielkie mi mecyje. Zresztą, o tym że przynajmniej odnośnie Polski nie masz racji Szczepan świadczy choćby wzrost zainteresowania jaktajmerami- kiedyś samochody w wieku mojego BX-a (27 lat) traktowano jak złomy, teraz ludzie się nimi interesują, a ceny rosną. Choć utrzymanie jaktajmera wcale szczególnie tanie nie jest (no dobra, to ostatnie to moje doświadczenia z BX-em, może inni lepiej trafiają, ale i tak uważam że kilkadziesiąt lat ma wpływ na pojazd i jednak przeciętnie im samochód młodszym tym mniej widać na nim upływ czasu).

      • SzK napisał(a):

        Nie chodzi o zakup, tylko o to, że na Zachodzie starym autem nie wjedziesz do bardzo wielu miast, a do tego płaci się od nich ogromne podatki (we Francji mogą iść w tysiące euro rocznie, zależnie od silnika). To jest celowe działanie mające na celu chwilowe zwiększenie sprzedaży nowych aut, ale skutki długofalowe będą zupełnie odwrotne.

        Oczywiście Polski to na razie nie dotyczy.

      • zrazik napisał(a):

        O ile podświetlenie ledami z lampki dachowej tunelu środkowego, czy inne delikatne ambiente lubię, to jednal te paski ledowe na drzwiach i desce to już przesada wg mnie, ale ostatnio nawet podzespoły komputerowe od kart graficznych, przez wentylatory i kości ram można podświetlić to widać taka moda 🙂

      • Fabrykant napisał(a):

        Nie wiem czy w dobrym miejscu się podłączam do drzewka dyskusji.
        Wydaje mi się, że nawet dla pierwszego klienta ogólna trwałość samochodu ma znaczenie – zwiększa cenę odsprzedaży. No chyba że ludzie mają na to wyjechane. To jest możliwe, bo wszystko jest możliwe, nic mnie już nie zdziwi. Ludzie nie są (i nigdy tak naprawdę nie byli) racjonalni.

        Słuszna teza Szczepana o wychowywaniu młodych pokoleń. Jestem ciekawy co z tego wyniknie za parę lat.

      • SzK napisał(a):

        Na utratę wartości też mają wyjechane. Jeszcze jakieś 10 lat temu nie mieli, a teraz patrzą się jak na kosmitę, kiedy się pokazuje tabelki EUROTAXu. Oni przecież nowe kupują dla siebie, a nie dla kogoś kiedyś.

      • Ziaja napisał(a):

        Młodzież na zachodzie (ale też i w Polsce) nie interesuje się samochodami bo nie tylko samochody wszystkim spowszedniały ale samochód staje się „passe” a powoli nawet „fuj i be” – kopcące, śmierdzące, kapiące tłustym, nikomu nie potrzebne stacze korkowe – nie dość, że hałasują, śmierdzą i siedzą w nich stare dziady to jeszcze zajmują miejsce rowerom i deskorolkom. Niestety nieuchronnie zbliża się koniec pięknej (dla nas, starych dziadow) epoki indywidualnej motoryzacji – indywidualnie posiadane samochody osobowe odejdą z zachodniej cywilizacji – jak Concorde.

      • SzK napisał(a):

        Dopóki jest się singlem pracującym 8h w biurze w wielkim mieście – faktycznie, samochodu się nie potrzebuje. Gorzej, gdy ma się gorączkujące dzieci, mamę do zawiezienia do lekarza, albo jest się przedsiębiorcą. Albo ma do przywiezienia coś większego. Albo chce się pojechać na narty. Albo mieszka się na wsi. Albo… jest jeszcze milion innych sytuacji, w których alternatywy dla samochodu nie ma, tyle tylko, że ci, którzy najgłośniej wrzeszczą, sami takich sytuacji nie miewają, więc one ich nie obchodzą.

      • Aleksander napisał(a):

        Ja właściwie jestem przedstawicielem tego młodego pokolenia, bo kolejki i puste półki w sklepach znam z opowieści, za to odkąd pamiętam już wszystko można było kupić i wszędzie jechać 😉

        Przykładam wagę do trwałości urządzeń codziennego użytku. Po pierwsze się przyzwyczajam do sprzętu, a po drugie przeglądanie i wybieranie nowego AGD i RTV, na którym nie bardzo się znam, uważam za niezbyt przyjemną stratę czasu. Więc skoro już raz poświęciłem na to chwilę, to chcę jak najdłużej używać i mieć spokój.

        Jak chodzi o hobby, to zdecydowanie nie jestem klientem na nowe samochody. Biorąc pod uwagę, że za cenę wypasionego, ale nudnego kompaktu można mieć w starszym samochodzie dowolny rodzaj nadwozia i dowolną ilość cylindrów, to żaden argument nie przekona mnie do wydania pieniędzy w salonie, nie wspominając nawet o utracie wartości. To niezbyt popularne podejście, ale uważam że awaryjne samochody nawet mają zalety. Po pierwsze jest ich mniej, a po drugie są znacznie tańsze. Proponuję porównać ceny używanych Alf i Maserati do klasowych odpowiedników BMW i Porsche. Włoskie są za pół ceny, lepiej wyglądają i są pełne fantazji.

        Mam inne kryteria, jak chodzi o nowy samochód – narzędzie, ale nawet tam trwałość ma trzeciorzędne znaczenie. Liczy się przede wszystkim wygoda, żeby dało się spędzić w takim samochodzie nawet 16 godzin i go nie znienawidzić. Ważne jest też wyposażenie, bez którego da się żyć, ale jednak ułatwia to życie. Nie ważne jak taki samochód będzie się trzymał za 5 lat, ważne żeby teraz nie trzeba było niespodziewanie jeździć do serwisu między przeglądami, bo to strata czasu. Dobrze żeby wnętrze było porządnie wykonane, bo trzeszczenie i opadające wyposażenie może doprowadzić do szału.

      • Pat. napisał(a):

        Alelsander,
        na dzien dzisiejszy mam 24 lata, wiec tez sie nie lapie na okres PRLu, samochody w mojej rodzinie byly zawsze. Lecz nie o tym.
        Przerobilem w zyciu „pare” samochodow, pierwszy to byl fiat uno kupiony w wieku 15 lat. Byly fiaty, audi, bmw, seaty, volkswageny. Praktycznie pelen przekroj. 2 lata temu kupilem zonie nowego fiata 500 i wiesz co? Powiem Ci ze to byla dobra decyzja, z uzywkami zawsze jest problem, zawsze cos wychodzi. Na dzien dzisiejszy mam 2 letnia 500 do ktorej nie dolozylem zlotowki, i w miedzy czasie miałem kangoo z 2001 kupione z 110 000 przebiegu, mimo ze kangur byl w stanie super to i tak dolozylem do niego pare klockow, teraz mam interstara z 2005 i juz od kwietnia wsadzilem 5-6 tysi a samochod nie jest trupem. Po prostu tu sie skonczy turbo, tu kleknie dwumas, tam cos, tu cos i sie kupka kasy zbiera. Gdybym mial wtedy mozliwosc kupienia nowego samochodu to wcale bym sie nie zastanawial. Do uzywek, kazdych, trzeba dokładać i dlatego ja wybieram samochody nowe.

      • SzK napisał(a):

        Parę lat temyu w samochodach nie było ani dwumas, ani turba, ani 90% rzeczy, które dziś kosztują po parę klocków. Jedyne klocki, o których myśleli kierowcy, to były klocki hamulcowe po 50 zł na oś. Być może jako 24-latek nie pamiętasz tych czasów, ale jeszcze w latach 90-tych kilka Twoich „klocków” to kosztował kapitalny remont silnika po 400 tys. km. Dlatego właśnie są potrzebne tak drastyczne środki, żeby zmusić ludzi do przesiadki do nowoczesnych aut – bo bez tego nikt nie miałby ochoty ich zmieniać.

        A do nowych aut trzeba dokładać znacznie więcej niż do używanych, tylko że w formie utraty wartości, o której po kilku latach względnej świadomości ludzie znów zaczynają zapominać

      • Aleksander napisał(a):

        Wiadomo, że fajnie mieć nowe, czy być pierwszym użytkownikiem. Ja po prostu uważam, że nie warto, lepiej kupić samochód który da więcej radości czy przyjemności. A z finansowego punktu widzenia używany zawsze wyjdzie taniej. Jeżeli kupisz 3 letnią 500-tkę, która w ciągu tych dwóch lat się zepsuje raz czy dwa, to i tak będzie znacznie taniej. To samo z dostawczakiem, jeżeli weźmiesz używany, warty połowę tego co nowy, to nawet po wymianie turbo, dwumasy i poprawkach lakierniczych dalej będzie tańszy.

      • Pat. napisał(a):

        Szk, ale teraz większość używanych samochodow ma dwumasy, turba, wodotryski ktore kosztują. Samochody z lat 90 bez tych „udogodnien” powoli bo powoli ale znikają. Malo kto gdy nie musi, decyduje się na tak leciwy woz.

        Jeśli chodzi o samochod nowy, dochodzi jeden czynnik który nie zawsze jest pewny w 2-3 letnim samochodzie. Bezwypadkowosc. A zadbany samochod w 3 lata nie straci fortuny na wartości. (W sensie odsprzedazy nowego)

        Auta uzytkowe to ciut inny temat, jasne, stary bus kosztuje dajmy na to 40% ceny nowego. Ale w kazde uzywane auto uzytkowe trzeba wsadzic pieniadze ktorych przy odsprzedazy mozesz nie odzyskac.
        utrata wartosci tez tutaj odgrywa jakas role, oczywiscie mniejsza niz przy samochodzie nowym ale jednak.

        Nie zrozumcie mnie zle, jestem strasznie za samochodami, lubie samochody starsze. Marzy mi sie w140 ale nie odrzucam tez nowych modeli „bo sa nowe i to juz nie to samo”.
        Po prostu mam doswiadczenia z obydwu stron barykady i na auto do jazdy na codzień, lub do pracy wybral bym nowe. Po prostu sprawia mniej klopotow.

  10. benny_pl napisał(a):

    nigdy nie mialem zabardzo do czynienia z Twingo, bo mi sie ono nigdy nie podobalo, zawsze mowilem na to „żaba” 🙂 ale mam czesto do czynienia z clio 1 1992r, ktore co raz naprawiam, jest w zasadzie tym samym co twingo, tylko w innej obudowie, zreszta nawet w tym clio zalozylem silnik z twingo (cleona 1.2), bo stary wyzional ducha, po tym jak szwagierka pare dni jezdzila calkowicie bez wody w chlodnicy i przestala dopiero wtedy, jak juz ledwo odpalal i chodzil na 2 cylindry 😉 trzeba przyznac, ze to trwale silniczysko.
    clio psuje sie bardzo czesto, choc to sa zwykle jakies pierdoly, latwe do naprawy jak ktos umie, tyle ze czeste: czesto trzeba regulowac zaplon, bo on sie przestawia w trakcie zuzywania sie przerywacza, co raz cos z elektryki zdycha (przelacznik swiatel, przelacznik wentylatora nagrzewnicy i opornica wentylatora), wyciera sie mechanizm lewarka biegow przy skrzyni, nawet szwagierce przegnila i ulamala sie rurka pod podloga przenoszaca ruchy dzwigni zmiany biegow… oczywiscie lozyska tez wyja i tulejki wahaczy sie rozsypaly, ale nowy komplet calych wahaczy kosztuje jakies 50zl!
    nawet komutator alternatora sie wytarl do samego konca!
    no i gnije, progow prawie niema, ale reszta sie trzyma
    w sumie to nie moge narazie narzekac, bo juz ze 3 miesiace sie nic nie zepsulo! chyba juz wszystko tam po prostu naprawilem… wczesniej jak tydzien bez zadnej usterki byl to bylo bardzo dobrze 🙂
    (oczywiscie to nie byl moj pomysl zeby ona to kupila)

    • benny_pl napisał(a):

      ps. nie wiedzialem o przesuwanej tylnej kanapie w Twingo i o tak fajnie rozkladanych fotelach, to super sprawa musi byc!

    • benny_pl napisał(a):

      ps/2: jedno mi sie w tym jej clio podoba – ma fajne brazowe wnetrze i wygodne mieciutkie fotele, ale to dlatego ze z poczatku produkcji, te pozniejsze clia 1 juz nie maja tak fajnie miekkich foteli

  11. Michal napisał(a):

    Bagaznik ma podobny wielkością do pierwszej insigni kombi. Dlaczego w renówkach z tych lat kierownica leży jak w autosanie ?

    • Fabrykant napisał(a):

      Raczej to kwestia mojego superszerokokątnego obiektywu.

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Raczej tego że Insignia jest wielka z zewnątrz a ciasna w środku 😉

      • Fabrykant napisał(a):

        Z szerokokątnym obiektywem to miałem na myśli „leżącą” kierownicę- zniekształcenia przy krawędziach zdjęcia dają taki efekt.
        Bo bagażnik Insigni Kombi to rzeczywiście jest żenada. Ale są usprawiedliwieni- nazwali go Sports Tourer. To nie kombi. Wszystko gra.

  12. Marek Jarosz napisał(a):

    Panowie, a co z takich maluchów oprócz Twingo ma taki fajny składany dach? Wiem, że Mazda 121, ale to już prawie w ogłoszeniach nie występuje.

  13. Marek Jarosz napisał(a):

    Ej ludzie, a Renault Bepop znacie? Był nawet kiedyś na otomoto.

  14. ndv napisał(a):

    Kilka przemysleń: jednybrylowe nadwozie niekoniecznie zwiększa ilośc przestrzeni użytecznej. Ale duża ilośc jasnego, pustego plastiku jak w Twingo sprawia wrażenie przestrzeni. Podejrzewam, ze zastosowanie klasycznych zegarów sprawiłoby, ze wnętrze sporo straciłoby ze swej przestronności.

    Twingo ma pewien epizod z młodości, za ktory należałoby je skazać na banicję – było baza dla samochodu organizacji najbardziej znienawidzonej przez fanów motoryzacji – Greenpeacu 😉

    Co do wyglądu- Twingo wyglada słodko. Jak Neon. Dzisiaj słodko wyglądają tylko Fiaty 500 jakaś litera.

  15. Daozi napisał(a):

    Ciekawe dlaczego nowe Twingo jakoś nie powtórzyło sukcesu poprzednika? Kiedy wchodziło na rynek czytałem sporo recenzji – bardzo pozytywnych. Ale żeby zobaczyć to na żywo, na ulicy? Łatwiej chyba o Raytona Fissore.

    • Fabrykant napisał(a):

      Było zupełnie banalne, moim zdaniem, jeżeli piszesz o Twingo II. Auto do którego można doczepić każdy znaczek. Takie nic. Po liftingu przód poprawiono, a tył spieprzono. Kanapa przesuwna była tylko w niektórych wersjach lub (chyba) za dopłatą, a rolldachu nie było wcale. Do władzy doszedł marketing, który jak wspomniałem, zakazał robić rozrywkowe auta w niskiej cenie.

      Za to trzecie Twingo to już jest fajny samochodzik, tylko nadal za mało rozrywkowy- nie ma brezentowego dachu. Gdyby miał, to bym się nad nim nawet zastanawiał. No i moim zdaniem nie wykorzystali do końca potencjału ergonomicznego silnika z tyłu. Twingo III widać na ulicach, natomiast Twingo II widać głównie na Otomoto i Allegro- jest milion ogłoszeń, ale chyba nikt tego nie kupuje.

      • Marek Jarosz napisał(a):

        Twingo II ma jedna z sąsiadek. Nic ciekawego, zwykły czarny samochodzik. Twingo III widziałem ze 2 razy na żywo, jakiś taki za wysoki jest, nieproporcjonalny.

      • Daozi napisał(a):

        Ja właśnie miałem na myśli Twingo 3 (nowe jak nowe, to już parę lat od premiery minęło). Widziałem je może raz czy dwa „na mieście”. Dwójka była nijaka, trójka nawiązuje bardziej do jedynki i też ma w sobie coś „uroczego”. Faktycznie jest wysoki, i może ma za wąskie kółka, ale poza tym jest całkiem ok. A jednak go nima.

      • Fabrykant napisał(a):

        Nima zbyt dużo (choć jedno mijam codziennie). Specjalnie wlazłem na stronę Renault żeby sprawdzić co można w nim mieć. Pomyliłem się- jest rolldach otwierany elektrycznie za „jedyne” 3,5 kafla i nawet jest jeden silnik wolnossący 70 koni. Najtańsze za 36 tysi, czyli mniej więcej jak Up czy Panda. Może to ten silnik z tyłu tak ludzi odstrasza?
        A może odstrasza ich Dacia Sandero za 29 tysięcy?

      • Wojtek napisał(a):

        U nas silnik z tyłu w małym aucie to nie ma zbyt dobrych skojarzeń 😉 Jeszcze powinien mieć dwa cylindry zapalać na linkę.
        Pytanie tylko jak wielu klientów w ogóle wie że on jest z tyłu.

  16. Padalec napisał(a):

    Sporo przejeździłem phasé IV w wersji Cool Kiss z silnikiem 16V. Co to było za autko! Mam również porównanie z Twingo II, o czym za chwilę. Zespół napędowy wystarczał w zupełności, jedynie skrzynia biegów sprawiała wrażenie zbyt krótkiej, chociaż nie odbijało się to negatywnie na spalaniu. Do zalet mogę dodać bezawaryjność, przez kilka lat dosyć intensywnej eksploatacji Twingo nie sprawiało żadnych problemów. Jedyne usterki i niedomagania wynikały z niepoprawnej czasami eksploatacji (np. kiepskie paliwo) i zdarzeń losowych typu bezdomna kuna 😉
    Stopień ochrony antykorozyjnej ciężko ocenić, samochód był powypadkowy. Rdzewiały progi i podłoga, niezabezpieczane i reperowane co najwyżej kiepsko.

    Niestety, Twingo zostało, za przeproszeniem, zapgrejdowane do Twingo II. Ten sam silnik, tyle samo kucy, przesuwane tylne fotele, obrotomierz, klimatyzacja, brak regulacji pasów bezpieczeństwa. Taki postęp.
    Samochód ten mógłby nazywać się Clio Petite i nikt nie zwróciłby wtedy na niego uwagi. Zamula, niewygodne fotele, dziwnie wysoka pozycja za kierownicą, zbyt plastikowe wnętrze i tapicerka – wygląda neutralnie, co i tak jest dużym minusem w porównaniu z poprzednikiem. Kierownica obita tandetnym skajem mówi sama za siebie, smutne podsumowanie „ewolucji” Twingo.

    No dobra, zwracam honor za umieszczenie obrotomierza, i tak zupełnie niepasujące do charakteru auta. Cudownie bez sensu 😉
    http://namasce.pl/wp-content/uploads/2015/06/renault_twingo_II_12.jpg

  17. SMKA napisał(a):

    Swoją drogą, skoro poruszono już sprawę przyszłości- w sumie to zastanawiające jaka będzie przyszłość indywidualnej motoryzacji. Jak dla mnie sprawa rozbija się o samochody autonomiczne. Jeśli nie pojawią się (albo pojawią za baaardzo wiele lat), to stawiam że indywidualna motoryzacja nie zaniknie. Jeśli pojawią się autonomiczne samochody, to sądzę że może nastąpić bardzo duży spadek zainteresowania indywidualną motoryzacją. Ot, autonomiczne samochody, to i pewnie autonomiczne taksówki, autonomiczne taksówki, to tanie taksówki, a tanie taksówki, to spadek sensu posiadania samochodu. Oczywiście, pewnie pojawią się protesty, przez jakiś czas pewnie będzie przepis że ktoś tam w samochodzie musi siedzieć, ale jak dla mnie jeśli po drogach zaczną poruszać się na dużą skalę autonomiczne taksówki bez jakiegokolwiek kierowcy (choćby i takiego który musi interweniować jedynie w razie awarii systemu sterowania pojazdem), to możliwe że ludzie dość szybko odzwyczają się od posiadania samochodu. Aczkolwiek wiem że nawet najwięksi potrafili pomylić się podczas zabawy w futurologa 😉

    • SzK napisał(a):

      Przyszłość będzie taka, że za jakiś czas wyjdzie po prostu zakaz jeżdżenia samochodami i tyle. Mówia o tym otwarcie i głośno rzadzacy aktualnie politycy we Francji, Niemczech i Beneluxie, termin podaja zazwyczaj na około 2030r. Tu nie trzeba być futurologiem, wystarczy czytać wiadomości. Oczywiście z deklaracjami polityków bywa różnie, ale to zależy z którymi – bo jak chca przykręcać śrubę, to zawsze dotrzymuja słowa, tylko co do poluzowywania im to coś nie wychodzi.

      • Krzyś napisał(a):

        To bardzo smutna wizja. Ja wiem, że pełna automatyzacja ruchu samochodów może niemal w całości albo w dużej części wyeliminować wypadki ale nie jestem przekonany, że chcę dożyć takich czasów. Mam nadzieję, że będzie podobnie jak z „nowymi” wynalazkami typu radio, telewizja, internet, gdzie każdy z nich miał wyprzeć poprzednika a jednak do dziś słuchamy radia, czytamy gazety itd. i w/w media funkcjonują równolegle. Fakt, że tutaj nikt odgórnych dyrektyw nie nakładał i nie pojawiało się słowo-wytrych czyli „bezpieczeństwo”. Następnym krokiem zwiększającym „bezpieczeństwo” pewnie będzie obowiązkowe czipowanie ludzi… W USA już są korporacje, które zachęcają pracowników do bezpłatnego czipowania się, żeby odpowiednik karty dostępu do drzwi i bufetu mieć zawsze przy sobie.

        A wracając do tematu motoryzacji, może nie zabronią posiadania indywidualnego samodzielnie sterowanego samochodu, który jest już zarejestrowany ale może się okazać że takim autem nie ma za bardzo jak i gdzie legalnie pojechać no i mogą dołożyć takie wysokie podatki, że pozostaną tylko zabawki dla bogatych.

      • SzK napisał(a):

        Merkelowa mówiła akurat o całkowitym zakazie: że za kilkanaście lat do wyjazdu nieautonomicznego pojazdu na drogę publiczna będzie potrzebne „Sondergenehmigung” od samego ministra – tzn. jednorazowe zezwolenie w drodze wyjatku.

        Poszczególne miasta, jak Helsinki, Paryż i Hamburg (o tych trzech słyszałem, ale nie wiem, czy to a wszystkie) mówia również o całkowitym zakazie od 2030r. Paryż chce też stopniowo zamykać obwodnicę od 2020r., żeby ludzie nie jeździli autami. Tego, to Kafka by nie wymyślił, ale to naprawdę się dzieje.

        A podatek drogowy od samochodów dużej pojemności i starego rocznika wynosi we Francji aktualnie 8 tys. €. Corocznie. Od 2018r. bez zniżki dla oldtimerów.

      • Wojtek napisał(a):

        W dużych miastach pewnie nie będzie innego wyjścia. Już teraz poruszanie się samochodem po mieście jest prawie niemożliwe i to nie z powodu zakazów tylko korków. W Krakowie przejazd 3 kilometrów autem zajmuje teraz 30 minut. I ten czas z roku na rok rośnie. Wyobrażam sobie że w Paryżu problem jest jeszcze większy. Zmierzamy do ściany i nie widać innej metody na rozwiązanie niż auta autonomiczne, transport miejski, rowery itp…
        Pytanie czy alternatywne rozwiązania będą na tyle dojrzałe by faktycznie w 2030 roku takie zmiany weszły. Trochę w to wątpię. No i zależy to też od ludzi, nie demonizujmy tych strasznych polityków. Władze Paryża proponują takie zmiany bo większość wyborców tego oczekuje, gdy większość będzie oczekiwać by jazda autem była dalej możliwa, nawet kosztem duszenia się w korkach to żadne zmiany nie wejdą w życie.

      • SzK napisał(a):

        Do pewnego stopnia ludzie oczekiwali zrobienia porzadku, ale teraz dochodzi do takich absurdów, że pojawiaja się protesty. Nic dziwnego, jeśli przeciętnemu paryżaninowi droga do pracy zajmuje średnio o półtorej godziny dłużej niż za kadencji poprzedniego mera (takie statystyki czytałem – a wszystko przez pozamykanie kluczowych ulic miasta, m. in. bulwarów wzdłuż Sekwany). Petycje internetowe przeciwko tej polityce zbieraja dziesiatki tysięcy podpisów, ale przechodza bez echa – wg pani mer „nie ma konstytucyjnego obowiazku brać ich pod uwagę”. Dokładnie tak powiedziała, kiedy np. negocjować z nia chciał francuski klub motocyklistów, po tym, jak ogłosiła zakaz poruszania się motocykli od któregoś roku. Motocykle emituja śladowa ilość zanieczyszczeń i zajmuja bardzo niedużo przestrzeni, ale to one zostana zakazane wcześniej – pytanie dlaczego? Odpowiedź pani mer – bo tak, nie mam obowiazku ani ochoty z nikim o tym rozmawiać. Czy tak ma działać demokracja i czy tego ludzie oczekuja?

        Obecnie na co dzień z samochodu korzysta 10% paryżan – czyli w zasadzie jedynie ci, którzy nie maja innego wyjścia. Wszyscy inni już dekady temu przesiedli się na metro, które w tym mieście funkcjonuje świetnie (o ile nie strajkuje, a strajkuje regularnie – ciekawe, co w takim wypadku zrobia ludzie pozbawieni samochodów…?). Nie można więc powiedzieć, że samochód jest w Paryżu nadużywany, a mimo to stosuje się takie środki, bez ogladania się na protesty.

    • Aleksander napisał(a):

      Więcej optymizmu Panowie, nie ma co się tak dołować 😉 Po pierwsze szkoda życia na przejmowanie się tym, na co nie ma się wpływu, co jeszcze nie nastąpiło i być może w ogóle nie nastąpi. Trzeba się cieszyć tym co jest teraz. Na szczęście nie mieszkamy (przynajmniej większość z nas) w Niemczech, Francji ani Beneluxie.
      Po drugie 2030 rok to tak odległa przyszłość, że nie da się jej przewidzieć. Nawet całkowitej zmiany poglądów elity politycznej nie można wykluczyć.
      Francja w ogóle jest coraz bardziej zadziwiająca, od dawna jestem ciekawy odległej przyszłości tego narodu, ale sami będą sobie winni 😛 Od jakiegoś czasu milionerzy masowo uciekają z Francji. Nie ma co się dziwić, codzienne życie z Francuzami, do tego z ich politykami i podatkami to już za wiele 😉
      Co do Polski i dającej się przewidzieć przyszłości, to nasz obecny rząd jest tak postępowy, że prędzej rowerów zabroni niż samochodów 😉

  18. Wiesław napisał(a):

    Mam pytanie, te 8tyś euro rocznie to powyżej ilu lat?

    • SzK napisał(a):

      Nie widziałem dokładnej tabelki, cytuję tylko za petycja protestacyjna w sprawie zniesienia zniżek dla zabytków. Tam podawali taka właśnie, maksymalna stawkę.

      Podejrzewam że chodzi o największe pojemności bez katalizatora, bo tam zdaje się jest to od norm EURO uzależnione. Ale powtarzam, całej tabelki nie widziałem, musiałbym jej gdzieś poszukać, czego w tym momencie w biurze nie zrobię 🙂 .

  19. Wiesław napisał(a):

    Dziękuję,maszyny z wolnego świata tylko dla bogatych.

    • SzK napisał(a):

      Niemcy już sie ciesza, że będa mogli tanie zakupy robić we Francji, ale ja sadzę, że francuscy kolekcjonerzy porejestruja sobie auta we Włoszech, Niemczech, Szwajcarii, gdziekolwiek, bo jak na razie żaden inny kraj nie ma zamiaru odbierać przywilejów podatkowych oldtimerom.

  20. mocnyvito napisał(a):

    1. czy taki rodzaj dachu to nie jest raczej „fałd-dach” a nie „roll-dach”?

    2. twingo to jak najbardziej „jaktajmer alert” ze względu na bardzo awangardową stylistykę – kosmos w momencie debiutu , i nadal atrakcyjne dla oka linie dzisiaj

    zresztą jest kilka takich aut z lat 90-tych, które zostały unieśmiertelnione przez fantazje designera

    3. wątek przyszłości motoryzacji powraca prawie pod każdym wpisem , ciężko się bawić w futurologa…

    • SzK napisał(a):

      Faltdach to dach składany, Rolldach – zwijany. Po polsku też mamy fałdy i rolki – to jest ten sam źródłosłów.

      • mocnyvito napisał(a):

        czyli faltdach , to każdy rodzaj składanego dachu ? chodzi mi o terminologie zagraniczną bo jej nie znam 🙂

        tak czy siak twingo nie ma dachu zwijanego

      • Fabrykant napisał(a):

        Zapewne źle użyłem słowa w opisie dachu. Twingo ma oczywiście fałdowany, zatem to pewnie faltdach. Ale Rolldach ładniej brzmi 😉 .

  21. ndv napisał(a):

    Taka ciekawostka z zeszłego roku: Koenigsegg i Qoros pokazali prototyp hatchbacka z silnikiem bez walka rozrządu. Z zalet wymienia m.in. prostszą konstrukcję i możliwość pozostania przy prostym i tanim wtrysku w kolektor.

    Jak to mówią: pewne są tylko śmierć i podatki, chociaż tej pierwszej chociaż jeden uszedł 😉

  22. Lordessex napisał(a):

    Niestety takie wyobrażenie o Polsce że jest jakąś tajgą skutą lodem i ludzie żyją jeszcze w takich warunkach jak w XIX wieku, jest nadal bardzo powszechne i to w Europie Zachodniej nawet, nie mówiąc już o dalszych zakątkach świata (o ile wiedzą o istnieniu takiego kraju jak Polska)

  23. Lordessex napisał(a):

    Czytam te komentarze o przyszłości, i własnym oczom nie wierzę że dożyłem takich czasów. Zabronić samochodów, zamknąć obwodnicę, itd…. Najlepiej od razu wszystkiego zabronić, zrównać z ziemią i wrócić do czasów Neandertalczyków. Po to tyle tysięcy lat ewolucji mieliśmy żeby teraz się cofać w rozwoju i wszystkiego zakazywać?
    Może za bardzo upraszczam i idealizuję przeszłość, ale chyba się urodziłem o 20 lat za późno co najmniej (1979r) i tym samym przegapiłem najlepszy okres w motoryzacji kiedy nie chciano jeszcze jej zwalczać za wszelką cenę 😛

  24. Pat. napisał(a):

    Jedyne moje doświadczenie z Twingo , bylo w okolicach grudnia „00.
    Sprzedawca w salonie Renault poakazywal mi „magiczny” predkosciomierz podczas gdy rodzice wybierali nowego kangura.

    Kangur odszedl w kwietniu tego roku po 17nastu latach ciezkiej orki i zaniedbaniach serwisowych 😉 to byl dobry woz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*